wtorek, 27 stycznia 2026

Recenzja Cyclone „Known unto God”

 

Cyclone

„Known unto God”

High Roller Rec. 2026

Zastanawiam się, ilu z was pamięta ten belgijski band, który swoje pierwsze kroki na światowej scenie stawiał trzydzieści sześć lat temu. Panowie nagrali dwa pełnometrażowe albumy, by w roku dziewięćdziesiątym trzecim przejść w stan niebytu. Nie będę tutaj prężył muskułów przy opowieściach o ich wczesnym okresie, bo z nazwą Cyclone spotykam się tak naprawdę po raz pierwszy w życiu. I od razu zastanawia mnie, jaki jest sens wyciągania trupa z szafy, skoro ze składu sprzed rozpadu na pole walki powrócił jedynie wokalista. Zwerbował sobie dużo młodszych grajków, i wspólnie zarejestrowali dwudziestominutowy materiał, zatytułowany, jak powyżej. Powiedzieć trzeba otwarcie, że te pięć kawałków to naprawdę solidny, thrashowy kop w dupę, i doskonale obroniłby się sam, bez podpierania o starą nazwę. Przede wszystkim każdy z zamieszczonych tu numerów to naprawdę ostra jazda, pełna tnących po nadgarstkach klasycznych riffów, zazwyczaj serwowanych w szybszym tempie. Można tutaj oczywiście w ramach słyszanych inspiracji rzucać nazwami jak z kapelusza, ale ograniczę się jedynie do Dark Angel, Anthrax, Sacred Reich czy Exodus. Ten ostatni także dzięki manierze wokalnej Guido Gevelsa, momentami mocno zbliżającej się do klasycznego Souzy (no, może z domieszką tego patafiana ze Stuck Mojo). Nie jest to bynajmniej muzyka odkrywcza, za to świetna kopalnia odkrywkowa, z całą masą melodii, które już kiedyś słyszeliśmy, ale z wielką przyjemnością posłuchalibyśmy raz jeszcze. Słychać wyraźnie, że gitarzyści swoje rzemiosło mają opanowane wyśmienicie, zatem obok wspomnianych harmonii potrafią zarzucić także wysokiej jakości solówką. Sporo na tym mini momentów, gdzie aż kipi od groove’u i łeb sam się kiwa w rytm słuchanych piosenek. Tak energetycznego thrashu to ja mogę słuchać zawsze i wszędzie, więc finalnie sobie myślę, że chyba dobrze, że Guido nie namawiał starych kumpli do wspólnego grania, bo mogłoby to w efekcie spowodować poczucie geriatrii. A tak, młodzi mogli się wykazać, co zresztą zrobili bardzo udanie. Bez względu zatem na to, czy wczesny Cyclone znacie, czy też nie, „Known unto God” sprawdzić można, bo to dobry kawał thrashowego mielenia.

- jesusatan




Recenzja Ernte „Der schwarzen Flamme Vermächtnis”

 

Ernte

„Der schwarzen Flamme Vermächtnis”

Purity Through Fire 2026

Ernte to założony w 2020 roku na szwajcarskiej ziemi, dwuosobowy projekt, który rzeźbi w black metalu. Trzynastego lutego ukaże się ich czwarty album, który zawierać będzie siedem numerów, opartych na drugofalowych wzorcach. Powinny one zadowolić przede wszystkim miłośników surowego i tradycyjnego ujęcia tego gatunku, ponieważ charakteryzują go lodowate i nieco zapiaszczone gitary, wyłaniający się czasami z drugiego planu bas i delikatnie wycofana perkusja, zaś to co wydobywa ze swojego gardła wokalistka, to całkiem jadowite wrzaski więc jest tutaj zimno i diabelsko. Jest też dość pogańsko, bo melodie oraz przeważające średnie tempo, a także mieszanka atmosferycznych i wojowniczych akordów wyraźnie wskazuje na zainteresowanie Ernte czasami odległymi. Zatem przywołując za pomocą „Der schwarzen Flamme Vermächtnis” pradawne moce, uderzają w klimaty podobne do pierwszych wydawnictw takich grup jak chociażby Satyricon, gdzie spotykały się ze sobą sataniczna agresja i tradycyjne chwytliwości, a wszystko było okraszone tajemniczą i wpadającą niekiedy w epickość aurą. Tak też jest i u tej dwójki Szwajcarów, która z pieczołowitością komponuje swoje utwory, budując zmienne nastroje, wahające się między dzikimi uderzeniami chłodnych riffów i tremolo oraz nastrojowym i nierzadko pełnym dramaturgii kostkowaniem. To niby prosty black metal, ale pomimo niewielkiego skomplikowania, posiada w sobie wiele niuansów, które przy uważnym przesłuchaniu tego materiału z pewnością rzucą się wam w uszy. To surowe, ale gęste plecionki złożone z przenikających się riffów i tremolando, które nieustannie zmieniając formę, wciągają do swojego ponurego świata głębiej i głębiej. Płytę kończy, stojący w opozycji do wcześniejszych numerów „Ritval Pyre”, który zapierdala niczym blizzard, wykorzystując sporo punkowych wpływów i czystej wścieklizny w syntezatorowej otoczce. Dewastuje bezkompromisowo, stawiając tym samym kropkę nad i.

shub niggurath




poniedziałek, 26 stycznia 2026

A review of Harrowed „The Eternal Hunger”

 

Harrowed

“The Eternal Hunger”

Dying Victims Prod. 2026

 


Harrowed come from Stockholm and they play death metal. Old school death metal. However, anyone who assumes that this is just another derivative of Entombed or Dismember is mistaken. Mainly because Tobias and Adam have mixed the essence of this genre with punk influences. And they have done so in proportions that clearly highlight the presence of both genres. So, yes, typical Swedish melodies are definitely present here. Just listen to the rocking riff in “The Cold of a Thousand Snows,” which really has a taste of Andersson's band. There is also a lot of typical d-beat here, which, although of punk origin, has also proven itself perfectly in death metal, mainly that from the north of the continent. There are also many melodies here that can be considered cheerful at times, or at least very lively. However, they are dressed in a heavy sound, thanks to which their “danceability” has gained the appropriate power. Apart from these two most important ingredients, Harrowed have thrown in a few riffs here and there that have a different origin. For example, in “Ultra Terrene Phantasmagoria” or “Formaldehyde Dreaming” there are almost stoner-like melodies. The musicians usually maintain a moderate tempo, without pushing the pedal to the metal, placing greater emphasis on the aforementioned groove and good melody. And sometimes the guys can also come up with an awesome solo. There is nothing forced on this album. Everything here blends together perfectly, creating a mixture that makes you want to open another bottle of amber nectar and raise it high in the air. The undeniable advantage of these recordings is their natural flow, thanks to which, even if the music is not particularly groundbreaking, you can listen to these tracks practically in one breath. Or maybe with a break to bang your head, because at times it's hard to stand still. Take “The Reins” as an example, with its great riff and sudden acceleration in the middle section. The whole thing lasts thirty-six minutes, and I guarantee you that if you play “The Eternal Hunger,” it won't be wasted thirty-six minutes of your life. A very cool album.

- jesusatan




Recenzja Backengrillen „Backengrillen”

 

Backengrillen

„Backengrillen”

Svart Records (2026)

 


Kolaboracje muzyków jazzowych z zespołami rockowymi nie są czymś nowym. Z niedawnych przykładów można przytoczyć współpracę Petera Brotzmanna z Oxbow czy Jamesa Brandona Lewisa z The Messthetics. Backengrillen to nowy projekt ikony współczesnego free jazzu Matsa Gustafssona z muzykami szwedzkiego Refused, twórcami pomnikowego „A Shape Of Punk To Come”, którzy właśnie wypuścili debiutancki materiał na rynek. To nie pierwsza współpraca Szweda z muzykami z kręgu grania bardziej hałaśliwego, by nadmienić tu choćby projekty dzielone z włoskim Zu, Thustonem Moorem, Merzbow, Balazsem Pandim, Jimem O’Rourkiem, Stephanem O’Malleyem czy Orenem Ambarchim. Backengrillen na tym tle wydaje się by tworem wyjątkowym, bo choć Gustafsson mocno naznacza tu swój styl, to w kierunku muzyki Refused ukłonów wydaje się być dużo mniej. Typowego punkowego szaleństwa na pograniczu mathcore’a tutaj praktycznie nie ma. Ba! Nawet typowego hc/punka jest tutaj mało. Jest za to punkowy, organiczny brud, niekłamane pokłady muzycznej autentyczności i świeżość, której często brakowało wydawnictwom Gustafssona w ostatnim dziesięcioleciu. „Backengrillen” zaskakuje surowością, repetytywnością i oszczędnością, ale jakże odmienną od tego co Szwed robił np. w Fire! Czy Fire! Orchestra. Pierwsze skojarzenia po przesłuchaniu debiutu Backengrilen wędrują w kierunku takich formacji jak Fall of Because, Godflesh czy GOD. To jest ten rodzaj pulsacji, kroczącego metrum, pewnej protoindustrialnej mechanizacji, która zachwycała przed 35 laty. Różnica polega na tym, że ten industrialny sznyt, ten metaliczny ciężar został z tych nagrań zdjęty. Backengrillen chwyta przestrzeń taplając się jednocześnie w punkowych szczynach i pierwotnym, prymitywnym syfie. Pomimo oszczędności i muzycznego ascetyzmu słychać, że nie ma tu mowy o amatorszczyźnie czy spontanicznym wybryku. Choć sam projekt opierał się na prostym koncepcie dekonstrukcyjnym, na repetycji doprowadzonej do granic sensu, to tego sensu tej muzyce nie brakuje. Ba! Powiedziałbym nawet, że umiar to słowo klucz w przypadku tego wydawnictwa i to stanowi jego największa siłę, będąc tym, czego trochę brakowało kilku ostatnim, ważniejszym wydawnictwom skandynawskiego saksofonisty. Pośród prostych, noiserockowych i punkowych akordów znalazło się mnóstwo miejsca na piękne partie fletu, saksofonowe pochody jak i mamucie, synkopowane dęte riffy Gustafssona napędzające jakże precyzyjne i przemyślane frazy pozostałych trzech członków kolektywu. Bez większego problemu można delektować się tłustymi partiami basu i masywnej perkusji. Brak gitar doskonale stwarza przestrzeń muzykom do wykreowania świata opuszczonego i opustoszałego, przez który, w towarzystwie frapujących dźwięków przedzieramy się przez blisko 50 minut i z każdym kolejnym odsłuchem chcemy   wsiąkać w ten świat jeszcze bardziej. Materiał zaskakuje różnorodnością, bo obok stricte punkowego „Repeater” mamy transowy „A Hate Inferior” czy złowieszczo malowniczy „Backengrillen #1”. Ja osobiście cieszę się, że mam tą przyjemność posiadać nośnik od ponad miesiąca i regularnie delektować się tym wydawnictwem, bo nie mam wątpliwości, że jest to dla mnie murowany faworyt do końcoworocznych list. Absolutnie wspaniały album, błyskotliwy, bazujący na dotychczasowych doświadczeniach muzyków, a jednak przynoszący świeże spojrzenie, jakość i treść. Posiadana przeze mnie wersja CD jest wydana w formie czteropanelowego digipacka i oczojebny pomarańcz podkreślający zdobiącą całość grafikę doskonale oddają nastrój emanujący z dźwięków tu zarejestrowanych. Jeśli ktoś jest otwarty na jazz, na ciekawą i dobrze napisaną muzykę to ten album jest pozycją obowiązkową. Przegniłe fundamenty zamczyska, renta królowej i pół księżniczni dla tych Panów! A ja po prostu dziękuję za tak wspaniały materiał.

                                                                                                                               Harlequin


https://backengrillen.bandcamp.com/album/backengrillen-2

niedziela, 25 stycznia 2026

Recenzja Lone Wanderer „Exaquiae”

 

Lone Wanderer

„Exaquiae”

High Roller Rec. 2026

Coś tak się jakoś stęskniłem za gatunkiem zwanym funeral doom. Nie wiem, czy tak zadziałała aura za oknem, czy może w nieco bardziej depresyjny nastrój wprowadziła mnie demówka Citrinitas, choć w sumie obok funeral doom to ona nawet nie leżała. No mniejsza o powody, efekt był taki, że sięgnąłem sobie po nowy album niemieckiego Lone Wanderer, bo akurat był pod ręką. Zespół istnieje już ponad dziesięć lat, a „Exaquiae” jest ich trzecim dużym wydawnictwem. Dużym… Raczej powinienem powiedzieć „długim”, bo pięć zawartych na tym krążku kompozycji trwa razem siedemdziesiąt trzy minuty. Na początek mamy dwudziestoczterominutowca „To Rest Eternally”, który w zasadzie jest podsumowaniem gatunku. Bo i tytuł niezwykle adekwatny, i wszelkie użyte podczas tej małej podróży środki. Powolne tempa, ciągnące się masywne akordy, przytłaczający ciężar, akustyczne przystanki i grobowy growl. A wszystko to zatopione w posępnych dźwiękach, niosących nas niczym ciało nieboszczyka w trumnie, ku ostatecznemu pożegnaniu. Ten numer, zresztą jak i cała płyta, nie ma w sobie kszty innowacji czy oryginalności. Posiada natomiast zasadniczy walor, jakim jest jakość. Obawiałem się, że ostatecznie „Exaquiae” mnie zmęczy, że będę miał go dość już po czterdziestu minutach (jak to często z płytami z tego gatunku u mnie bywa), ale nie! Trzeba przyznać, że Niemcy doskonale potrafią budować  ową pogrzebową atmosferę tak, by nie popaść w banał, nie zeżreć własnego ogona i nie wywoływać niepowstrzymanego ziewania. Ten album ma swój klimat, jest bardzo dokładnie wyważony i przemyślany. I nawet jeśli oparty został na sprawdzonych recepturach, to nadal jest tak samo gorzki jak klasyczne wywary Thergothon czy Mournful Congregation, bo z tymi dwoma zespołami Lone Wanderer chyba kojarzy mi się najbardziej. Co by zatem nie przedłużać. Funeral doom jaki jest każdy wie. Jeśli macie ochotę na dawkę pesymistycznego ciężaru w tempie ślimaczym, to sięgajcie po nowy Lone Wanderer bez wahania. W swoim gatunku jest to bowiem album zdecydowanie wart polecenia.

- jesusatan




Recenzja Banisher „Metamorphosis”

 

Banisher

„Metamorphosis”

Selfmadegod Records 2026

Trzydziestego stycznia ukaże się piąta płyta tej rzeszowskiej grupy, która już od ponad dwudziestu lat buja się po polskiej scenie technicznego i progresywnego death metalu. Metalu, który obok wirtuozerskich popisów oraz niebanalnych rozwiązań aranżacyjnych, posiada ten core’owy groove, co zawsze kojarzyło mi się z takim Soulfly, tyle że na sterydach, a takie rytmy rodem z brazylijskiej dżungli nigdy mi nie leżały. Cóż, pomijając uprzedzenia, należy stwierdzić, że Banisher po raz kolejny nagrał album, który jest naszpikowany różnymi formami kostkowania, zmianami tempa i rytmiki, awangardowymi wtrętami i połączeniami ich z brutalnością metalu śmierci. Technika techniką, modernistyczne udziwnienia i nietuzinkowe pomysły doskonale urozmaicają oraz podkręcają dynamikę i klimat, ale pierdolnięcie ta muzyka ma. Ma też „coś” jeszcze, bo te wszystkie, nietuzinkowe riffy sprawiają, że to „coś” żyje na „Metamorphosis”. Dla mnie twórczość Banisher i grup bliźniaczych nigdy do mnie nie przemawiała i przemawiać nie będzie, ale co nieco zrozumiałem, gdy z notki dołączonej do tego materiału dowiedziałem się, że przy jego komponowaniu wykorzystano sześć strojów gitar, a jedna z nich brzmi jak skrzypce. To rozjaśniło mi nieco w głowie i wgryzłem się dzięki temu bardziej w ten krążek, skupiając się na barwie wioseł i to właśnie ten element robi tutaj robotę. W zestawieniu z galopującą perkusją, solidnym basem i nieco wkurwiającymi wokalami, dźwięczy to fantastycznie, ale czy jest mi to do czegoś potrzebne? Mi słoń kiedyś nadepnął na ucho i jestem w stanie znieść tylko te toporne produkcje, a „Metamorphosis” do nich nie pasuje. Wydawnictwo skierowane do fanów tego specyficznego, festiwalowego ujęcia death metalu, który oprócz agresywności oferuje również mnóstwo wrażeń estetycznych i głównie im je polecam.

shub niggurath




sobota, 24 stycznia 2026

Recenzja Ellende „Zerfall”

 

Ellende

„Zerfall”

AOP Rec. 2026

Tak szczerze, to nie przepadam za post black metalem. Albo może inaczej – nie jest to mój ulubiony odłam gatunku. Raczej ten najmniej. Bo, pomijając już całą tą filozofię, czym ów „post” jest, i czy w ogóle jest to black metal, dziewięćdziesiąt pięć procent zespołów szukających nowych ścieżek muzycznych podpinających się pod łatkę „black” zdaje mi się robić to na siłę, tudzież pod publiczkę, w nadziei, że trafią może na podatny grunt. Niczym kiedyś francuski Elend (jakoś tak przypadkowo akurat podobna nazwa), który tak udanie podbił serca szukających nowych wrażeń „metalowców”, że po kilku latach biły się o niego największe wytwórnie. No dobra, ale miałem wam streścić Ellende, a schodzę z tematu. No to streszczam, choć album trwa niemal okrągłą godzinę, więc teoretycznie pełen powinien być smaczków, klimatów i wszelakich inspiracji przeróżnych. Chuja prawda! Ellende w zasadzie kręci się wokół pewnego schematu, na zasadzie black metal (nudny, że rzygać się chce) – zwolnienie – motyw akustyczny – szybciej i znów nijako, na riffie który ma sto tysięcy lat – akordeon czy inne pianinko – jęki stęki i klimacik – powtórz, i od nowa. No jakoś tak w ten deseń. „Zerfall” jest już szóstym albumem tego jednoosobowego projektu z Austriii, ale powiem szczerze, nie czuję najmniejszej potrzeby sprawdzania wcześniejszych dokonań tego pana. Najwyraźniej jest to kolejny umuzykalniony, jak mu się zdaje, me(ga)loman, uważający się za mesjasza naszych czasów. A po prawdzie, kompozycje na tym krążku są tak wtórne, tak banalne, że i paczka Aviomarinu nie pomoże powstrzymać posiłku przed nawrotem z tourne po układzie pokarmowym. Banalne są tu wokale, i to te skrzeczane, i te „mrocznie” śpiewane czy deklamowane, banalne (w chuj banalne!) linie gitarowe, natrętne akustyczne przeszkadzajki i innego rodzaju wepchnięte bez ładu i składu dodatki. Serio, facet myśli, że jak zestawi motyw na pianinku z szybkim tremolo kategorii C, pierdolnie motyw na skrzypkach i pośpiewa do tego w swoim narodowym, to jest taki zajebisty? Ten album jest najlepszym przykładem na to, jak się rzekomego „post metalu” nie gra, i jeśli ktoś mi kiedyś jeszcze powie, że jestem taki „och, ach, ortodoks na siłę”, to mu wepchnę ten album do gardła i każę przeżuwać przez pięćdziesiąt osiem minut z haczykiem. No gówno to jest, rzadkie niesłychanie. Nie słuchajcie tego nawet, bo mi was będzie żal.  Idę w chuj, bo mi się nie chce o tym dłużej pisać. Nara.

- jesusatan




Recenzja Total Annihilation „Mountains of Madness”

 

Total Annihilation

„Mountains of Madness”

Testimony Records 2026

To już dwudziestoletnia kapela, ale niezbyt płodna, bo właśnie wydała dopiero czwartą płytę. Może długość stażu nie przekłada się na ilość albumów, lecz słabej jakości zarzucić tym czterem Szwajcarom nie można. Thrash metal jaki oferują nie niesie niczego nowego i mocno zakorzeniony jest w latach osiemdziesiątych. To ta sama rytmika i dynamika zapodana za pomocą riffów w średnim i szybkim tempie, które Total Annihilation okrasza idealnie wpasowanymi solówkami. Co wyróżnia muzykowanie tej brygady, to odpowiednio dociążone gitary, które dodatkowo zagęszcza dość nisko nastrojona sekcja rytmiczna, a to skutkuje mocnym skrętem w rejony death metalowe więc określenie grania tego kwartetu jako „thrash-death”, nie powinno być w żadnym razie błędem. Zresztą nie tylko w barwie instrumentów słychać ciężkość, ponieważ akordy poza charakterystycznym dla thrashu biczowaniem, potrafią wybornie pognieść i za sprawą swego ponurego charakteru, zsyłają sporo morowego powietrza. W ogóle mało na „Mountains of Madness” jest żywiołowego i delikatnie beztroskiego kostkowania w stylu Bay Area, a jeśli się już pojawia, to bliżej mu do agresywniejszych, europejskich zespołów jak chociażby Sodom czy Kreator. Mimo obecności tych elementów i tak przeważają te mroczne oraz ciężkie formy, które wyraźnie brutalizują tutejsze kompozycje, a także nadają im interesującej atmosferyczności. To intensywny metal nawet jeśli płynie w wolnym i średnim tempie, skutecznie miażdżąc i zaskakując różnorodnością pomysłów jego twórców. Soczysty i zarazem łatwo przyswajalny thrash-death, w którym gitara rytmiczna prowadzi fantastyczny dialog z solową, bębny i bas dostarczają głębokich dołów, a całości towarzyszą niezłe wokalizy. Dobrze wyprodukowana produkcja, ale niepozbawiona szorstkości i brudu. Dewastuje od pierwszych chwil więc sprawdzajcie, ponieważ to naprawdę świetne granie.

shub niggurath




piątek, 23 stycznia 2026

Recenzja Vorago „Morulus”

 

Vorago

„Morulus”

Amor Fati 2026

Istnieje, lub istniało, już kilka zespołów o widocznej powyżej nazwie, jednak żaden z nich jakoś specjalnie na scenie nie zaistniał. Ten Vorago, to twór międzynarodowy, bowiem w jego skład wchodzą muzycy z Niemiec i Meksyku. „Morulus” to ich debiutancki mini, którego premiera będzie miała miejsce w drugiej połowie lutego. Zawiera on nieco ponad pół godziny black metalu z naleciałościami gatunków pobocznych. Pierwsze skojarzenia jakie przychodzą mi do głowy po włączeniu tych nagrań, to Possession. Jest to bowiem podobnie motoryczne granie, głównie na wyższych obrotach, przeważnie z typowym automatycznym riffowaniem i perkusyjnym rytmem, przypominającym pracę tłoków w silniku jakiejś wojennej machiny. Zresztą praca gitar jest tutaj chyba największą zaletą, bowiem partie tego instrumentu są bardzo intensywne, nacierające na słuchacza z niebywałą mocą. I to bez względu, czy mielą niczym rozdrabniarka, jak w otwierającym całość „Torquemada”, czy zdecydowanie wolniej („Negative Response”), przeżuwając nas niczym bagienny potwór, ich ciężar jest wyraźnie odczuwalny. Spora w tym zaleta brzmienia, które jest bardziej death / doom metalowe niż stricte z gatunku black. Podobnie zresztą, jak u wspomnianych wcześniej Belgów. Chwilami można też wyczuć w tych kompozycjach ducha wczesnego Mayhem, gdzie indziej przewinie się masywny riff śmierć metalowy, a nawet jakiś war metalowy ślizg. W efekcie, dźwięki kreowane przez Vorago rażą zarówno ciężarem, jak i dość chwytliwą, ale nie ckliwą, melodią, o której panowie bynajmniej nie zapomnieli. Ta muzyka ma niezaprzeczalny, swoisty groove , ale i przy okazji ostre pierdolnięcie, bo wielokrotnie pięść sama się zaciska i wędruje w górę (zwłaszcza jak wjeżdża taki oldskulowy, praktycznie thrashowy moment jak w „Darkhammer”). Trzeba też napomknąć zdanie o wokalach. Te, głównie oscylują gdzieś pomiędzy deathmetalowy growlem a blackmetalowy krzykiem, i tylko miejscami schodzą głęboko w katakumby, zwłaszcza gdy przechodzimy w masywny, wolny riff. Z kolei w utworze tytułowym, pod koniec, przyjmują czystą barwę rytualną. Panowie żadnej rewolucji nie przeprowadzają, opierając się raczej na starych wzorcach, a mimo to ich debiutancki materiał ma w sobie nieco świeżości, i nie jest jedynie bezpośrednim powielaniem tego, co już milion razy słyszeliśmy. Bardzo dobre otwarcie w wykonaniu Vorago. I świetna okładka, która od razu przyciąga oko. W tym przypadku, jak najbardziej słusznie.

- jesusatan




Recenzja Ligation „After Gods”

 

Ligation

„After Gods”

Personal Records 2026

Ligation jest kapelą z Helsinek, gdzie powstała w 2022 roku. Od tamtego czasu wystąpiła na dwóch splitach, ale teraz pojawia się znowu, aby zaprezentować swój debiutancki album. Zawiera on pięć nowych kawałków plus trzy z tych wcześniejszych, mniejszych wydawnictw, co ma kluczowe znaczenie dla obrazu całości „After Gods”. Te świeże utwory, stanowiące trzon tej płyty, to eksperymentalnie potraktowany death metal, który tak naprawdę poprzez luźne zestawienie go z innymi i nie zawsze przystającymi do niego formami, wymyka się jakiejkolwiek kategoryzacji. Gatunek ten, ci trzej Finowie mieszają tutaj z elementami znanymi ze sludge, gothic i doom metalu. Do tego dodają sporo pierwiastków noisu, dark ambientu oraz post-punka, a także odrobinę wtrętów w stylu gore. Panowie w ogóle nie dbają o płynne połączenie między tymi gatunkami, co skutkuje eksperymentalną muzą, która momentami przypomina szaloną improwizację o wysokim stopniu nieprzewidywalności. Poszczególne gatunki składowe każdej kompozycji pojawiają się nagle. Wyobraźcie sobie, że słuchacie mrocznego i gęstego death metalu, który nagle zamienia się w uwierający hałas, aby bez żadnego ostrzeżenia przejść w melodyjne, gotyckie rejony lub awangardowe, improwizacyjne uderzenia, ni stąd ni zowąd wyciszane za pomocą syntezatorowych, nastrojowych pasaży. Do wszystkiego dorzućcie trochę industrialnych rytmów i doomowych, chwilami wręcz funeralnych odjazdów oraz dźwięków saksofonu. Z całości płynie cała gama emocji i przeróżnej atmosferyczności, i odznacza się nieokiełznanym charakterem, który zaskakuje mnogością osobowości. Ligation w tej odsłonie może mocno przypominać Pan.Thy. Monium, tyle że w bardziej niekonwencjonalnym akcie, który niesie ze sobą brutalne zestawienie różnych, ekstremalnych i zupełnie nieprzenikających się brzmień. Owocuje to schizofreniczną muzyką, która fragmentarycznie jest do przyjęcia, lecz jako całość nie do końca zrozumiała. Nie da się jednak odmówić „After Gods” brutalności, upiorności i wielowymiarowości, które zrodziła daleko posunięta wolność twórcza Finów jak i ich wszechstronna wyobraźnia. Płytę kończą wspomniane trzy numery ze splitów, które wyraźnie odstają od pozostałych, ponieważ są dużo spójniejsze, gdyż Ligation tworząc je, skupili się bardziej na mariażu death i doom metalu, który urozmaicili o dźwięki saksofonu i trochę awangardowych odjazdów. Twórczość tego tercetu w tej wczesnej wersji leży mi dużo lepiej niż „After Gods”, ale sprawdźcie i wybierzcie sami.

shub niggurath




środa, 21 stycznia 2026

Recenzja Strigiform „Aconite”

 

Strigiform

„Aconite”

I, Voidhanger Rec. 2025

Nazwa Strigiform zapewne niewiele wam mówi. Jest to bowiem nowy twór na rynku muzycznym, choć za jego powstanie odpowiada Saprovore, muzyk mający już pewne doświadczenie muzyczne w innym ze swoich projektów, mianowicie Vertebra Atlantis. Debiutancki album zespołu ukazał się pod koniec ubiegłego roku, i zawiera trzydzieści parę minut muzyki, którą określić można wprost jako dysonansowy, awangardowy death / black metal. Z tą awangardą jednak nie ma tutaj jakichś niespotykanych dotychczas fajerwerków. Nie da się jednak zaprzeczyć, że „Aconite” to płyta bardzo ciekawie pokombinowana. I niełatwa. Przede wszystkim same linie gitarowe są mocno pokręcone, chwilami zawiłe, a na pewno nie ułatwiające niedzielnemu słuchaczowi życia. Nagłe przyspieszenia często łamane są, i to w najmniej oczekiwanym momencie, przez bardziej techniczne, wręcz zawiłe melodie, by po chwili znów przejść w sprint, albo zatrzymać się znienacka ustępując pola klimatycznym pasażom. Cokolwiek jednak się na tym krążku nie dzieje, podkreślić należy jedno. Wyjątkowy kunszt muzyków. Nie tylko pod względem opanowania instrumentów, ale i pomysłowości. Weźmy na ten przykład linie perkusyjne. Mamy tutaj prawdziwy pokaz umiejętności i nieszablonowości, momentami lekko nawet zahaczającej o jazz. Wspomniane harmonie z kolei przypominać mogą kontrolowany chaos, niby trzymany mocno na smyczy, jednak raz za razem próbujący wyrwać się z uwięzi. Powiedzieć, że mnóstwo się tu dzieje, to jak nie powiedzieć nic. Gdybyście łaknęli porównań, to już spieszę z pomocą. Pomyślcie o Diskord, Ved Buens Ende, Howls of Ebb, Oranssi Pazuzu czy Negative Plane. Najlepiej jako składnikach wrzuconych do jednego worka, mocno wymieszanych. Otrzymacie mniej więcej to, co oferuje Strigiform. Jeśli chodzi o brzmienie, to jest ono niepokojąco zimne, bardziej blackmetalowe, ale jednocześnie daleki byłbym od nazywania go surowym. Wszystkie składowe są tutaj bowiem doskonale słyszalne. Inną sprawą jest wychwycenie poszczególnych niuansów, których album ten zawiera naprawdę sporo. Jeśli zatem szukacie albumu do eksploracji, jesteście w stanie poświęcić mu dostateczną ilość czasu, by ostatecznie wgryźć się w sam jego środek, to „Aconite” jest dla was. Jeśli natomiast słuchacie muzyki „w przeciągu”, to zalecam coś łatwiejszego.

- jesusatan




Recenzja Rotgut „8 oz Cantrip”

 

Rotgut

„8 oz Cantrip”

Independent 2026

To młoda kapela z USA, gdzie powstała w 2024 roku, a „8 oz Cantrip” to ich druga epka, która zawiera cztery numery żywiołowej muzyki. Jest to fuzja różnych stopów metalu, na którą składają się thrash, crust, trochę bleka i sporo rock’n’rolla, no i może odrobina vibe’u w stylu crossover. Moje pierwsze skojarzenia to Kvelertak, tyle że jest tutaj mniej core’a, ale ogólny wydźwięk rzępolenia Amerykanów pozostaje i tak bardzo podobny. To surowa i prosta, ale nie pozbawiona technicznych smaczków muzyka, która energicznie leci do przodu bujając i biczując na przemian. Trudna w zdefiniowaniu, bo granice między gatunkami Rotgut pieczołowicie pokrył sprawnym ich połączeniem. W wyniku tego potencjalny odbiorca otrzyma dość intensywną jazdę, zbudowaną za pomocą łatwo wkręcających się riffów, świetnych solówek, intensywnego tempa i bez problemu przyswajalnej rytmiki. Całość sunie w towarzystwie galopującej perkusji, basowej zasmażki oraz szorstkich wokaliz, którym od czasu do czasu towarzyszą chóralne pokrzykiwania. Pomimo dobrej produkcji, metal w wykonaniu tego kwartetu brzmi garażowo. Szorstka barwa instrumentów i strun głosowych gościa przy mikrofonie, a także anarchistyczny charakter akordów, wygrywanych bez zadęcia i na lekkiej wyjebce, oddaje brud ciemnych zaułków i lepkość zakazanych dzielnic miejskich, gdzie alkohol i dragi oraz związane z nimi plusy i minusy egzystencji, to chleb powszedni. Blackened thrash, black’n’roll czy heavy rock. Jak zwał tak zwał. Kopie po dupie aż miło, jeśli oczywiście lubicie być po niej kopani. Agresywnie, momentami złowieszczo i z pewnością z lekkim przymrużeniem oka. Fajne, biorę.

shub niggurath




A review of Karloff “Revered by Death”

 

Karloff

“Revered by Death”

Dying Victims Prod. 2026

 

If you see two mustachioed Germans in leather vests and Hellhammer T-shirts in the photo, what do you think they might be playing? Obviously some old stuff. Otherwise, they wouldn't be releasing it under the Dying Victims label. Their debut album, released about three years ago, really messed in my mind, so I was very curious to see what I would find on “Revered by Death.” Well, I found more or less the same thing as on “The Appearing”, meaning lively black/punk, played with balls and a total 80s vibe. Because when I say “black metal,” I don't mean the second, Scandinavian wave, but the slightly deeper roots of the genre. But that's not all. Because even if the opening track, “A Pessimistic Soaring,” is so catchy that your feet just want to dance, and “Die Wiederkehr der Dunkelei” is no less so, on the next track on the list, “When the Flames Devour You All,” the guys definitely slow down, treating us to something resembling a ballad, or at least a very atmospheric and moody composition. Surprised? Wait for the next one, the ambient acoustic “On Weathered Altar.” Here, you can really drift away. Then we return to punk/rock/metal tracks, and Karloff treats us to catchy melodies “like in the old days”. In fact, these recordings remind me a bit of our Owls Woods Graves or The Relicts. Maybe not literally in terms of music, but because of similar inspirations and that omnipresent groove. The songs on this album are short, but they have a lot of energy. I like the drum tracks here. Theoretically simple, but at times so joyful that when I close my eyes, I can see a glam drummer with a bandana on his head, playing with one hand raised and a big smile on his face. It's really fantastic to listen to, and since “Revered by Death” is only half an hour long and contains nothing but hits, it automatically starts over again itself when it ends. Check out this album if you're in the mood for something catchy, old-school, and recorded without any fuss. For me, it's awesome!

- jesusatan




Recenzja Orchid Throne „Buried in Black”

 

Orchid Throne

„Buried in Black”

Self-Release 2026

To solowy projekt Nicholasa Bonsanto, który jest Amerykaninem, udzielającym się również w innych kapelach o dość dużym rozstrzale gatunkowym. Po wielu latach komponowania do szuflady, postanowił w końcu nagrać coś swojego. Wynikiem tego jest „Buried in Black”, który zawiera siedem kawałków muzyki, w której przez niemalże godzinę będą mogli się pławić niepoprawni pesymiści i melancholicy. To 54 minuty melodyjnego deta gotyckiego z domieszką metalu zagłady, podczas których zalewani jesteśmy szeregiem form o znacznej ciężkości i dużym ładunku smutku. Przygnębienie emocjonalne wyłazi tu z każdego wręcz akordu. Czy to jest depresyjne plumkanie na klawiszach bądź gitarze akustycznej, czy to jest wyładowanie egzystencjalnej frustracji podczas mocniejszych wybuchów, czy to są monumentalne i atmosferyczne riffy, przytłaczające swym żałobnym usposobieniem. Całość bardzo dobrze wyprodukowana i zmiksowana, raczy słuchacza soczystym brzmieniem gitar i sowitą gęstością sekcji rytmicznej, które układają się w muzykę o zróżnicowanej rytmice, takimże kostkowaniu i zmiennych tempach. Podobnie jest na płaszczyźnie wokalnej, bo Nicholas potrafi idyllicznie i boleśnie zaśpiewać, desperacko wrzeszczeć oraz posługiwać się głębokim growlem, a wszystko w zależności od tego, na jakim etapie uczuciowym znajduje się dany utwór. Z „Buried in Black” nieprzerwanie sączy się przygnębienie, wpędzające w introspektywne wycieczki i uczucie niepokoju. To także obraz głębokiego załamania nerwowego, lęku przed śmiercią oraz uczucia życiowej porażki, która zmusza do zdefiniowania na nowo sensu egzystencji, aby wyrwać się z dotychczasowej beznadziei. Debiutancka płyta Orchid Throne, jest sonicznym krajobrazem wypełnionym przez ból i cierpienie, za pomocą którego Nicholas Bonsanto wyrzuca z siebie uwierającą sinusoidę negatywnych emocji. Można lubić ten typ metalu lub nienawidzić, ale trzeba przyznać, że Amerykanin za pomocą tego gatunku doskonale oddał najgłębsze, współczesne lęki i ich dramatyczne konsekwencje, nierzadko skutkujące różnego typu psychozami i samobójstwem. Jeśli lubicie taką muzę, będzie to przyjemna podróż. Jeśli nie znosicie, wymioty gwarantowane.

shub niggurath




wtorek, 20 stycznia 2026

Recenzja Celestial Carnage „Divine Order”

 

Celestial Carnage

„Divine Order”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Celestial Carnage to trio z Santiago w Chile, a „Divine Order” jest ich debiutanckim wydawnictwem, które ujrzało światło dnia w zeszłym roku nakładem meksykańskiej Iron, Blood and Death Corporation. Jak Chile, to od razu wiadomo, że będzie srogo, choć tym razem nie aż tak charakterystycznie. Na początek krótkie intro, po którym Celestial Carnage ruszają powoli, ospale, niczym lokomotywa z wiersza Tuwima, by z czasem nabierać coraz większej prędkości. Muzyka, jaką znajdziemy na tym krążku, to black metal, wyraźnie zainfekowany starym thrashem z lat osiemdziesiątych. Bardziej zamykająca się w ramach prostoty, niż szukająca innowacyjnych rozwiązań, czy jakichś technicznych wygibasów. Słychać, że panowie wrzucili do gara drugofalowy black z lat dziewięćdziesiątych, i dokładnie wymieszali z wpływami takich klasyków jak Kreator czy Sodom. Echa tych drugich odbijają się  tak naprawdę gdzieś w tle przez cały album. Przyznać trzeba, że więcej w tych nagraniach europejskiego sznytu i skandynawskiego mrozu, niż typowej dla Ameryki Południowej dziczy. Jednak najwyraźniej tamtejsze zespoły i w tej stylistyce doskonale się odnajdują, bo nawet jeśli „Divine Order” nie grzeszy zbytnio oryginalnością, to niewiele tak naprawdę nie odstaje od klasycznych zespołów z Norwegii czy Szwecji. Z jednej strony mocno tu zawiewa chłodem, ale z drugiej, nie brakuje melodii. Może nie tak wyraźnie uwypuklonej, ale na tyle obecnej, że chwilami niektóre numery chce się najzwyczajniej w świecie ponucić pod nosem, jak choćby „Congenital Malformation”. Nie brak tu też fragmentów prostych, wręcz oklepanych, zwłaszcza kiedy Celestial Carnage przechodzą w klasyczny d-beat. Całość brzmi dość surowo, podług starego przepisu, szorstko i bez zbędnej polerki. Na zakończenie panowie częstują jeszcze coverem Desaster, który też w pewien sposób wyjaśnia, skąd w nich te niemieckie inspiracje. Myślę, że album ten ma w sobie spory potencjał, i warto poświęcić trzy kwadranse życia na odsłuchanie tego, co Celestial Carnage mają do zaoferowania. Gór to może nie przenosi, ale na pewno średniego światowego poziomu nie zaniża. Bardzo solidne granie.

- jesusatan




Recenzja Casket „In the Long Run We Are All Dead”

 

Casket

„In the Long Run We Are All Dead”

Necbreaker Records 2026

Trochę tych „kasketów” na scenie metalowej się uzbierało, bo w samych Niemczech są trzy kapele o tej nazwie. W tym przypadku chodzi też o niemiecką brygadę, ale o tą, pochodzącą z kraju związkowego, który nazywa się Baden-Württemberg. Tercet ten ma za sobą długą historię, co nie przekłada się na ilość wydawnictw, ponieważ Casket gra już od 1990 roku i oprócz kilku demosów ma na koncie zaledwie cztery płyty. Niebawem liczba albumów się powiększy, gdyż w ostatniej dekadzie stycznia ukaże się ich piąty krążek, o którym właśnie mowa. Zawierać on będzie jedenaście kawałków utrzymanych w death metalowym tonie, który powinien spodobać się purystom. Ci dwaj panowie z koleżanką na basie komponują w staroszkolnym stylu, gniotąc okrutnie. To death metal, który swą ciężkością i żylastością wywraca flaki na lewą stronę. Brzmi jak początki tego gatunku w Europie, czyli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, przypominając demówki Grave, Funebre, Carnage czy Gorefest. Utwory o prostej konstrukcji, pozbawionej udziwnień i zbędnych ozdobników. Ciężkie i gęste akordy, które nie niosą ze sobą żadnych melodyjek, tylko ten specyficzny groove, z którego sączy się cuchnąca flegma i smród rozkładu. Średnie i wolne tempo, żylasty bas, od którego drży żołądek, przytłaczające bębny, mięsista gitara i głębokie growle. Całość zebrana do kupy, generuje brudną i mroczną muzę, która zalewa uszy kilkoma tonami błotnistej mazi, składającej się jak mniemam, ze zmielonych ciał razem z kośćmi. Dusi podczas doomowych zwolnień i mieli, bujającym rytmem w trakcie headbangowych przyspieszeń, którym nierzadko towarzyszą przepyszne d-beaty. Najnowsze dzieło od Casket, to zwarta ściana dźwięków, wytworzona za pomocą dudniącej sekcji rytmicznej i soczystej gitarze, której riffy tną jak tempa brzytwa, tworząc rany bardziej szarpane niż cięte. Bagnisty death metal o dużej sile rażenia, która od pierwszych taktów przenosi w czasie, serwując złowieszczą i nie kłaniającą się trendom muzykę. Stuprocentowy metal śmierci o undergroundowej proweniencji. Jakże mam zatem nie polecić.

shub niggurath




poniedziałek, 19 stycznia 2026

Recenzja Necropolissebeht „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome”

 

Necropolissebeht

„Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome”

Amor Fati 2026

Kiedy cztery lata temu pisałem tutaj o debiutanckiej EP-ce Necropolissebeht, byłem przekonany, że to raczej jednorazowy wyskok, bez większych szans na kontynuacje. I wcale z tego powodu nie płakałem, bo projekt ten niczym szczególnym się z tłumu war metalowych aktów nie wyróżniał. Okazuje się jednak, że trio odpowiedzialne za Cmentarny Sabat postanowiło dalej siać nuklearne zniszczenie, czego dowodem pełnowymiarowy materiał zespołu, który lada chwila ukaże się nakładem Amor Fati. Kto słyszał „TTCCCLXXX” doskonale wie, czego może się po tym pełniaku spodziewać. Warmetalowej klasyki. Nie ma na tym albumie absolutnie niczego innowacyjnego, odkrywczego czy porywającego. Można powiedzieć, że przez ponad czterdzieści minut nastawieni jesteśmy na odgłosy dudniącej, niczym spadające przy nalocie dywanowym bomby, perkusji, chłoszczących narządu słuchu linii gitarowych, najczęściej zapętlonych, z bardzo nielicznymi urozmaiceniami, charczącym gdzieś z drugiego planu wokalem, tyleż jednolitym co wspomniane gitary, wpadającymi randomowo na pierwszy plan solówkami, będącymi chyba jakimś rodzajem improwizacji niż wynikiem dłuższych przemyśleń, i ogólnego nakurwu. Linie melodyczne? Te nawet jak na gatunek są bardzo oszczędne. Powiedziałbym wręcz, że „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome” jest materiałem monotonnym i schematycznym. I wcale nie będzie w tym zbytniej przesady, co sami zresztą stwierdzicie, o ile w ogóle po te nagrania sięgniecie. Z drugiej strony, owa monotonia ma też i drugie oblicze. Dzięki tej monotonnej intensywności zespół wprowadza odbiorcę w pewnego rodzaju trans. Albo inaczej, przy tych dziewięciu ścieżkach można poczuć się jak zamknięty w bunkrze uciekinier, narażony na odgłosy intensywnego ostrzału artyleryjskiego na powierzchni. Brzmienie tych nagrań to głęboka piwnica. Chwilami gitary chowają się za perkusją, czy też, co najwyżej, zlewają się z owym dudnieniem w jednolitą masę, z której czasami, też jakby przypadkowo, coś wyraźniejszego się na sekundę wyłoni.  Uważam jednak, że „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome” skierowany jest tylko i wyłącznie do warmetalowych masochistów, a „niefani” tego gatunku nie mają po co do tych piosenek podchodzić. Tyle w temacie, bo po co dłużej drążyć…

- jesusatan




 

niedziela, 18 stycznia 2026

Recenzja Fossilization „Advent of Wounds”

 

Fossilization

„Advent of Wounds”

Everlasting Spew Rec. 2026

Półtora roku po wydaniu debiutanckiego “Leprous Daylight”, brazylijscy gruzownicy powracają z drugim albumem. Po raz kolejny mamy tutaj około trzydziestu pięciu minut samego gęstego w najlepszym wydaniu. Trochę nie rozumiem malkontentów narzekających na wspomniany debiut, głównie w zestawieniu z wcześniejszą EP-ką. Moim zdaniem była to w prostej linii, niczym nie ustępująca najwcześniejszym nagraniom, kontynuacja i rozwijanie własnego stylu. Podobnie rzecz ma się z „Advent of Wounds”. To cały czas ten sam odłam śmierć metalu, z niewielkim jedynie przemieszaniem poszczególnych części składowych. Analizowanie tych nagrań w stosunku jeden do jednego, czy aptekarska analiza, mija się z celem i byłaby klasycznym mierzeniem zawartości cukru w cukrze. Ilość gruzy w nagraniach Fossilization jest na tyle wysoka, że nie jestem się w stanie spod niej odkopać. Nie powiem przy okazji nic odkrywczego. Bo w rzeczy samej, Brazylijczycy grają muzykę opartą na wspaniałych wzorcach wspaniałych zespołów. Po co analizować, czy więcej tu tym razem Phobocosm niż Immolation, czy może tym razem panowie zapatrzyli się mocniej w Dead Congregation, sporo harmonie kojarzące się z tymi zespołami i tak są do siebie podobne, a jednak każdy z nich nieco się od siebie różni. Tak samo jak Fissilization, którzy mieszając ciężar z melodią, przeplatając fragmenty blastujące miażdżącymi zwolnieniami, raz uderzając bezpośrednim riffem, by za chwilę zahipnotyzować zapętlonym motywem, stworzyli również coś własnego. Coś, co możemy śmiało postawić w jednym szeregu ze wspomnianymi przed chwilą klasykami. W tych nagraniach jest tyle mrocznego klimatu, tyle odoru pleśni i zgnilizny, tyle mocarnych harmonii, że nie da się zaprzeczyć, iż jest to najwyższy poziom rozgrywek. Ktoś powie, że brzmienie jest nieco przymulone? No bo jest, ale akurat dla mnie to zaleta a nie wada, bo to nie jest, do cholery, szpital! Że wokal monotonny? Wspaniale. Brzmi przez to jak dobiegający z krypty charkot ghoula, idealnie wpisując się w całość. Moim zdaniem Brazylijczycy nagrali najlepszy do tej pory materiał, a że odsłuchałem go już kilkanaście razy, i nabrałem dystansu, to będę się przy swojej opinii upierał. Premiera jakoś za miesiąc, czyli już za momencik. Zaznaczcie sobie jej dzień w kalendarzy, żeby czasem nie przeoczyć.

- jesusatan




Recenzja Bestial Profanation „Cadaveric Rebirth”

 

Bestial Profanation

„Cadaveric Rebirth”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Bestial Profanation to kapela z Argentyny, gdzie powstała w 2020 roku. Ten album nagrali minionego lata, ale był on dostępny tylko w wersji digital. Na warsztat wziął ją meksykański Iron, Blood and Death Corporation i mamy dwójeczkę tej brygady na CD. Panowie grają klasyczny death metal, w którym spotykają się dwa nurty, szwedzki z północnoamerykańskim zatem jest tutaj dość ciekawie. To połączenie marszowych rytmów, mrocznych i gęstych tremolo z krwistymi, i zalatującymi bagnem riffami robi naprawdę dobrze. Do tego dorzućcie charakterystyczne dla Skandynawii, lecz odpowiednio dociążone brzmienie i gotowe. Aha, jeszcze niezbyt wyrazisty bas, klasyczna perkusja oraz mokre i czytelne growle, teraz obraz powinien być pełny. Blastów tu nie uświadczycie tylko ciężkie i śmierdzące zgnilizną akordy, z których wyłazi także coś niepokojącego i zimnego. Bestial Profanation poczyna sobie w zmiennych tempach, zapodając tradycyjną mieszankę kostkowania, z której wypływają znajome, żwawe i te gniotące nuty, które mocno mogą kojarzyć się z Autopsy i Unleashed. Muzyka na „Cadaveric Profanation” galopuje, zamienia się w kłus i momentami zwalnia, przechodząc do stępa, serwując ponure, zgniłe klimaty. To soczysty i szorstki death metal, który jest dobrze znany z początku lat dziewięćdziesiątych. Skonstruowany w prosty, bo poza kosmicznymi i wywołującymi ciarki na plecach solówkami, nie zawiera w sobie współczesnych udziwnień i wirtuozerskich wygibasów. Czysty kult śmierci i horroru z atmosferą voodoo niesie ze sobą coś mokrego i śmierdzącego. Porywa żwawością, przygniata przysadzistością i straszy jak najlepszy thriller. Ma w sobie tą dobrze znaną duszę, którą po brzegi wypełniają brutalność, dudniący puls i aura rozkładu. Zarejestrowany czysto, ale brzmi chropowato i naturalnie. W sam raz dla purystów z odpowiednim peselem, aczkolwiek młodzież wielbiąca kostuchowe melodie również powinna być ukontentowana.

shub niggurath