piątek, 27 lutego 2026

Recenzja Teratoma „Longing Voracity”

 

Teratoma

„Longing Voracity”

Me Saco un Ojo 2026

To drugi album berlińskiego Teratoma, bowiem debiut, zresztą bardzo obiecujący, ukazał się ponad cztery lata temu. Cieszę się, że pokładane w niektórych zespołach nadzieje stają się faktem, bo słychać wyraźnie, że panowie ten okres czasu dobrze spożytkowali. Nie zmieniając jednocześnie stylistyki, bowiem, podobnie jak „Purulent Manifestations”, tak i „Longing Voracity” zawiera czystej krwi metal śmierci spod znaku starej szkoły. Oparty w głównej mierze na ciężkim, powolnym riffowaniu i grobowym klimacie. Gitary, swoją drogą momentami wchodzące w bardziej melodyjne tony, porównywalne nawet do klasyków z Bolt Thrower (patrz choćby „Ravaged and Absorbed” czy „Festering Realm”), mielą równomiernie i systematycznie, przez co czasem można odnieść wrażenie, jakby Teratoma chcieli nas wbić głęboko w glebę, niczym kafar hydrauliczny. Niezwykle masywne harmonie bardzo sprawnie mijają się na tej płycie z melodiami całkiem łatwo wpadającymi w ucho, dzięki czemu ciężko stwierdzić, iż „Longing Voracity” jest albumem jednostajnym czy jednokierunkowym. No chyba że za ów kierunek przyjmiemy tutaj oldskul i cmentarny klimat. Idealnie do tej muzyki pasują wokale, będące najlepszym przykładem rdzennego, deathmetalowego głębokiego growlu. Ciekawie ma się sprawa z brzmieniem. Bo o ile całość jest faktycznie organiczna i zaflegmiona na bagienną nutę, tak w niektórych frazach gitary zdają się wybrzmiewać z niezwykłą lekkością, porównywalną do płyt Death ze środkowego okresu. Mimo to, i chyba jest to największa zaleta Teratoma, Niemcy z nikogo nie zrzynają, a nawet nie dają szansy na wskazanie dokładnych, jednoznacznych podobieństw do zespołów onegdaj budujących potęgę death metalu. No chyba że na siłę wskazać brytyjską stal, której chyba faktycznie tu najwięcej, choć nie w każdym momencie stop niemiecki jest jednaki z wyspiarskim. Można zatem powiedzieć, że za pomocą środków znanych i sprawdzonych wykombinowali sobie swój własny styl. Absolutnie nie odkrywczy, ale własny. Jestem przekonany, że każdy maniak rzeczonego gatunku, po sięgnięciu po „Longing Voracity” dozna stu procent satysfakcji. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Bardzo wartościowe wydawnictwo.

- jesusatan




Recenzja Ainzamkeit „Fluch des Nachzehrers”

 

Ainzamkeit

„Fluch des Nachzehrers”

Purity Through Fire 2026

Ainzamkeit to duet z Dolnej Saksonii, który muzykuje od 2023 roku, grając depresyjny black metal. W dzień wagarowicza wydadzą za pośrednictwem swojej rodzimej wytwórni drugi album, zawierający osiem utworów, które przyjemnie lecą w przestrzeń. To w sumie bardziej melancholijny niż depresyjny bleczur, w którym dominują średnie i wolne tempa. Spokojna diabelszczyzna, która charakteryzuje się hipnotycznąagogiką i frasobliwymi melodiami. Każdy z kawałków kreuje posępny klimat, w którego tworzeniu, niewątpliwie dużą rolę odgrywają klawisze. Wspomagają one smutne i transowe riffy swymi bajronicznymi pasażami, wydobywając z black metalu od Ainzamkeit jeszcze więcej boleści i żalu. Rzecz jasna są tu również i wokale, które są na niezłym poziomie, bo dość gardłowe wrzaski niejakiego Grymnira der Zornige są godne jego pseudonimu. Jego gniewne i pełne pretensji do całego świata pokrzykiwania, doskonale wpisują się w wypełnioną uczuciami straty i żałoby atmosferę tej płyty, i potęgują jej nostalgiczny wydźwięk. Jednakże ci dwaj Saksończycy nie poprzestają tylko na refleksyjnych akordach, bo niekiedy potrafią przyspieszyć i zmusić swoje instrumenty do lekkiego kłusu. Wyłazi wtedy z ich black metalu skandynawski chłód i mrok, który zakrywa na moment romantyzm i zadumę „Fluch des Nachzehrers”. Materiał o autentycznym brzmieniu, który wchodzi gładko, ale pomimo swojego łatwo przyswajalnego usposobienia jest pełen mizantropii i bezsilnej wściekłości. Jego dobra, przejrzysta produkcja nie zmyła brudu i chropowatości, co jest dużym atutem i nawiązaniem do sceny podziemnej, której cechy szczególne są w muzyce Ainzamkeit wyraźnie słyszalne. Najnowsze wydawnictwo tej kapeli nic nowego do gatunku nie wnosi, ani niczym specjalnie się nie wyróżnia, ale to dobrze skomponowany, smutny black metal, który pozbawiony jest histerycznych i nadmiernie egzaltowanych rozwiązań jak u innych przedstawicieli depresyjnego ujęcia. Spełnia swoje zadanie w gustownym stylu.

shub niggurath




Recenzja Possession „The Mother of Darkness”

 

Possession

„The Mother of Darkness”

Iron Bonehead 2026

Possession z nową płytą wyskoczył niespodziewanie, niczym diabeł w pudełka, bez żadnych zapowiedzi,  singli czy innych zwiastunów. Bardzo to dobra informacja, tym bardziej, że od ostatniego wydawnictwa Belgów, w postaci dwóch wypuszczonych jednocześnie splitów minęło siedem lat, a od ostatniego pełniaka to nawet dziewięć. Warto było jednak czekać, zwłaszcza że długość (ponad pięćdziesiąt minut), a przede wszystkim zawartość „The Mother of Darkness” w pełni ten czas oczekiwania rekompensuje. O tym, że Possession należą do liderów a nie followersów wie każdy, kto z ich wcześniejszymi materiałami, w zasadzie od debiutanckiego demo „His Best Deceit” począwszy, się zapoznał. W dość hermetycznym gatunku, jakim jest black/death metal panowie wykreowali swój własny, niepowtarzalny styl, dzięki czemu ich kompozycje da się rozpoznać praktycznie w kilka sekund. Nowe nagrania, trochę wzorem wspomnianego, podwójnego wydawnictwa pod postacią splitów, także zostały podzielone na dwa rozdziały (przedzielone pierwszym „Outro”, na skrzypce i klawisze), choć, tak jak i w przypadku „Passio Christi”, przynajmniej muzycznie niewiele się od siebie różnią. Mamy tu bowiem bezpośrednią kontynuację, czy też rozwijanie, jak kto woli, stylu, o którym to już wspomnieć zdążyłem. Muzyka Possession oparta jest przede wszystkim na drapieżnych, demonicznych riffach i bardzo charakterystycznej motoryce, oraz wszechobecnej atmosferze zła i mroku. Owe harmonie wyraźnie mają korzenie w klasyce gatunku, zarówno tych z szufladki death jak i black, aczkolwiek jednoznaczne wskazanie konkretnych wzorców jest w tym przypadku niemożliwe, gdyż panowie stworzyli opartą na wielu składowych własną manierę kostkowania i tworzenia dla siebie tylko typowych melodii. Takich momentami upiornych, nie mających ze słodyczą nic wspólnego. Ową upiorność dodatkowo windują wokale, będące, co w zasadzie też jest w przypadku Possession znakiem rozpoznawczym, swoistą mozaiką klasycznego growlowrzasku ze sporą ilością czystych, choć nie mniej złowieszczych zaśpiewów (przy refrenie do pierwszego po wprowadzaczu „Tha Black Chapel” można wręcz poczuć zimny oddech nieświętego ducha na plecach). Nie ma na tym krążku szaleńczego tempa, bo nawet jeśli panowie chwilami wciskają mocniej pedał gazu, to w rejony blastów się nie zapuszczają. Jest za to sporo momentów przy których płynąca z kompozycji Belgów energia rozsadza nas od wewnątrz, kilka wybornych solówek, oraz fragmentów cuchnących przedsionkiem piekła. Te nagrania kipią gotującą się smołą, a sposób w jaki muzycy wytapiają z gnieżdżącego się w ich sercach zła harmonie, po prostu musi mieć coś wspólnego z siłami nadprzyrodzonymi. Od zawsze podobało mi się brzmienie tego zespołu, nie inaczej jest i w przypadku nowej płyty. Czysta organiczność z jednoczesnym zachowaniem staroszkolnej selektywności, brud, ale także odpowiedni ciężar. I jeszcze jedna rzecz, która idzie w parze z samą nazwą zespołu. Tradycyjnie już, im dłużej słucham nowego materiału Possession, tym głębiej zapadam się pod powierzchnię trzeźwości umysłu, by po jakimś czasie tonąć w odmętach opętania. „The Mother of Darkness” to kolejny wyjątkowy album wyjątkowego zespołu. Jedenaście czasz czystego zła, jedenaście piekielnych pieczęci, jedenaście ran kłutych zadanych konającemu na krzyżu Nazareńczykowi. Dla mnie płyta z gatunku perfekcyjnych.

- jesusatan




Recenzja Erbeet Azhak „Only the Vile Will Remain”

 

Erbeet Azhak

„Only the Vile Will Remain”

Amor Fati 2026

To nowy projekt Corvusa von Burtle, odpowiedzialnego również za takie twory jak Cult of Erinyes czy Aerdryk. Zatem już każdy fan współczesnego black metalu wie, że Erbeet Azhak pochodzi z Belgii więc może być ciekawie. „Only the Vile Will Remain” jest debiutancką płytą tego szyldu, na której odnajdziecie trzy kwadranse muzyki o dość złowieszczym charakterze. Bez introsa, to osiem numerów, niosących „dzisiejszą” diabelszczyznę, która jest oparta o tradycyjny wzorzec i rozwinięta o francuskie ujęcie. Wynik jest całkiem smaczny, bo w tych gęstych i dysonansowych riffach, w pomiędzy które wpleciono, wijące się jak wygłodniałe węże zimne tremolo, znajduje się sporo mistycznej atmosfery i mroku. Upiorne melodie mieszają się tutaj z gorącymi, atonalnymi akordami, tworząc wraz z lodowatymi zagrywkami zwartą ścianę dźwięku. Zsyła ona sporą dawkę satanicznego klimatu, w którego odmętach z łatwością można się utopić. Okultyzm i przemoc sączą się z tego materiału, który oprócz natchnionych momentów, potrafi również pobujać po skandynawsku ze znaną sobie agresją. To esencja współczesnej metody na ten gatunek, który jak w tym przypadku nie musi być na siłę udziwniany, bądź spłycany przez „niewieście” pobrzękiwania. Erbeet Azhak udowadnia, że można stworzyć coś modernistycznego, nie tracąc na sile wyrazu i hołdując zasadom black metalu, który powinien być przede wszystkim czymś złowieszczym i przedstawiać sobą odpowiednie wartości. Nie musi być przy tym skrajnie prostą i barbarzyńską muzyką jak to niegdyś bywało, co wyraźnie słychać na „Only the Vile Will Remain”, ponieważ tutejsze nuty umieją być zawiłe, kreując chwilami wielopłaszczyznowe struktury, o wysokim stopniu intensywności. Wydawnictwo obdarzone przybrudzonym, wręcz namacalnym brzmieniem, które rezonuje przez cały czas trwania tego krążka. Agresywny i rytualny przekaz, który atakuje kaskadowymi blastami, niepokojącymi tremolo, a także dusi oleistymi zwolnieniami. Polecam bardzo.

shub niggurath




czwartek, 26 lutego 2026

Recenzja Ashes „Into the Woodlands”

 

Ashes

„Into the Woodlands”

Malignant Voices 2026

 


Pod koniec lutego, tradycyjnie już nakładem Malignant Voices, ukaże się nowy album Ashes. W tym przypadku słowo „nowy” należy potraktować dosłownie, i to na dwójnasób. Poza skojarzeniem oczywistym nadmienić bowiem należy, że oblicze zespołu zaprezentowane na „Into the Woodlands” różni się znacznie od tego, z czym mieliśmy możliwość obcować przy okazji „Ashes” czy „Gloom, Ash and Emptiness to the Horizon”. Zasadniczą różnicę da się zauważyć już po pierwszych trzech minutach, które to stanowi wstęp w stylu dungeon synth. Tego odłamu muzycznego jest zresztą na płycie więcej, ale zaznaczyć trzeba, że nie jest on, jak to nierzadko bywa, upchnięty tu na siłę, czy w formie zapchajdziury, sztucznie wydłużający czas trwania albumu. Ten do najdłuższych nie należy, bo składa się jedynie z dwóch dłuższych kompozycji, zamykających się łącznie w dwudziestu ośmiu minutach. Płyną one niespiesznie, otulając niczym padające płatki śniegu korony drzew, zasypując powoli i tworząc piękny, zimowy pejzaż. Gdzieś tam w tle pojawi się czasami jakieś tremolo, wygrywające czarującą melodię, w innym miejscu pojawią się ślady klawiszy w klimacie wspomnianego dungeon synth (są fragmenty, gdzie najbardziej śmierdzi mi wczesnym Mortiisem, choćby samo zakończenie „Dust of Life, Time and Death”), a całość wzbogacają dość oszczędnie dawkowane wokale, raczej z gatunku tych klasycznych. Zresztą, jeśli już wspomniałem o klawiszach, to obecne są one praktycznie na całym albumie, czy to w formie delikatnego, pogłębiającego nastrój tła, czy wyraźniejszych podkreśleń, momentami aż po instrument wiodący. Jako całość „Into the Woodlands” to krążek bardzo klimatyczny. Nie znajdziecie na nim jakichś chwytliwych akordów czy fajnych solówek. Nie pośpiewacie refrenów i nie pomachacie zaciśniętą pięścią. To muzyka z gatunku tych, przy których gasi się światło, zamyka oczy, i odpływa. I albo się trafi na drugą stronę świadomości, albo zaśnie, innej opcji tu nie przewiduję. Mi się to nowe oblicze Ashes podoba. Dlaczego? Raz, że jest mniej standardowe niż to, co zespół nagrywał dotychczas, a dwa, autentycznie mnie relaksuje po ciężkim dniu. Nie miałbym zatem nic przeciwko, by Nefar i The Fall na dłużej zagościli w tych muzycznych rewirach. Jestem na „tak”.

- jesusatan


https://ashesbmpl.bandcamp.com/album/into-the-woodlands

środa, 25 lutego 2026

Recenzja Triumpher „Piercing the Heart of the World”

 

Triumpher

„Piercing the Heart of the World”

No Remorse Records 2026

 


Triumpher powstał w 2019 roku w Atenach i w marcu powróci ze swoją trzecią płytą. Grecy grają power metal z trochę ostrzejszymi zrywami, które wskazywać mogą na ukłon w stronę melodyjnego, szwedzkiego black metalu. Fundament aranżacji stanowią heavy metalowe akordy, które doprawione rozpasanymi chwytliwościami robią piorunujące wrażenie, jeśli oczywiście ktoś takie rzeczy lubi. Można lubić lub nie, ale trzeba tej kapeli przyznać, że zna się na rzeczy. Ich muzyka jest monumentalna i fantastycznie wkręca się w jaźń niczym twórczość Manowar. Klasyczne rzępolenie, które ma rozmach. Epickie melodie, harmonijne zagrywki, silne i czyste wokale. Całość płynie lekko w przestrzeń, racząc kostkowaniem, które obfite jest we wzniosłości oraz kreuje baśniowy klimat. Jednakże atmosfera, którą zsyła na słuchacza Triumpher nie jest nachalna czy też cukierkowa, bo to po prostu estetyka, tradycyjnego power metalu, który przenosi nas do mrocznych baśni i na krwawe pola bitwy. Do świata, w którym słychać szczęk stali, jęki rannych i okrzyki zwycięstwa wygranych. Od czasu do czasu pomiędzy te heroiczne riffy panowie wplatają trochę agresywniejszych form. Przyspieszają wtedy i zamieniają bizantyjskie hymny na odrobinę blizzardu, który tnie boleśnie swym lodowatym usposobieniem. W trakcie tych brutalniejszych powiewów zmienia się także charakter wokaliz, które stają się złowieszcze i zalatują nieco black metalową manierą. Triumpher łączy te dwa, przeciwstawne sobie ujęcia bez problemu, ponieważ płynnie przechodzi z jednego w drugie, wtedy, gdy jest to koniecznie dla podkreślenia punktów kulminacyjnych poszczególnych utworów. Chwytliwy, przepełniony dumą i oszałamiający materiał, któremu trzeba dać się ponieść. Jeśli nie gustujecie w tego typu muzie, to sobie podarujcie. Jeżeli tak, to sięgajcie po ten album bez wahania. Z pewnością was pochłonie.

shub niggurath




wtorek, 24 lutego 2026

Recenzja Hellfuck “9 Nails Hammered into the Flesh of God”

 

Hellfuck

“9 Nails Hammered into the Flesh of God”

Godz ov War 2026

Kiedy to trzy i pół roku temu ukazał się debiutancki krążek Hellfuck, pomyślałem, że to taki jednorazowy wybryk kilku znanych na krajowej scenie muzyków, oddających w ten sposób hołd dla starego, teutońskiego thrashu, przy którym zapewne dorastali. Jednocześnie miałem nadzieję, że się mylę, zwłaszcza że „Diabolic Slaughter” mocno mną pozamiatał, i wracałem do tej płyty z wielką przyjemnością. Najwyraźniej Pan Szatan wysłuchał mojej cichej prośby, i szepnął Skullripperowi i spółce do ucha, by wbić kolejne dziewięć gwoździ w wiszące na krzyży ciało bożego syna. Aby szło to sprawniej i z większą mocą, podkusił także do wstąpienia w szeregi wspomnianych bluźnierców specjalistę od prac fizycznych, czyli Zbysia „Inferno” Promińskiego. W efekcie, za niecały miesiąc, świat nawiedzi drugi piekielny bękart, przynosząc ze sobą nieco ponad pół godziny muzyki. Muzyki będącej bezpośrednią kontynuacją debiutu, albo, innymi słowy, wariacją na temat Kreator / Destruction po końskich sterydach. Tutaj nie ma co fantazjować, czy snuć opowieści z krainy mchu i paproci. Na „9 Nails Hammered into the Flesh of God” panowie napierdalają dokładnie tak, jak chciałoby się, by dziś napierdalała ekipa Petrozzy. Bo to, co odpierdala legenda thrash metalu przez ostatnie dwadzieścia lat, a zwłaszcza na dwóch ostatnich albumach, woła o pomstę do piekła. Płytę Hellfuck powinno się wysłać do weganina z Essen, co by se dziadek przypomniał stare czasy, kiedy to słowo „kompromis” było mu obce. Mamy na tej płycie mnóstwo fantastycznych, choć kompletnie nieoryginalnych riffów, świetne, wkurwione wokale o barwie bardzo zbliżonej do oryginału, niezłe, staroszkolne solówki, i fenomenalną sekcję rytmiczną, na temat której nawet nie będę się rozpisywał, bo powiedzieć, że „Inferno rozjebał”, to jak nie powiedzieć nic. Żeby jednak nie było, że Hellfuck jest jedynie wściekłym klonem Kreator, podkreślić należy występują na tym krążku także elementy nieoczywiste. A do takich zaliczyć na pewno można partie klawiszy. Co prawda bardzo oszczędne, stosowane jako subtelny dodatek, i schowane w tle, jednak dodające kapkę odmienności od pierwowzoru. W kilku miejscach pojawiają się także ślady, których nie jestem w stanie stuprocentowo zidentyfikować. Chodzi mi o płynące niczym rozmyty śpiew syren, czy też pośmiertny zaśpiew potępionych duchów głosy pojawiające się choćby w „Master of Decaying World” czy „Destroyer of Heaven”. Zakładam, że to mimo wszystko syntezatory, choć nie zdziwiłbym się, gdyby były to wokale przepuszczone przez jakiś kosmiczny efekt. Czymkolwiek są, robią spore wrażenie. Nie ma na tym albumie fragmentów słabszych. Wszystko tutaj chodzi na poziomie podobnym do tempa samych kompozycji, czyniąc „9 Nails Hammered into the Flesh of God” prawdziwą laską dynamitu z odpalonym krótkim lontem. Na chuj komu Kreator, skoro mamy Hellfuck. Po raz drugi pozamiatane!

- jesusatan




Recenzja Egregore „It Echoes in the Wild”

 

Egregore

„It Echoes in the Wild”

20 Buck Spin 2026

To ten kanadyjski Egregore, który w ostatniej dekadzie marca zaprezentuje drugą odsłonę swojego spojrzenia na black-death metal. Podobnie jak na debiucie, będzie to spora dawka ametodycznego grania, które momentami zalatuje wczesnym Morbid Angel. Poza typowymi akordami dla ekipy Trey’a, które objawiają się na „It Echoes in the Wild” jako dobrze znane „ścinki” gitarowe czy charakterystyczne solówki, to znajdziecie tu również mnóstwo mocno pokręconych rytmów, improwizacyjnych wtrętów, speed metalowego biczowania czy klasycznych, heavy metalowych sposobów na traktowanie strun. Kanadyjczycy już na poprzedniej płycie rzępolili w zaskakujący sposób i wydaje mi się, że na najnowszej produkcji poszli w odrobinę lepszym kierunku, bo jest tutaj oczywiście eksperymentalnie i zaskakująco, lecz bardziej udało im się to ze sobą poskładać. Jednakże modernizm w wykonaniu Egregore nie oscyluje wokół nieoczywistych zagrywek czy też wplatania do black-death metalu innych gatunków. Polega on na tym, że panowie bawią się w łączenie wielu utartych elementów w bardzo nieoczekiwanym stylu, ponieważ wszystkie te agresywne galopady, schizofreniczne solówki, dzikie dysonanse i okultystyczne pochody, mogą sprawiać wrażenie zupełnie do siebie nie przystających. I tak jest w istocie, ale tercet ten tak sprytnie je ze sobą zespolił, że da się tego słuchać. Co więcej, jeśli pomimo pierwszego zniechęcenia, dać temu materiałowi szansę, to odkryjecie w tym diabolicznym chaosie sens, który odwdzięczy się mrocznym i sentymentalnym przeżyciem, bowiem klimat jest na tym albumie iście satanistyczny, a i odniesień, do znanych i lubianych kompozytorów z końcówki XX wieku, odnajdziecie mnóstwo. Niecodzienne połączenia, liczne, nieoczekiwane zmiany tempa, rytmiki i kostkowania, różnorakie wokale i zmienna atmosfera, gwarantują brak nudy oraz szereg estetycznych wrażeń, bo panowie momentami nieźle wycinają na instrumentach. Oryginalne i odważne wydawnictwo, które nie każdemu przypadnie do gustu. Jednak polecam wszystkim, bo naprawdę warto się z „It Echoes in the Wild” zapoznać.

shub niggurath




Recenzja Overtoun „Death Drive Anthropology”

 

Overtoun

„Death Drive Anthropology”

Time To Kill Rec. 2026

Dziś znów zaglądamy do Chile. Jakoś tak w ostatnim czasie sporo było u nas recenzji płyt z tamtego zakątka świata, no ale co poradzisz… Overtoun pochodzą z Santiago, a “Death Drive Anthropology” jest ich już trzecim dużym krążkiem. Jakoś dotychczas nie było mi z nimi po drodze. Może dlatego, że na słowo „progressive” reaguję jak alergik na pyłki, co nie znaczy, że gatunku bardziej technicznego grania unikam za wszelką cenę. Tym bardziej, jeśli okazuje się, że dany zespół ma naprawdę wiele w temacie do powiedzenia. A Overtoun mają, oj mają. Przede wszystkim, to młode chłopaki, a instrumenty opanowane mają jak starzy wyjadacze. Dzięki temu, wszelkie pokręcone pomysły, które przychodzą im do głowy mogą z łatwością przelać na pięciolinię. To, co wysmażyli na „Death Drive Anthropology” to muzyka niezwykle bogata i, co najważniejsze, dojrzała. Bo ze słowem oryginalna już za mocno bym nie szarżował. Albo inaczej… Można w tych dwunastu kompozycjach doszukać się (acz naprawdę bez głębokiego kopania) inspiracji płynących od Death, Pestilence, Cynic, Sadus, Testament (z tego bardziej deathmetalowego okresu) czy Atheist. Nie jest to jednak, nawet w najmniejszym stopniu próbą kalkowania pomysłów wyżej wymienionych klasyków. Przede wszystkim, muzyka Overtoun jest nieprzewidywalna, wymykająca się powszechnym standardom czy kategoryzacji. Nie ma na tym albumie trzymania się muzycznych ram czy schematów. Nawet jeśli główny kręgosłup owych nagrań stanowi faktycznie death / thrash, to taka łatka jest to sporym uproszczeniem, a na pewno o muzyce Chilijczyków mówi niewiele. Chłopaki tak fantastycznie poruszają się bowiem w ramach tych (oraz pobocznych) gatunków, niemal po wszystkich ich odłamach, że mimo tak opisanej szufladki, oni jednocześnie bardzo wyraźnie i mocno z niej wystają. Ilość zwrotów akcji, płynnych przejść między riffami, zmian tempa, pojawiających się ozdobników, a przede wszystkim technicznych zawijańców sprawia, że album ten co chwilę czymś zaskakuje. A najlepsze jest to, że teoretycznie skrajnie odmienne stylistycznie patenty muzycy potrafią tak ze sobą połączyć, iż tworzą one nierozerwalny monolit. Nie będę w tym miejscu przytaczał konkretnych przykładów, bo tu się od nich roi, i w zasadzie musiałbym dokonywać dysekcji każdego kawałka, a to już mija się z celem, bo to ma być recenzja a nie prosektorium.  Dodam jeszcze tylko, że osobne słowo pochwały należy się wokalom, równie barwnym co sama muzyka, i równie trafnie dobranych do nastroju danej kompozycji, czy jej fragmentu. „Death Drive Anthropology” to encyklopedia riffów, melodii, aranży, niestandardowych rozwiązań i wokalnych możliwości. To album na wiele odsłuchów, bo jego eksploracja nie jest „misją błyskawiczną”. Gdyby wszystkie zespoły z gatunku „progressive cośtam” grały z podobnym luzem twórczym i inteligencją co Overtoun, byłbym oddanym fanem. Z drugiej strony, lepsze takie rodzynki, którymi można się delektować w nieskończoność, niż przesyt. Absolutnie fantastyczna płyta!

- jesusatan




Recenzja Aabode „Hyper-Death”

 

Aabode

„Hyper-Death”

Godz Ov War (2026)

 


Francuski duet Aabode, zaistniał bardzo wyraźnie i trwale na moim horyzoncie muzycznym przed dwoma laty, przy okazji debiutanckiego albumu „Neo-Age”. Ich blackmetalowa ekspresja przefiltrowana przez industrialno-EBMową optykę przełomu lat 80. i 90. w połączeniu z narkotycznym abstraktem wylewającym się nader często nie tylko trafiła w mój gust, ale realnie sprawiła, że czekałem na kolejne słowo Francuzów i to, w które miejsce zaciągną swoje pomysły tym razem. „Hyper-Death” dowozi jakość bez mrugnięcia okiem. O ile w przypadku „Neo-Age” można było mieć zastrzeżenia i z wieloma rzeczami trzeba było się polubić lub do nich przyzwyczaić, tak tutaj żadnego „ale” nie ma. „Hyper-Death” brzmi mniej więcej tak jak mogłoby brzmieć Skinny Puppy z okresu mniej więcej „Last Rights” gdyby nagrywało dla Earache Records. Czuć tu ten dosadny industrializm i metaliczność wszelakiej maści industrial-metalowych kapel pierwszej połowy lat 90. od Ministry, Pitch Shifter, Malhavoc, Skrew czy Skin Chamber, a mimo to Francuzi dużo odważniej sięgają po niemetalowe środki wyrazu, aby nie tylko uzyskać podobne emocje jak wspomniani przed chwilą artyści, ale też aby pogłębić ich treść i siłę rażenia. Elektroniczne beaty skutecznie przenikają się z blackowymi tremolo, czy gitarowymi piskami. Postapokaliptyczna wizja świata, jaką w 1999 zaprezentował Satyricon na „Rebel Extravaganza” została tutaj okradziona z rozmachu, zdekonstruowana do czynników pierwszych, by wybrane elementy sukcesywnie były starannie dopieszczane dobranymi, pozbawionymi efekciarstwa i studyjnych sztuczek środkami. Tak, „Hyper-Death” jeśli chodzi o brzmienie nie jest tworem potężnym, nasączonym tłustością i intensywnością dźwięku. Rzekłbym nawet, że brzmi dość sterylnie, chudo, może nawet ciut zbyt chudo, ale dzięki temu jako słuchacz nie muszę z maczetą przedzierać się przez gąszcz dźwięków, często niepotrzebnych, lub stanowiących bezsensowną przykrywkę, dla czegoś ciekawszego, kryjącego się pod spodem. Tutaj tego problemu nie ma, realizacyjnie ten materiał nie robi nikomu pod górkę, zaprasza słuchacza do wspólnej celebracji od premierowego naciśnięcia „Play”. Świetny album nagrali muzycy Aabode i chwała Grześkowi, że chce ich promować. „Hyper-Death” to interesująca, niebanalna, frapująca muzyka jakiej teraz na rynku mało. Wystarczy dać sobie i tym nagraniom odrobinę cierpliwości, a wynagrodzi z nawiązką. Dla mnie bomba!

Harlequin




niedziela, 22 lutego 2026

Recenzja Lamenthum „Lament I”

 

Lamenthum

„Lament I”

Black Death Prod. 2025

Pod koniec ubiegłego roku ukazał się nakładem krajowej Black Death Production debiutancki krążek, również krajowego, Lamenthum, zatytułowany po prostu  “Lament I”. Jak chłopak (bo twór ten to projekt solowy) jeszcze trochę pociągnie, to zapewne tych „lamentów” będzie  więcej. A obawy lekkie mam, bowiem to, co znajdziemy na rzeczonym wydawnictwie, to black metal w tonie bardzo mizantropijnym i depresyjnym, więc nie wiem, co mu do głowy strzeli. No dobra, troszkę śmieszkuję, więc już wracam na poważne tory. Depresyjny black, to nie jest coś, za co dałbym się pokroić. Z drugiej strony, potrafię chyba spojrzeć obiektywnie, i docenić jakość muzyki, nawet tej nie do końca będącej moim priorytetem. „Lament I”, rozpoczyna intro, po którym następują cztery sześcio / siedmiominutowe kompozycje ociekające smutkiem. Czuć w ich „głęboki dół”, o którym zresztą podmiot liryczny wspomina już w pierwszym „właściwym” kawałku. Tytuł kolejnego też nie pozostawia złudzeń co do nastroju, w jakim muzyk swoją muzykę przelewał na pięciolinię. Dźwięki te przesiąknięte są negatywnymi uczuciami, a wspomniane teksty, oczywiście krzyczane i deklamowane po naszemu, sączący się z nich ból, rozpacz i rozczarowanie życiem tylko potęgują. I tutaj przyznać obiektywnie trzeba, że rzeczywiście przy kompozycjach autorstwa Fossora, kto wrażliwszy, dość szybko może sięgnąć po żyletki. Po pierwsze dlatego, że płynące powolnie, rzadko przyspieszające, melodie, są tu wciągające, niczym narkotyk. A po drugie, wplatane tu co krok fragmenty akustyczne, tworzą prawdziwie depresyjny nastrój. Pewnie, że to żadne odkrycie, i mógłbym odnieść się w tej chwili do przynajmniej kilku pierwowzorów, które to zapewne muzykowi przyświecały, tylko po co? Skoro czuć w jego twórczości autentyczność, i to jest chyba w przypadku pierwszego lamentu sprawą najważniejszą. Brzmienie tego albumu jest bardzo poprawne, bo właściwie mam zastrzeżenia tylko do jednego elementu. I to też pod względem aranżacyjnym. Są nim cykające w „Dół Dla Zapomnianych Dusz” (i gdzieś tam dalej) blaszki, moim zdaniem zupełnie zbędne, sztucznie brzmiące, będące taką AI imitacja Darkside’a z Mgła / Kriegsmaschine. Poza tym, jako całość, album ten bardzo dobrze się broni. Dla zwolenników gatunku pozycja obowiązkowa do sprawdzenia. Dla mnie też bardzo spoko.

- jesusatan




Recenzja Cryptworm „Infectious Pathological Waste”

 

Cryptworm

„Infectious Pathological Waste”

Me Saco Un Ojo / Extremely Rotten 2026

Jeśli nie znacie tej kapeli, a chcielibyście wiedzieć co gra, to wystarczy spojrzeć na okładkę. Ona wyjaśnia wszystko. Tych trzech kolesi pochodzi z Bristolu, gdzie założyli Cryptworm w 2014 roku. Najnowsza płyta jest ich trzecim krążkiem, na którym kontynuują swoje ciągoty do zgniłego mięsa, wykopywania trupów, bądź wyławiania galaretowatych ciał z bagien. Brytyjczycy cały czas rzępolą toporny death metal, który mocno zalatuje rozkładem. Proste akordy, wprost wyjęte z nekrofilskiej tradycji, które momentami przechodzą w walcowate zwolnienia, grindowo brzmiące kanonady lub anarchistyczne, ale odpowiednio dociążone, punkowe bujanki. Zmienne tempo, łatwo wpadająca do uszu rytmika i niewyszukane, aczkolwiek wyraźnie horrorowe melodie. Nieustannie wszystko przyprawione ciężkim brzmieniem, któremu kilku kilogramów dodaje bulgoczący bas no i perkusja, która jest chyba znakiem rozpoznawczym Cryptworm, bo jej brzmienie jest cholernie prymitywne. Zresztą death metal w wykonaniu tego tercetu nie grzeszy wirtuozerią ani wysublimowanymi rozwiązaniami. To barbarzyńska łupanka ukierunkowana na czczenie śmierci, wszystkich jej przejawów i towarzyszącym jej elementom. Zapodana wręcz łopatologicznie, ale niezwykle sugestywnie, ponieważ słuchając „Infectious Pathological Waste” czuć smród rozkładających się ciał, trujących miazmatów czy ropy, która właśnie zaczęła wypływać mi z ucha. Tak, tak, bo odsłuchania tego materiału można zgnić. Jest lepki, wżerający się w każdy por skóry i nawet jeśli zatkacie sobie wszystkie otwory, to i tak dopadnie was autoliza. Obok instrumentów pomoże w tym wokalista, który ropne zapalenie gardła ma na bank. Jego mulisty growl niesie ze sobą esencję śmiercionośnego enzymu, którym uszlachetniono ten materiał tak, aby był skuteczny w stu procentach. Proces przebiega z opóźnieniem jak w przypadku zatrucia toksyną botulinową więc po przesłuchaniu tego albumu będziecie mieli sporo czasu, żeby udać się do lekarza.

shub niggurath


https://mesacounojo.bandcamp.com/album/infectious-pathological-waste

Recenzja Qwälen „Veri Virtaa Edelleen”

 

Qwälen

„Veri Virtaa Edelleen”

Time To Kill 2026

Ten fiński kwintet gościł już wcześniej na łamach Apocalyptic Rites. Było to circa trzy lata wstecz, kiedy to ich drugi album mocno mnie przemeblował, i poczułem nagłą potrzebę uzewnętrznienia swoich traumatycznych uczuć. Dziś mam na tapecie pełniaka numer trzy, o widocznym powyżej tytule. No i przemeblowania komórek mózgowych ciąg dalszy. Oczywiście mówię tu o takim prostym zabiegu, z użyciem młotka i innych narzędzi tępych, nie o jakiejś chirurgicznej, precyzyjnej operacji. Panowie z Oulu tworzą bowiem muzykę prostą. Nie powiem, że banalną czy minimalistyczną, ale na pewno daleką od artystycznej finezji. „Veri Virtaa Edelleen” to prosty koktajl, zrobiony na szybko, w przypływie napadu głodu. Coś na zasadzie banan + mleko + szczypta cynamonu i pijemy. W przypadku Qwälen jest to black metal + punk, i jedziemy ostro z koksem. Jakie połączenie, zwłaszcza jeśli wykonane z odpowiednim wyczuciem, dają te dwa składniki, raczej wiadomo. Do tańca zachęcać nikogo nie trzeba, bo nogi same ostro przebierają po parkiecie, a dynia giba się we wszystkie strony świata. Jako iż rzeczony band pochodzi z Finlandii, to w takich przypadkach jakoś zawsze na myśl przychodzi mi w pierwszej kolejności Impaled Nazarene, nawet jeśli, obiektywnie rzecz ujmując, twórczość Qwälen nie do końca odzwierciedla poczynania ekipy braci Luttinenów.  Nie mniej jednak te same gatunki muzyczne ich inspirują, w tym samym języku śpiewają, no to co ja poradzę, że jestem ograniczony? Te trzy kwadranse to w większości jazda na pełnej, ze sporą ilością chwytliwych momentów, odpowiednią dawną niezłych melodii, i totalnie „wyjebongo na trendy” feelingiem. Niemniej jednak, by nie było monotematycznie, to są na tym krążku też numery, stojące, przynajmniej pod względem tempa, w kompletnej opozycji do reszty, a mam na myśli „Kahleet” i „Veri Vastaa”. Kontrastują one na tyle, że w odniesieniu do całej płyty można je uznać niemal za doomowe walce. Tak po prawdzie, to wolałbym jednak, by Qwälen cały czas napierdalali, ale z drugiej strony te piosenki też nie są złe, a na pewno nie zaniżają znacząco poziomu całości. Kurwa, zajebiście się tego słucha, bo pod każdym względem to muzyka szczera do bólu, zagrana przez totalnych maniaków, bynajmniej nie dla sławy czy poklasku. Jeśli dotychczas nie spotkaliście się z tymi herbatnikami, to zalecam nadrobienie zaległości. Niby nic przełomowego, nic ponadczasowego, a satysfakcji daje tyle, co poranny lodzik. Ja lubię.

- jesusatan




Recenzja Bras D’Honneur „Hate Speech”

 

Bras D’Honneur

„Hate Speech”

Primitive Reaction 2026

Zdaje się, że to świeży, ukraiński projekt, bo udzielają się w nim goście z Drudkh i Hate Forest. Jakoś bliżej połowy marca wydadzą ten właśnie debiut, który zawiera trzynaście krótkich numerów, ponieważ złożone do kupy, dają 35 minut muzyki. Jest ona odmienna od dźwięków, którymi ci dwaj panowie parają się w wyżej wymienionych kapelach. To szorstki black-death metal, gdzie każdy z kawałków opiera się na dwóch, trzech riffach, zagranych na gruboziarnistych gitarach, mięsistym basie i zdrowo łomoczącej perkusji. Instrumentom towarzyszą oczywiście wokale, które pod tym szyldem przybrały formę głębokich, jaskiniowych growli. Całość mogłaby delikatnie kojarzyć się z war metalowymi produkcjami, gdyby nie wolniejsze tempo oraz hipnotyczność kompozycji. Jednostajność i minimalizm to główne siły napędowe tego materiału, który zalewa uszy monochromatycznymi akordami przy akompaniamencie surowych wręcz odstręczających wokaliz. To transowe i bluźniercze rytmy, tworzące soniczną lawinę o nieprzejednanym charakterze. Toczy się ona jakby od niechcenia. Ustawicznie, z mozołem, i cierpliwie poprzez hipnozę sączy do duszy słuchacza jad, i bluźnierstwa, zaprogramowując go w jednym celu, aby czynił zło. Muzyka od Bras D’Honneur to arogancki atak na dobro oraz wrażenia estetyczne. Dzięki swojej prostocie i barbarzyńskiemu usposobieniu może być dla niektórych jak potwarz, ale mi się niesamowicie podoba, ponieważ dawno nie słyszałem tak bardzo nieskomplikowanej muzy, która bezczelnie wżera się w każdy zakamarek jaźni. Prosty i wulgarny przekaz. Jeśli lubicie i tęsknicie za czymś nowym od dajmy na to Von, to sięgnijcie po „Hate Speech”. Ja sięgnąłem i nie żałuje. Jeszcze raz sobie posłucham i pójdę czynić zło.

shub niggurath




sobota, 21 lutego 2026

Recenzja Crippling Madness „Armia Umarłych”

 

Crippling Madness

„Armia Umarłych”

Putrid Cult 2026

No to mamy Crippling Madness album numer trzy. Czy o tych panach można napisać coś nowego? W zasadzie nie. Kto zespół zna, ten wie, czym to się je i jak to smakuje. „Armia Umarłych” to bezpośrednia kontynuacja tego, co panowie zapoczątkowali na „Ponad Zwłokami”, czyli hołdowanie starej szkole thrash metalu z wyraźnym polskim pierwiastkiem. I to nie tylko dlatego, że teksty mamy tutaj po naszemu. Nie wiem, jak oni to robią, ale słuchając kolejnych kompozycji na nowym krążku Lublinian, mam ciągłe wrażenie, jakbym nadal żył w latach dziewięćdziesiątych, w epoce popeerelowskiej, kiedy to krajowe zespoły, mimo czerpania garściami z zachodnich wzorców, grały mimo wszystko po swojemu. Trzeba przyznać, że nie jest to w obecnych czasach absolutnie żadna reguła, a raczej od niej odstępstwo. Bo zamiast wyraźnych inspiracji Slayer, Exodus, Kreator, ja tu wyraźnie słyszę Prosecutor czy Quo Vadis, żeby wymienić dwa pierwsze z brzegu. Panowie trzymają bardzo równy poziom, i to nie tylko biorąc pod uwagę najnowsze wydawnictwo. Kawałki z ich trzech płyt w zasadzie można by potasować i rozmieścić w randomowej kolejności, a i tak wszystko by się ze sobą zazębiało i tworzyło spójny obraz tego, co muzykom w sercu, i głowie, gra. Nie ma na „Armii Umarłych” jakichś wybijających się przebojowością fragmentów. Zresztą owej przebojowości to tutaj nie ma wcale, bo melodie Crippling Madness wcale nie wpadają w ucho od pierwszej nutki. Tutaj wszystko jest raczej szorstkie i przepełnione agresją. Może poza partiami solowymi, w których słychać wyraźnie, że panowie do nowicjuszy nie należą, i potrafią zaprezentować niezłe umiejętności. Całość, tradycyjnie zresztą, została ubrana w bardzo adekwatne brzmienie. Może nie do końca śmierdzące podrzędnym domem kultury, ale na pewno stanowiące kwintesencję wspomnianych powyżej lat. No i spójrzcie na okładkę. Czy ktoś ma tu w ogóle jakiekolwiek pytania? No cóż, jeśli miałbym określić twórczość Crippling Madness za pomocą prostych słów, to zapewne „bezkompromisowość”, „szczerość” i „oldskul” wyszłyby z moich ust w pierwszym rzędzie. Żadnych barier nagrania te nie przełamują, i chyba raczej nikt tego nie oczekiwał. Są natomiast kolejną, bardzo mocną cegiełką w murze krajowego thrash metalu. Jeśli macie poprzednie wydawnictwa na półce, to po „Armię Umarłych” sięgajcie bez wahania, bo rozczarowania nie przewiduję.

- jesusatan




Recenzja Nuctemeron „Demonic Sceptre”

 

Nuctemeron

„Demonic Sceptre”

I Hate Records 2026

Trochę się tych Nuctemeronów na przestrzeni dziejów uzbierało, ale w tym przypadku chodzi o niemiecką brygadę, lecz nie tą z Saksonii, bo tą, która działa na terenie landu Nadrenia-Palatynat. Kwartet ten gra już od dwunastu lat i na koncie ma kilka małych wydawnictw. W końcu postanowili zarejestrować płytę i tak mamy debiut w postaci „Demonic Sceptre”. Potencjalny odbiorca znajdzie na nim dziesięć utworów, które trącą myszką, co nie jest niczym złym, ponieważ ci trzej panowie wraz koleżanką rzeźbią w black-speed metalu, wprost nawiązującym do lat osiemdziesiątych. Zatem można się domyślić, że w muzyce Niemców znajduje się sporo nawiązań do Venom, jedynki Bathory czy do wczesnego Tormentor. To prosty i dziki metal składający się z szybkich i tnących riffów, które natarczywie prą do przodu, siejąc zło. Ich dynamikę podbija dudniąca sekcja rytmiczna, a w satanizowaniu młodzieży wspomagają wrzaskliwe, nieco falsetowe wokale, o dość zajadłym charakterze. Od czasu do czasu Nuctemeron spuszcza z tonu, przechodząc w średnie tempa lub wtrąci solówkę bądź akord, które wyraźnie korespondują z melodyjnym heavy metalem. Krążek ten biczuje nieustannie przez czterdzieści minut, zasypując rzęsistym i zadziornym kostkowaniem, które oprócz twardego, ale wysokiego stroju gitar, dużej intensywności i zadziorności, posiada jeszcze jedną cechę. Jest on niesamowicie nośny, ponieważ pomimo bluźnierczych intencji i sadystycznego usposobienia, odznacza się niezobowiązującą chwytliwością. Klasycznie zapodana diabelska muza, której produkcja zapewniła odpowiednią barwę, dzięki czemu brzmi ona jak ze starego winyla. Agresywnie, z Szatanem pod rękę i do przodu. Obcisłe spodnie, pasy z nabojami i ćwieki. Łańcuchy, odwrócone krzyże i pentagramy. Sami wiecie. Warto posłuchać, bo taki metal nigdy chyba się nie zestarzeje.

shub niggurath




piątek, 20 lutego 2026

Recenzja Lead Injector „Witching Attack”

 

Lead Injector

„Witching Attack”

High Roller Rec. 2026

Szczerze uśmiałem się, kiedy pierwszy raz spojrzałem na okładkę debiutanckiego krążka Lead Injector. Przebrana za wiedźmę metalówa (lub wiedźma ubrana jak fanka metalu) napierdala z bliskiej odległości z szotgana w łeb próbującego dorwać ją kościotrupa. No wyborny obrazek, nawet jak na wszechobecny w tym gatunku muzycznym, często zamierzony kicz, jest to lekko już koślawe. Nie czepiajmy się jednak, bo nawet jeśli muzyka byłaby rewelacyjna, to zaraz nie trzeba kupować koszulki z tym motywem. A czy muzyka Niemców faktycznie jest rewelacyjne? Nie. Ale bardzo, ale to bardzo konkretna, choć skierowana do ściśle określonego odbiorcy. Zapewne zdążyliście już na tyle połączyć kropki (te podstawowe - nazwa, tytuł, okładka, może nawet pochodzenie muzyków) by wywnioskować, iż Lead Injector to granie w stylu retro. Tak, to trio młodych (patrząc na zdjęcia to nawet bardzo młodych) chłopaków umiłowało sobie granie z lat osiemdziesiątych. Na tyle, że chwycili za instrumenty, i postanowili stworzyć coś, co kiedyś było nowatorskie, potem stanowiło inspirację dla kolejnych pokoleń, a dziś jest gatunkiem, który tak naprawdę nigdy się nie zestarzał i nie stracił na sile przekazu. Przynajmniej w moich oczach. Czy w ramach thrash / speed metalu można stworzyć cokolwiek nowego? Nie, kurwa, nie można. Można za to zagrać stare melodie w taki sposób, by na twarzy zamiast grymasu politowania pojawił się wielki banan. Lead Injector jadą szablonem. Tu wezmą kawałek Sodom, tu Kreator, gdzie indziej Destruction albo Protector, pokruszą, zlepią z tego nowy wzór własnego pomysłu, dorzucą bardziej blackmetalowe wokale, i mamy „Witching Attack”. Płytę, której słucha się bardzo dobrze, choć chwilami miałem wątpliwości, czy aby dany numer to nie jakiś cover, bo przewijające się przez te trzy kwadranse melodie są miejscami bardzo sugestywne. No weźmy taki „Chains”… Przecież ten numer jest jak żywcem wyjęty sprzed czterech dekad, i albo chłopaki tak bardzo potrafią w te klocki, albo ja jestem ignorantem, i faktycznie jest to numer jakiegoś klasyka. Zresztą podobnych momentów jest tu więcej, a płyta z numeru na numer zdaje się przyspieszać i rozkręcać (no, może z chwilowym zwolnieniem przy „Infinite Force”). Przerobiłem ten materiał kilka razy pod rząd, i powiem wam, że jest on odwrotnie proporcjonalny pod względem jakości do wspomnianego na samym wstępie obrazka. Jak lubicie stare granie, bierzcie i pijcie z tego wszyscy. Jak was schabowy z garmażerki znudził dwie dekady temu, to nie macie czego tu szukać. Wszystko w temacie.

- jesusatan




Recenzja Total Maniac „Love Overdrive”

 

Total Maniac

„Love Overdrive”

Self-Release 2026

Ci Amerykanie pochodzą z Baltimore i grają razem od 2017 roku. Cztery lata temu wypuścili pierwszą płytę, a teraz wracają z drugim krążkiem. To pięciu facetów w ramoneskach, dżinsowych katanach lub bezrękawnikach, a na nosie każdego z nich znajdują się lustrzane aviatory. Podarte spodnie, znoszone glany, włosy w nieładzie i zarost na twarzy. Jak myślicie, co grają? Jasne, że coś pod Motörhead, czyli „Satan, Drugs, Sex and Rock’n’roll”. Klasyczne i brudne do bólu rzępolenie w zmiennych tempach, wypełnione hard-rockowymi riffami, pomieszanymi z heavy metalowym kostkowaniem. Odrobina punka, trochę akordów w stylu „speed” oraz zagranych na odpierdol dzikich solówek. Garażowe, ale dość gęste brzmienie doprawione dudniącą sekcją rytmiczną oraz aroganckimi wokalizami, oto obraz „Love Overdrive” od tego gangu. To uliczna bądź wywodząca się z obskurnych spelun muzyka, odegrana z lekkością i niezwykłą nonszalancją. Proste kompozycje, nieoszlifowana barwa instrumentów, bez zbędnych udziwnień i dodatków. Buja dobrze, ale i nieźle kopie w dupę. Zalewa wyświechtanymi melodiami i ostrymi solówkami, a thrashowe riffy boleśnie drażnią uszy swoim przesterem. Od perkusji łomocze w głowie jak na kacu, co potęguje mięsisty i delikatnie chropowaty bas wraz z wwiercającym się między zwoje mózgowe głosem wokalisty. Panowie grają ostro i bez zahamowań. Bezczelnie leją po plecach i walą w twarz. Klasyczna napierdalanka w hołdzie dla diabła, używek i chuci. Nie dla mięczaków. Jeśli nie lubicie zapachu potu, smrodu wódy i fajek, a swąd spalin z rur wydechowych jest wam obcy, to w ogóle nie podjeżdżajcie, i lepiej idźcie przykleić się do asfaltu. W sumie „Love Overdrive” nie oferuje niczego nowego, ale jest to autentyczne, metalowe granie. Wyluzowana napierdalanka, z której kipi testosteron. Brać, nie marudzić, machać głową dla Szatana!

shub niggurath




środa, 18 lutego 2026

Recenzja Oskoma „Krystalicznie Brudny”

 

Oskoma

„Krystalicznie Brudny”

Black Death Prod. 2025

Całkiem ciekawa nazwa jak na zespół blackmetalowy, nie powiem. Oskoma to łaknienie na słodycze, tudzież drętwienie zębów po zjedzeniu czegoś kwaśnego. Domyślam się, że w tym przypadku chodziło chłopakom o to drugie. Zresztą cholera wie, co ludziom po głowach, czy tam zębach, chodzi. Do brzegu… Panowie, a żadni to nowicjusze, bo w składzie znajdziemy grajków z Totenmesse czy Loathfinder) wydali w zeszłym roku debiutancki album dla Black Death Production, chwilę wcześniej puszczając w świat taśmę nakładem Teeth & Torches Records (Z tym „teeth” to jakieś przypadek? Nie sądzę). Materiał ten to niecałe pół godziny minimalistycznego black metalu. Minimalistycznego chociażby pod względem brzmienia, które jest tutaj na wskroś garażowe, chwilami wręcz niechlujne, i pozbawione jakiejkolwiek profesjonalnej obróbki. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że dla większości, zwłaszcza niedzielnych blackmetalowców, niestrawne. Kompozycje też nie grzeszą jakaś specjalną finezją. Ot, kilka, dosłownie kilka, akordów splecionych na krzyż (zdecydowanie odwrócony, czego wyraz znajdziemy w niebanalnych, naprawdę bezpośrednich tekstach), podbitych prymitywną perkusją i basem. O tym ostatnim trzeba nadmienić, że jest na tych nagraniach tak samo wyraźny, jak i gitara prowadząca, a nawet zaryzykowałbym, że wiodący. Moim zdaniem, wyraźniej wczujemy się w te piosenki opierając się właśnie na jego liniach, a nie wysokotonowo chodzącej gicie. Wokale są jednakoż prymitywne co muzyka. Co prawda gdzieś tam śmignie krótki zaśpiew, bardziej pijacki niż operowy, ale głównie przekaz liryczny to szorstki, klasyczny blackmetalowy wrzaskokrzyk. I teraz najciekawsze… Z tego, przedstawionego dotychczas, najprymitywniejszego z prymitywnych obrazów, przebija się jeden, bardzo istotny element. Są nim niewątpliwie naprawdę chwytliwe tremolo melodie. Poza punkowymi fragmentami, to właśnie one mają największy wpływ na to, że „Krystalicznie Czysty”, mimo zamierzonej prostoty, jest po prostu cholernie wciągającym materiałem. A zestawienie ze sobą tych dwóch elementów nie jest bynajmniej sprawą prostą i wykonalną dla pierwszego lepszego zestawu muzykantów. Oskoma zdecydowanie dali radę, nagrywając krążek niby banalny, ale mający swoje własne oblicze, i w ostatecznym rozliczeniu przyciągający niczym magnes. Kto jeszcze nie zdążył się z nim zapoznać, powinien zaległości przy najbliższej okazji nadrobić. Zapewniam, że warto.

- jesusatan