Anasarca
„Achlys”
Selfmadegod Records (2026)
Niemiecka Anasarca to jedna z tych deathmetalowych nazw, która nigdy nie dorobiła się szacunku na jaki zasługują. Ich pierwsze trzy długograje to kawał naprawdę dobrze zagranego, szybkiego, chłoszczącego dupsko metalu śmierci. Wydany przed blisko dekadą „Survival Mode” w jakiś dziwny sposób nie trafił nigdy do mnie na talerz, ale zapowiadany przed białopodleski Selfmadegod Records, piąty album Niemiaszków zatytułowany „Achlys” trafił tam gdzie powinien. Albo i nie, bo niestety moje odczucia w stosunku do najnowszej propozycji Anasarca są mocno mieszane. Na pozór wszystko się zgadza – od pierwszych dźwięków dostajemy w ryj serią mechanicznie blastującego metalu śmierci skąpanego w thrashowej motoryce, klinicznego, klasycznego do bólu, ale swoiście bezdusznego. Wydawać by się mogło, że jest to materiał skrojony pod polskiego słuchacza, bo i u nas nad Wisłą sporo było kapel, które lubowały się w blastowaniu, w thrashowej motoryce i studiu Hertz. Ponadto można odnieść wrażenie, że ekipa z Emden gra swój brand death metalu, który grała od zawsze – gdzieś z pogranicza Vader, dwudziestopierwszowiecznego Sinister i Malevolent Creation z okresu z Blachowiczem. A jednak coś tu nie gra. Każdorazowy odsłuch kończył się takim samym efektem – każda kolejna minuta z „Achlys” gasiła moje zainteresowanie tym materiałem coraz bardziej. Nie wiem czy jest to kwestia tego, że jest to granie dość hermetyczne, jednorodne, czy fakt, że z oryginalnego składu został tylko wokalno-wiosłowy Michael Dormann i nowi muzycy nie dowożą jakości, a może po prostu zmieniły się czasy i takie granie nie robi to już wrażenia jak kiedyś. Nie mam poczucia, że zawartość „Achlys” w jakiś wyraźny sposób różni się od tego co słyszałem na pierwszych trzech pełniakach poza faktem, że nie czuje już w muzyce Anasarcy tej werwy i wściekłości co kiedyś. Nie pomaga też brzmienie – bardzo nowoczesne, kliniczne, ale jakby skompresowane i pozbawione oddechu. To w dalszym ciągu kawał bardzo dobrze zagranego death metalu, bardzo sprawnie wykonanego, nienagannie skomponowanego, choć może trochę mało urozmaiconego. Bez wysuwania zarzutów o geriatryczności i tym podobnych, po prostu słychać, że jest to nagrane przez doświadczonych facetów, którzy trochę zwolnili tempo życia, są bardziej świadomi zmieniającego się deathmetalowego uniwersum i nagrywają muzykę, którą grać potrafią i lubią – przede wszystkim dla siebie i dla własnej przyjemności. A jeśli komuś jeszcze po drodze do gustu przypadnie to świetnie. Ja tym razem podziękuję, ale i do „Godmachine” i do „Moribund” i do „Dying” chętnie wrócę raz po raz.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz