Protrusion
„The Last Suppuration”
Extremely Rotten/Unholy Domain/Sevared Records (2026)
Moim zdaniem, wskrzeszanie ducha czasów minionych to arcytrudnaumiejętność nie tylko w muzyce, ale w sztuce jako takiej. Sentymentalizm i nostalgia za czymś, co było i się nam dobrze kojarzy jest takim małym króliczkiem, za którym w mniejszym lub większym stopniu się goni, kwestia jedynie, której niszy życia dotyczy. Ja tak mam z death metalem, magicznym zjawiskiem przełomu lat 80. i 90., czymś co było fragmentem i sposobem zapisu emocji młodych ludzi tamtych. Wiadomo, że tych czasów się nie wróci i współcześni, młodzi, deathmetalowi twórcy noszą na sobie blisko czterdziestoletni bagaż doświadczeń poprzednich pokoleń czasem pchając chlubnie wózek do przodu, a czasem zostając lepsza lub gorszą grupą rekonstrukcyjną. Sporadycznie trafi się wydawnictwo, które wydaje się być zagubioną perłą tamtych lat i prezentowany tu debiut pochodzącego Lafayette w Indianie Protrusion takim wydawnictwem właśnie jest. Zacznę od tego, że „The Last Suppuration” muzycznie nie wpisuje się w standardowe portfolio Sevared Records ani Extremely Rotten. Nie jest to bowiem ani typowy brutal death ani utaplany w szlamie, współczesny OSDM. „The Last Suppuration” to death metal dokładnie taki jaki nagrywano w pierwszej połowie lat 90. - organiczny, oddychający, pozbawiony efekciarstwa, czysty muzycznie twór, który powinien rozkochać w sobie deathmetalowych purystów. „The Last Suppuration” to esencja tego co w tamtych latach miała do zaoferowania scena amerykańska i skandynawska. Muzyka Protrusion jest zaskakująco niespieszna, operująca przeważnie w średnich i wolnych tempach. Rozbrzmiewają w niej echa zespołów zorientowanych na groove, ale jedną nogą gdzieś wciąż umoczonych nieśmiało w thrashu. Myślę tutaj o nazwach takich jak wczesne Cannibal Corpse, wczesne Obituary, Deteriorate czy Baphomet, gdzie muzyka była relatywnie prosta, czytelna i skutecznie chwytliwa. Na drugim biegunie mamy klimatyczną Skandynawię i snujące się melodie, posępne interludia i okazjonalne wykorzystanieklawiszów, które podkręcają z lekka upiorny nastrój. Można tu przytoczyć zarówno amerykański Infester, jak i God Macabre czy Gorement jako inspiracje co do sposobu budowania nastroju. Brutalny, głęboki, ropuszy growling mocno nasuwa skojarzenia z Demilich i Anttim Bomanem, ale śmiało można tu wrzucić kilka nazw rodem z amerykańskiej sceny brutal death z drugiej połowy lat 90. Dziesięć rozbudowanych kompozycji skupia raczej uwagę słuchacza na ogólnym wydźwięku i emocjach, które wywołuje aniżeli na instrumentalnych i aranżacyjnych detalach, które to wydawnictwo chce nam sprzedać. To nie jest płyta, o której mogę powiedzieć, że „riffami stoi” - ona jest na swój sposób dziwna i jest to dziwność, która mi się podoba i mnie intryguje, a głównym winowajcą jest tu jakże wspaniała, organiczna i doskonała w swojej niedoskonałości produkcja. Gitary są tutaj schowane nieco w mixie, a na przód wysunięty został wokal i perkusja, gdzie i jedno i drugie zostało okraszone odrobiną pogłosu. Cudownie rozbrzmiewające harmonie na sześciu strunach i odrobinę suchy, nagrany na starą modłę bas pozwalają muzykom Protrusion odwzorowywać i kreować deathmetalowy świat lat minionych z ogromną lekkością. W przypadku tego wydawnictwa jest on zaskakująco mało brutalny, jakby odarty z tej amerykańskiej, thrashującej dynamiki (pomimo oczywistych nawiązań do thrashu), a skupiony gdzieś bardziej na budowaniu klimaty niepokoju i niedopowiedzenia bliższemu nordyckiej scenie. Pojedyncze akordy gitar, thrashowe tremola robiące tło do deathmetalowych galopad, sporadyczne wokalne nakładanie się growli i skrzeku, miarowy groove i totalnie oldschoolowe sola gitar są tu gatunkowo esencjonalne. Zważywszy na fakt, że za nazwą Protrusion stoją muzycy takich formacji jak Gorgasm, Sacrophagy i kilku innych, dłużej działających kapel z kręgu brutal death możemy mieć pewność, że za tymi dźwiękami stoi spore doświadczenie, ale jeszcze nie geriatria. „The Last Suppuration” to death metal z kiwi i kości, krystalicznie czysty gatunkowo. Ta muzyka a nie produkt. To jedna z tych płyt, których w roku ukażą się co najwyżej 3, to granie, w którym jest kawał serducha, kawał nostalgii. W tym przypadku jest też coś nieuchwytnie unikanego, choć skleconego z dobrze nam znanych składników. Dla mnie zakup obowiązkowy i murowane miejsce na końcoworocznej liście, bo po prost kocham te emocje, które wywołuje we mnie takie granie.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz