wtorek, 4 sierpnia 2026

Recenzja Death Invoker / Hessian “Bestial Sacrifice for Primitive Adorations”

 

Death Invoker / Hessian

“Bestial Sacrifice for Primitive Adorations”

Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026

Kolejny splicik z czarnej koperty, czyli tym razem Death Invoker i Hessian. Ci pierwsi pochodzą z Limy, grają ku chwale rogatego już dwie dekady, ale nadal bronią się przed wydaniem debiutu jak przed kąpielą w święconej wodzie. Z ich strony dostajemy cztery kawałki (z których dwa to instrumentalne wprowadzacze) black metalu, bardzo charakterystycznie dla tamtego rejonu świata, bo wzbogaconego thrashowym sznytem. Albo nawet odwrotnie, bo gdyby nie garażowe brzmienie i styl wokalny, powiedziałbym, że to bardziej thrash / death niż black. Rzeczone intra w stosunku do kompozycji właściwych są nieco przydługawe, bo niemal dorównują im pod względem czasu trwania, ale tak sobie panowie wymyślili. Numery Peruwiańczyków to klasyka podziemnej Ameryki Południowej. Słychać tu starą szkołę, są ostre riffy w stylu teutońskim, pogłosy na wokalach, ogień buchający z każdej nutki i charakterystyczny dla tamtejszego stylu klimat. Innowacji nie uświadczamy, ale po cholerę, skoro taka formuła doskonale się sprawdza od lat. Mi się tutaj wszystko zgadza, i nawet jeśli nie jest to poziom światowy, to na pewno bardzo solidny. Zresztą możliwe, że niektórzy z was band kojarzą, bo swojego czasu wydali też split z naszym Throneum. Ten również warto sprawdzić, tym bardziej, że Hessian zaznacza na nim swoją obecność (co prawda tylko przez pięć minut) w klasycznym dla nich stylu. Czyli szybko, na oślep do przodu, w stylistyce garażowo – wojennej. W ich przypadku nie ma już wątpliwości, że to black metal, i to bardzo minimalistyczny. Nordyckie tremolo, chwilami nawet melodyjne (jak na standardy do których zdążyli mnie przyzwyczaić), tempo śrubowane przez nieskomplikowaną perkusję (z zasady u Hessian jest to Pan Yamaha, ale w tym przypadku, nawet jeśli, to zaprogramowany bardzo po ludzku), wściekłe wrzaski i charczenia, klasyka surowego grania. Brzmi to jak podrzędny zespół podwórkowy, ale ma swój urok. Nie wiem, czy zniósłbym takie łomotanie przez czterdzieści minut, ale te kilkuminutowe wydawnictwa chłopaków z Atlanty wchodzą mi niczym igła w pośladek. Dobry split. Warto rzucić uchem.

- jesusatan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz