piątek, 11 września 2026

Recenzja Cursebinder „Psychohazard”

 

Cursebinder

„Psychohazard”

Avantgarde Music 2026

Kiedy tak sobie pomyślę, to niewiele przychodzi mi do głowy albumów z krajowego podwórka, na które tak bardzo bym czekał jak na następcę  „Drifting”. Debiut Krakowiaków totalnie zawładnął moją duszą, i był zdecydowanie jednym z krążków, do których wracałem na przestrzeni ostatnich dwóch lat najczęściej. A wiadomą sprawą jest, że im wyższe oczekiwania, tym surowszy osąd. Bałem się więc nieco, czy aby „Psychohazard” da radę, czy mnie nie rozczaruje. Kiedy po raz pierwszy odsłuchałem zawartych na krążku ośmiu utworów, wszelkie napięcie ze mnie zeszło. Nagrania te to w prostej linii kontynuacja debiutu, albo może raczej nienachalne rozwinięcie własnego stylu. Bo o tym, że panowie takowy wypracowali, i nie sposób pomylić ich z jakąkolwiek inną kapelą, jest dla mnie sprawą oczywistą. Także nie sposób zaprzeczyć temu, że w stylistyce post-black, lepiej owego „postu” się wpleść nie da. Podstawą całości jest tutaj faktycznie black metal, który muzycy wzbogacają wpływami sięgającymi zdecydowanie poza ramy gatunku z ponadprzeciętnym wyczuciem i smakiem. Choćby użycie elektroniki i różnych dodatków. Klawisze chwilami wprowadzają w iście kosmiczny, futurystyczny klimat, osobiście kojarzący mi się poniekąd z włoskim Progenie Terrestre Pura. Z drugiej strony równoważone są klasycznym Hammondem, melodiami stojącymi na biegunie przeciwnym, odwołującym się do lat siedemdziesiątych. Gdzie indziej pojawiają się partie saksofonu (nagrane przy gościnnym udziale Dimy z White Ward), tak idealnie wkomponowane w całość, i robiące taki klimat, że można odpłynąć. W kilku miejscach pojawiają się też linie gitarowe niemal żywcem wycięte z rocka progresywnego. Zresztą panowie mieszają tutaj mocno. Jako dziecko miałem taką tubę z kolorowymi szkiełkami, to się chyba kalejdoskop nazywało. Patrzyło się przez nią i obracało, a kolorki tworzyły coraz to inne kształty i barwy. Podobnie jest z muzyką Cursebinder. Nie ma w tych nagraniach miejsca na pustkę, że o nudzie nie wspomnę. One cały czas ewoluują, rozwijają się, mutują. Zresztą sam kręgosłup, jak wspomniałem blackmetalowy, też nie jest jednolity. Znajdziecie tu melodie z lekka nawiązujące do Mgły, trochę francuskich dysonansów, czy nordyckiego drugofalowego jadu. Rzućcie uchem na „The Astronaut”. To utwór rozpoczynający się motywem niemal ogniskowym, potem przechodzącym w klimat podbiegunowy, by na zasadzie sinusoidy falować intensywnością do samego końca, a tam poczarować wspomnianym saksofonem. Niektóre harmonie z tego albumu tak mocno wpadają w pamięć, że grają nam w głowie nawet kiedy przebudzimy się w środku nocy. Podobnie różnorodne jak muzyka są tutaj wokale. Głównie klasycznie agresywne, ale wzbogacane szeptami, deklamacjami, w każdej chwili pełne pasji, na tyle modelowane, że w zasadzie ich melodie stanowią jakby dodatkowy instrument. „Psychohazard” to w odniesieniu do debiutu materiał bardziej dojrzały, bogatszy, będący niczym kolejne wcielenie Obcego, z każdym krokiem kształtującego swoją doskonałość. Cursebinder to muzycy świadomi, nie szukający po omacku, tylko realizujący swoje wizje w ściśle określony, zaplanowany sposób. Album trwa pięćdziesiąt trzy minuty, i, wierzcie mi, jak się zapętli, a zapętli się, to stracicie poczucie czasu. Fantastyczna kontynuacja „Drifting”, krążek bez słabych punktów.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz