Candarian
„Trepanación”
Memento Mori/Me Saco Un Ojo (2026)
W
ostatnich latach Kostaryka wypluła w świat kilka bardzo wartościowych, death
metalowych tworów, by wymienić choćby Astriferous, Bloodsoaked Necrovoid czy
Corpse Garden. Pochodzący ze stolicy tego kraju Candarian śmiało można dopisać
do tej listy. Kwartet, w którego składzie znajdują się m.in. Felipe Tencio i
Chris G. De Haan (obaj ex-Corpse Garden) oraz Jose Pablo Philips (Astroferous)
uzupełnieni przez mniej rozpoznawanego perkusistę Pablo Umanę właśnie debiutują
w barwach Memento Mori i Me Saco Un Ojo (odpowiedzialni za wydanie –
odpowiednio – CD i LP) albumem „Trepanación”. Tym razem Kostarykańczycy
postawili na klasyczny do bólu, chamski, amerykański, naładowany groovem death
metal z pierwszej połowy lat 90. Jeśli lubicie Obituary, bardzo wczesny Cannibal
Corpse, Baphomet czy Deteriorate to wiecie czego można się spodziewać,
przynajmniej w punkcie wyjścia. Płyta przynosi siedem kompozycji operujących na
ogranych do bólu, ale jakże kochanych schematach, pełnych mięsistych gitar,
organicznej perkusji, klasycznego, głębokiego growlingu i chaotycznych solówek.
Candarian łupie i gniecie w każdej sekundzie robiąc to bardzo skutecznie. Można
odnieść wrażenie, że jest to muzyka prosta i grubo ciosana, ale nie trzeba
poświęcić temu materiałowi dużo czasu, żeby odkryć, że jest to tylko wrażenie.
Oczywiście, o żadnym technicznym death metalu mowy tu nie ma, ale nawet mniej
wyrobione ucho wyłapie, zwłaszcza w pracy sekcji rytmicznej fajne przełamywanie
rytmu, zadziorny i zauważalny bas i wcale nie takie schematyczne partie garów.
Momentami Candarian brzmi jak odrobinę mniej zdziczała, ale i bardziej
rozbudowana inkarnacja Torture Rack. Albo bardziej mięsiste Gutless. Tutaj
trzeba wyraźnie podkreślić, że momentami te kawałki potrafią być naprawdę
fajnie rozbudowane. Co prawda ani na chwilę nie opuszczają one deathmetalowego
kondominium, ale zdecydowanie jest tu na czy ucha zawiesić. Klasycznie
deathmetalowy cover zdobiący to wydawnictwo doskonale oddaje jego treść –
krwisty, skuteczny, tłuściutki metal śmierci, który niczego nikomu nie usiłuje
udowodnić. Oczywiście ten album nie zawojuje żadnej, końcoworocznej listy, ale
to kawał dobrego grania i fani gatunku mogą brać ten materiał w ciemno.
Polecam!
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz