Sworn
„Null Crowned the Infinite”
Self-release / The Circle Music 2026
Kilka kapel o tej nazwie
funkcjonuje na scenie metalowej, ale tutaj chodzi o ten norweski Sworn, który
komponuje sobie black metal w mieście Bergen od 2005 roku. Panowie nie
nagrywają zbyt często, bo najnowszy ich krążek „Null Crowned the Infinite”,
jest dopiero ich piątym albumem, a istnieją już 21 lat. Nigdy wcześniej ich nie
słyszałem i dobrze, ponieważ Norwedzy grają bardzo zachowawczą diabelszczyznę,
która dodatkowo okraszona jest dużą ilością melodyki. W sumie, black metal w
wykonaniu Sworn, określany jest jako melodyjny, ale ostatecznie jego
chwytliwość nie jest tak oczywista. Owszem harmonijności temu materiałowi nie
brakuje, lecz nie są to narzucające się przytupajki, a raczej utrzymane w
stonowanej melodyce, typowe dla tego gatunku formy jak tremolo i biczujące
kostkowanie. Muzyka od Sworn, to także epickie momenty, przypominające odrobinę
późnego Bathory, rozciągnięte i o dużym rozmachu partie solowe, a także
mocniejsze akordy, układające się okresowo w agresywne blast-beaty. Wszystko
zatem ładnie, a nawet pięknie, tylko jest jeden problem. Niestety bleczur tego
kwartetu, poza wspomnianą melodyjnością, niczym szczególnym się nie wyróżnia.
Każdy element jest tutaj typowy do bólu, zgrany do granic i do tego stopnia
wygładzony, że ciężko przypisać mu jakiekolwiek cechy. Brzmi jakby był
stworzony w ramach, które zostały kulturowo narzucone więc trzeba je wypełnić,
nie używając do tego uczuć, co wykreowało suchą, beznamiętną muzę o cyfrowym
zabarwieniu i mocno blackgaze’owym wydźwięku. Plastikowa współczesność, która
na chwilę zamienia się w prawdziwą norweszczyznę, w połowie czwartego kawałka
„Fracture of Aeons”, co świadczy o tym, że panowie ze Sworn Norwegami są z krwi
i kości. Co poszło nie tak?
shub niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz