poniedziałek, 21 września 2026

Recenzja Sworn „Null Crowned the Infinite”

 

Sworn

„Null Crowned the Infinite”

Self-release / The Circle Music 2026

Kilka kapel o tej nazwie funkcjonuje na scenie metalowej, ale tutaj chodzi o ten norweski Sworn, który komponuje sobie black metal w mieście Bergen od 2005 roku. Panowie nie nagrywają zbyt często, bo najnowszy ich krążek „Null Crowned the Infinite”, jest dopiero ich piątym albumem, a istnieją już 21 lat. Nigdy wcześniej ich nie słyszałem i dobrze, ponieważ Norwedzy grają bardzo zachowawczą diabelszczyznę, która dodatkowo okraszona jest dużą ilością melodyki. W sumie, black metal w wykonaniu Sworn, określany jest jako melodyjny, ale ostatecznie jego chwytliwość nie jest tak oczywista. Owszem harmonijności temu materiałowi nie brakuje, lecz nie są to narzucające się przytupajki, a raczej utrzymane w stonowanej melodyce, typowe dla tego gatunku formy jak tremolo i biczujące kostkowanie. Muzyka od Sworn, to także epickie momenty, przypominające odrobinę późnego Bathory, rozciągnięte i o dużym rozmachu partie solowe, a także mocniejsze akordy, układające się okresowo w agresywne blast-beaty. Wszystko zatem ładnie, a nawet pięknie, tylko jest jeden problem. Niestety bleczur tego kwartetu, poza wspomnianą melodyjnością, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Każdy element jest tutaj typowy do bólu, zgrany do granic i do tego stopnia wygładzony, że ciężko przypisać mu jakiekolwiek cechy. Brzmi jakby był stworzony w ramach, które zostały kulturowo narzucone więc trzeba je wypełnić, nie używając do tego uczuć, co wykreowało suchą, beznamiętną muzę o cyfrowym zabarwieniu i mocno blackgaze’owym wydźwięku. Plastikowa współczesność, która na chwilę zamienia się w prawdziwą norweszczyznę, w połowie czwartego kawałka „Fracture of Aeons”, co świadczy o tym, że panowie ze Sworn Norwegami są z krwi i kości. Co poszło nie tak?

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz