środa, 30 września 2026

Recenzja Necrocene „Scumocracy”

 

Necrocene

„Scumocracy”

Personal Rec. 2026

Necrocene to kolejny przedstawiciel staroszkolnego death metalu. Zespół na scenie nowy, choć ludzie wchodzący w jego skład swoją obecność w światki metalowym zdążyli już zaznaczyć. Nie będę tu jednak wymieniał konkretnych nazw, gdyż kompletnie nic mi one nie mówią. W każdym razie, ten włoski skład zarejestrował dwa lata temu debiutancką EP-kę, a teraz przyszedł czas na pełen album. Zawiera on intro, interludium w połowie albumu, oraz osiem kawałków, jak już wspomniałem, death metalu o klasycznym wydźwięku. Tym razem nie jest to jednak kolejna wariacja a temat Morbid Angel czy Immolation. Zdecydowanie bliżej tym nagraniom do Obituary, Morgoth czy Death z wczesnego okresu. Same struktury kawałków to klasyk ze wspomnianych lat. Przede wszystkim się tutaj riffuje. Nie zagęszcza niepotrzebnie, nie forsuje niepotrzebnie tempa, nie łamie melodii, nie szpanuje techniką ani przesadnie nie kombinuje. Zresztą najbardziej adekwatnym porównaniem jest tutaj wymienione wcześniej Obituary. Podobnie, Necrocene potrafią zagrać chwytliwy riff, i w jego otoczeniu dobudować resztę utworu. Może się to w zasadzie wydawać nieco schematyczne i siermiężne, i poniekąd takie jest, choć to w tym przypadku żaden zarzut, bo tej odłam death metalu przecież tak właśnie ma. Tutaj ważną rolę odgrywa rytmika, a ta zdecydowanie, w towarzystwie ciężkiego akordu, zachęca do pokiwania głową, albo przynajmniej zrobienia srogiej miny do stojącego obok ziomka. Pod względem brzmienia jest bardzo przyzwoicie, choć według mnie perka stuka ciut za płasko, ale to taki drobny detal. Wokalnie jest „po standardzie”, i w zasadzie jak tak podsumować, to „Scumocracy” niczym szczególnym się nie wyróżnia. Nie jest to materiał zły, czy słaby, jednak dwie  rundki z nim mi całkowicie wystarczą, i nie sądzę abym do tych nagrań kiedykolwiek wrócił. Nie mniej jednak sprawdzić można. A nóż komuś wkręci się bardziej.

- jesusatan




Recenzja Mutation „Esoteric Order Of Debauchery”

 

Mutation

„Esoteric Order Of Debauchery”

Hell’s Headbangers (2026)

 


Ojojoj, ależ tu wpierdol mamy! Demówki szwedzkiego Mutation jakoś umknęły mojej uwadze i o istnieniu tego bytu dowiedziałem się niedawno wertując bandcamp w poszukiwaniu nadchodzących premier. I bardzo dobrze, że na nich trafiłem, bo „Esoteric Order Of Debauchery” na pewno jest jednym z deathmetalowych highlightów tego roku, a może i kilku ostatnich lat. Nie jest to typowa Szwecja, którą słyszeliśmy w ostatnim czasie od Impurity, Xorsist czy Cryptorium, muzyka Skandynawów dużo mocniej i głębiej osadzona jest w gatunkowej tradycji sięgającej wczesnych dokonań Morbid Angel, Sadistic Intent, Necrovore czy Incubus. Pierwotny, surowy wysryw, który może nie sięga po ancient ones, ale operuje właśnie ta estetyką. Owa tradycja została przefiltrowana przez maniakalną wściekłość Grotesque i soczysty wpierdol Verminous. Doszukałbym się tu nawet pewnych inspiracji wczesnym Kreator, bo thrashowej wkrętki i tempo wyraźnie zdradzają fascynację wczesnym dorobkiem Niemców. W całej swojej surowości panowie z Mutation brzmią nad wyraz selektywnie, a prostacka furia została uszlachetniona smakowitymi partiami basu i pełnymi obłędu solówkami w iście oldschoolowym stylu. Tu wszystko jest wyjęte z minionej epoki, ale w żadnym momencie nie stara się być retro. To jest festiwal organicznej furii i wspaniałego warsztatu kompozytorskiego, bo trzeba nadmienić, że pomimo jednorodności stylistycznej mnóstwo tu zapadających w pamięć riffów, motywów. Jest tu mięso, są bebechy, jest treść. Zdecydowanie bardzo mało jest takich pozycji na rynku, co jeszcze mocniej akcentuje unikalny poziom artystyczny Szwedów. „Esoteric Order Of Debauchery” to płyta z gatunku „must have” nosząca wszelkie znamiona tego, żeby stać się przyszłym klasykiem i być wymienianym w jednym rzędzie właśnie obok Vermonois czy Repugnant. Absolutnie przewspaniałe wydawnictwo i już nie mogę się doczekać, kiedy fizyczny nośnik wpadnie w moje ręce. Buy or die!

                              Harlequin




wtorek, 29 września 2026

Recenzja Infernaculum „Cristo 666”

 

Infernaculum

„Cristo 666”

Rex Diaboli Death Syndicate 2026

 


Ależ piękna okładka. W zasadzie mówiąca wszystko. Na spisie treści trzynaście kawałków, czas trwania płyty – niecałe dwadzieścia pięć minut. Uhu, będzie śmierdziało napalmem… Taka była moja pierwsza myśl. A że rzadko w podobnych przypadkach się mylę, to szybko się o sile owego napalmu przekonałem. Mówiąc wprost i bez ogródek, „Cristo 666” to prymitywny wpierdol jak ta lala. Materiał ten brzmi na wskroś demówkowo, prawie jak nagrania z sali prób. Mówiąc „prawie” mam na myśli stare standardy, bowiem w dzisiejszych czasach nawet nagrania z garażu można zarejestrować w bardziej przystępny słuchaczowi sposób. Nie po to jednak Hiszpanie sięgnęli po instrumenty, by komukolwiek sprawiać przyjemność. Ich kompozycje to głęboki underground, a ich cel to zapewne grać tak ohydnie, obrzydliwie i odrażająco jak tylko się da. Melodie zatem, o ile takowych się na tym albumie doszukacie, są raczej chaotyczne, minimalistyczne i obskurne. Ze względu na język może się ten materiał kojarzyć z niektórymi przedstawicielami sceny muzykom rodzimej, tudzież pochodzącymi z Ameryki Południowej (zresztą z tym kontynentem Infernaculum łączy także nieokiełzana dzicz), lecz wymienianie ich nazw sobie daruję. Dlaczego? Bo wyrzyg omawianego tworu nie jest tak do końca ani równie jednolity stylistycznie, ani stuprocentowo inspirowany którymkolwiek z tych, mimo wszystko bardziej znanych, zespołów. Poza galopadami w oparach siarki i drażniącego nozdrza dymu płonących zgliszczy, są na tych nagraniach także zwolnienia. I myli się, kto od razu pomyśli o typowych wermetalowych wyhamowaniach z riffem pod headbanging. Infernaculum wchodzą w zakręty po swojemu, bardziej kierując się w rejony brudnego punka niż, dajmy na to, Blasphemy. Niech przykładem tego o czym mówię będzie choćby „Estigma Putrido”. Ponadto do swojego gara pełnego smoły panowie dorzucili także kilka sampli i efektów elektronicznych. I tu też nie poszli na łatwiznę, czy też za standardem, bo owe dodatki, zresztą jak muzyczna treść podstawowa, są na poziomie lo-fi. W wyniku łączenia wszystkich tych składowych wyszedł Hiszpanom krążek będący kwintesencją podziemia. Oczywiście tego sprzed niemal czterech dekad, kiedy metal z ogólnospołeczną akceptacją miał tyle wspólnego co porno z melodramatem. „Cristo 666” to wydawnictwo dla degeneratów i zwolenników sonicznego chamstwa. Grzeczni, uczesani fani Behemoth mogą się od tego trzymać z daleka.

- jesusatan




Recenzja Crimson Coven „I-The Forge”

 

Crimson Coven

„I-The Forge”

Cruz Del Sur Music 2026

Crimson Coven to powstały trzy lata temu, hiszpański kwintet, który właśnie wydaje swój debiutancki album. Niesie on ze sobą dziewięć numerów mieszanki starego Candlemass czy Solitude Aeturnus z Manowar. Zatem w przypadku „I-The Forge” mamy do czynienia z fuzją epickiego heavy z klasycznym doom metalem. Można się więc domyślić, jak muzykują Hiszpanie. To porywające refreny, melodyjne solówki i sporo rytmicznego kostkowania w średnich i wolnych tempach. Panowie nie spieszą się zbytnio, skupiając się na klimacie swojej płyty, która kreuje hymniczną atmosferę. Atmosferę, która także jest przepełniona tajemniczością i magią oraz całymi pokładami mrocznego romantyzmu. Kreuje to ciężkie i mozolne aranżacje, które oprócz enigmatycznej i heroicznej aury, dostarczają również sporej dawki ponurych melodii. Materiał od Crimson Coven potrafi przytłoczyć swoją gęstością i agogiką na wędzidle, ale również i przyciągnąć mistycznymi riffami, które wprowadzają do „I-The Forge” pokaźną liczbę elementów wyraźnie baśniowych. Duży udział w tym charakterystycznym anturażu mają wokale, którymi niejaki „J” z pewnością nie dorównuje takim śpiewakom jak Messiah Marcolin i Eric Adams, ale doskonale daje sobie radę, kusząc słuchaczy, aby zostali z tym wydawnictwem na dłużej. Fani klasycznych brzmień i tych bliższych naszym czasom w postaci chociażby takich kapel jak Dolmen Gate czy Atlantean Kodex, powinni bez lęku sięgnąć po pierwszy album Crimson Coven.

shub niggurath




poniedziałek, 28 września 2026

Recenzja Runaway Devils “Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”

 

Runaway Devils

“Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”

Godz ov War 2026

Ja pierdolę, litości! Wierzcie mi, podchodziłem do tego wydawnictwa nawet z pewnymi nadziejami. Bo oto laski zabrały się za granie czegoś, co wydawca, jak by nie patrzeć, wielce przeze mnie szanowany, określa jako „Black Raw’n’Roll”. Przyznacie, że dziwny to szyld. Tym bardziej byłem ciekaw, cóż to takiego, bo ja „raw” to jak najbardziej, a „roll” ostatnimi czasy nawet mocniej. Po dwóch kawałkach leżałem na podłodze skomląc o litość, po trzecim, który stanowi cover Cascada „Everytime We Touch” (w tym przypadku muzykantki zmieniły „touch” na „siege”, co zapewne miało być żartem na poziomie samego wykonania), chciałem podsumować to wydawnictwo jednym słowem, góra jednym zdaniem. Ale brnąłem dalej, niczym szambonurek w gównie, nawet jeśli mi za tą „robotę” nikt nie zapłaci nawet dziesiątej owego fachowca. Co do owego „coveru” (celowo w cudzysłowie), to jest on zarejestrowany tak chujowo, że nawet nagrania z próby na Grundigu w latach dziewięćdziesiątych brzmiały lepiej. Podejrzewam, że to zabieg celowy, i że miał to być element rzeczonego „żartu”. Na „Blood Must Be coś tam…” owych żartów jest więcej. Jak choćby pseudodyskotekowy „Four Witches in Four Castles”, nie wiedzieć dlaczego, znów zarejestrowany w maksymalnie chujowy, przechujowy sposób. Przecież, tu, kurwa, nic nie słychać! Poza tym, że laska w pewnym momencie śpiewa, że woli „na górze”, czy cuś. No OK., nie ona jedyna. Słuchanie tego jest bolesne jak drzazga w chuju. Muzyka ma tutaj taki rozstrzał, że aż mi się w głowie kręci. A to megasurowy black, a to punk, a to przyśpiewki z remizy (te przeważają), a to granie chujwieczego na poziomie nawet nie podwórkowym, bo fałsz goni fałsz, i nic tu się do siebie nie klei. Nie ma myśli przewodniej, jest zbiór pomysłów uczennic niedzielnej szkółki gitarowej, możliwe, że prowadzonej przez jakieś zakonnice, choć nawet one nie potrafią równie chujowo grać na gitarze. Ba, co tam gitary. Nawet outro, klawiszowe, to jest jakieś plumkanie naćpanego pawiana. Gdyby moja córka w wieku trzech lat tak zagrała, to może byłbym dumny, ale dorosłe osoby? Niech mnie ktoś obudzi! Tragiczne (choć i to słowo nie jest tutaj wystarczająco dosadne) są wokale. Jeszcze wrzaski jakoś ujdą, bo krzyczeć każdy może, ale już te czyste zaśpiewy, czy próby prowadzenia dialogów, to jest jakiś absurd. Tutaj niemal nie trafia się czysty ton. Nie, kurwa, nie mówcie mi, że tak właśnie ma być! To jest szczyt niekompetencji i, albo wyraz samozachwytu (że panie zdecydowały się takie coś opublikować z nadzieją iż komuś się spodoba), albo skrajnego imbecylizmu i ignorancji. Wspominałem, że nic się tu nie klei, no to, kto odważny, i przesłucha, to zapewne zauważy, że nawet brzmienie nie jest na tym „czymś” jednolite. Co to jest, do chuja pana, jakiś składak najbardziej gównianych nagrań roku dwudziestego szóstego? No, dla mnie jest! Dawno nie słyszałem takiego gówna. A przynajmniej dawno tak niski poziom muzyczny nie sprowokował mnie by o tym napisać, bo najczęściej po prostu wszelki kał spuszczałem w kiblu. Grzesiu, ja Cię, kurwa, szanuje, ale weź ty zacznij na powrót pić, bo Ci się ostro we łbie popierdoliło, żeś w taki zepsuł pieniążki zainwestował. No chyba, że masz ich tyle, że nie masz co z nimi robić, to chętnie przytulę. A za dwukrotny odsłuch Runaway Devils wisisz mi jakąś solidną rekompensatę. Omijajcie ten krążek szerokim łukiem (ja pierdolę, właśnie takie słowa sprawią, że wielu czytających popełni życiowy błąd i straci trzydzieści pięć minut życia). Tutaj nie ma niczego, co pożyteczne dla zdrowia czy ducha. Naprzeklinałem się wyjątkowo, że aż mi trochę wstyd, ale w tym momencie znalazłem jeden pozytyw tego wydawnictwa. Potrafi on niesamowicie podnosić ciśnienie. Szkoda tylko, że w niewłaściwy sposób. Tragedia.

- jesusatan




Recenzja Bonjour Tristesse „Disaster Triumphant”

 

Bonjour Tristesse

„Disaster Triumphant”

AOP Records 2026

Jakoś wcześniej nie było okazji, żeby się zapoznać z twórczością tego solowego projektu z Monachium, za którym stoi niejaki Nathanael. Gość muzykuje już sobie od 2008 roku i niebawem, bo już w listopadzie wyda swój piąty krążek. To co on zawiera, to post-black metal, który mocno zalatuje mi ostatnio dość modnym gatunkiem, a chodzi mi mianowicie o blackgaze. Mamy więc tutaj do czynienia z typowym połączeniem diabelskiej surowości z depresyjnymi ścianami dźwięku, których marzycielski charakter przypisać bez problemu można rzępoleniu w stylu shoegaze. Zatem to idealna muza dla czarcich smutasów, którzy za pośrednictwem „Disaster Triumphant” będą mogli pławić się w eterycznych, gitarowych pływach, pomieszanych z lodowatymi tremolo i kilkoma dzikszymi zrywami. To jednostajny black metal, bazujący głównie na zapętleniach, okresowo przełamywanych przez zmianę rytmu czy prędkości bądź przez wprowadzenie do danej aranżacji, poszczególnych rodzajów melodii, od kołysankowych poprzez szerokie pasaże, kończąc na ornamentalnych zabiegach. Zapodany na brzękliwych, lecz chłodnych gitarach i delikatnie wycofanej sekcji rytmicznej, zaś instrumentarium towarzyszą rzecz jasna, bolesne wrzaski. Całość to bardzo emocjonalna muzyka, która kieruje się w refleksyjne oraz przygnębiające rejony. Wciąga do swoje ponurego świata bez trudu, ponieważ potrafi do siebie przekonać swoim przygnębiającym usposobieniem, które w punkt zostało zapisane na pięciolinii przez Bonjour Tristesse, co z pewnością docenią fani takich kapel jak chociażby Harakiri for the Sky.

shub niggurath




niedziela, 27 września 2026

Recenzja KROLOK „Hričov-Súľov-Lietava”

 

KROLOK

„Hričov-Súľov-Lietava”

Osmose Prod. 2026

Chwilę temu swoją premierę miał trzeci album słowackiego Krolok. Zapewne większość z was ten twór kojarzy, tym bardziej, że udzielający się w nim muzycy powiązani są personalnie z nie mniej znanym Malokarpatan. A i sam Krolok dał się do tej pory poznać z niezwykle konsekwentnej postawy hołdowania starej szkole black metalu. Nie inaczej jest na „Hričov-Súľov-Lietava”, krążku będącym bezpośrednią kontynuacją stylu wypracowanego przez ostatnią dekadę. Może zacznę od tego, co się jednak w muzyce tych bardów zmieniły. Choćby to, że album otwiera najdłuższy w ich historii, bo ponad trzynastominutowy, „Hričov”. Stylistycznie może niezbyt odległy od całości, choć w drugiej części oparty bardziej na deklamacji niż śpiewie, udowadniający jednak, że muzycy potrafią tworzyć kompozycje poniekąd epickie. Drugą, i tu już bardziej zauważalną kwestią jest fakt, iż wszystkie teksty zostały zaśpiewane w języku narodowym twórców. I to jest akurat bardzo dobre posunięcie, bowiem i tak dość majestatyczna, mocno ocierająca się o folki wszelakie, muzyka Krolok zyskała jeszcze bardziej wyrazistego, ludowego ducha. Pozostałe składowe tego krążka to w mniejszej lub większej dozie to, za co Słowaków lubimy. Tutaj nie ma żadnych fajerwerków, technicznych popisów czy awangardy. Jest za to staroszkolny do szpiku kości black metal, oparty na tradycjach z lat dziewięćdziesiątych. W klimatach zdecydowanie bardziej leśnych niż wysokogórskich, bo nieodzownym elementem całości są tutaj wspomniane wstawki ludowe, wszędobylskie klawisze, i instrumenty wykraczające poza zestaw podstawowy. Jeśli już o klawiszach, to podkreślić trzeba, że nie są to nudnawe, w zasadzie nic nie wnoszące, płynące w tle pasaże, a instrument równie istotny co gitary, i co najistotniejsze, stosowany według oldskulowych prawideł. Sporo na „Hričov-Súľov-Lietava” fragmentów akustycznych, stonowanych (chwilami mogących nawet przywoływać skojarzenia z wikińskim Bathory), prawie baśniowych, dzięki czemu można odnieść wrażenie, jakby Krolok opowiadali nam kolejną niesamowitą historię znaną z ogniskowych wieczorków w towarzystwie starszyzny. Całość trwa niemal czterdzieści minut, stanowiąc album bardzo spójny, wciągający, i, co raz jeszcze podkreślę, do bólu staroszkolny. Warto posłuchać, zwłaszcza jeśli poza wycieczkami na Arktykę lubimy też czasem przycupnąć wieczorem na polance.

- jesusatan




Recenzja Profanation „Ultra-Noise Warfare”

 

Profanation

„Ultra-Noise Warfare”

Iron Bonehead Prod. 2026

Kto ma ochotę na solidny death / grindowy wpierdol? O, widzę pan ma… Pani ma… Lubią państwo takie akty jak Terrorizer, Nausea, Repulsion, Nunslaughter czy Napalm Death? Lubią… No to proszę rozsiąść się wygodnie. Albo może raczej założyć mocne buty, bo będziemy ruszać w tan. Przy muzyce Profanation usiedzieć na dupsku się nie da. Tutaj każdy kawałek kusi, by komuś w młynie przypierdolić pięścią w ryj. Ta rytmika, skoczność, te wkręcające się niczym wiertło w czaszkę blasty i piłujące niemiłosiernie gitary… Czysta dzicz. Owszem, nie da się ukryć, że jest to poniekąd schematyczne i oparte na sprawdzonych, wymienionych przed chwilą wzorcach, jednak w tego rodzaju muzyce może chodzić o wiele spraw, ale oryginalność na pewno nie jest jedną z nich. Bo tak naprawdę można palcem pokazywać, gdzie idzie motyw pod Terrorizer, a gdzie buja w rytmie Harrisa i Embury’ego. Wolniejszych partii tu jak na lekarstwo, choć i one się miejscowo przewijają. Choć chyba tylko po to, by przygotować nas na kolejny, kryjący się tuż za zakrętem potężny cios. Jest tutaj też kilka odstępstw od szablonu, choćby w „Realm of the Absolute” albo „Anti”, gdzie na chwilę zajedzie stylistyką warmetalową. Gdzieś w połowie przemknie też krótki przerywnik w stylu ambientowym, w postaci „Vermin”. Rdzeń Profanation jest jednak silnie określony. I niejeden z was roztrzaska sobie o niego czaszkę. Do tego panowie dorzucili też bardzo intensywne wokalizy, ubrali całość w chamskie, organiczne brzmienie, i opatrzyli niezbyt wyszukaną okładką. I tyle, bo po co tu pisać elaboraty, skoro każdy i tak już wszystko wie. Dodam może jedynie, że panowie pochodzą z Francji, a Ultra-Noise Warfare” to ich pełnometrażowy debiut. Dziękuję za uwagę.

- jesusatan




Recenzja Barren „Verderf”

 

Barren

„Verderf”

Selfmadegod Records 2026

Świat lubi zaskakiwać nieznanymi dotąd kapelami, choć już trochę one istnieją, ale jakoś nie mogą wpaść w twoje łapy. Tym razem niespodzianka przyleciała z Belgii w postaci Barren, który jest tercetem i chyba najbardziej lubi pojawiać się na splitach, bo ma ich kilka w swojej kolekcji, co w stosunku do reszty ich dyskografii stanowi dominującą formę wydawniczą. Chuj w sumie z tym, ponieważ na tapecie mamy drugiego długograja od Belgów, który proponuje fanom czternaście, krótkich strzałów w ryj. To, że są krótkie to o niczym nie świadczy, gdyż ich siła jest znaczna więc bez problemu będziecie znokautowani. Ja osobiście zostałem przez Barren ostro napierdolony, pożarty, przetrawiony i wysrany, a jednak sobie chwalę „Verderf” bardzo i niesamowicie dobrze mi z tym. Panowie nakurwiają grinda z domieszką deta, a i trochę z jakimś szalonym blekiem skojarzyć miejscami ten materiał można. Cóż, chłopaki mielą na pełnej piździe, kreując miażdżące blast-beaty, oszałamiające swą agresją kaskadowe ataki, wyhamowania do średnich prędkości jak i nagłe „pit stopy”. Wszystko to wygenerowane zostało na żwirowatych gitarach, którym barwy nadał sławny HM-2, co upodabnia rzępolenie Barren do znajomej szwedzizny. Ta muza to również i rzecz jasna mięsista, ale nie przerośnięta sekcja rytmiczna oraz dwojakie wokale, które gadają ze sobą milutko w każdym kawałku. To soczysty i brutalny grind-death, który nie pierdoli się w tańcu. To soniczna rozpierducha, która została urozmaicona samplami, uwierającymi piskami wioseł i przesterami, od których aż bolą zęby. Diabelskie kurestwo, które mogłoby z powodzeniem zostać użyte, jako ścieżka dźwiękowa do ostatniej odsłony „Martwego zła”, ci co oglądali, będą wiedzieć co mam na myśli. Polecam lubiącym krwiste, zalatujące zgnilizną i smołą potrawy. Dobra uczta i wpierdol gwarantowane.

shub niggurath




sobota, 26 września 2026

Recenzja Throneum “Love is the Law but Death is the Frame”

 

Throneum

“Love is the Law but Death is the Frame”

Godz ov War 2026

W zasadzie to przestałem już czekać na nowy album Throneum. Kiedy bowiem ostatni raz rozmawiałem z Tomkiem, vel Wielkim Egze, mówił, że zespół na razie leży odłogiem. Skoncentrował się w zamian na Giants Dwarfs And Black Holes,  tworze o kompletnie innej, zupełnie nieprzemawiającej do mnie stylistyce. Aż tu nagle dnia pewnego, muzykowi trafiło się dłuższe L-4, więc zamiast siedzieć w chałupie bezczynnie, wziął się i pierdolnął materiał na „Love is the Law but Death is the Frame”. Dlaczego wspominam o tych okolicznościach? Bo one bardzo dużo wyjaśniają w kontekście samej płyty. Według mnie jest to najbardziej awangardowy, popieprzony, najmocniej improwizowany materiał jaki ukazał się pod szyldem Throneum. Jakichkolwiek klasycznych struktur utworów tu nie ma. Sytuacja niejednokrotnie zmienia się diametralnie podczas jednego kawałka, i to jeszcze zanim zdążymy się oswoić z poprzednią. I to zmienia się nie tylko pod względem tempa, że z blastu wyhamowujemy do zera. To akurat pikuś. Ale z death metalu wchodzimy w jakieś narkotyczne jazzy, czy inne happeningi, które autentycznie przypominają miejscami uliczne jammowanie grupy muzyków, którzy akurat przypadkowo przynieśli ze sobą swoje instrumenty. Gdzie indziej pojawia się motyw na quazirytualne bębny, za chwilę granie bardziej przypomina  ścieżkę do przedstawienia teatralnego, potem przed oczami malowany nam jest kosmos, przemknie jakiś motyw orientalny, no ja pierdolę, co tu się odjaniepawla? I jeszcze panna na przesterowanym wokalu, robiąca wiedźmowy klimat, pojawiająca się tutaj stosunkowo często. Zresztą wokalnie Grand Executor też zdaje się poszerzać skalę, nie wrzeszcząc w jednej tonacji jak w dawnych czasach. Ponadto w jego głosie rysują się tym razem także inne emocje niż tylko gniew i nienawiść. Niesamowitą rolę odgrywa na tych nagraniach bas. To już nie jest jedynie instrument do podbicia tonu. On tutaj wygrywa swoje odrębne pasaże, niejednokrotnie nie mniej ciekawe niż gitara wiodąca. Zaskakuje też Diabolizer, który totalnie poczuł ten mocno odmienny klimat, i gra na tej płycie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Zapytacie zapewne, czy w takim razie zostało tu jeszcze cokolwiek ze starego Throneum. A i owszem, i to więcej niż można się spodziewać. Pomijając charakterystyczny sposób kostkowania i tworzenia melodii (no niestety, niektórych nawyków się człowiek nie wyzbędzie), tych klasycznych Throneumowych melodii, przewijającego się w tych kompozycjach wkurwu i kontrolowanego chaosu, oraz wystawiony do całej sceny środkowy palec. No i jest ponownie nagrany numer z drugiego demo, ale w wersji dopasowanej do współczesnego oblicza zespołu. Zespołu, który nigdy nie podążał za modą. Oni zawsze robili swoje, czasem na przekór dla samej zasady. Tutaj poszli jeszcze bardziej po bandzie. Powiem wam szczerze, myślę, że „Love is the Law but Death is the Frame” przysporzy chłopakom więcej antagonistów niż nowych fanów. Mi się ta płyta podoba, i to bardzo, choć tak naprawdę to zaczęła odpowiednio żreć dopiero po trzecim odsłuchu. Jest to album, który długo się trawi, ale jak już się przyjmie, to zostaje w głowie na dłużej niż tylko trzy popołudnia. Wracam do słuchania, bo nie mogę się oderwać.

- jesusatan




Recenzja Leper Colony „Back to Primal Sludge”

 

Leper Colony

„Back to Primal Sludge”

Testimony Records 2026

Tak po prostu powinienem zacząć i zarazem zakończyć te wypociny, podając nazwisko gościa, który stoi za tym szyldem, bo to Rogga Johansson, ale jak już wpadł mi ten materiał do skrzynki, to jednak wypada coś napisać. Nie będzie tego wiele, ponieważ najnowszy krążek od Leper Colony nic nowego do szwedzkiego death metalu nie wnosi, a kilka elementów, wiążących go z Florydą, jakoś umyka w tutejszym zalewie d-beatów, typowych dla Skandynawii tremolo i takich też, rytmicznych galopad, przesterowanych za pomocą HM-2. Do tego nasz zdolny kompozytor dołożył sporo melodii, trochę solówek i klimatycznych riffów, co zaowocowało materiałem poprawnym, ale i też cholernie typowym, który w żadnym aspekcie nie wybija się ponad przeciętność. Wszystko to już było wiele razy i chyba tylko ci, którym ta estetyka nigdy się nie znudzi, łykną ten materiał. Owszem buja on odpowiednio, atmosfery dostarcza jej nie szczędząc, a i brutalnie przyłoić potrafi, ale cóż. Płynie to sobie swobodnie, a ja zastanawiam się co tam z głośników brzęczy i w jakim celu, bo banalność „Back to Primal Sludge” rzuca się nie tylko i przede wszystkim do uszu, lecz i męczy boleśnie. Nie wiem, co jest w tym albumie nie tak, choć wydawać by się mogło, że wszystko stoi na swoim miejscu. Chyba chodzi o skrajne zgranie schematu, na którym bazuje Rogga Johansson. Wszyscy, którzy znają jego twórczość, mogą się spodziewać po tym krążku tego samego co zawsze więc zaskoczeń nie przewiduje. Jedynym przyciągającym słuch, wydaje się tu być Marc Grewe, który niegdyś trzymał mikrofon w Morgoth i na „Back to Primal Sludge” brzmi całkiem nieźle. Rogga kilka wyskoków ostatnio miał ciekawych, jak chociażby ostatnia jego płyta pod własnym nazwiskiem oraz dwójeczka Ravaged of the Yeti, ale były to wydawnictwa „na chwilę” i szybko zniknęły ze świadomości, ale świeży Leper Colony jak dla mnie jest zbędny, a przyda się tylko zatwardziałym maniakom takiego grania.

shub niggurath




czwartek, 24 września 2026

Recenzja Imperathron „Polemos Pater Panton”

 

Imperathron

„Polemos Pater Panton”

Caverna Abismal Rec. 2026

 


Imperathron pochodzą z Chile, i działają od lat sześciu. Czyli w zasadzie świeżynka, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nagrali se dotychczas tylko taśmę demo oraz EP-kę. Tu oczywiście wielkie propsy ode mnie, wiadomo za co. Chwilę temu portugalska Caverna Abismal Records wydała im debiutancki krążek, a jako iż, domniemuję, mało kto nazwę zespołu kojarzy, no chyba że najbardziej zatwardziali przeszukiwacze podziemia, w trzech zdaniach opowiem wam, niczym bajarka, co to za twór. Że z Chile? Można powiedzieć równie dobrze, „I cóż, że ze Szwecji?”. Z typowym brzmieniem Chile chłopaki mają tyleż wspólnego, co ja ze święconą wodą. Czyli wiem co to, ale po goleniu nie używam. Bardziej bym ich skojarzył, oczywiście nie wiedząc uprzednio nic więcej, z naszą rodzimą sceną z okresu roku dwutysięcznego. Chłopaki łoją bowiem death metal inspirowany Ameryką, i jej najlepszymi wzorcami, zboczony poniekąd bardzo sterylną produkcją. Nie na tyle, by ją od razu określić mianem szpitalnej, ale zdecydowanie czystszej, niż w zamiarze mieli to muzycy Modbid Angel (przynajmniej do „Heretic”), Deicide czy Incantation. Czyli wszystko słychać, wszystko jest czyściutkie, nic we mgle nie ginie. Nie znaczy to, że jest na podobę Origin czy innego Wormed, ale powiedzmy że jakoś tak pośrodku. Tak, owszem, nadmienić trzeba przy okazji, że jest to brzmienie sprzyjające mocnemu pierdolnięciu. Bo pierdolnięcie ten album ma. Podobne do naszego Dies Irae. Jest przy okazji oparty głównie na tempie szybkim, bardzo szybkim, tudzież blastującym, i mocno podkręconym riffowaniu. To czysty death metal, skonstruowany jednak z precyzją chirurga. Co mam na myśli? To, że kawałki Imperathron są jakby… obliczone i wymierzone co do nutki. Według prawideł późniejszego odłamu gatunku wszystko tu się zgadza. Jest brutalnie w chuj, jest masywnie, wokale rzygają odżołądkowo… Tylko że jest to dla mnie totalne zaprzeczenie tego, co znam ze sceny południowoamerykańskiej! I chyba przede wszystkim to nie od tej płyty odpycha. Nie czuję w tej muzyce spontanu, pasji, szczerości. To poprawny, może nawet i dobry, album dla odbiorców niewymagających. Dla mnie to materiał na góra dwa odsłuchy, przy czym drugi głównie po to, by się utwierdzić w przekonaniu, że się nie pomyliłem w ocenie. Ale jak ktoś lubi taki trochę ładniej uczesany death metal, to powinien być zadowolony.

- jesusatan




Recenzja Disconnect „Demo 2026”

 

Disconnect

„Demo 2026”

Szpadel Rec. 2026

Kilka dni temu obwieszczono wszem i wobec, że pochodzący z mojego miasta, dobrze zapowiadający się Büddah, po wydaniu jedynie EP-ki i debiutanckiej płyty, zakończył działalność. A już miałem nadzieję, że będę za jakiś czas dumny z ziomali. Głównodowodzący jest jednak najwyraźniej człowiekiem, który nie odpuszcza, bo mam właśnie przed sobą demo kolejnego projektu Jelenia (ja pierdolę, szczerze, żeby sobie wybrać taką ksywkę, to trzeba być mocno odurzonym haha!), choć z kompletnie innej beczki. Materiał ten jest krótki, prosty i treściwy. Przy czym słowo „prosty” jest w zasadzie jego istotą. To czysto punkowe granie z lekko metalowym posmakiem. Kompletnie nieodkrywcze, nie wychodzące poza ramy standardów, nie szukające nowych ścieżek. To takie typowe, prymitywne napierdalanie na poziomie B klasy, gdzie kompozycje oparte są na dosłownie dwóch / trzech akordach, z perkusją wystukującą głównie d-beaty, banalnym przekazem słownym krzyczanym w niewysublimowany sposób. Nawet jeśli panowie na chwilę zwalniają, to tylko po to, by za chwilę znów przejść w ten klasyczny, irokezowy rytm, przy którym chce się skoczyć na parkiet i potańcować, tudzież komuś „niechcący” zajebać z łokcia. Można powiedzieć, że w podobny sposób gra milion kapel. Owszem, nie zaprzeczę. Ale jakoś zawsze, kiedy chlapnę piwo, dwa, góra cztery, to taka muzyka sprawia mi w chuj radochy. A Disconnect odgrzewają przypalonego sto razy kotleta w sposób, który sprawia, iż smakuje on naprawdę przyzwoicie. Śpiewane, tudzież krzyczane, jest tu po naszemu, nagrania brzmią poniekąd reh’owo (czyli tak, jak przykazania nakazują), jak na pierwsze demo nic temu wydawnictwu zarzucić nie potrafię. Pewnie, że do elity gatunku Bydgoszczanom sporo brakuje, ale i tak te osiem minut to naprawdę solidny liść na twarz, pokazanie fvck’a modom, wydalenie odustne zalegającej w bebechach żółci. Te pięć piosenek to, o czym mam nadzieję przekonać się jak najszybciej, typowe rozpierdalatory na żywca. I to nie tylko i wyłącznie dlatego, że na koncert zespołu przyszliby ludzie po lekkim spożyciu. Lubię takie granie, bo lubię prostotę i młodzieńczy bunt. A tym muzyka Disconnect jest przesiąknięta. Sprawdźcie sobie w wolnej chwili. Myślę, że warto.

- jesusatan

Recenzja Trolldom

 

Trolldom

„Tronen”

Debemur Morti Productions 2026

Z końcem października ukaże się nowy album Trolldom, który jak poprzednie wydawnictwa tego projektu, przeniesie nas w drugą połowę lat dziewięćdziesiątych, aby „rzucić odświeżonym uchem” na melodyjny black metal z małym dodatkiem symfoniki. Jakbym się nie gimnastykował nic oryginalnego ani nowego na temat „Tronen” nie dam rady napisać. Nie pomoże sto fikołków, na nic dwieście przysiadów i trzysta brzuszków. Do narkotyków dojścia nie mam, bo już stary się robię i z dilerami kontakt straciłem dawno. Za alkohol się nie zabieram, ponieważ żeby coś przyciągającego uwagę nabazgrać dużo trzeba będzie wypić, a jutro o piątej do roboty muszę wstać. Dobra tyle słowem wstępu. Zatem ci, którzy znają i lubią Trolldom, a także kochają takie kapele jak Setherial, Sacramentum czy z nowszych Greve, to kolejna odsłona twórczości tego Szweda z pewnością przypadnie do gustu. Zmienne prędkości, zimne brzmienie, które delikatnie przybrudziła odpowiednia produkcja, uzyskując pewną chropowatość, nie tracąc selektywności poszczególnych sekcji. Siarczyste akordy, świdrujące tremolo, kąśliwe wokale i sporo chwytliwości, podsycanych miejscowo przez syntezatory, które będąc niekiedy dość orkiestralnymi w stronę symfoniczną kierować ten materiał będą. Całość do kupy zebrana, mroczną atmosferę kreuje. W zbytnią pompatyczność nie wpadając, trzyma się piekielnej podniosłości w stylu lat minionych, surowo batożąc, przyprawiając o odmrożenia i hipnotyzując nastrojowymi aranżacjami. Wszystko to już było, a Trolldom dość pieczołowicie dba o czystość schematu. Wychodzi mu to dobrze i nagrał kolejną, godną uwagi płytę, na której idealnie łączy diaboliczną agresję z niepopadającą w ckliwości i jarmarczność melodyką. Fani takiego ujęcia nie powinni być zawiedzeni „Tronen” więc w ciemno brać mogą.

shub niggurath




wtorek, 22 września 2026

Recenzja Goatest „Goatest”

 

Goatest

„Goatest”

Tike To Kill 2026

Jak to się stopniuje po angielsku? Goat – Goater – (the) Goatest. Czyli można domniemywać, iż to najbardziej kozi zespół na świecie. No tak, tylko że akurat w tym przypadku ów sposób myślenia jest „misleading” (po naszemu: zwodniczy). Nazwa tegoż projektu pochodzi bowiem od nazw dwóch bandów dokonujących tu kolaboracji. Dwóch bandów z różnych zakątków świata, czyli fińskiego Goatburner, w którym udziela się między innymi wokalista Rotten Sound, i brazylijskiego Test. O ile ten pierwszy poznałem niedawno (recenzja ich ostatniej EP-ki pojawiła się na Apo chwilę temu, albo za chwilę się pojawi), to o drugim słyszę po raz pierwszy. No dobra, ale co z tego połączenia wyszło? Ano wyszła niezła napierdalawa. Twórczość tego tworu to mieszanka grind core’a ze sludg’em. Brzmi jak coś kompletnie nie idącego w parze? No i bardzo dobrze! Bo ja lubię takie kontrasty, zwłaszcza jeśli są blendowane w taki sposób, jak poczynili to członkowie wspomnianych hord. Powiem wam krótko… Wyszło im to nader przyzwoicie. Bo blastujące, pędzące na złamanie karku fragmenty, przy których można co najwyżej zamknąć oczy z obawy przed zderzeniem ze ścianą, równoważą się z mozolnymi zwolnieniami, i graniem do potupania nóżką w sposób idealny. Byliście kiedyś w Bydgoszczy? Mamy tutaj taką rzeźbę o nazwie „Przechodzący przez rzekę”. Na długiej linie rozciągniętej między brzegami Kanału Bydgoskiego stoi kolo z kijem, czy czymś tam, i ni chuja nie chce spaść do wody. Chłopaki z Goatest też nie przechylają się za mocno ani w jedną, ani w drugą stronę, tworząc muzykę niesamowicie spójną, i, o dziwo, doskonale się uzupełniającą. W antraktach powrzucali też kilka sampli, dodającej całości odrobiny koszmarnego klimatu. Wokalnie mamy tutaj klasyczny grindowo / core’owy wrzask, dość monotonny i bez zbędnych udziwnień. Większość kompozycji na tym krążku nie przekracza trzech minut, a całość zamyka się w pół godziny z haczykiem. Czyli w sam raz, bo na dłuższą metę takie granie mogłoby co nieco zmęczyć. Panowie sobie to jednak doskonale wykalkulowali, dzięki czemu „Goatest” jest mocnym liściem na lico każdego kto się z tym materiałem zmierzy. No i lala.

- jesusatan




Recenzja Suffering „Things Seen but Always Hidden”

 

Suffering

„Things Seen but Always Hidden”

Apocalyptic Witchcraft 2025

Tych czterech Anglików tworzy już od 2012, ale na koncie nie mają zbyt dużo wydawnictw. Powyższe jest ich drugim krążkiem, który nagrano w zeszłym roku, ale dopiero teraz Apocalyptic Witchcraft podtyka je pod nos, aby ktoś, coś o nim napisał. Padło na mnie więc jadę z koksem. Panowie rzępolą na kształt czegoś doomowego i diabelskiego więc jest to bardzo klimatyczna muza, która kojarzy się z rytualnymi wykwitami, bo w sumie takim jest i na pewno w jakichś katakumbach zarejestrowana została, choć mogę się mylić. Średnie i wolne tempa, z których sączy się gęsta i okultystyczna atmosfera, nie zwiastują mile spędzonego wieczoru, ale gdy tylko zerkniemy w okna domu na okładce tej płyty, natychmiast zmienimy zdanie, ale nie tylko o okolicznościach, lecz i również samej nastrojowości materiału od Suffering. Początkowo jawi się on jako sataniczne, pełne boleści i bezsilnej wściekłości misterium. Po zajrzeniu przez szyby owo misterium z okultystycznego i wypełnionego mroczną ezoteryką, zamienia się w namiętną lub jak kto woli, wyuzdaną orgietkę rodem z filmu „Oczy szeroko zamknięte”. Charakter tego doom-black metalu się wtedy nie zmienia, ale zmienia się jego odbiór, bowiem teraz już podchodzę do „Things Seen but Always Hidden” z małym przymrużeniem oka. Jednakże tutejsze nuty robią mi dość dobrze, ponieważ to nieźle bujające swą nastrojowością akordy, z których jednak oprócz zapachu ludzkich wydzielin również siarką i smołą zalatuje. Jedzie tu także kadzidłami, liturgiczną powagą i złością. To nie tylko ceremonialny black-doom metal złożony z ciężkich i pełzających riffów, bo zjadliwością lodowatych tremolo, też od czasu do czasu zaskoczyć potrafi, nie zapominając o tym, że agresywnością i chłodem także przedstawić się wypada. Polecam, odpowiedni klimacik to wydawnictwo posiada i dobrze się go słucha.

shub niggurath




Recenzja Cisza „Untrodden Paths of Satan”

 

Cisza

„Untrodden Paths of Satan”

Independent 2026

Warszawiakom pewnie ta kapela jest znana, bo szerzej to chyba niekoniecznie, choć przypuszczalnie mogła się obić gdzieś tam o uszy, zwłaszcza że Cisza powstała na gruzach innej brygady, a mianowicie heavymetalowego Derisum. Pod tym szyldem ci czterej panowie muzykują od 2017 roku i debiut mają już za sobą. Obecnie wracają z drugim krążkiem, który zawiera siedem kawałków black metalu we współczesnej formie. Nie jest to czyste, diaboliczne granie, bo w swoich poczynaniach skręcające wyraźnie w inne rejony. Jednym z nich jest progresja, wyrażona tutaj szeregiem dysonansowych zabiegów, które sprytnie splecione są z melodyjnymi tremolo czy riffami, tworząc wraz z nimi zawiłe struktury. Drugim kierunkiem jest rockowa ornamentyka, która objawia się w postaci rozbudowanych partii solowych oraz niespotykaną za często w diabelszczyźnie, żonglerką w warstwie tonalnej i rytmicznej, dostarczając temu materiałowi dużej przestrzenności. Trzeci odjazd od głównego nurtu, to wszystko co można by zawrzeć w słowie „post”, co urzeczywistnia się na „Untrodden Paths of Satan” w gitarowych konstrukcjach, przypominających blackgaze’owe pływy i dźwiękowe ściany, które swym liryzmem bez trudu wprowadzają w depresyjny trans. Cóż, muzyka od Ciszy to teraźniejsze ujęcie black metalu, przy komponowaniu którego użyto dużego wachlarza wpływów obcych, co nie zawsze się udaje, ponieważ albo wychodzi z tego pretensjonalna papka lub metal dla anemicznej młodzieży o wiecznie spoconych dłoniach. Nie w przypadku tego materiału, bo tutejsza, gatunkowa fuzja nie zmiękczyła ekspresji ani nie wprowadza słuchacza w muzyczną dezorientację. To wielowymiarowy bleczur, który razi mrokiem na kilku różnych płaszczyznach i pomimo tego, że zbudowany jest chwilami z przeciwstawnych sobie elementów, to inteligentne ich połączenie, powoduje ostatecznie, że razem kreują spójną i charakterną wizję. Cisza nagrała black metalową płytę, która jest do cna współczesnym wyrazem tego gatunku, ale sądzę, że bez większego wysiłku obroni się przed wszelkim malkontenctwem purystów, bo wzbudza odpowiednie emocje, a brzmienie poszczególnych sekcji i wokaliz to niemalże ideał. Polecam.

shub niggurath




poniedziałek, 21 września 2026

Recenzja Purulentum „Promo 2026”

 

Purulentum

„Promo 2026”

Independent 2026

Purulentum to świeżynka na krajowej scenie. W zasadzie zespól nie doczekał się jeszcze nawet wzmianki na Metal Archives. Wiadomo jednak, że chłopaki są ze stolicy, i zagrają na najbliższej edycji Death Is Not The End. Z tejże okazji otrzymałem od organizatora kasetkę z pierwszymi nagraniami zespołu. Owa taśma sama w sobie jest dość, jak na dzisiejsze czasy, nietypowa. To klasyczna „dziewięćdziesiątka” Maxwell, przy czym zagrana w niecałych piętnastu minutach. Chyba coś koło dwunastu. Na prymitywnej wkładce widnieje natomiast adnotacja „ Use rest of this tape to keep the underground alive”. Do tego nabazgrany odwrócony krzyż, kontakt do zespołu… i tyle. No, kurwa, cudownie. Podobnie cudowna jest sama muza. Powiem wam tak… Gdyby każdy młody zespół nagrywał takie demo, to ja bym mógł w zasadzie słuchać tylko i wyłącznie demówek. Bo goście mają wspaniały sposób na odgrzanie przedwczorajszego kotleta po swojemu. Na tych nagraniach nie ma absolutnie nic nowego. Jest za to death metal jak za starych czasów. Śmierdzący głównie Finlandią. Tak pod względem brzmienia gitar, co typowymi dla tego kraju melodiami, charakterystycznie śpiewnymi, nienachlanie wzbogacającymi brutalność metalu śmierci. Brutalność utrzymaną w prawdziwie grobowym klimacie, bez łamania jakichkolwiek barier, choćby pod względem prędkości, taką, za którą kochamy lata dziewięćdziesiąte. Sporo tutaj zmian tempa. Często jest ona na poziomie „medium”, ale trafiają się zwolnienia totalnie miażdżące, niemal funeral doomowe, jak w drugim na liście „Fiendish Delusion of Rabiance”, po których jednak następują dzikie zrywy. Wszystko to brzmi nieco banalnie, ale sprawia od chuja radości. Zwłaszcza osobom, które przy podobnych produkcjach dorastały, a „Promo 2026” jest materiałem, który w stu procentach spełnia wszystkie wymogi i standardy złotej ery death metalu. Czuć w tym młodzieńczą naiwność, co też było elementem charakteryzującym „stare czasy”. Świetne są wokale. Poza klasyczną brutalnością, sporo na nich pogłosu i naprawdę ciekawych, choć minimalistycznych, efektów. Brzmienie tego promo jest naprawdę przyzwoite, bo nic tu nie ginie w ścianie dźwięku, ani się nie rozjeżdża, a mimo to słuchać, że to prawdopodobnie materiał nagrany na setkę w jakiejś brudnej, chłodnej piwnicy. Co jeszcze warte podkreślenia, to fakt, że nawet jeśli Purulentum czerpią garściami z lat dziewięćdziesiątych, to nie sposób dokleić im jakiejś konkretnej nazwy jako inspirację. Poza wspomnianą Finlandią jest tu trochę Stanów, a nawet Szwecji. Nie, no mają kolesie na siebie „jakiś” pomysł, a ja wyczuwam w nich ogromny potencjał. Czekam na następne nagrania. A na Death Is Not The End vol. 4 na pewno się nie spóźnię!

- jesusatan

Recenzja Ash Magick “Rituals of Anathematic East”

 

Ash Magick

“Rituals of Anathematic East”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2025

Założę się, że powyższa nazwa niewiele komukolwiek mówi. Jest to jednoosobowy wykwit z Turcji, a odpowiedzialna za niego jest niejakia „VI-th”. Z kolei album, który ukazał się w zeszłym roku, jest już trzecim w dorobku tej kobitki. O ile z dystansem podchodzę do takich solowych przedsięwzięć, bo zdecydowana większość z nich nie jest warta funta kłaków, tak tutaj muszę zdjąć czapkę z głowy, bo Turczynka nagrała kawał konkretnego rozpierdolu. Ujmując rzecz ogólnie, jest to amalgamat black metalu z odrobiną deathmetalowego posmaku. Amalgamat w dość gęstej strukturze, ciemnej barwie i odorze siarki pomieszanej z kadzidłem. Jeżeli szukacie w muzyce jadu i surowości, to na tych nagraniach zdecydowanie ją znajdziecie. Jeśli dodatkowo lubicie muzykę odrobinę pokombinowaną, i nie mówię tutaj bynajmniej o jakichś awangardowych zapędach, to też dobrze trafiliście. Z drugiej strony z tą awangardą, to troszkę można dyskutować. Chwilami Ask Magick brzmi bowiem jak Portal na silnych lekach uspokajających. Nie ma tutaj może aż takiego wariactwa, wiru tasujących się akordów, ale wyraźnie słychać, że ta bardziej współczesna szkoła riffowania odcisnęła na twórcy dość mocne piętno. Dla zrównoważenia tejże, na „Rituals of Anathemic East” przewijają się również linie gitarowe mające swój rodowód w drugiej fali black metalu, głównie odłamu norweskiego, i to w szerokim rozstrzale, od Darkthrone po Mysticum. Tworzy to naprawdę mroczną, rytualną mieszankę, w której oparach zdecydowanie tańczy Szatan, stukając z radości kopytem, aż iskry lecą. Niektóre fragmenty oparte są na zapętlonym tremolo, wciągającym niczym czarna dziura, czasem rytm łamie się i zmienia, gdzie indziej mamy wrażenie jak byśmy pędzili na złamanie karku w narkotycznym transie. Podróży tej towarzyszą także dość ciekawe dodatki i smaczki, podkreślające temat przewodni albumu, którym to jest wschodni mistycyzm. Całość trwa niemal trzy kwadranse, ale zlatuje jakby było to dwadzieścia minut. Bardzo dobra, i intensywna to płyta, przy której nudzić się nie sposób. Sprawdzajcie. Zapewniam, że warto.

- jesusatan