Undertaker
„Demo(n)s”
Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)
Przed chwilą pisałem w tym miejscu o debiutanckim,
nagranym po przeszło trzech dekadach, albumie szczecińskiego Undertaker,
szczerze zresztą go polecając. Ale to nie wszystko, co wytwórnia dla nas
przygotowała. Oto bowiem, do pary z „Epicentrum”, Black Flame Rebellion
wypuszcza w świat wczesne nagrania zespołu, w postaci demówki „Hardnesss” z
bonusami, oraz materiał promo z roku dziewięćdziesiątego szóstego. Czyli w
zasadzie wszystko, co panowie zarejestrowali zanim się wzięli i rozpadli,
łącznie równiutkie pięćdziesiąt minut muzyki. Czy warto sięgnąć i po te
nagrania? Uważam, że warto. I to nie tylko z powodów sentymentalnych. Nie
zaprzeczę, że „Hardness” nie był wydawnictwem mającymi jakiś wielki wpływ na
ówczesną scenę metalową w naszym kraju. Tym bardziej, że przemknął gdzieś
boczkiem, na wpół zauważony. Z drugiej strony, są to nagrania na tyle solidne i
odzwierciedlające inwentarz death metalu lat dziewięćdziesiątych nad
Wisłą, że dla każdego szanującego się maniaka rzeczonego okresu powinny
stanowić cenną pozycję w kolekcji. Wczesny Grabarz to spora mieszanka
stylistyczna. Na debiutanckim demo zespół trochę skakał z kwiatka na kwiatek. Bo
jest tu klasycznie deathmetalowy „Drug Habit”, z obowiązkowym w tamtym okresie
introsem, trochę bardziej klimatyczny, na zasadzie choćby Gorement, „Tremors”,
szybki, niemal grindowy „Save Our Souls”, czy na wpół akustyczny, melancholijny
„Disease Ensemble”. A to, tak dla informacji, pierwsze cztery kompozycje, w
przytoczonej powyżej kolejności. Więcej tu Szwecji niż innych wpływów, i brzmi
to naprawdę nieźle, a na pewno staroszkolnie, choć chwilami trochę nieporadnie
(standard dla polskiej sceny z tamtych lat). Bonusy dołączone do demówki
pochodzą z sesji odbytej rok później, są o wiele surowsze i zdecydowanie
bardziej grindowe. Natomiast „Promo ‘96” (wcześniej go nie znałem), to
zajebista wariacja na temat „Harmony Corruption” / „Utopia Banished” w demówkowej
odsłonie. Przyznam, że jestem mocno zaskoczony poziomem tych nagrań. Naprawdę
wyborne riffy, świetny, głębszy wokal pod Barneya (no kurwa, prawie bliźniak), klasyczne
aranże… Nie wiem co to się stanęło, że po takim promo nikt zespołu nie wydał i
nie wypromował szerzej, bo ten materiał to najwyższa półka! Nie wiem też, co
się podziało, że panowie założyli potem bardzo średniawy Casus Belli, zamiast
podążać dobrze obranym kursem. Wrócili na niego dopiero po trzech dekadach, ale
o tym mogliście już przeczytać w tekście nawiązującym do „Epicentrum”. Powtórzę
zatem to, co już napisałem – warto sięgnąć po te archiwalne nagrania, bo to
klasyka rodzimego deta w bardzo dobrym wydaniu. Zalecam zaopatrzenie się w oba
wydawnictwa Undertaker za jednym zamachem (i nie jest to żadna płatna reklama),
bo naprawdę warto. Premiera już za kilka dni.
-
jesusatan





