Rimruna
“Wenn Droben Nachts der
Frostmond Thront”
Schattenkult Prod. / Kombinat Schwarz Metall / Blutmondsphaeren 2026
Z niemieckim Rimruna po raz pierwszy spotkałem się kilka
lat temu, przy okazji ich występu na którymś z przystanków cyklu The Last Words
of Death. Pamiętam, że w pierwszej chwili kupili mnie przede wszystkim
umiejętnością odegrania swoich kompozycji na żywo wyłącznie w dwójkę. Samą
muzykę poznałem dogłębniej chwilę później. Dziś, rzeczony duet powraca z płytą
numer trzy, na którą, jeśli nie liczyć pojawiających się w międzyczasie
splitów, czekać trzeba było niemal dekadę. „Gdy na nocnym niebie króluje mroźny
księżyc” to w prostej linii kontynuacja stylu zapoczątkowanego na „Frostbann”,
i sukcesywnie udoskonalanego na kolejnych wydawnictwach, a będącego
bezpośrednią spuścizną po nordyckiej drugiej fali. Oczywiście, teksty śpiewane
przez Wintergrimm’a w języku narodowym dodają tutaj owego niemieckiego
pierwiastka w stopniu znacznym, jednak treść instrumentalna bazuje głównie na
wspomnianych, północnych inspiracjach. I to bardzo przekrojowo, bo da się tutaj
wyczuć wątki norweskie, jak i szwedzkie czy fińskie. Nie będę jednak przy tej
okazji rzucał żadnymi nazwami, bo Rimruna tak sprawnie tworzą mieszankę
melodyjnych harmonii z ostrymi, lodowatymi zagraniami, tak umiejętnie tonują
napięcie za pomocą nastrojowych riffów wikińskich (no dobra, tutaj muszę
przytoczyć Bathory, czy Hades), że ciężko zarzucić im kopiowanie kogokolwiek.
Bo kompozycje berlińczyków, a są one tradycyjnie długie, ponad dziesięciominutowe,
zawierają wszystko to, co atmosferyczny, ale wyważenie surowy zarazem, black
metal posiadać powinien. A już przede wszystkim klimat tego krążka jest
niebywale wciągający. To muzyczna opowieść, której słucha się z zapartym tchem.
Na tyle ciekawa i wielobarwna, że chętnie się do niej wraca, by raz jeszcze
sprawdzić, czy czasem czegoś nie przeoczyliśmy po drodze. Dodatkowym atutem
tych nagrań jest klasyczne brzmienie z lat dziewięćdziesiątych. Niby wszystko
jest tutaj w stu procentach selektywne (dzięki czemu żaden detal nie ucieka),
ale nadal na wskroś analogowe, nagrane „jak za starych dobrych czasów”. Album
trwa niemal godzinę, ale, wierzcie mi, kiedy się kończy, wcale nie oddychamy z
ulgą, tylko mamy ochotę na kolejną rundkę. Tym bardziej, że z każdym odsłucham,
kiedy oswajamy się z tymi nagraniami, chce się ich coraz mocniej, i coraz
intensywniej się je przeżywa. Jeśli nazwa Rimruna nic wam nie mówi, to
sprawdźcie ich koniecznie, bo mam wrażenie, że jest to zespół niemal karygodnie
niedoceniany, zasługujący na zdecydowanie szerszą atencję. „Wenn Droben Nachts der
Frostmond Thrond” ma moją zdecydowaną rekomendacje.
-
jesusatan






