wtorek, 27 stycznia 2026

Recenzja Cyclone „Known unto God”

 

Cyclone

„Known unto God”

High Roller Rec. 2026

Zastanawiam się, ilu z was pamięta ten belgijski band, który swoje pierwsze kroki na światowej scenie stawiał trzydzieści sześć lat temu. Panowie nagrali dwa pełnometrażowe albumy, by w roku dziewięćdziesiątym trzecim przejść w stan niebytu. Nie będę tutaj prężył muskułów przy opowieściach o ich wczesnym okresie, bo z nazwą Cyclone spotykam się tak naprawdę po raz pierwszy w życiu. I od razu zastanawia mnie, jaki jest sens wyciągania trupa z szafy, skoro ze składu sprzed rozpadu na pole walki powrócił jedynie wokalista. Zwerbował sobie dużo młodszych grajków, i wspólnie zarejestrowali dwudziestominutowy materiał, zatytułowany, jak powyżej. Powiedzieć trzeba otwarcie, że te pięć kawałków to naprawdę solidny, thrashowy kop w dupę, i doskonale obroniłby się sam, bez podpierania o starą nazwę. Przede wszystkim każdy z zamieszczonych tu numerów to naprawdę ostra jazda, pełna tnących po nadgarstkach klasycznych riffów, zazwyczaj serwowanych w szybszym tempie. Można tutaj oczywiście w ramach słyszanych inspiracji rzucać nazwami jak z kapelusza, ale ograniczę się jedynie do Dark Angel, Anthrax, Sacred Reich czy Exodus. Ten ostatni także dzięki manierze wokalnej Guido Gevelsa, momentami mocno zbliżającej się do klasycznego Souzy (no, może z domieszką tego patafiana ze Stuck Mojo). Nie jest to bynajmniej muzyka odkrywcza, za to świetna kopalnia odkrywkowa, z całą masą melodii, które już kiedyś słyszeliśmy, ale z wielką przyjemnością posłuchalibyśmy raz jeszcze. Słychać wyraźnie, że gitarzyści swoje rzemiosło mają opanowane wyśmienicie, zatem obok wspomnianych harmonii potrafią zarzucić także wysokiej jakości solówką. Sporo na tym mini momentów, gdzie aż kipi od groove’u i łeb sam się kiwa w rytm słuchanych piosenek. Tak energetycznego thrashu to ja mogę słuchać zawsze i wszędzie, więc finalnie sobie myślę, że chyba dobrze, że Guido nie namawiał starych kumpli do wspólnego grania, bo mogłoby to w efekcie spowodować poczucie geriatrii. A tak, młodzi mogli się wykazać, co zresztą zrobili bardzo udanie. Bez względu zatem na to, czy wczesny Cyclone znacie, czy też nie, „Known unto God” sprawdzić można, bo to dobry kawał thrashowego mielenia.

- jesusatan




Recenzja Ernte „Der schwarzen Flamme Vermächtnis”

 

Ernte

„Der schwarzen Flamme Vermächtnis”

Purity Through Fire 2026

Ernte to założony w 2020 roku na szwajcarskiej ziemi, dwuosobowy projekt, który rzeźbi w black metalu. Trzynastego lutego ukaże się ich czwarty album, który zawierać będzie siedem numerów, opartych na drugofalowych wzorcach. Powinny one zadowolić przede wszystkim miłośników surowego i tradycyjnego ujęcia tego gatunku, ponieważ charakteryzują go lodowate i nieco zapiaszczone gitary, wyłaniający się czasami z drugiego planu bas i delikatnie wycofana perkusja, zaś to co wydobywa ze swojego gardła wokalistka, to całkiem jadowite wrzaski więc jest tutaj zimno i diabelsko. Jest też dość pogańsko, bo melodie oraz przeważające średnie tempo, a także mieszanka atmosferycznych i wojowniczych akordów wyraźnie wskazuje na zainteresowanie Ernte czasami odległymi. Zatem przywołując za pomocą „Der schwarzen Flamme Vermächtnis” pradawne moce, uderzają w klimaty podobne do pierwszych wydawnictw takich grup jak chociażby Satyricon, gdzie spotykały się ze sobą sataniczna agresja i tradycyjne chwytliwości, a wszystko było okraszone tajemniczą i wpadającą niekiedy w epickość aurą. Tak też jest i u tej dwójki Szwajcarów, która z pieczołowitością komponuje swoje utwory, budując zmienne nastroje, wahające się między dzikimi uderzeniami chłodnych riffów i tremolo oraz nastrojowym i nierzadko pełnym dramaturgii kostkowaniem. To niby prosty black metal, ale pomimo niewielkiego skomplikowania, posiada w sobie wiele niuansów, które przy uważnym przesłuchaniu tego materiału z pewnością rzucą się wam w uszy. To surowe, ale gęste plecionki złożone z przenikających się riffów i tremolando, które nieustannie zmieniając formę, wciągają do swojego ponurego świata głębiej i głębiej. Płytę kończy, stojący w opozycji do wcześniejszych numerów „Ritval Pyre”, który zapierdala niczym blizzard, wykorzystując sporo punkowych wpływów i czystej wścieklizny w syntezatorowej otoczce. Dewastuje bezkompromisowo, stawiając tym samym kropkę nad i.

shub niggurath




poniedziałek, 26 stycznia 2026

A review of Harrowed „The Eternal Hunger”

 

Harrowed

“The Eternal Hunger”

Dying Victims Prod. 2026

 


Harrowed come from Stockholm and they play death metal. Old school death metal. However, anyone who assumes that this is just another derivative of Entombed or Dismember is mistaken. Mainly because Tobias and Adam have mixed the essence of this genre with punk influences. And they have done so in proportions that clearly highlight the presence of both genres. So, yes, typical Swedish melodies are definitely present here. Just listen to the rocking riff in “The Cold of a Thousand Snows,” which really has a taste of Andersson's band. There is also a lot of typical d-beat here, which, although of punk origin, has also proven itself perfectly in death metal, mainly that from the north of the continent. There are also many melodies here that can be considered cheerful at times, or at least very lively. However, they are dressed in a heavy sound, thanks to which their “danceability” has gained the appropriate power. Apart from these two most important ingredients, Harrowed have thrown in a few riffs here and there that have a different origin. For example, in “Ultra Terrene Phantasmagoria” or “Formaldehyde Dreaming” there are almost stoner-like melodies. The musicians usually maintain a moderate tempo, without pushing the pedal to the metal, placing greater emphasis on the aforementioned groove and good melody. And sometimes the guys can also come up with an awesome solo. There is nothing forced on this album. Everything here blends together perfectly, creating a mixture that makes you want to open another bottle of amber nectar and raise it high in the air. The undeniable advantage of these recordings is their natural flow, thanks to which, even if the music is not particularly groundbreaking, you can listen to these tracks practically in one breath. Or maybe with a break to bang your head, because at times it's hard to stand still. Take “The Reins” as an example, with its great riff and sudden acceleration in the middle section. The whole thing lasts thirty-six minutes, and I guarantee you that if you play “The Eternal Hunger,” it won't be wasted thirty-six minutes of your life. A very cool album.

- jesusatan




Recenzja Backengrillen „Backengrillen”

 

Backengrillen

„Backengrillen”

Svart Records (2026)

 


Kolaboracje muzyków jazzowych z zespołami rockowymi nie są czymś nowym. Z niedawnych przykładów można przytoczyć współpracę Petera Brotzmanna z Oxbow czy Jamesa Brandona Lewisa z The Messthetics. Backengrillen to nowy projekt ikony współczesnego free jazzu Matsa Gustafssona z muzykami szwedzkiego Refused, twórcami pomnikowego „A Shape Of Punk To Come”, którzy właśnie wypuścili debiutancki materiał na rynek. To nie pierwsza współpraca Szweda z muzykami z kręgu grania bardziej hałaśliwego, by nadmienić tu choćby projekty dzielone z włoskim Zu, Thustonem Moorem, Merzbow, Balazsem Pandim, Jimem O’Rourkiem, Stephanem O’Malleyem czy Orenem Ambarchim. Backengrillen na tym tle wydaje się by tworem wyjątkowym, bo choć Gustafsson mocno naznacza tu swój styl, to w kierunku muzyki Refused ukłonów wydaje się być dużo mniej. Typowego punkowego szaleństwa na pograniczu mathcore’a tutaj praktycznie nie ma. Ba! Nawet typowego hc/punka jest tutaj mało. Jest za to punkowy, organiczny brud, niekłamane pokłady muzycznej autentyczności i świeżość, której często brakowało wydawnictwom Gustafssona w ostatnim dziesięcioleciu. „Backengrillen” zaskakuje surowością, repetytywnością i oszczędnością, ale jakże odmienną od tego co Szwed robił np. w Fire! Czy Fire! Orchestra. Pierwsze skojarzenia po przesłuchaniu debiutu Backengrilen wędrują w kierunku takich formacji jak Fall of Because, Godflesh czy GOD. To jest ten rodzaj pulsacji, kroczącego metrum, pewnej protoindustrialnej mechanizacji, która zachwycała przed 35 laty. Różnica polega na tym, że ten industrialny sznyt, ten metaliczny ciężar został z tych nagrań zdjęty. Backengrillen chwyta przestrzeń taplając się jednocześnie w punkowych szczynach i pierwotnym, prymitywnym syfie. Pomimo oszczędności i muzycznego ascetyzmu słychać, że nie ma tu mowy o amatorszczyźnie czy spontanicznym wybryku. Choć sam projekt opierał się na prostym koncepcie dekonstrukcyjnym, na repetycji doprowadzonej do granic sensu, to tego sensu tej muzyce nie brakuje. Ba! Powiedziałbym nawet, że umiar to słowo klucz w przypadku tego wydawnictwa i to stanowi jego największa siłę, będąc tym, czego trochę brakowało kilku ostatnim, ważniejszym wydawnictwom skandynawskiego saksofonisty. Pośród prostych, noiserockowych i punkowych akordów znalazło się mnóstwo miejsca na piękne partie fletu, saksofonowe pochody jak i mamucie, synkopowane dęte riffy Gustafssona napędzające jakże precyzyjne i przemyślane frazy pozostałych trzech członków kolektywu. Bez większego problemu można delektować się tłustymi partiami basu i masywnej perkusji. Brak gitar doskonale stwarza przestrzeń muzykom do wykreowania świata opuszczonego i opustoszałego, przez który, w towarzystwie frapujących dźwięków przedzieramy się przez blisko 50 minut i z każdym kolejnym odsłuchem chcemy   wsiąkać w ten świat jeszcze bardziej. Materiał zaskakuje różnorodnością, bo obok stricte punkowego „Repeater” mamy transowy „A Hate Inferior” czy złowieszczo malowniczy „Backengrillen #1”. Ja osobiście cieszę się, że mam tą przyjemność posiadać nośnik od ponad miesiąca i regularnie delektować się tym wydawnictwem, bo nie mam wątpliwości, że jest to dla mnie murowany faworyt do końcoworocznych list. Absolutnie wspaniały album, błyskotliwy, bazujący na dotychczasowych doświadczeniach muzyków, a jednak przynoszący świeże spojrzenie, jakość i treść. Posiadana przeze mnie wersja CD jest wydana w formie czteropanelowego digipacka i oczojebny pomarańcz podkreślający zdobiącą całość grafikę doskonale oddają nastrój emanujący z dźwięków tu zarejestrowanych. Jeśli ktoś jest otwarty na jazz, na ciekawą i dobrze napisaną muzykę to ten album jest pozycją obowiązkową. Przegniłe fundamenty zamczyska, renta królowej i pół księżniczni dla tych Panów! A ja po prostu dziękuję za tak wspaniały materiał.

                                                                                                                               Harlequin


https://backengrillen.bandcamp.com/album/backengrillen-2

niedziela, 25 stycznia 2026

Recenzja Lone Wanderer „Exaquiae”

 

Lone Wanderer

„Exaquiae”

High Roller Rec. 2026

Coś tak się jakoś stęskniłem za gatunkiem zwanym funeral doom. Nie wiem, czy tak zadziałała aura za oknem, czy może w nieco bardziej depresyjny nastrój wprowadziła mnie demówka Citrinitas, choć w sumie obok funeral doom to ona nawet nie leżała. No mniejsza o powody, efekt był taki, że sięgnąłem sobie po nowy album niemieckiego Lone Wanderer, bo akurat był pod ręką. Zespół istnieje już ponad dziesięć lat, a „Exaquiae” jest ich trzecim dużym wydawnictwem. Dużym… Raczej powinienem powiedzieć „długim”, bo pięć zawartych na tym krążku kompozycji trwa razem siedemdziesiąt trzy minuty. Na początek mamy dwudziestoczterominutowca „To Rest Eternally”, który w zasadzie jest podsumowaniem gatunku. Bo i tytuł niezwykle adekwatny, i wszelkie użyte podczas tej małej podróży środki. Powolne tempa, ciągnące się masywne akordy, przytłaczający ciężar, akustyczne przystanki i grobowy growl. A wszystko to zatopione w posępnych dźwiękach, niosących nas niczym ciało nieboszczyka w trumnie, ku ostatecznemu pożegnaniu. Ten numer, zresztą jak i cała płyta, nie ma w sobie kszty innowacji czy oryginalności. Posiada natomiast zasadniczy walor, jakim jest jakość. Obawiałem się, że ostatecznie „Exaquiae” mnie zmęczy, że będę miał go dość już po czterdziestu minutach (jak to często z płytami z tego gatunku u mnie bywa), ale nie! Trzeba przyznać, że Niemcy doskonale potrafią budować  ową pogrzebową atmosferę tak, by nie popaść w banał, nie zeżreć własnego ogona i nie wywoływać niepowstrzymanego ziewania. Ten album ma swój klimat, jest bardzo dokładnie wyważony i przemyślany. I nawet jeśli oparty został na sprawdzonych recepturach, to nadal jest tak samo gorzki jak klasyczne wywary Thergothon czy Mournful Congregation, bo z tymi dwoma zespołami Lone Wanderer chyba kojarzy mi się najbardziej. Co by zatem nie przedłużać. Funeral doom jaki jest każdy wie. Jeśli macie ochotę na dawkę pesymistycznego ciężaru w tempie ślimaczym, to sięgajcie po nowy Lone Wanderer bez wahania. W swoim gatunku jest to bowiem album zdecydowanie wart polecenia.

- jesusatan




Recenzja Banisher „Metamorphosis”

 

Banisher

„Metamorphosis”

Selfmadegod Records 2026

Trzydziestego stycznia ukaże się piąta płyta tej rzeszowskiej grupy, która już od ponad dwudziestu lat buja się po polskiej scenie technicznego i progresywnego death metalu. Metalu, który obok wirtuozerskich popisów oraz niebanalnych rozwiązań aranżacyjnych, posiada ten core’owy groove, co zawsze kojarzyło mi się z takim Soulfly, tyle że na sterydach, a takie rytmy rodem z brazylijskiej dżungli nigdy mi nie leżały. Cóż, pomijając uprzedzenia, należy stwierdzić, że Banisher po raz kolejny nagrał album, który jest naszpikowany różnymi formami kostkowania, zmianami tempa i rytmiki, awangardowymi wtrętami i połączeniami ich z brutalnością metalu śmierci. Technika techniką, modernistyczne udziwnienia i nietuzinkowe pomysły doskonale urozmaicają oraz podkręcają dynamikę i klimat, ale pierdolnięcie ta muzyka ma. Ma też „coś” jeszcze, bo te wszystkie, nietuzinkowe riffy sprawiają, że to „coś” żyje na „Metamorphosis”. Dla mnie twórczość Banisher i grup bliźniaczych nigdy do mnie nie przemawiała i przemawiać nie będzie, ale co nieco zrozumiałem, gdy z notki dołączonej do tego materiału dowiedziałem się, że przy jego komponowaniu wykorzystano sześć strojów gitar, a jedna z nich brzmi jak skrzypce. To rozjaśniło mi nieco w głowie i wgryzłem się dzięki temu bardziej w ten krążek, skupiając się na barwie wioseł i to właśnie ten element robi tutaj robotę. W zestawieniu z galopującą perkusją, solidnym basem i nieco wkurwiającymi wokalami, dźwięczy to fantastycznie, ale czy jest mi to do czegoś potrzebne? Mi słoń kiedyś nadepnął na ucho i jestem w stanie znieść tylko te toporne produkcje, a „Metamorphosis” do nich nie pasuje. Wydawnictwo skierowane do fanów tego specyficznego, festiwalowego ujęcia death metalu, który oprócz agresywności oferuje również mnóstwo wrażeń estetycznych i głównie im je polecam.

shub niggurath




sobota, 24 stycznia 2026

Recenzja Ellende „Zerfall”

 

Ellende

„Zerfall”

AOP Rec. 2026

Tak szczerze, to nie przepadam za post black metalem. Albo może inaczej – nie jest to mój ulubiony odłam gatunku. Raczej ten najmniej. Bo, pomijając już całą tą filozofię, czym ów „post” jest, i czy w ogóle jest to black metal, dziewięćdziesiąt pięć procent zespołów szukających nowych ścieżek muzycznych podpinających się pod łatkę „black” zdaje mi się robić to na siłę, tudzież pod publiczkę, w nadziei, że trafią może na podatny grunt. Niczym kiedyś francuski Elend (jakoś tak przypadkowo akurat podobna nazwa), który tak udanie podbił serca szukających nowych wrażeń „metalowców”, że po kilku latach biły się o niego największe wytwórnie. No dobra, ale miałem wam streścić Ellende, a schodzę z tematu. No to streszczam, choć album trwa niemal okrągłą godzinę, więc teoretycznie pełen powinien być smaczków, klimatów i wszelakich inspiracji przeróżnych. Chuja prawda! Ellende w zasadzie kręci się wokół pewnego schematu, na zasadzie black metal (nudny, że rzygać się chce) – zwolnienie – motyw akustyczny – szybciej i znów nijako, na riffie który ma sto tysięcy lat – akordeon czy inne pianinko – jęki stęki i klimacik – powtórz, i od nowa. No jakoś tak w ten deseń. „Zerfall” jest już szóstym albumem tego jednoosobowego projektu z Austriii, ale powiem szczerze, nie czuję najmniejszej potrzeby sprawdzania wcześniejszych dokonań tego pana. Najwyraźniej jest to kolejny umuzykalniony, jak mu się zdaje, me(ga)loman, uważający się za mesjasza naszych czasów. A po prawdzie, kompozycje na tym krążku są tak wtórne, tak banalne, że i paczka Aviomarinu nie pomoże powstrzymać posiłku przed nawrotem z tourne po układzie pokarmowym. Banalne są tu wokale, i to te skrzeczane, i te „mrocznie” śpiewane czy deklamowane, banalne (w chuj banalne!) linie gitarowe, natrętne akustyczne przeszkadzajki i innego rodzaju wepchnięte bez ładu i składu dodatki. Serio, facet myśli, że jak zestawi motyw na pianinku z szybkim tremolo kategorii C, pierdolnie motyw na skrzypkach i pośpiewa do tego w swoim narodowym, to jest taki zajebisty? Ten album jest najlepszym przykładem na to, jak się rzekomego „post metalu” nie gra, i jeśli ktoś mi kiedyś jeszcze powie, że jestem taki „och, ach, ortodoks na siłę”, to mu wepchnę ten album do gardła i każę przeżuwać przez pięćdziesiąt osiem minut z haczykiem. No gówno to jest, rzadkie niesłychanie. Nie słuchajcie tego nawet, bo mi was będzie żal.  Idę w chuj, bo mi się nie chce o tym dłużej pisać. Nara.

- jesusatan