Leng Tch'e
„Hammered into Collapse”
Season
of Mist 2026
No proszę, ale niespodzianka. Kto to nagle po niemal
dziesięciu latach niebytu wychyla łeb? Założę się, że niektórzy zdążyli już
zapomnieć o belgijskich grindcore’owcach. Będą zatem mieli okazję sobie
przypomnieć, bo chłopaki właśnie serwują nowe nagrania. Na razie tylko dwa,
zamykające się w pięciu minutach, ale raczej nie trzeba być Sherlockiem, by
domyślać się, iż zwiastują one coś większego, co nadejdzie za chwil parę. Te
pięć minut to klasyka. Napierdol pierwszej maści, z chwytliwymi riffami w
tempie średnim, blastami siekającymi mózgownicę na to, co możemy znaleźć na
tackach w lidlowej lodówce, tudzież totalnym zaciąganiem lejców do tempa, gdzie
silnik rzęzi, bo chce do przodu, ale wciśnięty pedał hamulca mu nie pozwala. Na
szczęście za chwilę kierowcy zwalniają lewą stopę i jedziemy przed siebie na
złamania karku. W tempie słusznym, z okołogatunkowymi ozdobnikami pod tytułem
hard core, tasując riffami na wszelkie sposoby, tylko po to, byśmy czuli się
jak wrzucona do pralki piłeczka tenisowa. „Hammered into Collapse” to prawdziwa
betoniarka, w której mieli się wszystko co najlepsze w tym odłamie muzycznym.
Można sobie przy tym poskakać, można pozapierdalać w młynie (a jak się nie jest
na koncercie, to i duży pokój styknie), można postroić głupie miny, ale przede
wszystkim można poczuć tą moc! Bo pierdolnięcie ta EP-ka ma nieprzeciętne. I to
wcale nie dlatego, albo nie tylko wtedy, żgdy szatkuje jak wczesny Napalm Death
czy Insect Warfare. To muza zagrana z głową, niemonotonna, zawierająca ładunek
energii zdolny do zasilenia przynajmniej średniej wioski. Zajebiście wiedzieć,
że Leng Tch’e montują coś nowego (choć podkreślam, to nadal tylko moje domysły).
Chętnie posłucham kolejnej płyty, której już nie mogę się doczekać. Forma jest,
chłopaki najwyraźniej są podkurwieni, nic tylko oczekiwać czegoś więcej niż pięć
minut. Dawać mnie tu pełną płytę, migusiem!
-
jesusatan






