niedziela, 12 kwietnia 2026

Recenzja Capa Preta “Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos”

 

Capa Preta

“Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos”

Black Flame Rebellion / Black Death Prod. 2026

Coś mam chyba zły tydzień. Przed chwilą polemizowałem z innym wydawcą na temat zawartości jednej z wypuszczanych przez niego pozycji, a dziś licytowałem się na argumenty z Krzysztofem z Black Flame Rebellion. Nie wiem, może ja słyszę „inaczej”, ale pewnych sloganów reklamowych po prostu nie ogarniam. Debiut Capa Preta, zespołu, w którego skład wchodzą starzy wyjadacze, ale nie będę tu żadnych nazw przytaczał, bo w odniesieniu do tejże płyty i tak nie są relatywne, reklamowany był jako „Sarcofago worshippers”. Panie! Po czymś takim spodziewałem się prostego jak równik  black / thrash / death metalu, z surowym brzmieniem i totalnym południowoamerykańskim wkurwem. Co dostałem? Kupę… zajebistego, skandynawskiego black metalu! Zresztą już pierwsze sekundy, i to buzujące w tle portugalskich deklamacji tremolo, wspomaganych meczeniem kóz, wyjaśniło sprawę. Bo nie ma na tej płycie o przydługawym tytule niczego, co by mi się kojarzyło z Bello Horizonte, czy nawet okolicami. Jest za to w chuj Szwecji, takiej Nifelheimowej, z wcześniejszego okresu, momentami nawet podchodzącej lekko pod Dissection, oraz sporo kombinowania. Nie pod tytułem „łamiemy riffy i zmieniamy się jak kalejdoskop”, ale raczej przemieszczania się między melodiami trochę na haju. Czerpania głównie ze spuścizny black, a nawet i death metalu, z lekkim odjazdem od sztywnych ram obu gatunków. Trochę może w tym momencie być pomocna nazwa Alchemyst, ale także Lantern czy nawet Negative Plane. Ten ostatni głównie we fragmentach wyraźnie czerpanych z pierwszej fali, tudzież z protoplastów blacmetalu. Oczywiście inspiracje te nie są podstawione słuchaczowi bezpośrednio pod nos, tylko zostały bardzo sprytnie wplecione w całokształt siedmiu kompozycji. Jednak uważne ucho skauta wychwyci to, co autorom w sercu grało. Prawdą niezaprzeczalną jest, że materiałowi temu towarzyszy owa pierwotna wściekłość, jadowitość i zadziorność, którą, gdyby tylko muzycy byli nieco młodsi, można by przypisać młodzieńczemu buntowi. Bo momentów odpoczynku w trakcie tych trzydziestu pięciu minut raczej nie uświadczycie. Mnóstwo tu za to chwytliwych melodii, budowanych głównie przez klasyczne tremolo, a podsycanych ostrym jak brzytwa blacmetalowym krzykiem (we wspomnianym wcześniej języku, co na pewno dodaje całości odrobiny odmienności). Zatem… z początkowego, ale jedynie chwilowego rozczarowania, że zamówione danie nie jest tym, co przedstawiał obrazek w menu restauracji Czarny Płomień / Czarna Śmierć, „Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos” okazał się albumem wyjątkowo dobrym. Z każdym kęsem smakującym coraz bardziej, aż by się poprosiło o dokładkę. Zwłaszcza skoro ostatni gryz to tak wariackie wokale, że się człowiek zakrztusić może z zachłanności. Mój brzuszek na takie potrawy mówi zdecydowane tak!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz