wtorek, 23 czerwca 2026

Recenzja Rimruna “Wenn Droben Nachts der Frostmond Thront”

 

Rimruna

“Wenn Droben Nachts der Frostmond Thront”

Schattenkult Prod. / Kombinat Schwarz Metall / Blutmondsphaeren  2026

Z niemieckim Rimruna po raz pierwszy spotkałem się kilka lat temu, przy okazji ich występu na którymś z przystanków cyklu The Last Words of Death. Pamiętam, że w pierwszej chwili kupili mnie przede wszystkim umiejętnością odegrania swoich kompozycji na żywo wyłącznie w dwójkę. Samą muzykę poznałem dogłębniej chwilę później. Dziś, rzeczony duet powraca z płytą numer trzy, na którą, jeśli nie liczyć pojawiających się w międzyczasie splitów, czekać trzeba było niemal dekadę. „Gdy na nocnym niebie króluje mroźny księżyc” to w prostej linii kontynuacja stylu zapoczątkowanego na „Frostbann”, i sukcesywnie udoskonalanego na kolejnych wydawnictwach, a będącego bezpośrednią spuścizną po nordyckiej drugiej fali. Oczywiście, teksty śpiewane przez Wintergrimm’a w języku narodowym dodają tutaj owego niemieckiego pierwiastka w stopniu znacznym, jednak treść instrumentalna bazuje głównie na wspomnianych, północnych inspiracjach. I to bardzo przekrojowo, bo da się tutaj wyczuć wątki norweskie, jak i szwedzkie czy fińskie. Nie będę jednak przy tej okazji rzucał żadnymi nazwami, bo Rimruna tak sprawnie tworzą mieszankę melodyjnych harmonii z ostrymi, lodowatymi zagraniami, tak umiejętnie tonują napięcie za pomocą nastrojowych riffów wikińskich (no dobra, tutaj muszę przytoczyć Bathory, czy Hades), że ciężko zarzucić im kopiowanie kogokolwiek. Bo kompozycje berlińczyków, a są one tradycyjnie długie, ponad dziesięciominutowe, zawierają wszystko to, co atmosferyczny, ale wyważenie surowy zarazem, black metal posiadać powinien. A już przede wszystkim klimat tego krążka jest niebywale wciągający. To muzyczna opowieść, której słucha się z zapartym tchem. Na tyle ciekawa i wielobarwna, że chętnie się do niej wraca, by raz jeszcze sprawdzić, czy czasem czegoś nie przeoczyliśmy po drodze. Dodatkowym atutem tych nagrań jest klasyczne brzmienie z lat dziewięćdziesiątych. Niby wszystko jest tutaj w stu procentach selektywne (dzięki czemu żaden detal nie ucieka), ale nadal na wskroś analogowe, nagrane „jak za starych dobrych czasów”. Album trwa niemal godzinę, ale, wierzcie mi, kiedy się kończy, wcale nie oddychamy z ulgą, tylko mamy ochotę na kolejną rundkę. Tym bardziej, że z każdym odsłucham, kiedy oswajamy się z tymi nagraniami, chce się ich coraz mocniej, i coraz intensywniej się je przeżywa. Jeśli nazwa Rimruna nic wam nie mówi, to sprawdźcie ich koniecznie, bo mam wrażenie, że jest to zespół niemal karygodnie niedoceniany, zasługujący na zdecydowanie szerszą atencję. „Wenn Droben Nachts der Frostmond Thrond” ma moją zdecydowaną rekomendacje.

- jesusatan




Recenzja Nargaroth „Apocalyptic Steal”

 

Nargaroth

„Apocalyptic Steal”

Season of Mist: Underground Activists 2026

 


Nargaroth ma już długą historię, ale kilka ładnych lat milczał. Jego ostatni album ukazał się w 2017 roku i od tamtego czasu nic nowego nie nagrał. Pojawienie się „Apocalyptic Steal” nie oznacza taż, że to świeży materiał, bo pierwotnie został on zarejestrowany w 2014 roku podczas jednej z kalifornijskich sesji. Pozostał jednak odłożony na półkę, aby ustąpić pierwszeństwa swemu poprzednikowi, a mianowicie „Era of Threnody”. Teraz przyszedł czas na ten mateks, bo pewnie weny brak, a coś wydać po dziewięciu latach niebytu trzeba. Chuj z pobudkami, ponieważ „Apocalyptic Steal” to całkiem niezły krążek, który w pełni nawiązuje do ujęcia black metalu z końca dwudziestego wieku. To ta dziksza forma tego gatunku z tamtych czasów, zresztą ten Niemiec gra diabelszczyznę w ten sposób nie od dziś. Te stare i zarazem nowe piosenki nie przeterminowały się i dają radę. Jadowite riffy, szalone solówki i szorstkie wokale tną jak żyletki oraz chłodzą powietrze jak przystało na black metal w stylu Gorgoroth czy Carpathian Forest. Zapodają chłostę i jednocześnie zarażają ponuractwem, za pomocą ostrych tremolando, które pomieszane są tutaj z wojowniczo nastawionymi akordami. Sączy się z tego wszystkiego czarna trucizna i bluźnierstwo, które atakują bez pardonu i wżerają się w zakamarki mózgu, pozostając tam na bardzo długo. Ash poczyna sobie tutaj zuchwale, katując zajadłym kostkowaniem, lecz i pobujać d-beatami również potrafi. Umie także pójść w innym kierunku i zmienić klimat na gotycki jak w kawałku „Dresden”, śpiewając nostalgicznie, czystym głosem, o zatraconych duszach tytułowego miasta. Klasyczna płyta. W duchu drugiej połowy ostatniego dziesięciolecia poprzedniego wieku. Trochę na poważnie, odrobinę nostalgicznie i zarazem zawadiacko, co nie zawsze słychać w muzyce, ale wystarczy zapoznać się z tekstami jak chociażby do „I Drink Alone” czy „Metalheart”.

shub niggurath




Recenzja Deathstorm „The Highest Predator”

 

 Deathstorm

„The Highest Predator”

Animate Rec. 2026

Deathstorm gościł już w tym roku na stronach Apocalyptic Rites. Z tym, że ten austriacki. To teraz czas na polski. Zespół kojarzę bardziej z niezłej okładki poprzedniego wydawnictwa, pod banderą Putrid Cult, niż samej muzyki, i tylko teraz nie pamiętam, czy mi się średnio podobała, czy po prostu zapomniałem owego albumu posłuchać. No dobra, ale uzupełniając myśl, chłopaki na koncie mają demo, dwa pełniaki, i wydaną dosłownie kilka dni temu, tym razem dla niemieckiego labelu, czterootworową EP-kę, którą to właśnie mielę na zapętleniu. Krótki to materiał, ale treściwy. I fantastycznie się rozpoczyna, bo z ostrego kopnięcia, momentalnie kojarzącego mi się ze szwedzkim Mylingar (choć to chyba bardziej przez manierę wokalną i intensywność niż sam sposób kostkowania). Idąc jednak dalej, wcale nie ma lekko. Po pierwszym, zagranym na pełnych obrotach „We Won’t See It Coming”, chłopaki nieco zwalniają w „The Golden Calf”, by zahaczyć stylistycznie o bliższe nam czasowo wzorce pokroju Dead Congregation, Morbid Angel czy Antiversum. Choć w sumie doszukiwanie się tak odległych od siebie inspiracji to trochę dzielenie włosa na czworo. Grunt, że jest tutaj i odpowiednia melodia, jest trochę rytualnego posmaku, ale i sporo wściekłości. „Total Eclipse” i numer tytułowy, to znów mocniejsze wciśnięcie pedału gazu, z gęstym riffowaniem, fantastyczną pracą perkusji i wokalami, niby mieszczącymi się w klasycznych ramach, ale tak przepełnionymi robactwem, że można dostać mdłości. Jak tak sobie słucham tych czterech numerów, to w zasadzie zastanawiam się, do czego mógłbym się ewentualnie przyczepić, ale… nic takiego nie znajduję. To naprawdę dobre, zróżnicowane aranżacje, przemyślane, nieschematyczne, i ubrane w fantastyczne brzmienie. Gdybym miał podsumować w jednym zdaniu, powiedziałbym „Posłuchajcie tego mini, bo nawet jeśli nie zawiera kompletnie niczego, czego byście dotychczas nie znali, to i tak skopie wam dupsko i bezlitośnie ukręci łeb”. Kto lubi death metal w wersji klasycznej, bez zbędnych udziwnień, będzie wiedział co robić. No i chyba tyle w temacie.

- jesusatan




Recenzja Saasta „Cesspool”

 

Saasta

„Cesspool”

Inverse Records 2026

Saasta muzykuje sobie od niedawna, bo od uformowania się składu minęło zaledwie sześć lat. Niemniej jednak panowie mają już na koncie debiutancką płytę, która gdzieś tam zniknęła w odmętach metalowego oceanu, ale Finowie są jak tsunami i wracają z drugim, pełnym materiałem. Ukazał się on ósmego maja z małym poślizgiem trafiając do mojej skrzynki, no i jest. Krążek zawiera dwanaście numerów muzyki, którą określić można jako black-death metal, bo na „Cesspool” jest ciężko i zarazem diabelsko. Początkowo dziwnie mi się tego słuchało, ponieważ kompozycje Saasta częściowo przypominały mi Khold, a to za sprawą charakterystycznie poprowadzonych riffów oraz wysuniętego do przodu, dźwięcznego basu. Do złudzenia chwile te przypominają twórczość Norwegów, zwłaszcza z początkowego okresu, tyle że jest ona w tym przypadku mocno zagęszczona. Do tych rytmicznych akordów Finowie dokładają sporo ciężkiego kostkowania, które kreuje duszną i posępną atmosferę. To połączenie śmierć metalowego mielenia w średnim tempie z doomowym gnieceniem, które zsyła całe pokłady zgnilizny i mroku, a ich nieprzyjazna melodyka oraz dość upiorne, gitarowe zawijasy, do cna podszyte są okultyzmem. Saasta ubrała całość w surowe i zwarte brzmienie, które potrafi zmęczyć, ale nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo, a podobno „metal to nie rurki z kremem” więc nie ma co marudzić. Black-death metal w wykonaniu tego kwartetu to szorstka i niekiedy uwierająca muza, która intensywnie oddziałuje na zmysły, niepokojąc swym satanicznym usposobieniem. Uderza z siłą i rujnuje spokój, który po przesłuchaniu tego albumu nie wraca zbyt szybko. Dynamiczna, choć bardzo ciężka i chwilami mozolna płyta, która niewątpliwie odznacza się, jak przystało na ten typ rzępolenia, odstręczającymi cechami. Tak. Ma być chropowato, brzydko i boleśnie. Bardzo dobry, gęsty i lepki materiał.

shub niggurath




niedziela, 21 czerwca 2026

Recenzja Savage „Septic Tomb”

 

Savage

„Septic Tomb”

Dawnbreed Rec. / Necrolatry Rec. 2026

Taką Szwecję kocham bezgranicznie! Jeśli sobie przypominacie, to debiutanckie demo holenderskiego Savage rozpirzyło mnie w drobny mak. OK., może trochę przez element zaskoczenia, bo nie spodziewałem się po nieznanej nazwie aż takiego ciosu. Dlatego też po „Septic Tomb” sięgałem będąc już w pełni świadom na ciele i umyśle. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że kiedy wspomniany element zaskoczenia zniknie, muzyka nie będzie już miała takiego kopa jak „z partyzanta”.  A tu, chuja! Po raz kolejny leżę na glebie rozłożony na łopatki. Nie, no trochę kłamię, bo w rzeczywistości pląsam po pokoju, wymachując zaciśniętą pięścią, i robiąc z siebie debila. Całe szczęście, że nikt nie patrzy. Co ja mogę napisać nowego o szwedzkim death metalu? Przecież w tym temacie powiedziano już wszystko, i co najwyżej można powtarzać w kółko stare, wyświechtane frazy. No to będę, bo skoro Savage potrafią w tym temacie odgrzewać kotleta tak smakowitego, to ja go opierdolę nawet jeśli kilkudniowy. Chłopaki nie dbają o oryginalność. Kurwa, o czym ja mówię, popatrzcie tylko na tą totalnie minimalistyczną okładkę. Chwilami wręcz kopiują znane patenty (posłuchajcie sobie choćby kilku pierwszych sekund „Revulsion” – skojarzenia oczywiste), ale robią to z taką pasją i polotem, że mi ów brak innowacji kompletnie nie przeszkadza. Na tej EP-ce jest wszystko, z czego Szwecja słynie. Zapiaszczone gitary, charakterystyczne melodie, ten groove (w tym przypadku idealnie wyważony, i nie przesadzony, jak choćby w przypadku Feral), klasyczne solówki, rytmy o punkowym rodowodzie, oraz staroszkolny, pozbawiony jakichś bezsensownych udziwnień wokal. Bez wycieczek w blasty, w tempie średnim, z tymi, jakże dociążającymi, zwolnieniami. Może i trochę schematycznie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Największą zaleta tego materiału jest to, iż jest on kurewsko równy. Tutaj żaden kawałek nie odstaje od reszty, dzięki czemu banan nie znika w twarzy przez całe dwadzieścia cztery minuty. Nie będę zatem polecał „Septic Tomb”, bo jak ktoś przeczytał co napisałem, sam będzie wiedział, co z tym fantem zrobić. Savage to jeden z najbardziej uzdolnionych zespołów młodego pokolenia w teoretycznie wyeksploatowanym do granic możliwości odłamie śmierć metalu. Takie jest moje zdanie.

- jesusatan




Recenzja Coprolith „Putrescence”

 

Coprolith

„Putrescence”

Me Saco Un Ojo/Rotted Life (2026)

 


Francuska Kanada i death metal. Już to powinno być wystarczającą rekomendacją, żeby sięgnąć po debiut pochodzącego z Toronto Coprolith. Zdziwi się jednak ten, kto będzie tu szukał klasycznego, technicznego, intensywnego metalu śmierci, z którym ta scena jest przeważnie kojarzona. „Putrescence” to death metal skrojony idealnie pod panujące trendy, balansujący gdzieś na pograniczu z doom metalem. Można w ciemno mówić „ale przecież takiego granie teraz pełno na rynku” i nie będzie to w żadnym wypadku nadużyciem, ale niewiele jest wydawnictw prezentujących taką jakość jak Kanadyjczycy. Ci kolesie przez 35 minut gniotą zwoje słuchacza nie oglądając się na nikogo, ich death/doom jest tłusty, potężny, masywny, niosący za sobą piwniczny fetor, którego wielu wydawnictwom teraz brakuje. Premierowy pełniak Coprolith jest jak owoc romansu Mortiferum i Fetid, przemycający wyrafinowanie pierwszych i bezpośredniość drugich. To jest właśnie ta estetyka, ta konwencja, te wibracje. Oryginalnością może ci goście nie grzeszą, ale każdorazowe dalekie „Putrescence” kończyło się pełnym okrążeniem i oblizywaniem uszu. Nie jest to granie tak europejskie (a w zasadzie fińskie) jak to ma miejsce w Mortiferum, nie jest też tak neandertalskie jak to co przed laty oferował Fetid, ale wszystkie te nazwy łączy wspólny mianownik w postaci potężnego brzmienia i zatęchłego, namacalnie odrażającego klimatu. Wykonawczo i realizatorsko tutaj nie ma się do czego przyczepić, a jakość samej muzyki jest bardzo wysoka. Owszem, ta płyta niczego nie zmieni i niczego świeżego nie wnosi do obecnie istniejącej sceny, ale wszystkie nuty na „Putrescence” nakazują twierdzić, że Coprolith to nowa siła, z którą już bardzo niedługo trzeba będzie się liczyć. Jest to album, który powinien spodobać się nawet tym, którzy już trochę kręcą nosem na propozycje wydawnicze w tej niszy w ostatnim czasie. Ja jestem bardzo zadowolony.

                                                                                                        Harlequin




Recenzja One Must Forget “Pillars of Shame”

 

One Must Forget

“Pillars of Shame”

ant-zen 2026

To, że muzyk przez dłuższy czas milczy, nie znaczy, że nic nie robi. Neithan, człowiek orkiestra, odpowiedzialny między innymi za takie twory jak Whalesong, Nothing Has Changed, Useless, czy ostatnio przedstawiany tu przeze mnie Lifeless Gaze, nie raczył nas swoimi projektami przez dobrych kilka lat. Najwyraźniej się przebudził, bo po wspomnianym „Death” serwuje kolejny, debiutancki album nowego projektu o nazwie One Must Forget. A w zanadrzu ma jeszcze kilka innych, ale to temat mniej lub bardziej odległy. „Pillars of Shame” to po raz kolejny muzyka do… słuchania na leżąco. Jakkolwiek zabawnie by to nie zabrzmiało, takie są fakty. Kiedy po raz pierwszy podchodziłem do „Pillars of Shame”, wykonując w międzyczasie inne obowiązki, materiał ten przeleciał mi przez uszy w zasadzie niezauważony. Zapomniałem najwyraźniej o charakterystycznym stylu autora. Dopiero kiedy wrzuciłem te nagrania na słuchawki, kładąc się wieczorową porą do łóżka, dotarły one do mnie z pełną mocą. W czym szkopuł? W tym, że nie jest to, po raz kolejny, muzyka łatwa. One Must Forget to industrial / noise. W zasadzie prosty i oparty na staroszkolnych wzorcach, bo specjalnych fajerwerków, czy awangardy tutaj nie uświadczymy. To dwanaście kompozycji, trwających łącznie ponad pięćdziesiąt minut, budowanych za pomocą hipnotyzujących zapętleń, przenikających się elektronicznych dźwięków i sampli. Wokalu sensu stricte tu nie uświadczymy. Sama muzyka jest za to niesamowicie zasysająca. Na tyle, że te pięćdziesiąt minut mija zanim zdążymy złapać trzeci oddech. Wciąga to i pozbawia poczucia czasu niczym wahadełko hipnotyzera, co zresztą znajduje swoje odbicie w powtarzającym się, często pulsującym rytmie kolejnych utworów. Podobnie jak w przypadku Lifeless Gaze, akcja toczy się na tym krążku powoli. Różnica w klimacie jest jednak znaczną. Tutaj nie ma tego pierwiastka przerażenia, jest za to mechaniczny, cybernetyczny chłód. To coś w rodzaju podprogowego przekazu ze strony zbuntowanych maszyn, omamiające dźwięki mające prowadzić ludzkość na skraj upadki, coś jak futurystyczna wersja flecisty z Hameln. Przy okazji muzyka niesamowicie działająca na wyobraźnię i pobudzająca zmysły. Nie dla każdego, jednak ci, którzy lubią taki mroczny trip bez zażywania narkotyków, zdecydowanie powinni po ten album sięgnąć. Niezła schiza.

- jesusatan




Recenzja Temple ov Ahriman „Heretics of Consensual Reality”

 

Temple ov Ahriman

„Heretics of Consensual Reality”

Independent 2026

Za Temple ov Ahriman stoi Teksańczyk, niejaki Justin Mundell tutaj zwany Thornicator’em. Powołał on do życia ten projekt pięć lat temu i w końcu udało mu się zarejestrować debiutancką płytę, którą wydał własnym sumptem. Patrząc na zdjęcia, dołączone do tego materiału, spodziewałem się trochę czegoś innego, bo gość w kapturze, świece, kozie czaszki i figurka Bafometa wskazują raczej na coś rytualnego. No nie, ponieważ black metal w wykonaniu tego Amerykanina, to muzyka drugiej fali tego gatunku o norweskiej proweniencji z domieszką fińskiej melodyki i dużą ilością d-beatów. Jeżeli chodzi o norweskość, to chwilami ten materiał przypomina mi wczesny Satyricon, gdyż mocno buja w ichnim stylu, częstując ostrymi riffami, połączonymi z charakterystycznymi dla ekipy Satyra chwytliwościami. Gdy Thornicator zdecyduje się przejść w punkowe rytmy jest również całkiem dobrze, bo to zdecydowane akordy, które wraz z sekcją rytmiczną dają nieźle popalić. W bardziej melodyjnych i co za tym idzie nieco roztargnionych chwilach jest trochę gorzej, bowiem zmieniają one stanowczość „Heretics of Consensual Reality” w rozmytą, melancholijną rogaciznę, której nie cierpię. W black metalu od Temple ov Ahriman dostajemy także nawiązujących do wspomnianych fotek, okultystycznych motywów, które dość apetycznie gniotą i zsyłają odrobinę mistycznej atmosfery. Amerykanin nie stroni również od kilku modernistycznych zagrywek, wprowadzając od czasu do czasu, do swego klasycznego grania, ociupinkę nowoczesności w postaci połamanych i dysonansowych zabiegów, ale to tylko kilka punktów zwrotnych, które stanowią małe urozmaicenie tradycyjnego, dominującego na tym albumie podejścia. Na początku i niestety, dzięki dużemu zróżnicowaniu debiut Temple ov Ahriman jawi się jako zbiór posklejanych ze sobą, dobrze znanych elementów z kilku odmiennych ujęć diabelszczyzny. Jednakże z każdym, kolejnym odsłuchem efekt ten znika i muszę przyznać, że całościowo żre to diabelsko, zlewając się w poukładany produkt, o ostatecznie szorstkim usposobieniu. Popracowałbym nad wokalami, bo ich skrzekliwość, podobnie jak żeńskie śpiewy w pierwszym kawałku, nie do końca pasują do reszty. Udany debiut, choć nie pozbawiony zgrzytów.

shub niggurath




sobota, 20 czerwca 2026

Recenzja Eutanor „Automatokrata”

 

Eutanor

„Automatokrata”

Piekłoniebo 2026

Bardzo ucieszyłem się, kiedy w paczuszce znalazłem nowy krążek rodzimego Eutanor. Ich debiut niemiłosiernie bowiem przetrzepał mi swoje mózgowe, i był jednym z najciekawszych, i najbardziej oryginalnych materiałów jakie w tamtym czasie słyszałem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie kolejne trudne wyzwanie. Twórczość Atamana  i Eveq’a do łatwych bowiem nie należy. Prędzej można o niej powiedzieć, że komponowana jest tak, by maksymalnie utrudnić odbiór potencjalnemu słuchaczowi. Oczywiście się nie myliłem (geniusz, no, kurwa, geniusz!). Te trzy kwadranse to jest poplątanie z pomieszaniem, i to we wszystkich możliwych kierunkach. Już samo zdefiniowanie muzyki autorstwa Eutanor jest praktycznie nierealne. Ale i bezzasadne, bo co to za różnica jak ją nazwiemy. Rozbierając ją na części pierwsze znajdziemy w niej elementy metalowe (w szerokim tego słowa rozumieniu), djentowe, sludgeowe, jazzowe, ambientowe, filmowe, kurwa, chuj wie jakie jeszcze. Chyba ajłatwiej po prostu powiedzieć, że Eutanor grają muzę na wskroś popierdoloną i mocno eksperymentalną. Nawet ciężko wymieniać, co tu się dzieje. A to zapętli się w tle jakiś fragment i wyje niczym system alarmowy, a to wjedzie najczystsza improwizacja rodem z podziemnego jazzu, tu i tam śmigną sample z jakimś odliczaniem, przygniecie nas motyw stonerowy, wszystkie instrumenty zaczną nagle grać każdy sobie, tylko po to, by za kilka chwil dokładnie się zsynchronizować…. Tam jeszcze jakiś drum’n’bass… Jeden kawałek trwa niecałe dwie minuty, inny, kurwa, ponad dziesięć (i to praktycznie bez wokali)… Istny dom wariatów. Co prawda, w porównaniu z „Assembling Tomorror”, „Automatokrata” i tak zdaje mi się tworem bardziej „uczesanym”, poukładanym, ale do tradycyjnego schematu pisania utworów mu tyle, co stąd do Chicago. I z powrotem. Ale wciąga to cholerstwo niesamowicie. Podobnie jak w przypadku debiutu, zacząłem rozumieć te kompozycje dopiero gdzieś na etapie piątego odsłuchu, ale potem poszło już z górki. Co mogę wam powiedzieć, to to, iż do tego krążka należy podchodzić z wielką cierpliwością. Tutaj się nie da na skróty. Dajemy żonie, czy tam kogo macie pod ręką, całusa na dobranoc, gasimy światło, zakładamy słuchawki na uszy i teleportujemy się do przytułku dla obłąkanych, w którym, niczym dobry pielęgniarz, poznajemy, pomału i dogłębnie, historię choroby każdego z ośmiu podopiecznych. Lubicie wyzwania? Lubicie, żeby było ciężko? Łapcie „Automatokratę” i sprawdźcie, jakie z was cwaniaki. Jak zdacie test i się przegryziecie, muzyka wynagrodzi wasz trud z nawiązką.

PS. Aha, a jak komuś brakuje tych cudownych kolorków z debiutu na okładce, to niech se zajrzy do wnętrza digipacka.

- jesusatan




Recenzja Vorax „Volcano Shock”

 

Vorax

„Volcano Shock”

Independent 2026

Vorax jest szwajcarską kapelą, która składa się z członków takich zespołów jak Messiah, Death Kommander i Omophagia. Cztery lata temu wydali epkę „Jurassic Dawn”, a teraz wracają z debiutanckim pełniakiem „Volcano Shock”. Panowie chyba lubią dinozaurowe klimaty, bo na okładkach obydwóch materiałów widnieją właśnie te gady, a muzycy do zdjęć pozują w koszulkach z logiem filmu „Jurassic Park”. Ciężar tych wymarłych stworzeń doskonale przekłada się na death metal, który gra Vorax. To tradycyjne ujęcie tego gatunku z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, odznaczające się gęstością i soczystością brzmienia. Osiem tutejszych kawałków, to zwarte struktury, które poruszają się głównie w średnim tempie, miażdżąc okrutnie, a gdy zdecydują się przyspieszyć, to tratują wszystko niczym stado bizonów. Całość tego albumu jest klasyczna w każdym aspekcie, począwszy od tęgiego brzmienia każdej sekcji, poprzez zwyczajowe, brutalne oraz masywne riffy i na prawie nieskażonej elektroniką produkcji kończąc. Kwintet ten miksował i masterował swoje kompozycje w dużej mierze na analogowym sprzęcie, który pamięta czasy ostatniego dwudziestolecia poprzedniego wieku więc to do bólu oldschoolowy krążek. Sękate akordy wygenerowane na brzęczących jak rój szerszeni gitarach, podbitych przez dudniącą perkusję i muskularny bas. Instrumentarium wygrywa mielące i dobrze bujające riffy, do których Vorax dokłada trochę apokaliptycznych melodii, klimatycznych zagrywek i posępnych solówek. Czuć ciężkość, bo utwory wbijają w fotel bez trudu, a sącząca się z nich atmosfera śmierci jest wręcz namacalna. Strach pomyśleć jakby brzmiał „Volcano Shock”, gdyby wokalista dysponowałby głębszym growlem. Death metal skomponowany i zagrany zgodnie z prawami sztuki. Gatunkowi puryści nie będą zawiedzeni.

shub niggurath




piątek, 19 czerwca 2026

Recenzja Wisielec „Martwe Spojrzenie”

 

Wisielec

„Martwe Spojrzenie”

Independent 2026

Wisielec to kolejny przedstawiciel krajowego blackmetalowego podziemia, Chłopaki muzykują już jakiś czas, i zdążyli nagrać demo, oraz EP-kę, którą to circa pięć lat temu opisywałem na łamach Apocalyptic Rites. Teraz przyszedł czas na debiut, wydany ponownie własnym sumptem. Ukazał się on co prawda już jakiś czas temu (dokładnie przed rokiem), jednak dopiero teraz doniósł mi go listonosz. Może szedł okrężną drogą, przez mokradła. I co można o tym materiale powiedzieć? Na pewno to, że panowie tych czterech lat od „Prologu” nie przespali. Nowe nagrania na pewno są, małym bo małym, ale kroczkiem wprzód. Słychać, że kompozycje na „Martwym Spojrzeniu” są bardziej dopracowane, a przede wszystkim utrzymane na zbliżonym poziomie. A to, poprzednio troszkę kulało. Stylistycznie wielkich zmian nie zauważam. Wisielec nadal obraca się w klimatach drugofalowego black metalu. A przynajmniej gatunek ten stanowi zdecydowaną podstawę twórczości Świebodziczan. Nie jest to jednak typowy, nordycki, brzęczący klon. Tutaj zdecydowanie więcej tradycyjnego kostkowania, chwilami nawet lekko zahaczającego o poletko deathmetalowe. Gdzieniegdzie pojawi się także jakiś dysonans, czy inne nawiązanie do szkoły bardziej współczesnej. Materiał utrzymany jest głównie w średnim tempie (zwłaszcza do pewnego momentu), z mniej licznymi zrywami do blastów. Biorąc pod uwagę, że teksty na tym albumie śpiewane są w języku polskim, można bez przymiarki powiedzieć, że Wisielec idealnie wpisuje się w nasz krajowy odłam czarciego metalu. I na pewno jest jego solidnym przedstawicielem. Gdyby pokusić się o porównania, to można rzucić takimi nazwami jak późniejszy Satyricon czy Immortal, acz są tu też momenty bardziej motoryczne, wymykające się norweskiej koncepcji. Może to jakaś zmyłka, ale chwilami czuję tu też nawiązanie do Polskiej sceny deathmetalowej z lat dziewięćdziesiątych i zespołów pokroju Dies Irae czy Yattering. Dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części płyty, gdzie panowie jakby bardziej się rozpędzają. Na sam koniec serwują natomiast najbardziej chyba przebojowy (o ile tego słowa można tu użyć), i najdłuższy, „Kurhan”, który przy trzech wcześniejszych kompozycjach jest najjaśniejszym elementem „Martwego Spojrzenia”. Podsumowując… Wisielec nagrali płytę, która dozuje napięcie stosownie do rozwoju sytuacji, a której słucha się bez najmniejszego ziewania. Wręcz przeciwnie, kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk, chętnie wciska się „play” po raz kolejny. Cieszę się, że zespół nie utonął w nijakości, i wyciągnął poprawne wnioski z popełnionych wcześniej błędów. Stąd też mogę debiutanckiego pełniaka, zwłaszcza maniakom rodzimego black metalu, polecić bez obaw, że ktoś mnie zaciuka kozikiem za wprowadzenie w błąd.

- jesusatan




Recenzja Apogean „Waste Where Life Begins”

 

Apogean

„Waste Where Life Begins”

The Artisan Era 2026

To już drugi album w karierze tego kanadyjskiego kwintetu. Nie wiem, jak było na poprzednich produkcjach, ale internety twierdzą, że Apogean rzeźbi w technicznym metalu śmierci. Być może, lecz za bardzo nie słychać tego na „Waste Where Life Begins”. Prawdopodobnie jest tak dlatego, że na swoim najnowszym krążku, panowie stawiają na brutalniejsze poczynania, w których oczywiście odnaleźć można wiele wirtuozerskich solówek czy technicznych zagrywek. Są to jednak śladowe wygibasy, które zapewne uchroniły ten materiał od przeładowania karkołomną grą i chwała Kanadyjczykom za to. Dzięki temu za sprawą tutejszych, ośmiu kawałków dostajemy mnóstwo rytmicznego palm mutingu, rzęsistych, brutalnych ataków i dobrze wkręcających się tremolo. To mięsisty death metal, który odznacza się soczystym brzmieniem i zmienną agogiką. To także niezwykle klimatyczna muza, która potrafi przytłoczyć mrocznymi chwytliwościami, podsyconymi przez atmosferyczne syntezatory. Całość jest zaaranżowana w spójny i pomysłowy sposób. Wszystkie części składowe zazębiają się bez żadnych zgrzytów, tworząc intensywną i zwartą ścianę dźwięku, zagęszczoną przez potężne beczki, przysadziste wiosło basowe i głębokie growle. Instrumentarium wraz z gardłem wokalisty kreuje posępnego i niszczącego deta, który posiada dość wygładzone oblicze, ale Apogean sprytnie wykorzystując wszelkie stare i nowe metody na ten gatunek, bez problemu trafi do purystów jak i wielbicieli współczesnych ujęć. Energetyczna i klimatyczna płyta, która oprócz miażdżącego charakteru posiada delikatniejsze cechy w postaci technicznych wtrętów, powplatanych w główne tekstury tak, aby nie stanowiły dominującej siły, gdyż tą jest jadowitość i atmosferyczność „Waste Where Life Begins”. Dla mnie zbyt sterylny materiał, wolę bardziej szorstkie formy, ale wielu maniakom z pewnością przypadnie do gustu.

shub niggurath




środa, 17 czerwca 2026

Recenzja Final Self “Liturgy of the Final Self”

 

Final Self

“Liturgy of the Final Self”

Independent 2026

Znacie nazwę Final Self? Pewnie nie, bo to świeżutki twór na rodzimej scenie. Ich debiutancki album właśnie się ukazał nakładem własnym, a płytę CD dostarczył pospiesznie sympatyczny pan listonosz. Patrząc na okładkę, wiele nie oczekiwałem. Nie dlatego, że jest nijaka, tylko podobnych w życiu widziałem już co nie miara. Dlatego też spodziewałem się, że „Liturgy of the Final Self” będzie kolejnym, może i solidnym, kawałkiem staroszkolnego death metalu. Szczękę z podłogi zacząłem zbierać jeszcze zanim dobiegł końca otwierający całość „The Inheritance of Flame”. Ludzie, co tu się dzieje! Final Self to death metal, faktycznie. Konkretniej, jego bardziej techniczna, połamana, i zdrowo pokombinowana (oczywiście w ramach przyzwoitości) odmiana, za którą teoretycznie nie szaleję. Jednak w tym przypadku, pokazy techniczne nijak się mają do, tak pospolitego w gatunku, muzycznego onanizmu, a wszelkie zmiany tempa, czy płynne przejścia między akordami nie są jedynie na siłę upchniętymi. Tutaj wszystko się perfekcyjnie zazębia. I kopie w dupę z taką siłą, że się lemoniada komunijna odbija. W tym momencie nadmienić muszę, że za Final Self odpowiada ten sam duet, co za ponadprzeciętnie poplątany (Ba! Pokurwiony!), eksperymentalny Eutanor, i najwyraźniej nietrzymanie się linii prostej leży już w ich naturze. Dzięki temu dostajemy trzydziestotrzyminutową dawkę zagranego z niesamowitą intensywnością metalu śmierci z całym wachlarzem riffów, brutalnych melodii i częstych, niejednokrotnie nieoczywistych rozwiązań (Takie choćby interludium instrumentalne w połowie „Forlorn Forever Forgotten” w klimacie starego horroru, to są dosłownie ciary na plecach). Wyobraźcie sobie, co by wyszło, gdyby do jednego kotła wrzucić Hate Eternal, Devilyn, Morbid Angel, Sadist i Howls of Ebb, czy nawet Diskord. A te wszystkie pierwowzory tu doskonale słychać. Wiją się niczym larwy w gnijącym mięsie, przeplatają i tworzą niesamowitą mieszankę. Oczywiście daleki jestem od nazywania Final Self patchworkowcami, a przytoczone porównania mają jedynie formę drogowskazu do tego, co się na tym krążku odjaniepawla. Jeśli do tego dodamy wyśmienite, klasyczne, zachrypnięte growle, oraz doskonałe ścieżki bębnów położone przez Krzyśka Klingbeina, wyprodukujemy tak, by jechało kompostownikiem na kilometr, to dostajemy płytę praktycznie bez wad. Słucham jej już po raz któryś, i nie mogę się oderwać. Na pewno w kategorii „deathmetalowy debiut roku” mamy silnego kandydata do podium. Sprawdzajcie koniecznie, bo tych nagrań nie można przegapić. Dojebana płyta!

- jesusatan




Recenzja Phantom „Not Midnight Yet”

 

Phantom

„Not Midnight Yet”

High Roller Records 2026

Minął rok i już są znowu Meksykanie z Phantom. Ich trzecia płyta ukaże się z końcem czerwca, a więc już niedługo miłośnicy szybkiego thrash metalu, będą mogli cieszyć się nowymi kompozycjami w wykonaniu tego kwartetu. To muzyka, zresztą jak na poprzednim krążku, skierowana do fanów lat osiemdziesiątych i biczowania w ówczesnym stylu. Szybkie i cięte riffy, strzeliste solówki, dobrze nadążająca za nimi i zagęszczająca akordy sekcja rytmiczna oraz zajadłe, potraktowane pogłosem wokalizy, które nie boją się wejść na wyższe rejestry. Częste zmiany akcji, tempa, sporo tłumionego bicia w struny i ekspresowej napierdalanki. Złowrogie chlastanie po gryfie i łatwo wpadające w ucho melodie, które nawiązują trochę do heavy metalowych manier. Nic nowego, ale delikatnie odświeżonego, co skutkuje energetyczną muzyką, która miło chłoszcze i diabolicznym klimatem zasnuć umie. Phantom umiejętnie czerpie z gatunkowych i historycznych dobrodziejstw, sprawnie mieszając zwyczajowe dla tego ujęcia faktury, które owocują zapierdalającą gładko i z polotem metalurgią. Jednakże poza dobrą i technicznie poprawną młócką nic nowego odkryć na „Not Midnight Yet” nie zdołałem. Oprócz rzęsistego łojenia skóry, które co prawda potrafi być bolesne, to jednak sporo tu utartych schematów. Potrafi to znudzić bez dwóch zdań, zwłaszcza że ten album trwa prawie godzinę, lecz trafi w gusta tych, co lubują się w takim graniu i zawsze im go mało. Ja widzę Meksykanów raczej na scenie niż w odtwarzaczu, bo taki speed-thrash doskonale przecież się sprawdza nażywo.

shub niggurath




wtorek, 16 czerwca 2026

Recenzja W.M.D. “Against All Warnings”

 

W.M.D.

“Against All Warnings”

Independent 2026

W.M.D. to kapelka z Calgary. A Calgary kojarzy mi się przede wszystkim z igrzyskami zimowymi, które to za młodego oglądałem w telewizji, bo wtedy o kablówce, i stu sześćdziesięciu kanałach w pakiecie, nawet nikt nie marzył, więc brało się co jest. Nie było nic innego, to gówniarz się cieszył, że na łyżwach jeżdżą na wyścigi. Panowie z rzeczonego zespołu tak mi trochę tamte lata odświeżają, i to na dwójnasób. Bo po pierwsze, grają stary thrash. Taki rytmiczny, raczej szybszy niż wolny, odrobinę okraszony crossoverowym feelingiem. Słychać, że oldskul im się w głowach obija. Pewnie noszą białe adidasy i poszarpane jeansy, czyli legancko! Tworzą kawałki, które skomplikowane nie są, za to po raz kolejny przypominają, iż już kilka dekad temu istniały, i tworzyły filary gatunku, kapele pokroju Exodus, S.O.D., Nuclear Assault czy Vio-Lence. Bo między innymi od tych mistrzów Kanadole czerpią na potęgę. Uwielbiam wszystkie te wymienione zespoły, zatem, przynajmniej teoretycznie, W.M.D. powinno mi wejść niczym nóż w masełko. I wchodzi. Kwestia na jak długo. Bo nawet jeśli tym nagraniom kompletnie nic nie brakuje (są tu ostre gitarowe riffy, niezłe, klasyczne wokale, całkiem spoko aranże), to po trzech rundkach w zasadzie romans się kończy. Czyli, panowie wracają do Calgary, a ja do mojej poczciwej, starej, tysiąc razy spenetrowanej starej nory spod znaku „lata osiemdziesiąte”. Bo drugą sprawą medalu jest fakt, że „Against All Warnings”, mimo iż nie jest to absolutnie zły materiał, stanowi mimo wszystko pewnego rodzaju substytut, coś, czego można posłuchać, o ile nie ma się pod ręką niczego lepszego. Owszem, do piwa jak znalazł. Owszem, są tutaj momenty. Owszem, jest to po staroszkolnemu wyprodukowane. Ale jednak po dłuższej chwili nieco nużące i pozbawione tego „czegoś”, co mają inni, nawet jeśli „naśladowcy”. W skali szkolnej jest to płyta na mocną „trójkę”, jednak bez szans na coś więcej, nawet jeśli rodzic byłby upierdliwy i bombardował oceniającego dziesiątkami maili z prośbami i groźbami zgłoszenia sprawy do kuratorium włącznie. Posłuchałem, było fajnie, ale wracać nie zamierzam. Co nie znaczy, że nie sprawdzę, jak sobie chłopaki poradzą w następnej odsłonie. Na razie – średniawo.

- jesusatan




Recenzja Feralia „Ultima Requies”

 

Feralia

„Ultima Requies”

ATMF 2026

Na koniec czerwca ukaże się już trzeci album Włochów z Feralia. Tym razem będzie to siedem utworów, które są kontynuacją twórczości tego tercetu. To znów sprawnie skomponowana diabelszczyzna, która płynie w zmiennych tempach i korzysta ze wzorców, wypracowanych w latach dziewięćdziesiątych. Panowie szyją gładko, ale z pazurem, dokładając do swego black metalu sporo atmosfery, którą podsycają klawiszami oraz posępnymi i nieco rytualnymi chwytliwościami. Do klasycznych riffów i tremolo panowie dołączają trochę współczesnych zabiegów, które wyraźnie odświeżają spojrzenie na czarcie granie, ale nie rozmywają go w nowoczesne i pięknie uczesane rzępolenie. To niezwykle klimatyczny bleczur, który czaruje swoim ponurym usposobieniem i hipnotyzmem, bo Feralia nie żałuje słuchaczom jednostajnych i zapętlonych akordów. Wprowadzają one w trans na momencie, wciągając do ponurego świata wykreowanego przez tych trzech Włochów, który urozmaicają nastrojowymi przerywnikami, gdzie królują przygnębiające melodie wygrywane na nieprzesterowanych strunach i syntezatorach. W sumie nic nowego ani specjalnie zaprzątającego głowę Feralia nie wysmażyła, ponieważ „Ultima Requies” to kolejna odsłona ich muzykowania. Zagrana z pomysłem i łącząca teraźniejszość tego gatunku z przeszłością, co jak na poprzednim albumie stworzyło hybrydę, na której da się zawiesić ucho. No wiecie. Zimne gitary, wycofana sekcja rytmiczna i zapalczywe wokale. Jeśli dodatkowo układa się to wszystko w zadzierżystości, które także upiorną aurą poczęstować potrafią, to jest całkiem nieźle. Tak też jest w tym przypadku.

shub niggurath




Recenzja Zørza “Twilight of the Golden Star”

 

Zørza

“Twilight of the Golden Star”

Godz ov War 2026

Dokładnie dwa lata temu ukazał się debiutancki album Zørzy „Hellven”, który to na łamach Apocalyptic Rites bardzo chwaliłem, mając jednocześnie nadzieję, że zespół będzie rozwijał swoją formułę i parł do przodu. Wielkopolski duet wraca właśnie z krążkiem numer dwa, a moje nadzieje spełniły się… połowicznie. Czyżbym zatem był nowymi piosenkami rozczarowany? Absolutnie nie! Już tłumaczę. Formuła. Ona w zasadzie nie zmieniła się praktycznie w ogóle. Zørza nadal czerpią pełnymi garściami z klasyków drugofalowego black metalu, budując swoje numery na wpadającej w ucho, jednocześnie jadowitej, melodii. Nie jest to jednak jedynie nordyckie tremolo, ale także bardziej klasyczne kostkowanie. Poza tym mamy tu cały przekrój tempa, od galopu, przez fragmenty nastawione mocniej na wspomniane harmonie, po elementy bardziej nastrojowe. Zresztą wystarczy że posłuchacie sobie dziesięciominutowego utworu tytułowego otwierającego płytę, a już znajdziecie wszystko o czym wspomniałem. I jest to pierwszy, wyraźny sygnał, że panowie są w formie, a przede wszystkim mają najwyraźniej dar… No właśnie, dar do tworzenia niezwykle chwytliwych kompozycji, oraz aranżowania ich tak, że nie nudzą, a niejednokrotnie czymś zaskakują. A jeżeli dobrze się w obecnej formule czują, to tak naprawdę po cholerę ją rozszerzać? Tym bardziej, że mimo iż wspomniałem o inspiracjach płynących z okresu lat dziewięćdziesiątych, Zørza potrafili na tych starych fundamentach wykształcić swój własny styl, nie wzorowany na jakimś konkretnym pierwowzorze. Oczywiście, w niektórych miejscach porównań uniknąć się nie da. I jako przykład podam totalny killer, numer, który dosłownie wyrywa z kapci, czyli wieńczący płytę „The Devil Wears Well”. Ludzie! Jakie to jest nośne, jak to się samo śpiewa, jaki tu jest riff, to normalnie szczęka opada do samej gleby, a głowa sama rwie się do headbangingu. Sam numer jest kapkę bardziej klasyczny, z nawiązaniem do thrashowej techniki, i… mocno czuć tutaj późniejszy Satyricon (taki powiedzmy, że z okresu „Now, Diabolical”). Tylko że moim zdaniem, przy wspomnianym kawałku Satyr z kolegami mogą się schować, albo co najwyżej poprosić o lekcję. Wspominając o umiejętnościach twórczych, przyznać też muszę, że wszelkie dodatki typu śpiewane wokale, czy partie klawiszy, są na tym albumie wyważone z zegarmistrzowską dokładnością, by faktycznie stanowiły drobny, acz istotny, wnoszący coś do całości element, a nie upchnięty na siłę, albo dla zasady, fragment.  Podobnie rzecz się ma z solówkami, nieco podniosłymi, nadającymi utworom swoistego majestatu. „Twilight of the Golden Star” to materiał z najwyższej półki, black metal którego chce się słuchać, który nie pozwala się od siebie oderwać, i z każdym okrążeniem wbija się coraz głębiej w pamięć. Bardzo, bardzo dobry album.

- jesusatan


https://godzovwarproductions.bandcamp.com/album/twilight-of-the-golden-star

Recenzja Duir „Catarsi”

 

Duir

„Catarsi”

AOP Records 2026

Duir jest włoską kapelą z Verony, która muzykuje od 2013 roku. Cztery lata temu ukazał się ich debiutancki album, a tego lata, ponieważ pod koniec czerwca ukaże się nowa płyta tego zespołu w postaci „Catarsi” właśnie. Zawiera ona sześć utworów black metalu, który swym melodyjnym i momentami dość epickim usposobieniem, przypominać może Saor. Tak też się dzieje zapewne za sprawą użytych przez Duir instrumentów dodatkowych, którymi są dudy, irlandzki flet prosty i lira korbowa. Wprowadzają one do muzyki Włochów znaczny pierwiastek folku więc porównania do wspomnianego, szkockiego projektu tym bardziej są zrozumiałe. Reszta kompozycji to już typowa diabelszczyzna drugiej fali, która płynie w zmiennych tempach, częstując zamieciami śnieżnymi, melancholijnymi zwolnieniami jak i również bujaniem w średnich prędkościach. Trochę bajeczna, od czasu do czasu agresywna, no i wzniosła muza, która niczym szczególnym się nie wyróżnia, bo tego planktonu w tym oceanie jest od chuja. Nastawiona jest za to na atmosferyczność i introspektywne wycieczki, które przeplata z cepelią i zadzierżystymi rytmami. Wygenerowana na chłodnych gitarach i ciepło brzmiącej sekcji rytmicznej, która zagęszcza zwiewnie dryfujące riffy i tremolando, opowiadając historię pewnego żołnierza, stawiającego fizycznie i psychicznie czoła okropieństwom pierwszej wojny światowej. Cóż, najnowszy krążek od Duir, to egzystencjalna i rozpaczliwa podróż przez odmęty człowieczego jestestwa, które wypełnione bólem istnienia, szuka ukojenia i sensu w rozpadającym się świecie. Czy do tego służy black metal? Teraz już coraz częściej tak. To chyba bardziej smutne od poruszanych problemów na tym wydawnictwie, które bez dwóch zdań przypadnie do gustu miłośnikom folkowej i chwytliwej rogacizny.

shub niggurath




niedziela, 14 czerwca 2026

Recenzja Swarn „Corpsetrader”

 

Swarn

„Corpsetrader”

Warhorn Rec. 2026

Ta estońska brygada działa na scenie muzycznej już równo dekadę, i ma na swoim koncie dwa albumy, wydawnictwo live, oraz pięć EP-ek, z których ostatnia właśnie rani moje uszy. W jak najbardziej pozytywnym sensie, bo chłopaki grają piosenki, które „już kiedyś słyszałem”, na dodatek tak, jak lubię. „Corpsetrader” to niespełna dwadzieścia minut klasycznego szwedzkiego death metalu. Bez najmniejszych nowinek, tylko tona piachu na gitarach o charakterystycznym brzmieniu HM2, charakterystyczny groove, skoczne rytmy i wszechobecne d-beaty. Płyt w podobnym temacie wyszło od roku dziewięćdziesiątego tyle, że ciężko byłoby je wszystkie zliczyć. Jedne lepsze, inne po prostu przyzwoite. Swarn to bardzo przyzwoity spadkobierca Nihilist, Dismember i reszty profesorów z północnego zakątka Europy. Niczym nie zaskakują. Trzymają zazwyczaj równe, średnie tempo, z nielicznymi odstępstwami od reguły, serwując ciężkie akordy, przy których aż się chce potupać nóżką, a i miejscowo potraktują słuchacza niewyszukaną solówką. I na to wszystko klasyczny jak sama muzyka śmierć metalowy growl, choć w tym przypadku nieco schowany w tle, potraktowany lekkim pogłosem, czasami z nakładającymi się na siebie ścieżkami. Kurwa, zero finezji, ale słucha się tego wybornie. Gdybym miał zastosować porównania nieoklepane, to chyba najbardziej określiłbym Estończyków synami Wolfpack i Death Breath. Cholernie to chwytliwe, i przede wszystkim bardzo równe, bo żaden z sześciu numerów nie odstaje poziomem od reszty nawet o jotę. No chyba że numer tytułowy, ale może z tego powodu, iż jest po prostu inny. A konkretnie jest to dwuminutowe, akustyczno ambientowe „outro”. Materiał ten ukazał się chwilkę temu nakładem Warhorn Records, a ciekawostką dotyczącą składu może być fakt, iż w Swarn udziela się szef tegoż labelu, znany też choćby z Death Kommander, czyli równie zacnej kapeli hołdującej brytyjskiej stali z etykietą Bolt Thrower. Jeśli zatem macie ochotę na małą przystawkę szwedzizny, to sięgajcie po „Corpsetrader” bez obawy, że się zawiedziecie. Z czystym sumieniem polecam.

- jesusatan