piątek, 13 marca 2026

Recenzja Undertaker „Demo(n)s”

 

Undertaker

„Demo(n)s”

Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)

 


Przed chwilą pisałem w tym miejscu o debiutanckim, nagranym po przeszło trzech dekadach, albumie szczecińskiego Undertaker, szczerze zresztą go polecając. Ale to nie wszystko, co wytwórnia dla nas przygotowała. Oto bowiem, do pary z „Epicentrum”, Black Flame Rebellion wypuszcza w świat wczesne nagrania zespołu, w postaci demówki „Hardnesss” z bonusami, oraz materiał promo z roku dziewięćdziesiątego szóstego. Czyli w zasadzie wszystko, co panowie zarejestrowali zanim się wzięli i rozpadli, łącznie równiutkie pięćdziesiąt minut muzyki. Czy warto sięgnąć i po te nagrania? Uważam, że warto. I to nie tylko z powodów sentymentalnych. Nie zaprzeczę, że „Hardness” nie był wydawnictwem mającymi jakiś wielki wpływ na ówczesną scenę metalową w naszym kraju. Tym bardziej, że przemknął gdzieś boczkiem, na wpół zauważony. Z drugiej strony, są to nagrania na tyle solidne i odzwierciedlające inwentarz death metalu lat dziewięćdziesiątych nad Wisłą, że dla każdego szanującego się maniaka rzeczonego okresu powinny stanowić cenną pozycję w kolekcji. Wczesny Grabarz to spora mieszanka stylistyczna. Na debiutanckim demo zespół trochę skakał z kwiatka na kwiatek. Bo jest tu klasycznie deathmetalowy „Drug Habit”, z obowiązkowym w tamtym okresie introsem, trochę bardziej klimatyczny, na zasadzie choćby Gorement, „Tremors”, szybki, niemal grindowy „Save Our Souls”, czy na wpół akustyczny, melancholijny „Disease Ensemble”. A to, tak dla informacji, pierwsze cztery kompozycje, w przytoczonej powyżej kolejności. Więcej tu Szwecji niż innych wpływów, i brzmi to naprawdę nieźle, a na pewno staroszkolnie, choć chwilami trochę nieporadnie (standard dla polskiej sceny z tamtych lat). Bonusy dołączone do demówki pochodzą z sesji odbytej rok później, są o wiele surowsze i zdecydowanie bardziej grindowe. Natomiast „Promo ‘96” (wcześniej go nie znałem), to zajebista wariacja na temat „Harmony Corruption” / „Utopia Banished” w demówkowej odsłonie. Przyznam, że jestem mocno zaskoczony poziomem tych nagrań. Naprawdę wyborne riffy, świetny, głębszy wokal pod Barneya (no kurwa, prawie bliźniak), klasyczne aranże… Nie wiem co to się stanęło, że po takim promo nikt zespołu nie wydał i nie wypromował szerzej, bo ten materiał to najwyższa półka! Nie wiem też, co się podziało, że panowie założyli potem bardzo średniawy Casus Belli, zamiast podążać dobrze obranym kursem. Wrócili na niego dopiero po trzech dekadach, ale o tym mogliście już przeczytać w tekście nawiązującym do „Epicentrum”. Powtórzę zatem to, co już napisałem – warto sięgnąć po te archiwalne nagrania, bo to klasyka rodzimego deta w bardzo dobrym wydaniu. Zalecam zaopatrzenie się w oba wydawnictwa Undertaker za jednym zamachem (i nie jest to żadna płatna reklama), bo naprawdę warto. Premiera już za kilka dni.

- jesusatan




Recenzja Candarian „Trepanación”

 

Candarian

„Trepanación”

Memento Mori/Me Saco Un Ojo (2026)

 


W ostatnich latach Kostaryka wypluła w świat kilka bardzo wartościowych, death metalowych tworów, by wymienić choćby Astriferous, Bloodsoaked Necrovoid czy Corpse Garden. Pochodzący ze stolicy tego kraju Candarian śmiało można dopisać do tej listy. Kwartet, w którego składzie znajdują się m.in. Felipe Tencio i Chris G. De Haan (obaj ex-Corpse Garden) oraz Jose Pablo Philips (Astroferous) uzupełnieni przez mniej rozpoznawanego perkusistę Pablo Umanę właśnie debiutują w barwach Memento Mori i Me Saco Un Ojo (odpowiedzialni za wydanie – odpowiednio – CD i LP) albumem „Trepanación”. Tym razem Kostarykańczycy postawili na klasyczny do bólu, chamski, amerykański, naładowany groovem death metal z pierwszej połowy lat 90. Jeśli lubicie Obituary, bardzo wczesny Cannibal Corpse, Baphomet czy Deteriorate to wiecie czego można się spodziewać, przynajmniej w punkcie wyjścia. Płyta przynosi siedem kompozycji operujących na ogranych do bólu, ale jakże kochanych schematach, pełnych mięsistych gitar, organicznej perkusji, klasycznego, głębokiego growlingu i chaotycznych solówek. Candarian łupie i gniecie w każdej sekundzie robiąc to bardzo skutecznie. Można odnieść wrażenie, że jest to muzyka prosta i grubo ciosana, ale nie trzeba poświęcić temu materiałowi dużo czasu, żeby odkryć, że jest to tylko wrażenie. Oczywiście, o żadnym technicznym death metalu mowy tu nie ma, ale nawet mniej wyrobione ucho wyłapie, zwłaszcza w pracy sekcji rytmicznej fajne przełamywanie rytmu, zadziorny i zauważalny bas i wcale nie takie schematyczne partie garów. Momentami Candarian brzmi jak odrobinę mniej zdziczała, ale i bardziej rozbudowana inkarnacja Torture Rack. Albo bardziej mięsiste Gutless. Tutaj trzeba wyraźnie podkreślić, że momentami te kawałki potrafią być naprawdę fajnie rozbudowane. Co prawda ani na chwilę nie opuszczają one deathmetalowego kondominium, ale zdecydowanie jest tu na czy ucha zawiesić. Klasycznie deathmetalowy cover zdobiący to wydawnictwo doskonale oddaje jego treść – krwisty, skuteczny, tłuściutki metal śmierci, który niczego nikomu nie usiłuje udowodnić. Oczywiście ten album nie zawojuje żadnej, końcoworocznej listy, ale to kawał dobrego grania i fani gatunku mogą brać ten materiał w ciemno. Polecam!

                                                                                                                        Harlequin




Recenzja Vanta „Perpetual Selection”

 

Vanta

„Perpetual Selection”

Independent 2026

Vanta to kapela z Australii, która po kilku krótkich wydawnictwach w wersji digital, postanowiła wypuścić debiutancki album. To, co za pośrednictwem „Perpetual Selection” oferują fanom muzyki metalowej, to nowoczesna odmiana deta, w którego tekstury ci trzej panowie wplatają sporą ilość core’a, melodyjności i technicznych zabiegów. Oprócz tego dodają znaczną porcję elektroniki, która oprócz kreowania atmosferycznego tła, przemyca do tutejszych aranżacji także trochę elementów techno. Zatem jest to coś w rodzaju współczesnej i popularnej, ciężkiej muzy, która odznacza się wyraźnym groovem i charakterystycznym vibem. Vanta serwuje mnóstwo wirtuozerskich połamańców, agresywnych blastów, klimatycznych zwolnień i kosmicznie brzmiących zagrywek. Wszystko, poza brutalnymi i skocznymi rytmami, obdarzone zostało chwytliwościami, znanymi z harmonijnego death metalu w wydaniu europejskim. Laboratoryjna produkcja, mięsiste brzmienie, które podbija sekcja rytmiczna, gdzie perkusja zasypuje uszy „plastikowymi” triggerami, klawisze i zmienne wokale. Całość buduje odrealnioną atmosferę, rodem z filmów i komiksów science fiction, która intensywnie wbija się między zwoje mózgowe. Gniecie, rozrywa na strzępy, zaprasza do hardcorowych pląsów, ale i ambientowymi momentami uspokoić potrafi. Death metal, który czerpie z wielu źródeł, ale skierowany jest raczej do postępowej młodzieży, skoncentrowanej na nowinkach technicznych. Nieco futurystyczny, mocno progresywny i zgodny z aktualnymi trendami album. Wydaje mi się, że wielbiciele Decapitated czy Gojira będą zachwyceni. Ja nie jestem, bo nie gustuje.

shub niggurath




czwartek, 12 marca 2026

Recenzja Undertaker „Epicentrum”

 

Undertaker

„Epicentrum”

Black Flame Rebellion 2026

 


No to ładną nam niespodziankę przyszykowała Black Flame Rebellion, do pary zresztą z grupą szczecińskich grajków. Oto bowiem po, bagatela, trzydziestu czterech latach, z debiutanckim albumem powraca Undertaker. Co prawda w nieco odświeżonej wersji, zarówno jeśli chodzi o skład zespołu (choć trzon pozostał w zasadzie niezmieniony), jak i, przede wszystkim muzycznej, ale jestem przekonany, że niejednemu wydawnictwo to zrobi mocne kuku. Jeśli pamiętacie Grabarza z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, jako zespół grający tradycyjny death metal, to równie dobrze możecie o tym zapomnieć. Nowy materiał w postaci dziewięciu strzałów, trwających łącznie dwadzieścia osiem minut, to prosta wypadkowa między Terrorizer a Napalm Death z późniejszego okresu. Zresztą już pierwszy na liście, „Blessed Carrion”, brzmi niemal jak wyjęty z „World Downfall”. Duża w tym zasługa właśnie brzmienia, tak gitar jak i perkusji, chyba celowo wzorowanego, przynajmniej po części, na wspomnianych klasykach. Mamy na tej płycie w zasadzie dziewięćdziesiąt procent muzyki, którą można uznać za naśladownictwo mistrzów death/grind’u. Nie da się temu zaprzeczyć, nawet gdyby bardzo się chciało. No bo wsłuchajcie się w to charakterystyczne, obecne tu praktycznie na każdym kroku riffowanie, zwróćcie uwagę na to w jaki sposób do gry wchodzą blasty, nawet na to, jak Barneyowo chwilami wybrzmiewają wokale. I żebyśmy się tutaj źle nie zrozumieli… To o czym piszę, traktuję bardziej jako komplement niż zarzut, bo kopia, czy też swoisty Frankenstein, stworzony przez Undertaker jest naprawdę wysokiej jakości. Choćby wspomniane akordy, czy struktury kompozycji… No niby słyszalne praktycznie na każdej późniejszej płycie Napalmów, podobne przyspieszenia i powroty do tempa średniego, w chuj oklepane headbangingowe momenty (przy „Psychotic Instincs” niemal nie odpadł mi łeb, choć numer ten nie jest żadnym wybijającym się ponad ustawiony wysoko poziom), a jednak na „Epicentrum” nie sprawiające, nawet w najmniejszym stopniu, wrażenia, że chłopaki chcieli zagrać identycznie na siłę. Tutaj wszystko zdaje się w stu procentach naturalne i organiczne. I ma niesamowity groove, a przy tym power, który mocno ściska jajca z siłą imadła! Są też na tej płycie drobne dodatki własne, dzięki czemu „Epicentrum” nie jest klonem całkowitym, ale akurat dla mnie pozostaje to bez różnicy. Bo debiut Undertaker to naprawdę bardzo dobry materiał, który jak się zapętli, to nie chce wyjść z łba. Sprawdzajcie, bo warto!

- jesusatan




Recenzja Anasarca „Achlys”

 

Anasarca

„Achlys”

Selfmadegod Records (2026)

 


Niemiecka Anasarca to jedna z tych deathmetalowych nazw, która nigdy nie dorobiła się szacunku na jaki zasługują. Ich pierwsze trzy długograje to kawał naprawdę dobrze zagranego, szybkiego, chłoszczącego dupsko metalu śmierci. Wydany przed blisko dekadą „Survival Mode” w jakiś dziwny sposób nie trafił nigdy do mnie na talerz, ale zapowiadany przed białopodleski Selfmadegod Records, piąty album Niemiaszków zatytułowany „Achlys” trafił tam gdzie powinien. Albo i nie, bo niestety moje odczucia w stosunku do najnowszej propozycji Anasarca są mocno mieszane. Na pozór wszystko się zgadza – od pierwszych dźwięków dostajemy w ryj serią mechanicznie blastującego metalu śmierci skąpanego w thrashowej motoryce, klinicznego, klasycznego do bólu, ale swoiście bezdusznego. Wydawać by się mogło, że jest to materiał skrojony pod polskiego słuchacza, bo i u nas nad Wisłą sporo było kapel, które lubowały się w blastowaniu, w thrashowej motoryce i studiu Hertz. Ponadto można odnieść wrażenie, że ekipa z Emden gra swój brand death metalu, który grała od zawsze – gdzieś z pogranicza Vader, dwudziestopierwszowiecznego Sinister i Malevolent Creation z okresu z Blachowiczem. A jednak coś tu nie gra. Każdorazowy odsłuch kończył się takim samym efektem – każda kolejna minuta z „Achlys” gasiła moje zainteresowanie tym materiałem coraz bardziej. Nie wiem czy jest to kwestia tego, że jest to granie dość hermetyczne, jednorodne, czy fakt, że z oryginalnego składu został tylko wokalno-wiosłowy Michael Dormann i nowi muzycy nie dowożą jakości, a może po prostu zmieniły się czasy i takie granie nie robi to już wrażenia jak kiedyś. Nie mam poczucia, że zawartość „Achlys” w jakiś wyraźny sposób różni się od tego co słyszałem na pierwszych trzech pełniakach poza faktem, że nie czuje już w muzyce Anasarcy tej werwy i wściekłości co kiedyś. Nie pomaga też brzmienie – bardzo nowoczesne, kliniczne, ale jakby skompresowane i pozbawione oddechu. To w dalszym ciągu kawał bardzo dobrze zagranego death metalu, bardzo sprawnie wykonanego, nienagannie skomponowanego, choć może  trochę mało urozmaiconego. Bez wysuwania zarzutów o geriatryczności i tym podobnych, po prostu słychać, że jest to nagrane przez doświadczonych facetów, którzy trochę zwolnili tempo życia, są bardziej świadomi zmieniającego się deathmetalowego uniwersum i nagrywają muzykę, którą grać potrafią i lubią – przede wszystkim dla siebie i dla własnej przyjemności. A jeśli komuś jeszcze po drodze do gustu przypadnie to świetnie. Ja tym razem podziękuję, ale i do „Godmachine” i do „Moribund” i do „Dying” chętnie wrócę raz po raz.

                                                                                               Harlequin




Recenzja / A review of Demonologists with Vainoras „Plantae Arcanvs”

 

Demonologists with Vainoras

„Plantae Arcanvs”

Aesthetic Death 2026

 


Ludzie mają w życiu różnego rodzaju fobie. Mniej lub bardziej dziwne. Jedną z, chyba, najbardziej powszechnych jest nyktofobia, czyli strach przed ciemnością. Może dlatego, że sama ciemność jest w sumie niczym… albo wszystkim. Bo jeśli nic w niej widzimy, to nie wiemy, czy czasem jednak coś się w niej się coś kryje. A jeśli coś się kryje, to może to być cokolwiek, co nam wyobraźnia podpowie. Taka myśli naszła mnie w nawiązaniu do nowego wydawnictwa Aesthetic Death, wytwórni słynącej zresztą z przedstawiania światu muzyki niecodziennej, mrocznej, awangardowej. Kolaboracja Demonologist z Vainoras jest czymś na zasadzie muzycznego przedstawienia. Albo przerażającego snu na jawie. Nie wiem, wszystkiego co dziwne, nie do końca zrozumiałe, pobudzające zmysły na podobnej zasadzie co wspomniana wcześniej ciemność. Na „Plantea Arcanvs” mamy czterdzieści minut muzyki, gatunkowo rozpiętej między doom metalem a jazzem. I zupełnie nieistotne jest, że została ona podzielona na jedenaście części, gdyż równie dobrze mógłby to być jeden, długi utwór. Utwór przebogaty w czary i zaklęcia. Głównie te z rodzaju trujących, bynajmniej nie poprawiających słuchaczowi zdrowia psychicznego. Bardziej wprowadzających w pewnego rodzaju trans, lewitację, podczas której dręczą nas negatywne uczucia. Sporo na tym albumie melodii teatralnych, albo będących tłem dla przedziwnego, upiornego happeningu. Klawisze, saksofon, pianino, przeróżne efekty i sample (no choćby dźwięki telefonu, dziwne stuki czy trzaski), chorowite wokale, zarówno męskie jak i żeńskie… Za pomocą tych środków tworzony jest tutaj klimat swoistej paranoi, i pogłębiane odczucie totalnego zagubienia i dezorientacji. Bo twórczość Deamonologosts, do pary z Vainoras ma chyba na celu mamić i  pobudzać, albo nawet wykrzywiać wyobraźnię, niczym wspomniana przeze mnie na początku ciemność. To chora, dziwna muzyka, przeznaczona raczej dla nielicznych. Teatr w całkowitej ciemności? Tak! Polecam zatem tym, którzy słyszą głosy i widzą rzeczy, a do psychiatry chodzą regularnie. Zdrowi mogą sobie odpuścić.

- jesusatan

 

Demonologists with Vainoras

“Plantae Arcanvs”

Aesthetic Death 2026

 

People have various kinds of phobias in their lives. More or less strange. One of the most common is probably nyctophobia,  fear of the dark. Perhaps this is because darkness itself is nothing... or everything. If we can't see anything in it, we don't know if something is hiding there or not. And if something is, it could be anything our imagination tells us. This thought came to me in relation to the new release from Aesthetic Death, a label famous for presenting the world  unusual, dark, avant-garde music. The collaboration between Demonologist and Vainoras is something like a musical performance. Or a terrifying waking dream. I don't know… everything that is strange, not entirely understandable, stimulating the senses in a similar way to the forementioned darkness mentioned. “Plantea Arcanvs” offers forty minutes of sound, ranging in genre from doom metal to jazz. It is completely irrelevant that it has been divided into eleven parts, as it could just as well be one long track. A track rich in spells and incantations. Mainly of the poisonous kind, by no means improving the listener's mental health. More likely to induce a kind of trance, levitation, during which we are tormented by negative feelings. There are a lot of theatrical melodies on this album, or melodies that serve as a backdrop for a strange, ghostly happening. Keyboards, saxophone, piano, various effects and samples (such as telephone sounds, strange knocks and cracks), sickly vocals, both male and female... These instruments are used to create an atmosphere of paranoia and deepen the feeling of total loss and confusion. Because the work of Deamonologosts / Vainoras seems to be aimed at enticing and stimulating, or even distorting the imagination, like the darkness I have already mentioned twice. It is sick, strange music, intended for the few. Theater in complete darkness? Yes! I recommend it to those who hear voices and see things, and who visit a psychiatrist regularly. Healthy people can give it a pass.

- jesusatan

 


 

Recenzja Midryasi’s Kult „Italian Dark Sound”

 

Midryasi’s Kult

„Italian Dark Sound”

Dying Victims Productions 2026

To świeży projekt z włoskiem ziemi, ale stoją za nim starzy wyjadacze z takich heavy i doom metalowych kapel jak Midryasi i DoomSword. Na „Italian Dark Sound”, który jest ich debiutanckim albumem, panowie szyją coś, czego nie da się ostatecznie skategoryzować. Jest to swoista mieszanka, złożona z NWOBHM, doom’a, bluesa, do których dołożono odrobinę stonerowych rytmów oraz ciężkiego rocka z lat siedemdziesiątych. Hybryda ta, w wybranych momentach, kojarzy się mocno z takimi brygadami jak późniejszy Celtic Frost, Mercyful Fate, Pentagram i przede wszystkim Danzig. To zbiór klasycznych riffów, solówek, cięższych akordów i elektronicznych efektów w typie science fiction, co generuje silnie bujającą muzę, która została doprawiona mięsistą sekcją rytmiczną i czystymi wokalizami. Znając wyżej wspomniane zespoły, można bez trudu się domyślić, jak leci ten materiał, ale nie to w nim jest najważniejsze. Najistotniejszy jest klimat jaki kreuje „Italian Dark Sound”. Jest to nastrojowość o mrocznym charakterze, jednoznacznie wskazująca na okultystyczne jak i diabelskie konotacje. Płynie ona lekko w zmiennych tempach, co określiłbym jako „odchudzoną” wersję powyższych szyldów, w której poza osnutymi specyficzną aurą dźwiękami, ważną rolę odgrywają wokale. Wyśpiewywane jakby od niechcenia, lecz posiadające niezwykłą charyzmę, która podkreśla duszny i tajemniczy klimat rodem z bagien Luizjany, czy ze skąpanych w słonecznym żarze włoskich okręgów jak Kalabria i Kampania, gdzie na opustoszałych plażach i między skalistymi wzgórzami czai się zło. Płyta zarejestrowana z odpowiednim przybrudzeniem, nadającym jej naturalności i co za tym idzie autentyczności. Pod harmonijnym płaszczykiem ukrywa coś jeszcze, z czymś co niektórzy nigdy nie chcieliby się spotkać. Jak dla mnie, to taki tradycyjny black metal w delikatniejszym wydaniu. Nie jest tym, czym wydaje się przy pierwszym spotkaniu. Polecam.

shub niggurath




środa, 11 marca 2026

A review of Aggressive Perfector “Come Creeping Fiends”

 

Aggressive Perfector

“Come Creeping Fiends”

Dying Victims Prod. 2026

 


When it comes to Dying Victims, it's clear that we're traveling in a time machine to the metal Middle Ages. In other words, in our times, somewhere around the 1980s, because it's rare for this label to release bands inspired by a later period. Aggressive Perfector is no exception. The band comes from the British Isles, and “Come Creeping Fiends” is their second full-length album. While their first album didn't particularly move me, or maybe I was just in a bad mood, this half of an hour gave me quite an experience. Mainly related, of course, to childhood memories, because the guys draw heavily on the legacy of classics such as Slayer, Bulldozer, or even the more heavy metal Tank. Yes, I say “more heavy metal,” but I didn't mention that Aggressive Perfector plays top-notch speed metal. Listening to the nine compositions on this album makes you want to put on a leather jacket, leather pants, a studded belt, cuffs, and bang your head in a crazy heavy metal dance. Believe me, I've heard a lot of albums of a similar style in my life, but playing these old, theoretically worn-out, repetitive melodies with such verve and passion as the Brits do simply forceses me to make a fool of myself, waving my clenched fist in front of my family sitting on the couch and making silly faces. I just go completely nuts. What can I say to you that won't sound exceptionally banal? That Aggressive Perfector can play great melodies? That you can hear they haven't just picked up their instruments yesterday? That they are old-school maniacs? On the other hand, what can I write about music that really is banal, at least from a certain point of view? The guys have an old vibe, they fit right in, and they play as if the eighties never ended. And they do it at the highest level. Do I have to write something about the sound? Come on, everyone can tell that everything here works organically, just like in the old days. Anyway, why should I add anything else? It's a waste of time. I'd rather go headbanging and make silly faces. Oh, and I'll open a beer, because this kind of music goes well with amber. Cheers!

- jesusatan




Recenzja The Leaving „The Leaving”

 

The Leaving

„The Leaving”

Personal Records 2026

To nowa „supergrupa” stworzona przez muzyków, którzy wcześniej koncertowo bądź inaczej udzielali się w takich kapelach jak Los Males del Mundo, Shining, Kalmah, Endymaeria czy Gorefest. Panowie połączyli swe siły i tak powstał ich debiutancki krążek w postaci „The Leaving”. To siedem kawałków, które utrzymane są w doomowym tonie z gotyckimi naleciałościami. Poruszają one tematykę, mówiącą o „emocjonalnych i psychologicznych cierpieniach osób, które zostały pozostawione w rozbitym związku”. Muzyka tej grupy jest pełnym odzwierciedleniem tych trudnych problemów, co zaowocowało posępnym albumem. Jego pesymistyczny wydźwięk skonstruowano za pomocą ciężkich i mozolnie płynących riffów, które mocno kojarzą się z funeralną odmianą doom metalu. Są to gęste i przytłaczające pływy, zbudowane na minimalnej liczbie akordów, które zakończone są przeważnie na pustych strunach, co poszerza głębię i nastrojowość aranżacji. Rezonują one w nieskończoność, zsyłając pokaźne pokłady przytłaczającej i depresyjnej atmosfery. Na tym jednak muzyka The Leaving się nie kończy, bo panowie potrafią od czasu do czasu poderwać swoje instrumenty do ociężałego kłusu, wprowadzając tym samym nieco melancholijnego i gotyckiego klimatu. Serwują wtedy kostkowanie w średnim tempie, w technice i melodyjności zaczerpniętych wprost z gockiego metalu śmierci. W tych momentach muza skręca zdecydowanie w rejony, jednoznacznie kojarzące się z w czesnymi produkcjami takich tuzów tego gatunku jak Paradise Lost, Anathema czy My Dying Bride. Riffy te w połączeniu z monumentalnymi, grobowymi akordami, kreują pełną dramatyzmu aurę, która nie wyraża nic poza defetystycznymi uczuciami. Beznadziejność, tragizm i wyobcowanie sączą się tutaj z każdej nuty, co potęgują dołujące i okresowo desperackie growle oraz ambientowe przerywniki. Gotycki doom dla smutasów, ale nie nużący, bo kawałki nie za długie i kontrastująco do charakteru muzyki, z lekkością skomponowane. Płyta wchodzi gładko, wciągając bez trudu do swojego, przygnębiającego świata.

shub niggurath




Recenzja Bekor Qilish „Consecrated Abysses Of Dread”

 

Bekor Qilish

Consecrated Abysses Of Dread

I, Voidhanger Records (2026)

 


Bekor Qilish to jednosoobowy projekt, za których stoi pochodzący ze słonecznej Italii Andrea Bruzzone. Odpowiadający za wokale i wszystkie partie instrumentalne jegomość właśnie wypuszcza w świat swoje trzecie dzieło zatytułowane „Consecrated Abysses Of Dread” za sprawą I, Voidhanger Records. Jak to mawiają – do trzech razy sztuka. Poprzednie dwa materiały tego projektu, choć wpisywały się w lubiany przeze mnie nurt technicznego grania nie zdobyły w moich oczach większego poklasku, który nakazywałby twierdzić, że muzyka Bekor Qilish wybija się znacząco ponad przeciętność, żeby wracać do niej i ją rozpamiętywać. Tym razem może być inaczej, bo ten nieco mechaniczny brand black/death metalu został nieźle podkręcony i zdecydowanie jest tu na czym ucho zawiesić. Tak, Włoch odważnie poszedł w instrumentalne łamańce chyba po raz pierwsze robiąc to z przekonaniem, że jest to dobre. Bo jest to dobre. Późny Schuldiner, Arsis czy nieco bardziej kliniczne granie w stylu Obscura plecie się tutaj z nieco szwedzką odsłoną melodynego death metalu spod znaku Dawn, Gates Of Ishtar czy nawet wczesnego In Flames. Bez obaw – tanie melodie nas w tym przypadku nie zaleją, bardziej mi chodzi o ten podskórny pierwiastek blackmetalowy, których gdzieś w dorobku tych szwedzkich zespołów wybrzmiewa. Rzeczywiście, te kompozycje są nienagannie rozbudowane i naszpikowane technicznymi fajerwerkami, dzięki czemu miłośnicy molestowania gryfów mogą się podelektować i rozkładać kolejne frazy na czynniki pierwsze. Zapraszając do nagrań gości pokroju Mick Barr (m.in. Krallice, Orthrelm i The Overmold), Gabriele Gramaglie (Cosmic Putrefaction) i Saprovore (Strigiform) Włoch naznaczył swój obszar eksploatacji muzycznej i całkiem skutecznie się w nim odnajduje. Pewna doza awangardy i pozornej przypadkowości nie wpływa na całościowy, bardzo pozytywny odbiór tego albumu. Jeśli miałbym się czegoś to brzmienia perkusji, które sprawia wrażenie automatu lub programowanej perkusji, a może nawet którymś z nich jest. Brzmi to strasznie sterylnie i płasko i generuje jednak pewną dozę niesmaku przy odsłuchu. Ne zmienia to jednak faktu, że pełniak Bekor Qilish to kawał jakościowego grania, choć skierowanego raczej do dość wąskiego grona odbiorców.

                                                                          Harlequin




wtorek, 10 marca 2026

Recenzja Melting Rot „Infatuation with Premeditation”

 

Melting Rot

„Infatuation with Premeditation”

Hells Headbangers 2026

Nadszedł taki dzień, że zachciało mi się posłuchać jakiegoś grinda. A na poletko z tym gatunkiem zaglądam raczej sporadycznie. No, ale za tym, by dać szansę Melting Rot przemawiało przynajmniej kilka czynników. Po pierwsze – zajebista nazwa. Bo nie, że rozkład, ale wręcz taki obślizgły, niejednego zapewne przyprawiający o mdłości. Dwa – rymowany tytuł. Czyli szansa, że będzie niezły groove, czyli tańce hulańce, swawola. Trzy – płytę wydaje Hellsbangers, czyli label, który najczęściej się nie myli. No i numero czwarte – okładka. I tu chyba tłumaczyć niczego nie muszę, bo nie chce mi się tu przytaczać sloganu reklamowego Media Markt. Materiał ten, jak na grind przystało, krótki. Ot, jedenaście kawałków w siedemnaście minut. Szybki wpierdol i do domu. W zasadzie jest to klasyka. Tylko tych „klasyk” ów gatunek ma kilka. Ta konkretna pochodzi z podszufladki, w której możemy też znaleźć takie twory jak Pigsty czy Insect Warfare. Zatem jednak groove’u tu mało, a sporo napierdalania, parcia naprzód, na ślepo, bez oglądania się na konsekwencje. Owszem, przewijają się tu co chwile jakieś bardziej chwytliwe akordy, i chyba właśnie dzięki temu muzyka ta nie jest jedynie bezkompromisowym nakurwem dla upośledzonych. Same kawałki są jednak, temu nie da się zaprzeczyć, niemal bliźniaczo do siebie podobne, przynajmniej aranżacyjnie, z tym mocnym zastrzeżeniem, że Amerykanie w tym bardzo sztywnym obramowaniu starają się jednak robić co mogą. I w tym przypadku doskonale rozumiem, dlaczego płyty grindowe, klasyfikowane jako pełniaki, często nie przekraczają dwudziestu minut. Bo taka kilkunastominutowa dawka skomasowanego hałasu jest w zasadzie odpowiednikiem dwu czy trzykrotnie dłuższego albumu z gatunku death, black czy thrash metalu. A Melting Rot czynią zniszczenie błyskawicznie, będąc faktycznie takim koncentratem energii. No dobra, ale zespołów podobnego pokroju jest milion, to czym się ten band wyróżnia na tle całości? Przede wszystkim nieprzyzwoicie dosadną ilością „świniaków” na wokalu. I o ile zawsze twierdziłem, że jest to zajebista grindowa wstawka wokalna, ale nie wyobrażałem sobie, by ktoś jechał jedynie w takich tonacjach, to w przypadku Melting Rot, którzy rzeczonej maniery używają w chuj często, wcale mnie to nie drażni, a wręcz przeciwnie. Idealnie pasuje do tego tornada, które chłopaki rozkręcają. Cóż zatem mam zrobić, jak nie polecić tych pięknych piosenek, nie tylko maniakalnie oddanym fanom gatunku. Mi ten krótki strzał w pysk zrobił bardzo dobrze, i, jak bozia da, jeszcze kiedyś sobie do niego wrócę. Klasyka gatunku z gatunku tych, co to warto znać.

- jesusatan




Recenzja NO/MÁS „No Peace”

 

NO/MÁS

„No Peace”

Redefining Darkness Records 2026

Może znacie, bo ja, jak dotąd nie, ale już znam. Ci czterej panowie są z Waszyngtonu, lecz w żadnym razie na Iran napadać nie zamierzają. Napadają za to na swoich fanów drugim już w swojej karierze krążkiem. Amerykańce szyją grindujący metal śmierci, który podąża przed siebie w zmiennych tempach, zasypując blastami, miażdżącymi zwolnieniami i bardziej skocznymi akordami. Czasem zaskoczy on krótką solówką, innym razem noisowym przesterem lub przerywnikiem na basie. Wszystkie te elementy wraz ze zmiennymi wokalizami tworzą intensywną i brutalną muzę, która złożona jest również z szybkiego, biczującego kostkowania. „No Peace” ucieka także chwilami w lżejsze rytmy upodabniając się do późniejszej Sepultury, a nawet skręcając w rejony bliższe zmetalizowanemu core’owi w typie Pro-Pain czy też wczesnego Downset. Jednakże death metalowe mielenie i grindowe ataki stanowią większość tego materiału, który został zawarty w dwunastu, krótkich utworach. Katują one przez prawie 22 minuty, swoimi gęstymi riffami, które okresowo przechodzą w dość chaotyczną napierdalankę. To w obrębie tego sposobu na granie, mocne kompozycje, które zwięźle wypowiadają się na polityczne, antywojenne (więc na pewno NO/MÁS nie ma nic do Iranu) i poświęcone wszelkim niesprawiedliwościom społecznym, tematy. Jak dla mnie, fuzja tych wszystkich występujących tutaj pierwiastków, niczym szczególnym się nie wyróżnia i jest najzwyczajniej w świecie, typowym rzępoleniem w tym stylu. Stylu, który trochę łączy późniejszy Napalm Death, dokłada to tego odrobinę Brutal Truth i posypuje całość szczyptą wyżej wymienionych Nowojorczyków czy czymś w rodzaju Exhorder. Wyszedł z tego taki ciężki crossover, który doskonale sprzedaje się w USA lub wśród fanów takiego grania. Mi nie leży, ale miłośnicy takiego ujęcia nie powinni być zawiedzeni.

shub niggurath




 

poniedziałek, 9 marca 2026

Recenzja Mylingar „Út”

 

Mylingar

„Út”

Amor Fati 2026

 


Przyznam się, szczerze, że kiedy zobaczyłem w skrzynce odbiorczej promo nowego albumu Mylingar, to aż podskoczyłem z radości, a pierwszą rzeczą jaką zrobiłem kiedy tylko odfajkowałem wszelkie obowiązki domowe, było założenie słuchawek i… zejście do piekła. Stamtąd bowiem, bankowo, dźwięki tworzone przez ten tajemniczy szwedzki projekt pochodzą. Może właśnie dlatego do dziś nie wiadomo, kto tak naprawdę za Mylingar odpowiada, bo całkiem możliwe, iż są one transmisją z zaświatów, a konkretnie z ich ciemnej strony. No ale dość bajania, przejdźmy do rzeczy. „Út” to dokładnie to, na co czekałem po wybijających się zdecydowanie, i to pod każdym względem, ponad przeciętność trzech częściach trylogii „Döda”. Zdaje się, że projekt ten, mimo iż płynie w wyznaczonym przez samych siebie kierunku, z albumu na album dojrzewa. Nie powiem, że ewoluuje, bo byłoby to zapewne omylnie zrozumiane, ale pomału dopracowuje swoją własną, autorską formułę na death / black metal. Mylingar nie da się bowiem pomylić z żadnym innym zespołem, Sposób w jaki muzycy aranżują poszczególne, najczęściej osadzone w wysokich tempach, kompozycje, jest charakterystyczny tylko dla nich. Ta zawiłość riffów, gdzie linie gitarowe przeplatają się nawzajem, tworząc coś, co na początku można odebrać jako chaos, a przynajmniej dysonans, a ostatecznie, jeśli tylko spędzimy z „Út” trochę czasu, krystalizujące się w obłąkańcze wizje, sprawia, że kompozycje Mylingar mogą przeciętnego słuchacza wręcz odpychać. Bo tutaj nie ma łatwych melodii wysuniętych na pierwszy plan. One skryte są pod powierzchnią, często majacząc gdzieś w tle. W ich odkrywaniu bynajmniej nie pomaga, a wręcz przeszkadza wyjątkowo brudne, surowe brzmienie, z niepodrabialnym strojem gitar. Zaznaczam – surowe, nie lo-fi. Pod tym względem Mylingar też znalazł własną formułę, której się trzyma, wprowadzając w zasadzie kosmetyczne poprawki. Cóż można powiedzieć o wokalach? To bardziej spazmatyczne wymioty niż klasyczny growl, a w niektórych partiach śpiewak musi język wypluwać przynajmniej do pasa, by wydobyć zalegającą mu gdzieś na samym dnie wnętrzności żółć. Niezwykle precyzyjnie pracuje tutaj sekcja rytmiczna. Zarówno wyraźny bas, jak i działająca z chirurgiczną precyzją perkusja, chwilami wystukująca kompletnie kosmiczne, niespodziewane patenty, na zasadzie improwizacji, jak choćby w „af”. No i te nagłe przejścia w blasty, podczas gdy bas i gitara grają jakby zupełnie dwa nie związane ze sobą utwory… Na tej płycie jest tyle smaczków, tyle fenomenalnych zagrywek, że można jej słuchać w nieskończoność. I w bardzo umiejętny sposób łączy ona w sobie nauki klasycznych mistrzów ze sceną bardziej współczesną, chwilami nawet awangardową. A wieńczący ją jedenastominutowy kolos „Neðan”, z niesamowicie chorowitym zakończeniem, to jest mistrzostwo naszego układu słonecznego. Na pewno to, co tworzy Mylingar jest jedyne w swoim rodzaju, a „Út” bezapelacyjnie potwierdzą klasę zespołu, i niesamowicie winduje ich pozycję w moim osobistym rankingu. Ależ to jest, kurwa, dobre!

- jesusatan




Recenzja Multiwomb „Anatomy of Gorelust”

 

Multiwomb

„Anatomy of Gorelust”

Grave Island Records 2026

 


Co jak co, ale gościa z okładki spotkać to bym nie chciał. Multiwomb najwyraźniej takich oporów nie mają, bo nawet skomponowali dla niego dziewięć numerów, które składają się na ich debiutancki krążek. To trzech, pochodzących z Indonezji facetów, którzy jak można się domyślić z załączonego obrazka, nie gustują w wysmażonym, lecz w krwistym mięsie. To tradycyjny i podziemny death metal, hołdujący flakom, litrom juchy, śmierdzącym płynom ustrojowym i wszelkiej zgniliźnie. Z każdego kawałka tej płyty wypadają ludzkie szczątki, flegma, ekskrementy i cuchnące wnętrzności. „Anatomy of Gorelust”, to adoracja śmierci we wszystkich jej przejawach i wszystkim, towarzyszącym jej elementów. Zbiór blastów, ciężkich zwolnień i mielących akordów. Zwarte brzmienie gitar, zagęszczone mięsistym basem i kontrastowo zestawioną z wiosłami perkusją, ponieważ jej barwa kojarzy się z napierdalaniem pałeczkami w plastikowe kubki lub wiadra. Za instrumentami podążają oczywiście wokale, które są soczyste, ale nie do przesady, bo to raczej ropny głos szalonego mordercy niż obleśnego, bulgoczącego zombie, doskonale pasujący do indywiduum z oprawy graficznej. Death metal od tej trójki Indonezyjczyków leci jak na ten region kuli ziemskiej przystało. Jest tu surowo, intensywnie i brutalnie. To ekstremalna muza, która uderza z pełną siłą w każdym tempie, serwując rzęsistą ścianę dźwięku. Poniewiera ona swą czyściuteńką formą, dostarczając śmiercionośnych wrażeń. Jak niegdyś Pyaemia czy Inveracity, podąża drogą skąpaną we krwi, kreśląc przy jej użyciu swe sugestywne obrazy. Dziewięć nie za długich strzałów, przy których nudzić się nie można, bo pomimo utartego wzorca, fundują łatwo wpadające w ucho harmonie i zmienną rytmikę, które trafiają bez pudła. Miłośnikom gore’owych klimatów wejdą bez popitki.

shub niggurath




niedziela, 8 marca 2026

Recenzja Ain Sof Aur “Theos-Vel-Samael”

 

Ain Sof Aur

“Theos-Vel-Samael”

I, Voidhanger Rec. 2026

Ciekaw jestem ile z was słyszało dotychczas o Ain Sof Aur. A zespół to wcale nie młody, bowiem swoją obecność na scenie zgłosił już równe dwie dekady temu. Co prawda panowie do najbardziej pracowitych nie należą, bo w przeciągu tych dwóch dekad dorobili się zaledwie trzech demówek, splitu, i trzech materiałów pełnowymiarowych, z których to najnowszy właśnie dziś na tapecie. Jeśli powiem wam, że zespół pochodzi z Brazylii, i gra death / black metal, to bankowo pomyślicie o czymś kompletnie innym, niż na tej płycie znajdziecie. Nie, nie ma tu powiązań z Sarcofago, Sepulturą czy innym Volcano. Choćby z tego powodu, że Ain Sof Aur grają stosunkowo powoli. Przynajmniej przez zdecydowaną większość czasu. Panowie starannie budują napięcie, tworząc mistyczną, czy wręcz okultystyczną atmosferę swoich kompozycji, uciekając się do pokombinowanych akordów, często na zasadzie rzeźbienia nieco w stylu francuskim przy akompaniamencie powolnie wybrzmiewającym dźwięku drugiej gitary. Turpistycznego nastroju dodają też umiejętnie dawkowane klawisze, stosowane miejscowo, w sposób bardzo oldskulowy. Biorąc pod uwagę, że kompozycje na „Theos-Vel-Samael” są z gatunku długich, bo na czterdziestosześciominutowy krążek składają się tylko trzy, możecie sobie wyobrazić, że jest to raczej granie z gatunku tych, których słucha się na lekkiej umysłowej fazie. Tutaj każdy dźwięk jest ważny, dlatego też całość stanowi nierozerwalny monolit, którego rozbijanie na części pierwsze mija się z celem. Niemniej jednak wspomnieć muszę, że wydawnictwo to nie zawiera jedynie smolistej cieczy. Co jakiś czas muzycy zrywają się do galopu, i nierzadko w momentach tych, poza Deathspell Omega, da się także wyczuć inspiracje zamorskie, pod postacią Immolation. To chyba te dwie nazwy najbliżej wskazują na to, czego możecie się po trzeciej płycie Ain Sof Aur spodziewać. Jak już zaznaczałem, materiał ten brazylijski nie jest ani trochę (no chyba, że weźmiemy pod uwagę moment trybalny w środkowej części „II”, aczkolwiek stanowi on jedynie krótki fragment całości, i chyba mimo wszystko bardziej podchodzi pod dźwięki rytualne), także pod względem brzmienia. Brak w nim surowości, a dominuje przede wszystkim ciężar, jak najbardziej organiczny, i gęstość, co, patrząc obiektywnie, idealnie uzupełnia się z dość posępnym obliczem muzycznym. Warto sobie rzucić uchem na „Theos-Vel-Samael”, w najgorszym przypadku nawet z pobudek edukacyjnych, żeby zobaczyć, że w Brazylii też potrafią grać inaczej, zupełnie pod prąd. No a poza tym, to naprawdę solidny krążek, który nie leci do kosza po jednym odsłuchu.

- jesusatan




Recenzja Cryptic Shift „Overspace & Supertime”

 

Cryptic Shift

„Overspace & Supertime”

Metal Blade (2026)

 


Raz na kilka lat trafiają się albumy-molochy, rozpasane dzieła budzące z jednej strony niechęć swoim przepychem, intensywnością i rozmiarem, a z drugiej strony respekt, szacunek i podziw, za sprawą tego samego. Albumy to niełatwe, często budzące skrajne emocje. By nie szukać daleko wystarczy wspomnieć relatywnie niedawno wydany „Vitriseptome”, czy odrobinę dawniej „Lunaterial”. Albumy to na tyle rozpoznawalne, że nazw artystów przytaczać chyba nie muszę. Do tego grona śmiało należy dopisać najnowszy, drugi już album Brytoli z Cryptic Shift. Wydany przed sześcioma laty „Visitations From Enceladus” już wtedy pokazywał, że Ci goście nie boją się długich form, nie boją się klasycznego thrashu (który nota bene jest chyba najbardziej wyeksploatowanym gatunkiem muzycznym na Ziemi) i nie boją się kombinować. Ale kto by się spodziewał, że za sprawą „Overspace & Supertime” wpierdolą się z buciorami na salony i dopierdolą 80 minut muzyki zamkniętej w pięciu kompozycjach, z których najdłuższa trwa blisko pół godziny. Grunt na jaki Angole wkroczyli to ruchome piaski, bagno, które może pogrzebać artystę szybciej niż sam się tego spodziewa, obnażyć wszelkie słabości nagrania i rozdmuchać je do gargantuicznych rozmiarów. Jako przykład przytoczę ostatni materiał Blood Incantation – album przyjemny, a właściwie nawet dobry, w którym schematyczny przeplataniec elektroniki Tangerine Dream z metalem śmierci z każdą minutą zaskakiwał i wciągał mniej niż bardziej. „Overspace & Supertime” to płyta metalowa z krwi i kości, na której inspiracje rockiem progresywnym lat 70. są  rzeczywiście inspiracjami a nie kalkomanią lub imitacją. Crimsonowy surrealizm i hammillowa narracja są tutaj jedynie punktem wyjścia do muzycznej uczty, na której królują thrash i death metal. Schuldinerowa dyscyplina aranżacyjna i wykonawcza, voivodowy kosmos, nocturnusowy, nieco infantylny, ale i pierwotny animusz i vektorowe tempo – muzyko Cryptic Shift udało się to wszystko uchwycić, zrozumieć, zaadaptować i przetrawić na swoje. „Overspace & Supertime” to album kurewsko intensywny, bezkresnie pomysłowy, aranżacyjnie napuszony jak paw, a przy tym metalowy do szpiku kości. O ile pierwsze odsłuchy poddawały we mnie w wątpliwość sens pisania tak długich kawałków, tak każdy kolejny odsłuch otwierał przede mną kolejną małą furtkę do zrozumienia i celowości kolejnych zabiegów. Pewnie wiele furtek na tym albumie jeszcze przede mną do otwarcia, ale teraz niezmiernie się ciesze z tego, że ten album jest jaki jest. A jest on po prostu jak prawdziwa, muzyczne czarna dziura, która umie bawić i cieszyć się konwencją jednocześnie będąc bardzo muzyczną, stawiającą przed słuchaczem nie tylko ogromne wyzwanie, ale oferując w zamian naprawdę kupę radochy. Panowie z Cryptic Shift w żadnym momencie nie puszą się muzycznie, nie epatują niekończącymi się popisami instrumentalnymi, nie bujają w obłokach i nie próbują naginać tego swojego muzycznego świata, aby był bardziej „true”, bardziej poważny, ambitny. Wręcz przeciwnie – z tych dźwięków płynie niekłamana radość i szacunek dla metalowej tradycji przełomu lat 80. i 90. Ci goście bardzo często na tym materiale stąpają twardo po ziemi, operując niejednokrotnie graniem, które już kiedyś słyszeliśmy, ale robią to z taką klasą jakby sami cieszyli się, że mogą oddawać hołd temu, na czym się wychowali. Ta płyta jest wspaniała, ta płyta jest fascynująca, ta płyta jest na swój sposób piękna, na swój sposób sentymentalna, zupełnie jakby Ci goście znaleźli nagle w szafie swojego ukochanego misia z dzieciństwa i postawili go w roli szefa pośród wszelkich nowszych zabawek. Takie jest właśnie „Overspace & Supertime” - przepastne i ponadczasowe. Jestem święcie przekonany, że za bardzo niedługo będziemy mówili o tym albumie w kategorii klasyki i stawiali go obok dokonań Voivod, Death, Atheist i kilku innych ambitnych i wartościowych artystów z kręgu bardziej technicznego grania. Płyta z gatunku „tak się teraz nie gra”, płyta z gatunku tych wybitnych, których można nie kochać, można nie rozumieć, ale nie wypada nie usłyszeć. Tak, jest to płyta, którą koniecznie trzeba mieć w kolekcji, nawet jeśli, kiedy kurz i emocje opadną, będzie się jej słuchało rzadko. Ale jak już wjedzie na odtwarzacz, to świat wkoło będzie mógł nie istnieć.

                                                             Harlequin




sobota, 7 marca 2026

Recenzja Vitamin X „Ride the Apocalypse”

 

Vitamin X

„Ride the Apocalypse”

Svart Rec. 2026

Nooo, tego się po Svart Records nie spodziewałem. Nie, żeby nagle Finowie zajęli się muzyką z gatunku pop, ale punkowego grania w ich katalogu zbyt wiele jednak nie ma. A Holenderski Vitamin X to właśnie taki band będący swoistym crossoverem. Znaczy się, poza wspomnianym punkiem, wtłaczającym w swoje kompozycje sporo hard core’a czy klasycznego thrashu. No i w zasadzie już na początku powiedziałem wszystko, co musicie wiedzieć, bo dalsze w temacie dywagacje będą jedynie nabijaniem ilości słów w tekście, za który i tak nikt mi nie zapłaci haha! Jebał to pies, nie dla kasy człowiek muzyki słucha, a dla własnej przyjemności. A „Ride the Apocalypse” owej przysparza pod dostatkiem. Powiem wam, choć pewnie już wcześniej o tym wspominałem, że jestem wielkim fanem grania pod nutę S.O.D. i im podobnych. Jestem też wielkim fanem zespołów, które w chuju mają trzymanie się wszelkich wzorców, czy panującej obecnie mody. Bo wystawiony publiczności, zwłaszcza tej mainstreamowej, środkowy palec uważam za podstawową zaletę kapel, z jakiejkolwiek „szufladki” by nosa nie wyściubiały. Kolesie z Amsterdamu trochę już nagrali, bo na scenie obecni są zdrowo od ponad dwóch dekad. Tym bardziej jestem zszokowany, że wcześniej na nich nie trafiłem, bo chłopaki na swoim siódmym (!!!) krążku robią taką rozpierduchę, że pobiegłem do najbliższej apteki po pampersa. W ich muzyce jest tyle energii, że nawet katatonik powstanie i zatańczy Sambę. Środki stosowane przez Vitamin X są banalne, powszechnie znane i uznawane powszechnie za standard. Chwytliwe riffy, chóralne zaśpiewy w refrenach, prostota granicząca z neandertalizmem, czy przede wszystkim ten naturalny, ubrany w krótkie spodenki, czapki z daszkiem i bezrękawniki z numerem ulubionego koszykarza numerem flow, to główna zaleta Holendrów. W zasadzie każdy kawałek na tym płytągu jest koncertowym hitem. Przy każdym pięść się zaciska i wędruje w powietrze, bo usiedzieć przy tych piosenkach spokojnie się nie da. Świetnie to brzmi, bo się realizator postarał, tym bardziej dla niego oklaski. Czy mam jakieś ale? No, kurwa, nie mam. Ja chcę tą płytę mieć na półce! Kocham takie granie.

- jesusatan