niedziela, 11 października 2026

Recenzja Funeral „Funeral”

 

Funeral

„Funeral”

Caligari Rec. / Black Legion Rec. 2026

Mimo iż Funeralami scena na przestrzeni lat nam wyjątkowo obrodziła, ten konkretny jest świeżutki i pochodzi z Limy. O personaliach muzyków w zasadzie wiadomo tyle co nic, a ja słuchając tego debiutanckiego materiału dwa razy sprawdzałem, czy zespół aby na pewno nie pochodzi z Chile. Bardzo mocno bowiem mi się ten materiał skojarzył z pochodzącym z tamtego kraju Sign of Evil. Wychodzi jednak na to, że po prostu kolesie podeszli do black metalu w podobny sposób co pan Witchfucker. Kto wspomniany projekt zna (przyznam osobiście, że od czasu przejścia pod skrzydła Edged Circle straciłem z nim łączność, ale demo pamiętam doskonale), wie doskonale czego się spodziewać. Black metal – tak, ale zagrany na lekkim kwasie, z licznymi odjazdami, czy też odlotami w przestrzeń kosmiczną. Samo brzmienie gitar jest bardzo charakterystyczne. Konkretnie ich strój to odpływ w opary opium, tudzież inne odurzacze. Zresztą doskonale współgra ono z liniami melodycznymi, często błądzącymi gdzieś po suficie, raz łapiące ostrość i kierunek na pierwszą falę, miejscami także drugą, zahaczające po drodze o klasykę nawet heavy metalu, totalnie nieprzewidywalnymi, acz nie będącymi przesadnią awangardą. Ten właśnie balans jest największą zaletą Funeral. Oni rzeźbią w czarnej bryle, zachowując w ostatecznym rozrachunku jej pierwotną wartość. To bardzo ciekawa, i przyznać należy, że oryginalna kombinacja, bowiem zespołów grających w ten deseń na rynku jest jak na lekarstwo. Może trochę to też przypomina, po części, Funereal Presence, ale to już chyba doszukiwanie się koneksji na siłę. Z drugiej strony, są na tych nagraniach także patenty niemal punkowe (patrz: „Tumbas Vacias”), co czyni ten materiał jeszcze bardziej interesującym. Przy okazji wspomnieć można, że panowie grać na swoich instrumentach potrafią, i nawet jeśli motywy przewodnie często nie wychodzą poza rejony stosunkowo proste, to miejscami słychać u nich instrumentalny kunszt. Nad wokalami rozpływać się nie będę. To głównie blackmetalowa klasyka, choć i na tym polu parę urozmaiceń się trafia. Summa summarum, „Funeral” to wyjątkowo udane demo, mocno wciągające i dające spore nadzieje na przyszłość. Nie przegapcie, bo będziecie żałować.

- jesusatan




Recenzja Lugubrious Garment „In the WideVale of Uncreated Night”

 

Lugubrious Garment

„In the WideVale of Uncreated Night”

20 Buck Spin 2026

Jeśli komuś podobały się fikołki, salta i inne akrobacje w wykonaniu pana o inicjałach GG, którymi popisywał się na demosie w zeszłym roku, to z pewnością sięgnie po ten debiutancki krążek i nie będzie rozczarowany. Jest to bowiem kontynuacja wygibasów Lugubrious Garment w formie mieszanej, ponieważ w dalszym ciągu to fuzja death metalu, grindu, gruzu i modernistycznych wykrętasów. Duszna i ciężka muza, której ADHD nie pozwala na dłuższe stanie w miejscu więc pędzi, zapierdala, zwalnia i zapętla, nieustannie zmieniając sposób na kostkowanie. Oprócz gwałtownego charakteru posiada też złożoną naturę, której nakładających się na siebie świadomościowych labiryntów, mógłby pozazdrościć niejeden autystyk. Obrazem tego jest wielopłaszczyznowość tekstur, które ciągle się na siebie nakładają, tworząc mnogość planów tego szalonego kolażu, dzięki czemu słuchacz z każdym następnym odsłuchem tego materiału, może odkrywać co raz to nowe dźwięki i zagrywki. Rozkoszować się nowomodnymi dysonansami, które przechodząc w techniczne formy, zamieniają się w proste, furiackie ataki, aby znów zakręcić się w kółko lub o 180 stopni by znowu zagmatwać, pozbawić powietrza, spowodować mętlik w głowie, doprowadzając w najlepszym razie do migreny, a w najgorszym wpędzić w szaleństwo. Death metal okrutny w swej niezrozumiałości. Pożeracz światła i wysysacz dusz. Powala nie tylko swoją gwałtownością, ale także organiczną produkcją. Smolista i zarazem dynamiczna muzyka, która początkowo brzmi jak lawina spadających kamieni. Jeśli damy jej czas, to odkryjemy, że pomiędzy tymi kamieniami spada na nas coś jeszcze. Cios. Polecam.

shub niggurath




Recenzja Last Agony „Death Wave”

 

Last Agony

„Death Wave”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Sentient Ruin Laboratories to na tyle ciekawa wytwórnia, że zabiera na pokład nie tylko zespoły stricte metalowe. Odstępstw od tematu było na przestrzeni ostatnich lat tyle, że nawet nie będę sobie zawracał głowy wymienianiem w tym momencie konkretnych nazw. Kto śledzi, ten wie. Dziś na tapecie mamy drugi album pochodzących z Toronto napierdalaczy z Last Agony. Zespół pierwsze demo wydał w osiemnastym, potem była EP-ka i osiemnastominutowy debiut. Po szybkiej kalkulacji daje nam to wynik twórczy na poziomie niespełna dwudziestu sekund miesięcznie. No, pracowici są w chuj. Ale nie tempo się liczy, a jakość. A ta jest stosunkowo wysoka. Nawet biorąc pod uwagę, że poziom oryginalności tych piosenek jest dopiero, że się posłużę terminologią gejmerską, na wstępnym stadium budowania postaci. Czyli goło i wesoło. Czy to coś robi? Absolutnie nie. Otwieracz pod tytułem „Death Wave” brzmi bardzo mocno jak stary Terrorizer. Jest brud, jest pierdolnięcie, jest jebanie trendów. Do tego wściekłe wokale, rzygające żrącą żółcią. I to Napalmowe zwolnienie w połowie kawałka, fantastikko! Dalej pędzimy w podobnym klimacie, z tym zastrzeżeniem, że do piosenek Kanadoli bardzo mocno wkrada się punk, czy nawet bardziej crust. Skoczność, typowy rytm, z jednoczesnym deptaniem pedału gazu do maksimum. Owszem, jak to crust, sporo tutaj powtarzalnego schematu, jednak melodie gitarowe wynagradzają ów gatunkowy stempel. Zastrzec jednak należy, że o ile owe harmonie faktycznie są dość porywające, to już brzmienia tych nagrań zostało bardzo mocno przybrudzone, przez co „Death Wave” może niektórych poniekąd odstraszać. Będąc jeszcze przy melodiach, to trafiają się tutaj nawet akordy mogące kojarzyć się ze starym thrashem, czy też proto black metalem, co świadczy o tym , iż Last Agony w dupie mają czystość stylistyczną. Najważniejsze, żeby kopało dupę i bolało. Myślę, że muzykę zawartą na „Death Wave” idealnie odzwierciedla obrazek zdobiący to wydawnictwo. W sumie, kurwa, nic dodać, nic ująć. Dobra, bez zbędnego pierdolenia… Kto lubi crust, grind, i przede wszystkim brutalny brud, ten ma jebany obowiązek sprawdzić ten album. Nie jest to kamień milowy, ale na pewno pozycja, której na półce fanatyków zabraknąć nie powinno.

- jesusatan




piątek, 9 października 2026

Recenzja Avulsed „Nordic Embryogenesis”

 

Avulsed

„Nordic Embryogenesis”

Xtreem Music 2026

Płyty z coverami, czy wszelkiego rodzaju tributy,  raczej nie należą do gatunku tych,  na które bym polował. Z bardzo prostej przyczyny – zazwyczaj jest to zbieranina pomysłów, wykonów lepszych i gorszych, często o nierównym poziomie. Z drugiej strony niewiele zespołów decyduje się na tak obszerne oddanie hołdu swoim mentorom w pojedynkę. Z podobnych wydawnictw posiadam jednak, i nawet stosunkowo często wracam, do pierwszej części „Future of the Past”. Vader odegrał tam same klasyki, i to w naprawdę mistrzowskim stylu. Podobnie do tematu podeszli panowie z Avulsed. Z tą jednak różnicą, że ich dobór zespołów oparty został głównie na tworach z głębszego undergroundu, a nie wyłącznie na filarach poszczególnych odłamów metalu.  Żeby wymienić z pamięci, nie zaglądając do kajetu, znajdziemy tu utwory Old Funeral, Amputation, Crematory czy Funebre. Pewnie, że nie są to nazwy nic nie znaczące, ale śmiem twierdzić, iż znane jedynie w określonych kręgach, głównie ludziom z siwiejącym od jakiegoś czasu włosem. Jak sobie Hiszpanie poradzili z tymi starociami? Cóż, ci, którzy śledzą Internety pewnie doskonale wiedzą, bowiem w cotygodniowym cyklu Dave Rotten serwował gawiedzi po jednym kawałku. Ja nie słuchałem, bo z zasady nigdy nie słucham singli. Dla mnie płyta, nawet będąca składanką, to jednak zawsze całość. Po zapoznaniu się z „Nordic Embryogenesis” jestem bardziej niż usatysfakcjonowany. Choćby dlatego, że Avulsed zagrali te stare klasyki na swoją charakterystyczną modłę. Nawet jeśli składy na spisie treści podchodziły do death metalu z nieco innej perspektywy, to tutaj wszystko brzmi całkiem spójnie, gdyż zostało oflegmione hiszpańskim sznytem zespołu, który przecież też można śmiało zaliczyć do prekursorów. Można powiedzieć, że to wydawnictwo to taki uścisk dłoni kolegom, z którymi współtworzyło się scenę w jej złotym okresie. Dla jednych ta płyta będzie podróżą sentymentalną, dla innych okazją do zapoznania się z nazwami, których być może wcześniej nie słyszeli. Fajny pomysł, jeszcze lepsze wykonanie, i tak szczerze mówiąc, szybciej włączę sobie ponownie tego składaka niż którąkolwiek z późniejszych płyt Avulsed (nawet jeśli nie mam im nic do zarzucenia). Ode mnie brawa i wielki szacun.

- jesusatan




Recenzja Bone Gnawer „Idioms of Gore”

 

Bone Gnawer

„Idioms of Gore”

Iron Blood and Death Corporation 2025

Trzecia płyta tego szwedzko-amerykańskiego zespołu, to kolejna spóźniona premiera od Iron Blood and Death Corporation. Ci, którzy na co dzień pławią się w śmierć metalowych dźwiękach, wiedzą, że Bone Gnawer gra już od 2001 roku, ale szereg uwarunkowań nie pozwoliło mu chyba rozwinąć zanadto skrzydeł. No, ale mamy kolejny krążek, który serwuje nam dziewięć strzałów w moich ulubionych długościach, bo wszystkie z nich nie przekraczają czterech minut. To staroszkolne rzępolenie, które dostarcza mnóstwo nośnych akordów, tłumionego bicia w struny, kilku agresywnych galopad i sporo złowieszczych melodii. Całość wybrzmiewa dość masywnie, choć barwa gitar jest niezbyt ciężka, ale za to niezwykle chropowata i surowa. Podobnie jest z riffami, które mocno wskazują na to, że death metal na „Idioms of Gore”, mocno romansuje z thrashem, ale panowie sprytnie go zagęścili, modyfikując odpowiednio strój wioseł. Dużą robotę w tej kwestii zrobiła oczywiście zwarta sekcja rytmiczna jak i odpychające wokalizy. Tak właściwie to brzmienie stanowi o muzyce tej brygady, ponieważ odbiega nieco od zwyczajowego dla death metalu i spotkać je można raczej rzadko. Razem ze świdrującymi solówkami, boleśnie wkręca się między zwoje mózgowe, potęgując upiorną atmosferę. Klimat zaś „Idioms of Gore” posiada bez wątpienia charakterystyczny, będący czymś pomiędzy zimnym prosektorium a mrocznymi i śmierdzącymi bagniskami Florydy. Upodabnia to trochę death metal od Bone Gnawer do twórczości Necrophagia, co jest dodatkowo przyciągającym uwagę do tego materiału smaczkiem. Właśnie dzięki tej atmosferze warto sięgnąć po ten album, bo buduje ona naprawdę silne napięcie.

shub niggurath




czwartek, 8 października 2026

Recenzja Saprobiontic „Of Fire and Bloodshed”

 

Saprobiontic

„Of Fire and Bloodshed”

Black Lion 2026

Nie słyszałem nigdy o Saprobiontic, a zespół wydaje właśnie trzecią już w dyskografii płytę. Panowie pochodzą z Niemiec, i grają klasyczny, brutalny death metal. I w zasadzie… na tym by można zakończyć, bowiem jest to jeden z tych materiałów, które lewym uchem wpadają, a za sekundę, ze świstem wylatują prawym. Coś jednak postaram się napisać. Może zacznę od zalet. „Of Fire and Bloodsheds” nie jest płytą wkurwiającą ani nużącą. Bo muzycy starają się, by kompozycje oparte były na przynajmniej kilku riffach, czasem potasują tempo (choć w zdecydowanej większości mamy do czynienia z jazdą z mocno wciśniętym pedałem gazu), nie nużą wokalami na jedno kopyto (tutaj trafiają się modulacje, czy też nawet dialogi), miejscowo zaserwują jakąś nianachalną solóweczkę, albo włączą szatkownicę. Chyba do zalet też można zaliczyć samą stylistykę, bo to w zasadzie esencja tego odłamu gatunku z lat dziewięćdziesiątych, z inspiracjami pokroju Cannibal Corpse, Suffocation, a z naszego podwórka Devilyn czy Yattering. Słychać, że panowie grać potrafią, i pochwalić trzeba naprawdę sprawnego basistę, który to niejednokrotnie przebija się bardziej na wierzch ze swoimi pokombinowanymi ścieżkami. Teoretycznie zatem nie ma na co narzekać. Chyba że nie jest się przesadnym fanatykiem grania w tym stylu. Nie, że jakiś ze mnie antagonista, absolutnie. Tylko, że… takich solidnych płyt, którym „nie mam nic do zarzucenia” wyszło już w historii mnóstwo, i nadal wychodzi z tysiąc pięćset rocznie. A ta niczym szczególnym się naprawdę nie wybija. Ponadto, jak dla mnie, trochę zbyt ułożone jest brzmienie. Czysto tu, niby w starym stylu, ale jakieś to takie na zamówienie robione, i to z niewybitnym gustem. Idealnie współgrające z okładką, której z dobroci serca komentować nie będę. Przesłuchałem ten materiał dwa razy, i poczułem się jakbym przez tydzień jadł mielone na obiad. Niby danie treściwe, smaczne, ale w końcu może lekko zemdlić. Jak ktoś ma za dużo czasu, albo brutalny death metal to jego broszka numer jeden, niech se sprawdzi. Pozostali mogą sobie tym razem odpuścić.

- jesusatan




Recenzja Nekus / Bloodsoaked Necrovoid “Funerary Rites of Ancient Doom”

 

Nekus / Bloodsoaked Necrovoid

“Funerary Rites of Ancient Doom”

Caligari Rec. 2026

Znacie to uczucie, kiedy na widok zapowiedzi jakiegoś wydawnictwa rączki same klaszczą, nóżki przeskakują z niecierpliwością, a na twarzy maluje się nienaturalny wręcz grymas radości? U mnie owe symptomy objawiły się jak tylko znalazłem w skrzynce odbiorczej split dwóch uwielbianych przeze mnie kapel. Nie tracąc zatem ani chwili, rzuciłem się na to wydawnictwo, rządny gruzu, smoły, i wdzierającego się w nozdrza pyłu z trzęsących się ścian. Na pierwszy ogień mamy Niemców. Serwują oni tylko jeden kawałek. I co z tego, skoro trwa niemal dwadzieścia minut, i jest w nim wszystko, czego opętanej death metalem duszy potrzeba. Kto zespół zna, doskonale wie, że tutaj nie ma półśrodków. Jest przygniatanie, pozbawianie oddechu powolnymi akordami, na zasadzie zasypywania wilgotną glebą za życia. Owszem, pojawiają się w tej kompozycji także sezony burzowe, głównie w pierwszej części, jednak to właśnie te najwolniejsze partie zawsze stanowiły o sile i tonażu Nekus. W przypadku „Dakhma” owe doły są jakby bardziej nastrojowe niż dotychczas. Momentami przywodzą na myśl nawet klasyków pokroju Disembowelment, nawet jeśli same aranże nie są ubrane w to typowe dla Australijczyków brzmienie, tylko zdecydowanie bardziej przybrudzone i przyćmione czarnym, gęstym dymem. Pozostałe składowe tego numeru to klasyka Nekus. Charczące wokale, gęste gitary, mięsiste akordy. Dokładnie to, czego bym po chłopakach oczekiwał. Wyborność! Bloodsoaked Necrovoid swoją część splitu podzielili na trzy etapy, łącznie nieco ponad kwadrans… gruzu. No kto by się spodziewał, nie? I pierwsze co mi przyszło na myśl, to to, że i tym gentlemanom poszło się nieco bardziej w „klimat”, czego dowodem bardzo intrygujące, mroczne intro. Powiem wam szczerze, że jest to jedna z lepszych introdukcji, jakie słyszałem na przestrzeni ostatnich lat, choć kompletnie nieodkrywcza. Kolejne dwa „czaptery” to już autentyczne znęcanie się nad naszym marnym żywotem. Mozolne, niemal sadystyczne. Nie wiem czy Bloodsoaked Necrovoid zwolnili kiedykolwiek wcześniej aż tak bardzo jak na „The Unreachable Exaltation of Consumption”. Tutaj pierwsza część utworu ociera się o Winter. Podobnie jest w wieńczącym całość „A Respite from the Swallowing of Existence”, który rozgniata trzewia na brunatno czerwoną maź. A jest to walec niemal dziewięciominutowy, który dopiero pod koniec zaczyna zjeżdżać z górki. Biorąc rzecz za całość, można stwierdzić jedno. Ten split jest niczym szesnastotonowy odważnik spadający na głowę, niczym z skeczu Monty Pythona. Tylko że w tym przypadku nie jest to żart, a potężny cios, po którym nikt się nie podniesie. Ja powstać nie potrafię.

- jesusatan







Recenzja Nekro Cvlt Desecration „Purification in the Witchcraft Flames”

 

Nekro Cvlt Desecration

„Purification in the Witchcraft Flames”

Iron Blood and Death Corporation 2026

 


Powrót po dziesięciu latach tych szalonych Wenezuelczyków, uważam za udany. Tyleż samo, co lat przerwy od ostatniego albumu, tutejszych numerów klasycznego trasz-bleka robi naprawdę dobrze. Zgrabnie, lecz po staremu poprowadzone zajadłe riffy na podobę wczesnego Bathory, sporo d-beatów w stylu brytyjskiego punka, trochę zakręconego i nie do końca oczywistego kostkowania jak na „Obsessed by Cruelty” oraz odrobina demonicznych blastów, zalatujących Sarcofago. Ostre brzmienie, surowa sekcja rytmiczna i krzykliwie zadziorne wokalizy. Całość obdarzona prostotą wykonania, szorstkim charakterem i buńczuczną postawą, tworzy zajadły i przesiąknięty diabelską atmosferą metal, który wali po głowie i plecach, nie przejmując się czy boli. Szybka i nieokiełznana jazda w tradycyjnej formie, która może jest zgrana do bólu, czy jak kto woli, wylizana do kości, ale nie sypie się jak stare budownictwo, tylko daje tęgie lanie i przy okazji zaprasza do piekła, a tam przenosi w mgnieniu oka. To żywiołowa, kipiąca energią muza, która zapamiętale prze do przodu i nie bierze jeńców. Nie umizguje się do nikogo fałszywymi sztuczkami i plastikowymi koronkami. Nie puszy się wirtuozerią i modernistycznymi wywijasami. Furiacko kopie dupy i pierzę skórę, emanując staromodnym duchem, odzianym w skóry, łańcuchy i gwoździe. Chropowata, nieco przybrudzona produkcja oraz wkurw i klasyczna finezja, kreujące metal o autentycznie, satanicznym anturażu. Może to już było, ale co jakiś czas wracając, cieszy jak zawsze. Polecam. Wpierdol gwarantowany.

shub niggurath




wtorek, 6 października 2026

Recenzja Morgue „Herald the Dawn”

 

Morgue

„Herald the Dawn”

Godz ov War 2026

Morgue po raz szósty. A piąty po reaktywacji w dwa tysiące dwunastym. Nie jest to może intensywność wydawnicza powalająca na podłogę, ale przyznać trzeba, że przynajmniej trzy ostatnie krążki wychodzą wyjątkowo regularnie. To pewnie było zapisane drobnym druczkiem w kontrakcie z Godz ov War, bo Grzesiek to podstępny, stary lis. Jak by jednak nie było, trzeba bez krzyżowania palców za plecami przyznać, że wydawnictwa pod szyldem naszego labelu należą do bardzo udanych. I natychmiast dodać, że trzymają poziom, choć są w zasadzie każde się od siebie różni. Nie wiem czy Francuzi znaleźli jakiś złoty środek, czy taki właśnie ukształtowali sobie, nieco kameleonowy styl, ale mieszanie gatunków wychodzi im od sześciu lat wyjątkowo udanie. Nowy album nie da się sklasyfikować ściśle gatunkowo. Można natomiast powiedzieć o nim jedno. Jest brutalny. Tylko że owa brutalność niejedno ma tu oblicze. Bo, owszem, usłyszymy na tym krążku zaległe, sięgające początków istnienia Morgue elementy grindowe, przejedziemy się deathmetalowym rollercoasterem (a bo to raz bardziej technicznie, gdzie indziej prosto w mordę), ale przemierzymy też pokryte śniegiem górskie szczyty skandynawskie. Podczas owej podróży będziemy mieli okazję pomachać sobie rytmicznie owłosieniem głowowym, potupać nóżką niczym stary dziad na koncercie, co to chciałby ruszyć w tan, ale już reumatyzm nie pozwala, albo pomachać w powietrzu zaciśniętą piąstką, że tam niby się komuś odgrażamy. „Herald the Dawn” zawiera tyleż brutalizy co i chwytliwej melodii. Nie sposób bowiem zarzucić tym kompozycjom, że są po prostu wpadające w ucho. Oczywiście, żeby sprawa była jasna, nie mówimy tutaj o In Flames czy jakichś groove metalach, tylko o melodii mającej swój odpowiedni ciężar wagowy. Zresztą mamy jej w tych ośmiu kompozycjach kilka odłamów, od amerykańskiej po francuską czy nawet islandzką. Niby przez trzydzieści pięć minut nie znajdziecie na tym wydawnictwie nowych środków, a mimo to „Herald the Dawn” brzmi świeżo, intensywnie, na swój sposób oryginalnie. Dzięki temu słucha się go bardzo dobrze, lepiej, jeszcze lepiej, przy kolejnych odsłuchach. Pod względem brzmienia nie będę się produkował, bo w przypadku tego bandu jest to sprawa wiadoma. Wszystko cyka tu prawilnie, jak cykać powinno. Zresztą panowie zaznaczyli, iż żadne poprawki na pierwotną wersję nagrań nie zostały nanoszone, zatem możecie sobie wyobrazić jak organicznie to chodzi. Dobry album. Jak komuś podeszły przynajmniej poprzednie dwa, to ten może kupować w ciemno.

- jesusatan




Recenzja Lydiga „Bound to the Doomed Reign”

 

Lydiga

„Bound to the Doomed Reign”

Iron Blood and Death Corporation 2025

Lydiga pochodzi z Meksyku i poza paroma singlami w wersji digital, na swoim koncie posiada tą epkę, wydaną w grudniu roku poprzedniego przez Iron Blood and Death Corporation. Materiał w końcu dotarł do Polski więc kilka słów o nim wypada napisać. To sześć kawałków atmosferycznego black metalu w ujęciu raw. Nie znaczy to jednak, że Meksykanie raczą nastrojową wersją tego gatunku, serwując melancholijne, depresyjne bądź baśniowe akordy, podsycone klawiszowym podkładem. Jeżeli o syntezatory i akordy chodzi, to są one oczywiście tutaj obecne, lecz ich forma jest zgoła inna, bowiem to piwniczne lub jaskiniowe dźwięki posłużyły Lydiga do wykreowania „Bound to the Doomed Reign”. Meksykanie grają na wysoko nastrojonych gitarach, którym akompaniuje wycofana sekcja rytmiczna i elektroniczne pasaże. Całość obdarzona jest surowym brzmieniem, tak żeby sprawiała wrażenie, że muzyka dochodzi do nas jakby z katakumb, co potęgują upiorne i wsparte pogłosem wokalizy. To posępna i przesiąknięta złem gędźba, która liryzmem i nostalgią nie zachwyca, ponieważ królują w niej mroczne i złowieszcze riffy, którewraz z lodowatymi tremolo swoją przyswajalnością nie rozpieszczają. Płyną one w spokojnych, wręcz jednostajnych tempach, hipnotyzując i z cierpliwością infekując odbiorców, którzy wiedzeni, sączącymi się z tego krążka nutami, brną za nimi w pozbawioną światła otchłań. Muzyka Lydiga to surowy black metal o klimatycznym usposobieniu, lecz w odróżnieniu od zwyczajowego, szerzej znanego, atmosferycznego ujęcia, jest on skrajnie mizantropijny i przytłaczający. Jego zdeformowane przez szumy i wysokie rejestry brzmienie, bez trudu przyciągnie do siebie fanów podziemia, do którego wielbiciele mainstreamu nigdy wejść nie zdołają.

shub niggurath


https://ironbloodanddeath.bandcamp.com/album/bound-to-the-doomed-reign

poniedziałek, 5 października 2026

Recenzja The Lovecraft Sextet „Penance”

 

The Lovecraft Sextet

„Penance”

Debemur Morti 2026

 


The Lovecraft Sextet to twór teoretycznie leżący poza moim zasięgiem zainteresowań. Teoretycznie, bowiem jeśli ktoś uważny, spostrzeże, że ów projekt Jasona Köhnena pojawiał się uprzednio na Apocalyptic Rites już dwukrotnie, i zawsze oceniany był przeze mnie w samych superlatywach. No ale jakże mogłoby być inaczej, skoro facet, nawet stosując niekonwencjonalne środki, trafia mnie w czuły punkt. Projekt ten jest o tyle ciekawy, że za każdym razem swoje wydawnictwa opiera o konkretną inspirację. I tak, był już Psalm 51, opowieści H.P. Lovecrafta, czy stare kino. Tym razem nadszedł czas na czerpanie pomysłów z obrazu. A konkretnie siedemnastowiecznego malowidła Jana de Baena, przedstawiającego zmasakrowana ciała braci De Witt. Muzycznie płyniemy nadal w podobnym kierunku, a kompozytor bynajmniej nie ułatwia nam zadania. „Penance” to nadal muzyka złożona, niekonwencjonalna, chwilami przypominająca czystą improwizację (zwłaszcza we fragmentach bardziej intensywnych, w których pojawiają się także elementy black metalu, choć w bardzo ogólnym tego gatunku pojęciu). Z drugiej strony, to chyba najbardziej emocjonalne wydawnictwo jakie się pod rzeczonym szyldem ukazało. Mnóstwo tutaj wolnych partii, pełnych lamentu, pogłębianego przez dźwięk trąbki, która zawsze jakoś wpływała na mnie dołująco. Bardzo dużo też kobiecych, monumentalnych wokali, za które odpowiada sopranistka Lilian Tong. Zaprawdę powiadam wam, jej głos potrafi oczarować. I dodać płycie czegoś na kształt rytualnego obrządku, czy religijnego uniesienia. Piąty album The Lovecraft Sextet to album może nie będący redefinicją dark jazzu, jednak chyba najbardziej ze wszystkich dotychczasowych wydawnictw zachowany w jego klimacie. Jeśli gustujecie w muzyce niestereotypowej, będącej mieszanką różnych stylistyk, mrocznej a jednocześnie podniosłej, to ten krążek jest dla was. I rozkładanie poszczególnych jego partii na czynniki pierwsze nie ma sensu, bowiem stanowi on jednolita całość, tak samo jak wspomniany obraz, którym został zainspirowany. Rzadko się zdarza, że zanurzam się głębiej w okołomuzycznej otoczce, jednak dźwięki „Penance” skłoniły mnie do bardziej kulturalnego riserczu. Zatem nie dość, że odbyłem pewnego rodzaju mentalną podróż (którą chętnie niejednokrotnie powtórzę), a nawet swoisty reset mózgu, to kilku ciekawych rzeczy się nauczyłem. Bardzo wartościowe wydawnictwo, bez dwóch zdań.

- jesusatan




Recenzja The Bleeding „Godless Communion”

 

The Bleeding

„Godless Communion”

Redefining Darkness 2026

„The Bleeding” to czwarty album Cannibal Corpse. Tak się akurat składa, że londyński The Bleeding wydaje swoją czwartą płytę (a pierwszą, z którą się stykam). Ot taka koincydencja, zupełnie nie mająca nic wspólnego z zawartością albumu, który właśnie się u mnie kręci. Choć, stop! Coś ma, ale o tym za chwilę. Brytole grają wspólnie od piętnastu lat, a ich twórczość określić można jako amalgamat death i thrash metalu, z niewielkim naciskiem na człon pierwszy. „Godless Communon” to dziesięć kawałków niezłego mordobicia mającego swoje inspiracje w klasyce obu gatunków z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Trzeba przyznać, że panowie bardzo zgrabnie łączą ze sobą śmiertelne zagrywki z thrashową prędkością i ostrością. Bo nie można powiedzieć, że jest to granie typu proto-death, także przecież mocno skażone thrashem, lecz świadome przeplatanie wspomnianych odłamów. Niech dowodem na to będą choćby pierwsze dwa numery na „Godless Communion”. W pierwszym z nich otrzymujemy po mordzie w bardziej florydzkim stylu (kłania się tutaj Deicide czy Death), by zaraz potem panowie nieco przyspieszyli, i zaczęli serwować klasykę pod Sepulturę czy Demolition Hammer. I tak jest na całej płycie. Ciężkie akordy, niejednokrotnie przypominające ekipę Bentona, czy nawet Treya z wczesnych lat, idealnie miksują się z jadem i buchającą energią klasyków gatunku wcześniejszego. Nie brak na tej płycie blastów, nie brak wysokiej jakości solówek, plującego wściekłością wokalu, czy też eksplodującej w kolejnych kompozycjach czystej energii. Sposób w jaki panowie budują swoje kompozycje zdaje mi się stuprocentowo naturalny, swobodny i umiejętny. Nie sposób bowiem zarzucić im próby naśladowania kogokolwiek, mimo naprawdę licznych, słyszalnych inspiracji. Dlaczego? Bo ta muzyka po prostu spuszcza niezły wpierdol, ma niezły groove, i nie nudzi. A czegoś takiego na siłę, czy dla poklasku, nagrać się nie da. Mało na tym krążku zwolnień, ale jest za to numer akustyczny, całkiem zresztą fajny. No i jest wspomniany Cannibal Corpse. Może nie jako przewijający się w akordach duch, ale jako cover. Na zakończenie panowie serwują bowiem „Born in a Casket” z debiutu Amerykanów. Dobra to płyta. Pełna autentycznej pasji i oddania starej szkole. Jeśli nie znacie kapeli, to nadróbcie zaległości. Myślę, że warto.

- jesusatan




Recenzja Arckanum „Beswærilsin”

 

Arckanum

„Beswærilsin”

Darkness Shall Rise Productions 2026

W czerwcu była epka, która swoją jakością zapowiadała, kolejny, dziesiąty już album tego szwedzkiego projektu. Teraz jest właśnie i płyta, która nie zawiodła moich oczekiwań, choć ostateczny jej wydźwięk do najgłębiej w podziemiu osadzonych nie należy. To materiał odznaczający się dobrą produkcją oraz teatralnością, które odwodzą go od skrajnie szatańskich wykwitów. Zapewne spowodowane jest to tematyką jaką zajmuje się Arckanum, która związana jest między innymi ze starożytną, czarną magią szwedzkich terenów. To zimny black metal o wyraźnej atmosferyczności i rytualizmie, które pochodzą wprost z praktyk Thursatru. Jest więc tutaj złowrogo i poważnie, bolodowate tremolo i melodyjne akordy mieszające się z surowym kostkowaniem, nie pozostawiają złudzeń co do istoty tej diabelszczyzny i podejścia do niej samego twórcy. To równieżsporo elementów zapożyczonych z pogańskiego folku i mrocznego ambientu, które wzbogacono o odgłosy przyrody, które złożone z gitarowymi riffami i różnorakimi wokalizami w całość, świadczą o dostojności „Beswærilsin”. Najnowsza płyta Arckanum to dobrej jakości bleczur, którego posępność i majestatyczność jest niepodważalna. Do tego trzeba dołożyć niezwykłe zaangażowanie kompozytora, które przekłada się na dość duży ładunek emocjonalny, zawarty w tutejszych aranżacjach, wynikający bezpośrednio z tematyki, bardzo ważnej dla Shamaatae. Wszystkie te aspekty kreują atrakcyjny dla ucha black metal, który mimo to, nie jest plastikową papką, ponieważ poza przyciągającą klimatycznością posiada także spore pokłady satanicznej złośliwości.

shub niggurath




sobota, 3 października 2026

Recenzja / A review of Umus „Voidlit”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Umus

„Voidlit”

Ksenza Rec/ Aesthetic Death 2026

O Umus w sumie wiadomo niewiele. To nowy twór na metalowej mapie, ale nawet wydawca podaje na jego temat lakoniczne informacje. Biorąc jednak pod uwagę, że Ksenza Records to label z Syberii, strzelam, że zespół, przynajmniej częściowo, pochodzi zza naszej wschodniej granicy. Mniejsza jednak o domysły, zajmijmy się muzyką. Tu już domniemywań żadnych nie ma. „Voidlit” to pięć długich funeral doomowych walców. Nie jest to jednak funeral doom jeden z wielu. Przede wszystkim, a co u mnie od razu włączyło czerwoną lapmkę, Umus traktuje muzykę trochę na podobieństwo Esoteric. I od razu zaznaczam, żeby potem ktoś nie płakał, że wprowadziłem w błąd, nie znaczy to w najmniejszym stopniu, że Brytoli kopiują, czy starają się naśladować. Zresztą, nawet gdyby chcieli, to… wielu próbowało. Chodzi mi bardziej o to, że w odróżnieniu od przeciętnego funeral doomowego aktu, Umus nie wałkują w kółko jednego motywu w nieskończoność. Nie zapętlają, nie przedłużają dla zasady. Ich kompozycje ciągle się rozwijają, prą do przodu. Muzycy co chwilę oferują nam coś innego, przeplatając nastrojowe, chwilami nawet akustyczne momenty wulkanami ciężaru. Oczywiście, mamy tutaj potężne akordy, zazwyczaj utrzymane w bardzo niespiesznym tempie. Mamy też perkusistę – śpiocha, co to uderza w swój instrument jakby się dopiero obudził. To klasyka. Poza sprawami oczywistymi mamy też bardzo umiejętnie stosowane efekty, melodie przewijające się w tle, pojawiające się znikąd dodatkowe instrumenty, majaczące linie gitar… I właśnie tu skojarzenia z Esoteric są jak najbardziej na miejscu. Ponadto… wokale. Niezwykle głębokie, z nałożonym efektem, wybrzmiewające równie potężnie co sama muzyka, i podobnie jak ona ewoluujące w trakcie utworów, zmieniające barwę, czy nawet styl ekspresji, od growla po śpiew. Trochę to wszystko toczy się na zasadzie napływających po sobie fal, tych burzowych, niszczących wszystko na swojej drodze, po wyciszacze, dające chwilę na skupienie, zadumę, zagłębienie w samym sobie. Jednocześnie daleki jestem tutaj od użycia przymiotnika „schematyczne”, bo z typowego schematu zespół bardzo zgrabnie się wymyka, tworząc opowieści na swój własny sposób. Nie trzymający się sztywno gatunkowych standardów, a nawet jeśli, to zdecydowanie je rozwijając. Bo z drugiej strony żadnej awangardy na tej płycie nie znajdziemy. Znajdziemy za to zamkniętego w sześćdziesięciu minutach kolosa o twarzy widocznej na okładce. Moim zdaniem niezwykle udanie odzwierciedla ona zawartość „Voidlit”. Na koniec dodam jeszcze jedno zdanie, znów porównując muzykę tego trio do Esoteric. Z każdym kolejnym odsłuchem ta muzyka wsiąka w nas coraz bardziej, coraz bardziej uzależnia i zniewala. Myślę, że to jedno z najlepszych wydawnictw Aesthetic Death od dobrych kilku lat, nawet, a może zwłaszcza, biorąc pod uwagę, iż profil tego labelu bardzo mocno mi podchodzi. Sprawdzajcie koniecznie!

- jesusatan

 

Umus

“Voidlit”

Ksenza Rec/ Aesthetic Death 2026

 

Not much is actually known about Umus. It’s a new entity on the metal scene, but even the label provides only sparse information about it. However, considering that Ksenza Records is a label from Siberia, I’d guess that this musical project, at least in part, hails from beyond our eastern border. But enough with the speculation. Let’s focus on the music. Here, there’s no room for guesswork. “Voidlit” consists of five long funeral doom tracks. However, this isn’t just another run-of-the-mill funeral doom album. First and foremost, and this is what immediately set off a red flag for me, Umus approaches their music somewhat in the vein of Esoteric. And let me make this clear right away so no one complains later that I misled them: this doesn’t in the slightest mean that the guys are copying or trying to imitate the Brits. Besides, even if they wanted to… you know, many have tried. What I mean is that, unlike the average funeral doom band, Umus doesn’t endlessly rehash a single motif. They don’t loop harmonies or drag them out just for the sake of it. Their compositions are constant evolution, pushing forward. The musicians offer us something different every so often, interweaving atmospheric, and at times even acoustic moments, with eruptions of heaviness. Of course, there are powerful chords here, usually played at a very unhurried pace. There’s also a sleepyhead drummer, who hits his instrument as if he’s just woken up. It’s a classic. Beyond the obvious elements, there are also very skillfully applied effects, melodies weaving through the background, additional instruments appearing out of nowhere, and haunting guitar lines. And this is precisely where the associations with Esoteric are most apt. Moreover, the vocals. Incredibly deep, with a slight effect layered over them, resonating just as powerfully as the music itself, and, like the music, evolving throughout the tracks, changing in timbre or even style of expression, from growls to singing. It all unfolds somewhat like waves rolling in one after another, first stormy ones, that destroy everything in their path, followed by calmer ones that offer a moment for focus, reflection, and introspection. At the same time, I’m far from using the adjective “schematic” here, because the band very skillfully breaks free from typical formulas, crafting stories in their own unique way. They don’t rigidly adhere to genre standards, and even if they do, they definitely expand them. On the other hand, you won’t find any avant-garde elements on this album. Instead, you’ll find a colossus, whose face is visible on the cover, contained within sixty minutes of sounds. In my opinion, the picture reflects the content of “Voidlit” exceptionally well. Finally, I’ll add one more thought, once again comparing this trio’s music to Esoteric. With every listen, this music sinks deeper and deeper into you, becoming more and more addictive and captivating. I think this is one of Aesthetic Death’s best releases in quite a few years, even, or perhaps especially, considering that the label’s style really speaks to me. Be sure to check it out!

- jesusatan




 

Recenzja Deathwards „Realms of Sin”

 

Deathwards

„Realms of Sin”

Sepulchral Voice Records 2026

Niedawno, bo chyba jakoś na wiosnę, Sepulchral Voice wypuściło składankę, złożoną z dwóch, pierwszych wydawnictw tych Chilijczyków, a już mamy debiutancką płytę. W sumienie stało się to aż tak szybko, ponieważ wspomniana kompilacja zawiera nagrania z lat 2017-2019 więc parę lat Deathwards zajęło, nagranie albumu. Od tamtej pory panowie nie spuścili z tonu i w dalszym ciągu grają szalonego oraz dociążonego trasza, który zepsuty jest do szpiku kości, znaczy w sensie, że diabelski jest w chuj. Obcowanie z nim, nie należy do najłatwiejszych, zmusza bowiem swojego odbiorcę w słuchanie się w wir wydarzeń jaki kreuje i posklejania jego elementów w jedną całość. To nie jest po prostu szybki i bolesny wpierdol w stylu Kreatora czy Sadus. To bardziej pokręcona nieoczywistością muzyka, która mocno zapętla, łamie, zmienia sposób i szybkość kostkowania, kreując zaklęte rewiry, ale nie na podobę Tadeusza Kurtyki, lecz takich załóg jak wczesny Sodom czy Aura Noir. To dziki, sataniczny thrash, który trochę ciężkości zapożyczył od śmierci, dzięki czemu oprócz mrocznego wpierdolu i smrodem rozkładu raczy. Początkowo może się wydawać nieuporządkowany, ale gdy damy mu czas, to z chaosu wyłoni się określony system, który leci agresywnie, wpadając okresowo w furię lub klimatyczne zwolnienia. Jednakże większość tego materiału to bezkompromisowa młócka, którą zrodził mezalians thrash i speed metalu, któremu błogosławił decior. Kąśliwe wokalizy, zadziorne riffy i niekontrolowane solówki, to składniki generujące na „Realms of Sin” spore napięcie, złowieszczy klimat i obszerne pokłady nieokiełznanego zła. Deathwards komponuje według starodawnych prawideł i nie kazi swoich aranżacji nowoczesnymi wybrykami, opierając się na pierwotnych instynktach, wyczarowuje autentyczne dźwięki o gwałtownym charakterze, które oprócz surowości niosą ze sobą herezję i okultystyczną atmosferę. To nieokrzesany i intensywny krążek, którego włączenie jest jak otwarcie puszki Pandory. Jeśli jesteście gotowi wypuścić na świat wszystkie, największe okropności, to bierzcie „Realms of Sin” i do dzieła.

shub niggurath




piątek, 2 października 2026

Recenzja / A review of Worm Altar “Pillars of Eternal Dusk”

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Worm Altar

“Pillars of Eternal Dusk”

Dawnbreed Rec. / Gurgling Gore 2026

Komu gruzu, komu, bo idę do domu! Mi koniecznie, bo takiego grania nigdy nie mam dość. Worm Altar to nowinka ze Stanów. Chłopaki zawiązali się jakieś cztery lata wstecz, i, jak przykazania oldskulowego metalu nakazują, zarejestrowali dotychczas dwie demówki oraz EP-kę. Za tak obraną ścieżkę już mają u mnie ogromnego plusa. Nadszedł jednak czas na debiut w pełnym wymiarze, za którego zyskują plusa jeszcze większego. Bo to naprawdę konkretna pozycja. Na „Pillars of Eternal Dusk” składa się sześć kompozycji. Utrzymanych w przeważającej większości w tempie średnim, z tendencją do gwałtownych przyspieszeń, oraz następujących po nich silnych wyhamowań. Nie, nie znaczy to bynajmniej, że schemat ten się regularnie powtarza, tylko że muzycy nie trzymają się usilnie jednego tematu, ale umiejętnie nimi tasują. Jeśli natomiast wyznaczyć tej płycie jakiś temat przewodni, to byłby nim wszechogarniający, zalewający uszy szlam. Śmierdzący, gęsty, na potęgę organiczny. Panowie nie bawią się w wynalazki. Ich nagrania oparte są na klasyce deathmetalowej sztuki, zarówno tej najstarszej, jak i nieco bardziej współczesnej. Można sobie zatem łączyć w myślach nazwy takie jak Funebrarum, Temple Nightside, Winter czy nawet Bolt Thrower (ot tak, żeby każda nazwa była z innego kontynentu). Co wyraźnie zespala te wszystkie inspiracje, to niesamowity ciężar, doprawiony odpowiednio, niemal z aptekarską dokładnością, ołowianą, acz gnilną melodią. Tutaj nie ma miejsca dla jakiejkolwiek formy życia. W muzyce  Amerykanów zamieszkała śmierć. Nie taka w kapturze, z kosą, jaką znamy z obrazka, ale taka prawdziwie przerażająca, sama w sobie majestatyczna, gaszącą światło. „Pillars of Eternal Dusk” to nieco ponad pół godziny mozolnego wykopywania się z grobu, walki o oddech, w momencie kiedy Worm Altar zasypują nas każdym riffem, czy też każdą łopatą wilgotnej ziemi, z maniakalną skutecznością, nie dając żadnej szansy na przetrwanie. Miażdży ten album swoją konsekwencją, bo nie ma na nim słabych punktów, miażdży tonażem, miażdży brzmieniem… Nie potrafię wyjść z tej konfrontacji cało. Czuję się rozłożony na łopatki. Fenomenalny debiut, który polecam każdemu maniakowi gęstego rzeźbienia.

- jesusatan

 

Worm Altar

“Pillars of Eternal Dusk”

Dawnbreed Rec. / Gurgling Gore 2026

 

Rubble death metal anybody? I definitely want some, because I can never get enough of this kind of music. Worm Altar is a new band from the States. The guys got together about four years ago, and, as the commandments of old-school metal dictate, they’ve recorded two demos and an EP so far. They already get a huge thumbs-up from me for choosing this path. But now it’s time for their full-length debut, for which they earn an even bigger thumbs-up. Because this is a truly strong release. “Pillars of Eternal Dusk” consists of six tracks. Most of them are mid-tempo, with a tendency toward sudden accelerations followed by sharp decelerations. No, this doesn’t mean by any means that this pattern repeats regularly. Rather, the musicians don’t rigidly stick to a single theme but skillfully shuffle them around. If, however, one were to assign a central theme to this album, it would be the all-encompassing, ear-flooding sludge. Stinking, thick, and intensely organic. These guys aren’t into getting inventive. Their recordings are rooted in the classics of death metal, both the oldest and the slightly more contemporary. So you can mentally link names like Funebrarum, Temple Nightside, Winter, or even Bolt Thrower (just so each name is from a different continent). What clearly unites all these influences is an incredible heaviness, seasoned just right, with almost pharmaceutical precision, with a leaden yet putrid melody. There’s no room here for any form of life. Death has taken up residence in the Americans’ music. Not the hooded, scythe-wielding death we know from pictures, but a truly terrifying one, majestic in its own right, extinguishing the light. “Pillars of Eternal Dusk” is just over half an hour of laboriously digging out of a grave, struggling for breath, as Worm Altar bury us with every riff, or every shovelful of damp earth, with maniacal efficiency, leaving no chance of survival. This album crushes you with its consistency. There are no weak points, it crushes you with its sheer weight, it crushes you with its sound… I can’t emerge from this confrontation unscathed. I feel completely knocked out. A fantastic debut that I recommend to every fan of dense, swampy metal.

- jesusatan




 


Recenzja In Obscurity Revealed „Caustic Maelstrom”

 

In Obscurity Revealed

„Caustic Maelstrom”

Personal Records (2026)

 


Dobrego metalu śmierci nigdy za wiele. Pochodzący z Meksyku In Obscurity Revealed niewątpliwie do tej grupy się zalicza, ale nie sądzę, żeby grono osób pamiętających ich debiut sprzed ośmiu lat było zbyt duże. Ja o istnieniu tej grupy dowiedziałem się dopiero przy okazji anonsowania „Caustic Maelstrom”, ale jako, że lubię meksykańską scenę deathmetalową, to i przesłuchać to wydawnictwo wypadało. I od razu powiem, że nie jest to typowy meksykański death – nie ma tu nić onirycznego, nie czuć tu ducha przedwiecznych, nie ma znamion jakiejkolwiek awangardy. Jest za to wpisujący się we współczesną modę death metal, który bardziej niż mniej czerpie z klasyki gatunku. Fundamentem wydają się tutaj być dokonania Morbid Angel, Deicide czy Sinister - „Caustic Maelstorm” jest naszpikowany plejadą cholernie dobrych riffów, zwolnień, thrashującego szycia i cholernie przyzwoitego songwriterstwa. Cisną mi się tutaj porównania z takimi zespołami jak Ignivomous czy – z bardziej współczesnych – Putrescent, gdzie ten death metal jest gęsty, ale utrzymany w thrashmetalowym tempie, bardziej próbujący poszatkować słuchacza niż wdeptać w ziemię. Oryginalności tutaj za grosz, ale chłoszcze ten materiał bardzo porządnie. I wszystko byłoby bardzo fajnie gdyby nie jeden element, który psuje mi odbiór całości. Ktoś postarał się, żeby najebać tyle pogłosu na wokal i dać go z przodu w mixie, że im dalej w nas tym „Caustic Maelstrom” bardziej męczy, a ja jako słuchacz bardziej skupiam uwagę na tym irytującym pogłosie niż na naprawdę porządnej warstwie instrumentalnej. Na ten moment jest bardziej skłonny powiedzieć, że nie będę chciał wracać do tego albumu, nawet jeśli realnie jest to kapela z potencjałem na przyszłość. Niemniej zachęcam do przesłuchania, bo lipy tutaj nie ma.

Harlequin