czwartek, 30 kwietnia 2026

Recenzja Abuser „Blood Marks”

 

Abuser

„Blood Marks”

Xtreem Music 2026

Z Xtreem Music uczucia mam mieszane. Z jednej strony jest to label, który wydaje pozycje do bólu średnie, jak choćby Paganizer czy Revolting, a z drugiej potrafi czasem zaskoczyć czymś świeżym. Chociaż właściwie słowo „świeżym” nie do końca tu pasuje, bo takie kapele jak Ural czy Funeral Vomit niczym nowatorskim przecież nie zaskakują. Są to jednak zespoły, które w ostatnim czasie mocno przywaliły mi po mordzie, grając staroszkolny metal, bez zbytnich innowacji. Abuser to nasi krajanie, którzy zresztą dali już uprzednio o sobie znać w takich zespołach jak Hexenaltar, Pandemic Outbreak czy Leprozorium. Pod nazwą Abuser  (cholera, myślałem, że zespołów o podobnym szyldzie jest z kilkanaście, ale Encyklopedia pokazuje tylko cztery), chłopaki łupią sobie thrash metal na starą nutę. Z thrash metalem historia jest taka, że, aby mi się spodobał, musi on być albo melodyjny, a zarazem jadowity, albo na maksa wkurwiony. Nasi Oprawcy zdecydowanie wpisują się w tą drugą konwencję, i to w najlepszym stylu. „Blood Marks” to trzydzieści sześć minut ostrego napierdalania. Do bólu kwadratowego jeśli chodzi o sekcję rytmiczną, tnącego do kości agresywnymi akordami, opluwającego słuchacza wulgarnym wokalem i, przede wszystkim, przenoszącego, niczym machina czasu, z czterdzieści lat wstecz. Oryginalności tutaj nie zaznacie, ale pies ją jebał, bo przecież w tego typu muzyce nie o nią chodzi. No chyba, że ktoś jest malkontentem legitymującym się dyplomem z dziedziny „To wszystko już było”, to se pomarudzi. Ja takie granie łykam bez popitki, bo mi przypomina stary Kreator, Sodom, chwilami Slayer, czy inny Exumer. Abuser najwyraźniej też mają w dupie, czy się ich porówna z tymi czy tamtymi pionierami. Oni klasykę znają, grają swoje, i ewidentnie to czują. Bo słychać w tych numerach buzującą w żyłach krew zainfekowaną latami osiemdziesiątymi, góra dziewięćdziesiątymi, i naukami najwybitniejszych profesorów. Na „Blood Marks” każdy numer to bezpośredni, szybki strzał na mordę, wulgarny liść, sprawiający, że policzek się rumieni i trochę nam wstyd, że tańczymy, jak nam Abuser zagrają. I chyba nie trzeba w tym momencie pisać żadnych elaboratów, by każdy zainteresowany już wiedział, że „Blood Marks” to pozycja obowiązkowa do sprawdzenia. Zajebisty thrash metal, tyle w temacie!

- jesusatan




Recenzja Werwolf „Satanic Terror”

 

Werwolf

„Satanic Terror”

Dominance of Darkness 2026

Ten niemiecki band gra black metal od 2005 roku. Przez wiele lat pozostawał w sferze podziemnej i tylko co jakiś czas, nagrywał jakąś epkę, demo, bądź pojawiał się na jakimś splicie. Aż tu nagle nadszedł rok 2026 i Werwolf zdecydował się wychylić łeb nad powierzchnię, ukazując tym samym swe diabelskie oblicze. Kilka dni temu, bo 24 kwietnia ukazał się „Satanic Terror”, na którym panowie umieścili siedem numerów, o skrajnie zdecydowanym charakterze. To black metal w starym ujęciu, o ile obraz tego gatunku z lat dziewięćdziesiątych można uznać za stary. Jednakże nie da się ukryć, że Teutoni czerpią pełnymi garściami z tamtego okresu, dźwiękowo kierując się w okolice norweskich fiordów. Oprócz klasycznie posępnych i hipnotyzujących akordów, które odznaczają się również agresją i otwarcie satanistycznym klimatem, stosują nieco odmienne środki, zbliżone nieco do stylu z Trondheim, nawiązując do twórczości Celestial Bloodshed czy Whoredom Rife, bo poza wspomnianymi cechami, potrafią także wygenerować sporą dawkę nostalgicznej i rytualnej atmosfery. Ale na tym nie poprzestają, bowiem na tym wydawnictwie można usłyszeć wiele odniesień do dwóch „znajomków” z Oslo, zwłaszcza z tak zwanego, drugiego okresu ich szatańskiej działalności. Wobec „Satanic Terror” nie da się pozostać obojętnym, ponieważ zapalczywość i sentyment z jakimi Werwolf komponuje swój black metal, są wręcz namacalne, a to doskonale przekłada się na jakość ich muzyki. Ta mieszanka wymienionych pierwiastków wraz z zaangażowaniem i szczerością przekazu, uderza szybkimi atakami mrozu, przygniata smołowatymi zwolnieniami i wprowadza w trans, bujankami w średnich tempach. Surowy i zimny jak arktyczna zima black metal w delikatnie odświeżonej formie, którego nie da się odłożyć na półkę po dwóch, trzech odsłuchach. Doskonale zaaranżowany, przenosi do lat dziewięćdziesiątych, bez kompleksów stając obok ówczesnych tuzów gatunku. Szorstki w każdym aspekcie i co za tym idzie do bólu spójny, dzięki czemu poraża dogłębnie. Prawdziwy „terror” zafundowali Niemcy swoim debiutanckim krążkiem. Chylę czoła. Co tu dużo pisać. Ekstrakt przyrządzony z rzadko dzisiaj spotykanym kunsztem i to z najlepszych składników.

shub niggurath




wtorek, 28 kwietnia 2026

Recenzja Kur-Nu-Gi-A „Carmina Inferorum”

 

Kur-Nu-Gi-A

„Carmina Inferorum”

Godz ov War 2026

Dobra, który sobie znowu jaja robi? Wiele dziwnych okładek już w życiu widziałem, ale faceta siedzącego na kiblu, pewnikiem w jakimś squocie, w punkowym obuwiu, majtasach i masce gazowej, grającego na trąbce jeszcze nigdy. To musowo jakieś hipsterstwo, albo zdjęcie zbiegłego pensjonariusza zakładu dla poważnie uszkodzonych. Tak sobie dywagowałem, oglądając podejrzliwie obrazek, który macie powyżej. Trochę co prawda  do myślenia dawała mi nazwa zespołu, która, w połączeniu z ową trąbką, prowadziła do pewnego Szweda, i jednego z jego projektów, ale… nieee, to pewnie jakaś zmyła. No z tym, że właśnie niekoniecznie! Powiem zupełnie szczerze, że gdyby ktoś miał czerpać ze spuścizny niezapomnianego Pan-Thy-Monium, to chyba właśnie tak bym sobie to wyobrażał. Kur-Nu-Gi-A bynajmniej Swano i kolegów nie kopiują. Więcej! Powiedziałbym, że bezpośrednie nawiązania do rzeczonego zespołu występują na „Carmina Inferorum” jedynie miejscowo. Bardziej chodzi mi o użyte instrumentarium oraz stosowanie kontrastów, łamanie struktur i łączenie elementów na zasadzie pewnego rodzaju rozdwojenia jaźni. Bo trochę na tych nagraniach gruzu, trochę surowego black metalu w stylu Beherit czy Von, sporo ezoteryki i wszechogarniającego, mrocznego klimatu. Pogłębianego przez wszechobecne trąbki, bardzo mocno przypominające mi swoją smutną barwą partie tego instrumentu na wczesnym Beyond Dawn. Czasami panowie zestawiają ze sobą kontrasty, jak na przykład riffowanie w średnim tempie, gdzieniegdzie przeplecione też dysonansem czy akordem quazi jazzowym, z szalejącym rytmem perkusyjnym, pochodzącym jakby z innego utworu, teoretycznie nie pasującym do pozostałych instrumentów. Obłąkane są tu też wokale. To bardziej coś na kształt charczącego szeptu niż tradycyjnego growla czy blackmetalowego skrzeku. Przez to, oraz wspomniane wcześniej kombinowanie, muzyka Kur-Nu-Gia-A kojarzyć też się może z bardziej współczesnymi zespołami szukającymi własnej ścieżki, pokroju Howls of Ebb czy Khthoniik Cerviiks. Czegokolwiek bym dalej nie napisał, jedno jest pewne. Takiego zespołu na polskiej scenie jeszcze nie było, a i na światowej podobnych niewiele. Jestem kompletnie zaskoczony, a jednocześnie oczarowany. Jeśli lubicie popierdoloną muzykę, bez przesadnej awangardy, za to pomyślanej z głową i nieszablonową, to sięgajcie po „Carmina Inferorum” i pozwólcie się tymi dźwiękami zainfekować. I na koniec jeszcze jedno. Ta okładka pasuje do muzyki Kur-Nu-Gi-A idealnie. Dla mnie album z gatunku dziesięć na dziesięć.

- jesusatan




Recenzja Resurrected „Perpetual”

 

Resurrected

„Perpetual”

Testimony Records 2026

Dawno nie słyszałem nic od tej piątki Niemców, ale też specjalnie po nich nie sięgałem, a chyba ostatnim albumem jaki miałem okazję słuchać był bodajże „Butchered in Excrement”. Jak na moje, mało śmierć metalowe ucho, nic się u Resurrected nie zmieniło. Cały czas napierdalają klasyczny death metal o brutalnym charakterze, który momentami wchodzi na rejony grindu lub gore. Ciężkie i gęste brzmienie, dźwięczne werble, ztriggerowane centralki, muskularny bas i głęboki, lecz gardłowy growl. Wszystko to generuje łamiące kark riffy, miażdżące zwolnienia i lawinowe blasty. Od czasu do czasu wybrzmi jakaś nieokrzesana solówka albo dzikie rytmy wyhamują do niemalże stojących w miejscu zwolnień na tłumionych strunach, lecz tylko na chwilę, aby zaraz znów ruszyć do przodu, bo kości kruszyć same się nie będą. Części składowe tej śmiercionośnej układanki nieustannie mielą się ze sobą, nie pozwalając na nudę, choć wydaje mi się, że w pewnym stopniu jest ona nieunikniona. To za sprawą typowości rzępolenia Resurrected, którego podobnych wydawnictw od lat dziewięćdziesiątych uzbierało się bez liku więc niczym szczególnym zadziwić ono nie zdoła. Niemniej jednak jest to solidne granie w obrębie ujęcia jakie reprezentują ci mieszkańcy Zagłębia Ruhry, co czuć w sękatych riffach, nieco zgrzytliwym brzmieniu i mechanicznej nieustępliwości. Panowie grają od 1993 roku, ale w żadnym wypadku nie słychać na najnowszym krążku, jakichś oznak „geriatrii”, bo, pomimo że to tylko kolejna odsłona krwistego i apokaliptycznego death metalu, to skomponowana jest bez wysiłku i moc wyrazu posiada. Solidna dawka death-grindowego, soczystego i zarazem zwalistego młócenia. Jeśli wam się nie znudziło to bierzcie bez wahania. Fani starego Sinister, od pewnego momentu Napalm Death czy Cannibal Corpse powinni być zachwyceni.

shub niggurath




poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Recenzja Enterocolis „Silence of Divinity”

 

Enterocolis

„Silence of Divinity”

Independent 2026

Czasy, kiedy Decapitated wywołali pewnego rodzaju szok na krajowym rynku wydawniczym, nagrywając płytę w chwili, kiedy większość członków zespołu nie była jeszcze pełnoletnia, dawno odeszły do lamusa. To, co kiedyś było ewenementem, dziś nikogo już nie dziwi. Enterocolis to kolejny przedstawiciel polskiego młodego pokolenia. Panowie mają po naście lat, i właśnie wypuścili, zresztą własnym nakładem, pełnometrażowy debiut. „Silence of Divinity” to dziewięć, zamykających się w trzydziestu trzech minutach, numerów z gatunku śmierć metal, utrzymanego w staroszkolnym stylu. W sumie niby nic odkrywczego, nic co by w najmniejszym choć stopniu wyrywało się z ram, a jednak gęba się cieszy słuchając jak nasza młodzież potrafi czerpać inspiracje ze starej, zakurzonej książki napisanej onegdaj przez mistrzów. Co mi się w tym przypadku podoba najbardziej, to fakt, iż chłopaki nie uwzięli się na konkretnego profesora, tylko inspiracje zaczerpnęli od całego grona pedagogicznego, także od tych, co już dawno są, albo powinni być, z racji wieku, na emeryturze. W zasadzie gdyby powbijać w globus znaczniki, w miejscach na świecie na które muzycy zerkali w trakcie procesu twórczego, to byłby on naszpikowany niczym jeż. Najgęściej chyba, co nikogo nie zdziwi, w okolicach Florydy, ale i Skandynawii, czy środkowej części Starego Kontynentu. Bo jest tu i odpowiedni ciężar, jest idealnie wyważona melodia, i chwilami ołowiane buciki, i kilka kilogramów blastu. A wszystko to pięknie zamieszane i wyrobione na jednolitą, betonową masę. Żeby było jeszcze bardziej po staremu, to w kilku miejscach, i wcale nie tak rzadko, słuchać w tej muzyce echa starego teutońskiego thrashu, co sprawia, że „Silence of Divinity” brzmi bardziej na okres proto deathmetalowy niż na połowę lat dziewięćdziesiątych (niech przykładem na to będzie choćby „God Won’t Have My name”, z ostrymi jak brzytwa riffami). Sprzyja temu także brzmienie, zwłaszcza gitar, które śmigają tutaj bardziej z gracją baleriny niż porażają pleśnią, rdzą i piachem. Swoje robi także perka, bo jej stukanie jest chwilami tak kwadratowe, że lata osiemdziesiąte aż się same cisną na uszy. No i do tego solidny wokal, któremu zarzucić niczego się nie da. Owszem, brzmi to trochę jak młodzieńcza naiwność, ale czy właśnie nie tym charakteryzowała się kiedyś w wielu przypadkach muzyka metalowa? Enterocolis nie nagrali może płyty, która znajdzie się w podsumowaniach roku, ale materiał ten zrobił na mnie na tyle spore wrażenie, że odsłuchałem go chyba z dziesięć razy z rzędu. Sprawdźcie ich, bo to naprawdę solidne granie, i niezwykle obiecujący debiut.

- jesusatan




Recenzja Nixil / Drouth „Toward Dead Temples”

 

Nixil / Drouth

„Toward Dead Temples”

Self-Release 2026

Składankę zaczyna Nixil, będący kwintetem z Baltimore. Panowie mają za sobą już dwa albumy, ale tutaj prezentują trzy, nowe utwory. Muzyka tego bandu porusza się w black metalowej estetyce, ze wskazaniem na tą nieco zmodyfikowaną, ponieważ oparty jest o dysonansowe brzmienia z małym dodatkiem wpływów drugiej fali. To głównie gęste struktury, których amplituda mocno faluje, częstując licznymi zmianami duszących akordów. Drastyczne zmiany rytmu, prędkości i charakteru, skutkują rozchwianą emocjonalnie muzą, która nie działa hipnotyzująco, ani kojąco, bo Nixil funduje mały, black metalowy rollercoaster, złożony z atonalnych nut, o różnym natężeniu i kierunku. Do tego dokładają również odrobinę zimnych tremolo i zawiłych solówek, a wszystko w towarzystwie nieprzyjaznych wokaliz w recytowanej formie. Gdy kończy ta piątka Amerykanów, wkraczają inni, ale z Portland. Drouth, to kwartet parający się poczernionym death metalem i podobnie jak poprzednicy, nie jest początkującym zespołem, bo trzy płyty ma już na koncie. Na „Toward Dead Temples” zamieścili dwa kawałki, które robią mały mętlik w głowie, gdyż Drouth tak jak Nixil stale zmienia prędkości i sposoby na kostkowanie, kręcąc się między black, death i sludge metalem. Fuzja wymienionych gatunków, owocuje silnie atakującą falą zwartych dźwięków, która sypie szalonymi blastami, świdrującymi, wysokotonowymi zagrywkami i schizoidalnymi solówkami, nie stroniąc także od dysonansowych wtrętów. Całość podbijają nienawistne wokalizy i łomocząca sekcja rytmiczna. Obydwie kapele są przedstawicielami raczej współczesnego, metalowego grania z tym, że Nixil stawia na duszne, nieco mistyczne klimaty, które zbliżone są do francuskich manier. Natomiast Drouth to dziki i chwilami nieokiełznany, diabelski huragan na modernistyczną modłę. Ciekawy split, nie powiem.

shub niggurath




Recenzja Malauriu „The Third Nail”

 

Malauriu

„The Third Nail”

Adirondack Black Mass 2026

Ta świetna, włoska kapela znęca się nad swoimi instrumentami od 2013 roku. Brygadę swą zespolili na Sycylii, ale od jakiegoś czasu rezydują w Londynie. Na koncie mają sporo małych wydawnictw, ale razem z „The Third Nail” także trzy albumy. Ostatni, będący przedmiotem moich wypocin, ukazał się trzeciego kwietnia więc gustujących w takich dźwiękach, ponaglam do odwiedzenia najbliższego distro, bo może być kłopot, gdyż ten kawałek plastiku został wydany tylko w dwustu kopiach. Muzyka tych trzech kolesi to zajebisty black metal mocno romansujący z punkiem i kopiący w dupę artystycznie. Żadnych tam rozwleczonych i koronkowych tremolando, ale fragmentaryczne i kurewsko ostre. Żadnego hipnotyzowania czy mizantropijno-leśnych akordów, lecz mnóstwo biczującego kostkowania i d-beatów, które wspólnie tną jak żyletki, przy okazji zsyłając na ziemię piekło. Piekło, które w tym przypadku nie ma nic wspólnego ze śniegami północy, bo to brudna i prosta muzyka, będąca połączeniem black’n’rolla i thrash metalu, przez co bardziej kojarzyć się może z przepoconymi piwnicami niż zimnymi fiordami. Sporo można w miej znaleźć odniesień do Venom, Hellhammer, Darkthrone czy Sodom. Wystarczy zwrócić uwagę na wiodący riff w „The Curse of All Flesh” czy ogólną budowę, następującego po nim „Purple Ceremony”, aby odlecieć w te aroganckie i ubabrane smołą nuty, które wspaniałymi aranżacjami czy wirtuozerskimi popisami nie rozpieszczają. Wolą natomiast siać zarazę topornymi akordami, które przy okazji są niebywale nośne i niezwykle sugestywne. Słuchając „The Third Nail” nie da się pozostać bez ruchu lub nie wyprostować środkowego palca we wiadomym kierunku. To porywający i pełen diabelskiego szaleństwa black’n’roll, wypełniony po brzegi ciętym szarpaniem strun, punkowymi galopadami, które chwilami przechodzą w noisowe blasty, a wszystko w towarzystwie szorstkich wokaliz, podbijających nieokiełznany charakter tego albumu. Bolesny wpierdol i czyste zło. Trudno zatem nie polecić.

shub niggurath




niedziela, 26 kwietnia 2026

Recenzja Bronze Hall “Embers of the Dawn”

 

Bronze Hall

“Embers of the Dawn”

Fallen Temple 2026

Debiutancki krążek Brązowego Przedpokoju przedstawił wam na łamach Apo shub niggurath, jakoś w zeszłym roku. Tym razem, przy okazji następcy, wchodzę ja, cały na biało. Bo też bym chciał poznać, kto to i co to. A jest to kolo z Funlandii, niejaki Yöpyöveli, będący odpowiedzialnym za całość przedsięwzięcia. Przedsięwzięcia o nucie bardzo viking metalowej. Tak, wiem, od razu skojarzycie to określenie z późniejszym okresem Bathory. Poniekąd będziecie mieli rację, ale też nie do końca. W twórczości pana Fina nawiązań do tematów pana Szweda kilka by się znalazło, aczkolwiek nie zawsze czysto muzycznych. Z tych bezpośrednich wyłapać można charakterystyczne, aczkolwiek pojawiające się miejscowo, nieprzesadnie, albo „nienachlanie”, serwowane zagrywki gitarowe, tudzież momenty akustyczne. I to bardziej z rodzaju takich w tle, niż odgrywających pierwszych skrzypiec. Podobny jest klimat całości, zdecydowanie bliski „Hammerheart”, czyli będący czymś w rodzaju opowieści, podczas której większy nacisk kładziony jest na nastrój niż chwytliwe momenty. O tych też tu co prawda nie zapomniano, zwłaszcza w chwilach, gdy gitarowe pasaże dryfują pod niebiosa, niosąc całemu światu pieśń o chwale niepokonanych wojowników z północy. Przy okazji, nie brakuje tutaj także elementów folkowych, jednak tak umiejętnie wplecionych w całość, że nie zalatują one zapadłą wsią, a idealnie wplatają się w linie melodyczne. Jako całość „Embers of the Dawn” jest materiałem bardzo spójnym, i przede wszystkim równym. Może trochę schematycznym, jednak na tyle wciągającym, że ta ponad czterdziestominutowa podróż drakkarem bynajmniej nie nuży. Jest jednak coś, co mi na tych nagraniach nie leży, i są to wokale. Ich barwa jakoś kompletnie nie pasuje mi do muzycznego podkładu. Jest zbyt jadowita, bardziej klasycznie blackmetalowa niż wikińska. Z czasem można się do niej oczywiście przyzwyczaić, jednak jakiś minus to jest. Z drugiej strony, in plus działają tu dodatki klawiszowe. Nieprzesadne, pojawiające się miejscowo i podkreślające dostojny nastrój materiału. Jeśli lubujecie się w tego rodzaju klimatycznym, północnym graniu, ten materiał jest dla was. Bo tak naprawdę niczego mu nie brakuje.

- jesusatan




Recenzja Desecresy „The Secret Of Death”

 

Desecresy

„The Secret Of Death”

Xtreem Music (2026)

 


Tommi Grönqvist ciągnący samodzielnie, od blisko dekady wózek pod nazwą Desecresy (wcześniej będący duetem) powraca z kolejnym już, dziewiątym albumem opatrzonym tą logówką. Muzyka Desecresy nigdy nie cechowała się ani finezyjnością ani innowacyjnością, ale niejednokrotnie udowadniała swoją skuteczność. Zdarzały się płyty lepsze (np. „The Doom Skeptron”, „Unveil In The Abyss”) jak i gorsze (np. „The Mortal Horizon”), ale w przypadku tych drugich mój zarzut był przeważnie ten sam – za nudne, za toporne. W przypadku „The Secret Of Death” prawda leży gdzieś pośrodku, bo choć trudno mi o niej mówić jako o topornej czy nudnej, to ewidentnie brak tutaj błysku, który towarzyszył Finowi nie tak dawno na wspomnianym „Unveil In The Abyss”. Nie da się ukryć, że formuła muzyczna, która przyświecała Desecresy już dawno się wyczerpała i o wszystkim raczej decyduje dyspozycja dnia, produkcja i dyspozycja odbiorcy. Tommi tłucze to swoje ciężkie, grubo ciosane riffy do przodu na oślep przetaczając się jak walec bez zastanawiania się nad pomysłowością i kierunkiem, w którym zmierza, cel jest jeden – zmiażdżyć posuwistym ruchem. I „The Secret Of Death” to robi serwując wypadkową Bolt Thrower i Cianide w wersji „Made in Finland”. To co podoba mi się mniej to wokale – głęboki growl został pogrzebany gdzieś w mixie, a pogłos na niego nałożony niestety nie pomaga. W efekcie najnowsza propozycja Desecresy trochę wydaje się dudnić, jest zbyt zbasowana i finalny odbiór nie był najbardziej przyjemny. Nie ukrywam, że trochę mnie ta płyta zmęczyła i znudziła. Może, gdyby produkcja była trochę inna patrzyłbym na to wydawnictwo bardziej przychylnym uchem. Wiadomo, zagorzali fani Desecresy pewnie narzekać nie będą, bo muzycznie to typowe „Desecresy”, ale osobiście wskazałbym innych faworytów w ich dorobku i do nich się ograniczył.

                                                                                                  Harlequin




piątek, 24 kwietnia 2026

Recenzja Bewitched „Diabolical Death Mass”

 

Bewitched

„Diabolical Death Mass”

Osmose Prod. 2026

 


Patrzcie, patrzcie, kto to się obudził! Szwedzki Bewitched po dwóch dekadach niebytu wydaje właśnie nowy, szósty w dyskografii album, wracając jednocześnie pod skrzydła Osmose Productions.  Jako iż praktycznie od „Pentagram Prayer” straciłem zespół z radaru (to co jednych uchem słyszałem, od razu wylatywało drugim), a powroty zazwyczaj mnie ciekawią, postanowiłem sprawdzić, czy zespół faktycznie ma coś do powiedzenia, czy po prostu reaktywował nazwę dla odrobiny poklasku i brzęku srebrników. „Diabolical Death Mass” trwa nieco ponad pół godziny, a stylistycznie raczej nie odbiega zbytnie od nagrań najstarszych. Mamy tutaj zatem mieszankę thrash metalu (na tej płycie w zdecydowanej przewadze) i bleka. Przyznać muszę, ze proporcje utrzymane na tych jedenastu numerach (no dobra dziesięciu, bo intro się nie liczy) są, przynajmniej dla mnie, idealne. Bo prym wiodą niemiecko - brytyjskie melodie, podkręcone tempo, jadowite wokale, i, przede wszystkim, niesamowita chwytliwość. Nic, że riffy wychodzące spod palców gitarzystów to klasyki, odgrzewane kotlety, „znów to samo” (zwijcie to sobie jak chcecie), bo aż się chce przy takich starych i lubianych chwytach potańczyć. Niektóre fragmenty są tak fantastyczne, że człowieka aż rozrywa od środka, a łezka nostalgii kręci się w oku. Nie, żebym jakoś szczególnie szukał, ale pierwszy z brzegu „(Fear the) Revenge of the Ripper” to absolutny killer. Natomiast zwolnienie w „The Witch Spell” wręcz zmusza do przyklęknięcia i wygrażania własnemu glanowi pięścią. W zasadzie ta płyta to sam oldskul, zagrany, o dziwo, bez żadnej napinki, bo czuć tutaj szczerość i dobrą zabawę. Szwedzi traktuj, klasykę w podobny sposób jak czynią to Aura Noir, Desaster czy Nocturnal Breed. Odkręcamy gałki na maksa, zakładamy koszulki Venom, i jedziemy z koksem, ubierając efekt twórczy w starodawne brzmienie, i strącając kalendarz ze ściany. No i musowo śpiewany o Szatanie, bo przecież stary metal to nie gospel. Jestem autentycznie zaskoczony, jak ten krążek chłopakom z Bewitched pięknie wyszedł. Z jednym tylko malutkim „ale”. Solówka w utworze tytułowym jest bezapelacyjnie do wyjebania! Może to i szukanie dziury w całym ale zwłaszcza podczas pierwszego odsłuchu, drastycznie rzuciła mi się w uszy. Przesłodzona w chuj. Poza tym – miodzio. W tym przypadku warto jednak było sięgnąć po „batonik Mars”, gdyż smakuje niemal dokładnie tak samo, jak pierwszy tego rodzaju łakoć przywieziony przez babcię z eReFeN w latach osiemdziesiątych. Warto sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Mangled Recrement „Demo”

 

Mangled Recrement

„Demo”

Caligari Records (2026)

Mangled Recrement to nasza rodzima kapela, powiązana personalne z Toughness i Leucotome. Fakt, że ich debiutanckie demo trafiło pod strzechę Caligari Records jest wystarczającą nobilitacją i powodem, dla którego warto się z nim zapoznać. Chłopaki tłuką brudny, podziemny metal śmierci, który odważnie wkracza na nieco bardziej techniczne poletko po linii wczesnego Gorguts. W ogóle ten materiał brzmi trochę jakby Lemay z ekipą chcieli pograć w stylu Autopsy lub odwrotnie. Głęboki, ale czytelny growling doskonale wpasowuje się w deathmetalową tradycję, a brzmieniowe niedostatki zostawiają pole do domysłu, w którą stronę muzyka Mangled Recrement będzie chciała w przyszłości podążać. Nie ukrywam, że ta upodlona wersja nieco bardziej szlachetnego grania mocno mnie intryguje i wyczuwam z tej grupie naprawdę spory potencjał na coś niebanalnego. Cieszę się, że Ziemek z ekipą nie powielają pomysłów Toughness i Leucotome i udaje im się otworzyć jeszcze jedno muzyczne uniwersum, w którym mogą się realizować. Cztery niedługie kawałki to nie jest taka ilość muzyki, na temat której można pisać elaboraty. Słychać, że jest to demo, jest to prototyp i test poruszania się po nico innym obszarze muzycznym. Ja będę wyczekiwał kolejnych wyziewów sygnowanych tym logiem. Póki co zachęcam do posłuchania, bo po prostu warto.

                                                                                                      Harlequin




Recenzja Liturgy of Desecration „Eschatological Conflagration”

 

Liturgy of Desecration

„Eschatological Conflagration”

Fallen Temple 2026

Dziś na tapecie nowa pozycja z katalogu Fallen Temple, w postaci debiutanckiego krążka Liturgy of Desecration. Kto podziemie śledzi, temu nazwa ta nowa być nie powinna. Grecy wypuścili bowiem dotychczas nieświętą trójcę EP-ek, z których ostatnia wydana została zresztą także pod banderą Upadłej Świątyni. W zasadzie w przypadku tych bluźnierców sprawa jest prosta jak konstrukcja cepa. War metal. Mówi wam to coś? W tym gatunku ciężko o oryginalność. Ciężko też o niepowtarzalność, wymyślanie prochu na nowo, czy unikanie określeń pod tytułem „przecież to wszystko już było z tysiąc razy”. Pełna zgoda. Na „Eschatological Conflagration” nie znajdziecie niczego, co w gatunku dotychczas nie zostało wyplute, potem odtworzone, skopiowane, zagrane wspak czy na ukos. Duet z Aten ma to jednak w chuju, że się tak brzydko wyrażę, i przy okazji co bardziej wrażliwych zniesmaczę, i napierdala oklepaną formułę po raz kolejny. Piwniczne brzmienie, z ciężko dudniącymi, niczym spadające bomby, bębnami, brzęczącymi blachami, piłującymi dość monotematycznie, napierającymi niczym machina oblężnicza riffami, i przeżartym przez napalm wokalem. Tempo oczywiści utrzymane stosowne do natarcia, z oczywistymi, jak to, że po nocy nastaje dzień, zwolnieniami, ciężkimi jakby przejeżdżał po nas czołg, oraz nagłymi, blastującymi szturmami. Pół godziny wojennych wizji, relacji z pola bitwy, na której najczęściej wznoszonym w górę sztandarem jest ten z wizerunkiem kozła, wszystko spowija gęsty, czarny dym, a nozdrza pali zapach zwęglonych zwłok. Żadnej finezji, żadnych wpadających w ucho melodii, po prostu totalny rozpierdol. Czy Liturgy of Desecration czymś się wyróżnia z zalewu tego rodzaju antychrześcijańskich ofensyw? Według mnie niespecjalnie, co w ogóle nie przeszkadza mi, by ową kampanie odbyć razem z nimi. Bo jest to war metal na porządnym poziomie, który każdemu maniakowi gatunku zapewni odpowiednie „atrakcje”. I nawet jak czasem sobie myślę, że gdybym w domu zrobił specjalną półkę na płyty tylko i wyłącznie z rzeczonym gatunkiem, to włączając coś randomowo, często nie miałbym pojęcia, jaki to zespół, nie przeszkadza mi to, by każdą kolejną pozycją tego rodzaju przytulić do swego łona. Tak czyńcie i wy, kozi zwyrodnialcy!

- jesusatan




Recenzja Hajduk „Хвърковата чета”

 

Hajduk

„Хвърковата чета”

Amor Fati 2026

Teraz będzie trochę lokalnej egzotyki. Lokalnej, bo ten jednoosobowy projekt pochodzi z Europy, a egzotyki, bo z kraju, gdzie kiedyś nasi „lepsi” rodacy udawali się na słoneczne wakacje do Złotych Piasków, czyli Bułgarii. Hajduk istnieje od 2019 roku i po kilku epkach i jakimś tam splicie, zdecydował się w końcu na wydanie debiutanckiej płyty. To sześć kawałków black metalu, który wypływa z drugiej fali tego gatunku, zatem tremolo, trochę thrashujących riffów, w tym przypadku dobrze słyszalny bas i delikatnie wycofana perkusja o niemiłosiernie szeleszczących talerzach. Aha, byłbym zapomniał o wokalach w formie zajadłych wrzasków, które kaleczą uszy. Całość lekko ociera się o odmianę „raw”, ponieważ czasami trzeszczy tu, rzęzi i szumi, ale czytelnie i zrozumiale. Nadaje to muzie ostrości i zdecydowanego charakteru, pomimo dość dużej melodyjności, która w pełni korzysta z bałkańskich dobrodziejstw kulturalnych, kierując ten album w strony folkowe. Nic dziwnego, bo Hajduk tym materiałem opowiada o życiu i walce bułgarskiego rewolucjonisty Georgija Benkowskiego, przenosząc (podobno, głowy nie dam) poezję i pieśni ludowe na black metal. Wyszło to nawet nieźle, owocując chwytliwą, ale i zadziorną diabelszczyzną, która płynie w zmiennych tempach, chłoszcząc i rozmarzając na przemian. Strukturalnie, przypomina mi to trochę naszą Mgłę, gdyż tutaj również można zetknąć się z wyraźnymi i przygnębiającymi harmoniami, które zsyłają spore pokłady upiornej melancholii, lecz i agresją odznaczyć się umieją, jak i sypnąć szronem, bądź piaskiem (czarnym nie złotym) potrafią. Robią to podobnie do Krakowian, gdyż z sentymentem i butą, hipnotyzując z wprawą. Melodyjny i zarazem szorstki krążek, który odkrył przede mną jak dotąd nie znaną mi bułgarsko-black metalową duszę. Warto czy nie warto, oceńcie sami. Według mnie jest przyzwoicie.

shub niggurath




środa, 22 kwietnia 2026

Recenzja Stalemate of Wills „Existence Denied”

 

Stalemate of Wills

„Existence Denied”

FFTC Rec. 2026

Czasem, kiedy sięgam po muzykę teoretycznie nie z mojej bajki, trafiam na prawdziwą perełkę gatunku. Tak bywa w przypadku technicznego death metalu, progresywnej awangardy, post metalu, czy nawet hardcore’a. To dlaczego nie miałoby się tak zdarzyć w przypadku Stalement of Wills, zespołu, który według notki prasowej gra amalgamat doom / sludge / hard coreo’wy z naleciałościami death metalu lat dziewięćdziesiątych. Zabrzmiało to nawet zachęcająco. Skończyło natomiast… niemal zaśnięciem. Cóż ja biedny mogę na temat tego, krótkiego, bo trwającego niecałe pół godziny, materiału napisać? Z pozytywami będzie ciężko. Ani tu nie ma hardcore’owej skoczności, ani tym bardziej pierdolnięcie, ani sludge’owego bujania (no, może troszkę na początku „Two Worlds”, ale jak zaraz wchodzi ta solówka pasująca niczym pięść do nosa, to już mi się bujać nie chce), że o odjazdach w narkotyczne klimaty nie wspomnę. Ani rzeczonego death metalu, bo za wpływy owego trudno chyba nagrać wokale zbliżone do growla. Pod tym względem przecież metal śmierci nie ma wyłączności. Doom? No tak, możemy doomem nazywać królujące tutaj tempa wolniejsze, ubrane w ołowiane brzmienie, z miarowymi uderzeniami w struny, ale ja bym to raczej nazwał bliżej niezidentyfikowanym usypiaczem. Bo najgorsze w tej płycie jest to, że tutaj nie ma na czym ucha zawiesić. Każdy następny numer jest tak samo przepitolony, i tak samo bezbarwny. Na dobrą sprawę, już po czterech kompozycjach zacząłem nerwowo spoglądać na zegarek, a to przecież dopiero kwadrans. Chwilę potem pojawiło się coś jeszcze gorszego. Śpiewane wokale. Ja pierdolę, jaka tragedia! Choć z drugiej strony wyjaśnia ona słowo „niemal” z pierwszych linijek mojego tekstu. Bo ja zasypiać z uczuciem mdłości, mimo wszystko, nie potrafię. Dobrnąłem jakoś do końca, ale przysięgam… nigdy więcej „Existence Denied” nie włączę, a do Stalemate of Wills, cokolwiek by nagrali, nie wrócę. Zespół bez grama potencji, bez odrobiny polotu czy zdrowego wyczucia. Nuda w chuj. Omijać szerokim łukiem.

- jesusatan




Recenzja Pure Wrath „Bleak Days Ahead”

 

Pure Wrath

„Bleak Days Ahead”

Debemur Morti Productions 2026

Z czwartym albumem powraca indonezyjski specjalista od brutalnego deta, który w ramach Pure Wrath realizuje się na poletku atmosferycznego black metalu. Na najnowszej płycie zamieścił pięć, niekrótkich kawałków, w których oprócz tradycyjnego dla tego gatunku instrumentarium użył także mellotronu, fortepianu i saksofonu. Niewątpliwie wzbogaciło to zwyczajowe tremolo i klasyczne kostkowanie, które często wpada w dysonansowe nuty. Podobnie jest z wokalami, bo obok tradycyjnych powarkiwań, używa się tu także gardłowego, niezwykle klimatycznego śpiewu, który występuje tutaj w różnych odcieniach. To black metal, który dla odmiany nie posiada hipnotycznego charakteru, choć takie chwile w nim występują, ale przede wszystkim koncentruje się na dramatyzmie, ponieważ jest muzycznym obrazem, przedstawiającym coraz bardziej przygniatające życie. Tak więc mamy tutaj do czynienia z egzystencjalnym ujęciem, które rozbebesza lub jak kto woli rozkłada na czynniki pierwsze, życie ludzkie, skonfrontowane z brutalnością istnienia. Diabelszczyzna o melancholijnym, refleksyjnym i depresyjnym obliczu, która częstuje nostalgicznymi akordami, przechodzącymi niekiedy w mocniejsze uderzenia. Całościowo, jest to nowoczesne i momentami wpadające w rejony „post”, czarcie muzykowanie, o wygładzonym usposobieniu. Skupione na ludzkich uczuciach, którym naprzeciwko wychodzi proza życia codziennego, czyli wszystko co kochamy najbardziej. Industrializacja, robota, zmęczenie, niespełnione i niemożliwe do spełnienia marzenia oraz niepewność i rozczarowanie. Black metal dla intelektualistów, którym nie obce są dzieła Heideggera, Camusa czy Kierkegaarda.

shub niggurath




Recenzja Mezzrow „Embrace the Awakening”

 

Mezzrow

„Embrace the Awakening”

ROAR! / Rock of Angels Rec. 2025

Nazwa Mezzrow gdzieś mi w głowie świta. Prawdopodobnie spotkałem się z nią w okolicach wydania przez zespół pierwszej płyty. Nie był to jednak chyba żaden diament, skoro ewidentnie poszła w niepamięć. Zresztą jak sam zespół, który to po wydaniu rzeczonego „Then Came the Killing” zniknął z powierzchni ziemi na długie dekady, by powstać z grobu dopiero pięć lat do tyłu od teraz. „Embrace the Awakening” jest ich drugą płytą poreaktywacyjną nagraną w bardzo przewietrzonym, względem oryginału, składzie. Owo odświeżenie chyba wyszło zespołowi na dobre, bo przyznać trzeba, że materiał ten stoi na naprawdę wysokim poziomie, a na pewno jest lepszy niż debiut. Mamy tu niespełna trzydzieści osiem minut rasowego, klasycznego thrashu. Bogatego w środki, bowiem poza momentami zagranymi na pełnym speedzie, panowie serwują chwilami fragmenty bardziej melodyjne, przeplatane riffami do rytmicznego moshu („The Moment to Arise”), a także nie stronią od wycieczek w kierunku heavymetalowym. Wszystko to bardzo zgrabnie, i co najważniejsze, logicznie, poskładane. Oczywiście awangardy na tym krążku zero, za to odnośników do bardziej znanych nazw co nie miara, żeby wymienić choćby Testament, Exodus czy Annihilation albo Napalm. Podobnie jak sama muzyka, równie oldskulowe są na tym krążku wokale. Poza czystym śpiewem, sporo chórków, zwłaszcza w refrenach, co sprawia, że nic tylko łapać zimnego browara w dłoń, i dołączać. Tym bardziej, że chwilami można odnieść wrażenie, że Mezzrow to taki nieco bardziej jadowity Running Wild. No i solówki. W nich słychać, że panowie w instrumenty potrafią, a metal znają nie od przedwczoraj. Pod względem brzmienia za bardzo nie ma się czego czepiać. Jest klarowne, mocne, takie … Testamentowe. Mimo iż wolę jednak tą najbardziej wkurwioną wersję thrash metalu (acz takowych momentów i tu nie brakuje, tylko szkoda, że tak mało), trzeci album Szwedów to naprawdę niezłe granie. A na pewno fani gatunku powinni być nim ukontentowani. Jeśli zatem kochacie klasyczny thrash, a jakoś „Embrace the Awakening” wam umknął, to cofnijcie się do końcówki zeszłego roku, i sprawdźcie tą pozycję. Moim zdaniem warto.

- jesusatan




Recenzja Aversio Humanitatis „To Become the Endless Static”

 

Aversio Humanitatis

„To Become the Endless Static”

Debemur Morti Productions 2026

Aversio Humanitatis to kapela z Madrytu, gdzie komponuje od 2010 roku. Obecnie wydają trzeci album „To Become the Endless Static”, który zawiera sześć numerów w black metalowym tonie. Jeśli tak, to jest to dość grubo ciosany bleczur, który sowicie został podrasowany sękatym brzmieniem rodem z metalu śmierci, ale nic to. Szybkie riffy i tremolo czeszą wzorcowo swym nieco zmodyfikowanym temperamentem, który przypomina mieszańca zrodzonego z Francuza i Islandki, co wydało na świat bękarta, drącego się wpiekłogłosy. Mordę to drze niemiłosiernie, wydobywając ze swojej gardzieli mknące szybko formy dla diabelszczyzny właściwe, a ich hipnotyczność przełamuje małymi dysonansami i nieco połamanymi przejściami między poszczególnymi frazami. Atakuje ostro, bez pardonu, ale atmosferyczności mu odmówić nie można, ponieważ Hiszpanie lubią od czasu do czasu zwolnić i przydusić ciężkimi rytmami o ezoterycznym charakterze. To muza szalona i gęsta, wyraźnie nastawiona na „brutalistyczny rytualizm”, w którym siermiężne, lecz i wielowarstwowe nawałnice są równie ważne, co śmierdzące na odległość kosmicznym mistycyzmem i smutną refleksją nad światem, pokręcone i atonalne zjazdy w dołujące akordy, zapętlające się, kłębiące niczym żmije i zaciskające swoje pazury wokół szyi. Aversio Humanitatis tworzy ponury, dysonansowy black metal, który chwilami przechodzi w kaskadowe i zimne uderzenia na podobę islandzkich produkcji, które często łączą ujęcie francuskie z własnym, aranżując zwarte i wielopoziomowe utwory. Tak też poczyna sobie ta czwórka Madrytczyków, która kreuje współczesny styl black metalu. Jest mrocznie, dusznie i smołowato, a i okultystycznej aury tu nie brakuje. Jak dla mnie, „To Become the Endless Static” jest kolejną odsłoną eksperymentowania z black metalowym konceptem, której wizja w wykonaniu tej grupy, nowa nie jest i ociera się o pewną typowość, jeżeli chodzi o dźwięki w stylu Deathspell Omega, które zblendowano z dajmy na to Misþyrming. Siłę wyrazu i jednoznaczną wymowę posiada. Dla fanów tego typu grania jak najbardziej.

shub niggurath




wtorek, 21 kwietnia 2026

Recenzja Consecration „Exanimis”

 

Consecration

„Exanimis”

Nuclear Winter Rec. 2026

Często jest tak, że nie. A potem coraz częściej jest tak, że nie. A potem jest zwykle tak, że nie. A potem zostaje już samo nie. Tak sobie pozwolę na początek zacytować tekst Nihila z ostatniej płyty Blindead. A czynię to, gdyż jest on w tym przypadku wyjątkowo adekwatny. Często pozycje z gatunku death / doom (odłamu nastawionego na klimat, a nie ciężar) są u mnie na nie. Bo są cholernie powtarzalne, bez wyrazu. Na nowy Consecration skusiłem się wyłącznie dlatego, że wydaje ich Nuclear Winter, a spod ich skrzydeł wyszło kilka zajebistych pozycji. Zatem przypuszczać mogłem, iż i tym razem mnie zaskoczą, choć nazwy Consecration wcześniej nie znałem, a „Exanimis” to przecież już ich czwarty pełniak, co budziło pewne wątpliwości. Niestety, zostały one bardzo szybko potwierdzone. Brytole to banda chuja, która po raz kolejny udowadnia mi, że w rzeczonym gatunku niewiele jest dla mnie wydawnictw wartych uwagi. Teoretycznie, i technicznie, wszystko się na tym krążku zgadza. Są powolne riffy, jakaś tak dawka melodii, nawet melancholii ubranej w ołowiany kaftanik, taki co się przyodziewa do prześwietlenia zęba. Ciężko. Ciężko chłopaki grają, ale i ciężko się tego słucha. Przede wszystkim dlatego, że te osiem kompozycji cechują dwie, niestrawne dla mnie składniki. Pierwszym z nich jest totalna przewidywalność. Nie ma na tym albumie niczego, podkreślam niczym Kononowicz, niczego, co by mnie zaskoczyło, czy przykuło uwagę. Wszelkie stosowane przez zespół środki to odgrzewana po raz trzeci zupa, którą zresztą ktoś przechowywał w lipcu na balkonie, myśląc, że ten zabieg jest tak skuteczny jak w grudniu. Po drugie, co się poniekąd z pierwszym łączy, muzyka Consecration jest tak cholernie wtórna, że w zasadzie kiedy dany kawałek się zaczyna, można wskazać palcem, w którym kierunku pójdzie, i jak się zakończy. Jest w encyklopedii takie określenie jak „męczenie buły”, i nowy album Consecration idealnie pasowałby za soniczną definicję tegoż. Trzeba chyba być maniakalnym maniakiem kapel pokroju Novembers Doom, Swallow the Sun czy Evoken (tak se strzelam nazwami z kapelusza) by się „Exanimis” zachwycać. Dla mnie jest to niestrawne, i dwa odsłuchy, których bohatersko dokonałem, będą mi teraz zalegać przez cały wieczór na żołądku. Nie ratuje tej płyty nic, nawet Paradajsowy „Domain of Despair”, będący popłuczynami po i tak wtórnych płytach Holmes’a i spółki z ostatnich lat. Szkoda czasu i energii.

- jesusatan




Recenzja Lago „Vigil”

 

Lago

„Vigil”

Everlasting Spew Records (2026)

 


Pochodzący z Arizony kwartet Lago działa na muzycznym padole od ponad półtora dekady i dał się poznać światu z dobrej strony za sprawą dwóch pełniaków i kilku mniejszych wydawnictw. Zwłaszcza wydany w 2018 roku w barwach Unique Leader Records „Sea of Duress” zaskarbił sobie moją przychylność, bo choć daleki byłem od peanów pochwalnych i stawiania Lago na piedestał, to zdecydowanie było w ich warsztacie coś ponadprzeciętnego. Kontrolowany chaos i ulceratowe dysonanse rezonujące z bezduszną motoryką Hate Eternal zostały podane w całkiem przystępnej dla słuchacza formie. „Vigil” to najnowsza propozycja Amerykanów i pomimo że dałem temu materiałowi trochę czasu by mnie do siebie przekonał, to muszę z przykrością stwierdzić, że to się nie zadziało. Na swoim trzecim wydawnictwie Lago nie robi żadnej rewolucji, ale na pewno możemy mówić o ewolucji w stosunku do wcześniejszych materiałów. Nagrana cechuje bardzo duża kliniczność brzmieniowa potęgująca aurę bezduszności i automatyzacji. Pomimo, że dysonansowe meandry są wciąż obecne da się zauważyć, że akcenty zostały mocniej przesunięte z obszaru Gorguts / Ulcerate w kierunku Immolation / Hate Eternal. I pewnie nie miał bym z tym problemu, gdyby to hulało. A niestety nie hula. Jest w tym graniu coś beznamiętnie topornego, pozbawionego życia, odegranego bez serca, a przez to nieangażującego. W wolniejszych fragmentach jest tu po prostu nudno. Sprawnie warsztatowo, precyzyjnie, ale nudno i bez charakteru. Absolutnie żadna z kilkunastu podjętych prób nie zakończyła się większym zaangażowaniem mnie jako słuchacza w ten materiał. Czy jest więc coś w tym materiale, co mi się podoba i mnie przekonuje? Tak – solówki. Jeśli ktoś lubi gitarowe sola, niebanalne, nieperliste, pomysłowe, to tutaj jest ich pod dostatkiem i w tym aspekcie jest to na pewno jedno z najlepszych wydawnictw jakie słyszałem w ostatnich latach. Jeśli ktoś nie lubi solówek i uważa, że to relikt czasów minionych ten będzie miał kolejny powód do narzekań. Ja lubię, więc mam chociaż jeden powód, aby wskazać atuty tego wydawnictwa. Umiejętności muzyków i potencjał stojący za tymi dźwiękami finalnie jawi się jako niespełniona obietnica. Wielka szkoda, bo już kiedy pokazali, że stać ich na dużo. Może kiedyś „Vigil” do mnie trafi, ale póki co jest inaczej.

                                                                                                                          Harlequin