piątek, 10 kwietnia 2026

Recenzja Deathwards „In Deathlore 2017-2019”

 

Deathwards

„In Deathlore 2017-2019”

Sepulchral Voice 2026

Deathwards to kapela z Chile, która powstała w2017 roku i od tamtego czasu wydała tylko demo „Towards Death” i taśmę z próby „Rehearsal MMXIX”. Wydawnictwo „In Deathlore 2017-2019” to split tych dwóch materiałów, co powinno zainteresować maniaków death-thrashu, czy wczesnego metalu śmierci z czasów, kiedy ten gatunek się dopiero wykluwał i nie był jeszcze do końca zdefiniowany. Zatem za pośrednictwem muzyki z wymienionych wyżej dwóch kaset, mamy okazję obcować z młócką drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Pierwsze pięć kawałków to muza, będąca dobrze dociążonym i poczernionym thrashem, który pełnymi garściami czerpie z dorobku wczesnego Slayer i Infernäl Mäjesty. To szybkie riffy obdarzone nieprzyjazną melodyką, które swą prędkością zbliżają się do rejonów speed metalowych, a ich duszny klimat wyraźnie wskazuje na bliską przyjaźń z Diabłem. Panowie wycinają naprawdę surowe i niszczące akordy, które co rusz zmieniają siłę natężenia jak i kierunek ataku. Często przechodzą z jednych w drugie, zarówno pod względem szybkości, agresywności oraz sposobu kostkowania, ale niewątpliwie nieprzerwanie przypuszczają piekielną ofensywę na nasze zmysły, wywracając je momentami na drugą stronę za pomocą krótkich, powykręcanych solówek czy schizoidalnych i zapętlających się, wysokotonowych zagrywek. Cztery ostatnie utwory, to już wspomniana próba, która jednoznacznie romansuje z początkami death metalu, przywodząc chwilami skojarzenia z pierwszymi krokami wydawniczymi Morbid Angel i Possessed. Brzmienie tutaj cięższe i riffy gęściejsze. Deathwards trochę zrezygnowali z szybkiego i rytmicznego traktowania strun na rzecz bardziej zwalistych akordów, których ordynarność podbija sekcja rytmiczna i w większym stopniu (w porównaniu z wcześniejszymi) zanieczyszczone wokalizy. To szatańska gędźba, od której bije „jaskiniowe szaleństwo”, bowiem jest coś w niej nieokiełznanego i na wskroś pierwotnego. Obydwa, te połączone ze sobą materiały stanowią esencję ówczesnego grania, kiedy to pałeczkę od nieco wtedy zużytego thrashu, przejmował kult śmierci. Brudny i barbarzyński metal, który zdrowo kopie w ryj. Prosty, ale zróżnicowany, co oprócz batów gwarantuje także brak nudy, jeśli oczywiście można się nudzić w trakcie dostawania wpierdolu. Ameryka Południowa rzadko klasyką w swoim wydaniu rozczarowuje, a Deathwards też tego nie robi. Polecam.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz