Deathwards
„In
Deathlore 2017-2019”
Sepulchral Voice 2026
Deathwards
to kapela z Chile, która powstała w2017 roku i od tamtego czasu wydała tylko
demo „Towards Death” i taśmę z próby „Rehearsal MMXIX”. Wydawnictwo „In
Deathlore 2017-2019” to split tych dwóch materiałów, co powinno zainteresować
maniaków death-thrashu, czy wczesnego metalu śmierci z czasów, kiedy ten
gatunek się dopiero wykluwał i nie był jeszcze do końca zdefiniowany. Zatem za
pośrednictwem muzyki z wymienionych wyżej dwóch kaset, mamy okazję obcować z
młócką drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Pierwsze pięć kawałków to muza,
będąca dobrze dociążonym i poczernionym thrashem, który pełnymi garściami
czerpie z dorobku wczesnego Slayer i Infernäl Mäjesty. To szybkie riffy
obdarzone nieprzyjazną melodyką, które swą prędkością zbliżają się do rejonów
speed metalowych, a ich duszny klimat wyraźnie wskazuje na bliską przyjaźń z
Diabłem. Panowie wycinają naprawdę surowe i niszczące akordy, które co rusz
zmieniają siłę natężenia jak i kierunek ataku. Często przechodzą z jednych w
drugie, zarówno pod względem szybkości, agresywności oraz sposobu kostkowania,
ale niewątpliwie nieprzerwanie przypuszczają piekielną ofensywę na nasze
zmysły, wywracając je momentami na drugą stronę za pomocą krótkich,
powykręcanych solówek czy schizoidalnych i zapętlających się, wysokotonowych
zagrywek. Cztery ostatnie utwory, to już wspomniana próba, która jednoznacznie
romansuje z początkami death metalu, przywodząc chwilami skojarzenia z
pierwszymi krokami wydawniczymi Morbid Angel i Possessed. Brzmienie tutaj
cięższe i riffy gęściejsze. Deathwards trochę zrezygnowali z szybkiego i
rytmicznego traktowania strun na rzecz bardziej zwalistych akordów, których
ordynarność podbija sekcja rytmiczna i w większym stopniu (w porównaniu z
wcześniejszymi) zanieczyszczone wokalizy. To szatańska gędźba, od której bije
„jaskiniowe szaleństwo”, bowiem jest coś w niej nieokiełznanego i na wskroś
pierwotnego. Obydwa, te połączone ze sobą materiały stanowią esencję ówczesnego
grania, kiedy to pałeczkę od nieco wtedy zużytego thrashu, przejmował kult
śmierci. Brudny i barbarzyński metal, który zdrowo kopie w ryj. Prosty, ale
zróżnicowany, co oprócz batów gwarantuje także brak nudy, jeśli oczywiście
można się nudzić w trakcie dostawania wpierdolu. Ameryka Południowa rzadko
klasyką w swoim wydaniu rozczarowuje, a Deathwards też tego nie robi. Polecam.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz