środa, 9 września 2026

Recenzja Carnation „Symphony of Flesh”

 

Carnation

„Symphony of Flesh”

Redefining Darkness Records / Self-Released 2026

Jeśli lubicie szwedzki death metal z początku lat dziewięćdziesiątych, to sięgnijcie po najnowszy, a czwarty już w karierze krążek Carnation. Kwintet ten gra go na belgijską modłę, bo z tego kraju pochodzi. Panowie jadą przed siebie w staroszkolnym stylu, wykorzystując patenty z tamtych lat. Bardzo podobne brzmienie, cięte i krwiste riffy, znajoma rytmika, czyli d-beaty oraz mięsiste, ale dobrze bujające kostkowanie. Zapiaszczone gitary, dźwięczny bas i idealnie działająca perkusja wraz z soczystymi growlami, robią milusią atmosferę. Atmosferę, którą Belgowie podbijają za pomocą klawiszy, użytych oczywiście w odpowiednich momentach. Klimacik podkreślany jest również przez, tu i ówdzie umieszczone nastrojowe rozbiegówki, spowolnienia w średnich tempach i solówki. To właśnie ta tajemnicza aura, towarzysząca, mielącym w ponurym nastroju akordom, odróżnia trochę Carnation od Dismember czy Entombed. Panowie także częściej kierują się w typowe rejony dla kontynentalnego death metalu, dociążając i zagęszczając aranżacyjne struktury, gniotąc mocniej niż ówczesna szwedzizna. Tak samo jest pod względem atmosferycznym, bo tutaj jest mroczniej i bardziej przygnębiająco, gdyż Carnation nie tylko o ten charakterystyczny groove chodzi, ale również o mrok i zgniliznę, które snują się z tego materiału i bezlitośnie osaczają jaźń. Surowy i klasyczny decior, który wchodzi gładko, ale swą energią i brutalnością, udowadnia, że nie tylko czarować syntezatorami potrafi.

shub niggurath






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz