Carnation
„Symphony
of Flesh”
Redefining Darkness Records / Self-Released 2026
Jeśli lubicie szwedzki death
metal z początku lat dziewięćdziesiątych, to sięgnijcie po najnowszy, a czwarty
już w karierze krążek Carnation. Kwintet ten gra go na belgijską modłę, bo z
tego kraju pochodzi. Panowie jadą przed siebie w staroszkolnym stylu, wykorzystując
patenty z tamtych lat. Bardzo podobne brzmienie, cięte i krwiste riffy, znajoma
rytmika, czyli d-beaty oraz mięsiste, ale dobrze bujające kostkowanie.
Zapiaszczone gitary, dźwięczny bas i idealnie działająca perkusja wraz z
soczystymi growlami, robią milusią atmosferę. Atmosferę, którą Belgowie
podbijają za pomocą klawiszy, użytych oczywiście w odpowiednich momentach.
Klimacik podkreślany jest również przez, tu i ówdzie umieszczone nastrojowe
rozbiegówki, spowolnienia w średnich tempach i solówki. To właśnie ta
tajemnicza aura, towarzysząca, mielącym w ponurym nastroju akordom, odróżnia
trochę Carnation od Dismember czy Entombed. Panowie także częściej kierują się
w typowe rejony dla kontynentalnego death metalu, dociążając i zagęszczając aranżacyjne
struktury, gniotąc mocniej niż ówczesna szwedzizna. Tak samo jest pod względem
atmosferycznym, bo tutaj jest mroczniej i bardziej przygnębiająco, gdyż
Carnation nie tylko o ten charakterystyczny groove chodzi, ale również o mrok i
zgniliznę, które snują się z tego materiału i bezlitośnie osaczają jaźń. Surowy
i klasyczny decior, który wchodzi gładko, ale swą energią i brutalnością,
udowadnia, że nie tylko czarować syntezatorami potrafi.
shub niggurath
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz