piątek, 9 stycznia 2026

Recenzja Witchfuck / Trucizna „Altare Sanguinis”

 

Witchfuck / Trucizna

„Altare Sanguinis”

Under the Sign of Garazel 2025

Pod koniec zeszłego roku Garazel wypuścił split, który to właśnie przed chwilką dostarczył mi do  rąk własnych uśmiechnięty listonosz.  Wydawnictwo nosi tytuł „Altare Sanguinis”, i zawiera sześć numerów. Po trzy z każdej strony, przy czym w obu przypadkach są to dwa strzały autorskie, plus cover. Witchfuck nigdy mnie specjalnie nie zachwycał. Nigdy też nie powiedziałbym, że to, co sobie tam chłopaki grają jest jakieś beznadziejne. Nie. Jest to średniej jakości krajowy death / black, nawet bardziej z naciskiem na ten drugi człon. Co mi się u Małopolan podoba? Agresja, jazda na maksa, płynący z ich muzyki wkurw. Co działa in minus? Wypolerowane brzmienie, banalne teksty, przewidywalność i, w sumie, brak czegokolwiek, co by wybiło ich choćby o milimetr ponad średnią krajowa, czy to pod względem chwytliwości riffów, czy jakości wokalu, czy czegokolwiek nietypowego, co stanowiłoby dla tego zespołu element autorski i rozpoznawalny. Bo nawet fragment otwierający ich stronę splitu jakoś tak błyskawicznie skojarzył mi się  z Mayhemowym „Life Eternal”. Te dwa numery są spoko, ale nic poza tym. Chyba najlepszym podsumowaniem niech będzie fakt, że najbardziej podoba mi się cover wspomnianego Mayhem, choć i tak do oryginału nie mający żadnego startu. Strona B, to już zupełnie inna bajka. Albo powinienem powiedzieć, kompletnie inny poziom. Trucizna wcześniejszymi EP-kami zgłosiła silny akces do elity krajowego black metalu. Dwoma kompozycjami zamieszczonymi na „Altare Sanguinis” swoją klasę wyłącznie potwierdza. To black metal pełen, nomen omen, jadu, wściekły i zimny jak sopel lodu, czerpiący pełnymi garściami ze spuścizny klasyków drugiej fali. Choć nie tylko tej europejskiej, bowiem pojawiające się tutaj ślizgi po gryfie jednoznacznie wskazują też kierunek kanadyjski. Tu każdy riff rani, każda melodia infekuje, a sposób w jaki Pani Asia zdziera gardło może wywoływać srogą traumę. Na deser mamy „Satanic Blood” Von, niby kawałek banalny, bo oparty na jednym motywie, ale w wykonaniu Trucizny zyskujący chyba jeszcze większego pierdolnięcia. Warto zaopatrzyć się w ten split, choćby dla jego drugiej części. Mam nadzieję, że debiutancki pełniak tego polsko – szwedzkiego duetu już wkrótce nadejdzie i mocno co niektórym przemebluje rankingi.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz