sobota, 19 lutego 2022

Recenzja Astral Tomb “Soulgazer”

 

Astral Tomb

“Soulgazer”

Blood Harvest 2022

Moda na death metalowe orbitowanie w kosmosie trwa w najlepsze. I nie mam nic przeciwko temu dopóki wychodzą takie materiały jak „Soulgazer”. Trio z Colorado właśnie debiutuje pełnym materiałem, którego 37 minut zamknięte w pięciu kompozycjach wywołuje niemały opad szczęki. Choć z grubsza twórczość Astral Tomb jawi się jako wypadkowa kilku znamienitych na deathmetalowym poletku nazw, to ewidentnie słychać w tym pomysł, jakość, świeżość i ogromną świadomość artystyczną. No bo na przykład gdyby tak gdyby wziąć nadgwiezdne gitarowe pasaże rodem z Blood Incantation, cudowne rytmizowanie ostatniego Afterbirth, absurdalne dociążenie dwójki Mitochondrion, zgrzytliwe, morbidowe riffowanie z okresu  „Formulas...” podbarwione slamową dosadnością, groovem i gulgulactwem, a na całość wylać sporą dawkę ambientowo-kosmicznych odjazdów w stylu Tangering Dream czy Klausa Schulze, to wyjdzie nam całkiem intrygujący ładunek wybuchowy o niespotykanej sile rażenia. Jeśli dodam do tego, że Ci goście doskonale panują nad tym co grają, jak grają i co piszą, to trudno mówić tu nawet o muzycznym chaosie. A przecież całość przypomina wręcz jakieś jam session nagrany na setke. Nieco brudne, półamatorsko-rehearsalowe brzmienie wydaje się tu być zamierzonym zabiegiem, bo nie ma co maskować dobrej muzyki pod studyjnymi sztuczkami. Jestem zdumiony jak pięknie płynie ten materiał, jak mądrze rozłożone są akcenty, tak, żeby sluchacz nie miał poczucia, że „Soulgazer” ma w sobie za dużo plumkania czy za dużo deathmetalowego kombinowania. Po prostu wow. Moją uwagę szczególnie zwróciła praca perkusisty, który tutaj gra miejscami takie cuda, że głowa mała. Dzieje się na tej płycie bardzo dużo, czasem na granicy improwizacji, ale dość szybko słuchacz znajduje tyle punktów zaczepienia, żeby nie mieć poczucia, że jest to granie bez składu i ładu. Jak dla mnie absolutnie fenomenalne wydawnictwo, które powinno obowiązkowo trafić na półkę fana bardziej wymagającego grania. Materiał jest zdecydowanie ponadprzeciętny, niebanalny, mający muzyczne atuty, aby nie nazwać go „kolejnym” czy „jednym z wielu”. Słuchając „Soulgazer” uświadamiam sobie jak bardzo chaotyczny i nieporadny wydaje się przy nim ubiegłoroczny debiut i kolegów spod tej samej bandery czyli Universally Estranged. Którzy przecież poruszają się w podobnej estetyce. Fenomenalny materiał, który w moich uszach jest mocnym kandydatem do trafienia na listy końcoworocznych podsumowań. Brawo Panowie!

 

Harlequin

Recenzja VATICINAL RITES „Vaticinal Rites”

 

VATICINAL RITES

„Vaticinal Rites” (Ep)

Redefining Darkness / Caligari Records 2021

Wyspy Brytyjskie w minionym już, 2021 roku wypluły z siebie sporo ciekawych, bardzo dobrych materiałów, że wspomnę tylko o wydawnictwach Coffin Mulch, Slimelord, Celestial Sanctuary, Mortuary Spawn, czy Qrixxuor. Zdecydowanym ruchem ręki, do tego grona można także dorzucić debiutancką Ep’kę Vaticinal Rites, która to w listopadzie zeszłego roku ukazała się na srebrnym dysku pod banderą niezmordowanej Caligari Records. Muzyka, jaką rzeźbi to londyńskie trio, to bowiem bardzo konkretny, klasyczny w swej formie i wyrazie, gniotący solidnie Death Metal. Beczki napierdalają tu zatem równo, wyraziście i stanowczo miażdżąc czaszki, gruby bas wywleka wnętrzności przez puste oczodoły, soczyste, tłuste, chwilami zakręcone niewąsko riffy o sporym ciężarze rozrywają w pizdu i potrafią sponiewierać okrutnie, strzeliste, zaawansowane technicznie partie solowe tną głęboko, niczym świeżo naostrzone brzytwy, a rasowe, plugawe growle szepczą nam czule do ucha różnorakie bluźnierstwa, wlewając w nie przy okazji sporo żrącego jadu. Napierdol to doprawdy niedwuznaczny, choć nie uświadczycie moi drodzy na tym wydawnictwie nakurwiania z prędkością światła, ani gitarowego onanizmu. Usłyszymy tu za to miarowy, wgniatający w podłoże, śmiertelny walec z wyraźnym ukłonem w stronę mięsistego Thrash Metalu z Bay Area, na co wyraźnym dowodem są wiosła brzmiące niekiedy, jak nieco bardziej dosadna mieszanka „Seasons in the Abyss” z „Seven Churches”. Celne to ciosy, które potrafią posłać delikwenta na deski i przespacerować się po jego zwłokach. Do produkcji generalnie nie mam większych zastrzeżeń, jest mocna, selektywna, ma odpowiedni ciężar i niezgorsze pierdnięcie, aczkolwiek osobiście dodałbym nieco więcej gęstej smoły, jeżeli chodzi o pracę wioseł (ale to tylko takie moje całkowicie  subiektywne widzimisię). Podoba mi się ten oparty na latach 90-tych, śmiercionośny wypierd ze Zjednoczonego Królestwa. Nie jest to, może jeszcze materiał zabójczy w 666%, niemniej dźwięki te bardzo dobrze rokują na przyszłość. Prawdziwą wartość zespołu poznamy zatem najpewniej przy okazji pierwszego, pełnego albumu Vaticinal Rites, niemniej uważam, że warto mieć baczenie na ten zespół i obserwować jego kolejne posunięcia, gdyż może on, zwłaszcza maniakom Old School Death Metalu w przyszłości sprawić niemało radochy.

 

Hatzamoth

piątek, 18 lutego 2022

Recenzja Bottlekopf „The Jokes Are Over”

 

Bottlekopf

„The Jokes Are Over”

WM Psycho 2022

„Koniec żartów panowie” – powiedział Bottlekopf wychodząc z piwnicy po ośmiu latach, dzierżąc w dłoni świeżo otwartą butelkę party groove death metalu, „Czas na zabawę!”. Tak obrazowo można zilustrować drugi krążek Ślązaków, który lada dzień ujrzy światło dzienne nakładem WM Psycho. Rozpoczyna się on nieco na opak. Większość albumów atakuje bowiem od początku najsmaczniejszymi kąskami, podczas gdy pierwsze dwie kompozycje (jeśli nie liczyć intro) na „The Jokes Are Over” przelatują jakoś tak bez większych emocji. Co prawda czuć w nich vibe starej Sepultury, czy może raczej jedynki Cavalera Conspiracy, ale to jeszcze nie jest to. Cała zabawa zaczyna się od podrywającego, energetycznego riffu w „My Breath”, a przy kolejnym „Silent” nóżka już sama chodzi praktycznie do samego końca płyty. Bottlekopf serwują nam wzbogacony o solidny groove, trochę death’and'rollowy metal ze sporą ilością ciężkich harmonii, zagrany z polotem i naturalną lekkością, co słychać choćby w pojawiających się w kilku miejscach partiach solowych. Słuchając tej płyty można znaleźć odniesienia do Gorefest, jest tu też trochę późniejszego Entombed, a najbardziej fakt ten uwypukla wokal, będący właśnie wypadkową pomiędzy Petrovem a De Koeijer’em. Chwilami nasuwa mi się też skojarzenie z jedynką Machine Head, choć nie wiem czy słusznie, bowiem nie słuchałem tej płyty z ćwierć wieku. Nie da się też nie usłyszeć tu inspiracji punkiem, znajdzie się kilka drobiazgów z szufladki HC... Chłopaki wyraźnie w dupie mają czystość gatunkową i sięgają po wszelkie dostępne środki by uczynić swoją muzykę jak najbardziej nośną. I wiecie, to im się cholernie udaje, bo tych nagrań słucha się z wielkim bananem na ryju. Tym bardziej, że zespół pokusił się o kilka bardzo oryginalnych wstawek, jak choćby basowe wygibasy w „Way to Decapitation”, albo brzmiący jak zagrany na jakimś dęciaku wstęp do „Brainwash”, nota bene jednego z wolniejszych, za to strasznie wbijającego się w pamięć utworów. Z drugiej strony każdy z kawałków na „The Jokes Are Over” jest wyrazisty i każdy z nich ma szansę na zostanie osobistą „piosenką dnia”, w zależności w którym momencie wysiądziemy z auta, jeśli wiecie co mam na myśli. Bo prawdą jest, iż Bottlekopf potrafią w dobrą, niezobowiązującą melodię. Czuć w tej muzyce sporo luzu, czego flagowym przykładem mógłby być „Dead Blues”, utwór który powinien być puszczany poglądowo na wykładzie „Jak wyciągnąć kija z dupy”. Przede wszystkim jednak, według mnie, jest to muzyka typowo koncertowa, zwłaszcza po kilku browarkach. Bardzo odpowiada mi też brzmienie tych piosenek, nie jakieś tam wycackane, zrobione, jak wszystko na tym albumie, na totalnym luzaku, ze  stukającą garażowo perkusją, za to bardzo wyraźnie słyszalnym, wykonującym sporą robotę basem. Spodobała mi się ta płyta. Może nie, żebym zaraz miał tatuować sobie okładkę na plecach, ale zdecydowanie bardziej, niż się początkowo spodziewałem. Co by dużo nie gadać, jeśli chcecie posłuchać ze znajomymi przy piwku chwytliwej muzyki okołodeathmetalowej, pogibać się jak pierdolony rezus czy po prostu odprężyć po męczącym dniu, to włączcie sobie „The Jokes Are Over”, bo to pozycja dobra na każdą z tych okazji.

- jesusatan

czwartek, 17 lutego 2022

Recenzja Karmanjaka „Gates Of Muspel”

 

Karmanjaka

„Gates Of Muspel”

Grind To Death Records 2022

Chryste Panie na gumowym bananie! Nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że coś takiego mogłoby mi się spodobać!  Albo się starzeje, albo się zakochałem. Nie, to drugie nie wchodzi w grę, przecież miłość nie istnieje, a starości jeszcze nie czuję. O co zatem chodzi? Ano o to, że trzecia płyta kwintetu ze Szwecji to świetna odskocznia od tych wszystkich diabłów tarzających się w smole, mrocznych lasów i lodowatych wiatrów. W sieci twórczość tego zespołu określa się jako black metal. Czasami dodają do tego słowo „progressive”, ale byłbym daleki od klasyfikowania tej muzyki. Jeśli już trzeba to powiedziałbym, że to heavy / black z technicznym sznytem, ale co ja tam wiem. No dobra. Na tej płycie nie ma słabego numeru, a jest ich osiem. Każdy z nich to świetne melodie typowe dla Szwecji. Żaden nie nudzi za sprawą zmiany temp, użytych pomysłów oraz epickiego charakteru. Ostro nastrojone gitary, świetnie brzmiące beczki oraz bas. Krystaliczna produkcja, ale w tym przypadku to nie minus. Kunszt artystów wyśmienity. Technika na wysokim poziomie chociaż mogę się mylić, bo przecież się nie znam. Poza tnącymi riffami, zajebiste solówki tudzież inne smaczki wygrywane na gitarkach. Perkusja sprawia wrażenie zaledwie muśniętej przez pałeczki, tutaj na pewno nie ma dziur w naciągach. No i wokal. Chylę czoła. Robi robotę. Nie będę porównywał, bo nie chce być nudny. Nie trawię melodyjnego black metalu, niezależnie z jakiego kraju pochodzi. Dlaczego więc „Gates Of Muspel” mi się podoba? Dlatego, że nie można do tego podchodzić jako do stricte czarnej sztuki. To po prostu użycie pewnych elementów z wyżej wymienionej, aby stworzyć świetną muzę na każdą okazję. Poza tym, jak w innych przypadkach, muzycy nie silą się na bycie złymi. Nie ubierają z niewiadomych przyczyn mrocznego grania we wręcz taneczne linie melodyczne. Nie walczą z chrześcijaństwem i wszelakimi religiami. Nie niosą wojny, nie mrożą na kość. Nie szerzą bluźnierstw, nie wychwalają Szatana. Za to snują opowieści w oparciu o nordycką „Eddę”. Podniosłość, energia, lekkość jak i również autentyczna radość z tworzenia. Momentami może przypominać melodyjne kapele z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, które przecież miło się słuchało. Tak też jest w tym przypadku. Czy w samochodzie, przy kuflu piwa, w zadymionej knajpie, a co dopiero na festiwalu. Dla wszystkich, którzy lubią heavy z ostrym pazurem jak znalazł. Chyba mnie pojebało, że mi się to podoba. No i ten wokal…

shub niggurath

Recenzja / A review of Amaltheia "Amaltheia"

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Amaltheia

„Amaltheia”

Godz Ov War 2022

Amaltheia znacie? Niepozorna okładka zapowiadanego nakładem naszej krajowej wytwórni debiutu jakoś nie zachęca do wyciągnięcia ręki. Logo też trochę takie koślawe, pomyślicie zapewne, że szkoda na to czasu. No, nie kłamiąc, też przeszła mi przez głowę podobna myśl, ale jak tylko wrzuciłem ten krążek na ruszt, momentalnie osrałem kalesony. „Amaltheia” to  nieco ponad pół godziny death/black metalu z gatunku tych bardziej technicznych, ale bez tak nie lubianego przeze mnie przesadnego, muzycznego onanizmu. Krążek ten jest natomiast niezwykle bogaty w ciekawe i często niecodzienne rozwiązania. Utwory z wielkim wyczuciem urozmaicane są choćby nieoczekiwanymi zrywami i nagłymi atakami gitarowych akordów i solówek. Raz zalewają uszy nakładającymi się na siebie gęsto ścieżkami, by za chwilę, dla kontrastu, zaskoczyć minimalizmem, jak to ma miejsce w kojarzącym mi się trochę z Molested fragmencie otwierającego całość „Pyre”.  Są w tych kompozycjach takie miejsca, gdzie każdy instrument gra praktycznie co innego tworząc ogólny dysonans, niemal chaos. A jednak okiełzany. Tak, Amaltheia na swoim pierwszym longu ostro pokombinowali. A to  czarują melodyjnym tremolo lekko pod Mgłę, a to zaserwują potężny, zapiaszczony fragment Portalowy by następnie zahipnotyzować powtarzanym wielokrotnie motywem, pogrążyć ciężką harmonią a’la Immolation a na końcu pokręcić nam ostatecznie w głowie DeathspellOmegowymi dysonansami. Jakichkolwiek innych nazw przychodzących na myśl by nie wymieniać, faktem niezaprzeczalnym jest, że i tak wszystkie inspiracje przechodzą tu przez pryzmat Amaltheia, bowiem panowie wprowadzili te klasyczne wpływy w inny, swój własny wymiar. Wymiar, gdzie nic tak naprawdę nie jest oczywiste i przewidywalne. Na „Amaltheia” jest co odkrywać, bowiem ogromu detali ukrytych pod główną warstwą dźwięku wychwycić na szybko się nie da. Wszystkie te muzyczne wygibasy zostały uzupełnione o death/blackmetalowe dialogi wokalne i wyprodukowane na organicznym czarnoziemie. Uwagę zwraca tu świetna praca nie tylko gitar, ale i perkusji, często niestandardowa, z technicznymi zwrotami akcji. To może się wydawać przerażające, ale ta płyta, mimo iż i tak nokautuje od samego początku, w miarę bliższego jej poznawania jeszcze bardziej rośnie i nabiera mocy. Nie wiem jakiego Pegazusa włodarze Godz Ov War używają, ale w tym roku już drugi raz, po świetnym Corrupter, wygrzebują spod ziemi debiutanta, który mi kasuje system. „Amaltheia” jest tak kurewsko wciągająca, że do przerwania odsłuchu zmusiłby mnie chyba wyłącznie pożar chałupy. W towarzystwie takich albumów człowiek żałuje, że nie ma, jak kot, siedmiu żyć, bo sześć spędziłby napawając się ich dźwiękami. Dla mnie totalna rewelacja.

- jesusatan

 

Amaltheia

"Amaltheia"

Godz Ov War 2022

 

Do you know Amaltheia? The inconspicuous cover of the debut announced by our national label does not encourage you to reach out. The logo is also a bit lopsided, so you will probably think that it is a waste of time. Well, without lying, a similar thought crossed my mind, but as soon as I played the record, I immediately shit my pants. "Amaltheia" is a little over half an hour of death / black metal of the more technical genre, but without exaggerated musical masturbation that I don't really like. This album, however, is extremely rich in interesting and often unusual solutions. The songs are varied with great sensitivity, for example, by unexpected outbursts and sudden attacks of guitar chords and solos. Once they flood your ears with densely overlapping tracks, and in a moment, for the contrast, surprise with minimalism, as is the fragment of opening the lot "Pyre", that reminds me a bit of a Molested’s song. There are places in these compositions where each instrument plays practically something different, creating a general dissonance, almost chaos. And yet tamed. Yes, Amaltheia made a lot of twists on their first album. They charm with a melodic tremolo slightly reminding Mgła, next they serve a powerful, sandy Portal fragment, then hypnotize with a repeated motif, plunge you into heavy harmony Immolation-like, and finally make you dizzy with DeathspellOmegish dissonances. Whatever other bands’names come to your mind, it is an undeniable fact that all inspirations here go through the prism of Amaltheia, because the guys introduced these classic influences into another, their own dimension. A dimension where nothing is really obvious and predictable. There is a lot to discover on "Amaltheia", because it is impossible to catch the enormity of details hidden under the main layer of sound quickly. All these musical twists have been supplemented with death / black metal vocal dialogues and produced on organic black earth. What draws attention here is the great work of not only the guitars, but also the drums, often non-standard, with technical twists. It may seem scary, but this album, despite the fact that it knocks you out from the very beginning, the more you get to know it, the more it grows and gains even more power. I do not know what Pegasus the Godz Ov War scouts are using, but this year for the second time, after the great Corrupter debut, they are digging up a debutant that totally turns my value system upside down. "Amaltheia" is so fucking addictive that only the cottage fire would force me to stop the listening session. In the company of such albums, one regrets that they have no seven lives like a cat, because they would spend six of them enjoying such tunes. Absolutely outstanding one for me!

- jesusatan

Recenzja BA’A „Egregore”

 

BA’A

„Egregore”

Osmose Production 2022

Uwaga! Powracają smutasy z Francji. Niebawem moja ulubiona wytwórnia wypuści ich kolejny krążek. Niestety od poprzedniego wydawnictwa u tych trzech panów nic się nie zmieniło. Cały czas grają atmosferyczny i totalnie sentymentalny black metal. „Egregore” to konsekwentna kontynuacja ich pierwszego albumu czyli typowo dla tego gatunku nastrojone gitary, niczym nie wyróżniająca się perkusja oraz zadziwiająco dobrze słyszalny bas. Za sprawą tychże instrumentów dostajemy nostalgiczne melodie, które płyną w dość szybkim tempie. Nie brakuje tutaj jednak przejść w średnie prędkości oraz ckliwych przerywników. Całości towarzyszy delikatnie chropowaty głos wokalisty, który wijąc się w bolesnych spazmach, wyrzuca z siebie słowa. Robi to z niesamowitym żalem do całego świata, a może i do samego Boga. Jego egzystencja na tym padole musi mu sprawiać straszny ból. Jedynym plusem jest to, że robi to w swoim ojczystym języku, bowiem francuszczyzna w tych kawałkach brzmi wybornie. Ogólnie rzecz biorąc nie ma za bardzo nad czym się tu rozwodzić. Za pomocą środków odpowiednich dla black metalu Francuzi tworzą osjaniczne pioseneczki, nie mające tak naprawdę z tym gatunkiem nic wspólnego. Nie znajdziemy na tym albumie żadnej wściekłości. Nie będzie też uczucia lodowatego chłodu ani wszechobecnego zła, bo pomimo innego charakteru jakim odznacza się atmosferyczny black, te wszystkie elementy przecież z różnym natężeniem w nim występują. W zamian dostajemy żałosną i rzewliwą papkę dla niepoprawnych romantyków, którzy na sam widok pentagramu mdleją lub uciekają do pobliskiej świątyni, aby pomodlić się o miłość. Na nieszczęście dla Francji Ba’a nawet nie próbuje zadać kłamu ogólnie powszechnemu przeświadczeniu, że męscy przedstawiciele tego narodu, to miękkim chujem chłopaczki robione.

shub niggurath

środa, 16 lutego 2022

Recenzja Evil Shade „Vandals”

 

Evil Shade

„Vandals” MLP

Chaos Records / SpookiesProductions 2022

Muszę się przyznać, że nie za często sięgam po tego typu muzę. Tak właściwie to jedyną płytą jaką włączam sobie od czasu do czasu z power metalowego poletka, jest „Port Royal”. Co prawda moja przygoda z metalem zaczęła się od Helloween, o której to kapeli dość szybko zapomniałem, poddając się podszeptom starszych kolegów z osiedla, którzy pokierowali mnie w zupełnie inne rejony. No, ale stało się. Do moich słuchawek trafi niejaki EvilShade. Ten pięcioosobowy band pochodzi z Meksyku i para się właśnie speed / heavy / power metalem, a ich mini – album to dwadzieścia pięć minut metalowej nudy. Dość ostre gitary, typowe dla tego gatunku beczki i basik. Szybkie i tnące riffy przechodzące z jednego w drugi. Gdzieniegdzie pojawiające się zwolnienia. Dużo melodyjnych solówek. Czysto wyśpiewywane wokale, momentami zamieniające się po prostu w szybkie gadanie lub krzyk. Wszystko to niby odegrane zgodnie z zasadami sztuki jednakże coś tu jest nie tak. Tego typu twórczość zawsze kojarzyła mi się z niesamowitą energią i lekkością. Melodyjnymi i pędzącymi jak konie w galopie melodiami, które biczują plecy i jednocześnie żywcem przenoszą do świata piratów lub na pola bitewne. Z lekkością i zarazem podniośle płynącym słowom, które nadają muzyce epickiego wręcz charakteru, a tu? Ano lipa. Numery odegrane jakby na siłę. Każdy z nich dłuży się niemiłosiernie. Brak mocy. Aranżacje bez polotu i całkowicie nieciekawe. Nie ma tutaj ani jednego momentu, który by mówił, że a może teraz zacznie coś żreć. Z każdym utworem nowa nadzieja, która natychmiast umiera. Głos śpiewaka bez polotu i energii. W dodatku posiada on dziwną manierę, przypominającą jakąś skargę wobec świata. Chyba tak naprawdę nie chce śpiewać. Pewnie wolałby iść na piwo i dziewczynki. Jedynym pozytywnym aspektem jaki udało mi się znaleźć w tym materiale to brzmienie. Nie jest zbyt czyste lecz lekko ziarniste. Niestety ani kończący tą produkcję cover Running Wild ani wspomniane brzmienie, nie jest w stanie uratować tego albumu. Słabiutkie flaki z olejem.

shub niggurath