piątek, 18 sierpnia 2023

Recenzja / A review of Suffer Yourself „Axis of Tortures”

 - FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Suffer Yourself

„Axis of Tortures”

Aesthetic Death 2023

 


Nazwa zespołu, widoczna powyżej,  może być na dobrą sprawę tłumaczona dwojako. Sam Sobie Cierp, lub Cierpienie Z Powodu Mnie Samego. Zastanawiałem się, które z owych znaczeń zespół miał na myśli dobierając banner do swojej muzyki…

- Bym powiedział, że to drugie jest prawidłowe. Taki synonim „Self-suffering”, czyli samocierpienia.

Czy zespół uważa zatem, że walka ze sobą, znoszenie własnych słabości jest najgorszym aspektem naszej egzystencji?

- Dobre pytanie. Powiedzielibyśmy, że nihilizm jest najlepszy. Bo cierpienie człowieka wypływa ze środka.

Idąc zatem tropem myśli przyświecającej muzykom na samym początku, mam prawo domniemywać, że całkowicie zgadzają się z aktem samobójstwa, jako pewnego rodzaju rozwiązania własnych niedoskonałości?

- Absolutnie. Jest to ultymatywne rozwiązanie. Im inteligentniejszy jest człowiek – tym więcej cierpi. Przez „osie”, przedstawione na naszej nowej płycie jako utwory, pokazujemy cierpienie przez różne aspektu natury człowieka – intelekt, słabe ciało etc.

„Axis of Tortures” to czwarty pełnograj tego, obecnie ukraińsko – szwedzkiego ansamblu, których to poprzedni album miałem przyjemność przedstawić wam z dwa lata temu. Zespół ten jest pewnego rodzaju zaprzeczeniem, środkowym palcem wystawionym w kierunku ogólnie panujących zasad. Dlaczego? Bowiem ich muzyka z każdym kolejnym wydawnictwem nie kieruje się w stronę mainstreamu czy popularności. Ona od nich ucieka. Każdy kolejny album Suffer Yourself jest trudniejszy w odbiorze, bardziej wymagający i pozbawiony elementów szybkoprzyswajalnych. Tak jak często stoję w opozycji do  „rozwoju”, często niestety źle rozumianego, tak w tym przypadku mogę z czystym sumieniem stwierdzić, iż postępuje on w jedynym słusznym kierunku. Nowe dziecko Suffer Yourself to zdecydowanie najbardziej dołujący i mroczny materiał jaki chłopakom (i pani) udało się zarejestrować. Jednocześnie najbardziej dojrzały i przemyślany. Jest to w końcu dokładnie taki funeral doom metal, jaki miałem nadzieję od nich usłyszeć. „Axis of Tortures” to intro i outro (oba będące chaotyczną mieszanką fragmentów albumu) oraz cztery dość długie kompozycje,  nazwane koncepcyjnie osiami. Całość trwa godzinę i cechuję się czymś, co skłania mnie do wsiąkania w te dźwięki całym sobą. Tym czymś jest niebywale dojrzała umiejętność budowania klimatu i wyłamywania się schematom. Nie ma tu, jak w większości przypadków płyt rzeczonego gatunku, męczenia buły i dryfowania przez pół godziny na jednym – dwóch riffach. W kompozycjach Suffer Yourself dzieje się wiele, i wiele elementów zaskakuje. Przez większość czasu muzyka na tym albumie toczy się w bardzo niespiesznym tempie a przebudzenia kamiennego kolosa są bardzo nieliczne i krótkie. Nie dziwnym jest zatem, iż słuchając „Axis of Tortures” można poczuć przygnębienie i niemal fizyczny ciężar na karku. Żadną nowością nie są tutaj wplatane elementy bardziej melancholijne, jednak podkreślić trzeba jedną, kluczową rzecz, będącą, przynajmniej dla mnie, niezwykle istotną. Na tej płycie nie ma smucenia, a tym bardziej żadnych słodkości. Tutaj wszystko pogrążone jest w autentycznej zadumie. Stąd też porównanie muzycznego oblicza Suffer Yourself do Esoteric wydają mi się jak najbardziej na miejscu, choć nie będę ukrywał, iż do geniuszu Brytoli kapkę im jeszcze brakuje. Tym bardziej, że ilość nakładanych efektów też jest w tym przypadku zdecydowanie mniejsza, co nie znaczy, że ozdobników tu brak. Nie będę jednak rozkładał wszystkiego na czynniki pierwsze, tym bardziej, że płyta to całość, a nie porozrzucane po podłodze klocki. Podsumowując zatem… Suffer Yourself nagrał bezapelacyjnie najlepszy materiał w swoim dorobku, mocno pukający do ścisłej czołówki tego typu grania. Po raz kolejny wykonał krok wprzód, przede wszystkim udoskonalając swoje własne „ja”, a nie bazując jedynie na kopiowaniu klasycznych wzorców. Dla mnie ten materiał to bezapelacyjnie jeden z najlepszych albumów gatunku, jaki było mi dane w tym roku usłyszeć.

- jesusatan

 

 

Suffer Yourself

"Axis of Tortures"

Aesthetic Death 2023

 

The band's name, seen above, can be translated in two ways for good measure. Suffer Yourself (meaning: I’m not going to), or Suffer Because of Being Yourself”. I wonder which of these meanings the band had in mind when selecting the banner for their music....

- I would say that the latter is correct. Such a synonym for "Self-suffering".

So does the band think that fighting with oneself, enduring one's own weaknesses is the worst aspect of our existence?

- Good question. We would say that nihilism is the best. Because man's suffering flows from within.

So, following the thought behind the musicians at the very beginning, I have the right to assume that they completely agree with the act of suicide as a kind of solution to their own inadequacies?

- Absolutely. It is the ultimative solution. The more intelligent a person is - the more they suffer. Through the "axes", presented on our new album as songs, we show suffering through different aspects of man's nature - intellect, weak body, etc.

"Axis of Tortures" is the fourth full-length of this, now Ukrainian-Swedish band, whose previous album I had the pleasure to introduce to you like two years ago. This band is a contradiction of sorts, a middle finger extended in the direction of the generally prevailing rules. Why? Because their music, with each successive release, is not heading towards the mainstream or popularity. It runs away from them. Each next Suffer Yourself album is harder to listen to, more challenging and devoid of easily digestible elements. As much as I often stand in opposition to "development," often misunderstood, in this case I can say with a clear conscience that it is progressing in the only right direction. Suffer Yourself's new baby is by far the most depressing and dark material the guys (and the lady) have managed to record. At the same time, it is the most mature and thoughtful. It is, in the end, exactly the kind of funeral doom metal I was hoping to hear from them. "Axis of Tortures" features an intro and outro (both of which are a chaotic mix of album fragments) and four rather long compositions, conceptually named “axes”. The lot lasts an hour and is characterized by something that makes me soak in the sounds with my whole self. That something is an incredibly mature ability to build atmosphere and break out of patterns. There is no, as in most cases of albums of the genre in question, agonizing gushing and drifting for half an hour on one - two riffs. There is a lot going on in Suffer Yourself's compositions, and many elements are surprising. Most of the time the music on this album moves at a very unhurried pace and the awakenings of the stone colossus are very few and brief. It is not surprising, therefore, that listening to "Axis of Tortures" one can feel a sense of gloom and an almost physical weight on one's neck. No novelty here is the inclusion of more melancholic elements, but one crucial thing must be emphasized, being, at least for me, extremely important. There is no sadness on this album, much less any sweetness. Here everything is plunged into genuine reverie. Hence, comparisons of the musical face of Suffer Yourself to Esoteric seem to me most appropriate, although I won't hide the fact that they still lack a little to the genius of the Brits. The more so because the amount of used effects in this case is also decidedly fewer, which doesn’t mean that the ornaments here are lacking. However, I will not dissect everything, especially since an album is a whole, not blocks scattered on the floor. So, to sum it up... Suffer Yourself have recorded unquestionably the best material in their career, firmly knocking to the premier league of this music genre. They have once again taken a step forward, primarily refining their own self, rather than relying solely on copying classic patterns. For me, this material is unquestionably one of the best albums of the genre I have heard this year.

- jesusatan

Recenzja Tideless „Eye Of Water”

 

Tideless

„Eye Of Water”

Chaos Records 2023

Uwaga! Nadciąga jesień, a wraz z nią pewnie tony smutnych płyt. Druga produkcja tego założonego w 2015 roku na terenie USA zespołu, taka właśnie jest. Na wskroś przepełniona żalem, melancholią, kreuje przygnębiający świat, gdzie bezradna wściekłość miesza się z chęcią podcięcia sobie żył i takie tam, a tak na poważnie to muzyka Amerykanów to swoiste połączenie doom metalu z tworem nazywanym jako shoegaze, gdzie elementy prog-rocka są również dość wyraźne. To co usłyszeć można będzie na „Eye Of Water” jest w prostej linii rozwinięciem twórczości Kalifornijczyków z jaką można się spotkać, słuchając pierwszego ich wydawnictwa „Adrift In Grief”. Tym razem spotkamy się również z pięcioma kompozycjami, tyle że całość jest dłuższa od poprzedniego albumu aż o 25 minut. Tak więc potencjonalnego odbiorcę czeka 75-minutowa uczta, która mu zasmakuje bądź przyprawi o mdłości. Jeśli ktoś lubi shoegaze to nie wątpię, że Tideless mu się spodoba, gdyż głównie na schemacie funkcjonującym w tym gatunku kwintet ten opiera komponowanie swoich utworów. Podobnie się mają sprawy z brzmieniem i charakterem riffowania, które jednoznacznie kierują skojarzenia w stronę shoegaze właśnie. Podobnie jak tam tak i tutaj dostajemy masę akordów, które tworząc ścianę dźwięku nagle nikną, przechodząc w spokojne i rozmarzone momenty. Kiedy wreszcie się one kończą muzycy wracają do wypełnionego dużym ładunkiem emocjonalnym, introspekcyjnego kostkowania, w między które wplatają również niekiedy trochę bardziej technicznych i awangardowych motywów, przywodzących skojarzenie chociażby z King Crimson. Nasi mieszkańcy San Diego nie stronią jednak od cięższych momentów, bo przecież to w końcu doom metal. Gdy przychodzi pora na ożywienie poszczególnych numerów, to potrafią skutecznie dociążyć i zagęścić klimat jak i również troszkę przyśpieszyć, wprowadzając pierwiastek agresji, bo przecież nie tylko strapieniami człowiek żyje i wkurwić się od czasu do czasu też wypada. Ogólnie rzecz biorąc panowie z Ameryki wiedzą co robią. Umiejętności i pomysłów im nie brakuje. Z niezwykłą sprawnością łączą wyżej wymienione typy grania, tworząc tym samym niemalże nowy gatunek muzyczny, w którym przeplatają się wpływy Anathemy, Magma, Alison’s Halo czy Slowdive. Jeśli macie ochotę na progresywny shoegaze-doom metal to sprawdzajcie, a jak nie, to nie sprawdzajcie.

shub niggurath

Recenzja CARATHIS „Moonstone & Amethyst”

 

CARATHIS

„Moonstone & Amethyst” (Compilation)

Personal Records 2023

Nie tracąc czasu na niepotrzebne wstępy, od razu rzeknę Wam, iż materiał, o którym tu teraz czytacie, to płytka kompilacyjna. Składają się na nią dwie Ep’ki zespołu. Niepublikowana wcześniej „The Moonstone Prophecy” oraz wydana w 2021 roku tylko w formie digital „The Amethyst Fortress”. Powiem szczerze jak na spowiedzi. Gdyby ta kompilacja nigdy się nie ukazała, to świat istniałby nadal i był niezmiennie tak samo zjebany, jak dotychczas. To, co słyszymy bowiem na tym krążku, to w sam raz surowy, zatopiony w melodii i sowicie podlany klawiszem Black Metal na jedno, góra dwa przesłuchania. Jednym słowem muzyka ta nie powoduje odruchów wymiotnych, ale żadne zachwyty absolutnie jej nie grożą. Wszystko jest fachowo i rzetelnie, każdy instrument rzeźbi zgodnie ze sztuką, a niemal przebojowego charakteru nadają tym kompozycjom tekstury odważnie zaczerpnięte z klasycznego Heavy Metalu. No i fajne, tyle że całość jest mocno przewidywalna, powtarzalna i wręcz nieprzyzwoicie przystępna. Mroku, czy choćby odrobiny bluźnierstwa nawet z gromnicą człowiecze tu nie znajdziesz. O agresji, furii, bądź minimalnym chociaż poziomie najzwyklejszej złości, także można zapomnieć. Co więc oferuje nam ta płytka? Poza surową melodyjnością, tanecznymi, liniowymi rytmami, mnóstwem kolorowych, popowych niemal zagrywek  i dużą przyswajalnością każdego z wałków praktycznie nic. Ot, taki rekreacyjny, użytkowy, turystyczny Black Metal z parku rozrywki. Jeżeli ktoś chce odwiedzić ten lunapark, jego wola, mnie tam zdecydowanie nie po drodze.

 

Hatzamoth

czwartek, 17 sierpnia 2023

Recenzja EYEMASTER „Conjuration Of Flesh”

 

EYEMASTER

„Conjuration Of Flesh”

Caligari Records (2023)

Caligari Records ma łapę do nietuzinkowych zespół – jeśli nie wybitnych t co najmniej ciekawych, mających coś sensownego do zaoferowania. Nie inaczej jest z niemieckim Eyemaster, który właśnie debiutuje w ich barwach minialbumem. Nasi zachodni sąsiedzi przygotowali słuchaczom niespełna 20 minut death metalu zamkniętego w czterech odsłonach, death metalu, który bardziej hołduje europejskiej tradycji, ale i nie uciekającego od współcześnie panujących trendów. Piaszczyste, nieco szwedzkie brzmienie, średnie tempa i spora doza surowości zdradzają fascynację czasami minionymi, ale okazjonalne skręty w stronę doom metalu i tworzenia jaskiniowych, ale przystępnych pejzaży jest wyraźnym ukłonem w stronę współczesności. Niemcy umiejętnie operują tempem nadając swoim utworom odpowiednią dramaturgię, nawet jeśli te nie czarują jakimiś wymyślnymi i nieszablonowymi rozwiązaniami. Wisienką na torcie są bezdyskusyjnie solówki – błyskotliwe, pomysłowe, raczej z gatunku tych mało oszczędnych, bardziej wpasowujących się w gatunkową klasykę. „Conjuration Of Flesh” słucha się wybornie, nawet jeśli Niemcom trochę brakuje do wyraźnego określenia własnego „ja”. Trudno pisać elaborat o tak krótkim materiale, tym bardziej, że trochę za mało tu wyróżników i rzeczy, które warto by było analizować, ale nie za się zaprzeczyć, że Eyemaster to więcej niż solidna firma, a ich debiutancki wypust jest o prostu kawałek dobrze zagranego metalu śmierci. Sporo będę sobie obiecywał bo kolejnym materiale, bo potencjał jest spory.

 

                                                                                                                                              Harlequin

Recenzja LAST LIGHTNING „The Unholy Ritual”

 

LAST LIGHTNING

„The Unholy Ritual”

Norwegian Dark Arts 2022

 

Materiał, o którym mam zamiar teraz skreślić kilka słów, czyli drugi pełny album norweskiego (choć w składzie hordy znajduje się jegomość o swojsko brzmiącym nazwisku Sliwa, a jeden z wałków na tym krążku nosi tytuł „Gwoździe”) Last Lightning zatytułowany „The Unholy Ritual” ukazał się już bez mała rok temu. Jako że jednak niebawem, bo w dniach 24-26.08.2023 band ten nawiedzi polskie ziemie i zagra kolejno w Krakowie, Warszawie i Bydgoszczy pomyślałem sobie, że warto przybliżyć Wam szerzej ten materiał, tym bardziej że to naprawdę dobre, Black Metalowe rzeźbienie. Królują tu więc siarczyste beczki, śmigający zawodowo, jadowity bas, zimne, mizantropijne riffy i bluźnierczy, złowieszczy scream. Mimo że krążek ten składa się w zasadzie z dobrze już znanych (i lubianych) elementów, to jednak horda ta używa ich mocno charakternie i charakterystycznie, wypalając przy tym na nich swe własne, indywidualne piętno. Dzięki temu ich „dwójeczka” brzmi dosyć świeżo, a nad całością unoszą się mroczne wibracje i tajemniczy, melancholijny feeling. Głównym winowajcą takiego stanu rzeczy są tutaj doskonałe partie wioseł. Nie umniejszając pozostałym instrumentom, które ze swych obowiązków wywiązują się w sposób wręcz celujący, to właśnie gitary wyszywają tu gęstym ściegiem wysublimowane, kunsztowne nierzadko faktury dźwięków, misterne, finezyjne solówki, jak i wyrafinowane harmonie. Wioślarze odważnie zapuszczają się w rejony progresywne, jak i na terytoria klasycznego Heavy Metalu i pełnymi garściami czerpią z nich inspiracje. Przy całej, bogatej, a chwilami wręcz koronkowej, wioślarskiej ornamentyce, nie brakuje tu rasowej, piekielnej diabelszczyzny zakorzenionej głęboko w II fali gatunku (wszak to w końcu Black Metal). Album ten zachowuje więc doskonały balans pomiędzy dorodnym, czarcim pierdnięciem, a atmosferycznymi, bardziej złożonymi strukturami. Niemało tu również melodyjnych akcentów, których muzycy hordy nie boją się stosować. Nie są to jednak słodziutkie pitolenia, jest w nich masa agresji, zaciekłości i cierpkiego posmaku. Dobra, naprawdę dobra muza. Już niedługo każdy, kto pojawi się na jednym z trzech koncertów (dla przypomnienia: Kraków - 24.08, Warszawa - 25.08, Bydgoszcz – 26.08) będzie miał okazję zweryfikować jej walory na żywo, do czego szczerze zachęcam.

 

Hatzamoth 

środa, 16 sierpnia 2023

A review of Dungeon "Into the Ruins"

 

Dungeon

"Into the Ruins"

Dying Victims 2023

 

Dungeon is a band that will celebrate its tenth anniversary next year. However, the gentlemen are probably not among the busiest. So far they have only managed to record two demo tapes and an EP. Not counting doubled tracks, there would be, zusammen, less than forty minutes of music. That is, about three minutes per year. There is a stereotype that the Brits are phlegmatic, and in this case it seems to be confirmed. But enough of the pinching, because in a month's time, by Dying Victims, the guys will return with EP number two, entitled as seen above. It contains five new songs, which are, as the German label has already accustomed us to, a return to the past. "Into the Ruins" is old-school, deeply rooted in 1980s speed / thrash metal, drawing fully from the classics of the genre. The issue, therefore, is simple. If someone likes Venom, Razor or Onslaught, and is not a senile grandpa who doesn't touch novelties and reaches only for the originals, this material will welcome as readily as Angela White two black cocks. And he will have just as much fun with these sounds. Dungeon may be slow on the uptake, but their compositions perfectly capture the spirit of times gone by. In fact, everything is right here. We hear razor-sharp riffs, aggressive solo parts and rough vocals. The whole thing in a somewhat spontaneous atmosphere, with the wildness typical of the fathers of the genre. At the same time with a good dose of catchiness. Personally, I really like the sound of the drums on this album, deep and heavily rumbling. It's clear that the musicians feel what they're playing, and they haven't been holding instruments in their hands since yesterday. For the inquisitive, who will ask if there is something of their own in this music after all... There is. Evidently flowing from this music a wide stream of sincerity. Because I'm not going to lie to anyone that in terms of music there is something on "Into the Ruins" that you hadn't heard before. But I'm sure that when Dungeon recorded these songs they did it with great enthusiasm and satisfaction, because you can feel it. And for me, that's enough to put this kind of tribute to good old times on my shelf.

- jesusatan

Recenzja UPIÓR „The Forest That Grieves”

 

UPIÓR

„The Forest That Grieves”

Case-Studio 2022

Upiór to kolejny z zespołów, które już niebawem zobaczymy na jubileuszowej, XX edycji The Last Words of Death (kurwa, jak ten czas zapierdala). Czuję się więc niemal w obowiązku, aby choć troszkę ich Wam przybliżyć i napisać przy tej okazji także parę słów na temat ich pierwszego, pełnego longa, który ukazał się w marcu zeszłego roku. Oficjalne źródła podają, że to francuska kapela, jednak jej założycielami i zarazem trzonem są nasi rodacy (Tomasz „Josh” Jaskóła i Sebastian „Drache” Stachowiak), którzy w Polsce, w latach 90-tych grali w zespole Auri Sacra. No to krótki rys historyczny mamy za sobą, teraz więc zabieramy się za muzykę, jaką usłyszymy na „The Forest That Grieves”. Ogólnie rzecz biorąc, można powiedzieć, że mamy do czynienia z Symfonicznym Death Metalem, choć wg mnie to trochę uproszczona definicja ich twórczości. Owszem, śmiertelnych struktur, opartych o ciężkie, rozrywające wiosła, wywracający podroby, grubo ciosany bas, potężne beczki i demoniczne growle jest tu sporo, jednak tworzą one zwarty amalgamat z zimnymi, bardziej melodyjnymi, jednak odpowiednio nasyconymi agresją, Black Metalowymi fakturami dźwięków. Słychać zresztą, że nasze chłopaki sroce spod ogona nie wypadli, doświadczenie, jak i warsztat mają, toteż nie boją się sięgać po klasyczne, Heavy Metalowe wzorce (struktura niektórych solówek i riffów), pokręcone, techniczne tekstury rytmiczne, a także zagrywki zahaczające wręcz o jazzowe terytoria, które śmiało znalazłyby swe miejsce na niejednej płycie z Metalem Progresywnym. Niebagatelną rolę odgrywa na tym krążku kreatywny klawisz. Nadaje całości melancholijnego, zaprawionego ciemnością klimatu i jest zarazem niejako spoiwem, które łączy te bardziej klasyczne nuty z brutalnym, bluźnierczym wydźwiękiem Death/Black Metalu, ale przede wszystkim nie zmiękcza tej produkcji, a wręcz przeciwnie, dodaje jej majestatu i surowej potęgi. Gdybym miał zabawić się w porównania, to powiedziałbym, że muzyce Upiora bardzo blisko do dźwięków tworzonych przez Septic Flesh, Ex Deo, Ade, czy Fleshgod Apocalypse. Porównania bywają jednak zwodnicze, więc szczerze namawiam, abyście zapoznali się z tym bardzo dobrym skądinąd w swej kategorii materiałem. No i zapraszam oczywiście na występ Upiora w Bydgoszczy 26.08.2023 na The Last Words of Death. Ja tam oczywiście będę i jestem pewien, że Upiór dostarczy mi owego wieczora wiele wrażeń.

 

Hatzamoth