niedziela, 22 października 2023

A review of Wharflurch "Nirvana 2002"

 

Wharflurch

"Nirvana 2002"

Dawnbreed Rec. 2022

 


I wonder how many of you remember a band called Nirvana 2002? Personally, I only got familiar with their work a couple of years after they broke up, although probably if it weren't for a friend who was a maniacal fan of the Swedish scene, I wouldn't know them until today. Because even if I had glimpsed the name somewhere, I’d probably have completely ignored it, automatically associating it with the work of Kurt Kobain, which I somehow never particularly liked. But let’s get to the point... American Wharflurch released some rather interesting material last year, though frankly intended, in my opinion, exclusively for collectors of all sorts of seven-inchers. "Nirvana 2002" (with a fancily redesigned and updated logo on the cover) features two compositions by the Swedish band performed by the Americans. You must admit that the idea is unusual, because EPs usually contain a cover as the form of an addition to a song of the performing band. Here, we don’t get such. Perhaps for Wharflurch the gentlemen from Edsbyn were such a great inspiration that they decided to honor them in this way. I conclude so, because both compositions, i.e. "Slumber" and "Mourning", are not somehow drastically different from the originals and their performance is very faithful. Of course, one can look for details here, with which Wharflurch has rejuvenated those a little forgotten songs, but they are really minor finishing touches. It is possible that this piece of wax will tip young searchers off to the trail of a little treasure from the past and encourage them to dig up the rest of it. All the more so, since the music stands up perfectly well years later and can serve as an encyclopedic example of old-school Swedish death metal for adepts. If you like collecting such unusual releases, or want to have everything Wharflurch has released in your collection, go for this EP. Maybe there's still a copy left somewhere.

- jesusatan

Recenzja IBLISS „(((Unholy)))”

 

IBLISS

„(((Unholy)))”

Helter Skelter Productions / Regain Records 2023

Nie wiadomo dokładnie, kiedy powstał Ibliss, lecz wiadomo na pewno, że owo trio zmaterializowało się (zapewne podczas bezbożnych rytuałów) w zatęchłych czeluściach Malezyjskiego Kuala Lumpur. Pierwsze ich produkcje zaczęły pojawiać się w roku 2020, a ta, którą mamy tu na widelcu została pierwotnie nagrana w roku 2022, a koniec kwietnia Anno Bastardi 2023 przyniósł jej wznowienia pod banderą Helter Skelter Productions (limitowany do 300 szt. placek z vinylu w dwóch kolorach, czarnym i transparentnym, pomarańczowym) i Regain Records (digital version). Teraz dwa słowa o muzyce, jaką zastaniemy na „(((Unholy)))”. Materiał ten to podzielone na dwie części, prawie 15 minut gniotącego okrutnie, surowego, rytualnego Stoner/Doom Metalu, który bez dwóch zdań, każdorazowo, gdy leci,  wywołuje uśmiech zadowolenia na Diabelskim licu. Jest zatem w chuj ciężko i hipnotyzująco, a żwir z samego dnia piekieł zgrzyta nam między zębami. Beczki są masywne, linie basu głębokie i transowe, a partie wiosła, to przytłaczająca, odbierająca oddech, granitowa maź. Twórczość Ibliss można porównać do pierwszych produkcji Electric Wizard, Sleep, czy Acid Bath. Unoszą się także nad tą muzyką niepokojące, okultystyczne wibracje  charakterystyczne dla dźwięków, jakie królowały na płytach Saint Vitus, Pentagran i The Obsessed. Taki twardy, barbarzyński, duszny, ceremonialny Stoner/Doom to stary Hatzamoth zawsze i wszędzie do swej pokaźnej piersi przytuli. Zachęcam również i Was, abyście nadstawili ucha i zapoznali się z miażdżącym kompozycjami Ibliss, gdyż to wyśmienity ochłap smolistego, obrzędowego, czarnego niczym dupa Diabła, ciężkiego grania.

 

Hatzamoth

sobota, 21 października 2023

A review of Wharflurch "Lurking Doom"

 

Wharflurch

"Lurking Doom"

Dawnbreed Rec. 2023

 


This material is some years old now and has managed to appear on tape on Gurgling Gore and then on silver disc on Morbid Chapel Records. Only now, however, a vinyl release has been handled by the Dutch Dawnbreed Records. Very rightly so, because I think it's material  by all means worthy of attention, even though it doesn't really bring anything revelatory to the death metal genre. These twenty minutes of music won't cause another industrial revolution, they won't write about it in the newspapers or mention it on major TV stations. People won't kill one another for it or sell their mothers to have it, no. It will reach a specific audience who don't give a shit about any novelty and have been feasting on old school tunes for decades. The Yanks invent rather thick, sometimes even clumsy riffs, once in a while speeding up to slow down again and grind, grind, grind.... At times we can hear a typical Incantation guitar, elsewhere a guitar solo, and everything is accompanied by a gravedigger's coffin vocals. The Americans balance somewhere on the edge of catacomb death/doom metal, only occasionally letting a bit of a glow into the music in the form of more melodic guitar parts. Well, this kind of music is something you either like or not. Personally, I love digging into such damp, graveyard soil and then licking my fingers with satisfaction.  In hindsight, I find that I like this EP much more than Wharflurch's debut full-length, on which the musicians probably started mixing too much. "Lurking Doom" is simple, yet not trite, death metal. Such as the genre was at the very beginning of its existence. If you haven't had a chance to get acquainted with these recordings yet, I sincerely recommend them.

- jesusatan

Recenzja Nôidva „Lappish Shatanism”

 

Nôidva

„Lappish Shatanism”

Purity Through Fire 2023

Nôidva to fiński kwartet, który trzy lata temu wydał na świat swój debiut, a niebawem, bo 27 października powróci z najnowszą propozycją. Różnie to bywa u tej nacji z black metalem, ale ten w ujęciu Nôidva jest dość ciekawy. Podany w surowej formie, za pomocą zimnych i wysoko nastrojonych gitar oraz niemiłosiernie łomoczącej sekcji rytmicznej, przywdziewa nieco „piwniczno-leśne” szaty. Wypełniony folklorystycznymi melodiami, które mieszają się z dość agresywnymi riffami przypomina trochę coś, co kiedyś robili panowie z At The Gates czy Hades. Black metal w wykonaniu Finów jest w dużej mierze oparty na thrashowym kostkowaniu, tremolo występuje w nim śladowoi zbliżony jest do norweskiego sposobu na satanistyczne granie. Tak jest przynajmniej w tych szybszych momentach, kiedy to akordy wygrywane są z dużą powagą i stanowczo rozprawiają się ze słuchaczem. Dla odmiany niekiedy wolniejsze chwile na „Lappish Shatanism” swoim wyrazem mogą przywodzić skojarzenia z grecką sceną. Wszystkie te podobieństwa można wychwycić przy uważnym wsłuchaniu się w ten materiał, lecz w całościowym wymiarze tak naprawdę nie mają znaczenia, gdyż Nôidva komponuje na swój niepowtarzalny sposób, zapodając ostry black metal, w który wplatają cepelię z Krainy Tysiąca Jezior. Nie jest to jednak nic chwytliwego i przaśnego. Poszczególne kompozycje przesycone są mrocznym mistycyzmem finlandzkich lasów, który dopełniony złośliwym traktowaniem strun i mikrofonu przybiera złowrogą postawę, nie znoszącą chrześcijańskiego porządku. Brudna i chropowata produkcja potęguje nienawiść do otaczającej nas na co dzień rzeczywistości i czyni z „Lappish Shatanism” iście pogański black metal, nawiązujący do początków drugiej fali, pełen autentycznej pasji i przywiązania do tradycji. Ciekawa podróż w miejsce, gdzie zimno jak cholera, a lasy gęste i pełne upiornych cieni.

shub niggurath

Recenzja PUTRIDITY „Greedy Gory Gluttony”

 

PUTRIDITY

„Greedy Gory Gluttony” (Ep)

Willowtip Records 2023

Niemal osiem lat przyszło czekać fanom włoskiej Zgnilizny na ich nowe, śmiertelne wymioty. Można zaryzykować stwierdzenie, że panowie zamilkli, od kiedy PiS zaczął rządzić w Polsce. Odłóżmy jednak na bok politykę, dlatego, że nie ma ona z powyższą tezą nic wspólnego, a poza tym, jak wiadomo, to największa kurew jest. Przejdźmy więc do meritum sprawy, czyli do najnowszych rzygowin Putridity. Wiem, że niemal zawsze tak się mówi i to nieco wyświechtana już deklaracja, ale makaroniarze nagrali swój, jak dotąd, najlepszy materiał (mimo że tylko dwa wałki są nowe, a pozostałe trzy, to cover Cannibal Corpse i po jednym, ponownie nagranym utworze z pierwszej i drugiej płyty tego kwartetu). Być może pomogło przewietrzenie składu, a być może zespół potrzebował nieco więcej czasu, aby nabrać niezbędnego dystansu, ale to tak naprawdę mało istotne. Istotne za to jest to, że „Greedy Gory Gluttony” to wyśmienity, potężny, miażdżący w chuj ochłap Brutal Death Metalu o bardzo wysokim stopniu technicznego zaawansowania. Kręgosłupem zawartej tu muzy nadal jest okrutny Metal Śmierci umocowany w latach 90-tych, jednak słychać wyraźnie, że wraz z upływem czasu styl zespołu mocno ewoluował (zarówno kompozycyjnie, jak i brzmieniowo) aż do stanu obecnego. A obecne oblicze tej grupy, prezentuje  zdecydowanie i bezapelacyjnie najwyższe standardy brutalnej, rzeźnickiej sztuki. Tak więc „Chciwe Krwawe Obżarstwo” to 13 minut bestialsko nakurwiających, srogo połamanych, ciężkich beczek, rozrywającego, gniotącego potwornie, grubego basu, pokręconych monstrualnie, precyzyjnych, niszczących riffów i wokalnego zezwierzęcenia najwyższych lotów. Zaprawdę powiadam Wam „Greedy…” to przepiękny, soczysty rozpierdol, w którym nie znajduję żadnych, choćby odrobinę słabszych punktów. Putridity powróciło w wielkim stylu i pozamiatało w pizdu. Włosi otwarcie mówią ponadto, że ta produkcja jest jeno przystawką przed zbliżającym się wielkimi krokami, nowym, pełnym albumem, który ma się zwać „Morbid Ataraxia”. Już na samą o nim myśl twardnieją mi sutki i mam wzwód w galotach. Boję się nawet choćby przez chwilę przypuszczać, co tam może się wyprawiać?Zamiast tego, czekam na ów krążek, a niecierpliwość ma zaprawdę wielką jest.

 

Hatzamoth

Recenzja Stenched „Gorging on Mephitic Rot”

 

Stenched

„Gorging on Mephitic Rot”

Blood Harvest 2023

Czas na wycieczkę do grobu. Zabiera was tam Adrian, jedyny członek Stenched, znany być może niektórym z takich projektów jak Impending Rot czy Excretory. Tym razem, pod nowym szyldem, koleś postanowił sprawić, byście zgnili żywcem. Odór rozkładu jest na tym demo wszechobecny i wyczuwalny nawet przy ostrym nieżycie nosa. Sześć składających się na „Gorging on Mephitic Rot” numerów to równomierne niczym uderzenia kafara akordy, tyleż proste co miażdżąco ciężkie. Muzyk nie sili się na finezję i jest w swoich poczynaniach kurewsko konsekwentny. Obcowanie z tworzonymi przez niego dźwiękami można porównać do zaciągnięcia się odorem z otwartej trumny z zalegającymi w niej zwłokami w zaawansowanym stadium rozkładu. Niemal organoleptycznie poczuć można rój larw w których zanurzamy się z każdym kolejnym tonem. Uczucie dekompozycji potęguje powolnie działająca sekcja rytmiczna, rozpędzająca się co najwyżej do d-beatu, oraz bardzo niski, bulgoczący flegmą wokal. Materiał ten brzmi na wskroś bagiennie, a powiedzieć, że organicznie to tak, jakby nie powiedzieć nic. Można nazwać tę muzykę siermiężną i będzie to określenie jak najbardziej adekwatne, i w tym cały jej urok. Jedynym dodatkiem są tutaj krótkie partie klawiszowe na wstępie i zakończeniu, będące niczym nieco milej wyglądająca skorupka na zbuku. Jeśli potrzebujecie dokładniejszego drogowskazu, to kierujcie się w stronę wczesnego Eternal Rot, bo to sąsiadujące ze sobą rejony tego podmokłego cmentarza. I tyle. Tego trupa nie trzeba dokładniej rozczłonkowywać, bo on rozpada się sam. Zainteresowanych zapraszam do konsumpcji.

- jesusatan

Recenzja ABRADED „Unadulterated Perversity”

 

ABRADED

„Unadulterated Perversity”

Selfmadegod Records 2023

 

No i nadszedł w końcu ten dzień, w którym tych trzech wykolejeńców wypełzło ponownie ze ściekowych kanałów Ohio i wypluło ze swych trzewi kolejną porcję odrażających dźwięków. Mowa oczywiście o amerykańskim Abraded i ich drugim albumie długogrającym zatytułowanym „Unadulterated Perversity”. Tytuł tego materiału mówi w zasadzie wszystko o muzyce, jaką tu znajdziemy. „Nieskazitelna Perwersja” to bowiem trochę ponad 33 minuty paskudnego, walącego zgnilizną, obskurnego Metalu Śmierci zamarynowanego w korzennej zalewie z brudnego, mdlącego, obrzydliwego Grindcore’a. Konkretny i mięsisty to album, głęboko zakorzeniony w latach 90-tych, a wydostające się z niego, cuchnące wyziewy penetrują mózgowe zwoje słuchacza niczym żarłoczne pasożyty. Zespół utrzymał kurs obrany na debiucie, więc nadal możemy delektować się wzburzonymi rytmami dzikiej perkusji o zgryźliwie, ostro brzmiącym werblu, grubym, wywlekającym wnętrzności, chropowatym basem, tłustymi, miażdżącymi riffami o słodkim aromacie rozkładu i chorymi, wulgarnymi, dewiacyjnymi wokalizami. W tę przygniatającą, perwersyjną, mazistą zawiesinę wtłoczono również elementy klasycznego, mulistego Doom Metalu, jak i przesyconego agresją, syfiastego HC/Punka i było to bez dwóch zdań bardzo dobre posunięcie, gdyż faktury tych dźwięków uwypukliły dodatkowo wysoce wymiotny charakter tego krążka. Czuć w tej muzyce patologiczne wibracje charakterystyczne dla wczesnych produkcji Carcass, Dead Infection, Hideous Mangleus, Squash Bowels, Phlegm, General Surgery, czy też Necrony, no i, co oczywiste, nad całością unosi się swobodnie duch twórczości Autopsy i Mausoleum. Przepyszny ochłap ropiejącego, ociekającego zepsutą krwią, nadzianego larwami muchy plujki, śmiertelnego mięsiwa. Można się nażreć aż do obrzygania.

 

Hatzamoth