czwartek, 22 maja 2025

Recenzja Ominous Ruin „Requiem”

 

Ominous Ruin

„Requiem”

Willowtip Rec. 2025

Są tacy, którzy, gdy tylko zobaczą, że napisałem tekst o Ominous Ruin, będą wiedzieli co zawiera. Oj, panowie, czasem można się trochę zdziwić. No ale nie w tym przypadku. Po co w ogóle sięgnąłem po techniczny, brutalny death metal? Trochę z sentymentu, bo swojego czasu pierwsze krążki Origin czy Wormed chwilę pokręciły się w moim odtwarzaczu. Jak taka muzyka broni się po latach? No dla mnie nie broni się wcale. Leży na glebie i kwiczy. Zacznę od sprawy oczywistej, która to dyskwalifikuje „Requiem” jako coś, co mogło by mnie zainteresować. Brzmienie. Możecie mnie przypalać, polewać wrzątkiem, ale nigdy nie pokocham takiej sterylności i wszechobecnego triggera. I nie mam na myśli „triggera” dosłownie, bo może i faktycznie koleś grać potrafi, lecz ten styl gry na perkusji z brzmieniem rodem z porodówki. Jeszcze zanim faktycznie pojawiły się takie możliwości, twierdziłem, że jest to muzyka z generatora (dziś mówi się „stworzona przez AI”). Dla mnie każdy kolejny kawałek na tym albumie jest wręcz wkurwiająco schematyczny, przewidywalny i nużący. Podobnie jak wokale, którym teoretycznie nic nie brakuje, lecz sposób śpiewania, idealnie co prawda współgrający w tym przypadku z serwującymi swoje połamane akordy gitarami i wspomnianą już sekcją rytmiczną, kompletnie do mnie nie trafia. Owszem, jestem w stanie docenić kunszt i umiejętności muzyków. Nie sposób też odmówić im konsekwencji. Stąd też jestem w stanie zrozumieć, że określonemu gronu odbiorców nowy krążek Ominous Ruin sprawi wiele radości. Bo obiektywnie rzecz ujmując na pewno w swojej klasie stoi bardzo wysoko. Jeżeli techniczna sieczka, pełna łamania akordów, popisowych solówek i wszechobecnych blastów to wasza nisza, to sięgajcie po ten album bez zadawania pytań. Ja sobie wrócę do mojego bagna, bo myję się od święta i takie sterylne dźwięki wywołują u mnie mdłości.

- jesusatan




Recenzja Derhead „Irrational II”

 

Derhead

„Irrational II” E.P.

Brucia Records 2025

Zawieruszył mi się gdzieś głębiej w skrzynce mailowej ten materiał, bo jego premiera, jak na razie wyłącznie w wersji digital, miała miejsce dziesiątego kwietnia, ale co się odwlecze to nie uciecze. Przesłuchałem te dwa nowe kawałki tego solowego projektu z Włoch i muszę stwierdzić, że Derhead sztywno się trzyma swoich założeń na awangardowy black metal, choć nieco je na tej epce rozrzedził poprzez, jak mi się zdaje, większe natężenie melodyką, która w tych dwóch kompozycjach wiedzie prym i nadaje im sporo emocjonalnego napięcia. Dołożone do industrialnego i delikatnie dysonansowego podkładu, wyłaniają się one z niego jako wysokotonowe zagrywki, kreśląc introspektywne i pełne dramaturgii harmonie, które głównie definiują „Irrational II”. Formy te wraz z solówkami rozluźniają mechaniczność głównych tekstur, nadając im atmosferycznego charakteru, który wspomagają oczywiście syntezatorowe podkłady. Ta wysuwająca się na pierwszy plan chwytliwość tego krótkiego wydawnictwa nie jest jednak zbyt nachalna, a jej melancholijność wyraźnie zmusza do myślenia nad współczesnymi stosunkami międzyludzkimi, o których Derhead opowiada w swoich tekstach, inspirowanych „Biesami” Dostojewskiego. W dalszym ciągu na bardzo dobrym poziomie są także wokale Giorgio Barroccu, który wkłada w swoje krzyki sporo uczucia, co powoduje, że ich wydźwięk kieruje ten trochę zbyt ckliwy krążek w mroczną stronę i go ociupinkę zaostrza. Wyprodukowana bez zarzutu epka, której selektywność jest idealna, a brzmienie gęste i monumentalne. Modernistyczny black metal o industrialnym i gotyckim sznycie dla lubiących nowoczesne nuty.

shub niggurath




środa, 21 maja 2025

Recenzja Nightbearer „Defiance”

 

Nightbearer

„Defiance”

Testimony Rec. 2025

„Defiance” to już trzeci album Niemców. Piszę „już”, bo jakoś drugi pełniak mi po drodze umknął. Nie żebym z tego powodu płakał. Debiut był przyzwoity, lecz do bólu przewidywalny. Zajrzyjmy zatem, czy coś się zmieniło. Niemcy grają szwedzki death metal. Cóż, nie są w swoim kraju wyjątkiem, lecz chyba po dziś dzień najlepszymi spadkobiercami północnych tradycji za naszą zachodnią granicą są panowie z Fleshcrawl, zwłaszcza ich najwcześniejsze krążki. Natomiast ze szwedzkim metalem śmierci, gatunkiem z bardzo długą brodą, jest jak ze śpiewaniem, każdy grać może, jeden lepiej, drugi gorzej. Nightbearer trochę fałszują, choć nie przez cały czas. Zacznijmy od tego, co mi się zgadza. Brzmienie, nawiązujące mocno do oryginału, z charakterystycznym dla Boss’a HM-2W piachem. Zgadza mi się część riffów, bezpośrednio nawiązujących do spuścizny Entombed. Niezłe są też partie d-beatowe, może i oklepane, lecz dla miłośników gatunku, tych nigdy za wiele. Nie mam się też co przyczepiać do wokali, acz fajerwerków w tym zakresie raczej nie ma, ot, taki standardowy growl. Co jest nie tak? Trochę więcej. Przede wszystkim melodie. Za dużo ich tutaj. Albo inaczej, melodie są potrzebne, ale do chuja pana, takie grobowe, śmierdzące cmentarzem i zgnilizną, a nie podniosłymi (i to jeszcze czasem podkreślanymi klawiszowo), epickimi tematami. Proszę sobie dla przykładu posłuchać choćby wstępu do dziewięciominutowego „Ascension”. Nie dość, że cholernie to podniosłe, to jeszcze okraszone akustycznym plumkaniem. Podejrzewam, że przy tej okazji grał panom w głowie Opeth, ale gdzie Rzym a gdzie Krym? To nie jest dath metal! Rozumiem, że Niemcy nie trzymają się ram gatunku niczym nasi politycy stołków, czego dowodem wiele harmonii bardziej black niż deathmetalowych, nie mniej zresztą mdłych od słodzizny, ale jeśli postanowili kombinować, to moim zdaniem poszli zupełnie nie moją ścieżką. „Defiance” tak w zasadzie jest albumem, na którym każdy kolejny numer coraz bardziej nudzi i coraz mniej ma wspólnego z gatunkiem, który teoretycznie powinien być tutaj kręgosłupem. Osobną sprawą są solówki. Nie wiem, może panowie chcieli udowodnić, że grać potrafią i stają się z roku na rok lepszymi muzykami, jednak owe (podkreślać jeszcze raz słowem „słodkie”?) popisy naprawdę nie wnoszą do całości niczego dobrego. Album wieńczy „Until We Meet Again”, utwór z tak radosnym riffem (słuchało się In Flames „Subterranean”, co?), że ja jednak podziękuję i na rzeczone spotkanie nie przyjdę. Chyba nie mam po co. Swoją przygodę z Nightbearer uważam za zakończoną. Jak ktoś lubi udawany death metal do potańczenia, czy poprzytulania się z dziewczyną, to niech łapie. Ja jestem za stary na takie numery.

- jesusatan




Recenzja Void „Horrors Of Reality”

 

Void

„Horrors Of Reality”

Shadow Kingdom 2025

Na przestrzeni lat kapel o nazwie Void zdążyło nazbierać się bez liku, ale w tym przypadku chodzi o Amerykanów ze stanu Luizjana. Powstali w 2019 roku, nagrali kilka singli w wersji digital po czym, we własnym zakresie nagrali ten album. Pierwotnie ukazał się on w 2023, a teraz wydaje go we wszystkich możliwych formatach Shadow Kingdom. Tych pięciu panów gra thrash metal, żywcem wyjęty z końcówki lat osiemdziesiątych, którym „katują” za pośrednictwem „Horrors Of Reality” przez czterdzieści minut. Poza intrem, to dziewięć kawałków wypełnionych chwytliwymi refrenami i chóralnymi okrzykami, które wydobywają się z gardeł tych młodzieńców przy akompaniamencie wzorcowo nastrojonych gitar i w punkt bijącej sekcji rytmicznej. Void dwoi się i troi, aby zapewnić nam dobrą zabawę ciągłą zmianą tempa, wirtuozerskimi popisami i rytmicznym palm mutingiem. Z tutejszych akordów mocno zalatuje bryzą znad Bay Area, co skutkuje małym podobieństwem do tego, co serwowały kiedyś takie zespoły jak chociażby Metallica czy Exodus, ale kilka lżejszych riffów, które swą luzackością zbliżają się do „kuglarstwa” w stylu Anthrax też z łatwością da się wychwycić. Ci amerykańscy muzycy prezentują bardzo dobry kunszt i niewątpliwie ich kompozycje są zróżnicowane pod względem agogiki i użytych form, a wokalista potrafi zaciągnąć pod Hetfield’a i nieco ostrzej warknąć. Jednakże ich thrash metalowi wyraźnie brakuje mocy i ostrości. Całość brzmi jak ugrzeczniona wersja tego gatunku, która nie biczuje, a zaledwie łaskocze, co zapewne pozwoli pojawić się im w radio, bądź na jakimś festiwalu dla młodzieży, ale wyrwać z kapci starszych fanów nie ma żadnych szans. Bardzo bezpiecznie skonstruowany thrash metal, który posiada do bólu gładkie oblicze.

shub niggurath




wtorek, 20 maja 2025

Recenzja Magyla „Kur Tavo Dievas Dabar?”

 

Magyla

„Kur Tavo Dievas Dabar?”

Independent 2025

Ta litewska kapela wcześniej funkcjonowała pod nazwą The Faith Of Metztli, ale jako Magyla istnieją od 2021 roku, w którym to wydali swój debiut „Tebunie Tamsa”. Teraz powracają z drugim albumem, który zdaje się, że wydają własnym sumptem. Trochę mnie to dziwi, że nie znaleźli żadnej wytwórni, ponieważ black metal w ich wykonaniu jest na bardzo dobrym poziomie. Jest to klasyczna wersja tego gatunku, sztywno osadzona na fundamencie znanym z początku lat dziewięćdziesiątych i w pełni z nim korespondująca. Jak dotąd nie słyszałem pierwszej płyty tego kwartetu, ale „Kur Tavo Dievas Dabar” to osiem numerów niemalże czystej norweszczyzny z małą posypką z litewskich naleciałości, które głównie słychać w niektórych melodiach bądź bardziej klimatycznych momentach. Poza tym tutejsze utwory oparte są o tradycyjne kostkowanie i tremolo, co jest w sumie oczywiste, jeżeli chodzi o muzykę black metalową, zwłaszcza w jej klasycznym wydaniu. Magyla trzyma się bowiem staroszkolnych ram dość twardo i doskonale im to wychodzi, bo materiał z powodzeniem mógłby się ukazać w ostatniej dziesięciolatce dwudziestego wieku. Litwini podchodzą poważnie do prawideł tego stylu z tamtych czasów i częstują ostrymi riffami i tremolando, które płyną w zmiennych tempach i obdarzone są delikatnymi chwytliwościami. Harmonie te w żadnym razie nie grzeszą słodkością i są to chmurne rytmy o nienawistnym i wojowniczym nastawieniu. Od czasu do czasu zdarza się odjechać im w bardziej śpiewne rejony, charakterystyczne dla wschodniej flanki NATO, ale nie mają one nic wspólnego z przaśną cepelią i brzmią raczej przygnębiająco. Magyla swoje akordy ubrała w twarde i zimne brzmienie, które zagęściła lekko wycofaną sekcją rytmiczną, która wyróżnia się delikatnymi muśnięciami talerzy. Całości, rzecz jasna, towarzyszą równie jak instrumentarium, mocne wokalizy wygenerowane przez chyba znacznie zdarte struny głosowe Kiprasa Maselisa, który ze dużą agresją wypluwa z siebie słowa. Litwini nagrali krążek odznaczający się stanowczym usposobieniem, na którym poszczególne instrumenty wraz z nieprzyjaznymi warknięciami wokalisty, kreślą ponure i nieźle bujające riffy o wyraźnie diabolicznym wydźwięku. Połączenie północnego i wschodniego chłodu zrodziło black metal o zwartej strukturze, który posiada fanatycznie nieprzejednane oblicze. Polecam fanom konserwatywnej rogacizny, bo to interesująca pozycja, którą Magyla odświeżyła małym pierwiastkiem z tamtej strony świata.

shub niggurath




Recenzja Grog „Sphere Of Atrocities”

 

Grog

„Sphere Of Atrocities”

Hellprod Records / Murder Rec. (2025)

 


Portugalia nigdy deathmetalową mekką nie była. W zasadzie poza nieodżałowanymi Disaffected i Thormenthor trudno mi przywołać myślami jakiś zespół, który gdzieś realnie zaistniał w deathmetalowym światku. Wyjątkiem jest lizboński Grog, który działa na scenie nieprzerwanie od 1991 roku i właśnie wydaje swój piąty, pełny album w barwach szerzej niekojarzonej Hellprod Record. Przyznam się szczerze, że poza dobrym, debiutanckim „Macabre Requiems” twórczość Grog nie jest mi znana i nawet nie kojarzyłem, że grupa wciąż funkcjonuje, dlatego z tym większą chęcią sięgnąłem po „Sphere Of Atrocities”, aby sprawdzić, czy nadal jest w tym graniu ogień, czy po prostu Portugalczycy wpisują się na długą listę dziadersów plujących bezpłciowymi wydawnictwami. Już pierwszy kontakt ze „Sphere Of Atrocities” rozwiewa wszelkie wątpliwości – Grog nie pierdoli się w tańcu i wciąż ma do zaoferowania bardzo dużo. Niespełna chrystusowa długość płyty dostarcza wysokooktanową dawkę napierdolu z pogranicza brutalnego death metalu i grindcore’a. Nie brakuje tu szybkiego, niejednokrotnie kombinowanego riffowania, nie brakuje zmian tempa, nie brakuje świdrujących tremolo gitar, morderczych kanonad perkusji przeplatanych gęstymi przejściami, nie brakuje mocnego growlu i kontrastujących skrzeków. Aż jestem zdumiony z jaką swobodą Portugalczycy wygrywają te motywy gdyż zapamiętałem ich debiut jako dość prosty warsztatowo. Tutaj obcujemy z machiną, która śmiało mogłaby wpisywać się w katalog Relapse sprzed dwóch dekad czy nawet Willowtip, można pokusić się o stwierdzenie, że jest to techniczne granie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Deathgrind w wydaniu Grog jest bowiem dość kliniczny, czytelny, oprawiony dobrą produkcją, której daleko do modnych obecnie, undergroundowych standardów. Śpieszę jednak uspokoić, że nie ma tu mocy o wygłaskanych partiach w stylu Decrepit Birth czy Obscura – tu wszystko napierdala tak jak powinno, a całość podparta jest naprawdę fajnymi pomysłami. „Sphere Of Atrocities” choć nie niesie za sobą żadnej nowej jakości i nie otwiera żadnych nowych furtek jest płyta zwyczajnie bardzo dobrą, płytą, której po kapeli z takim stażem scenicznym raczej nie należało się spodziewać. Szczerze polecam i choć sam ie planuje kupić tego wydawnictwa, to jestem przekonany, że będzie to jedna z większych, pozytywnych niespodzianek tego roku jeśli chodzi o metal śmierci i pochodne. Trzeba posłuchać!

                                                                                                                                             Harlequin




poniedziałek, 19 maja 2025

Recenzja Loathfinder “Broken Branches and Torn Roots”

 

Loathfinder

“Broken Branches and Torn Roots”

Godz ov War 2025

Kurcze, nazwa Loathfinder tyle razy przewinęła mi się przez uszy na przestrzeni ostatnich kilku lat, że z zaskoczeniem przyjąłem fakt, iż materiał, który ukaże się za chwil parę pod banderą Godz ov War jest ich dopiero pierwszym pełnym albumem. Bo, nie będę oszukiwał, wcześniejsze dokonania zespołu, który to przecież działalność zapoczątkował już ponad dekadę temu, znam bardzo pobieżnie. „Broken Branchas and Torn Roots” to taki trochę przewrotny tytuł w nawiązaniu do muzyki, jaką na tym krążku znajdziemy. Zdrowych korzeni bowiem Loathfinder mają sporo, nawet więcej niż przeciętne „drzewo”.  Te czterdzieści minut z haczykiem to tak naprawdę przekrój przez bardzo wiele gatunków muzycznych, co po złożeniu ich do kupy stanowi amalgamat bardzo ciężki do jednoznacznej kategoryzacji. Nie jest to jednak dźwiękowy misz-masz bez ładu i składu, bowiem wszystkie składowe zostały wplecione w całość z wielka starannością i rozwagą. Kręgosłupem tych nagrań jest poczerniony doom / death metal, bowiem kompozycje te utrzymane są przeważnie w średnim tempie z zachowaniem odpowiedniego tonażu. Na tej klasycznej podstawie wiele jednak się dzieje. Sam sposób kostkowania niejednokrotnie nasuwa skojarzenia z muzyką sludge, lub z drugiej strony, zwłaszcza w mniej złożonych fragmentach, estetyką punkową. Wrażenie to potęguje też dość niechlujne, brudne brzmienie, nadające kompozycjom bardziej surowego charakteru. Dla przeciwwagi w muzyce Loathfinder pojawia się garść atonalnych akordów, o zdecydowanie młodszym rodowodzie niż wspomniane wcześniej klasyczne wpływy. Trzeba przyznać, że panowie dość mocno w swoim kociołku mieszają, ale, jak wspomniałem, z ogromnym wyczuciem, dzięki czemu albumu tego słucha się w ciągłym napięciu i oczekiwaniu na kolejny krok. A te stawiane są chwilami w sposób kompletnie nieprzewidywalny. Zresztą niech świadczą o tym jedynie pierwsze dwie - trzy minuty otwierającego całość „Grey Pilgrimage”, z riffem będącym połączeniem Entombed i Bolzer, numerze, który to zamiast (jak by się podejrzewało) przyspieszyć, po chwili wprowadza odbiorcę w niemal rytualny, podniosły nastrój. A że kawałek ten trwa minut dziewięć, to napomknę jeszcze, że nie jest to jedyne w nim zaskoczenie. W przełożeniu ilości niespodzianek na całą płytę, jest tego zdecydowanie więcej. „Broken Branches and Torn Roots” jest zatem wydawnictwem na wiele odsłuchów i naprawdę jest na nim co odkrywać. Sprawdźcie sobie zresztą sami, bo warto.

- jesusatan