piątek, 20 czerwca 2025

Recenzja XificurK „1096”

 

XificurK

„1096”

Mara Prod. 2025

Xificurk to kolejny przedstawiciel krajowego podziemia, który właśnie postanowił objawić się nam w pełnej krasie. Po dwóch EP-kach panowie wydali przed chwilą pełnometrażowy, trwający ponad pięćdziesiąt minut materiał, pod banderą Mara Productions. Można powiedzieć, że black metalowe hordy pojawiają się u nas ostatnio jak grzyby po deszczu, zatem coraz trudniej oddzielać ziarno od plew. Prawda to, nie zaprzeczę. Czy warto zatem sięgnąć po „1096”? Myślę, że mimo wszystko tak, o ile lubi się black metal niejednolity i nie sięgający jedynie do pospolitych źródeł. Mam na myśli, że kompozycje XificurK nie odnoszą się bezpośrednio do ściśle określonych klasyków. Z grubsza powiedzieć, można, iż panowie grają black metal w klimatach skandynawskich, bowiem w ich twórczości znajdziemy po trochu i szkoły norweskiej, i szwedzkiej, a gdzieniegdzie nawet fińskiej. Czyli poza chłodnymi i tnącymi niczym brzytwa harmoniami znajdzie się tutaj miejsce dla melodii, czy też bardziej klasycznego kostkowania, w niektórych partiach zahaczającego nawet głębiej o klasykę metalu jako tako. Gdynianie bardzo sprawnie poruszają się między wspomnianymi odłamami, tworząc z nich niezaprzeczalnie mozaikę własną. Sporo tutaj zmian tempa i przejść z szybkich tremolo we fragmenty bardziej nastrojowe. Jeśli już o nastroju, to wspomnieć należy jeszcze o utworach ambientowych, których na albumie tym znajdziemy aż cztery. Mimo iż trwają one zusammen do kupy niemal dwadzieścia minut, to bynajmniej nie wybijają słuchacza z panującego na płycie klimatu. Wręcz przeciwnie, uważam, że te przerywniki, podobnie jak pojawiające się na „1096” w całkiem nawet sporej ilości klawisze, są merytorycznie uzasadnione i pełnią niezwykle istotną funkcję. Podobnie jak teksty (w tym jeden po naszemu), całkiem niegłupie, i skupiające się wokół ogólnego konceptu płyty, którym są historyczne wydarzenia z okresu pierwszej wyprawy krzyżowej. Trzeba przyznać, że XificurK jakiś pomysł na siebie mają, a przede wszystkim, zdecydowali się na trudniejszą drogę muzyczną, czyli poszukiwanie własnego stylu zamiast czerpania chochlą z powszechnie znanych źródeł inspiracji. Nie powiem, że jest to debiut na miarę jakiegoś wielkiego objawienia, jednak zdecydowanie dobry prognostyk na przyszłość. Jeśli znajdziecie wolną godzinkę, to sięgnijcie po „1096” i sami oceńcie, czy z tego zboża będzie chleb. Ja uważam, że warto dać chłopakom szansę, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, o czym wspomniałem na początku. Notują zatem nazwę XificurK w pamięci i czekam na następny krok.

- jesusatan




Recenzja Skräcken „Echoes From The Void”

 

Skräcken

„Echoes From The Void”

Dying Victims Productions 2025

Macie ochotę na coś leciutkiego? To sięgnijcie po debiut Skräcken, który jest zespołem szwedzkim, powstałym w 2022 roku. Ich muzyka to dobrze dociążony przez sekcję rytmiczną i dobrze naoliwione gitary hard rock, w którym słychać wyraźne wpływy heavy i bluesa, ale gdzieś tam spomiędzy tutejszych akordów wyzierają delikatnie doomowe szpony, spowijając to wydawnictwo okultystyczną mgiełką. Pierwsza płyta tej ekipy, to poprzedzone intrem osiem kawałków, które nie oszałamiają swym tempem, ale za to raczą mrocznymi i zarazem melancholijnymi melodiami, które płyną w średnich tempach. Hard rock nie byłby sobą, gdyby na płycie z tym gatunkiem nie było także wolniejszych i sentymentalnych fragmentów, których tutaj można znaleźć całą masę. Po tych nastrojowych momentach następują oczywiście wybuchy właściwych riffów, które potrafią przyrżnąć z finezją i pobujać wartką rytmiką. Do swoich kompozycji Skräcken przemycił również sporo chmurnych harmonii, kojarzących się z gotyckim rockiem, lecz i tak przeważa niezwykle nośne kostkowanie, za pomocą którego Szwedzi katują gęstymi teksturami mocno chwilami przy tym kombinując. Wynikiem tego są wplecione w główne akordy połamane zagrywki o wysokotonowej barwie oraz ujmujące melodyką i mistycznym usposobieniem solówki. Nad całością unoszą się fantastyczne wokalizy, znanej wcześniej z udziału w heavy metalowym Night Viper, Sofie-Lee Johansson, której głos idealnie pasuje do obrazu „Echoes From The Void” i niekiedy brzmi jak żeńska wersja Roberta Lowe, ale potrafi także przeobrazić się w bardziej upiorne i jednocześnie aksamitne tony jak u IDVex z ½ Southern North. Tak więc jeśli lubicie lżejsze odmiany gitarowego rzępolenia, które pomimo łagodniejszego charakteru posiadają w sobie tajemniczość i nutkę diaboliczności to sprawdźcie tą produkcję, bo to naprawdę hard rock w bardzo intrygującym i zaskakującym ujęciu.

shub niggurath




czwartek, 19 czerwca 2025

Recenzja Avenger “Minster of Madness / The Black Zone”

 

Avenger

“Minster of Madness / The Black Zone”

Black Flame Rebellion 2024

Zastanawiam się, jak to jest w ogóle możliwe, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z nazwą Avenger. A tym bardziej z muzyką. Fakt ten wyjątkowo dziwi mnie przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, chłopaki kują ten swój metal (choć obecnie z kompletnie innej formie niż na początku) już ponad trzy dekady, i zdążyli zarejestrować siedem dużych krążków, nie licząc drobnicy. I po drugie, to co znalazłem na tej kompilacji, to jest dokładnie taka muzyka, jaka przygrywała mi w duszy najgłośniej w latach, gdy materiał ten powstawał. Zresztą nadal przygrywa, ale cofnijmy się jednak do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy to obie sesje nagraniowe miały miejsce. „Minster of Madness” i „The Black Zone” to klasyczny death metal z tamtego okresu. Chyba jedyną wadą tych demówek jest to, iż do kanonu gatunku nie wniosły one absolutnie niczego odkrywczego. Były bardziej próbą naśladowczą w wykonaniu zapatrzonych głównie na Szwecję i Finlandię Czechów. I to próbą całkiem udaną, bowiem słuchając tych trzynastu kompozycji (w zasadzie dwunastu, bo jedna ze ścieżek to intro) dziś czuję powiew przynoszącego burzę wiatru sprzed trzech dziesięcioleci. Avenger co prawda nie szli w ekstremę, bardziej skupiali się na szczegółowym dopracowaniu swoich kompozycji, ich różnicowaniu i wplataniu w nie elementów lekko eksperymentalnych (jak na tamte czasy). Stąd, jeśli o Avenger słyszycie po raz pierwszy, powinniście radary ustawić bardziej na Gorement, Amorphis czy Utumno niż Entombed i God Macabre. Bardzo dużo w tych kompozycjach soczystego riffowania podbitego ciepło pulsującym basem, melodii unoszących w górę celem okazania krajobrazów pięknych, acz niebezpiecznych terenów północy, umiejętnego mieszania tempem i płynących zwinnie solówek. Wokalnie mamy tutaj głęboki i charczący głos (po pepicku, ale nie rzuca się to w uszy), choć słychać momentami, że nie jest to jeszcze gardziel sięgająca samego dna piekieł. Trochę zaskakuje fakt, iż brzmienie na drugim demo jest zauważalnie słabsze niż na debiutanckim, ale z drugiej strony wynagradza to muzyka, która stała się bardziej dojrzała, autorska i jeszcze bogatsza w zapamiętywane akordy. W późniejszym stadium kariery zespół z Czech poszedł w klimaty blackmetalowe, gdzie (co stwierdzam po szybkim riserczu) odnalazł się całkiem nieźle, jednak mi zdecydowanie bardziej do gustu przypadł etap śmierćmetalowy. Kto zespół zna, nie będzie mojej rady potrzebował, lecz pozostali, o ile bliskie im są opisane wyżej klimaty, powinni sięgnąć po te nagrania. Nawet jeśli nie jest to najwyższa półka, to są one na tyle solidne, że u niejednego wywołają nutkę nostalgii. Uważam tą kompilację za bardzo pouczające i wartościowe wydawnictwo.

- jesusatan




Recenzja Sodomic Baptism „Contra Christum”

 

Sodomic Baptism

„Contra Christum”

Brutal Records 2025

Teraz coś zza naszej wschodniej granicy, a dokładnie z Białorusi. Sodomic Baptism powstał w 2013 roku i ma już za sobą debiut, który wydali osiem lat temu. Po dość długiej przerwie wracają z drugą płytą, która ukaże się dwudziestego czerwca za pośrednictwem Brutal Records. Panowie grają death metal o satanistycznym charakterze, który mocno zalatuje szkołą amerykańską więc można w muzyce Białorusinów odnaleźć sporo podobieństw do kapel z USA. To gęsty decior, który atakuje w średnim tempie i tylko w krótkich momentach przystępuje do gwałtowniejszej ofensywy. Zmasowane riffy gniotą cierpliwie i nieustępliwie niczym diabelski walec. W szybszych momentach przeobrażają się w agresywne blasty, ale są to niedługie i raczej rzadkie uderzenia. Sodomic Baptism stawia na mroczne mielenie, zsyłające mistyczną atmosferę, której nieco rytualne usposobienie miejscami wspomagają klawisze oraz posępne solówki. To death metal, w którym odnajdziecie przede wszystkim nieprzyjazne akordy, sunące z uporem i stanowczością, okresowo urozmaicone małymi, technicznymi wtrętami. Wydawnictwo wygenerowane na ciężkich, smołowatych gitarach, mięsistym, wyłaniającym się niekiedy na pierwszy plan basie no i rzecz jasna przysadzistej perkusji. Instrumentarium oczywiście towarzyszą mocarne growle, które zagęszczają tutejsze tekstury do reszty. Nieskomplikowany i cuchnący niepokojącym klimatem metal śmierci, który nie rozrywa na strzępy i nie wpędza w szaleństwo, ale z zimnym spokojem odbiera powietrze. Poprzez niemalże jednolitość każdej z kompozycji wydaje się trochę nużący, ale myślę, że warto dać mu szansę, bo to staroszkolny decior, gorący od piekielnych płomieni.

shub niggurath




środa, 18 czerwca 2025

Recenzja The Relicts / Grób „Groźby Karalne / Żelazna Kurtyna”

 

The Relicts / Grób

„Groźby Karalne / Żelazna Kurtyna”

Putrid Cult 2025

Dziś na stole kolejne wydawnictwo od Putrid Cult. Tym razem jest to split dwóch krajowych przedstawicieli muzyki niepopularnej. Pierwszym z nich jest The Relicts. Zespół wypluł dwa lata temu całkiem niezły debiut z muzyką, która wszelkim trendom się opiera. Mówiąc dokładniej, panowie tworzą black metal z naleciałościami zarówno punka, jak i elementów pierwszej fali. Na pierwszy rzut ucha wydawać się może, że granie jak każde inne. Ot klasyczne, północne riffowanie z kapką melodii, podbite często prostym rytmem, bez specjalnej finezji. Faktycznie, materiał ten nie jest w najmniejszym stopniu awangardowy, ale chyba nie na tym autorom zależało. Zależało natomiast, by odtworzyć po swojemu towarzyszący twórczości z lat dziewięćdziesiątych chłód. Powiedziałby też, że i prostotę, bo poszczególne kompozycje nie są specjalnie rozbudowane czy połamane. W odróżnieniu jednak od wspomnianego „Anthems to Dawnfall”, panowie nieco podkręcili tempo i skupili się na spójności swojej części splitu. Ich twórczość to solidny strzał z liścia, a poszczególne numery są bardzo równe i w każdym znajdziecie wpadające w ucho harmonie, ale i fragmenty nie do końca oczywiste. Dobrze, że chłopaki dają o sobie znać, bo widać ich rozwój przebiega prawidłowo. Kolejne cztery ścieżki to już Grób. Ci to w ogóle mają, przynajmniej na razie, wyjebane na duże wydawnictwa, serwując (trzeba przyznać, że dość regularnie) demówki i EP-ki. No i teraz split. Wrocławianie sztywno trzymają ster i podążają w wyznaczonym przez siebie na początku podróży kierunku. Nie znaczy to, że są monotematyczni, gdyż w ich piosenkach przeplatają się przeróżne formy przekazu. Są ciężkie, deathmetalowe riffy, thrashowa melodyka i polot, doomowe przygniatanie i punkowy feeling. A wszystko jebie starym capem, co to do nowoczesnej szkoły nie chadzał. Największą zaletą muzyko Grobu jest jej feeling. Chłopaki grają, jakby zatrzymali się gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a tworzenie piosenek na podobę tamtych lat sprawia im najwyraźniej mnóstwo radochy. „Żelazna Kurtyna” ma niesamowitą nośność i potrafi podbić ciśnienie skuteczniej niż podwójne espresso. Śpiewane (jak i wcześniej) jest po polsku, a barwa głosu Death Dealera jest już chyba znakiem rozpoznawczym zespołu. Na zakończenie panowie zamieścili jeszcze cover Death Strike, który idealnie wpletli w klimat twórczości autorskiej. Całościowo rzeczony split to pół godziny zajebistego grania, przy którym nudzić się nie sposób. Zachęcam do sprawdzenia.

- jesusatan




Recenzja Lord Belial „Unholy Trinity”

 

Lord Belial

„Unholy Trinity”

Hammerheart Records 2025

Któż ich nie zna. Szwedzi grają nie od wczoraj i wyraźny ślad w historii black metalu zdążyli już odcisnąć. Niebawem, bo w ostatniej dekadzie czerwca powrócą z dziesiątym albumem, który niczym nowym w ich wykonaniu nie jest, ale fani szwedzkiego i mocno zaprawionego melodią ujęcia tego gatunku powinni być ukontentowani. W gruncie rzeczy nie wiem zupełnie co mam powiedzieć, ponieważ najnowsza płyta Lord Belial to po prostu Lord Belial. Mainstreamowy bleczur, który jest dobrze wyprodukowany, posiada odpowiednie brzmienie i siecze na prawo i lewo mieszanką epickich chwytliwości, przywdziewających okresowo wojownicze szaty oraz szybkimi blastami, zsyłając trochę śniegu i wojennych rytmów. Panowie na „Unholy Trinity” potrafią także zwolnić i przejść w miarowe riffy, które w towarzystwie klawiszowego podkładu i chórów tworzą nieco melancholijno-mroczny klimat. Poza zwyczajowymi akordami i tremolo, które płyną z różnym natężeniem, Lord Belial nieźle momentami kombinują, zmieniając kostkowanie, jego prędkość oraz wciskając w swoją, dość gęstą zawieruchę sporo wirtuozerskich zagrywek o ostrej, wręcz kłującej barwie i schizoidalnym charakterze. Mocno ubarwiają one ten tak naprawdę typowy dla melodyjnej szwedzizny materiał i wraz z kilkoma atmosferycznymi fragmentami są dla niego małym akceleratorem, który podbija jego atrakcyjność. Można lubić bądź nie muzykowanie tych Szwedów, ale trzeba przyznać, że ci weterani doskonale dają sobie radę i po raz kolejny skomponowali siarczysty krążek. Może diabolicznością się nie wyróżnia ani szczególnych ciemności nie zsyła, lecz potrafi chwycić za gardło i delikatnie kopnąć w dupę. Ja nie gustuję, ale wielbicielom Lord Belial, Dissection czy Dark Funeral i kolejnych ich klonów i tak w żaden sposób „Unholy Trinity” obrzydzić nie zdołam, dlatego tylko polecić to wydawnictwo mi im pozostaje.

shub niggurath




wtorek, 17 czerwca 2025

Recenzja Havocum “Basement Dreams and Morbid Visions”

 

Havocum

“Basement Dreams and Morbid Visions”

Lower Silesian Stronghold 2025

Havocum to zespół tworzony przez dwóch naszych rodaków, stacjonujących obecnie na obczyźnie. Panowie nowicjuszami bynajmniej nie są, bowiem ich muzycznych początków, choć pod innymi szyldami, szukać można jeszcze w końcówce ubiegłego milenium. Sam Havocum z kolei, początki swoje datuje na piętnaście lat wstecz, ale, z powodów różnych, dopiero teraz doczekaliśmy się ich debiutanckiego krążka. Lepiej później, niż za późno, można powiedzieć, tym bardziej, że zawartość „Basement Dreams and Morbid Visions” to rasowy, klasyczny black metal na wysokim poziomie. Przede wszystkim nasz duet pod względem muzycznym zatrzymał się gdzieś w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to o wszelkiego rodzaju eksperymentach raczej się nie myślało zbyt wiele. Havocum pod względem wierności pierwotnym założeniom gatunku podejście ma mocno konserwatywne. Nie znajdziecie na tej płycie niczego, co mogłoby ową czerń choćby odrobinę rozjaśnić. No chyba że za takowe weźmiemy niektóre akordy pochodzenia thrashowego (choćby w „Lustro Pustki”), ale to już byłoby szukaniem dziury w całym. Generalizując, stwierdzić można, iż najbliżej Havocum do szwedzkiej odmiany black metalu. Ich kompozycjom nie brakuje melodii, lecz takiej pokrytej szronem, i na pewno nie zachęcającej do wesołych podskoków. Mimo iż panowie nie gnają cały czas na złamanie karku, muzyka na „Basement Dreams and Morbid Visions” zawiera wyraźnie wyczuwalną dawkę gniewu, buntu i nienawiści, zawartą w ostrych jak cierniowe kolce akordach, w niektórych szybszych partiach nawiązujących do takich klasyków jak Setherial (na „Disdain of Human” czuć ich chyba najwyraźniej) czy Dawn. Jakby dla zaprzeczenia mojej szwedzkiej tezy mamy natomiast pod koniec płyty cover Impaled Nazarene, na szczęście nie jedynie „odegrany”, ale zagrany po swojemu. Czyli jak? W sposób bardzo szorstki i chłodny. Ów chłód jeszcze bardziej potęgowany jest tutaj przez wokale, niby dość klasyczne, jednak bezwzględnie agresywne i szorstkie, charczane zarówno po angielsku, jak i po naszemu. Od całości, pod względem wspomnianego staroszkolnego podejścia do muzyki, bynajmniej nie odstaje brzmienie, które to spełnia wszelkie wymogi z okresu drugiej fali. Debiut Havocum nie jest jakąś perłą w koronie. Nie jest też jednak płytą słabą czy nijaką. To naprawdę solidny kawałek czarnej sztuki, skierowany głównie do tych, którzy, podobnie jak autorzy tych dziewięciu pieśni, korzeniami tkwią w okresie narodzin gatunku. Na pewno warto się zapoznać.

- jesusatan