Heruvim
został powołany do życia w 2019 roku przez czterech, ukraińskich muzyków,
którzy właśnie po wydaniu demosa i dwóch epek w wersji digital, zarejestrowali
swój debiutancki album. Panowie grają death metal w klasycznej jego formie, w
którym czuć mocne wpływy Benediction i Bolt Thrower. Zatem, za pośrednictwem
„Mercator” dostajemy siedem kawałków brytyjskiego metalu śmierci w wydaniu
wschodnioeuropejskim. To muzyka, płynąca w średnich i mozolnych tempach.
Charakteryzuje się dużą gęstością i co za tym idzie, sporym ciężarem
gatunkowym. Każda z kompozycji do zbiór żylastych riffów, w między które
wpleciono znaczną ilość wysokotonowych, powykręcanych zagrywek, tremolo i
doomowych, rozwleczonych akordów. Całość została opatrzona smołowatym i
delikatnie przybrudzonym brzmieniem, nad którym unoszą się posępne i mocno
gardłowe growle, ale Ukraińcy dołożyli tutaj jeszcze trochę sampli i swoistych
interludiów, podbijając w ten sposób przygniatający klimat tego krążka, bowiem
jego atmosferyczność wyraźnie rzuca się na uszy. Heruvim kreuje przygnębiającą
i mroczną muzykę o momentami kontemplacyjnym usposobieniu, w które chwilami
wbija się furia spowodowana sprzeciwem. Przez cały czas trwania tej płyty,
słychać huśtawkę nastrojów, w których królują smutek i wściekłość w przerażającej,
i etosowej otulinie, co w kontekście politycznych wydarzeń na Ukrainie
specjalnie nie dziwi, ale też pomaga zrozumieć niechęć tamtego społeczeństwa do
wojny. Zresztą tytuł mówi sam za siebie, bo słowo „mercator” w naszym języku
oznacza „kupiec” i chodzi tutaj o handlarza ludźmi, którzy wysyłani są na
front, dzięki czemu garstka bogaczy napycha swoje kieszenie jeszcze bardziej. Kwartet
ten ubrał problemy swojego narodu w ciężki i niepokojący death metal,
wypełniony sprawną i przeszywającą grą na gitarach oraz wywołującej drżenie
ziemi, sekcji rytmicznej. Dramatyczne wydarzenia, a także ich interpretacja,
opisane za pomocą poważnie i bardzo spójnie brzmiącego death metalu.
Wyobraźcie sobie, że poza tym, iż w każdej wolnej
chwili słucham muzyki, miewam chwile zmęczenia, i chciałbym, zamiast ślęczenia
przed komputerem w słuchawkach na uszach, obejrzeć na przykład jakiś dobry
film. A że żona tych całych serwisów wykupionych ma kilka, to i jest w czym
przebierać. Teoretycznie. Na seans pozamuzycznego wieczoru wybrałem sobie ostatnio
film z Anthony Hopkinsem. Bo przecież to nazwisko powinno gwarantować co
najmniej przyzwoity poziom. Tytułu filmu już nawet nie pamiętam, coś o
samochodzie pułapce to było, ale, wierzcie mi, to było najgorsze gówno jakie
widziałem przez przynajmniej ostatnie dziesięć lat. Po co te historyjki i
przydługi wstęp, zapytacie. Ano po to, że Season of the Dead reklamowany jest
przez label głównie nazwiskami. Nawet w informacji prasowej, którą może
zauważyliście u nas chwilę temu, poszczególne tytuły piosenek podpisane są
nazwiskami autorów, muzyków mającymi bogate doświadczenie sceniczne, choćby w
takich zespołach jak Incantation, Dog Eat Dog, Necrophagia czy Fulci. „Zombie
Chronicles Vol.1” może nie jest totalnym gniotem, jednak nie zmienia to faktu,
iż jest to album wybitnie nudny. Napisałbym też „nijaki”, ale w tym momencie
poniekąd bym skłamał, bo na pewno nie jest on ani kopią czegokolwiek, ani
graniem na jedno kopyto bez pomysłu. Te pomysły, owszem, są, i to dość
wszechstronne. Rzecz w tym, że, po pierwsze, są mimo wszystko średniej jakości.
A po drugie, właśnie ta różnorodność stanowi tutaj jakby o niezdecydowaniu
zespołu. Bo czym innym jest mieszanie stylów wszelakich w bardzo logiczny,
spójny sposób, a czym innym wpychanie do wora wszystkiego, co nam ślina na
język przyniesie. Season of the Dead grają death metal. Jest to jednak death
metal mocno rozwodniony. Bardziej nastawiony na klimat i technikę, niż potężne
akordy czy niszczące psychę harmonie. Znów nawiązując do filmoteki, ten krążek
jest czymś na podobieństwo serialu „Alien Earth”, gdzie z istoty doskonałej,
jakim był Ksenomorf, zrobiono co
najwyżej owczarka niemieckiego o nieco bardziej wściekłym uosobieniu. Ta muzyka
kompletnie nie ma mocy. W moim odczuciu nie ma też wciągającego klimatu, o
który autorom zapewne chodziło. Mnóstwo tu za to beznadziejnych, niczego nie
wnoszących riffów, stanowiących coś na kształt dokumentacji muzyków klasy
pierwszej szkoły death metalu. Podobnie sprawy mają się z wokalami. Zero
agresji, zero jakiejś wściekłości, takie tam średniej jakości growlowanie, czy charczenie
dla samego charczenia. To zdecydowanie nie jest najlepsze, na co Johna stać. I te pseudokosmiczne klawisze, bardziej wkurwiające,
niż nadające całości głębi. Reasumując, poza piękną, współczesną produkcją, i
co najwyżej przyzwoitą okładką, choć i do tej można by się dopierdolić, ale już
sobie odpuszczę, album ten jest na wskroś nijaki i odwrotnie proporcjonalny do
szumu, jaki wokół tego tworu próbuje robić wytwórnia. Zresztą posłuchajcie
sobie sami. Może stwierdzicie, że to ja jestem głuchy i nie mam gustu. Leci mi
to koło kalafiora, dokładnie tak samo jak debiut Season of the Dead.
To
świeża kapela na francuskiej scenie, bo powstała trzy lata temu. W zeszłym roku
zaprezentowali światu debiutancką płytę, a obecnie wracają z kolejnym krążkiem
„Les Chemins de l’Exil”. Przesłuchałem, choć po zdjęciach tego tercetu,
wiedziałem czego mniej więcej mogę się spodziewać. Nie pomyliłem się i przy
okazji cierpiałem przez trzy kwadranse trwania tego materiału, bo niestety to
nie moja bajka. Panowie grają melodyjny black metal, o nieco średniowiecznym i
teatralnym charakterze. Objawia się to w tutejszych melodiach, klimatycznych
interludiach czy nastrojowych przerywnikach. Reszta, to rogacizna wygenerowana
na zimnych gitarach i wyraźnej sekcji rytmicznej. Francuzi swoje kompozycje
doprawiają tu i ówdzie syntezatorami, wzniosłymi zaśpiewami jak i obok
diabelskiego warczenia głównego wokalisty, czystym śpiewem. Muzyka płynie w
wartkich tempach i tylko niekiedy zwalnia, ale chyba tylko po to, aby uwypuklić
harmonie i klimat epoki, w której rozmiłowali się członkowie Les Bâtards Du
Roi. Momentami utwory na tym materiale przypominają Running Wild w „rogatym”
wydaniu, czasem zupełnie nie śmieszne wygłupy w stylu Cradle of Filth, aby w
innych chwilach przejść w epickie i przeładowane chwytliwościami i delikatnie
sztuczną atmosferą, na podobę krajanów Les Bâtards Du Roi z chociażby Griffon
lub Seth. Wydawnictwo zarejestrowane w czyściutki sposób, kłuje lodowatym
dźwiękiem, a i melodie mogą porywać. Całość skonstruowana w oparciu o motywy
znane z ujęcia tego gatunku przez drugofalowe zespoły, czyli to zwyczajowa
mieszanka tremolo i klasycznych riffów, które falują natężeniem i melodiami
niczym wściekła sinusoida. Tylko dla „wąskiej” grupy odbiorców, do której
zaliczyć się nie mogę, ale z pewnością spośród kapel, grających w tym typie,
niczym szczególnym się nie wyróżnia. Pomimo to, jest to zapewne zgodnie z
kanonem skomponowany black metal, który u jednych wywołuje ciary na plecach, a
u innych mdłości. Sami będziecie wiedzieć czy sięgnąć po to wydawnictwo czy
nie.
Yfel 1710 powstał pięć lat temu, i debiutował pod
banderą Malignant Voices „Willą Wisielców”. Potem był „Zlatują Się Ćmy” dla
Pagan Records. „Black Metal Gnosis” to pełniak numer trzy, który to ukazał się
dosłownie chwilę temu, wydany tym razem pod skrzydłami Societas. Był
zatem czas, by z zespołem się zapoznać, tym bardziej, że każdy z wymienionych
albumów przeplatany był splitem, zatem przekonany jestem, iż nazwa ta znana
jest każdemu szanującemu się maniakowi krajowego black metalu. Można
powiedzieć, że Yfel 1710 ukształtowali na scenie swoją pozycję, a nowe nagrania
jeszcze bardziej ją ugruntowują. Bo zespół nie bawi się w eksperymenty, i od
początku podąża ściśle obraną ścieżką, nawet jeśli poszczególne wydawnictwa
minimalnie różnią się od sobą. O „Black Metal Gnosis” można na przykład
powiedzieć, że jest, przynajmniej statystycznie, nieco wolniejsza i bardziej
nastawiona na klimat niż lodową zamieć. Nie jest to jednak zmiana ani
drastyczna, ani zawierająca jakieś niespotykane dotychczas rozwiązania. Ot,
mieszanka oparta głównie na norweskim graniu z okresu drugiej fali, zawierająca
zarówno fragmenty blastujące, melodyjne tremolo, wolniejsze, nastrojowe
kostkowanie jak i momenty atmosferyczne. Wszystko brzmiące oczywiście bardzo
klasycznie, z wysoko strojonymi, bzyczącymi gitarami, z odpowiednią ilością
szronu na strunach. W tym skandynawskim kurwidołku najwyraźniejszym polskim
akcentem są oczywiście wokale, poza pierwszym kawałkiem, śpiewane po naszemu. Według
mnie, element ten wyjątkowo do twórczości Yfel 1710 pasuje, bo, po pierwsze,
czyni zespół natychmiast rozpoznawalnym, a po drugie, teksty Klimortha mają
swój niepowtarzalny, charakterystyczny klimat, który mi bardzo odpowiada. Tak
samo jak odpowiadają mi lekkie ucieczki muzyczne zespoły w kierunku klasyków
lat dziewięćdziesiątych. Poprzednio, zazwyczaj Darkthrone. Na nowym albumie,
Carpathian Forest, sami pewnie zauważycie w którym kawałku. No ale zbierając
myśli do kupy… Panowie nagrali kolejny album blackmetalowy, który jest bardzo
silną cegiełką krajowej sceny. Żaden kandydat do płyty roku, ale jednocześnie
album, który ma swoją niezaprzeczalną wartość i jakość. Takich nagrań jak
najwięcej. Mi się podoba.
Panowie
grają od 2013 roku i pochodzą z Pabianic oraz Łodzi, ale nigdy ich muzyka nie
trafiła pod mój dach, a „Krew” to już trzecia płyta tej kapeli. Zawiera ona
siedem numerów, które utrzymane są w black-thrash’owym stylu z olbrzymią dawką
d-beat’ów. Owocuje to brudną i awanturniczą muzyką, która swym charakterem
mocno zakorzeniona jest w latach osiemdziesiątych. Jej fundament, to ostre
biczowanie znane z ówczesnego thrash metalu i lodowate, wręcz garażowe
traktowanie strun na podobę pierwszo-falowej diabelszczyzny, w pomiędzy które
bezpardonowo rozpychając się łokciami, wciskają się anarchistyczne, punkowe
akordy. W ogóle całość tego materiału posiada usposobienie szatańskiej
chuliganki, którą idealnie podkreślają wokalizy Tomasza Piotrowskiego.
Wywrzaskuje on zachrypniętym głosem teksty w rodzimym języku, które trafnie
opisują stan ducha współczesnego, zaliczającego się do „soli tej ziemi”,
polskiego społeczeństwa. Nasi krajanie poczynają sobie żwawo, ale tylko
niekiedy przechodzą w agresywniejsze blasty, przez większość albumu, racząc
średnimi tempami, które na przemian, rozkosznie bujają i smagają niczym bat. Despizer
okresowo potrafi także zwolnić i nieco rytualnie zahipnotyzować miarowym
riffowaniem jak choćby w otwierającym ten krążek „Trzeba Umrzeć”, dość
przygnębiającym „Strużka Krwi” i pierwszej połowie ostatniego kawałka
„Megalomania”, gdzie po epickiej solówce przechodzi on w bardziej zdecydowane
kostkowanie. Nie wiem, jak było wcześniej, ale na najnowszym wydawnictwie
kwintet ten, rzeźbi w surowych strukturach i nie siląc się na nowomodne i
techniczne wygibasy, wali na odlew, i prosto w ryj. To nieskomplikowana muzyka,
która niesie ze sobą jasny przekaz, nie ukrywając między wierszami swoich
intencji. Klasycznie dosadne i czarne jak Noc Walpurgii rzępolenie, będące
wynikiem fuzji thrash i black metalu z punkiem. Trochę przypomina mi produkcje
Wolfbastard czy też Young And In The Way z tym, że tam słychać więcej rogacizny
drugiej fali niż tych, nie podporządkowanych społecznie rytmów. Despizer nie
pierdoli się w tańcu i parafrazując Kazika, „napierdala z buta i poprawia z
kopyta”, a także mówi co im na sercu leży, ubierając w niewyszukane, ale dobre
teksty i taką też muzykę. Nie oglądając się na innych robi swoje, zapierdalając
ostro i do przodu, nie zapominając o diabelskim pozdrowieniu. Polecam. Świetny
album.
Od ostatniego
wydawnictwa, jakim był debiutancki album „Cosmos Comedenti”, minęło osiem
długich lat. Wystarczająco dużo, by niektórzy mogli o zespole zapomnieć. Ci
jednak, którzy wykazali się cierpliwością zostaną odpowiednio nagrodzeni. Oto
bowiem, nakładem Amor Fati, łeb nad powierzchni wychyli drugi krążek
Szwajcarów, i jest to prawdziwy potwór. Wiele mówi o nim już sama okładka.
Ilustruje ona nie tylko tematykę liryczną, obraną przez Antiversum na samym
początku jako koncept, i istotny element twórczości, ale i poniekąd zawartość
muzyczną „Zemsty nad wszystkimi i wszystkim”.
Stylistycznie zespół bynajmniej nie stanął w miejscu, bowiem materiał
ten, mimo iż nie wyrywający się z black / deathmetalowych ram, stanowi
rozbudowanie pomysłów ze wspomnianego debiutu. Kompozycje są zdecydowanie
dłuższe, sięgające nawet kwadransa, i rozbudowane. Nie znaczy to, że zalewani
jesteśmy tysiącem akordów wpadających na siebie niczym cząstki w wielkim zderzaczu
hadronów. Obrazowo muzykę tą można bardziej porównać do kolizji ciał
niebieskich o olbrzymiej masie, po której przestrzeń zasypana zostaje
powstałymi w jej wyniku odłamkami. Rdzeniem kompozycji są potężne akordy,
chwilami zahaczające nawet o stylistykę doomową, przeplatane wirującymi riffami
tremolo oraz dysonansowymi ozdobnikami. Niby nic nowego, jednak sposób w jaki
Antiversum łączą ze sobą, i idealnie ważą wszystkie składowe, daje w wyniku
monstrualny efekt. Utwory na tym krążku są nieziemsko duszne, bez względu na
to, czy muzycy mielą powoli, czy rozpędzają się do znacznych prędkości. Tutaj
po prostu brakuje tlenu, niczym w przestrzeni kosmicznej, natomiast ciśnienie
zdaje się chwilami być nie do zniesienia. „De Nemesis Omnes et Omnia” trwa
niemal godzinę, i wypełniony jest lawą po same brzegi. Znajdziecie tu mocno
mieszające w głowie zapętlenia, schizoidalne melodie, fragmenty ambientowe,
oraz niesamowite, chwilami rozrywające umysł harmonie (najlepszym przykładem
niech będzie riff w pierwszej części „Scudo-Nero, będący niczym z największym
wysiłkiem okiełzany chaos). Wokale na tym albumie odgrywają jakby role
dodatkowego instrumentu, tudzież przekazu z nieznanej części wszechświata,
cofnięte na drugi plan, absolutnie nie zwiastują niczego dobrego. Jeśli
zapytacie o brzmienie, odpowiem krótko - sama smoła. W tej gęstwinie wszystko
jednak jest doskonale uwypuklone, i jeśli coś przeoczycie za pierwszym
podejściem, to tylko dlatego, że Antiversum otwierać się będzie przed wami w
odpowiednim dla siebie tempie, nie od razu odsłaniając wszystkie tajemnice.
Mając w pamięci, jak bardzo zachwycałem się „Cosmos Comedenti”, bez wahania
przyznaję, że Szwajcarzy nagrali album będący dorosłym obliczem tego, co osiem
lat temu dopiero raczkowało. Szwajcarzy swoimi nowymi nagraniami udowodnili, że
to oni kreują trendy, a nie je naśladują. Myślę zatem, że jakakolwiek moja
dalsza rekomendacja w tym temacie jest zbędna. Miazga!
-
Jesusatan
Antiversum
“De Nemesis Omnes et Omnia”
Amor Fati 2025
Eight long years have passed since the release of
their debut album, “Cosmos Comedenti.” Long enough for some to forget about the
band. However, those who have been patient will be rewarded. Amor Fati is
releasing the Swiss band's second album, and it is a real monster. The cover alone
says a lot about it. It illustrates not only the lyrical theme chosen by
Antiversum at the very beginning as a concept and an essential element of their
work, but also, in a way, the musical content of “Revenge on Everyone and
Everything.”Stylistically, the band has
by no means stood still, as this material, although not breaking out of the
black/death metal frames, is an expansion of the ideas from the aforementioned
debut. The compositions are definitely longer, reaching up to a quarter of an
hour, and complex. This does not mean that we are flooded with a thousand
chords colliding like particles in a large hadron collider. Visually, this
music can be compared to a collision of celestial bodies of enormous mass,
after which space is littered with the resulting debris. The core of the
compositions are powerful chords, at times even bordering on doom metal,
intertwined with swirling tremolo riffs and dissonant embellishments. Nothing
new, really, but the way Antiversum combine and perfectly balance all the
components results in a monstrous effect. The songs on this album are
incredibly stifling, regardless of whether the musicians grind slowly or
accelerate to significant speeds. There is simply no oxygen here, as if in
outer space, while the pressure seems unbearable at times. “De Nemesis Omnes et
Omnia” lasts almost an hour and is filled to the brim with lava. You will find
mind-bending loops, schizoid melodies, ambient fragments, and incredible, at
times mind-blowing harmonies (the best example being the riff in the first part
of “Scudo-Nero,” which is like chaos tamed with the greatest effort). The
vocals on this album play the role of an additional instrument, or a message
from an unknown part of the universe, pushed into the background, absolutely not
heralding anything good. If you ask me about the sound, I will answer briefly –
it’s pure tar. However, everything is perfectly emphasized in this thicket, and
if you miss something on the first listen, it is only because Antiversum will
reveal itself to you at its own pace, not immediately revealing all its
secrets. Remembering how much I loved Cosmos Comedenti, I can say without
hesitation that the Swiss have recorded an album that is the mature face of
what was just in its infancy eight years ago. With their new recordings, the
Swiss have proven that they are the ones who create trends, not follow them. I
therefore think that any further recommendation on my part on this subject is
unnecessary. A killer
record!
Są
dwie kapele o tej nazwie. Jedna pochodzi w całości z USA, zaś ta, o której
właśnie mowa to nowy twór, będący aliansem muzyków z Francji i Stanów
Zjednoczonych Ameryki, znanych z kilku innych zespołów. Panowie powołali do
życia Destruction Ritual w 2020 roku, po czym wydali demosa, a obecnie
wypuszczają swój debiut. Krążek ten to sześć utworów utrzymanych w black
metalowym tonie, który jest połączeniem manier francuskich ze skandynawskimi,
co zrodziło ciekawą i niebezpieczną hybrydę. Północnoeuropejskie naleciałości
to przede wszystkim przeszywające tremolo oraz zadzierżyste riffy wskazujące na
podobieństwa z norweskim podejściem z początku lat dziewięćdziesiątych.
Francuska galanteria to niskie brzmienie i gęste akordy, które niekiedy
uderzają w dysonansowe rejony, ale również chwytający za gardło duszny i
nieprzyjazny klimat. Wszystko zgrabnie połączone ze sobą generuje niesamowicie
mizantropijną muzę, o zwartych strukturach, z których niczym węże wyłażą świdrujące
tremolo, niosąc ze sobą schizofreniczne i ponure harmonie. Zresztą cały
materiał charakteryzuje się specyficzną melodyką, nie mającej nic wspólnego ze
„sklepikiem z cukierkami”, bo ich psychotyczność i nieprzyjazność jest nader
oczywista i jasno wyraża uczucia tego tercetu. W kreowaniu tej zimnej,
mizantropijnej atmosfery niewątpliwie pomagają idealne wokale, znanego z
udziału w Aosoth, niejakiego MkM, który operuje swym gardłem tak, że
wydobywające się z niego dźwięki, śmierdzą śmiercią na odległość. Destruction
Ritual nagrali zajadły i jednocześnie odurzający black metal, który nie tylko
batoży w średnim tempie, lecz i także rytualnie pobujać potrafi, jak chociażby
w trzecim utworze „Gone Days Of Splendor”. Bardzo dobra diabelszczyzna, która
gwarantuje ponad czterdzieści minut muzyki wypełnionej po brzegi sataniczną
aurą, przemocą i okultyzmem. Polecam. Fani czarciego metalu mogą brać w ciemno.