środa, 21 stycznia 2026

Recenzja Strigiform „Aconite”

 

Strigiform

„Aconite”

I, Voidhanger Rec. 2025

Nazwa Strigiform zapewne niewiele wam mówi. Jest to bowiem nowy twór na rynku muzycznym, choć za jego powstanie odpowiada Saprovore, muzyk mający już pewne doświadczenie muzyczne w innym ze swoich projektów, mianowicie Vertebra Atlantis. Debiutancki album zespołu ukazał się pod koniec ubiegłego roku, i zawiera trzydzieści parę minut muzyki, którą określić można wprost jako dysonansowy, awangardowy death / black metal. Z tą awangardą jednak nie ma tutaj jakichś niespotykanych dotychczas fajerwerków. Nie da się jednak zaprzeczyć, że „Aconite” to płyta bardzo ciekawie pokombinowana. I niełatwa. Przede wszystkim same linie gitarowe są mocno pokręcone, chwilami zawiłe, a na pewno nie ułatwiające niedzielnemu słuchaczowi życia. Nagłe przyspieszenia często łamane są, i to w najmniej oczekiwanym momencie, przez bardziej techniczne, wręcz zawiłe melodie, by po chwili znów przejść w sprint, albo zatrzymać się znienacka ustępując pola klimatycznym pasażom. Cokolwiek jednak się na tym krążku nie dzieje, podkreślić należy jedno. Wyjątkowy kunszt muzyków. Nie tylko pod względem opanowania instrumentów, ale i pomysłowości. Weźmy na ten przykład linie perkusyjne. Mamy tutaj prawdziwy pokaz umiejętności i nieszablonowości, momentami lekko nawet zahaczającej o jazz. Wspomniane harmonie z kolei przypominać mogą kontrolowany chaos, niby trzymany mocno na smyczy, jednak raz za razem próbujący wyrwać się z uwięzi. Powiedzieć, że mnóstwo się tu dzieje, to jak nie powiedzieć nic. Gdybyście łaknęli porównań, to już spieszę z pomocą. Pomyślcie o Diskord, Ved Buens Ende, Howls of Ebb, Oranssi Pazuzu czy Negative Plane. Najlepiej jako składnikach wrzuconych do jednego worka, mocno wymieszanych. Otrzymacie mniej więcej to, co oferuje Strigiform. Jeśli chodzi o brzmienie, to jest ono niepokojąco zimne, bardziej blackmetalowe, ale jednocześnie daleki byłbym od nazywania go surowym. Wszystkie składowe są tutaj bowiem doskonale słyszalne. Inną sprawą jest wychwycenie poszczególnych niuansów, których album ten zawiera naprawdę sporo. Jeśli zatem szukacie albumu do eksploracji, jesteście w stanie poświęcić mu dostateczną ilość czasu, by ostatecznie wgryźć się w sam jego środek, to „Aconite” jest dla was. Jeśli natomiast słuchacie muzyki „w przeciągu”, to zalecam coś łatwiejszego.

- jesusatan




Recenzja Rotgut „8 oz Cantrip”

 

Rotgut

„8 oz Cantrip”

Independent 2026

To młoda kapela z USA, gdzie powstała w 2024 roku, a „8 oz Cantrip” to ich druga epka, która zawiera cztery numery żywiołowej muzyki. Jest to fuzja różnych stopów metalu, na którą składają się thrash, crust, trochę bleka i sporo rock’n’rolla, no i może odrobina vibe’u w stylu crossover. Moje pierwsze skojarzenia to Kvelertak, tyle że jest tutaj mniej core’a, ale ogólny wydźwięk rzępolenia Amerykanów pozostaje i tak bardzo podobny. To surowa i prosta, ale nie pozbawiona technicznych smaczków muzyka, która energicznie leci do przodu bujając i biczując na przemian. Trudna w zdefiniowaniu, bo granice między gatunkami Rotgut pieczołowicie pokrył sprawnym ich połączeniem. W wyniku tego potencjalny odbiorca otrzyma dość intensywną jazdę, zbudowaną za pomocą łatwo wkręcających się riffów, świetnych solówek, intensywnego tempa i bez problemu przyswajalnej rytmiki. Całość sunie w towarzystwie galopującej perkusji, basowej zasmażki oraz szorstkich wokaliz, którym od czasu do czasu towarzyszą chóralne pokrzykiwania. Pomimo dobrej produkcji, metal w wykonaniu tego kwartetu brzmi garażowo. Szorstka barwa instrumentów i strun głosowych gościa przy mikrofonie, a także anarchistyczny charakter akordów, wygrywanych bez zadęcia i na lekkiej wyjebce, oddaje brud ciemnych zaułków i lepkość zakazanych dzielnic miejskich, gdzie alkohol i dragi oraz związane z nimi plusy i minusy egzystencji, to chleb powszedni. Blackened thrash, black’n’roll czy heavy rock. Jak zwał tak zwał. Kopie po dupie aż miło, jeśli oczywiście lubicie być po niej kopani. Agresywnie, momentami złowieszczo i z pewnością z lekkim przymrużeniem oka. Fajne, biorę.

shub niggurath




A review of Karloff “Revered by Death”

 

Karloff

“Revered by Death”

Dying Victims Prod. 2026

 

If you see two mustachioed Germans in leather vests and Hellhammer T-shirts in the photo, what do you think they might be playing? Obviously some old stuff. Otherwise, they wouldn't be releasing it under the Dying Victims label. Their debut album, released about three years ago, really messed in my mind, so I was very curious to see what I would find on “Revered by Death.” Well, I found more or less the same thing as on “The Appearing”, meaning lively black/punk, played with balls and a total 80s vibe. Because when I say “black metal,” I don't mean the second, Scandinavian wave, but the slightly deeper roots of the genre. But that's not all. Because even if the opening track, “A Pessimistic Soaring,” is so catchy that your feet just want to dance, and “Die Wiederkehr der Dunkelei” is no less so, on the next track on the list, “When the Flames Devour You All,” the guys definitely slow down, treating us to something resembling a ballad, or at least a very atmospheric and moody composition. Surprised? Wait for the next one, the ambient acoustic “On Weathered Altar.” Here, you can really drift away. Then we return to punk/rock/metal tracks, and Karloff treats us to catchy melodies “like in the old days”. In fact, these recordings remind me a bit of our Owls Woods Graves or The Relicts. Maybe not literally in terms of music, but because of similar inspirations and that omnipresent groove. The songs on this album are short, but they have a lot of energy. I like the drum tracks here. Theoretically simple, but at times so joyful that when I close my eyes, I can see a glam drummer with a bandana on his head, playing with one hand raised and a big smile on his face. It's really fantastic to listen to, and since “Revered by Death” is only half an hour long and contains nothing but hits, it automatically starts over again itself when it ends. Check out this album if you're in the mood for something catchy, old-school, and recorded without any fuss. For me, it's awesome!

- jesusatan




Recenzja Orchid Throne „Buried in Black”

 

Orchid Throne

„Buried in Black”

Self-Release 2026

To solowy projekt Nicholasa Bonsanto, który jest Amerykaninem, udzielającym się również w innych kapelach o dość dużym rozstrzale gatunkowym. Po wielu latach komponowania do szuflady, postanowił w końcu nagrać coś swojego. Wynikiem tego jest „Buried in Black”, który zawiera siedem kawałków muzyki, w której przez niemalże godzinę będą mogli się pławić niepoprawni pesymiści i melancholicy. To 54 minuty melodyjnego deta gotyckiego z domieszką metalu zagłady, podczas których zalewani jesteśmy szeregiem form o znacznej ciężkości i dużym ładunku smutku. Przygnębienie emocjonalne wyłazi tu z każdego wręcz akordu. Czy to jest depresyjne plumkanie na klawiszach bądź gitarze akustycznej, czy to jest wyładowanie egzystencjalnej frustracji podczas mocniejszych wybuchów, czy to są monumentalne i atmosferyczne riffy, przytłaczające swym żałobnym usposobieniem. Całość bardzo dobrze wyprodukowana i zmiksowana, raczy słuchacza soczystym brzmieniem gitar i sowitą gęstością sekcji rytmicznej, które układają się w muzykę o zróżnicowanej rytmice, takimże kostkowaniu i zmiennych tempach. Podobnie jest na płaszczyźnie wokalnej, bo Nicholas potrafi idyllicznie i boleśnie zaśpiewać, desperacko wrzeszczeć oraz posługiwać się głębokim growlem, a wszystko w zależności od tego, na jakim etapie uczuciowym znajduje się dany utwór. Z „Buried in Black” nieprzerwanie sączy się przygnębienie, wpędzające w introspektywne wycieczki i uczucie niepokoju. To także obraz głębokiego załamania nerwowego, lęku przed śmiercią oraz uczucia życiowej porażki, która zmusza do zdefiniowania na nowo sensu egzystencji, aby wyrwać się z dotychczasowej beznadziei. Debiutancka płyta Orchid Throne, jest sonicznym krajobrazem wypełnionym przez ból i cierpienie, za pomocą którego Nicholas Bonsanto wyrzuca z siebie uwierającą sinusoidę negatywnych emocji. Można lubić ten typ metalu lub nienawidzić, ale trzeba przyznać, że Amerykanin za pomocą tego gatunku doskonale oddał najgłębsze, współczesne lęki i ich dramatyczne konsekwencje, nierzadko skutkujące różnego typu psychozami i samobójstwem. Jeśli lubicie taką muzę, będzie to przyjemna podróż. Jeśli nie znosicie, wymioty gwarantowane.

shub niggurath




wtorek, 20 stycznia 2026

Recenzja Celestial Carnage „Divine Order”

 

Celestial Carnage

„Divine Order”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Celestial Carnage to trio z Santiago w Chile, a „Divine Order” jest ich debiutanckim wydawnictwem, które ujrzało światło dnia w zeszłym roku nakładem meksykańskiej Iron, Blood and Death Corporation. Jak Chile, to od razu wiadomo, że będzie srogo, choć tym razem nie aż tak charakterystycznie. Na początek krótkie intro, po którym Celestial Carnage ruszają powoli, ospale, niczym lokomotywa z wiersza Tuwima, by z czasem nabierać coraz większej prędkości. Muzyka, jaką znajdziemy na tym krążku, to black metal, wyraźnie zainfekowany starym thrashem z lat osiemdziesiątych. Bardziej zamykająca się w ramach prostoty, niż szukająca innowacyjnych rozwiązań, czy jakichś technicznych wygibasów. Słychać, że panowie wrzucili do gara drugofalowy black z lat dziewięćdziesiątych, i dokładnie wymieszali z wpływami takich klasyków jak Kreator czy Sodom. Echa tych drugich odbijają się  tak naprawdę gdzieś w tle przez cały album. Przyznać trzeba, że więcej w tych nagraniach europejskiego sznytu i skandynawskiego mrozu, niż typowej dla Ameryki Południowej dziczy. Jednak najwyraźniej tamtejsze zespoły i w tej stylistyce doskonale się odnajdują, bo nawet jeśli „Divine Order” nie grzeszy zbytnio oryginalnością, to niewiele tak naprawdę nie odstaje od klasycznych zespołów z Norwegii czy Szwecji. Z jednej strony mocno tu zawiewa chłodem, ale z drugiej, nie brakuje melodii. Może nie tak wyraźnie uwypuklonej, ale na tyle obecnej, że chwilami niektóre numery chce się najzwyczajniej w świecie ponucić pod nosem, jak choćby „Congenital Malformation”. Nie brak tu też fragmentów prostych, wręcz oklepanych, zwłaszcza kiedy Celestial Carnage przechodzą w klasyczny d-beat. Całość brzmi dość surowo, podług starego przepisu, szorstko i bez zbędnej polerki. Na zakończenie panowie częstują jeszcze coverem Desaster, który też w pewien sposób wyjaśnia, skąd w nich te niemieckie inspiracje. Myślę, że album ten ma w sobie spory potencjał, i warto poświęcić trzy kwadranse życia na odsłuchanie tego, co Celestial Carnage mają do zaoferowania. Gór to może nie przenosi, ale na pewno średniego światowego poziomu nie zaniża. Bardzo solidne granie.

- jesusatan




Recenzja Casket „In the Long Run We Are All Dead”

 

Casket

„In the Long Run We Are All Dead”

Necbreaker Records 2026

Trochę tych „kasketów” na scenie metalowej się uzbierało, bo w samych Niemczech są trzy kapele o tej nazwie. W tym przypadku chodzi też o niemiecką brygadę, ale o tą, pochodzącą z kraju związkowego, który nazywa się Baden-Württemberg. Tercet ten ma za sobą długą historię, co nie przekłada się na ilość wydawnictw, ponieważ Casket gra już od 1990 roku i oprócz kilku demosów ma na koncie zaledwie cztery płyty. Niebawem liczba albumów się powiększy, gdyż w ostatniej dekadzie stycznia ukaże się ich piąty krążek, o którym właśnie mowa. Zawierać on będzie jedenaście kawałków utrzymanych w death metalowym tonie, który powinien spodobać się purystom. Ci dwaj panowie z koleżanką na basie komponują w staroszkolnym stylu, gniotąc okrutnie. To death metal, który swą ciężkością i żylastością wywraca flaki na lewą stronę. Brzmi jak początki tego gatunku w Europie, czyli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, przypominając demówki Grave, Funebre, Carnage czy Gorefest. Utwory o prostej konstrukcji, pozbawionej udziwnień i zbędnych ozdobników. Ciężkie i gęste akordy, które nie niosą ze sobą żadnych melodyjek, tylko ten specyficzny groove, z którego sączy się cuchnąca flegma i smród rozkładu. Średnie i wolne tempo, żylasty bas, od którego drży żołądek, przytłaczające bębny, mięsista gitara i głębokie growle. Całość zebrana do kupy, generuje brudną i mroczną muzę, która zalewa uszy kilkoma tonami błotnistej mazi, składającej się jak mniemam, ze zmielonych ciał razem z kośćmi. Dusi podczas doomowych zwolnień i mieli, bujającym rytmem w trakcie headbangowych przyspieszeń, którym nierzadko towarzyszą przepyszne d-beaty. Najnowsze dzieło od Casket, to zwarta ściana dźwięków, wytworzona za pomocą dudniącej sekcji rytmicznej i soczystej gitarze, której riffy tną jak tempa brzytwa, tworząc rany bardziej szarpane niż cięte. Bagnisty death metal o dużej sile rażenia, która od pierwszych taktów przenosi w czasie, serwując złowieszczą i nie kłaniającą się trendom muzykę. Stuprocentowy metal śmierci o undergroundowej proweniencji. Jakże mam zatem nie polecić.

shub niggurath




poniedziałek, 19 stycznia 2026

Recenzja Necropolissebeht „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome”

 

Necropolissebeht

„Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome”

Amor Fati 2026

Kiedy cztery lata temu pisałem tutaj o debiutanckiej EP-ce Necropolissebeht, byłem przekonany, że to raczej jednorazowy wyskok, bez większych szans na kontynuacje. I wcale z tego powodu nie płakałem, bo projekt ten niczym szczególnym się z tłumu war metalowych aktów nie wyróżniał. Okazuje się jednak, że trio odpowiedzialne za Cmentarny Sabat postanowiło dalej siać nuklearne zniszczenie, czego dowodem pełnowymiarowy materiał zespołu, który lada chwila ukaże się nakładem Amor Fati. Kto słyszał „TTCCCLXXX” doskonale wie, czego może się po tym pełniaku spodziewać. Warmetalowej klasyki. Nie ma na tym albumie absolutnie niczego innowacyjnego, odkrywczego czy porywającego. Można powiedzieć, że przez ponad czterdzieści minut nastawieni jesteśmy na odgłosy dudniącej, niczym spadające przy nalocie dywanowym bomby, perkusji, chłoszczących narządu słuchu linii gitarowych, najczęściej zapętlonych, z bardzo nielicznymi urozmaiceniami, charczącym gdzieś z drugiego planu wokalem, tyleż jednolitym co wspomniane gitary, wpadającymi randomowo na pierwszy plan solówkami, będącymi chyba jakimś rodzajem improwizacji niż wynikiem dłuższych przemyśleń, i ogólnego nakurwu. Linie melodyczne? Te nawet jak na gatunek są bardzo oszczędne. Powiedziałbym wręcz, że „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome” jest materiałem monotonnym i schematycznym. I wcale nie będzie w tym zbytniej przesady, co sami zresztą stwierdzicie, o ile w ogóle po te nagrania sięgniecie. Z drugiej strony, owa monotonia ma też i drugie oblicze. Dzięki tej monotonnej intensywności zespół wprowadza odbiorcę w pewnego rodzaju trans. Albo inaczej, przy tych dziewięciu ścieżkach można poczuć się jak zamknięty w bunkrze uciekinier, narażony na odgłosy intensywnego ostrzału artyleryjskiego na powierzchni. Brzmienie tych nagrań to głęboka piwnica. Chwilami gitary chowają się za perkusją, czy też, co najwyżej, zlewają się z owym dudnieniem w jednolitą masę, z której czasami, też jakby przypadkowo, coś wyraźniejszego się na sekundę wyłoni.  Uważam jednak, że „Taurunovem - Th’Astraktyan Serfdome” skierowany jest tylko i wyłącznie do warmetalowych masochistów, a „niefani” tego gatunku nie mają po co do tych piosenek podchodzić. Tyle w temacie, bo po co dłużej drążyć…

- jesusatan