środa, 2 kwietnia 2025

Recenzja Slaves of Evil „Certain Death”

 

Slaves of Evil

„Certain Death”

Independent 2025

Zespół, o którym dziś mowa, mimo iż istnieje już ponad dekadę, jakoś nigdy nie trafił pod moje strzechy. Aczkolwiek okładka debiutu wydaje mi się dziwnie znajoma, więc istnieje także prawdopodobieństwo, iż coś słyszałem, ale zapomniałem. Pijaki tak mają. To może do rzeczy. Podesłali mi chłopaki swoją nową EP-kę, a że zaraz po wyjęciu płyty z paczkomatu szedłem robić wiosenne porządki w aucie, to sobie ją odpaliłem. Przeleciała sześć razy, bo to króciutki matex jest, intro plus trzy, i niechaj najlepszą rekomendacją będzie fakt, iż zaraz po powrocie do chałupy odpaliłem sobie „De Profundis”. Dobra, trochę zaspojlerowałem, ale trudno. „Certain Death” to klasyczny, do szpiku kości przesiąknięty polskością death metal w klimatach lat dziewięćdziesiątych. Wszelkie popełniane w tamtych czasach „błędy” czy „niedoskonałości” odbijają się czkawką także tutaj. Co mam na myśli, i czy chcę przez to powiedzieć, że ten materiał jest ułomny? To zależy jak na to spojrzeć. Po kolei. Przede wszystkim, EP-ka ta, mimo iż krótka, zapewnia mnóstwo bardzo dobrych, skrajnie klasycznych riffów inspirowanych przede wszystkim Florydą, na podobieństwo tego, co we wspomnianych latach robiły takie zespoły jak Vader, Yattering, Devilyn czy trochę później Azarath. Kompozycje Slaves of Evil przez większość czasu utrzymane są w tempie słusznym, z mnogością blastów, ale i nie stroniące od gwałtownego zwolnienia, przy którym odczuć można dokładnie to, co czuje pasażer auta w chwili gwałtownego hamowania. Ostre przeciążenie. Muzyka Ślązaków to jednak przede wszystkim ostre cięcia, bez bawienia się w przesadną melodię, choć jej szczątki także na powierzchnię wypływają, by piosenki te nie były jedynie jednolitym nakurwianiem. A że muzykom umiejętności nie brakuje, to balansowanie między tymi dwoma elementami wychodzi im znakomicie. Bardzo klasyczny jest tutaj także wokal, i to zarówno pod względem barwy jak i intensywności. Co mnie zatem kłuje. Nowoczesna produkcja, w której brakuje kapki więcej brudu. Basik śmiga wyczyszczony jak psie jaja, perka chwilami sprawia wrażenie triggerowanej – dokładnie te same niedogodności odsłuchowe, jakich doświadczałem przy okazji albumów Dies Irae. Trochę mnie to mierzi, bo sam materiał jest naprawdę dobry, i przekonany jestem, że wielu odbiorców nie zwróci na brzmienie tak wielkiej uwagi jak ja, ale lekki niedosyt mam. Z drugiej strony czuję go też z powodu, że to tylko dziesięć minut, bo naprawdę posłuchałbym więcej. Biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw, nowe wydawnictwo Slaves of Evil jest dla mnie i tak mocnym ciosem, stąd też moja rekomendacja zapewne nikogo nie zdziwi. Piszcie do zespołu, kupujcie w distro, jeden chuj, w każdym razie wspierajcie chłopaków. Bo grają muzę na tyle dobrą, że warto ich nowy materiał nabyć. I to nie tylko jako „półkownika”, o tym zapewniam.

- jesusatan




Recenzja Fryktelig Støy „Incandescent”

 

Fryktelig Støy

„Incandescent”

I, Voidhanger Records 2025

To solowy projekt niejakiej Em Støy, która jest Australijką i odpowiada w stu procentach za to, co znalazło się na jej drugiej płycie. Dziewięć utworów w warstwie tekstowej opisujących kwestię zdrady, żałoby oraz rozważań nad tematem macierzyństwa. Wszystko to w oparciu o kobiece podejście do myśli lucyferiańskiej we współczesnym ujęciu, które merytorycznie może odstraszyć niejednego fana płci męskiej, ale zostało ubrane w naprawdę ciekawe dźwięki. Pierwsze cztery kawałki to post-black metal w gęstej i dysonansowej formie, do której Em wprowadza także sporo elementów znanych z dark ambientu. To zdecydowane i szybkie kostkowanie, którego duszność podkreślają niepokojące zagrywki wraz z upiornymi wokalizami. Muzyka to skondensowana nawałnica przeplatana z niepokojącymi tremolo, która potrafi także przygnieść do gleby posępnymi zwolnieniami, kierując momentami te kompozycje w rejony właściwe dla funeralnego doom’u. W połączeniu ze skrajnie szalonym i nieprzyjaznym wrzaskiem artystki, stanowią one aranże, które przepełnione są autentycznie negatywnymi emocjami, a snująca się z nich mroczna atmosfera udziela się odbiorcy już od pierwszych chwil obcowania z tymi numerami. Począwszy od piątego wałka Fryktelig Støy schodzi z tonu, przechodząc w spokojniejsze klimaty, które kojarzyć się mogą z niektórymi wydawnictwami spod znaku awangardowego rocka i bardzo im blisko do chociażby Swans czy pierwszej płyty Cocteau Twins. Nie ustępują one brakiem światła poprzednim utworom, lecz ich charakter jest zdecydowanie bardziej depresyjny i po satanistycznemu refleksyjny. To przytłaczające i introspektywne przygrywki, które swymi sennymi pływami, hipnotyzują i  zmuszają do kontemplacji, wciągając w swój tajemniczy świat głębiej i głębiej. Bardzo sugestywny, pełen ciemności i liryki post-black z dużym pierwiastkiem doom metalu i awangardowego rocka. Ciekawe doświadczenie, więc polecam. Warto się zapoznać z „Incandescent”.

shub niggurath




Recenzja Haemorrhage „Opera Medica”

 

Haemorrhage

„Opera Medica”

Hells Headbangers 2025

Długo kazali nam czekać hiszpańscy patologowie na swoje nowe piosenki, oj długo. Jak na aktywnie działający skład, osiem lat (bo nie liczę wydanych w międzyczasie nagrań archiwalnych) to szmat czasu. Najwyraźniej coś się w końcu ruszyło, i za kilka chwil ukaże się nowy materiał zespołu. „Opera Medica” to co prawda nie pełen album, ale EP-ka zawierająca cztery nowe numery autorskie plus cover Dismember. Cóż, lepsze to niż nic.  Jeśli weźmiemy na warsztat zawartość muzyczną tego wydawnictwa, to w zasadzie w ogóle nie odczuwa się tych ośmiu lat. Haemorrhage nadal są w bardzo dobrej formie, i jeśli komuś przypadło do gustu nieco bardziej chwytliwe oblicze zespołu, znane choćby z „Apology For Pathology” (ja pierdolę, dopiero teraz zauważyłem, że album ten wyszedł prawie dwie dekady temu) czy „Hospital Carnage”, to przy nowych kawałkach poczuje się jak w domu. Znaczy się, kostnicy. Takiej trochę bardziej radosnej, bo „Opera Medica” to kwintesencja tego pełnego taneczności groove’u, z którego Hiszpanie od długiego czasu słyną. Za pierwszym podejściem można odczuć lekki niedosyt, bo „nic nowego”. Tylko po co nowe, jeśli stare się sprawdza. Dajcie sobie z tą EP-ką dwie, góra trzy rundy, a obiecuję, że będziecie pląsać radośnie po pokoju, a kto Haemorrhage widział na żywca, będzie udawał, że skacze niczym małpa z podpierdoloną jakiemuś nieszczęśnikowi kończyną (jeden chuj, górną czy dolną) w stylu Fernando. Na tym krążku znajdziecie wszystko, czego, będąc fanami, oczekujecie. Medyczne intro, mocno zachęcające do zabawy riffowanie, wokalne wymioty z obowiązkowym „bleh!” w formie przerywników, punkowe rytmy do poskakania pod sceną, medyczne melodie (no przecież nie napiszę, że kojarzące się ze starym Carcass, bo oba te zespoły rzeczony odłam współtworzyły niezależnie), kilka momentów to wytrzepania z włosów łupieżu i trochę blastów. Klasyka goregrinde’a w całej okazałości. Ktoś mógłby ponarzekać, że zespół zjada własny ogon. Gdyby podobne płyty z ich logo ukazywały się co roku, to faktycznie można by poczuć przesyt, ale po wspomnianej przerwie, ja osobiście się trochę za tymi wesołkami stęskniłem. Dlatego „Opera Medica” witam z otwartymi ramionami i wszystkim gorąco polecam, zdając sobie jednocześnie sprawę, że na pewno nie jest to najlepszy materiał jaki Haemorrhage zarejestrował. Poziom jednak trzyma, i mi to wystarczy.

- jesusatan




Recenzja Nordheim „Nordheim”

 

Nordheim

„Nordheim”

ATMF 2025

W tym przypadku chodzi o włoski Nordheim, którego zapomniane nagrania ma chęć przypomnieć ATMF. Jest to wydawnictwo, zawierające trzy utwory, gdzie dwa pierwsze pierwotnie tworzyły demo z 2007 roku, zaś trzecim jest numer, który znalazł się na splicie Nordheim z inną włoską kapelą, Strof. Muzyka umieszczona na tym krążku to klasyczny, jednostajny i hipnotyzujący black metal. Co tu dużo pisać. Zimne gitary, wycofana sekcja, śladowe klawisze i złowrogie wokalizy to brzmieniowy obraz tej płyty, która skutecznie pokrywa wszystko szronem. Regularne riffy i tremolo płyną w przestrzeń, snując delikatne i zarazem ponure melodie, miejscowo podkreślają je syntezatorowe pasaże, co nadają całości atmosferycznego sznytu. Wszystkie utwory są czymś w rodzaju black metalowego ambientu, bo nie angażując zbytnio słuchacza, wprowadza go w medytacyjny bezruch i nie dostarcza żadnych uczuć. To muzyczne i mroczne katharsis trwa niecałe pół godziny i przenosi w czasy odległe, kiedy ten gatunek nie miał nic wspólnego z mainstreamową rozrywką. Lodowaty, odhumanizowany black metal, który swym usposobieniem sprzyja introspektywnym wycieczkom. Co ja będę się produkował. Spójrzcie na okładkę, ponieważ doskonale oddaje ona klimat i charakter tutejszych kompozycji. Tak jak na obrazku, tak i ze spokojnych akordów sączy się mgła, wieje wilgotny i przeszywający wiatr, który odbijając się od gór generuje posępny i przytłaczający huk. Smutny i skrajnie chłodny album o surowym obliczu jak przyroda północy.

shub niggurath




wtorek, 1 kwietnia 2025

Recenzja Varnheim „Void”

 

Varnheim

„Void”

Godz ov War 2025

Nie wiem czy pamiętacie, ale drugi album Varnheim w przededniu premiery otrzymał tutaj ode mnie kilka ciepłych słów. Widać nie tylko mi ich granie przypadło do gustu, bo chłopaki w końcu znaleźli konkretny label chętny do wydania ich nagrań. „Void” to album numer trzy, będący systematycznym rozwijaniem stylu zapoczątkowanego na debiucie. O ile poprzednik dość mocno nasączony był inspiracjami Mgłą, to tym razem Mazowszanie do charakterystycznego, chłodnego i melodyjnego riffowania dodali jakby więcej od siebie. Nie znaczy to, że melodii rodem z „Exercises in Futility” nie ma tu wcale. One są, i to w każdym z czterech utworów, jednak już nie tak nachalne, stanowiące tym razem bardzo zgrabny dodatek. Czego zatem na tym albumie więcej? Przede wszystkim różnorodności. Kompozycje Varnheim są dość długie, bo trwające około dziesięciu minut, i naprawdę sporo się w nich dzieje. Nie tylko pod względem różnicowania tempa, wahającego się od szybkich, blastujących fragmentów po niemal doomowe, nostalgiczne zwolnienia. Muzycy udanie równoważą dawkowanie francuskiej trucizny spod znaku zagrywek dysonansowych, z prostolinijnym, bezlitosnym atakiem a’la Marduk. Ponadto przewijające się tutaj harmonie niezwykle zgrabnie się przeplatają i płynnie przechodzą z jednej w drugą, utrzymując jednocześnie niezmiennie wysoki poziom napięcia. Może znów niepotrzebnie rzucam nasuwającymi mi się na myśl nazwami, ale nowy materiał Varnheim ma w sobie także coś z Manbryne czy Cursebinder, i to zarówno czysto muzycznie, jak i pod względem tworzonego klimatu. Może dlatego, że podobnie jak wymienieni, nie trzyma się sztywno jednego stylu, a umiejętnie pobiera nauki od kilku profesorów. To sprawia, że „Void” jest albumem wieloodcieniowym, a jednocześnie zwartym i spójnym. Ponadto sporą jego zaletą jest produkcja. Dość przejrzysta, by nic nie ginęło w zakamarkach, a jednocześnie odpowiednio zimna i szorstka. In plus oceniłbym też wokale (a śpiewane jest po angielsku i po naszemu), agresywne i ekspresyjne. Im dłużej słucham tych nagrań, tym głębiej wbijają mi się w głowę, co świadczy, że „Void” to typowy „grower”, album, którego nie odstawi się na półkę po dwóch / trzech rundach, bo dopiero wtedy zaczyna żreć i wciągać. A naprawdę ma ku temu sporo argumentów, i jest na nim co eksplorować. Dla każdego maniaka polskiego black metalu nowy Varnheim to pozycja obowiązkowa. Może jeszcze nie z tej najwyższej półki, ale jako iż tendencję chłopaki mają wzrostową, to kto wie co będzie następnym razem. Wiele im nie brakuje.

- jesusatan




Recenzja Hersir „Hateful Draugar From The Underground”

 

Hersir

„Hateful Draugar From The Underground”

Darkness Shall Rise 2025

Kapela ta została założona w 2016 roku przez Grima Vindkalla, który szerzej może być znany z udziału w zespole Domgård, zatem wiadomo już, że Hersir pochodzi ze Szwecji. Duet ten na koncie ma trzy, nigdy niepublikowane dema więc kto tak naprawdę miał się zaznajomić z jego twórczością? Nieważne, bo właśnie Szwedzi wydali swój debiutancki album, więc jest szansa, aby fani czarciego grania mogli poznać sztukę tej grupy. Wydawnictwo to zawiera dziesięć kawałków, których dźwięki są niejako przekrojem przez black metal pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych w wydaniu norweskim. Paradoks. Szwedzi grają jak Norwedzy, ale to dobrze, bo „Hateful Draugar From The Underground” być może dzięki temu jest ciekawszą pozycją. Panowie w swoich kompozycjach łączą kilka wpływów znanych z tamtego okresu. Ich styl to połączenie elementów zaistniałych w muzyce Emperor, Isengard czy Enslaved, ale najwięcej znalazłem tutaj pierwiastka „cesarskiego”, który objawia się przede wszystkim w melodyce oraz w dorzuconych do poszczególnych riffów symfonicznych pasażach. Podobnie jak na początku kariery Emperor, tak też Hersir mknie w tych chwilach do przodu dość szybko, szyjąc zimnymi i epickimi tremolo, bądź schodzi do monumentalnych zwolnień, uspokajając w ten sposób swój blizzard i roztaczając trochę magicznej atmosfery. Poza tymi formami Hersir wplata do aranżacji sporo lodowatych powiewów, które srogo kłują niską temperaturą na podobę Enslaved. Okresowo, płynnie przechodzą one w cieplejsze, leśne fluidy, częstując ponurymi i agresywnymi akordami jakimi raczył maniaków Fenriz za pośrednictwem Isengard. Chwilami, do całości nasi muzycy dokładają nieco kostkowania w szwedzkim ujęciu, wprowadzając odrobinę wojennych chwytliwości, nie zdając się do reszty na norweski sznyt i zaznaczając z jakiego kraju w końcu pochodzą. Pierwsza płyta tej dwójki to przyciągająca do siebie pozycja, w której bez trudu odnajdziecie wszystko co w drugiej fali black metalu było najlepsze. Wysoko nastrojone gitary zagęszczone przez zdrowo łupiącą sekcję oraz pełne dzikości, nienawistne wokale. Całość przyozdobiona sowicie posypką z klawiszy i gotowe. Polecam, bo dobrze się tego słucha. Hersir z pomysłem połączył wszystkie te ujęcia i wygenerował zróżnicowanego bleka, który uszyty jest z gęstej tkaniny i dzięki swojej, wielorakiej osobowości nie pozwala się nudzić podczas odsłuchu „Hateful Draugar From The Underground”. Odpowiednio zagrany i zarejestrowany, dostarcza wielu emocji, co niewątpliwie trzeba uznać za atut. Drugofalowa rogacizna różnego typu o cechach właściwych i na jednym krążku. Warto sprawdzić.

shub niggurath




poniedziałek, 31 marca 2025

Recenzja Sijjin „Helljjin Combat”

 

Sijjin

„Helljjin Combat”

Sepulchral Voice 2025

Na ten album zapewne wielu z was czekało. Nic dziwnego. Po całej historii Necros Christos oraz dwóch wyjątkowo dobrych wydawnictwach w postaci demo „Angel of the Eastern Gate” i debiutanckim pełniaku „Sumerian Promises” sam miałem apetyt wyostrzony do granic możliwości. Cóż, jestem po kilku sesjach z „Helljjin Combat” i jedno dla mnie jest pewne. Jest to krążek, który zaskoczy wszystkich. Dlaczego? Otóż, panie i panowie, Sijjin poszedł w thrash metal. Tak tak, wcale nie żartuję. Gdyby nie charakterystyczny wokal Malte, to przy otwierającym album „Fear not the Tormentor” nerwowo sprawdzałbym, czy aby wydawca podesłał mi właściwy materiał do odsłuchu. Wali tutaj bowiem wczesną Metallicą na tyle, że jeśli tylko zmienić śpiewaka, to mamy czystej maści amerykański thrash z lat osiemdziesiątych. Odczuciu temu sprzyja także brzmienie nowych nagrań Sijjin. Zdecydowanie bardziej osadzone we wspomnianych latach osiemdziesiątych, mniej zbasowane, z wysuniętymi wyraźnie liniami gitar. No i ta przemykająca w otwieraczu solówka, z death metalem mająca tyle wspólnego, co placek ziemniaczany ze schabowym. Zresztą w dalszej części albumu natkniemy się na mnóstwo motywów odwołujących się do czasów, w których śmierć metalu albo jeszcze nie było, albo dopiero raczkował. Co najwyżej rządził Slayer. Więcej tutaj heavymetalowych melodii (polecam końcówkę „Religious Insanity Denies Slavery”) i technicznych zawijasów (aczkolwiek bez przesadnego onanizmu), od cholery chwytliwych patentów i staroszkolnej prostoty… I tylko wspomniany na wstępie wokal uświadamia nas, że to jednak nadal Sijjin. Większość płyty odwołuje się do zupełnie innych, starszych inspiracji niż na debiucie. Nie znaczy to, że na „Helljjin Combat” death metalu nie ma w ogóle. On się tutaj czai gdzieś w tle, a czasem nawet się wyraźniej wychyli, jak choćby w „Horrific Distortions”. Nie wiem, czy kawałek ten pochodzi jeszcze z czasów „jedynki”, ale na wskroś pachnie Morbidami, i według mnie niekoniecznie pasuje do całości. Myślę sobie, że o ile dotychczas Sijjin powiązany był jednak w jakiś sposób z Necros Christos, tak teraz ta pępowina została ostatecznie przecięta (poza wspomnianym już wielokrotnie wokalem, który jednak kojarzyć się ze wspomnianymi klasykami będzie po wieki wieków). Mam z „Helljjin Combat” autentyczny problem. Z jednej strony podoba mi się ta muzyka, bo ja w starociach gustuję. Z drugiej, ni chuja nie pasuje mi ona do Sijjin. Ostateczną ocenę nowej produkcji zostawiam zatem każdemu do indywidualnej oceny, choć osobiście czuję się, mimo wszystko, nieco rozczarowany.

- jesusatan