Slaves of Evil
„Certain Death”
Independent 2025
Zespół, o którym dziś mowa, mimo iż istnieje już
ponad dekadę, jakoś nigdy nie trafił pod moje strzechy. Aczkolwiek okładka
debiutu wydaje mi się dziwnie znajoma, więc istnieje także prawdopodobieństwo,
iż coś słyszałem, ale zapomniałem. Pijaki tak mają. To może do rzeczy.
Podesłali mi chłopaki swoją nową EP-kę, a że zaraz po wyjęciu płyty z
paczkomatu szedłem robić wiosenne porządki w aucie, to sobie ją odpaliłem.
Przeleciała sześć razy, bo to króciutki matex jest, intro plus trzy, i niechaj
najlepszą rekomendacją będzie fakt, iż zaraz po powrocie do chałupy odpaliłem
sobie „De Profundis”. Dobra, trochę zaspojlerowałem, ale trudno. „Certain
Death” to klasyczny, do szpiku kości przesiąknięty polskością death metal w
klimatach lat dziewięćdziesiątych. Wszelkie popełniane w tamtych czasach
„błędy” czy „niedoskonałości” odbijają się czkawką także tutaj. Co mam na
myśli, i czy chcę przez to powiedzieć, że ten materiał jest ułomny? To zależy jak
na to spojrzeć. Po kolei. Przede wszystkim, EP-ka ta, mimo iż krótka, zapewnia
mnóstwo bardzo dobrych, skrajnie klasycznych riffów inspirowanych przede
wszystkim Florydą, na podobieństwo tego, co we wspomnianych latach robiły takie
zespoły jak Vader, Yattering, Devilyn czy trochę później Azarath. Kompozycje
Slaves of Evil przez większość czasu utrzymane są w tempie słusznym, z
mnogością blastów, ale i nie stroniące od gwałtownego zwolnienia, przy którym
odczuć można dokładnie to, co czuje pasażer auta w chwili gwałtownego hamowania.
Ostre przeciążenie. Muzyka Ślązaków to jednak przede wszystkim ostre cięcia,
bez bawienia się w przesadną melodię, choć jej szczątki także na powierzchnię
wypływają, by piosenki te nie były jedynie jednolitym nakurwianiem. A że
muzykom umiejętności nie brakuje, to balansowanie między tymi dwoma elementami
wychodzi im znakomicie. Bardzo klasyczny jest tutaj także wokal, i to zarówno
pod względem barwy jak i intensywności. Co mnie zatem kłuje. Nowoczesna
produkcja, w której brakuje kapki więcej brudu. Basik śmiga wyczyszczony jak
psie jaja, perka chwilami sprawia wrażenie triggerowanej – dokładnie te same
niedogodności odsłuchowe, jakich doświadczałem przy okazji albumów Dies Irae.
Trochę mnie to mierzi, bo sam materiał jest naprawdę dobry, i przekonany
jestem, że wielu odbiorców nie zwróci na brzmienie tak wielkiej uwagi jak ja,
ale lekki niedosyt mam. Z drugiej strony czuję go też z powodu, że to tylko
dziesięć minut, bo naprawdę posłuchałbym więcej. Biorąc pod uwagę wszelkie za i
przeciw, nowe wydawnictwo Slaves of Evil jest dla mnie i tak mocnym ciosem,
stąd też moja rekomendacja zapewne nikogo nie zdziwi. Piszcie do zespołu,
kupujcie w distro, jeden chuj, w każdym razie wspierajcie chłopaków. Bo grają
muzę na tyle dobrą, że warto ich nowy materiał nabyć. I to nie tylko jako
„półkownika”, o tym zapewniam.
-
jesusatan