niedziela, 31 maja 2026

Recenzja Rotten Tomb “Vestiges of Tortured Souls”

 

Rotten Tomb

“Vestiges of Tortured Souls”

Nuclear Winter Rec. 2026

Zawsze kiedy słucham sobie wydawnictw z Ameryki Południowej, czy Środkowej, to myślę, że w tamtym zakątku świata nagrywa się tyle zajebistej muzy, z której zapewne jedynie niewielka część ma szansę przebić się do szerszego grona odbiorców. Żyje sobie tamtejszy rynek swoim życiem, a jeśli ktoś maniakalnie go nie śledzi, to o wielu wartościowych nazwach nigdy w życiu nie usłyszy. Jednym z takich przykładów jest Rotten Tomb. Chłopaki właśnie wydają swój trzeci album, i gdyby nie działo się to nakładem Nuclear Winter, tylko ichnich, lokalnych, to znów koło nosa przeszłaby mi bardzo dobra płyta. A za taką „Vestiges of Tortured Souls” uważam. Chilijczycy grają death metal. Staroszkolny, choć nie na jedno kopyto, bo bardzo udanie mieszają wpływy lat dziewięćdziesiątych, z całym bogactwem, którego dostarczyły. Usłyszycie tu zarówno blasty, jak i gniotące trzewia walce. Zajrzycie do Stanów (Incantation), ale i odwiedzicie Stary Kontynent (Gorement). Zostaniecie roztrzaskani niczym pilot kamikaze po zderzeniu z okrętem (Disma), ale i wciągnięci w niesamowity, mroczny klimat (wczesny Amorphis). Rotten Tomb zaserwują wam brutalne i agresywne riffy, ale i poczęstują niebanalną, bardziej klasyczną solówką. I to wcale nie jest żaden misz-masz, bo kompozycje na tym krążku są tak umiejętnie posklejane, pełne wspomnianych różnorodności, że co chwilę czymś zaskakują. I łączy je wspólny mianownik – oldskul do szpiku kości. No i skurwysyńsko masywne brzmienie. Naprawdę ciężko sobie wyobrazić, by metal śmierci mógł zabrzmieć lepiej. Selektywnie, a zarazem bardzo organicznie, niczym wykopany z kapsuły czasu zapomniany klejnot sprzed niemal czterech dekad. Można tutaj chwalić wszystko. Od wokalu, głębokiego i demonicznego, przez melodyjne, a zarazem niszczycielskie partie gitar, doskonałą sekcję rytmiczną, i niebanalne, choć przecież oparte na sprawdzonych wzorcach aranże. Tego albumu słucha się na od A do Z na podniesionym ciśnieniu, a jak kto bardziej nostalgiczny, to i łezka w oku może się zakręcić. Nie będę zatem się rozpisywał, bo i nie ma po co. Lepiej siąść do „Vestiges of Tortured Souls” i samemu, nausznie, dokonywać dysekcji, bo naprawdę jest tu czego słuchać. Bardzo dobra płyta, ale o tym mówiłem już na wstępie.

- jesusatan




Recenzja Phoschydeux „4 Days of Bliss in Hell”

 

Phoschydeux

„4 Days of Bliss in Hell”

I, Voidhanger Records 2026

To kapela nowa. Pochodzi z Węgier i jak twierdzi notka informacyjna od wydawcy, składa się z członków death i black metalowych zespołów tamtejszej sceny. W ramach tego projektu ci czterej panowie grają muzykę odmienną od metalurgicznych tonów, ale nie znów tak odległą. Internetowe źródła określają granie tego kwartetu jako doom-stoner, ale jest to bardzo duże uproszczenie. Owszem, elementy właściwe dla tego gatunku u Phoschydeux występują, ale trzonem tutaj jest ciężki, narkotyczny blues i brudny hard rock, które razem do spóły z tymi wyżej wymienionymi, gęściejszymi formami robią niemałą robotę, kreując mroczną oraz psychodeliczną muzę. Twórczość Węgrów można by nazwać wypadkową Danzig, The Doors z domieszką dusznego, pustynnego stonera, lecz nie zabiera ona w upiorne, pejotlowe podróże ani nie przenosi do beztroskiego świata dzieci kwiatów. To ponura muzyka z szarych, miejskich dzielnic wypełnionych uzależnieniami i straconymi nadziejami, depresją i przemocą. Przez cały swój debiutancki album, Phoschydeux kreuje dekadencki obraz rzeczywistości. Robi to za pomocą zgiełkliwej gitary, z której wydobywają się transowe melodie, a wspomaga ją dudniący bas i przysadzista perkusja. Sekcja rytmiczna skutecznie zagęszcza, wijące się i falujące w otumaniającym tańcu akordy, podbijając przytłaczającą atmosferę „4 Days of Bliss in Hell”, która stanowi doskonałe tło dla bolesnych tekstów. Odpowiedzialny tutaj za mikrofon Jim Jones, wyśpiewuje je używając fantastycznych wokaliz, podkreślających dramatyzm i niewygodną prawdziwość słów. Cóż, pierwszy krążek Phoschydeux jest muzyką, która nie wszystkim przypadnie do gustu, ale warto po nią sięgnąć, ponieważ to czysty mrok, stworzony z psychoaktywnych składników. Tym razem nie jest związany z czymś metafizycznym, lecz dotyczy ludzkości i jej codziennych problemów. Przedstawiony poprzez sugestywną i niezwykle emocjonalną muzykę, z którą warto się zapoznać.

shub niggurath




Recenzja Fournier „Fournier”

 

Fournier

„Fournier”

Caligari Rec. 2026

Ciekaw jestem, ile z was potrafiłoby odczytać nazwę zespołu, gdybym wrzucił tu jedynie okładkę, bez podpisu. Ja bym pewnie poległ już na pierwszej literce. To jednak nie jedyna zagadka. Z tego, co można wyczytać w Encyklopedii, w zespole figuruje człowiek, niejaki Lepper (ale nie Andrzej, tylko Jef, tak, przez jedno „f”), który obsługuje bas oraz perkusję, choć zgaduję, że nie jednocześnie, oraz pan Quintin, który… chuj wie, co w zespole robi. Może po prostu zapierdala chłopakom po fajki i browary podczas prób. No ale dość tych ciekawostek przyrodniczych. „Fournier” to debiutanckie demo zespołu, zawierające cztery kompozycje zamykające się w niecałych dwudziestu minutach. Mimo iż panowie z Zelandii pochodzą Nowej, to żadnych lądów muzycznych bynajmniej nie odkrywają. Grają sobie za to death metal. A jaki death metal, zapewne zapytacie. A taki, którego głównym filarem mógłby być Morbid Angel z okresu literki „F”, choć chwilami zdarza się, że panowie zerkną też bardziej w kierunku początku alfabetu. Kompozycje Fournier cechuje na pewno mocny, brutalny riff oraz płynący z kompozycji ciężar. Chwilami można poczuć się, jakby przejeżdżał po nas co najmniej spychacz, z rytmicznie trajkoczącym silnikiem, ale… Fournier niezaprzeczalnie stronią od jednolitości. Weźmy na warsztat taki „Supreme Ornaments”, bo ten utwór mógłby chyba dobrym reprezentantem całości. Początek trochę przypominający Death (zresztą dziedzictwo Chucka pojawia się nie tylko tu), wyczekiwacz na jedną gitarę, wejście taranem w stylu „Rapture”, trochę klasyki na d-beacie, przyspieszenie, nagły hamulec i ponownie Morbid Angel w średnim tempie z szybkimi centralami. Pod koniec zwolnienie z delikatniejszą melodią i wystukującą jakby „swoje” rytmy perkusją. W międzyczasie oczywiście głębokie growle, takie z gatunku mniej czytelnych. Ale jak już o perkusji wspomniałem, to podoba mi się co robi ten facet, bo jego styl gry nie jest do końca typowy i czasem można wyłapać niezłe patenty w jego wykonaniu. Niezłe wrażenie robią też wioślarze, niejednokrotnie łamiąc rytm, albo płynnie przechodząc z riffu w riff. Poza brutalizą, potrafią też troszkę zakręcić, na tyle, że przez sekundę może pojawić się w głowie myśl pod tytułem „Obscura” (mi mignęła w drugiej połowie „An Angel With a Bullet”). Demo kończy mroczny odprowadzacz, zresztą w tym samym tonie co „wprowadzacz”, dzięki czemu materiał zyskuje swoistą otoczkę. No i co? No i to, że Fournier nagrali bardzo dobre demo, w staroszkolnym klimacie, o staroszkolnym brzmieniu i naturze, łącząc ze sobą wpływy z nie tylko jednego garnka. Mi się podoba.

- jesusatan




Recenzja Midnight Odyssey „A Mass of Fallen Stars-Live in Toulon”

 

Midnight Odyssey

„A Mass of Fallen Stars-Live in Toulon”

I, Voidhanger Records 2026

Jeśli są tutaj fani symfonicznego black metalu w wykonaniu Midnight Odyssey, to z pewnością będą zainteresowani tym, że piętnastego maja, wytwórnia I, Voidhanger Records wypuściła koncertówkę tego australijskiego projektu. To oczywiście aranżacje z wszędobylską obecnością klawiszy, które wraz z innymi instrumentami, kreują melancholijny klimat, osiągnięty za pomocą klasycznego kostkowania i tremolo. Klimat, który wraz z sesyjnymi muzykami odpowiedzialny za ten akt Dis Pater, postanowił oddać na scenie. Cóż, jest średnio i nie wiem, czy był sens to rejestrować i wydawać, ale nic mi do tego, bo kasa nie moja. Brzmi to słabo. Bębny niesamowicie dudnią, klawisze dobiegają jakby z oddali, gitary chwilami zanikają, a wokalista tęsknie zawodzi, momentami skrzecząc jak zdychająca wrona. Całość trwa godzinę i dziesięć minut, co było dla mnie katuszą straszną, zwłaszcza że nie gustuję w „bajkowym” black metalu, który niekiedy kieruje swoje kroki w doomowe rejony i próbuje mnie zarazić natchnionym i depresyjnym graniem, któremu okresowo towarzyszy ckliwe nucenie. Ja się nie dam, ale wielbiciele tego ujęcia jak i tej kapeli, z którą spotkałem się przy okazji zrecenzowania epki „Closer to the Sky”, która zupełnie mnie nie przekonała, na pewno będą zachwyceni możliwością posłuchania Midnight Odyssey „na żywo” za pośrednictwem „A Mass of Fallen Stars-Live In Toulon”. Dla mnie pozycja bezcelowa i za słabo zarejestrowana, aby móc cieszyć się koncertem, nawet jeśli płynie on z nośnika.

shub niggurath




piątek, 29 maja 2026

Recenzja Louder „Devil's Night”

 

Louder

„Devil's Night”

Fighter Rec. 2026

Był już jakiś Venom z Kolumbii? Nie? No to już jest. Oczywiście upraszczam, choć po włączeniu tej płyty od razu skojarzenia miałem jednoznaczne. No ale po kolei. Panowie z Madellin po raz pierwszy zaznaczyli swoją obecność na scenie za sprawą wydanej rok temu demówki „Raw-Hell-Sal at Devil’s Crypt”, co wyraźnie sugeruje, iż były to nagrania z próby, na setkę. Poza czterema utworami, które także znalazły się na „Devil’s Night”, mieliśmy tam covery Razor oraz Violent Force. Debiutancki album zawiera jeszcze cztery nowe numery, tym razem bez coveru. Chyba że za takowe uznamy wszystkie umieszczone na tym płytągu piosenki, bo te nagrania to jeden wielki hołd dla klasyków gatunku. Kolumbijczycy grają metal prawdziwy, taki z krwi i kości. Gdybym chciał być maksymalnie prostolinijnym, powiedziałbym, że ich radosna twórczość to wypadkowa między wspomnianym Venom, Motörhead a Onslaught. Że jest to „twórczość radosna”? No kurwa! Tutaj każdy kawałek to taneczny, koncertowy killer, przy którym maniakom grania z lat osiemdziesiątych micha ucieszy się niczym Burkowi na widok kości. Perkusyjnie jest tu prosto do bólu. W zasadzie można by nagrać kilka sampli, głównie na d-beacie, a potem posklejać je komputerowo, i wszystko by się zgadzało. Linie gitarowe są z kolei tak diabelnie chwytliwe, że przed oczami rysuje się obraz dwóch stojących na scenie kolesi z wielkim uśmiechem na twarzy, oraz stukającego swoje, przygarbionego perkusisty z rozwianymi od wiatraka włosami. A jeśli dodam, że całość układanki uzupełniają teksty na wskroś „metalowe”, klasyczne… No dla przykładu kilka tytułów: „Satan’s Bitch”, „Hellish Rock’n’Roll”, „Heavy Metal Nights”, „Louder Than Hell”. Macie jeszcze pytania? Czy ten album ma zatem jakieś wady? Cóż, jeśli za taką można uznać szablonowość i powtarzalność, to tak. W zasadzie wszystkie kawałki na tej płycie są niemal identyczne. Co prawda, trwa ona zaledwie pół godziny, więc jednorazowa dawka jest niczym lodowata wódeczka na spragnione gardełko, ale przedawkowanie może spowodować efekt tożsamy z przedawkowaniem ognistej wody właśnie. Zatem posłuchać można, nawet kilka razy (niekoniecznie z rzędu), ale na pewno nie jest to płyta, która na stałe zapisze się w annałach speed metalu. Jest za to na pewno wartościowym hołdem dla klasyków starego grania. I mi to styka.

- jesusatan




Recenzja Yfel 1710 „Live 2026 a.y.p.s.”

 

Yfel 1710

„Live 2026 a.y.p.s.”

Societas 2026

Jeśli ktoś się stęsknił przez ostatni rok za Yfel 1710, bądź chciałby pójść na ich koncert, ale ostatnio nie mógł lub miał za daleko, to powinien zaopatrzyć się w ich nowe wydawnictwo, będące koncertówką. Dziesięć numerów. Przekrój przez wszystkie płyty. Dźwięk dobrze zarejestrowany, bo wszystkie sekcje wraz z wokalem są idealnie słyszalne. Odgłosy publiki, specyficzne sceniczne brzmienie i wyczerpujące zapowiedzi wokalisty każdego z kawałków, robią robotę i doskonale oddają klimat występu na żywo. Yfel 1710 już dawno ugruntował swoją pozycję na krajowym podwórku, co udowadniają na tym wydawnictwie. Jeśli z każdego show w ich wykonaniu kipi taka energia, to ja chcę to zobaczyć i usłyszeć. Panowie napierdalają w punkt diabelszczyzną drugiej fali z domieszką rodzimych naleciałości i oczywiście norweskiego sznytu. Na żywca wychodzi im to bardzo dobrze, co wyraźnie wybrzmiewa z tej produkcji. Pewnie ściany klubu, gdzie odbywał się ten gig pokrywał szron, a zebrani tam maniacy byli w czapkach i zimowych kurtkach. Chłód i agresja została oddana w perfekcyjny sposób, bo przecież Olsztynianie tym się właśnie odznaczają, a i potężną dawką mroku przesłonić światło potrafią. Cóż, koncert, który w pełni oddaje ducha tej kapeli i black metalu jaki gra, a teksty w rodzimym języku pomagają w nawiązaniu nierozerwalnej więzi z fanami. Rzadko słucham albumów koncertowych, ponieważ ich jakość oraz zasadność są różne, ale „Live 2026 a.y.p.s.” się broni w całej rozciągłości. Zatem jeśli ostatnim razem mama was nie puściła na koncert Yfel 1710 lub musieliście akurat iść do roboty, to możecie brać ten materiał w ciemno.

shub niggurath




Recenzja Soulburn „Quantifying Cosmic Doom”

 

Soulburn

„Quantifying Cosmic Doom”

Testimony Rec. 2026

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych rozpadł się Asphyx, Century Media dumnie ogłosiła, że oto pojawił się (oczywiście pod ich skrzydłami) godny następca. Debiut Soulburn został faktycznie nagrany przez trzech byłych Asphyxowiczów, i tak po prawdzie zły nie był. Jednak nie na tyle dobry, bym późniejszą karierę Holendrów śledził z zapartym tchem. Coś tam po drodze słyszałem, ale szybko puściłem w niepamięć. Teraz panowie wracają z piątym, wydanym po sześciu latach milczenia albumem. I wiecie co? Według mnie, to mogliby sobie milczeć dalej, bo „Quantifying Cosmic Doom” to kupsko nieprzeciętne. Muzycznie mamy tutaj coś na kształt przeciętnego do bólu gothic death / doom metalu. Posępne melodie w wolniejszym tempie, z wieloma elementami akustycznymi, budowanie klimatu na podobiznę przesłodzonego trendu z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Według zamiaru autorów miało być zapewne mglisto, deszczowo, z nielicznymi, mocniejszymi podmuchami wiatru. Raz, że jednak nie ta pora roku, a dwa – jeżeli czymkolwiek tu wieje, to nudą. Na potęgę. Akordy w wykonaniu Soulburn są geriatryczne, wtórne i na wskroś nijakie. Chwilami też radosne, tak kapkę do potańczenia (kojarzycie pewnie niemiecki Crematory, czy inny Heavenwood?). Może lukrem to w takim stopniu nie ocieka, ale i tak kucharze dodali do gara cukru podwójnie. Mocy w tym tyle co w rozładowanej baterii, za to powtarzalności i tandety, co na tureckim targowisku w sezonie turystycznym. Można przy tych piosenkach albo zasnąć, albo się porzygać. Z naciskiem na tą drugą opcję, bo zmrużyć oka nie pozwalają wokale. Jeszcze pojawiające się w zdecydowanej mniejszości szorstkie growle są do zniesienia, acz i tak brzmią nieprzekonywująco. Przeważają jednak… straszne wyjce. Bo ja tego nawet nie nazwę „czystym śpiewem”. Mujborze, jak ten koleś jęczy i zawodzi, tudzież stara się pośpiewać, to jest, kurwa, dramat. Nie ma kawałka, żeby grymas zniesmaczenia nie pojawił się na twarzy słuchacza z nawet średnim gustem muzycznym. A najgorsze w tym wszystkim jest, że „Quantifying Cosmic Doom” trwa ponad godzinę! Nie będę was zatem okłamywał, i przyznam się, że trzech ostatnich odsłon już nie strawiłem. Oszczędźcie sobie zatem zdrowia psychicznego, i omijajcie tą płytę szerokim łukiem. Tego się nie da słuchać!

- jesusatan