środa, 11 marca 2026

A review of Aggressive Perfector “Come Creeping Fiends”

 

Aggressive Perfector

“Come Creeping Fiends”

Dying Victims Prod. 2026

 


When it comes to Dying Victims, it's clear that we're traveling in a time machine to the metal Middle Ages. In other words, in our times, somewhere around the 1980s, because it's rare for this label to release bands inspired by a later period. Aggressive Perfector is no exception. The band comes from the British Isles, and “Come Creeping Fiends” is their second full-length album. While their first album didn't particularly move me, or maybe I was just in a bad mood, this half of an hour gave me quite an experience. Mainly related, of course, to childhood memories, because the guys draw heavily on the legacy of classics such as Slayer, Bulldozer, or even the more heavy metal Tank. Yes, I say “more heavy metal,” but I didn't mention that Aggressive Perfector plays top-notch speed metal. Listening to the nine compositions on this album makes you want to put on a leather jacket, leather pants, a studded belt, cuffs, and bang your head in a crazy heavy metal dance. Believe me, I've heard a lot of albums of a similar style in my life, but playing these old, theoretically worn-out, repetitive melodies with such verve and passion as the Brits do simply forceses me to make a fool of myself, waving my clenched fist in front of my family sitting on the couch and making silly faces. I just go completely nuts. What can I say to you that won't sound exceptionally banal? That Aggressive Perfector can play great melodies? That you can hear they haven't just picked up their instruments yesterday? That they are old-school maniacs? On the other hand, what can I write about music that really is banal, at least from a certain point of view? The guys have an old vibe, they fit right in, and they play as if the eighties never ended. And they do it at the highest level. Do I have to write something about the sound? Come on, everyone can tell that everything here works organically, just like in the old days. Anyway, why should I add anything else? It's a waste of time. I'd rather go headbanging and make silly faces. Oh, and I'll open a beer, because this kind of music goes well with amber. Cheers!

- jesusatan




Recenzja The Leaving „The Leaving”

 

The Leaving

„The Leaving”

Personal Records 2026

To nowa „supergrupa” stworzona przez muzyków, którzy wcześniej koncertowo bądź inaczej udzielali się w takich kapelach jak Los Males del Mundo, Shining, Kalmah, Endymaeria czy Gorefest. Panowie połączyli swe siły i tak powstał ich debiutancki krążek w postaci „The Leaving”. To siedem kawałków, które utrzymane są w doomowym tonie z gotyckimi naleciałościami. Poruszają one tematykę, mówiącą o „emocjonalnych i psychologicznych cierpieniach osób, które zostały pozostawione w rozbitym związku”. Muzyka tej grupy jest pełnym odzwierciedleniem tych trudnych problemów, co zaowocowało posępnym albumem. Jego pesymistyczny wydźwięk skonstruowano za pomocą ciężkich i mozolnie płynących riffów, które mocno kojarzą się z funeralną odmianą doom metalu. Są to gęste i przytłaczające pływy, zbudowane na minimalnej liczbie akordów, które zakończone są przeważnie na pustych strunach, co poszerza głębię i nastrojowość aranżacji. Rezonują one w nieskończoność, zsyłając pokaźne pokłady przytłaczającej i depresyjnej atmosfery. Na tym jednak muzyka The Leaving się nie kończy, bo panowie potrafią od czasu do czasu poderwać swoje instrumenty do ociężałego kłusu, wprowadzając tym samym nieco melancholijnego i gotyckiego klimatu. Serwują wtedy kostkowanie w średnim tempie, w technice i melodyjności zaczerpniętych wprost z gockiego metalu śmierci. W tych momentach muza skręca zdecydowanie w rejony, jednoznacznie kojarzące się z w czesnymi produkcjami takich tuzów tego gatunku jak Paradise Lost, Anathema czy My Dying Bride. Riffy te w połączeniu z monumentalnymi, grobowymi akordami, kreują pełną dramatyzmu aurę, która nie wyraża nic poza defetystycznymi uczuciami. Beznadziejność, tragizm i wyobcowanie sączą się tutaj z każdej nuty, co potęgują dołujące i okresowo desperackie growle oraz ambientowe przerywniki. Gotycki doom dla smutasów, ale nie nużący, bo kawałki nie za długie i kontrastująco do charakteru muzyki, z lekkością skomponowane. Płyta wchodzi gładko, wciągając bez trudu do swojego, przygnębiającego świata.

shub niggurath




Recenzja Bekor Qilish „Consecrated Abysses Of Dread”

 

Bekor Qilish

Consecrated Abysses Of Dread

I, Voidhanger Records (2026)

 


Bekor Qilish to jednosoobowy projekt, za których stoi pochodzący ze słonecznej Italii Andrea Bruzzone. Odpowiadający za wokale i wszystkie partie instrumentalne jegomość właśnie wypuszcza w świat swoje trzecie dzieło zatytułowane „Consecrated Abysses Of Dread” za sprawą I, Voidhanger Records. Jak to mawiają – do trzech razy sztuka. Poprzednie dwa materiały tego projektu, choć wpisywały się w lubiany przeze mnie nurt technicznego grania nie zdobyły w moich oczach większego poklasku, który nakazywałby twierdzić, że muzyka Bekor Qilish wybija się znacząco ponad przeciętność, żeby wracać do niej i ją rozpamiętywać. Tym razem może być inaczej, bo ten nieco mechaniczny brand black/death metalu został nieźle podkręcony i zdecydowanie jest tu na czym ucho zawiesić. Tak, Włoch odważnie poszedł w instrumentalne łamańce chyba po raz pierwsze robiąc to z przekonaniem, że jest to dobre. Bo jest to dobre. Późny Schuldiner, Arsis czy nieco bardziej kliniczne granie w stylu Obscura plecie się tutaj z nieco szwedzką odsłoną melodynego death metalu spod znaku Dawn, Gates Of Ishtar czy nawet wczesnego In Flames. Bez obaw – tanie melodie nas w tym przypadku nie zaleją, bardziej mi chodzi o ten podskórny pierwiastek blackmetalowy, których gdzieś w dorobku tych szwedzkich zespołów wybrzmiewa. Rzeczywiście, te kompozycje są nienagannie rozbudowane i naszpikowane technicznymi fajerwerkami, dzięki czemu miłośnicy molestowania gryfów mogą się podelektować i rozkładać kolejne frazy na czynniki pierwsze. Zapraszając do nagrań gości pokroju Mick Barr (m.in. Krallice, Orthrelm i The Overmold), Gabriele Gramaglie (Cosmic Putrefaction) i Saprovore (Strigiform) Włoch naznaczył swój obszar eksploatacji muzycznej i całkiem skutecznie się w nim odnajduje. Pewna doza awangardy i pozornej przypadkowości nie wpływa na całościowy, bardzo pozytywny odbiór tego albumu. Jeśli miałbym się czegoś to brzmienia perkusji, które sprawia wrażenie automatu lub programowanej perkusji, a może nawet którymś z nich jest. Brzmi to strasznie sterylnie i płasko i generuje jednak pewną dozę niesmaku przy odsłuchu. Ne zmienia to jednak faktu, że pełniak Bekor Qilish to kawał jakościowego grania, choć skierowanego raczej do dość wąskiego grona odbiorców.

                                                                          Harlequin




wtorek, 10 marca 2026

Recenzja Melting Rot „Infatuation with Premeditation”

 

Melting Rot

„Infatuation with Premeditation”

Hells Headbangers 2026

Nadszedł taki dzień, że zachciało mi się posłuchać jakiegoś grinda. A na poletko z tym gatunkiem zaglądam raczej sporadycznie. No, ale za tym, by dać szansę Melting Rot przemawiało przynajmniej kilka czynników. Po pierwsze – zajebista nazwa. Bo nie, że rozkład, ale wręcz taki obślizgły, niejednego zapewne przyprawiający o mdłości. Dwa – rymowany tytuł. Czyli szansa, że będzie niezły groove, czyli tańce hulańce, swawola. Trzy – płytę wydaje Hellsbangers, czyli label, który najczęściej się nie myli. No i numero czwarte – okładka. I tu chyba tłumaczyć niczego nie muszę, bo nie chce mi się tu przytaczać sloganu reklamowego Media Markt. Materiał ten, jak na grind przystało, krótki. Ot, jedenaście kawałków w siedemnaście minut. Szybki wpierdol i do domu. W zasadzie jest to klasyka. Tylko tych „klasyk” ów gatunek ma kilka. Ta konkretna pochodzi z podszufladki, w której możemy też znaleźć takie twory jak Pigsty czy Insect Warfare. Zatem jednak groove’u tu mało, a sporo napierdalania, parcia naprzód, na ślepo, bez oglądania się na konsekwencje. Owszem, przewijają się tu co chwile jakieś bardziej chwytliwe akordy, i chyba właśnie dzięki temu muzyka ta nie jest jedynie bezkompromisowym nakurwem dla upośledzonych. Same kawałki są jednak, temu nie da się zaprzeczyć, niemal bliźniaczo do siebie podobne, przynajmniej aranżacyjnie, z tym mocnym zastrzeżeniem, że Amerykanie w tym bardzo sztywnym obramowaniu starają się jednak robić co mogą. I w tym przypadku doskonale rozumiem, dlaczego płyty grindowe, klasyfikowane jako pełniaki, często nie przekraczają dwudziestu minut. Bo taka kilkunastominutowa dawka skomasowanego hałasu jest w zasadzie odpowiednikiem dwu czy trzykrotnie dłuższego albumu z gatunku death, black czy thrash metalu. A Melting Rot czynią zniszczenie błyskawicznie, będąc faktycznie takim koncentratem energii. No dobra, ale zespołów podobnego pokroju jest milion, to czym się ten band wyróżnia na tle całości? Przede wszystkim nieprzyzwoicie dosadną ilością „świniaków” na wokalu. I o ile zawsze twierdziłem, że jest to zajebista grindowa wstawka wokalna, ale nie wyobrażałem sobie, by ktoś jechał jedynie w takich tonacjach, to w przypadku Melting Rot, którzy rzeczonej maniery używają w chuj często, wcale mnie to nie drażni, a wręcz przeciwnie. Idealnie pasuje do tego tornada, które chłopaki rozkręcają. Cóż zatem mam zrobić, jak nie polecić tych pięknych piosenek, nie tylko maniakalnie oddanym fanom gatunku. Mi ten krótki strzał w pysk zrobił bardzo dobrze, i, jak bozia da, jeszcze kiedyś sobie do niego wrócę. Klasyka gatunku z gatunku tych, co to warto znać.

- jesusatan




Recenzja NO/MÁS „No Peace”

 

NO/MÁS

„No Peace”

Redefining Darkness Records 2026

Może znacie, bo ja, jak dotąd nie, ale już znam. Ci czterej panowie są z Waszyngtonu, lecz w żadnym razie na Iran napadać nie zamierzają. Napadają za to na swoich fanów drugim już w swojej karierze krążkiem. Amerykańce szyją grindujący metal śmierci, który podąża przed siebie w zmiennych tempach, zasypując blastami, miażdżącymi zwolnieniami i bardziej skocznymi akordami. Czasem zaskoczy on krótką solówką, innym razem noisowym przesterem lub przerywnikiem na basie. Wszystkie te elementy wraz ze zmiennymi wokalizami tworzą intensywną i brutalną muzę, która złożona jest również z szybkiego, biczującego kostkowania. „No Peace” ucieka także chwilami w lżejsze rytmy upodabniając się do późniejszej Sepultury, a nawet skręcając w rejony bliższe zmetalizowanemu core’owi w typie Pro-Pain czy też wczesnego Downset. Jednakże death metalowe mielenie i grindowe ataki stanowią większość tego materiału, który został zawarty w dwunastu, krótkich utworach. Katują one przez prawie 22 minuty, swoimi gęstymi riffami, które okresowo przechodzą w dość chaotyczną napierdalankę. To w obrębie tego sposobu na granie, mocne kompozycje, które zwięźle wypowiadają się na polityczne, antywojenne (więc na pewno NO/MÁS nie ma nic do Iranu) i poświęcone wszelkim niesprawiedliwościom społecznym, tematy. Jak dla mnie, fuzja tych wszystkich występujących tutaj pierwiastków, niczym szczególnym się nie wyróżnia i jest najzwyczajniej w świecie, typowym rzępoleniem w tym stylu. Stylu, który trochę łączy późniejszy Napalm Death, dokłada to tego odrobinę Brutal Truth i posypuje całość szczyptą wyżej wymienionych Nowojorczyków czy czymś w rodzaju Exhorder. Wyszedł z tego taki ciężki crossover, który doskonale sprzedaje się w USA lub wśród fanów takiego grania. Mi nie leży, ale miłośnicy takiego ujęcia nie powinni być zawiedzeni.

shub niggurath




 

poniedziałek, 9 marca 2026

Recenzja Mylingar „Út”

 

Mylingar

„Út”

Amor Fati 2026

 


Przyznam się, szczerze, że kiedy zobaczyłem w skrzynce odbiorczej promo nowego albumu Mylingar, to aż podskoczyłem z radości, a pierwszą rzeczą jaką zrobiłem kiedy tylko odfajkowałem wszelkie obowiązki domowe, było założenie słuchawek i… zejście do piekła. Stamtąd bowiem, bankowo, dźwięki tworzone przez ten tajemniczy szwedzki projekt pochodzą. Może właśnie dlatego do dziś nie wiadomo, kto tak naprawdę za Mylingar odpowiada, bo całkiem możliwe, iż są one transmisją z zaświatów, a konkretnie z ich ciemnej strony. No ale dość bajania, przejdźmy do rzeczy. „Út” to dokładnie to, na co czekałem po wybijających się zdecydowanie, i to pod każdym względem, ponad przeciętność trzech częściach trylogii „Döda”. Zdaje się, że projekt ten, mimo iż płynie w wyznaczonym przez samych siebie kierunku, z albumu na album dojrzewa. Nie powiem, że ewoluuje, bo byłoby to zapewne omylnie zrozumiane, ale pomału dopracowuje swoją własną, autorską formułę na death / black metal. Mylingar nie da się bowiem pomylić z żadnym innym zespołem, Sposób w jaki muzycy aranżują poszczególne, najczęściej osadzone w wysokich tempach, kompozycje, jest charakterystyczny tylko dla nich. Ta zawiłość riffów, gdzie linie gitarowe przeplatają się nawzajem, tworząc coś, co na początku można odebrać jako chaos, a przynajmniej dysonans, a ostatecznie, jeśli tylko spędzimy z „Út” trochę czasu, krystalizujące się w obłąkańcze wizje, sprawia, że kompozycje Mylingar mogą przeciętnego słuchacza wręcz odpychać. Bo tutaj nie ma łatwych melodii wysuniętych na pierwszy plan. One skryte są pod powierzchnią, często majacząc gdzieś w tle. W ich odkrywaniu bynajmniej nie pomaga, a wręcz przeszkadza wyjątkowo brudne, surowe brzmienie, z niepodrabialnym strojem gitar. Zaznaczam – surowe, nie lo-fi. Pod tym względem Mylingar też znalazł własną formułę, której się trzyma, wprowadzając w zasadzie kosmetyczne poprawki. Cóż można powiedzieć o wokalach? To bardziej spazmatyczne wymioty niż klasyczny growl, a w niektórych partiach śpiewak musi język wypluwać przynajmniej do pasa, by wydobyć zalegającą mu gdzieś na samym dnie wnętrzności żółć. Niezwykle precyzyjnie pracuje tutaj sekcja rytmiczna. Zarówno wyraźny bas, jak i działająca z chirurgiczną precyzją perkusja, chwilami wystukująca kompletnie kosmiczne, niespodziewane patenty, na zasadzie improwizacji, jak choćby w „af”. No i te nagłe przejścia w blasty, podczas gdy bas i gitara grają jakby zupełnie dwa nie związane ze sobą utwory… Na tej płycie jest tyle smaczków, tyle fenomenalnych zagrywek, że można jej słuchać w nieskończoność. I w bardzo umiejętny sposób łączy ona w sobie nauki klasycznych mistrzów ze sceną bardziej współczesną, chwilami nawet awangardową. A wieńczący ją jedenastominutowy kolos „Neðan”, z niesamowicie chorowitym zakończeniem, to jest mistrzostwo naszego układu słonecznego. Na pewno to, co tworzy Mylingar jest jedyne w swoim rodzaju, a „Út” bezapelacyjnie potwierdzą klasę zespołu, i niesamowicie winduje ich pozycję w moim osobistym rankingu. Ależ to jest, kurwa, dobre!

- jesusatan




Recenzja Multiwomb „Anatomy of Gorelust”

 

Multiwomb

„Anatomy of Gorelust”

Grave Island Records 2026

 


Co jak co, ale gościa z okładki spotkać to bym nie chciał. Multiwomb najwyraźniej takich oporów nie mają, bo nawet skomponowali dla niego dziewięć numerów, które składają się na ich debiutancki krążek. To trzech, pochodzących z Indonezji facetów, którzy jak można się domyślić z załączonego obrazka, nie gustują w wysmażonym, lecz w krwistym mięsie. To tradycyjny i podziemny death metal, hołdujący flakom, litrom juchy, śmierdzącym płynom ustrojowym i wszelkiej zgniliźnie. Z każdego kawałka tej płyty wypadają ludzkie szczątki, flegma, ekskrementy i cuchnące wnętrzności. „Anatomy of Gorelust”, to adoracja śmierci we wszystkich jej przejawach i wszystkim, towarzyszącym jej elementów. Zbiór blastów, ciężkich zwolnień i mielących akordów. Zwarte brzmienie gitar, zagęszczone mięsistym basem i kontrastowo zestawioną z wiosłami perkusją, ponieważ jej barwa kojarzy się z napierdalaniem pałeczkami w plastikowe kubki lub wiadra. Za instrumentami podążają oczywiście wokale, które są soczyste, ale nie do przesady, bo to raczej ropny głos szalonego mordercy niż obleśnego, bulgoczącego zombie, doskonale pasujący do indywiduum z oprawy graficznej. Death metal od tej trójki Indonezyjczyków leci jak na ten region kuli ziemskiej przystało. Jest tu surowo, intensywnie i brutalnie. To ekstremalna muza, która uderza z pełną siłą w każdym tempie, serwując rzęsistą ścianę dźwięku. Poniewiera ona swą czyściuteńką formą, dostarczając śmiercionośnych wrażeń. Jak niegdyś Pyaemia czy Inveracity, podąża drogą skąpaną we krwi, kreśląc przy jej użyciu swe sugestywne obrazy. Dziewięć nie za długich strzałów, przy których nudzić się nie można, bo pomimo utartego wzorca, fundują łatwo wpadające w ucho harmonie i zmienną rytmikę, które trafiają bez pudła. Miłośnikom gore’owych klimatów wejdą bez popitki.

shub niggurath