niedziela, 2 sierpnia 2026

Recenzja Complexant „Apex”

 

Complexant

„Apex”

Bleeding Art Collective 2026

 


Czy jestem fanem deathcore’a? Nie. Czy Complexant grają deathcore’a? Tak. Po co zatem sięgnąłem po ten album, skoro już na starcie wiadomo, że mi się nie spodoba? A bo ja wiem. Może dlatego, że co jakiś czas mam ochotę jednak sprawdzić, czy w gatunku nie należącym do moich priorytetów coś się ruszyło. A może po prostu dlatego, że akurat w chwili gdy piszę te słowa ma miejsce premiera „Apex”, to sobie włączyłem. Powiem obiektywnie w ten sposób… Debiut Australijczyków zawiera wszystkie „zalety” rzeczonego gatunku, jak i uwypukla jego wady. To, że zalety, pod tytułem napierdalanie na maksa, na niemal nieprzerwanym blaście, tak, by trzęsła się podłoga, intensywne riffowanie z wieloma technicznymi wątkami, tasowanie akordami i darcie ryja na potęgę jakoś do mnie nie zawsze przemawiają, ma w tym przypadku uzasadnione podstawy. Po pierwsze, pędząca na oślep perkusja jest OK., ale jedynie w przypadku, jeśli nie brzmi jak wysterylizowana spirytusem lotniczym, by żaden najmniejszy brudzik na niej nie osiadł. Tutaj mamy coś, co nazywam ludzkim triggerem. Czyli, umiejętności panu bębniarzowi nie odmawiam. Twierdzę jedynie, że są one niczym wykastrowany pittbull. Techniczne zawijańce, owszem. Ale w przypadku deathcore’a mam wrażenie, że kompletnie zmniejszają one agresję płynącą z tej muzyki, a chwilami są wepchnięte tylko dlatego, że tak wypada (podobnie jak core’owe zwolnienia, które są powszechnie stosowane chyba metodą kopiuj / wklej), żeby było, że umiemy w gitary. Wściekłe wokale, spoko. Uwielbiam pod tym względem Barneya. Ale, i proszę mi to wyjaśnić jak czterolatkowi, po kiego grzyba wpierdalać między nie te zaśpiewy, które z założenia mają być czyste, a brzmią niczym pijacki fałsz przy budce z piwem? No i kolejna sprawa, która jest może rzeczą gustu. Complexant, razem z innymi przedstawicielami gatunku, zdają się grać w kółko dwie / trzy piosenki na krzyż. Wszystko jest tutaj boleśnie przewidywalne, powtarzalne, i na dłuższą metę (czytaj: powyżej dziesięciu minut) męczące. Mam jednak znajomych, którzy tę płytę bankowo przytulą do serca, bo oni w takie grzańsko na współczesną nutę bardzo lubią. Mi w tym brakuje duszy, brakuje brudu, pomysłów, brakuje mi po prostu metalu na jakim dorastałem. Zatem po raz kolejny podziękuję. Ale zwolennicy Origin, Wormed czy Spawn of Possession powinni być zadowoleni.

- jesusatan




Recenzja Barkasth „Silent Torment”

 

Barkasth

„Silent Torment”

Mara Production 2026

Barkasth jest kwartetem z Ukrainy, który powstał w Charkowie, a było to w 2015 roku. „Silent Torment” to ich trzecia płyta, która ukaże się na początku września więc zainteresowani nią, mają jeszcze sporo czasu na odłożenie kilku złociszy, aby ją nabyć. „Silent Torment” nie jest wcale taki „silent”, bo to osiem kawałków całkiem mocarnego black metalu. Mocarnego i zamaszystego o chwilami epickiej atmosferze, której dostarczają melodyjne w ten deseń akordy i tremolo. Poza tym, to diabelszczyzna znana z lat po roku dwutysięcznym, zatem jest tu bardziej mięsiście niż lodowato, choć zimnem ze wschodu od czasu do czasu z tego krążka zawieje. Panowie sypią szybko, ale potrafią także zwolnić i pobujać złowrogo w mozolnych i średnich tempach. Zapominają wtedy o furiackich tremolando i przechodzą w nieco bardziej kwadratowe formy na wzór późnego Craft, czego wyrazem są utwory „Embers Gone Cold”, „No Place to Hide” czy kończący ten materiał „Stay Away”. Te kompozycje, pomimo że nie częstują, urywającymi głowę kanonadami, to posiadają dużą siłę rażenia, bo to naprawdę apodyktyczne riffy, które zsyłają sporo rytualnego i złowrogiego klimatu. Siłą napędową dla Barkasth jest niechęć do prawosławnego chrześcijaństwa, co słychać w stanowczości tego materiału. Jednakże nie odnajduję na „Silent Torment” cech charakterystycznych dla ukraińskiego black metalu, czyli pogańskich czy też folkowych elementów, które często występują w aranżacjach innych zespołów z tamtej części Eurazji. Muzykę od Barkasth odbieram jako pełne nawiązanie do europejskiego sposobu na rogaciznę, która może okresowo popada w nadmierną melodyjność, lecz w gruncie rzeczy odznacza się dużą dozą agresji i mroku. Dość gęste gitary, zdrowo łupiąca sekcja rytmiczna i nieprzyjazne wokalizy, kreują intensywną i bojową diabelszczyznę, która posiada jawnie antyreligijne nastawienie. Solidnie skomponowany album.

shub niggurath




sobota, 1 sierpnia 2026

Recenzja Thanatomass „The Rabid Dead”

 

Thanatomass

„The Rabid Dead”

Nomad Snakepit Prod. 2026

Jeśli chodzi o death metal od Ruskich, to są dwie nazwy, które zaliczyłbym do przedstawicieli z najwyższej półki napierdalania. Oczywiście chodzi o Pseudogod i Kadavereich. Mniej więcej w podobnych okresie co ci drudzy, do życia powołany został Thanatomass. I też już srogo zaznaczył swoją obecność na scenie, wydając bardzo dobrej jakości demo, dwie EP-ki, oraz pełniaka „Hades”. W zasadzie ostatnia ze wspomnianych pozycji ugruntowała dobitnie pozycję zespołu na światowym rynku, a „The Rabid Dead” jedynie ją potwierdza. To trzy kawałki, trwające łącznie koło dwudziestu minut, wściekłego metalu śmierci na najwyższym poziomie. Połączcie sobie w myślach wspomniany Pseudogod z Hiszpańskim Teitanblood (bo kontrolowanego chaosu i wybuchów wścieklizny tutaj pod dostatkiem), oraz klasycznym thrash metalem na sterydach, a także potężnymi akordami Incantation (też, kurwa, na sterydach). W wyniku tego dodawania wyjdzie wam jak nic Thanatomass. Kolesie z Moskwy doskonale potrafią łączyć w swojej muzyce wzorce najlepsze, czerpiąc głównie ze starszej szkoły, acz jednocześnie nie stroniąc od drobnych zapożyczeń z grania bardziej współczesnego. Intensywność kompozycji na tej EP-ce luźno przekracza średni światowy poziom. Chwilami nawet powoduje zapalenie się czerwonego światełka, oznaczającego przekroczenie ogólnoprzyjętejj skali. Panowie napierdalają ile fabryka dała, zagęszczając akordy, tasując nimi niczym Wielki Szu kartami, mieszając riffami w głowie do obłędu. Powiem wam tak… Słuchając tych strzałów w ryj, maluje mi się obraz trzech kolesi stojących na scenie, napierdalających włosami, ubranych w czarne skóry z ćwiekami i pasy z nabojami, molestujących swoje instrumenty na potęgę, drących ryja i szalejących na podobieństwo Omegavortex. Bo natężenie decybeli Thanatomass przyrównać można także do tych zwyrodnialców zza naszej zachodniej granicy. Jeśli mówimy o death metalu współczesnym, bazującym na starych przepisach, ale napisanym na nowo, będącym tak samo brutalnym, antytrendowym, pokazującym środkowy palec wszelkiej modzie, to Thanatomass spełnia wszelkie te wymogi, i to z nawiązką. I wbija się klinem do mojej osobistej trójcy przenienajświętszej rzeczonego gatunku z kraju, gdzie podobno piją więcej niż u nas. Bardzo dobra rzecz.

- jesusatan




piątek, 31 lipca 2026

Recenzja Røkkr „Sindets Skygger Hvisker”

 

Røkkr

„Sindets Skygger Hvisker”

Nomad Snakepit Prod. 2026

Nomad Snakepit nie jest labelem wydającym sporo. Starczy powiedzieć, że w roku bieżącym pojawiają się z na mapie świata po raz pierwszy, trzema nowymi wydawnictwami, planowanymi na sierpień. Jednym z nich jest trzeci album duńskiego Røkkr. Zanim siadłem do tych piosenek, miałem dość powściągliwe oczekiwania. Bo powiedzcie mi szczerze, ile zespołów wydaje dwa krążki w przeciągu roku? Najczęściej są to projekty indywidualne muzyków z ADHD, i najczęściej są one gówno warte. A Røkkr dwa lata temu nagrał, i wydał, właśnie dwa pełniaki. Sięgając zatem po „Sindets Skygger Hvisker”, album numer trzy, przekonany byłem, że materiał ten zaraz poleci do kosza na śmieci. Z drugiej strony, zachętą był fakt, iż w projekcie tym figuruje grajek maczający paluchy w takich aktach jak Denial of God czy Múspellzheimr. Sprawdzić zatem można było. Tak też poczyniłem, i bardzo miło mnie panowie zaskoczyli. Zacznijmy od tego, że trzeci album Røkkr to surowy black metal, niczym z lat dziewięćdziesiątych. Surowy w znaczeniu „oszczędny", ale nie „minimalistyczny”. Bo pod względem brzmienia i wydźwięku samych kompozycji jesteśmy tutaj w najbardziej na północ wysuniętym miejscu Półwyspu Skandynawskiego, gdzie piździ tak, że nawet podwójna para skarpetek założonych na noc niewiele daje. Wszelkie standardy produkcji z okresu wybuchu drugiej fali zostały tutaj utrzymane, na tyle, że gdyby komuś niezaznajomionemu w temacie puścić te nagrania, bankowo obstawiał by, że to jakiś album sprzed niemal czterech dekad. Co do samych aranżacji, podobnie. Jak tutaj wali starą szkołą, to bardziej chyba nie może. Jednocześnie pochwalić należy umiejętność łączenia przez Dunów owej bezwzględnej surowości, mającej w sobie więcej jadu niż tajpan pustynny, z wpadającą w ucho melodią. To, w jaki sposób chłopaki dozują te dwa składniki, to jest najwyższa półka muzycznego wyczucia. Niepotrzebne im wyskoki w ulraszybkości, czy poszukiwanie skrajnych rozwiązań. Wręcz przeciwnie. Poza wspomnianą surowością, albo może raczej w niej, znajdziemy także fragmenty niemal akustyczne, bardziej klimatyczne, nastrojowe, budujące klimat lasu pokrytego śnieżnym puchem. Ba! Taki „Den Kvælende Frost” zaczyna się motywem dungeon sunth’owym, jak nic kojarzącym się z wczesnym Mortiis. Wszystko tutaj płynie niczym norweski górski potok, przyspieszając na prostych, zwalniając na zakrętach, ale ani przez chwilę nie tracąc ani celsjusza ze swojej temperatury. „Sindets Skygger Hvisker” to album nieodkrywczy, oparty na starych wzorcach, a zarazem wciągający i uzależniający jak hera. Warto sprawdzić, nawet jak się nie ćpie.

- jesusatan




Recenzja Nekrodawn „Covenant of Carnage”

 

Nekrodawn

„Covenant of Carnage”

War Anthem Records 2026

Nekrodawn jest kapelą złożoną z byłych członków takich grup jak Grave, Hypocrisy, The Crown, Centinex i Interment. Panowie wspólnie komponują od 2022 roku. Na ten czas, wydawniczy debiut mają już za sobą, bo popełnili go dwa lata temu, a teraz powracają z kolejnym krążkiem. Ci skandynawscy muzycy rzeźbią rzecz jasna w metalu śmierci, ale nie tym, do którego przyzwyczaiły nas takie kapele jak chociażby Entombed czy Dismember. To gęściejsza jego odmiana, która leci w zmiennych tempach i zaserwowana jest z pomocą cięższego brzmienia. To zbiór staroszkolnych, krwistych uderzeń, gnieceń w średniej agogice i ponurych, wolnych momentów. Do tego Szwedzi dokładają sporo upiornych melodii, trochę technicznych zagrywek i kosmicznie wybrzmiewających solówek. Mięsistym gitarom, zwartości dodaje oczywiście, o mocarnych bębnach i potężnym basie, sekcja rytmiczna. Całości towarzyszą rasowe growle i przeraźliwe, jadowite wrzaski Johan’a Jansson’a oraz Jonas’a Kjellgren’a. Materiał ten, to rzęsisty death metal, którego wagę gatunkową czuć w każdej, tutejszej nucie. To mocno uderzający, śmiercionośny łomot, w którym niemałą robotę robią klimatyczne chwytliwości i elementy, pochodzące z diabelskiego metalu, będące niczym innym jak odpowiednio dociążonymi tremolando. Wyłaniają się one okresowo z drugiego planu, przywołując pokłady iście grobowego i posępnego klimatu, co właściwie stanowi o sile „Covenant of Carnage”, bo specjalnie niczym nowym Nekrodawn nie zaskakuje, ale posiada odpowiedni warsztat, a to przekłada się na zdrowo napierdalające riffy, które wraz ze złowieszczymi harmoniami dewastują skutecznie. Dobrze skomponowana dawka śmierci.

shub niggurath




czwartek, 30 lipca 2026

Recenzja Äxe „Autogeddon”

 

Äxe

„Autogeddon”

Caligari Rec. 2026

Nie tylko Dying Victims starym thrash / speed metalem stoi, można powiedzieć. Czasem też pod inną banderą pojawiają się młode wilki, które idealnie by do niemieckiej stajni pasowały. Taki Äxe chociażby. Chłopaki wydali chwilę temu drugie demo dla Caligari Records, na dodatek w oldskulowym formacie, czyli na kasecie. Zresztą jak mogłoby być inaczej, skoro muzyka Brytoli jest właśnie na wskroś staroszkolna. No dobra, może z jedną różnicą. Młodzi grają szybciej i mają nieco agresywniejsze wokale. Chyba właśnie z ich powodu do określenia zawartości „Autogeddon” dokleja się łatkę „black metal”. Ja tu żadnych specjalnych konotacji nie stwierdzam, bo to, co na tym demo słyszę to zagrany na sterydach thrash / speed metal właśnie. Jedną z najważniejszych rzeczy o których należy wspomnieć już na początku to to, że panowie w swoim wehikule czasu pedału stopu nie posiadają. Tam jest tylko i wyłącznie gaz, co najwyżej sprzęgło, jak w motocyklu żużlowym. Nie ma także w ich słowniku pojęć, jak „ za szybko”, „za agresywnie”, „zbyt diabolicznie”, „zbyt wulgarnie”. Pod tym względem „Autogeddon” to osiem ścieżek metalu jak za dawnych czasów. Nie, no pewnie, że nie ma tu znanych z lat późniejszych blastów, bo to nie ta epoka i nie te inspiracje chłopakom przyświecały. Jest tu za to tona klasyki z lat osiemdziesiątych, z całą dobrodziejstwą inwentarza. Ostre jak piła tarczowa melodie, podkręcające napięcie solówki, szorstkie wokale, klasycznie nieskomplikowana sekcja rytmiczna, i ten oldskulowy feeling. To jest przepis prosty jak na kogel-mogel, ale wiadomo, że nie każdy potrafi odpowiednio utrzeć. A Londyńczycy umiom, i to bardzo zgrabnie. Bez silenia się na coś nowego, świeższego, po prostu walą ten swój thrash / speed prosto z sedrucha, jak ono im podpowiada, i zapewne mają przy tym w chuj radochy. Ja też mam, odbierając ową twórczość od drugiej strony. Wartości żadnych mi to nie przemeblowuje, w głowie nie namiesza na tyle, żebym nie mógł spać, ale kilka rundek przy zimnym browarku – tak, poproszę! Jak nie macie dość takiego grania, to łapcie śmiało, bo to w pytkę demóweczka.

- jesusatan




środa, 29 lipca 2026

A review of Deceptor “Reign of Terror”

 

Deceptor

“Reign of Terror”

Dying Victims Prod. 2026

 


Bloody hell, what a punch! Just imagine: a bunch of lads from Raleigh, North Carolina, decided to play some old-school thrash metal. They picked up their instruments and, as the old rule dictates, recorded a demo first, then an EP, and now, under the wings of Dying Victims, a label exceptionally adept at unearthing young talent from the underground, they’re presenting to the world their full-length debut. Under a not particularly original name. After all, there are, or have been, at least a few Deceptors. With a rather banal title, and… rather banal music. Anyway, who would expect the German label to take on experimental bands? Probably no one familiar with their catalogue. ‘Reign of Terror’ is just over half an hour of music in ten chapters. Ladies and gentlemen, what a marvellous blend of all the best elements of old-school thrash metal, with a light sprinkling of death metal influences it is! I’m on my knees in an instant. The opening riff alone is a vivid reminder of S.O.D.’s debut, a slap in the face to get your attention, as if the guys were saying, “Hey! Don’t asleep over there, we’re about to kick ass!” And they really do. With such energetic, high-octane thrash that your head just wants to mosh. And that goes for both the faster tracks and the slower ones, where the aggression is balanced out by the heaviness of the guitars. There isn’t a single chord here that doesn’t blow an old fart like me’s mind. Everything here is brilliant. The riffs themselves are classic in the vein of early Sepultura, Kreator, early Metallica, Coroner, and even Nocturnus (particularly in the solos and certain vocal and guitar lines). And that drumming, usually in the simplest, most uncomplicated way, is pure poetry. It’s heavily influenced by the ’80s and ’90s, and sounds exactly like it. If someone told me this material was recorded thirty-five years ago, I’d genuinely believe it! Vocally, we’re in more death than thrash metal territory, and the singing style itself is somewhat ‘barking’. On the subject of vocals, it’s worth noting that the band don’t cram them in wherever they can. A few tracks, usually shorter than the rest, are instrumentals. Or semi-instrumentals, like the final, absolutely mind-blowing ‘Corpse Corps’. A track where the only sung words are those in the title, after which Deceptor hits you right in the face with a solo that leaves you for dead. I’d give my right arm for albums like this, based on tried-and-tested formulas, yet so incredibly catchy. An absolute killer!

- jesusatan