niedziela, 14 czerwca 2026

Recenzja Véhémence „Assiégé pour lEternité”

 Véhémence

„Assiégé pour lEternité”

Antiq Rec. 2026

Véhémence pochodzą z Francji i grają black metal. „Assiégé pour lEternité" jest ich już czwartym krążkiem pełnogrającym, choć pierwszym, jaki dane mi było usłyszeć. Cóż zatem mogę na temat tego materiału powiedzieć, żeby było zwięźle i na temat. Ot, jest to dość typowy black metal, z rodzaju tych opartych na wzorcach wywodzących się bardziej z lasu zamieszkałego przez druidy, niż szczytów skutych lodem gór północy. Jest to black metal o dużej zawartości melodii, płynącej najczęściej swobodnie, niewymuszonej, wpadającej do głowy w zasadzie od pierwszego odsłuchu. Black metal zawierający kilka elementów akustycznych, i sporo folkowych, aczkolwiek nie zajeżdżających zapuszczoną oborą, a całkiem sprawnie wplecionych w opowiadane przez Francuzów historie. W końcu, jest to black metal śpiewany w języku narodowym twórców, przez co skojarzenia chociażby z Aorlhac są w tym przypadku nieodzowne. Pamiętam, kiedy to w latach dziewięćdziesiątych elementy folkowe, czy też rycerskie, wkraczały na blackmetalowe poletko. W zależności od umiejętności twórców, niektóre z nich mogły zdawać się niezwykle odważne, awangardowe, czasem też zabawne (jak choćby gdakanie kur na „Eld”), inne sprowadzały ten bardziej pogańsko baśniowy odłam gatunku do poziomu podłogi (tu z litości nazw wymieniał nie będę). Jak zatem z tym znanym już przecież połączeniem radę daje sobie Véhémence? Jak na moje całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę tą współczesną wersję francuskiej zabawy w zamki, czarownice i księżniczki. Obiektywnie, ciężko cokolwiek chłopakom zarzucić. Bo i same kompozycje są dość zróżnicowane, i brzmienie prawilne, grać kamanda też potrafi… A to, że ja akurat za tego typu piosenkami nie przepadam… Niech będzie moja strata, choć absolutnie nie żałuję. Ale na korzyść Francuzów niech świadczy, że  pisząc te słowa nie poszedłem na łatwiznę, i (nawet bez ziewania) odsłuchałem sobie  „Oblężonego na Wieki” dwa razy. I bynajmniej nie uważam, że straciłem cenny czas, którego z każdym dniem pozostało mi coraz mniej. Kto lubi melodyjne pieśni o średniowieczu, ten sobie czwarty album Véhémence sprawdzić powinien. Zawiedziony zapewne nie będzie.

- jesusatan





Recenzja Grimveil „Beneath the Veil of Silent Woods”

 

Grimveil

„Beneath the Veil of Silent Woods”

Purity Through Fire 2026

To nowy projekt, który założyli dwaj śmiałkowie, a mianowicie znany z chociażby Order of Nosferat, niejaki Revenant oraz odpowiedzialny za Tårfödd, Simon Lindgren. Panowie zwarli szyki i uknuli pod szyldem Grimveil, debiutancki materiał, w którym koncentrują się na oddaniu klimatu lasu w nocy i jego ekosystemu. Znając ich twórczość i tematykę „Beneath the Veil of Silent Woods”, spodziewać się mogłem jedynie atmosferycznego black metalu. I się nie pomyliłem, bo ten krążek jest czystą, atmo-diabelszczyzną. Osiem, niekrótkich numerów, które lecą w średnim i wolnym tempie, snując leśno-nocne opowieści i racząc przy tym klimatycznymi melodiami. Do tego dołożono oczywiście sporo klawiszy, wieczornych odgłosów, cykania świerszczy, sowich pohukiwań i wstępów bądź przerywników na gitarze akustycznej. Reszta to już zwyczajowe granie, czyli klasyczne kostkowanie i tremolando w towarzystwie lekko wycofanej sekcji rytmicznej, siarczystych wokaliz oraz wspomnianych syntezatorów. To sprawnie i z pomysłem skonstruowany bleczur, który rzeczywiście zabiera słuchacza między nocne knieje, gdzie króluje mrok i niepewność. Oprócz nich, to również spore pokłady melancholii i tęsknoty za czasami przeszłymi, ale obok bujanek Grimveil potrafi także przysolić i posypać szronem, czego za wyraz można uznać drugi wałek „Into the Depths of Shrouded Pines” i szósty utwór „Where Beauty Breathes in Silence”, w których Szwed wraz z Niemcem wyraźnie przyspieszają, wykazując się agresją. Jednakże większość tej płyty to spokojniejsze, atmosferyczne granie, które wchodzi gładko i dobrze kołysze. Można lubić takie ujęcie lub nie, ale trzeba przyznać, że aranżacje są skomponowane solidnie i tematykę oddają w pełni. Efekt osiągnięty. Dla gustujących w „baśniowym” black metalu jak znalazł.

shub niggurath




czwartek, 11 czerwca 2026

Recenzja Nightly Gale „Nocturnal Origins: 30th Anniversary”

 

Nightly Gale

„Nocturnal Origins: 30th Anniversary”

Black Flame Rebellion 2026

Wznowienia, wznowienia… Prace archeologiczne w pełni. Chwilę temu Black Flame Rebellion wydali debiutancki album Ysigim w formacie winylowym, a dziś częstują nas kolejnym wspominkowym wydawnictwem. Jest nim aż trzypłytowa kompilacja wczesnych nagrań Nightly Gale, w postaci demówek „Dream of Dark Hour”, „The Bleeding Art” oraz „Erotica”. Dodatkowo znajdziemy tu także sześć kompozycji nagranych ponownie przez zespół w oryginalnym składzie. Razem tworzy to ponad trzy godziny muzyki. W zasadzie są to jedyne materiały Nightly Gale, z którymi w dawnych czasach było mi po drodze, bo debiutancki krążek stanowił dla mnie pewne rozczarowanie, i w późniejszym okresie jakoś z dokonaniami zespołu się mijałem. Co znajdziemy na tych nagraniach? Otóż granie głównie dla smutasów, ale i poniekąd dla samobójców. Stary, klasyczny, odrobinę eksperymentalny (choć głównie z perspektywy okresu w którym demówki te były rejestrowane) death / doom metal. Materiał bardzo klimatyczny, choć nie pozbawiony ciężaru. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy to zespoły pokroju My Dying Bride czy Anathema odkrywały nowe ścieżki melancholijnego gniecenia, także w naszym kraju naśladowców nie brakowało. Ciężko co prawda nazwać Nightly Gale imitatorami, bowiem w ich twórczości, poza wspomnianą falą brytyjską, pojawiają się też chwilami nieco cięższe, fińskie odcienie, i tu można rzucić takimi nazwami jak Dolorian, czy nawet Unholy. Słuchając tych dokonań po latach mam jednak mieszane uczucia. Może zacznę od pozytywów. Zabrzanie na pewno mieli swoją wizję. Potrafili w dość oryginalny sposób łączyć elementy ciężaru z klimatem jesiennym. Nie brak u nich zatem ciężkich riffów, jak i fragmentów akustycznych, instrumentalnych, budujących aurę przygnębienia. Sporo tu klawiszy, jednak nie jakoś nadmiernie nachalnych, raczej, jak na gatunek muzyczny, dobrze wyważonych, budujących odpowiednią atmosferę. Sposób aranżowania poszczególnych kompozycji na pewno nie odbywał się od szablonu, bo naprawdę wiele się w tych piosenkach zmienia, uzupełnia, przeplata. Z drugiej strony, trzydzieści lat „po fakcie”, granie to nieco jednak trąci myszką, i w dzisiejszych czasach niczym szczególnym nie zaskakuje. Drugą sprawą są wokale. O ile jeszcze za młodu byłem w stanie znieść to smutne „jęczenie”, tak teraz dość mocno mnie ono męczy. Do tego stopnia, że takiego „The Angel and the Dark River”, kiedyś przeze mnie uwielbianego, jakiś czas temu nie dosłuchałem do końca. W Nightly Gale czysty śpiew pojawia się dość często, chyba w największym stopniu na „The Bleeding Art”, i biorąc pod uwagę, iż nie zawsze jest on do końca czysty, znacznie wpływa na odbiór owej „podróży w przeszłość”. Zdecydowanie lepiej wypadają tu wokale „mówione” czy te bardziej agresywne, growlowane. Jeżeli ktoś jest fanem tego odłamu staroszkolnego death / doom, a Nightly Gale nie zna, to sprawdzić „Nocturnal Origins…” powinien, bo zapewne będzie zdecydowanie ukontentowany. Sprawę utworów dodatkowych zostawiłem sobie na koniec, i streszczę je krótko. Nigdy nie widziałem, i nadal nie widzę sensu w tego typu zabiegach. Nie mam pojęcia co mają na celu, i komu do szczęścia są potrzebne. Podsumowując. Na pewno ta kompilacja to pewnego rodzaju wartościowa lekcja historii, a dla wielu zapewne jedyna szansa posiadania tych nagrań na fizycznym nośniku. Nie będę zatem ani zachęcał ani odwodził od zakupu. Każdy doskonale będzie wiedział co z tym fantem zrobić.

- jesusatan




Recenzja Galvanist „The Silence Between Stars”

 

Galvanist

„The Silence Between Stars”

ATMF 2026

Galvanist pochodzi z Montany, ale z ranczem John’a Dutton’a nie ma nic wspólnego, choć momentami jest tutaj równie burzliwie jak w serialu „Yellowstone”. Debiutancki album wydali cztery lata temu, teraz wracają z kolejnym krążkiem. Zawiera on oprócz introsa, cztery, długie numery, co łącznie daje czterdzieści minut muzyki. Amerykanie grają death-doom metal potraktowany progresywnie więc jeśli ktoś oczekuje od „The Silence Between Stars” dusznego gniecenia czy lepkich, „lovecraftowskich” klimatów, będzie zawiedziony. Panowie grają ciężko, ale niedostatecznie. Można im to wybaczyć, bo to przecież eksperymentalne ujęcie, do którego wprowadzają zmodernizowane brzmienie, dysonansowe zagrywki, trochę quasi-shoegaz’owych pływów i takich też ścian dźwięków. Do tego dokładają sporo ciekawych solówek i sludge’owych bujanek, a wszystko doprawiają szorstkimi, nieco desperackimi wokalami oraz klawiszami. To atmosferyczna i emocjonalna muzyka, która zabiera słuchaczy albo w międzygwiezdne podróże, albo na introspektywne wycieczki, albo na medytacyjne sesje. Lubi od czasu do czasu także agresywnie podrapać lub zębami pokąsać, ale większej krzywdy nie zrobi. To współczesne, delikatnie zalatujące corem ujęcie, oparte na kontraście między ciężkimi i lżejszymi środkami wyrazu, które tworzą zwartą plecionkę dźwięków, o wielopoziomowym wymiarze. Z powodzeniem można je określić jako połączenie Neurosis z późnym Gorguts bądź Ulcerate, ale nie jest to nic kategorycznego, gdyż różne wpływy zawsze gdzieś tam istnieją. Death-doom metal z dużym ładunkiem progresji, intensywnej emocjonalności i nierzeczywistego klimatu. Dla jednych będzie to coś mocnego, zaś dla drugich słabego. Sprawdźcie i oceńcie sami.

shub niggurath




wtorek, 9 czerwca 2026

Recenzja Ruyned „Profanum Sacrificium”

 

Ruyned

„Profanum Sacrificium”

Osmose Prod. 2026

Ruyned pochodzą z … Rumunii. I to już na wstępie jest jakaś ciekawostka, bo ten kraj bynajmniej zbyt wielu przedstawicieli w Panteonie Metalu nie ma. Z drugiej strony, nic dziwnego, że w tym europejskim zakątku śwuata też żyją maniacy, którzy zamiast mleka ssali z matczynego cycka ciecz o nieco innej konsystencji. A to doskonale słychać na „Profanum Sacrificium”. Krążek ten to nic innego jak pół godziny hołdu dla starego, klasycznego thrash metalu. Chociaż mówiąc jedynie o thrashu nieco bym twórczość chłopaków zawężył. Poza ostrymi, granymi najczęściej na wysokich obrotach melodiach o bardzo agresywnym zabarwieniu, nie brak w tych utworach także zgrabnego nawiązania do heavy metalu. I to nie tylko w solówkach, jak to się zdarza najczęściej, a właśnie w sposobie riffowania. Ten jednakże zdecydowanie częściej sięga tego ostrzejszego gatunku. Poza minimalistycznie dodanymi samplami z gatunku religijnych, tudzież akustycznymi uzupełniaczami, mamy tu na dobrą sprawę same ostre. Klasycznie przyprawione, brzmiące po staremu, zagrane po staremu, ze staroszkolnym feelingiem. Te dziewięć kawałków (że intra nie policzę), to typowe koncertowe rozpierdalacze. Wtórne to jest do bólu, powtarzające znane i wszem lubiane schematy, ale jednak tak nośne, że aż się chce potańcować. Ileż to zresztą zespołów, głównie młodych, potrafi dziś odtworzyć ten mocno już pokryty kurzem klimat. Coraz więcej, co oczywiście niezmiernie cieszy. Ruyned w temacie też nie odstają od godnych spadkobierców ani o jotę. Bo thrash metal w ich wykonaniu jest naprawdę dobrej jakości, poskładany z najlepszych elementów, zaczerpniętych od najlepszych nauczycieli. Tej płycie zasadniczo nic nie brakuje. Z drugiej strony, malkontenci mogą się doczepić, że to wtórne i nudne, bo przecież to już w kinie grali. Pewnie, ale ja na przykład serię Rocky’ego oglądałem już dziesiąt razy, a jak mam wolny wieczór, to se zapodam po raz kolejny. I dokładnie tak samo jest z Ruyned. Słyszałem tą muzykę niemal czterdzieści lat temu, a mimo to „Profanum Sacrificium” sprawia mi w chuj radochy. Dają chłopaki radę, i tyle w temacie.

- jesusatan




Recenzja Morgal „The Seventh Circle”

 

Morgal

„The Seventh Circle”

Werewolf Records 2026

Morgal już sobie muzykuje parę lat na tym świecie, bo od 2014 roku. Na koncie uzbierali trzy demosy, pojawili się na jednym splicie i mają też epkę. Posiadają również pełnometrażowy debiut, a pod koniec czerwca będzie dostępna ich druga płyta w postaci „The Seventh Circle” właśnie. Finowie grają black metal, ale tak naprawdę to go oni napierdalają. Zasuwają ostro przed siebie, serwując piekielne biczowanie, za pomocą thrashujących riffów, akordów i solówek pachnących heavy metalem no i tremolando, która to forma jako jedyna wiąże muzę Morgal z drugą falą tego gatunku. W większości to mocno nawiązujący do lat osiemdziesiątych bleczur, który kostkowaniem i agogiką przypomina, śmierdzący siarką speed metal, który klasyczną wirtuozerią i harmoniami częstuje obficie. Za zapierdalającymi jak pershing riffami mknie, łomocząca perkusja, zdyszany bas i wokalista, który zdziera gardło do krwi. Szybka i piekielna jazda trwa przez całe trzydzieści trzy minuty i tylko momentami zwalnia, ale są to krótkie chwile. Pełno tu bolesnego smagania, świdrujących, wysokotonowych zagrywek, wariackich chwytliwości i ekspresowego poruszania się po gryfie, który niejeden zjazd zalicza. To diabelska młócka i szaleńcze solówki, które żniwo zbierają okrutne. Finowie się nie patyczkują ani nie opierdalają w tańcu, grzejąc, ile fabryka dała i rozpalając ognie piekielne. Lata osiemdziesiąte pełną gębą z małą domieszką lat dziewięćdziesiątych, która kojarzy black metal od tego kwartetu ze współczesnością. Słuchają „The Seventh Circle” wyraźnie zalatuje mi kapitanami i świeżym, niepasteryzowanym kujawiakiem, a w szafie kurczę, kurzy się dżinsówka tylko białych butów za kostkę brak. Polecam, ostra, szatańska jazda na pohybel „czarnym i czerwonym” hehe.

shub niggurath




poniedziałek, 8 czerwca 2026

Recenzja Tenebris / Hyver „Tänzelcore / techno split”

 

Tenebris / Hyver

„Tänzelcore / techno split”

Antiq 2026

Początkowo chciałem ten materiał wyjebać do śmieci, ale pomyślałem sobie, że kurwa napiszę coś o tym dziadostwie, abyście omijali to wydawnictwo szerokim łukiem, no chyba, że lubicie taką muzę więc od razu z góry przepraszam za moje poniższe bluźnierstwa. Cóż, zaczyna jakaś nowa kapela o starej nazwie, bo to kolejny Tenebris na świecie. Prezentuje on tutaj cztery numery, utrzymane w estetyce dungeon synth, tyle że na przyspieszonych obrotach, podbitych techno-beatem. To infantylne i bajkowe melodyjki, które okresowo wpadają w psychodeliczne formy, robiąc pojebany mętlik w głowie jakby się człowiek grzybów nażarł. Leci to w przestrzeń, kręcąc dupą na wszystkie strony i podskakując komicznie, ale do śmiechu za chuj mi nie jest. Gdy ten enigmatyczny projekt kończy swe cudaczne pląsy, na parkiet wkracza znajomek w ciżmach i kapeluszu à la Gandalf, czyli francuski Hyver, który w zeszłym roku popisał się nie lada płytą, będącą black metalową ścieżką dźwiękową do gry RPG. Tutaj także nieźle sobie swawoli, proponując również cztery numery w klimatach bliźniaczych do poprzednika. To rzecz jasna też dungeon synth, ale płynie u Hyver’a spokojniej roztaczając atmosferę ze średniowiecznych, odpustowych jarmarków i towarzyszącym im przytupajek oraz kuglarskich występów. Iście halucynogenna to jazda, która brzmi nieco nostalgicznie, ale równie osobliwa jak u Tenebris’a. Po prostu fajne chwytliwości, które czasami przechodzą w jakiś noise i wrzaski, lecz to tylko śladowe urozmaicenia, ponieważ przeważają tu klawisze z bębenkami, robiące sieczkę z mózgu swoimi, meskalinowymi jazdami. Radosna, psia mać, twórczość, której celowość z mojego punktu widzenia, nigdy nie będzie zbadana. Ja pierdolę! Żeby to chociaż zabawne było, ale kurwa nie jest. Może się nie znam na syntezatorowej muzyce w stylu lo-fi i dlatego nie potrafię docenić tych ośmiu, delirycznych kompozycji. Fanów z góry przepraszam i jednocześnie im współczuję. Siedzę i myślę, sensu się doszukując… daremnie.

shub niggurath