środa, 12 sierpnia 2026

A review of Rapid “Enter the Realm of Fire”

 

Rapid

“Enter the Realm of Fire”

Dying Victims Prod. 2026

 


Twelve years ago, in Helsinki, Rapid was formed. The guys recorded a demo, then a second one, before taking a break of several years, only to return with an EP, and now, a mere twelve years on, to make their debut under the wings of Dying Victims Productions. Those last three words probably tell everyone enough to guess what Rapid are all about. And I’ll go even further… If there were a competition for the most representative act from this German label, the Finns would stand a very good chance of taking the top prize. “Enter the Realm of Fire” consists of an intro plus ten tracks of oldschool music, which can quite rightly be labelled “speed/black metal”. With the caveat, however , as I’ve mentioned many times in my reviews, that the ‘black’ element here is very much a matter of convention, and probably stems solely from the fact that this music was created in the present day rather than the 1980s. Musically, these recordings feature riffing in the vein of early Venom, Bulldozer or Sabbat, whilst vocally, the band sticks to clean yet powerful, aggressive singing. The guitar lines have something of the lightness of that era about them, in the sense that they flow freely, carrying a catchy melody that’s nonetheless so aggressive it makes you want to pull on some leather trousers and backcomb your hair. In the old days, this sort of ‘heavy metal’ shaped not only musical tastes but also one’s personality. It was a way of life, not just an online pose. Above all, it was utterly sincere. And Rapid play in exactly the same way as their much older idols. ‘Enter the Realm of Fire’ has all the elements that retro metal should have. And the most important of these is the sincerity of the message, and the ability to conjure up in your mind the old spirit that accompanied the creation of many of the genre’s milestones. Every track on this Finnish band’s album brings a broad smile to my face. Every one gets the adrenaline pumping. Every one brings back memories of my youth. And absolutely every single one is a potential live show-stopper. Hats off to Dying Victims for managing to unearth such gems amidst a sea of sludge. Even if they don’t overturn anyone’s value system, but simply reinforce it. Check the album out, you old farts, because it’s worth it.

- jesusatan




Recenzja Sněť „V Bažinách Vědomí”

 

Sněť

V Bažinách Vědomí

Dark Descent/Me Saco U Ojo (2026)

 


Tak! Czeski Sněť wraca właśnie na salony za sprawą drugiego albumu „V Bažinách Vědomí”, który lada dzień ujrzy światło dzienne. Poprzedni album zdrowo namieszał w deathmetalowym undergroundzie i sądzę, że na trwałe wpisał się historię współczesnego metalu śmierci. Podobną przyszłość wróżę drugiemu albumowi, który w żaden sposób nie stara się kopiować debiutu. Powiem więcej - „V Bažinách Vědomí” zaskakuje w wielu aspektach i na pewno nie są to zaskoczenia in minus. Ale po kolei. Debiut był w przeważającej części osadzony na prostych, mięsistych, czytelnych motywach, które kolejnymi akordami tratowały słuchaczy niczym tabun dzikich koni. I już tam było słychać, że chłopaki mają dalece ponadprzeciętną łatwość pisania chwytliwych i naszpikowanych energią motywów. Nowy album na pewno nie ustępuje w tym ostatnim aspekcie, ale muzycznie jest to zarówno krok do przodu jak i krok w bok. Sněť zaczął powiem kombinować, rozbudowywać i urozmaicać swoje utworu podkręcając przy tym tempo. Tak, „V Bažinách Vědomí” jest utrzymana w szybszych tempach, a gitarzyści jak i sekcja nie próbują trzymać się dłużej jednego motywu. Pojawiające się okazjonalnie akustyczne fragmenty stanowią smaczną przeciwwagę do stale kombinujących, ale nigdy nie zapędzających się w techniczne rewiry gitar. Sekcja rytmiczna nigdy nie wychodzi na pierwszy plan, ale dalekie jest to od zwykłego nabijania rytmu. W ogóle to kombinowanie jest tutaj tak nienachalne i nienarzucające się, że chapeau bas. Można pokusić się o pewne skojarzenia i analogie np. do wczesnego Atrocity czy Incubator. Innymi słowy Czesi wysmażyli naprawdę wyśmienity album z angażującymi i niebanalnymi kompozycjami nie zapominając o tym, że death metal ma bawić i spuszczać wpierdol. Tutaj jest wszystko. Nie zmieniło się jedno – teksty nadal są w języku naszych południowych sąsiadów co dodatkowo dodaje smaczku. Sněť potwierdzili, że aktualnie są ścisłą czołówką współczesnej sceny deathmetalowej i nadal mają sporo asów w rękawie, aby zaskakiwać nas w przyszłości. Póki co delektujmy się tym wspaniałym albumem, to będzie czołówka tego roku!

 Harlequin




 

Recenzja Complexant „Apex”

 

Complexant

„Apex”

Bleeding Art Collective / Blood Blast Distribution 2026


Grupa ta powstała w 2017 roku gdzieś na terenie Australii. Jak dotąd, oprócz jednej epki, serwowała swoim odbiorcom tylko single w wersji digital. Ostatniego dnia lipca ukazał się jej pierwszy album, który niesie ze sobą… Właśnie, co to za muzyka? Ano notka informacyjna od wytwórni mówi, że to mieszanka death i black metalu, ale jak dla mnie to czysty deathcore i chuj. Pełno tutaj soczystej i rytmicznej napierdalanki, o której stanowią szybkie riffy połączone z breakdownami. Między nie Complexant wplata sporo powykręcanych solówek, trochę modernistycznie pachnących akordów oraz dzikich, niemalże grindowych ataków. Kilka momentów o typowej dla death metalu ciężkości również tutaj znaleźć można jak i parę zjazdów w dysonanse. Całość zapodana na gęstym brzmieniu gitar i zdrowo łupiącej sekcji rytmicznej. Panowie jadą agresywnie, lecz z polotem właściwym dla współczesnego grania w stylu deathcore, w którym nie brakuje także melodyjności i skrętów w nu-metal, bo wokalista poza growlami popisać czystymi i chwytliwymi zaśpiewami się lubi. To lżejsza odmiana tego gatunku, bo słyszałem już brutalniejsze wykwity z tego stylu. Complexant prezentuje zachowawczą formę tej muzyki i stawia bardziej na nieco pokomplikowane aranże oraz techniczne zagrywki. Nie brakuje mu jednak wściekłości i intensywności. Australijczycy potrafią zadziornie przygrzać, ale jak dla mnie jest to rzępolenie zbyt ugrzecznione i nastawione na szerszy odbiór w związku z tym, nie będzie chyba problemów miał ten zespół z wejściem do mainstreamu, gdyż kwintet ten miażdży, ale tylko kruchą materię. Hartowanej stali nie podoła.

shub niggurath




 

wtorek, 11 sierpnia 2026

Recenzja Blindead „I'm Decomposed”

 

Blindead

„I'm Decomposed”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

 


To nie jest ten Blindead, o którym pewnie sobie z automatu pomyślicie. Ten nasz dodał sobie jakiś czas temu cyferkę 23 do nazwy, a poza tym gra muzyką diametralnie odmienną od tego, co znajdziecie na „I’m Decomposed”. Powyższy Blindead pochodzi z Chile, i gra czystej maści death metal. W sumie dość wyraźnie ukierunkowany na pewien wzorzec, ale jednocześnie nie będący dokładną jego kopią. A mam na myśli amerykańską Massacre, bo to chyba ich płytę (debiut, bo późniejszych nawet nie biorę pod uwagę) Chilijczycy ukochali sobie najbardziej. Wydawnictwo to zawiera pięć ścieżek (wliczając intro), i trwa niecałe dwadzieścia minut. Ciężko napisać o tym cokolwiek finezyjnego, bowiem muzyka na nim zawarta wcale taka nie jest. To kolejna próba odgrzewania starego kotleta, odwzorowywania starych i sprawdzonych patentów, kultywowania grania z lat minionych, no nazywajcie sobie to jak chcecie. Zatem jedyną kwestią w takim przypadku jest to, czy chłopaki faktycznie czują klimat, i czy potrafią oddać swoją w swojej twórczości ducha lat minionych. W tym konkretnym przypadku trochę połowicznie. Owszem, nie można im zarzucić braku znajomości starej szkoły. Album ten bowiem spełnia wszelkie jej zasady. Jest mięsiście, ciężko, jest przy okazji odpowiedni groove, odpowiednie zagęszczenie gitar, klasyczne struktury oraz głęboki wokal. I nawet jeśli nie jest to żadne męczenie buły, to jednak słychać, że to followersi, a nie liderzy. Szczerze, to trochę mi brakuje w tym południowoamerykańskiego feelingu, który to zespołu z tamtego zakątka świata prawdopodobnie wysysają z mlekiem matki, a który mógłby te nagrania nieco podrasować. Jak wspomniałem, to raczej krótki materiał, więc kilka rundek z nim można zrobić, ale żeby na dłużej zagościł w moim odtwarzaczu, to raczej marne szanse. Kto łaknie drugoligowego metalu śmierci, niechaj sobie sprawdza. Dla mnie zespół jakich wiele.

- jesusatan




 

Recenzja Fluisteraars „Jacht der Mysteriën”

 

Fluisteraars

„Jacht der Mysteriën”

Eisenwald 2026

 


Kilka lat temu jesusatan recenzował album tej grupy i niezbyt on się mu spodobał. Kilka lat minęło i chyba ze dwie płyty od rzeczonego „Bloem”, bo Holendrzy na swoim najnowszym, szóstym już w karierze krążku aż tak źle to nie grają. „Jacht der Mysteriën” zawiera trzy, rozbudowane kompozycje, które lecą sobie przez czterdzieści minut. Lecą sobie, a właściwie płyną, ponieważ to dość spokojna i hipnotyczna diabelszczyzna. Jednostajne riffy czy też tremolo, które poruszają się głównie w średnim tempie, gdyż tylko czasami podrywają się do ociężałego kłusu bądź wyhamowują do wolniejszych pływów. Miękko nastrojone gitary w towarzystwie dźwięcznego basu, wycofanej perkusji i ponurych wokali, kreują smutny, wręcz nostalgiczny black metal, który doskonale będzie pasował do pory roku, kiedy ten materiał pojawi się na sklepowych pułkach. Będzie to niemalże początek jesieni, bo datą tą jest jedenasty września więc posępna nastrojowość, umierającego lata idealnie z wydźwiękiem „Jacht der Mysteriën” koresponduje. Ogólnie rzecz biorąc nie jest tutaj beznadziejnie, poza tym, że nic specjalnego, ani ciekawego w tych trzech kompozycjach się nie dzieje. Ot typowe, atmosferyczne granie dla depresyjnej, wiecznie zmartwionej młodzieży, która lubi być po prostu smutna. Holendrzy reprezentują odłam black metalu smętnego, rozmarzonego i lirycznego, który w obecnym obrazie przyrównałbym do Drudkh. Zatem jeśli ktoś lubi klimatyczne dźwięki i aksamitne melodie w postaci ambientowej jednostajności o black metalowej charakterystyce, to niech sobie czeka na ten album z utęsknieniem. Reszta metalowców może sobie darować.

shub niggurath

 

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Recenzja Dishumane „Centurions Demise”

 

Dishumane

„Centurions Demise”

Blood Harvest 2026

 


Dishumane to nowy wykwit Amerykańskiej ziemi. Wykwit deathmetalowy. Debiutancka EP-ka, która jakoś na dniach wypuści w świat szwedzka Blood Harvest, to cztery ścieżki, trwające razem niespełna piętnaście minut. Najczęściej tyle trwały kiedyś demówki, i najczęściej zawierały właśnie cztery kawałki. I to bynajmniej nie jest zbieg okoliczności, bowiem muzykę panowie tworzą na bliskie podobieństwo lat dziewięćdziesiątych. Niespodzianką zapewne nie będzie, jeśli dodam, że inspirują się, i to dość znacznie, właśnie zamorskim stylem, choć nie tylko tym z Florydy. Powiem szczerze… Podobnych kawałków nasłuchałem się w życiu od cholery i jeszcze trochę. Ale kiedy po raz kolejny kręci się u mnie „Centurions Demise”, to nadal nie mam dość, i nadal chcę więcej. Niby to jest takie niepozorne, niby takie banalne, nieodkrywcze, a jednak ten zaszczepiony za młodu w organizmie pierwiastek śmierci ciągnie do tych piosenek i nie pozwala odpuścić. Pomijając sprawę oryginalności, albo jej braku, bo tu można podawać w przypisach takie nazwy jak Immolation, Incantation, Deicide, Dying Fetus, itepe, itede, te piętnaście minut to taki amalgamat najlepszych riffów z tamtego stulecia z nieprzesadzonymi zawijasami, zmianami tempa, zajebistym bębnieniem (nie na chama prosto, nie na siłę technicznie, za to mega intensywnie) i głębokimi, topielczymi wokalami, że łezka się w oku może niejednemu zakręcić. To jest death metal dokładnie taki, jakim narodził się w głowach największych filarów gatunku. Tu nie ma udawania, że się riffuje, nie ma krycia umiejętności za ścianą dźwięku, tylko jest śmiałe nawiązywanie do klasyki. I to w klasycznie dobrym stylu, bo ta demówka mogłaby spokojnie ukazać się trzydzieści lat temu, i też nie ciągnęła by ogonów po konkurencji. Tym bardziej, że całość brzmi w chuj ciężko i analogowo, dokładnie tak jak powinno. Kto ma metal śmierci w sercu niech sprawdza. Bardzo dobre demo.

- jesusatan




 

sobota, 8 sierpnia 2026

Recenzja Miasmes „Violence, Blasphème et Pourriture”

 

Miasmes

„Violence, Blasphème et Pourriture”

Les Acteurs de l'Ombre Productions 2026

“Przemoc, bluźnierstwo i zepsucie”. Tak tłumaczy się na nasze tytuł drugiego krążka tego francuskiego komando. Pierwszy ukazał się jakieś trzy lata temu, i niestety jakoś mnie ominął. Na pewno jednak przy najbliższej okazji nadrobię zaległości, bo to, co znalazłem na nowym albumie Miasmes to miód na moje uszy. W zasadzie materiał ten to sama klasyka, a jednocześnie posklejana w sposób trochę inny niż w większości przypadków. Bo powiedzieć o „Violence, Blasphème et Pourriture” że to mieszanka Darkthrone i Impaled Nazarene to bardzo spore uproszczenie. Acz nie zmienia to faktu, że przy pierwszym odsłuchu właśnie te dwa zespoły najbardziej cisną się na uszy. Finowie ze względu na serwowane często przez Miasmes blastujące tempa z charakterystyczną chwilami dla Finów melodyką. Gdzie indziej te najszybsze momenty mogą kojarzyć się z pancernym obliczem Marduk. No ale to tylko blasty. Wspomnany Darkthrone to surowe akordy, mocno inspirowane Celtic Frost (jest nawet klasyczne „Ugh!”, a jak!) i teutońskim thrash  metalem spod znaku wielkiej trójcy. Do tego panowie dorzucają jeszcze kapkę punka i wszelkich odcieni jego prostoty, co jest swoistym dopalaczem agresji dla zawartych na tym krążku piosenek. Cholera, tak na dobrą sprawę tu jest sam ogień i dzika, niczym nie hamowana wulgarność, wystawianie środkowego palca wszelkim modom i sranie na dobre obyczaje. Zresztą, co ja tu będę tłumaczył, spójrzcie na okładkę. Po stokroć tandetną, jednak wyrażającą dosadnie poglądy Francuzów i ich podejście do muzyki. Powiem wam tak… Gdyby banda podchmielonych punków nasłuchała się na imprezie z metalami klasycznych płyt, to na drugi dzień, zaraz po kliniku, nagrali by właśnie te piosenki. Kopiując przy okazji kilkusekundowe fragmenty, inne wymyślając na spontanie albo pożyczając z zespołów ze swojej stylistyki. Całość trwa niespełna trzydzieści pięć minut, ale ma w sobie tyle oktanów, że w zupełności starczy do podpalenia jakiegoś lokalnego kościoła i zdewastowania pobliskiego cmentarza. Do premiery jeszcze chwila, ale dobrze wam radzę, zapamiętajcie sobie tą nazwę, albo najlepiej wpiszcie przypominajkę do telefonu, bo wiem, że we współczesnym świecie bez tego ani rusz. Kurcze, i jeszcze ten fantastycznie zagrany cover Motörhead na zakończenie. Absolutnie wyskokowy album, dobry jak butelka wódki.

- jesusatan