Tych gentlemanów przez dłuższą chwilę u nas nie
było. Dokładnie siedem lat, bo wtedy to właśnie pisałem w tym miejscu o ich
EP-ce „Sensory Stagnation”, która wbrew tytułowi wcale stagnacją nie była. W
międzyczasie Chilijczycy dali jeszcze o sobie znać demówką i jakimś splitem,
ale nie zmienia to faktu, że od ostatniej pełnej płyty upłynęła równo dekada.
Czas na kolejną był zatem najwyższy. Pod względem oczekiwań byłem raczej
umiarkowanie spokojny. Nie oczekiwałem bowiem, że panowie rozłupią mi łeb po
raz kolejny, jak w przypadku „Raising the Corpse”. Oczekiwałem albumu z dobrym,
energicznym death / thrash metalem. I taki dokładnie dostałem. Na szczęście, co
gdzieś mnie tam z tyłu głowy uwierało, moje obawy o lekką zadyszkę Ripper
zostały szybko rozwiane. Nie bez znaczenia w tym temacie jest chyba fakt
całkowitego przemeblowania składu przez lidera zespołu. Nowi muzycy, świeża
krew, zawrzało zatem ponownie. Na „dzień dobry” mamy intro, a potem to już
jazda na całego. Panowie się nie oszczędzają, w wyniku czego tempo mamy na tym
krążku niemal przez cały czas mocno podkręcone. Nie brak tu zadziornych riffów,
bardzo dobrych solówek i buchającego siarczystym płomieniem ognia. Poza
ścieżkami gitar, mocno nawiązujących do takich klasyków jak Kreator, Sodom, czy
też z innych części globu, Sadus albo Dark Angel, świetną robotę robi tu
pałker. Jego staroszkolny, klasyczny styl gry idealnie pasuje do całości i jest
jednym z jaśniejszych punktów „Towards Rebirth”. Niby nic odkrywczego, ale
mocno rzuciło mi się w uszy. Wspomnieć też można o basie, gdyż ten także
chwilami mocno daje o sobie znać, i to w bardzo Sadusowym tonie. No i wokale.
Intensywne, konkretne, jak za dawnych lat. Zaletą tego wydawnictwa jest fakt,
że nie ma tutaj żadnych słabych punktów. Jest nad wyraz równo i solidnie, na
tyle, iż można bez ściemniania potwierdzić, iż Ripper trzymają fason, a ich
najnowsza płyta żadnego fana rozczarować nie powinna. Na koniec tylko dodam, że
chętnie bym sobie tych Chiliczyków obejrzał w wersji live, bo dotychczas nie
było okazji, a jestem przekonany, że byłby niezły rozpierdol.
Lubicie popierdoloną muzykę? To mam coś dla was. Saprovore
to solowy projekt gościa, który dał się już poznać z dobrej strony przy okazji
wydanego w zeszłym roku debiutu Strigiform. O ile tamten twór był awangardową
wizją death/black metalowego amalgamatu, to pod nazwą własną Włoch poszedł
jeszcze dalej. Zdecydowanie dalej. „Numinous Abditory Deflagration” to niemal
pięćdziesiąt minut… muzycznego dysonansu. I nie mam tu na myśli linii
gitarowych charakterystycznych dla sceny francuskiej, bo tego instrumentu tutaj
(chyba) w ogóle nie ma. Bas, owszem, gdzieś tam w tle wybrzmiewa, choć też nie
mam pewności, czy to aby nie elektroniczna imitacja. Mówiąc „dysonans” mam na
myśli ogólne, że tak to nazwę, szaleństwo. Improwizacja, to pierwsze słowo
które przychodzi mi na myśl. Na tej płycie przeważnie panuje totalny chaos. Weźmy
choćby pod lupę perkusję. Bardzo często bije ona mechaniczny rytm w okolicach
blastu, jakby zaciął się automat perkusyjny, i nikt nie był w stanie wyciągnąć
bezpiecznika by odciąć dopływ prądu. Pędzi ona zatem na złamanie karku,
zupełnie nieadekwatnie do tego, co się w koło dzieje. W innych miejscach
pojawiają się z kolei rytmy o wiele bardziej złożone, niemal jazzowe, też nie
zawsze pasujące do reszty. Ową resztę stanowią z kolei głównie klawisze. Raz
płynące powoli, niczym w klimatycznym black metalu, budując tło sielskie i
anielskie, lulając do snu i opowiadając starodawne historie. Gdzie indziej
przechodzą one w rejony bardziej symfoniczne. Może nie tanecznie symfoniczne,
bardziej Emperorowe, pełne napięcia i niepokoju. Do tego dochodzą jakieś
niby-trąbki czy inne dźwiękowe ornamenty. I wokale. Dzikie szepty, jakieś
charczenia, głównie przesterowane i odgrywające rolę kolejnego instrumentu,
bowiem wychwycić z nich jakichkolwiek treści raczej się nie da. Trochę to
przypomina holenderski Gnaw Their Tongues, zwłaszcza pod względem
nieszablonowości i schizofrenicznego nastroju. Napięcie na tym krążku raz
rośnie, raz opada, ale cały czas tworzy klimat oczekiwania na coś, co za chwilę
ma nastąpić. Niebanalną rolę odgrywa tu także brzmienie. Wspomniana perkusja
brzmi mocno industrialnie, powiedziałbym nawet, że noise’owo. Sama blachy
brzęczą, zdają się wręcz falować jak na zdartej kasecie, podczas gdy
elektronika występuje na plan pierwszy. Nie ma w tych kawałkach za grosz
klasycznego układu. Tutaj wszystko jest nieprzewidywalne, sprawiające wrażenie
bałaganu. Dopiero po jakimś czasie ów bałagan zaczyna układać się w coś
bardziej logicznego, i wtedy okazuje się, że wszelkie kłody, które kompozytor
rzuca słuchaczowi pod nogi, mają swój cel. Że tutaj jednak każdy instrument
odgrywa ważną, wyznaczoną mu rolę, a w umyśle schizoidalnym można jednak odkryć
jakiś większy sens. Debiut Saprovore nie jest wydawnictwem łatwym do
ogarnięcia. Wymaga czasu i, przede wszystkim, skupienia. Jeśli jesteście gotowi
na wyzwania, to serdecznie zapraszam do analizy „Numinous Abditory
Deflagration”. Niezwykle intrygujący album.
To
już szósta płyta tej niemieckiej kapeli, która zdążyła zaznaczyć swoje miejsce
na europejskiej, death-thrashowej scenie. Panowie od momentu powstania Temple
of Dread nie próżnują i dość regularnie wydają płyty. Najnowszy krążek
„Dreadspawn Dominion” zawiera obok intro dziewięć numerów, które częstują
mieszanką wspomnianych wyżej gatunków. To siarczysty koktajl złożony z riffów w
różnych tempach, które przeplatają się z ponurymi tremolo. Niemcy używają
ostrego, uwierającego brzmienia, co podkreśla jadowitość muzykowania tej
brygady, a mięsista sekcja rytmiczna zagęszcza wiosła, trzymając wszystko w
jednej kupie. Kupa ta, tnie do kości, ale nie używa do tego bata, lecz tępego
tarnika więc zabiegi stosowane przez Temple of Dread bolą dogłębniej. Te energiczne
akordy, posępne melodie i gniotące kostkowanie w średniej agogice oraz wolny
palm muting robią naprawdę dobrze. Zdaje się, że jest to zasługa swoistego
połączenia szwedzizny, starej, teutońskiej szkoły i małej domieszki deta z USA,
co kreuje maszynę, która zrywa tkankę mięśniową do kości. „Dreadspawn Dominion”
to mięso oddzielone mechanicznie, zatem delikatniejszym uszom może zaszkodzić.
Fani tradycyjnego grania, zakorzenionego w przełomie lat osiemdziesiątych i
dziewięćdziesiątych znajdą tutaj wszystko, co lubią. Niszczące blasty,
wbijające w glebę walce, mroczne solówki, a także wkręcające się boleśnie,
wysokotonowe zagrywki, no i nie należy zapominać o surowych wokalach, bo
wgryzają się swoimi zębami w czaszkę, jak w masło. Znajdą również duszny
klimat, który zalatuje rzecz jasna śmiercią i odrobinę punkowym wkurwem.
Olschoolowy death metal z mocnym, thrashowym pierwiastkiem, do którego dołożono
trochę progresywnych zabiegów i momentami mocno, groove’owych rytmów.
Różnorodny w budowie, lecz nie eklektyczny. Trzyma się dawno wypracowanego
wzorca i dobrze mu z tym. Standardowo, ale z energią i jajem. Słychać, że ten
kwintet lubi napierdalać w śmierć metal i wie, jak to robić.
Sentient Ruin Laboratories raczej rzadko wydają
materiały demo. Rzadko nie znaczy jednak nigdy, bowiem „Horns of Abomination”
demówką jest właśnie. Ten Amerykański, anonimowy twór swoją twórczość kieruje
do bardzo specyficznego odbiorcy, a że wydawnictwo zawiera jedynie trzy
kompozycje, zamykające się w dziesięciu minutach, to i poematów o nim pisać nie
zamierzam. Sprawa jest totalnie prosta, zupełnie jak sama muzyka. Lubicie
prymitywne blackmetalowe wysrywy pokroju Von czy wczesny Beherit? No to proszę
się częstować. Powiedzieć o tych nagraniach, że są surowe, to jak nie
powiedzieć nic. Garażowe brzmienie, z brzęczącą niemiłosiernie perkusją,
przefuzowane gitary, schowane w tle, przesterowane wokale, i banalne w sumie
linie gitarowe. Lo-fi na pełnej. Wspomniana perkusja to już naprawdę szczyt
prostoty. W zasadzie można powiedzieć, że zmian rytmu nie ma tutaj w ogóle. Jak
się zaczyna na jednostajnym łupaniu, tak się kończy. O melodii zapomnijcie. To
mechaniczna ściana dźwięku z wybuchającymi niczym wulkan wspomnianymi wokalami,
równie szablonowymi co i cała reszta. Jeśli ktoś chciałby zamanifestować swoją
nienawiść do współczesnego black metalu, romansującego z gatunkami odległymi,
pełnego wyszukanych harmonii i pełnego patosu, to wyraziłby ją dokładnie w ten
sposób, co ludzie tworzący Horns of Abomination. Krótko i odsadnie. Ten
materiał to kolejna pozycja do kolekcji dla antyfanów ewolucji, rozwoju,
poszukiwań. „Horns of Abomination” to bezceremonialne „fuck off” do
współczesnej sceny, zwłaszcza do tych, którzy nazwą je bezsensownym buczeniem.
Tyle w temacie. Każdy z was już wie, czy po tą demówkę w ogóle sięgać, czy
kompletnie ją zignorować.
To
świeża kapela z włoskiej ziemi, bo powstała w zeszłym roku. Po drodze do
„dzisiaj” nagrali dwa demosy i singla, ale wszystko w formie digital. Pod
koniec sierpnia ukaże się ich debiutancki krążek w postaci „Deeds of Horror”
właśnie. Muzyka jaką tworzy ten duet, to brutalny metal śmierci, więc panowie
szyją gęstym ściegiem. Wszystko co fan barbarzyńskiego grania z domieszką
gore’a lubi, to znajdzie na tym albumie. Ciężkie jak piorun gitary i taka też sekcja
rytmiczna, z której na pierwszy plan wybijają się „garnkowate” werble. Głębokie
growle, knurze pomrukiwania i dzikie wrzaski. Ołowiane zwolnienia i o podobnej
wadze średnio-tempowe riffy oraz palm mutingi. Szalone przyspieszenia,
przechodzące w grindowe blasty. Nie martwcie się, bo są jeszcze schizoidalne
solówki, jest i trochę uwierających wysokotonowych zagrywek, a i także kilka
piskliwych zjazdów po gryfie. Całość to osiem utworów, które trwają niespełna
dwadzieścia osiem minut, zatem dostajemy od Włochów temat treściwy. Jak na
dzisiejsze standardy, kawałki są krótkie i chwała im za to. Napierdalają
rzęsiście i siermiężnie przynoszą morowe powietrze, wypełnione zapachem
rozkładu. Mieli to i ciąży na duszy, przygniatając do gleby. Depcze po plecach,
brzuchu i głowie, obracając słuchaczem na wszystkie strony jak lalką. Krwisty i
obrzydliwy death metal w klasycznym dla tego ujęcia wydaniu. Jaskiniowa muza,
czasem chaotyczna, a innym razem idealnie ukierunkowana na konkretny wpierdol.
Gwałtowna i intensywna jazda, która wypełzła z tradycyjnej brutalności. Taki
unowocześniony Dying Fetus po prostu. Już wiecie, czy sięgniecie po „Deeds of
Horror”?
Trochę mnie zaskoczyli panowie z Death.Void.Terror. Wiem,
że z założenia „To the Great Monolith” miał być trylogią. Czekałem zatem na
trzecią, wieńczącą całość część. Czekałem, i trochę się zaczynałem niepokoić,
czy aby projekt ten nie został porzucony, bowiem z obozu Szwajcarów nie było
żadnych wieści przed sześć lat. Kiedy w końcu, zupełnie z zaskoczenia, w mojej
skrzynce pojawiło się nowe wydawnictwo zespołu, okazało się, że to jeszcze nie
ostatni rozdział, a coś pomiędzy. Przystanek 2.5., trzy kompozycje, będących
kontynuacją obranej na początku ścieżki. Kompozycje chyba najbardziej rytualne
i najmroczniejsze w dotychczasowym dorobku Death.Void.Terror. Nie od dziś
twórczość tego duetu należy do mało przystępnych, dusznych i bagiennie gęstych.
W przypadku nowego materiału, wkrada się w nią jeszcze dodatkowy element, a
może raczej zostaje bardziej uwypuklony. Jest nim paranormalny klimat, będący
czymś z rodzaju połączenia kosmicznej podróży międzywymiarowej ze snem
paranoika. Czysto muzycznie panowie obracają się w klimacie doom / death /
ambientowym, ze szczególnym naciskiem na wszechogarniający mrok (jakkolwiek
banalnie by to nie zabrzmiało). Trochę w tym podobieństw do naszego Whalesong z
okresu „Radiance of a Thousand Suns”, szczególnie w ostatnim,
piętnastominutowym „Third Monolithic Manifest”. Dużo w nim transu,
wciągających, zapętlonych ambientowych motywów, przeplatających się nawzajem,
budujących przerażający nastrój. I te przesterowane, nieco futurystyczne
wokale, przemawiające niczym wyższy gatunek, zwiastujące zagładę całej
ludzkości. Bardziej gitarowe są pozostałe dwie odsłony, choć poza powolnymi,
przytłaczającymi melodiami, mogącymi kojarzyć się poniekąd z Dakhma czy
Abyssal, nie brak w nich szamańskich
okrzyków i podniosłych zaśpiewów, orientalnych wstawek, czy fragmentów
sprawiających wrażenie improwizacji. Mimo ściśle określonego profilu, album ten
jest wyjątkowo bogaty w pomysły i wielokrotnie zaskakujący. Może i drobiazgami,
ale wychwycenie ich wszystkich nie jest sprawą jednego czy dwóch odsłuchów.
Death.Void.Terror po raz kolejny otworzyli swoisty portal do koszmarów, wrota
do mrocznego wymiaru, w którym czuję się jak w domu. Polecam tym, którzy muzykę
chłoną, a nie tylko jej okazyjnie słuchają.
-
jesusatan
Death.Void.Terror
“To the Great
Monolith 2.5”
Sentient Ruin
Laboratories 2026
The lads from
Death.Void.Terror tsurprised me a bit. I know that “To the Great Monolith” was
originally intended to be a trilogy. So I was waiting for the third and final
instalment to round off the whole thing. I waited, and was starting to get a
bit worried that the project might have been abandoned, as there had been no
news from the Swiss for six years. When, at last, completely out of the blue,
the band’s new release turned up in my postbox, it turned out that this wasn’t
the final chapter after all, but something in between. Stop 2.5, three tracks
that continue along the path they set out on at the beginning. These are
probably the most ritualistic and darkest tracks by Death.Void. Terror. It’s no
secret that this duo’s work has long been among the least accessible, but suffocating
and swamp-like in its density. In the case of this new material, an additional
element creeps in – or perhaps it’s simply brought into sharper relief. It is a
paranormal atmosphere, a sort of fusion of interdimensional cosmic travel with
a paranoid’s dream. Musically speaking, the duo operate within a
doom/death/ambient sphere, with a particular emphasis on all-encompassing
darkness (however clichéd that may sound). There are some similarities here to
our own Whalesong from the ‘Radiance of a Thousand Suns’ era, particularly in
the final, fifteen-minute track, ‘Third Monolithic Manifest’. It’s full of
trance-like elements, with captivating, looped ambient motifs intertwining to
create a terrifying atmosphere. And those distorted, somewhat futuristic
vocals, speaking as if from a higher species, heralding the doom of all
humanity. The other two tracks are more guitar-driven, though apart from the
slow, oppressive melodies, which might be somewhat reminiscent of Dakhma or
Abyssal, they’re not lacking in shamanic cries and solemn chants, oriental
interludes, or passages that give the impression of improvisation. Despite its
clearly defined profile, this album is exceptionally rich in ideas and full of
surprises. They may be subtle, but picking up on them all isn’t something you
can do in just one or two listens. Death.Void.Terror have once again opened a
portal to sorts of nightmares, a gateway to a dark dimension, where I feel like
home. I recommend this to those who truly immerse themselves in music, rather
than just listening to it occasionally.
Kyrios
jest w miarę świeżą kapelą z Nowego Jorku, bo wypełzli zapewne z zaszczurzonych
piwnic tego miasta w 2019 roku. Zbyt płodni nie są, bo razem z „Blood
Constellation” mają na koncie tylko dwie epki. Najnowsze wydawnictwo tego
tercetu, to cztery kawałki. Pierwszy i ostatni to upiorne i lekko kosmiczne
dungeon synth więc za bardzo nie ma w tym temacie o czym pisać. Dwa środkowe
numery to małe pomieszanie z poplątaniem, bowiem to co grają ci Amerykanie, to
tak jakby połączyć Ulcerate i Gorguts oraz wcisnąć do tego sporo black
metalowej atmosfery i progresywnych popisów, które niejako wynikają z
podobieństw do dwóch, wymienionych wyżej zespołów. Kompozycje „A Highborn
Sacrifice” i „Astrophage” to zbiór, następujących po sobie sekwencji akordów, o
połamanej budowie, które płyną w zmiennych tempach. To nieustannie kłębiąca się
masa, która posiada charakter dysonansowych uderzeń i brutalnych ataków.
Spomiędzy nich wyłaniają się wirtuozerskie i modernistyczne zagrywki w formie
solówek oraz chorobliwie powykręcanych wtrętów. Ta zwarta i szarżująca w
różnych kierunkach struktura, szturmuje uszy w towarzystwie subtelnie
podłożonych klawiszy i opętańczych wokaliz. Materiał ten, to duszna i
nieprzewidywalna muza, która nosi znamiona szatańskiej improwizacji. To pokaz diabelskiej,
niemożliwej do okiełznania siły. Pełne ekspresji i szalonej kakofonii
wydawnictwo, które przy pierwszym odsłuchu może być niezrozumiałe, ponieważ
języka, w którym przemawia do nas Kyrios, trzeba się nauczyć. Czyste zło.