piątek, 15 maja 2026

Recenzja Eradikated „Wiring of Violence”

 

Eradikated

„Wiring of Violence”

Indie Rec. 2026

Debiutancki krążek Szwedów, z których jeden wygląda jak kalka młodego Schuldinera, przedstawiał wam circa trzy lata temu shub niggurath. Chwilę temu Eradikated wrócili z krążkiem numer dwa. Postanowiłem zatem sprawdzić, czy mój kolega słusznie zabałtycką młodzież chwalił. Jak by tu zatem zacząć… Gówniarze to czasem jednak w starocie potrafią lepiej niż niejedne dinozaury. Zresztą niejednokrotnie dawałem temu wyraz na łamach Apocalyptic’a. Dziś mam okazję po raz kolejny pochwalić przedstawicieli młodego pokolenia za ich uwielbienie dla starej szkoły. Często tak starej, że pewnie nawet ich rodzice jeszcze nie byli jeszcze pełnoletni w chwili, gdy przyświecające młodym zespoły wydawały swoje najlepsze płyty. Eradikated grają thrash metal, z deka podsiąknięty crossoverowym feelingiem. Słychać wyraźnie, że tacy nauczyciele jak Anthrax, Testament, D.R.I. czy klasyczna Metallica i Slayer mieli na muzyków olbrzymi wpływ. Na „Wiring of Violence” aż roi się od zadziornych riffów, wspaniałych, agresywnych melodii, i hardcore’owej skoczności. Tej ostatniej jest tyle, że jeśli zamknie się oczy, można zobaczyć drącego się do mikrofonu kolesia w czapeczce z daszkiem, w krótkich portkach i podkolanówkach. Nawet nie wiem, który kawałek podać wam jako poglądowy, bo w każdym znajdzie się fragment, przy którym chce się podskoczyć niczym dzika małpa, pomachać łbem, w każdym usłyszycie taneczne rytmy i niesamowicie emocjonalne wokale. Te ostatnie to czysta poezja. W oczach stają mi lata osiemdziesiąte, kiedy to thrash metal jeszcze nie uświadczył bardziej charczących wokali niż czysty, wkurwiony śpiew. A takich tutaj najwięcej. Istotną sprawą jest, że młodzi w tak fantastyczny sposób blendują wszystko, co „już było”, nawet w warstwie tekstowej, gdzie rządzą klasyczne rymy, że człowiek w moim wieku momentalnie czuje się te przynajmniej trzy dekady młodszy. Jasna cholera, przecież te nagrania mają w sobie tyle pierwotnego metalowego  pierdolnięcia, że majtki spadają po same kostki. Może i brzmi to wszystko nieco bardziej nowocześnie, ale i pod tym względem facet siedzący za gałkami potrafił zachować wszelkie granice przyzwoitości. Mamy tu jedenaście kawałków, i, wierzcie mi, żaden z nich ani trochę nie odstaje od reszty, każdy powoduje natychmiastowy przypływ adrenaliny, i każdy jest potencjalnym koncertowym killerem Wyśmienity album nagrali nasi północni sąsiedzi. Takiego thrashu aż chce się słuchać. Indie Recordings rzadko trafiają swoimi wydawnictwami w mój gust, ale tym razem zbili mnie z planszy. Sprawdzajcie, bo warto!

- jesusatan






Recenzja Nocturnal Departure „Spiritual Cessation”

 

Nocturnal Departure

„Spiritual Cessation”

Hells Headbangers 2026

To już trzeci długograj w karierze tego kanadyjskiego kwartetu. Na najnowszym „Spiritual Cessation” Nocturnal Departure kontynuuje tworzenie black metalu, ale w stosunku do poprzedniego wydawnictwa, w muzykowaniu Kanadyjczyków można dostrzec pewne zmiany. Zapewne jest to spowodowane tym, że w grupie pojawiło się dwóch nowych załogantów, którzy wnieśli do diabelszczyzny tej brygady mały powiew świeżości. Jej postać to głównie większa melodyjność kompozycji jak i poszerzenie dotychczasowych sposobów na kostkowanie o inne jego formy, które okresowo urozmaicają aranżacje oraz wprowadzają nieco klasycznych i klimatycznych wpływów. Wyraźnie odstąpiono także od odjazdów w kierunku war metalowym, przez co barbarzyńskość i stęchły zapach znad Ross Bay, stał się mniej wyczuwalny.  Reszta to już zwyczajowe granie dla Nocturnal Departure, na które składają się thrashowe riffy, zimne i coraz częściej chwytliwe tremolo, a także szalone blasty. Nie brakuje tutaj również powykręcanych solówek i tradycyjnych, black metalowych bujanek, świadczących o tym, że skandynawski sznyt i dziedzictwo nie są tym panom obce. W dalszym ciągu Nocturnal Departure hołduje surowemu stylowi, rzępoląc na twardo i wysoko nastrojonych gitarach, wspomaganych przez dudniącą sekcję rytmiczną i szatańskie wrzaski, które niekiedy przeistaczają się w całkiem niskie growle. Jednakże tym razem jest jakby subtelniej, mniej agresywnie i wojowniczo. Za to kawałki obdarowane zostały większą dbałością o szczegóły, płynniejszymi zmianami między akordami i ich rytmem oraz różnorodnością tychże. Czy obecne oblicze black metalu od Nocturnal Departure przypadnie fanom tej kapeli do gustu, nie wiem. Kilka dobrych momentów można tu znaleźć, lecz jako całość, mi średnio wchodzi. Sprawdźcie, bo to cały czas solidna „czarnina”, tyle że na słodko, a ja wolę jednak kwaśną.

shub niggurath




Recenzja Bloodsoaked Necrovoid „Bloodsoaked Necrovoid”

 

Bloodsoaked Necrovoid

„Bloodsoaked Necrovoid”

Iron Bonehead 2026

Przez chwilę nie było u nas nic o Bloodsoaked Necrovoid. Ale nie dlatego, że się na nich pogniewaliśmy. Zespół kilka lat po prostu milczał, a zawirowania personalne sprawiły, że lider przeniósł się do Hiszpanii, gdzie dokoptował sobie do składu dwóch nowych  muzyków (zresztą żadnych żółtodziobów, ale nie będę tu rzucał nazwami). W tak odświeżonej formie powstała dwuutoworowa EP-ka, zatytułowana po prostu „Bloodsoaked Necrovoid”. Sprawne oko skauta zapewne wyłapie na okładce, iż przeobrażeniu uległo też logo. Czy poszły za tym także zmiany muzyczne? I tak, i nie. Przede wszystkim, Bloodsoaked Necrovoid to nadal totalna duchota. Zarówno pod względem brzmienia, które bardziej przypomina krawędź krateru, gdzie przy ekshalacjach wulkanicznych ciężko oddychać, ale i samych… melodii? Tak, proszę państwa. O ile dotychczas Bloodsoaked Necrovoid był zbitą bryłą lawy, wszechogarniającym, wciągającym niczym czarna dziura mrokiem, to na nowych nagraniach pojawiło się nieco więcej przestrzeni, klimatu i melodii właśnie. Spieszę natychmiast uspokoić, iż owa transformacja nie jest tych z gatunku rewolucyjnych. Słychać jednak, że zespół nie stanął w miejscu, nabrał sił, i kontynuuje rozbudowywanie swojego własnego stylu. Oczywiście w niszy, którą sobie pan Kostarykańczyk wybrał, ciężko o wielkie eksperymenty. Te dwie kompozycje dowodzą jednak, iż można ewoluować bez odcinania się od własnych korzeni. Zarówno „Pouring Irreversible Agonical Openings”, jak i „The Kindling Within Blackness, Quickening” to kompozycje raczej wolne (z chwilowym jedynie przyspieszeniem w tym drugim kawałku), przepełnione odorem grobowca, i powodujące uczucie zimnego oddechu śmierci na karku. To nadal najwyższej jakości amalgamat death / doom metalowy o klasycznym wydźwięku, posypany wywrotką gruzu i zalany cysterną gęstniejącego betonu. Zakopany zapewne głęboko pod jakąś kryptą, bowiem wokalnie mamy tutaj, po raz kolejny zresztą, wołanie zza światów o charczącym tonie topielca. Nie wiem, czy ta EP-ka sugeruje kierunek, w którym Bloodsoaked Necrovoid skierują się na kolejnej płycie, ale osobiście nie miał bym nic przeciwko. Materiał obowiązkowy do sprawdzenia. Na chwile obecną w postaci kasety, ale jak ktoś woli, to wkrótce pojawić się ma także winylowa siódemka.

- jesusatan




Recenzja Piołun „Exolvuntur”

 

Piołun

„Exolvuntur”

Malignant Voices 2026

Lubię od czasu do czasu zjeść coś gorzkiego, a że to ziele pomaga na niestrawność i wspomaga wątrobę, to tym bardziej byłem ciekawyjak smakuje Piołun z Lublina. Czy najnowsza, druga płyta tej kapeli równie dobrze działa na organizm jak jego roślinny odpowiednik? Ano, wszystko zależy od dawki, bo jak wiadomo zioła tego nie należy stosować zbyt długo, bo staje się trujące i tak też jest w przypadku „Exolvuntur”. Dlaczego materiał ten jest szkodliwy dla zdrowia? Dlatego, że wchodzi bez popitki od samego początku, bo to bardzo nośny, łatwo wkręcający się black metal, który po dłuższym z nim obcowaniu, szybko się nudzi, ale jak wspomniałem wcześniej, wszystko zależy od ostrożnego dozowania. Jeśli już dobierzemy odpowiednią miarkę i będziemy oszczędnie porcjować „Exolvuntur” to starczy na kupę czasu i to bez wpływu na zdrowie. Poza instrukcją obsługi należy stwierdzić, że to typowy, polski bleczur, lecz nic w tym złego. Posiada bardzo dobre brzmienie. Zimne tremolo zmiksowane z tradycyjnym kostkowaniem. Gitary świetnie zagęszczone przez dźwięczne linie basu i ciepło bijącą perkusję. Całość generuje dość chwytliwą muzę, o nostalgicznych i zalatujących naszym rodzimym romantyzmem melodiach. Nie oznacza to jednak, że Piołun nie potrafi przykurwić, a robi to znienacka, przechodząc w szybsze tempo, racząc siarczystymi uderzeniami w struny. Niekiedy hipnotyczne riffy w średniej agogice przełamuje harmonijnymi bujankami, bądź mozolnymi zwolnieniami, a i gustownie kompozycję zakończyć potrafi, jeśli nie niszczącą kanonadą to klimatycznym wyhamowaniem. Wszystkiemu towarzyszą rzecz jasna niezłe wokalizy, które swą barwą w punkt dodają ostrości tej płycie. Za ich pomocą gość przy mikrofonie w szorstkim stylu wypluwa z siebie teksty w języku krajowym, co podbija atrakcyjność tego wydawnictwa, ponieważ teksty jak ich artykulacja idealnie pasują do warstwy muzycznej. Za lirykę należy się duży plus, gdyż słowa są inteligentnie napisane i nie do końca oczywiste. Całkiem niezły black metal wysmażyli Lublinianie, który pomimo zróżnicowanego tempa i kostkowania, leci płynnie, sypiąc szronem i biczując boleśnie. Polecam, ale zalecam stosować się do instrukcji, bo o przedawkowanie w tym przypadku nie jest trudno.

shub niggurath




środa, 13 maja 2026

Recenzja Moros „Cemetery Hallucinations”

 

Moros

„Cemetery Hallucinations”

Morbid Chapel 2026

No to jeszcze jedna nowinka z Morbid Chapel, tym razem w postaci amerykańskiego Moros. Spójrzcie na logo? Co widzicie? Bo mi się skojarzenia z Coffins nasuwają momentalnie. I szybko się okazuje, że nie bezpodstawnie. Panowie gniotą death / doom, przy czym słowo „gniotą” jest tutaj jak najbardziej zamierzone. „Cemetery Hallucinations” to osiem dość siermiężnych kawałków, budowanych na rytmicznym kostkowaniu, przy którym, jak to się klasycznie mówi, nóżka chodzi, główka buja. Ciężar akordów jest tutaj nieprzeciętny, i w pełni rekompensuje jakiekolwiek udziwnienia techniczne, czy wielostrukturowe aranże. Moros prą przed siebie niczym TBM, krusząc wszystko, co stanie im na drodze. Zresztą, kiedy zamknie się oczy, to można sobie wyobrazić, jak każdy muzyk stara się wręcz unicestwić swój instrument, uderzając w niego ciężkim, tępym narzędziem. Sporo robi w tym przypadku klasyczny, sludge’owy sznyt, którym nagrania te są przesiąknięte do szpiku. W nieco szybszych partiach z kolei zdecydowanie bardziej cuchnie tu death metalem, i to chyba głównie takim spod znaku Asphyxopodobnego, a chwilami nawet podchodzącym z lekka pod Bolt Thrower, choć ze zdecydowanie mniejszym natężeniem melodii. Bardziej z krajowego podwórka, poniekąd dobrym porównaniem byłby też Abhorrent Funeral, z zastrzeżeniem, że Moros nie zapędzają się w szybsze, punkowe obszary. Nie, chłopaki mielą na drugim biegu i ani im w głowie wrzucanie „trójki”. Nie znaczy to, że „Cemetery Hallucinations” jest płytą nudną. Wręcz przeciwnie. Konsekwencja, z jaką panowie suną przed siebie wciąga niczym bagno, i ani przez chwilę nie chce się wcisnąć „stop”. Bo w tym z góry ustalonym tempie potrafią mocno różnicować harmonie, serwować różne melodie, i rozgniatać, rozdeptywać i miażdżyć. Wokalnie udziwnień tu nie ma. Jest głęboki jak studnia babci growl, wypluwający z siebie wersety w tożsamym muzyce tempie. Wszystko ubrano w ciężkie szaty, nisko dostrojono, i odpowiednio zagęszczono, tak, że siekierę można powiesić. Czy coś zatem jeszcze komuś trzeba tłumaczyć? Moros to ołowiany kolos, który każdego niewtajemniczonego w annały death / doomowe ćwoka odstraszy pojedynczym warknięciem. A każdego mu przychylnego przytuli, i będzie mruczał, mruczał, aż gałki same wypłyną z oczodołów. Masywna rzecz.

- jesusatan




Recenzja Ivoire „Uragano”

 

Ivoire

„Uragano”

Independent 2026

Ivoire jest kapelą z Włoch, która właśnie wydaje swój debiutancki album. Nie są chyba szerzej znani, bo żadnych, bliższych informacji o nich nie znalazłem, ale też zbyt głęboko nie szukałem. Mniejsza z tym. Panowie grają przytłaczającą fuzję black i sludge metalu, do której dokładają sporo elementów znanych z ujęć typu „post”. Zatem obok zwyczajowego kostkowania dla wszystkich odłamów metalu, dzięki „Uregano” dostajemy również pokaźną ilość atmosferycznych pasaży, które zsyłają gęste pokłady melancholii, a ich głęboki i przytłaczający wymiar może wpędzać w stupor tudzież trans. Reszta muzyki to leniwe i dość ciężkie riffy, które płyną zwolna niekiedy przyspieszając, częstując małymi wybuchami energii, nagromadzonej cierpliwie przez duszne gitarowe pływy. Te masywne i klimatyczne akordy poruszają się w towarzystwie kontemplacyjnych tremolo i posępnych wokali, które wspomagane są przez syntezatorowe tła, dźwięki pianina czy saksofonu, co kreuje introspektywną aurę, o niestabilnej osobowości. Siedem utworów, które serwują nieustanną huśtawkę emocji, wahających się między depresją i totalnym spadkiem energii, a maniakalnym, dźwiękowym wirowaniem, które bynajmniej wygodne w słuchaniu nie jest. To uwierająca i bardzo intensywna muzyka, która pomimo swego niby spokojnego charakteru posiada znaczne oddziaływanie, przygniatając wypełnioną mrokiem i ciągłym napięciem atmosferą. Odmiana metalu nie dla każdego, a jeśli już, to nie na każdą chwilę, bo trzeba być naprawdę w podłym nastroju, aby znieść te siedem kawałków jednym ciurkiem. Najciekawszym wydaje się pierwszy „Le Catene dell’Estro”, który mocno przypomina wczesne dokonania Beyond Dawn, ale przez kolejne także warto przejść.

shub niggurath




Recenzja Varathron “Precreation of the Unaltered Evil”

 

Varathron

“Precreation of the Unaltered Evil”

WolfKult Religion 2026 (re-issue)

Niezmiernie cenię sobie takie małe wytwórnie, jak choćby holenderska WolfKult Religion. Przede wszystkim dlatego, że w dzisiejszym, skomercjalizowanym świecie, wydają materiały kompletnie niszowe, w ściśle limitowanej ilości, bez oglądania się na zyski i straty. Label ten istnieje zaledwie od trzech lat, a jego nakładem ukazało się już niemal siedemdziesiąt pozycji, w większości w formacie kasetowym, lub „siódemek”, zawierających albo kompletnie nieznane światu nowe kapele hołdujące starej szkole i czasom archaicznym, albo wydawnictwa klasyków podziemia, jak choćby Nunslaughter, Acheron, czy właśnie, dziś, Varathron. Nie wiem w sumie, czy komukolwiek trzeba przedstawiać ten materiał. To debiutanckie demo Greków, które było kamieniem milowym przy tworzeniu greckiego brzmienia i greckiego odłamu black metalu. To tylko dwa kawałki, trwające razem niecałe dziesięć minut. To dziesięć minut zapleśniałej piwnicy, analogowego dźwięku, charakterystycznego stroju gitar i klasycznych dziś, posępnych, grobowych melodii. To zapis sesji, od której wszystko się zaczęło. Klimat tych nagrań jest niesamowity, a wszelkie niedociągnięcia, zarówno czysto muzyczne, jak i „produkcyjne”, są tu ich największa zaletą. Bo przecież wtedy nie chodziło o sprzedaż, sławę, ilość kliknięć na Buniu czy polubień na Insta. To były inne czasy, kiedy black metal dopiero się rodził, a jego serce toczyło krew w takich właśnie maniakach jak Necroabyssious czy Mutilator. Teraz, dzięki innemu maniakowi, możemy do tych dni powrócić, i cieszyć się tymi nagraniami, po raz pierwszy wydanymi w formie osobnej, siedmiocalowej EP-ki. I czy tutaj trzeba jeszcze cokolwiek dodawać? Kult!

- jesusatan