sobota, 7 marca 2026

Recenzja Vitamin X „Ride the Apocalypse”

 

Vitamin X

„Ride the Apocalypse”

Svart Rec. 2026

Nooo, tego się po Svart Records nie spodziewałem. Nie, żeby nagle Finowie zajęli się muzyką z gatunku pop, ale punkowego grania w ich katalogu zbyt wiele jednak nie ma. A Holenderski Vitamin X to właśnie taki band będący swoistym crossoverem. Znaczy się, poza wspomnianym punkiem, wtłaczającym w swoje kompozycje sporo hard core’a czy klasycznego thrashu. No i w zasadzie już na początku powiedziałem wszystko, co musicie wiedzieć, bo dalsze w temacie dywagacje będą jedynie nabijaniem ilości słów w tekście, za który i tak nikt mi nie zapłaci haha! Jebał to pies, nie dla kasy człowiek muzyki słucha, a dla własnej przyjemności. A „Ride the Apocalypse” owej przysparza pod dostatkiem. Powiem wam, choć pewnie już wcześniej o tym wspominałem, że jestem wielkim fanem grania pod nutę S.O.D. i im podobnych. Jestem też wielkim fanem zespołów, które w chuju mają trzymanie się wszelkich wzorców, czy panującej obecnie mody. Bo wystawiony publiczności, zwłaszcza tej mainstreamowej, środkowy palec uważam za podstawową zaletę kapel, z jakiejkolwiek „szufladki” by nosa nie wyściubiały. Kolesie z Amsterdamu trochę już nagrali, bo na scenie obecni są zdrowo od ponad dwóch dekad. Tym bardziej jestem zszokowany, że wcześniej na nich nie trafiłem, bo chłopaki na swoim siódmym (!!!) krążku robią taką rozpierduchę, że pobiegłem do najbliższej apteki po pampersa. W ich muzyce jest tyle energii, że nawet katatonik powstanie i zatańczy Sambę. Środki stosowane przez Vitamin X są banalne, powszechnie znane i uznawane powszechnie za standard. Chwytliwe riffy, chóralne zaśpiewy w refrenach, prostota granicząca z neandertalizmem, czy przede wszystkim ten naturalny, ubrany w krótkie spodenki, czapki z daszkiem i bezrękawniki z numerem ulubionego koszykarza numerem flow, to główna zaleta Holendrów. W zasadzie każdy kawałek na tym płytągu jest koncertowym hitem. Przy każdym pięść się zaciska i wędruje w powietrze, bo usiedzieć przy tych piosenkach spokojnie się nie da. Świetnie to brzmi, bo się realizator postarał, tym bardziej dla niego oklaski. Czy mam jakieś ale? No, kurwa, nie mam. Ja chcę tą płytę mieć na półce! Kocham takie granie.

- jesusatan




piątek, 6 marca 2026

Recenzja Kerrigan „Wayfarer”

 

Kerrigan

„Wayfarer”

High Roller Records 2026

Kerrigan to kapela, która gra od 2019 roku. Składa się z czterech muzyków, którzy pochodzą z Freiburga im Breisgau. Zatem to niemiecka brygada, która po trzech latach od wydania debiutanckiego krążka, wraca z kolejnym. Panowie rzeźbią w tradycyjnym heavy metalu, którego charakter jest dość delikatny i kojarzy się z typowymi przebojami gitarowymi, jakie można usłyszeć w radio czy zobaczyć w telewizji. To ciekawe kompozycje, skonstruowane z polotem, przy wykorzystaniu w pełni, umiejętności twórców. Nasi Teutoni lecą w zmiennych tempach, serwując różnego rodzaju kostkowanie, solówki oraz płynne przejścia między akordami. Bas wraz z miękkimi bębnami podbija nieco energiczność tego materiału, ale i tak brakuje mu sporo mocy, bo „Wayfarer” płynie leniwie przed siebie, nie oferując ani specjalnie epickich chwytliwości, ani silnych czy porywających riffów. Album ten brzmi aksamitnie i umiarkowanie przebojowo. Można odnieść wrażenie, że Kerrigan koncentruje się głównie na akademickim podejściu do heavy metalu, który w tym przypadku został stworzony jako wzorzec. Suchy i zimny algorytm, który posiada wszelkie elementy, aby być tym czym jest. Zapodany w stonowanym stylu, bez szczególnych emocji i fajerwerków. Pomimo wielu interesujących detali i wysokiej przystępności, nie jest w stanie przyciągnąć do siebie na dłużej. Brakuje mu pazurów, a o zębach nawet nie ma co wspominać. Milutka płyta, która spodoba się chyba nawet depeszowcom i mojej żonie. Nie krzywdząc nikogo leci sobie w przestrzeń, zapewniając łatwo wpadające do ucha melodie i niby mocne uderzenie, które jest w stanie powalić jedynie miłośników muzyki klasycznej. Tradycyjny metal lat osiemdziesiątych, który z powodzeniem sprawdzić się może jako granie „do kotleta” lub na występ na jakimś festynie dla harleyowców. Jak dla mnie, jedno, no może dwa okrążenia i na półkę. Acha, duży plus za wokale.

shub niggurath




Recenzja Barbaric Oath „Sword, Sorcery, Vengeance”

 

Barbaric Oath

„Sword, Sorcery, Vengeance”

Caligari Rec. 2026

Kolejną pozycją która właśnie ukazała się nakładem Caligari Records jest EP-ka niemieckiego Barbaric Oath.  Zespół to dość świeży, choć ludzie za nim stojący dali już o sobie znać, i to niejednokrotnie w bardzo zasadniczy sposób. Wystarczy chyba, że wymienię takie dwie nazwy jak Nekus czy Putridarium, które każdy maniak podziemia znać powinien. Pod nowym szyldem panowie G. i L. prezentują nam dwadzieścia minut bezkompromisowego death metalu na starą nutę. Czyli jest to death metal taki, jak się go grało na początku, i nadal grać powinno, zamiast wymyślać fantazyjne melodyjki czy romansować z gatunkami stojącymi na co dzień w sklepie muzycznym na zupełnie innej półce. Numery Barbaric Oath są gęste, masywne i zazwyczaj rozwścieczone do granic możliwości. Na tyle, że w niektórych momentach panowie zbliżają się, i to bardzo, do estetyki warmetalowej, zwłaszcza gdy typowe gradobicie przeplatane jest zwolnieniem do marszowego rytmu. Praktycznie lawa leje się z nieba zamiast deszczu. Kiedy muzycy nieco zwolnią, to temperatura wcale nie spada, bowiem nadal prym wiodą potężne riffy, swoją wagą, acz melodyką już niekoniecznie, oscylujące w rejonach choćby Bolt Thrower. Często harmonie serwowane przez Niemców są mocno siłowe, w tym sensie, że przypominają nacierającą na nas machinę wojenną, o donośnie, rytmicznie warczącym silniku. Główna w tym zasługa pracy sekcji rytmicznej, zwłaszcza pałkera, który  przez większość czasu utrzymuje tempo blastowe, lub przynajmniej pod blasty podchodzące. Nie gorzej jest w temacie wokali. Te zalewają nas żółcią z najgłębszych zakątków żołądka, a nawet zaległościami z okrężnicy. Nie ma tutaj zabawy w odkrywanie nowych lądów, tylko czysta anihilacja wszelkiego życia, i to z manierą najgorszego zwyrodnialca. Można powiedzieć w skrócie, że jak na Caligari przystało, także i tym razem label ten nie zawodzi, dostarczając śmierć metal wysokiej jakości, który każdemu szalikowcowi gatunku powinien wejść gładziutko, niczym nóż w masełko. Sprawdźcie sobie „Sword, Sorcery, Vengeance”, bo zdecydowanie warto.

- jesusatan




Recenzja Funelore „The Dissolution of Consciousness”

 

Funelore

„The Dissolution of Consciousness”

Me Saco Un Ojo 2026

Funelore to kanadyjski duet, o którym niezbyt dużo wiadomo, ale właśnie Me Saco Un Ojo wydaje ich debiutancką epkę. Zawiera ona dwa kawałki death-doom metalu, który wykreowany został na ziarnistych gitarach, których gęstą strukturę podbija, bulgoczący bas, surowa perkusja i głębokie growle. Muza w tych dwóch numerach płynie leniwie, co nie oznacza, że brak jej siły wyrazu. To ciężkie akordy, z których snują się ponure melodie, podkreślone przez budzące grozę syntezatory. Materiał ten charakteryzuje się upiorną i zarazem przytłaczającą atmosferą. Mieszanka bagiennych i przerażających riffów, które okresowo kierują się w funeralne strony. Miażdży, przeraża i zatruwa duszę grobową aurą, która swą lepkością szczelnie zamyka odbiorcę w swoim świecie. Dodatkowym plusem tego krążka jest szczególna rejestracja dźwięku, ponieważ jest on mocno przybrudzony. Efektem jest undergroundowe brzmienie. Organiczne i momentami nieczytelne, rozpływające się lub dudniące, budzi obrzydzenie i przygniata do podłogi jednocześnie powodując ścisk czaszki. Funelore mozolnie prze do przodu i niezbyt często porywa się na zmianę tempa, a przejścia między akordami są tutaj niezwykle rzadkie. Panowie stawiają przede wszystkim na budowanie wypełnionej mrokiem i udręką atmosfery, która wylewa się z głośników niczym gorąca smoła, która zabiera powietrze i pożera światło, pozostawiając w zamian jedynie śmierć. Przepastny i jednostajny death-doom metal, który odznacza się prostą konstrukcją i wymownym wydźwiękiem. W przypadku dwóch utworów łatwo strawny, ale przy dłuższym wydawnictwie może być z tym trochę gorzej, chyba że Kanadyjczycy nieco urozmaicą swoje przyszłe, walcowate aranżacje.

shub niggurath




środa, 4 marca 2026

Podwójna recenzja Via Doloris „Guerre et Paix”

 

Via Doloris

„Guerre et Paix”

Season of Mist 2026

 


Za nazwą Via Doloris stoi Gildas Le Pape, który swego czasu udzielał się jako muzyk sesyjny i koncertowy w Satyricon. Niebawem, bo dwudziestego marca, ukaże się jego debiutancka płyta. „Guerre et Paix” to siedem kawałków black metalu, pod który bębny podłożył sam Frost, ale nie wydaje mi się, żeby to jakoś znacząco wpłynęło na efekt końcowy. To wygładzony black metal, w którym mieszają się norweskie wpływy, folkowe odloty i dysonansowe plecionki. Mknie to w zmiennych tempach, na przemian racząc zimnymi blizzardami, nieco ckliwą cepelią, odrobinę dusznymi, atonalnymi akordami oraz melancholijnymi wyciszaczami. Dźwiękowy pejzaż, wypełniony pogańskim klimatem, północnoeuropejskim romantyzmem, który okresowo zamienia się w siarczystą diabelszczyznę. Fuzja kilku ujęć, która momentami całkiem nieźle żre i zsyła sporo mrocznej aury. Niestety zbyt duży wachlarz inspiracji, jak na mój gust, totalnie rozmywa ten materiał. Nie wiem, czy połączenie złowrogich riffów, subtelnych zagrywek, wikińskiej atmosfery w stylu Bathory i epickich harmonii w tym przypadku jest do końca spójne. Słuchając tego krążka, tak naprawdę musiałem się chwilami zastanowić z czym w ogóle mam do czynienia. Czy z mizantropijną norweszczyzną, czy z pogańskimi bujankami, czy może z francusko brzmiącym modernizmem. Via Doloris, korzystając z dorobku nordyckiego i nie tylko, black metalu, upchnął na „Guerra et Paix” sporą ilość zabiegów, które pozwoliły stworzyć dzieło, zbudowane na kontrastach. Niektóre z umieszczonych tu rozwiązań robią wrażenie, aby za chwilę spowodować, pojawienie się nad głową znaku zapytania. Trochę mroku, odrobina introspekcji, momentami agresywnie, momentami sentymentalnie. Jak dla mnie zbyt duży miszmasz, ale sprawdźcie, nie zaszkodzi i może wam się bardziej spodoba.

shub niggurath



Via Doloris to projekt pomysłu Gildasa Le Pape, Francuza, który to swego czasu uzupełniał skład koncertowy Satyricon. Facet na co dzień zaangażowany jest muzycznie bardziej w jazz, ale widać ciągnęło wilka do lasu, bowiem postanowił podłubać gdzieś na boku, i wydać swoje osobiste blackmetalowe opus magnum. No cóż, takie historie często mnie śmieszą, ale w tym przypadku wyszedł facetowi naprawdę solidny krążek. Dość zróżnicowany, i na pewno nie nudny. Co prawda, i wspomnę o tym już na samym początku, brzmieniowo zdecydowanie bliżej tutaj do mainstreamu niż do piwnicy, bo wszystko jest mocno wygładzone, a poszczególne instrumenty solennie wyeksponowane, ale nagrania te nie są raczej skierowane do mieszkańców najgłębszego undergroundu. A że ja też czasem lubię z nory łeb wyściubić i posłuchać czegoś bardziej „przystępnego”, to sobie z „Guerre et Paix” (po naszemu „Wojna i Pokój”) kilka okrążeń zrobiłem. Jak już przetłumaczyłem tytuł na nasze, to wspomnę jeszcze, że teksty na tym krążku napisane są w trzech językach, po francusku, angielsku i norwesku. Na pewno nie brak tutaj ciekawych kompozycji, i to o bardzo szerokim spektrum. Jest na przykład mocno Satyriconowy otwieracz pod postacią „Communion” (w sumie chyba najlepszy numer na płycie, bo najagresywniejszy), jest zdecydowanie wolniejszy, zawierający kapkę folkowych dodatków „Omnipresents”, marszowy „Ultime Tourment”, w którym chwilami nieco zajeżdża Bathory (choć nie tylko tu), czy bardziej melodyjny, też na folkową nutę, dwuczęściowy „Visdommens Vei I / II”. Słychać, że facet talent do aranżacji ma, bo próżno szukać w tych siedmiu numerach mielizn. Zwłaszcza pod względem instrumentalnym, co oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż Francuza przy pracy wspomógł sam Frost. No i bębny tutaj to czyste złoto, a Norwegowi należą się osobne oklaski. Jeśli lubicie współczesny black metal pokroju Enslaved, Moonsorrow czy przede wszystkim Satyricon, i chcecie sprawdzić, czy były gitarnik tych ostatnich solowo daje radę, to premiera „Guerre et Paix” już niedługo. Natomiast ortodoksi mogą sobie odpuścić, bo dla nich będzie tu za sterylnie, za tanecznie, i zbyt komercyjnie.

- jesusatan

Recenzja Dionysiaque „La Tourbe Des Reves”

 

Dionysiaque

La Tourbe Des Reves

I, Voidhanger Records (2026)

 


Jakoś debiutancki album Francuzów, choć wydany w barwach lubianej przeze mnie I, Voidhanger Records mnie ominął. Podchodząc do odsłuchu nadchodzącego wydawnictwa zatytułowanego „La Tourbe Des Reves” spodziewałem się okołoblackowej awangardy do której włoski label nas przyzwyczaił. Jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałem kilka pierwszych minut tego wydawnictwa. Klasyczny doom metal, lekko skąpany w awangardzie odrobinie bardziej wyrafinowanych aranżacji skutecznie przykuł moją uwagę na dłużej. Tego typu granie to nie jest kompletnie mój target, ale muzycy Dionysiaque za sprawą tego wydawnictwa zrobili mi całkiem spore kuku. Zacznę od kwestii, które mnie najbardziej zachwyciła – brzmienie. Potężne, organiczne, masywne, brudne. Zupełnie jakby wyjęte z lat 80., z tym tłustym, pełnym i analogowym brzmieniem gitary wspaniale dudniącą perkusją. Tak się teraz nie nagrywa i dawno już  nie miałem takiego jawdropa jeśli chodzi o aspekt realizatorski. Na szczęście warstwa muzyczna idzie również w parze z produkcją. Punkt wyjścia w postaci Candlemass czy nawet Solitude Aeturnus skutecznie przeprawia nas przez heavymetalową klasykę (skojarzenia z ich kamratami z ADX są tu jak najbardziej na miejscu), po okazjonalne wygibasy i ambitne wkrętki, zwłaszcza zauważalne w pracy sekcji rytmicznej. Wisienką na torcie są wokalizy – bardzo teatralne, balansujące gdzieś na pograniczu pastiszu i opery, nasuwające bardzo mocne skojarzenia Garmem z czasów jego współpracy z Arcturus. Jest to element, które na pewno będzie budził skrajne emocje i nijakość na pewno jest ostatnim słowem, którym owe wokalizy można określić. Sześć kompozycji tu zamieszczonych wciąga, intryguje i frapuje. Nie jest to bezkształtna masa. Ba, w katalogu włoskiej wytwórni może to być jedna z najbardziej poukładanych, „piosenkowych” i zapadających w pamięć płyt, co należy uznać za bardzo duży atut. Francuska ekipa to grupa naprawdę dobrych, świadomych i zdolnych kompozytorów, a „La Tourbe Des Reves” tylko to potwierdza. Bardzo możliwe, że jest to jedna z najlepszych pozycji w ich bardzo obszernym portfolio. Ja kurewsko mocno polecam ten album.

                         Harlequin




wtorek, 3 marca 2026

Recenzja Belith „Hounds of Hell”

 

Belith

„Hounds of Hell”

Godz ov War 2026

Oho! Chyba Pan Grzegorz wziął się na serio za panienki. Bo chwilę temu była Visteria, ale widać jedna dziewoja to za mało, bo teraz mamy Belith. A tu muzykantek jest aż trzy! No cóż, jak to się mówi, głowa siwieje, dupa szaleje. Ale żarty na bok, bo znów ktoś o mnie napiszę, że jestem knurem i wszystko kojarzy mi się z jednym. Belith, jak już wspomniałem, tworzą trzy dziewczyny. Nie napiszę, że obsługujące wszystkie instrumenty, bo: patrz wyżej. No ale gitara, bas i perkusja to działka płci piękniejszej, a jedynym rodzynkiem w całym towarzystwie jest piosenkarz Andrzej. „Hounds of Hell” to debiutancka EP-ka zespołu, zawierająca poczerniały thrash metal. O ile przy pierwszym odsłuchu nieco ziewnąłem, to już przy drugim podejściu (dałem im szansę, w końcu to tylko czternaście minut), i następnych, nagrania te zaczęły u mnie nieco rosnąć. Taki stan rzeczy wyniknął prawdopodobnie z tego, że po łatce „black / thrash” oczekiwałem jednak zdecydowanie większego pierdolnięcia. I w żadnym stopniu zdania tutaj nie zmieniam, bo faktycznie, o rasowe zrywy w niektórych momentach aż się prosi. Możliwe, że to kwestia umiejętności, i dziewczyny się jeszcze rozkręcą, bo potencjał, mimo wszystko, na ich debiucie słychać. Przejawia się on zwłaszcza w niebanalnych melodiach, może będących takim lekkim policzkiem zamiast ciosem zaciśniętą pięścią w twarz, ale niezaprzeczalnie nawiązujących do klasyki metalowego grania. Poza tym, nawet gdybym chciał się na siłę przypierdalać, to tutaj naprawdę nie ma riffów upchniętych na siłę, na zasadzie „przeczekalni”. Całość jest bardzo spójna i poukładana. A że bliżej Belith do Hellripper niż do Sodom czy Kreator, to… może właśnie tak miało być. Tym bardziej, że wokale dopasowują się do całości, i o Andrzeju na pewno nie można powiedzieć, że zjada żyletki na śniadanie, choć krzyczeć potrafi. Brzmieniowo marudzić nie można, ale biorąc pod uwagę, że przy nagraniach pomagał Eryk Kula, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Summa summarum „Hounds of Hell” jest przyzwoitym pierwszym krokiem, i chętnie sprawdzę, czy dziewczyny będą dalej grały nieco zachowawczo, czy jednak się rozpędzą. Drugi materiał powinien dać odpowiedź, czy z tej mąki będzie chleb, czy ostatecznie wyjdzie zakalec.

- jesusatan