niedziela, 24 maja 2026

Recenzja Black Cilice „Votive Fire”

 

Black Cilice

„Votive Fire”

Iron Bonehead 2026

Mimo iż Black Cilice to nazwa znana w blackmetalowy półświatku, bo projekt ten obecny jest na scenie już niemal dwie dekady, i systematycznie wypluwa nowe nagrania, to jakoś nigdy nie miałem okazji uzewnętrznić się na jego temat. Niech więc okazją na to będzie nowy, siódmy już w dorobku Portugalczyka krążek. Można powiedzieć, że Black Cilice to taki Cannibal Corpse minimalistycznego black metalu. Tworzy w kółko to samo, z kosmetycznymi zmianami, a zainteresowani i tak łykają nowe wydawnictwa bez zadawania zbędnych pytań. Tym, którzy jeszcze jednak nigdy z nazwą się nie spotkali, podpowiem, że twór ten nagrywa garażowe bzyczenie, połączone z dudnieniem i wokalami „zza ściany”, czasem dorzuca jakieś drobne ozdobniki klawiszowe, choć bardziej w stylu dungeon synth niż, dajmy na to Emperorowe, nie bawi się chyba zbytnie w miksy i masteringi, bo musi być surowo. No, tak po prawdzie, to tym razem chyba chwilkę się pobawił, bo „Votive Fire” nie brzmi aż tak chujowo jak niektóre z poprzednich płyt, i basu tu jakby więcej, co nie zmienia jednak faktu, że produkcja jest tu na bardzo oszczędnym poziomie. No cóż, tak muzyk widzi black metal, tak sobie założył, że może być nieco bardziej współczesnym Darkthrone, i tak sukcesywnie czyni. Czy ja się na to łapię? Tak jak jestem ogromnym fanem surowego black metalu, tak Black Cilice do mnie w ogóle nie przemawia. Dlaczego? Po pierwsze, sam sound projektu stoi nieco za linią, której się przekraczać nie powinno (aczkolwiek z tymi nowymi nagraniami to muzyk stoi dosłownie NA niej, więc może następnym razem uda się przejść na stronę „słuchalną”). Bo ja lubię jak coś mi gra, nawet jeśli klekocze jak rozjebana pralka, ale nie jednolicie bzyczy. I po drugie, Black Cilice jest kurewsko powtarzalny. W zasadzie można mieć na półce jedną płytę w ramach ciekawostki, a resztę sobie odpuścić. Na nowym niby też idzie minimalnie ku lepszemu w tym obszarze, bo melodii tu jakby kapkę więcej (acz głównie w tych syntezatorach niż na gitarach), ale to jeszcze nie jest coś, co by mnie kupiło. No i pod względem tempa jest raczej standardowo szybko na jedno kopyto. Fanów muzyka jak najbardziej rozumiem. Oni po raz kolejny będą zachwyceni, bo prawdopodobnie nadają na tych samych falach co sam kompozytor. Niemaniacy nagrań podziemnych mogą sobie natomiast znów odpuścić. Mi dwa odsłuchy też wystarczą, nawet jeśli to najlepsze Black Cilice jakie słyszałem.

- jesusatan




Recenzja Hekatomb „Apokrypha Archives vol.1 & 2”

 

Hekatomb

„Apokrypha Archives vol.1 & 2”

Independent 2026

Wydany nieco ponad dwa lata temu debiutancki album Hekatomb „Kotosta” bardzo mocno mną pozamiatał, a chłopaki otworzyli nim z kopa drzwi do najwyższej klasy krajowego black metalu, i to z wyraźnymi aspiracjami na szybką podróż w kierunku czuba tabeli. Bardzo mocno zastanawiałem się zatem, jaki będzie kolejny krok zespołu, a przede wszystkim, czy podołają bardzo wysoko postawionym przeze mnie, wymaganiom. Kiedy zobaczyłem, że oto z początkiem maja ukazały się dwie EP-ki, pod wspólnym tytułem „Apokrypha Archives”, trwające łącznie ponad pięćdziesiąt minut, zastanawiałem się, dlaczego nagrania te nie zostały wydane jako drugi pełen album. Odpowiedź poznałem jak tylko płyty do mnie dotarły, a ja zapoznałem się z ich zawartością. Otóż obie części „Apokryficznych Archiwów” są od siebie, przynajmniej od względem muzycznym, zupełnie różne. Część pierwsza zawiera coś, czego nigdy nim się po zespole nie spodziewał. Są to trzy kompozycje, z których dwie pierwsze to… mroczny, wręcz apokaliptyczny ambient, z niewielkim dodatkiem industrial i dosłownie kilkoma akordami blackmetalowymi. Sam podkład tego, co przewija się w tle, jest hipnotycznie monotonny, wciągający niczym czarna dziura, niemalże odurzający. Doskonale pasuje to zresztą do konceptu i warstwy „tekstowej”. Celowo w cudzysłowie, bowiem nie mamy tu typowych wokali, a wycinki z filmów Marshalla Applewhite’a, oraz ostatniego kazania Jima Jones’a, przywódcy sekty Świątynia Ludu. Cały koncept spina się tu idealnie, bo zanurzając się w tych kompozycjach faktycznie można popaść w stan umysłu towarzyszący religijnemu obłędowi. Zresztą, jeśli o tym wspominam, to od razu napomknę, że po raz kolejny Hekatomb odpowiednio zadbali o oprawę graficzną swojego wydawnictwa. Tutaj nie ma elementów przypadkowych, jestem pełen podziwu. Trzeci numer na pierwszej EP-ce to cover, albo raczej interpretacja własna piosenki Davida Koresha „The Book of Daniel”. Zgadza się w niej w zasadzie wyłącznie tekst, śpiewany czystym głosem, bo muzycy czterominutowy utwór rozwinęli do minut niemal piętnastu. Jaką ma on uzależniającą moc, doświadczy każdy, kto go posłucha. Część druga „Apokryfów” to już klasyczny, surowy, kurewsko zimny black metal. Ponownie dostajemy trzy kompozycje, oparte na drugofalowych, najlepszych wzorcach z Darkthrone i Burzum na czele. Nawet nie tylko oparte, co dosłownie im dorównujące. Jedyna różnica między znanymi wszem i wobec kamieniami milowymi gatunku w postaci „Panzerfaust” czy „Aske” jest taka, że Hekatomb zagrali je ponad trzy dekady później. Pod względem jakości różnic nie zauważam, i mówię to będąc w pełni władz umysłowych (choć po doświadczeniach z „Vol.1” sam już do końca nie jestem niczego pewien). Nie tylko te utwory stanowią definicję surowego black metalu (tak surowo Hekatomb jeszcze nie grali), ale jak brzmią! Można się dosłownie posrać z radości. „Sunless Journey” to dowód, że aby skomponować zabójczy numer nie trzeba montować go z kilkunastu riffów, bo wystarczą góra trzy. „Borea’s Lament” z kolei, podszyty punkowym sznytem, mógłby być zagubionym kawałkiem Darkthrone z najlepszych lat. W najdłuższym, bo dziesięciominutowym „Prayer of the Silent Ones” przebija się z kolei nieśmiertelny duch Bathory. Jednocześnie, mino wspomnianej surowości, nie brak tu odrobiny „klimatu”. A jeśli zastanawiacie się, czy „Where Cold Winds Blow” to tytuł wyjęty „z dupy”, to wyjaśnię, że w trakcie „Vol.2” ów wiatr cały czas faktycznie słychać w tle (nie będę się zatem znów rozpisywał o spójności muzyki z tekstami i obrazem). Podsumowując zatem… Hekatomb zeszli na chwilę ze swojej głównej ścieżki, ale przy okazji wyznaczyli kolejne dwie. Obie niesamowicie mroczne i wypełnione po brzegi czystym złem. Nie wiem czy nie foruję wyroków zbyt wcześnie, ale według mnie „Apokrypha Archives” to najpoważniejszy kandydat do wydawnictwa roku w Polsce, i bardzo silny kandydat do czołówki podsumowań globalnych. Czuję się jak rozdeptany robak. Absolutnie fenomenalny materiał!

- jesusatan


https://hekatomb.bandcamp.com/music

sobota, 23 maja 2026

Recenzja Ysigim „Ain Soph Or”

 

Ysigim

„Ain Soph Or”

Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)

Na przestrzeni ostatnich lat wiele razy wyrażałem swoją opinię na temat wykopywanych z przeszłości, rzekomych “diamentów”. Niektóre faktycznie zasługiwały na takie miano, jednak większość było zwykłymi przeciętniakami, wciskanymi publice na siłę przy pomocy wyniosłych haseł. Warszawski Ysigim, w chwili kiedy wydawał debiutancki album, tez wydawał mi się średniakiem. Może dlatego, że wówczas nie ogarniałem ich twórczości, tudzież wydawała mi się ona zbyt… „dziwna”. Dopiero po latach dotarłem do jej rdzenia, płacąc zresztą niemałe pieniądze za CD „Whispers”, wydany  przez Wild Rags.  Zacznijmy od tego, iż „Ain Soph Or” określany jest jako pierwszy polski funeral doom. Jeśli to jest funeral doom, to ja jestem Matka Teresa. Ta muzyka może i ma coś wspólnego w rzeczonym gatunkiem, ale według mnie stoi od niego w sporej odległości. A na pewno jest nietypowa. Od czego by tu zacząć… Może od tego, że materiał ten jest bardzo mozolny, dziś można by powiedzieć, że dronowy. Akcja toczy się tu niespecjalnie wartko, można wręcz powiedzieć, że jest niczym gęsta zawiesina, sącząca się przez małżowiny słuchacza. Słowo „zawiesina” nie jest tu  bezpodstawne, bowiem brzmienie tych nagrań stanowić może dla współczesnego słuchacza barierę nie do przebicia. Wyobraźcie sobie buczący bas, ogarniający was ze wszystkich stron, a dopiero za jego kotarą przebijające się powolne riffy, często zapętlone, schizoidalne, narkotyczne, w towarzystwie natrętnych jęków, rodem ze szpitala dla obłąkanych, albo z najgłębszej komnaty piekła, i charczącego, zupełnie nieczytelnego wokalu. To tylko w przypadku kompozycji bardziej „metalowych”, bo jako interludia pojawiają się tu przerywniki czysto instrumentalne, ambientowe, nie mniej mroczne i tajemnicze niż cała reszta. Z perspektywy czasu mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że Ysigim wyprzedzili swój czas, nagrywając coś, co po latach rozwinęło się pod pojęciem drone / doom. I to też nie do końca, bo tak naprawdę nikt potem nie zagrał niczego podobnego do „Ain Soph Or”. To naprawdę fantastyczny album, jedyny w swoim rodzaju, i tylko żal, że w chwili premiery przeszedł, przynajmniej nad Wisłą, niemal niezauważony. Pewnie i dziś nie każdy go ogarnie, bo, jak wspomniałem, nie jest to materiał łatwy. Ale jak już wejdzie, to potrafi autentycznie przewartościować system wartości. I  faktycznie jest diamentem z przeszłości. Cieszę się ogromnie, że Black Flame Rebellion zdecydowali się na to wznowienie. Ja swoją kopię zamówiłem chwilę po premierze. Czyńcie zatem na podobieństwo moje, dobrze wam radzę.

- jesusatan




Recenzja Astriferous „Atavistic Unraveling”

 

Astriferous

„Atavistic Unraveling”

Pulverised Records (2026)

 


Do tej pory uważałem Astriferous za jeden z bardziej intrygujących, młodych bandów z kręgu nowego, starego metalu śmierci. Choć nie był nigdy to zespół z absolutnego topu to odnajdywałem w jego twórczości ten metafizyczny, niedopowiedziany pierwiastek, który trochę budował aurę wokół tych klasycznie deathmetalowych, osadzonych gdzieś na pograniczu Morbid Angel a Timeghoul dźwięków. Tym bardziej bolesne i irytujące jest, gdy tego typu zespołu nagrywają najbardziej oczywiste rzeczy, nie podejmują ryzyka, a finalnie wychodzi spierdolina. „Atavistic Unraveling” może spierdoliną nie jest, ale srogim rozczarowaniem owszem. Wszystkie elementy, które do tej pory uważałem za atuty tej grupy zniknęły. Został jedynie szary, morbidowy, przeciętny do bólu i pozbawiony iskry bożej death metal, którego na rynku pełno. Wszystkie wyróżniki, które cechowały muzykę Kostarykańczyków zniknęły. Nie ma oniryzm, nie ma niedopowiedzeń, nie ma tego podskórnego kosmosu, który gdzieś krążył i na minialbumach i na debiucie. Ostał się jedynie death metal i to w tym bardzo generycznym, wypłowiałym wydaniu. Owszem, doszukacie się tutaj inspiracji ekipą Treya i kilkoma innymi kapelami z amerykańskiego podwórka, jest to nienagannie zagrane, ale co z tego, skoro to w ogóle nie klika. Jest to zdecydowanie najsłabsza propozycja o muzyków zaangażowanych w tak niebanalne projekty jak Voidstar Nocturnal, Bloodsaked Necrovoid czy Corpse Garden należy oczekiwać jakości. Tutaj chyba po raz pierwszy jej nie słyszę. „Atavstic Unraveling” to album nudny, mdły i pozbawiony błysku. Nie pomaga też produkcja - pozbawiona przestrzeni, płaska, nie oddychająca. Źle się tego słucha, serio. Szkoda, bo w tym przypadku to nie tylko żółta, ale i czerwona lampka się świeci i jeśli pójdą tą droga dalej to kolejny album może być ostatnim od Astriferous, który przesłucham.

                                                                                                                Harlequin


https://pulverised.bandcamp.com/album/atavistic-unraveling

piątek, 22 maja 2026

Recenzja Vomito Mortuorio „Dentro del Sarcofago”

 

Vomito Mortuorio

„Dentro del Sarcofago”

Necroscope Blasphemia 2026

Jeśli zespół nazywa się Pośmiertne Wymioty, a w tytule debiutu ma „Sarcofago”, to już na starcie ma u mnie wielkiego plusa. Jak jeszcze pochodzi z Salwadoru, to zyskuje dodatkowo, bo wiadomo że tamte zakątki świata niejednokrotnie rodzą metal śmierci najwyższej jakości, a scenę tworzą prawdziwi maniacy. No a jak za wydaniem albumu stoi człowiek, który wspomniane rewiry zna jak własną kieszeń, to staje się oczywistym, że ten materiał trafi w moje gusta. Vomito Mortuorio to tak naprawdę nie zespół, a jednoosobowy projekt, za którym kryje się człowiek maczający paluchy w kilku innych składach, z których chyba najbardziej znanym jest Morbid Stench. „Dentro del Sarcofago” to prosty death metal (nie mylić jednak proszę z „prymitywny”). Płyta trwa nieco ponad pół godziny i zawiera siedem kompozycji. Można powiedzieć, że to materiał na wskroś klasyczny, bo zawiera starą, sprawdzoną formułę bez najmniejszych udziwnień. Wydźwięk tych nagrań jest zdecydowanie bardziej północno niż środkowoamerykański, częściowo czerpiący też ze szwedzkiej spuścizny. Przeważają tutaj siermiężne akordy, bardziej w rodzaju buldożera, niszczącego wszystko na swojej drodze siłą, niż taktycznie zaplanowanego ataku. Tym bardziej, że o wszelkich solówkach, technicznych popisach czy łamańcach gitarowych możecie zapomnieć. Vomito Mortuorio prze do celu po najprostszej linii. Co prawda nie spieszy się za bardzo, bo na płycie przeważają tempa średnie, lub nieznacznie przyspieszone, podbijane raczej mało złożonymi rytmami perkusyjnymi. Wokalnie też jest bez udziwnień, growl w kilku odcieniach, z których przeważa ten najbardziej standardowy. Trochę mi się to granie chwilami kojarzy z wszelkimi projektami Roggi Johanssona, z tą zasadniczą różnicą, że nie wszystko jest tu na jedno kopyto. Ponadto miejscami pojawiają się słyszalne fragmenty inspirowane Incantation czy Broken Hope. Mimo iż podobnych płyt ukazuje się na rynku całkiem sporo, mam spory sentyment do tworów tak oldskulowo traktujących metal śmierci (jak by nie patrzeć, mój ulubiony gatunek). Dlatego pan Cefiro de Muerte dostaje ode mnie certyfikat jakości, a jego płytę mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, komu ze śmiercią do twarzy. Dobry album.

- jesusatan




Recenzja Desolus „Dwellers of the Twilight Void”

 

Desolus

„Dwellers of the Twilight Void”

Hells Headbangers 2026

Niedawno, bo piętnastego maja, swoją drugą płytę wydali amerykańscy specjaliści od niemieckiego thrashu. Panowie kontynuują na nim swoje szaleństwo, z którego wieje Kreatorem i momentami innym Exumerem. Dziesięć numerów, które hołdują batożeniu w stylu lat osiemdziesiątych. Ostre gitary, dźwięczny bas, naturalnie brzmiąca perkusja i warczące wokalizy, które przechodzą w piskliwe wrzaski. Klasyka na całego, która może być posądzona o kopiowanie, ale to byłby błąd, bo Desolus wiele rzeczy robi na swoją modłę. Zwłaszcza w średnich tempach potrafi nieźle zapętlić i poczęstować krótką solówką na basie lub uderzyć w mroczne i nieprzyjazne rejony, zsyłając diabelskimi akordami trochę czarnej magii. To intensywny thrash, który nieustannie zmienia swoje tempo, płynnie przechodząc z jednego w drugie. Podobnie jest z riffami, które lecą bez wysiłku i tak też zmieniają kierunek. Momentami jest tutaj trochę szybciej niż na poprzednim krążku, ponieważ Amerykanie okresowo uderzają silnie i z niezwykłą prędkością, ocierając się o rejony speed metalowe, przypominając wtedy Slayer z pierwszych dwóch albumów. To totalnie nic oryginalnego, lecz dobrze znanego. Nic w tym złego, bo skomponowane jest z jajem i zagrane z lekkością. Tradycyjny thrash o odpowiednio naostrzonych kłach i pazurach, którymi robi niemałe kuku. Desolus nie oglądając się na współczesne trendy, nakurwia siarczyście i wprost, zgodnie z zasadami klasycznego podejścia do thrash metalu, którego słuchanie powinno zadawać ból i oblepiać brudem. W przypadku tego kwartetu jest też wartość dodana w postaci satanicznego podtekstu, co niewątpliwe nadaje „Dwellers of the Twilight Void” mocy wyrazu. Polecam. Solidny i spuszczający tęgie lanie materiał.

shub niggurath




czwartek, 21 maja 2026

Recenzja Mirror of the Void “The Torments of Enslavement by One's Self”

 

Mirror of the Void

“The Torments of Enslavement by One's Self”

Lower Silesian Stronghold 2026

Kurcze, kolejna EP-ka? Szczerze mówiąc, to liczyłem na drugiego pełniaka, bo Mirror of the Void bardzo szybko stał się jednym z tworów, którego muzyki wyczekuję z wielką niecierpliwością. Głównie dlatego, że ich black metal bardzo zgrabnie wpisuje się w pojęcie eksperymentu, a jednocześnie nie jest tworem ani hipsterskim, ani przesadnie przekombinowanym. Dziwnym! To już prędzej. Absorbującym, pokręconym, objechanym – jak najbardziej. „The Torments of Enslavement of One’s Self” jest jakby kontynuacją pomysłów z „Ephemeral Mirage”. To nadal nieszablonowa mozaika klasycznego black metalu z okresu drugiej fali z… narkotykami i przestrzenią pozaziemską. Tak to chyba najłatwiej określić. Nowe wydawnictwo to, podobnie jak poprzednie, cztery kompozycje. I tu od razu zaznaczę, iż cieszy mnie fakt, że panowie wsłuchali się w mój postulat, podtrzymując tradycję i śpiewając, w tym przypadku aż dwa utwory po naszemu. Tym razem, mimo iż wokalom Nacheshetriona nic nie brakuje, bo są szorstkie i opętane jak zawsze, zdaje mi się, że nieco utonęły one w miksie. Chyba że taki był zamysł twórców, aby wybrzmiewały niczym z nie do końca otwartego portalu prowadzącego w inny wymiar. Zresztą same aranże są tutaj mocno kosmiczne. Poza surowym black metalem, sporo w nich industrialu i elektroniki (acz przyznać trzeba, że raczej w minimalistycznym wydaniu). Podobnie jak w przypadku wspomnianej „Ephemeral Mirage” nowe kompozycje najsilniej kojarzą mi się chyba z Yerusalem. Głównie przez często goszczący na nich mechaniczny beat i wspomniane syntezatorowe efekty. Co do owego beatu, to zastanawiam się, co w składzie zespołu robi Diabolizer. W sensie – gra, czy programuje, bo partie perkusji brzmią na tych nagraniach bardzo mechanicznie, zupełnie jak automat. Przez chwilę też przyszło mi na myśl porównanie do Mysticum, lecz w przypadku Mirror of the Void byłaby to wersja zdecydowanie bardziej uboższa i z cztery razy wolniejsza. Choć tytuł „Black Magic Mushrooms” pasowałby jako opis twórczości naszych rodaków niemal idealnie. Można gdybać, porównywać, ale jedno jest niepodważalnym faktem. Mirror of the Void wykreowali swoje własne, rozpoznawalne oblicze. Oblicze, które mi się cholernie podoba, i na pewno jest pewną odmiennością na współczesnej scenie blackmetalowej, nie tylko w naszym kraju. Bardzo mocno polecam, zwłaszcza tym, którzy zespołu jeszcze nie mieli okazji poznać.

- jesusatan