wtorek, 7 lipca 2026

A review of Witching Hour “Past Midnight”

 

Witching Hour

“Past Midnight”

Dying Victims Prod. 2026

 


This is already the fourth album by this German trio, which traces its origins back to the year two thousand and six. At least physically, because mentally, these guys are still stuck in the ’80s. I don’t know, maybe they travelled to our times in some kind of time machine, or, like Godfryd Amaury de Malfête and his squire, they drank a magic potion, because neither their appearance nor the music they create fits in with the present day at all. “Past Midnight” is thirty-five minutes of old-school thrash/speed metal, with vocals that are only slightly more aggressive than was typical for that era. No growls or other black-metal-style screams, though, just stronger, more hoarse singing. In terms of arrangement, this is pure classic. Not a single deviation from the formula adhered to by such dinosaurs as Desester, Destruction, or Sodom. And it’s no coincidence that I’m mentioning only bands from across our western border, because “Made in Witching Hour” metal is thoroughly Teutonic  in their thoughts and in their words, in what they have done and in what they have failed to do. Razor-sharp melodies, usually played at a brisk pace, uncomplicated drum lines, harsh vocals, and that headbang-inducing groove. All wrapped up in an analog sound, complete with the appropriate logo and cover art. Asking about originality? You’ve got to be kidding! Asking what sets Witching Hour apart from the hundreds of other bands playing retro metal? Nothing in particular, at least from a technical standpoint. Compositionally, it’s also just decent. So who should this album be aimed at? Old-school fanatics, preferably with teased hair, who wear denim jackets adorned with patches and white Adidas sneakers. On the other hand, I haven’t had long hair for ages, and I’ve never worn white trainers, yet I still like this album a lot. Because it’s joyful music, totally sincere and non-commercial (only an idiot would expect to make money off this kind of music today). And it’s precisely for that sincerity and consistency that the Germans get a huge thumbs-up from me. You guys should check them out, especially if you haven’t had the chance yet.

- jesusatan




Recenzja Inferno „The Anthropic Sophisms (On the Heights of Despair)”

 

Inferno

„The Anthropic Sophisms (On the Heights of Despair)”

Debemur Morti Productions 2026

Ci Czesi tworzą już od 1995 roku, ale jak dotąd i dziwnym trafem nigdy się z nimi nie spotkałem. Podobno mają ugruntowaną pozycję na czeskiej (i nie tylko) scenie więc postanowiłem sprawdzić ich najnowszy, dziewiąty już album, skoro zjawił się w mojej skrzynce pocztowej. To długie, cztery kompozycje, które łącznie trwają czterdzieści minut i zalewają słuchacza szumem kosmosu. Kosmosu, który w żadnym aspekcie nie jest przyjazny człowiekowi. Może on bowiem jedynie, biernie się przyglądać temu, co dla niego przygotował i to, czy dostosuje się do zmian, sił natury już nie interesuje. Tak też jest z tą płytą, bo albo zatopicie się w jej dźwiękach, albo was zniszczą i wyrzucicie ją za okno. To atonalny i dysharmonijny pochód, z którego nie wyłaniają się żadne melodie. To gęsta ciecz, która sączy się z mozołem, choć potrafi także pozwolić sobie na dzikie i chaotyczne wybryki w postaci furiackich przyspieszeń, zalewających uszy kakofonią nieokrzesanych uderzeń. Poza tymi chwilami, Inferno płynnie i w średnim tempie przypuszcza na nas instrumentalny atak, który dusi i przytłacza z każdym uderzeniem w struny, bębny czy klawisze syntezatorów. To kłębiąca się i pulsująca materia, która tańczy i otępia zmysły na całego. Hipnotyzuje i wpędza w trans, przenosząc do niezrozumiałego i pełnego grozy świata. To dysonansowy black metal, który częstuje swymi narastającymi akordami, nie pytając czy nam smakuje. Wlewa się bezpardonowo każdym otworem ciała i porem skóry, zatruwając organizm panicznym lękiem. Muzyka zimna, odrealniona i lepka od nieprzychylności. Tworząca wrogo nastawiony pomruk wszechświata, który wypełniony jest pełzającymi niuansami. Dla fanów Blut aus Nord czy Deathspell Omega jak znalazł.

shub niggurath




Recenzja Sallow Moth „Hydrophilous Brood”

 

Sallow Moth

„Hydrophilous Brood”

Willowtip (2026)

 


Jeszcze nie minął rok od wydanego w ubiegłym roku „Mossbane Lantern”, a teksański duet Sallow Moth atakuje z nowym, czwartym już pełniakiem. Do tej pory trochę traktowałem ten band z przymrużeniem oka, bo choć prezentował wysoki poziom instrumentalny, to kompozytorsko było tam więcej kunktatorstwa i chaosu niż wartościowej muzyki. „Hydrophilous Brood” na całe szczęście jest krokiem naprzód i to we właściwym kierunku. Jeżeli cenicie sobie wydawnictwa Afterbirth lub waszą uwagę zwrócił nowojorski projekt Sarmat, to nowy album Sallow Moth może być tworem, którym warto by się zainteresować. Słychać tutaj, że duet panów nasłuchał się mocno ich kolegów z wytwórni i bardziej ukierunkował swoją muzykę na – nazwijmy to dla celów szufladkowych – progresywny, nieco futurystyczny brutal death. Warsztatowo członkowie Sallow Moth już wcześniej prezentowali wysokie umiejętności instrumentalne, ale chyba po raz pierwszy tak realnie próbowali okiełznać kompozytorski bałagan, który towarzyszył im na wcześniejszych albumach. Efekt jest mieszany – raz to udaje się lepiej, raz gorzej, ale po raz pierwszy słyszę w ich graniu jakąś myśl przewodnią, koncept i estetykę, której starają się trzymać. Działa to mocno in plus, bo w tych kawałkach dzieje się dużo i niejednokrotnie są to motywy, które zostają w głowie na dłużej. Gorzej dwóm panom wychodzi niestety przechodzenie z motywu w motyw, tu pojawia się dużo więcej niespójności, czegoś co burzy całkiem nieźle budowany flow, a kolejne frazy bywają zbyt mocno oderwane od siebie nie tworząc harmonijnej całości. Do kompozytorskiej maestrii Afterbirth jest tu bardzo daleko, do technicznych odlotów Sarmat też, ale „Hydrophilous Brood” i tak prezentuje ponadprzeciętny poziom i potencjał, który chyba jeszcze nie został w pełni wykorzystany i oszlifowany. Nie zmienia to faktu, że ten album może się podobać i ma poro dobrego do zaoferowania. Osobiście nie kupiłbym tej płyty, ale szczerze zachęcam do posłuchania, bo jest tu na czym zawiesić ucho. Pytanie tylko, czy na etapie czwartego albumu nie należałoby od zespołu oczekiwać bardziej skrystalizowanej wizji tego, w którym kierunku rozwój zespołu ma podążać, bo choć dostaliśmy najbardziej konsekwentny stylistycznie album Sallow Moth, nie mam pewności, że na kolejnym krążku ten kurs zostanie utrzymany.

Harlequin




piątek, 3 lipca 2026

Recenzja Finsterforst „Still”

 

Finsterforst

„Still”

AOP Records 2026

 


Finsterforst pochodzi z Niemiec i muzykuje już od 2004 roku. Ten septet kilka płyt ma już na koncie, bo pięć, a „Still” to najnowsza, szósta ich płyta, która ukarze się pod koniec lipca. Teutoni tworzą folk-viking metal, tak przynajmniej określają ich źródła internetowe, ale to duże uproszczenie, ponieważ muzyka tego bandu korzysta z całej gamy gatunków metalowych. Obok elementów dla wymienionych wyżej form, spotkać tutaj można także sporo ponurej diabelszczyzny, doomowych przygnębień, epickich wzniosłości, post metalowych urozmaiceń oraz smutaśnej atmosferyczności. Nie wiem, jak było na poprzednich wydawnictwach tej grupy, ale na „Still” jest bardzo profesjonalnie i z rozmachem. To potężnie brzmiąca muzyka, która może zachwycić swoim monumentalizmem, różnorodnością i zmienną klimatycznością. Ciężkie, gniotące łojenie spotyka się tutaj z mrocznym bleczurem, a pomiędzy nie wchodzą wikińskie marsze i sentymentalne podniosłości, a całość niekiedy przerywają nastrojowe wtręty. Ta mieszanka akordów w zmiennych tempach płynie w towarzystwie syntezatorowych podkładów, które okresowo przechodzą we wręcz orkiestralne formy, gdzie użyto nawet takich instrumentów jak dudy czy akordeon. Materiał odznacza się gitarami, których mięsistość podbijają potężne bębny i dobrze słyszalny bas. Wszystkiemu towarzyszą (w zależności od momentu w jakim znajduje się muzyka) szorstkie i czyste wokalizy. Cóż, to dość ambitne dzieło wypełnione po brzegi różnorakim kostkowaniem i jego ozdobnikami, które powinno spodobać się wielbicielom viking-metalu. Tym bardziej, że „Still” to jego rozszerzona o inne wpływy wersja, które dopełniły efekt końcowy, a jest on godny podziwu. Niemniej jednak jest to krążek skierowany do wąskiego grona odbiorców, ale ci, którzy od czasu do czasu sięgają również po tego typu muzę z pewnością docenią najnowszą propozycję od Finsterforst.

shub niggurath




 

czwartek, 25 czerwca 2026

Recenzja Czerń / Burning Sky / Lwstndrds - Split

 

Czerń / Burning Sky / Lwstndrds

Split

Arcadian Industry 2026

 


No to jeszcze jedna recenzja przed wyjazdem na zasłużony urlop i coroczny reset od muzycznych spraw. Tym razem jest to split trzech krajowych przedstawicieli. Split o tyle ciekawy, że każdy z wchodzących w jego skład zespołów prezentuje granie nieco inne. Najpierw Czerń. Wejście na pełnym punku, klasyczny d-beat, i to nawet nie deathmetalowy, a taki typowy z irokezem. Death metal pojawia się chwilę później, i panowie galopują do w kierunku mety już bardziej w jego przybraniu. Filozofii tu nie ma, jest za to klasyka, oraz toporne zwolnienie w stylu Dying Fetus, które kruszy kości niczym… kruszarka do kości. Drugi numer tych panów jest zdecydowanie rychliwszy, ale też krótszy, a pod koniec pojawiają się w nim i bardziej śpiewne gitary, i motyw mocno hardcore’owy. Fajna mieszanka, idealna na koncerty. No i Czerń śpiewają po polsku, to tak dla uzupełnienia. Zmiana warty, i kolejne dwa numery w wykonaniu Burning Sky. To też śmierć metalowa załoga, tylko bardziej doświadczona, bo posiadająca na  koncie już cztery duże płyty. Tonaż tych kompozycji jest zdecydowanie większy, i zamiast punka, znajdziemy w nich więcej klasycznej Ameryki spod znaku Incantation czy Immolation, acz nie tylko. Lekki sznyt sludge’owy też da się wyczuć, a przy riffie w połowie „Surrounded by Fools” można nieźle się zamachnąć łbem. Nie mniej jednak w porównaniu do Czerni, jest to waga ciężka, nie półśrednia. Słychać, że Burning Sky doskonale znają klasykę i mają własne na nią spojrzenie. Połączenie bezwzględnej brutalności z miażdżącym ciężarem doskonale się w ich przypadku sprawdza. No i nie lada niedźwiedzi wokal posiada pan Kuba. Końcówka należy do kapeli, której nazwę nakreślił chyba kot przebiegający po klawiaturze. To duet z Zabrza, częstujący trzema kawałkami death metalu o słyszalnych zapędach w kierunku grind. Ale nie jest to typowy szablon, że szybko, wolniej, jeszcze szybciej, i darcie japy na całego. Goście troszkę główkują, bo zmiany tempa, owszem, są, ale nie od stempla. Poza tym jak jest zwolnienie, to robi się naprawdę duszno, bo jest ono zagrane z głową. A jak chwilami pojawi się element noise’owy czy industrialny, to nie dlatego, żeby w kategoryzacji pojawiło się dodatkowe słowo, tylko dlatego, że tam faktycznie pasuje i robi mały bałagan. Lwstndrds istnieją dekadę, i chyba właśnie takie małe wydawnictwa lubią najbardziej, bo pełniaka się jeszcze nie dorobili, za to EP-ek natłukli od cholery. Wnioskuję zatem, że wolą nagrywać na spontanie, niż planować i udoskonalać. I to chyba właśnie słychać tu najbardziej. No i fajnie. Ten split to bardzo wartościowa rzecz, bo za jednym zamachem można posłuchać sobie metalu śmierci zagranego na trzy różne sposoby, a całość nie zajmie nam więcej niż dwadzieścia minut. Plus wartość edukacyjna, bo zapewne nie każdy zna wszystkie trzy powyższe brygady. Warto sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Ad Finem Omnia „SenectusViae”

 

Ad Finem Omnia

„SenectusViae”

Purity Through Fire 2026

Poprzednia, debiutancka produkcja Ad Finem Omnia nie przypadła mi do gustu. Był to melodyjno-atmosferyczny black metal, który odznaczał się daleko posuniętą odtwórczością tego, co już kiedyś wielokrotnie miało miejsce. Sztampowa, nudna i trzeszcząca jak stara, styrana płyta, której znacie każdą sekundę jej trwania więc niczym was nie zaskoczy, a przy tym niosąca ze sobą diabelszczyznę o niskiej wadze gatunkowej. Niestety z „SenectusViae” jest podobnie, a nawet identycznie. No i siedzę sobie, słuchając najnowszego krążka tego Chilijskiego muzyka, i się zastanawiam. Zastanawiam się nad tym, ile ktoś jest w stanie posiadać na półce takich samych płyt i nie ważne jak bardzo lubi określony sposób na metal. Na ile trzeba mieć potrzebę, żeby zdecydować się na komponowanie tego typu black metalu, który w dodatku nie wykazuje zanadto takich cech jak sataniczność, mizantropijność, smutek czy złość. Nie zasnuwa swoim brzmieniem świata mrokiem i ponurością. Nie jest lodowaty i arogancki w tym, czy się on komuś podoba lub nie. Za to korzystając z utartych do bólu wzorców, leci sobie w zmiennych tempach, kreśląc melodyjne tremolo w towarzystwie dudniących bębnów, delikatnie wycofanego basu i harmonijnie charczących wokaliz, które miejscami przechodzą w podniosłe zaśpiewy. Klimatyczność posiada niczym z kreskówek i odpustowych jarmarków zatem poskakać i pomachać głową da się. Myślę, że wielbiciele albumów o niebieskich okładkach nie powinni się rozczarować, choć w tym przypadku rysuneczek jest szary. No i oczywiście, jeśli mają jeszcze miejsce na półce na kolejny element w dryfującym swobodnie planktonie, który w sumie odgrywa znaczącą rolę w ekosystemie. Cóż, Ad Finem Omnia pewnie też.

shub niggurath




środa, 24 czerwca 2026

Recenzja Starless Void “Mors Certa, Hora Incerta”

 

Starless Void

“Mors Certa, Hora Incerta”

Case-Studio 2026

Z twórczością Starless Void po raz pierwszy spotkałem się jakieś dwa lata temu, kiedy to zespół podesłał mi do odsłuchu debiutancką EP-kę. Potem panowie, i pani, wypuścili jeszcze drugą EP-kę i split, a dziś na mój stół trafiło pierwsze danie główne w postaci „Mors Certa, Hora Incerta” (tak fikuśnie do rymu). Album ten zawiera siedem kompozycji, i trwa niecałe trzydzieści pięć minut. Stylistycznej rewolty, w porównaniu z pierwszymi nagraniami, nie przynosi. Przynosi za to zauważalny postęp kompozytorski. Niby w gatunku sludge / doom prochu na nowo wymyśleć się nie da. Prawda to, jednak, podobnie jak, choćby przy kapelach grzebiących współcześnie w szwedzkim death metalu, sprawą kluczową jest tutaj zagranie muzyki z totalną szczerością i, mimo wszystko, polotem. A Starless Void, nawet jeśli mielą „ na jedno kopyto” (bo tempo się tutaj zbytnio nie zmienia), słucha się naprawdę z wielką przyjemnością. Jest w ich utworach to charakterystyczne bujanie, są ciężkie jak koparka akordy, hammondowe dodatki, i sporo narkotycznych oparów. Przy tej płytcie można chwilami poczuć się jak w zadymionym od dymu papierosowego obskurnym pubie, gdzie przy stolikach siedzą miejscowe lumpy i, spijając piwo, patrzą tylko komu przypierdolić, a na malutkiej scenie gra sobie kilkoro brodatych grubasów. Chłopakom ze Starless Void mięśnia piwnego co prawda jeszcze trochę brakuje, za to ich piosenkom na pewno nie brakuje, i uwaga, tutaj użyję zaskakującego słowa – przebojowości. Tak, niektóre refreny w zasadzie nucą się same, i za cholerę nie chcą wyjść z głowy. Pod tym względem chyba najbardziej wybijają się „Effigy of an Obliterated God” i, przede wszystkim, „Radioactivity Meter”. Co nie znaczy, że reszta płyty mocno od nich odstaje, bynajmniej. Materiał ten jest bardzo równy, spójny, i słucha się go od początku do końca bez najmniejszego ziewania. Bardzo dobre są na tym krążku wokale, zarówno te głębokie, growlujące, jak i żeńskie zaśpiewy w tle, idealnie uzupełniające męskie niedopowiedzenia. O brzmieniu napiszę tylko tyle, że jest klasycznie masywne, i niczego mu nie brakuje. Tak samo jak i zawartości czysto muzycznej „Mors Certa, Hora Incerta”, bo to naprawdę dobry materiał, który pokazuje zespół w formie dojrzałego, i w pełni już świadomego tworu. Mam tylko nadzieję, że nie wpadną im do głowy pomysłu na przesadne urozmaicanie swojej formuły, bo według mnie jest ona w chwili obecnej idealna. Podoba mi się ten album. Jutro z rana też go sobie puszczę.

- jesusatan