Cursebinder
„Psychohazard”
Avantgarde Music 2026
Kiedy tak sobie pomyślę, to niewiele przychodzi mi
do głowy albumów z krajowego podwórka, na które tak bardzo bym czekał jak na
następcę „Drifting”. Debiut Krakowiaków
totalnie zawładnął moją duszą, i był zdecydowanie jednym z krążków, do których
wracałem na przestrzeni ostatnich dwóch lat najczęściej. A wiadomą sprawą jest,
że im wyższe oczekiwania, tym surowszy osąd. Bałem się więc nieco, czy aby „Psychohazard”
da radę, czy mnie nie rozczaruje. Kiedy po raz pierwszy odsłuchałem zawartych
na krążku ośmiu utworów, wszelkie napięcie ze mnie zeszło. Nagrania te to w
prostej linii kontynuacja debiutu, albo może raczej nienachalne rozwinięcie
własnego stylu. Bo o tym, że panowie takowy wypracowali, i nie sposób pomylić
ich z jakąkolwiek inną kapelą, jest dla mnie sprawą oczywistą. Także nie sposób
zaprzeczyć temu, że w stylistyce post-black, lepiej owego „postu” się wpleść
nie da. Podstawą całości jest tutaj faktycznie black metal, który muzycy
wzbogacają wpływami sięgającymi zdecydowanie poza ramy gatunku z
ponadprzeciętnym wyczuciem i smakiem. Choćby użycie elektroniki i różnych
dodatków. Klawisze chwilami wprowadzają w iście kosmiczny, futurystyczny klimat,
osobiście kojarzący mi się poniekąd z włoskim Progenie Terrestre Pura. Z
drugiej strony równoważone są klasycznym Hammondem, melodiami stojącymi na
biegunie przeciwnym, odwołującym się do lat siedemdziesiątych. Gdzie indziej
pojawiają się partie saksofonu (nagrane przy gościnnym udziale Dimy z White
Ward), tak idealnie wkomponowane w całość, i robiące taki klimat, że można
odpłynąć. W kilku miejscach pojawiają się też linie gitarowe niemal żywcem
wycięte z rocka progresywnego. Zresztą panowie mieszają tutaj mocno. Jako
dziecko miałem taką tubę z kolorowymi szkiełkami, to się chyba kalejdoskop
nazywało. Patrzyło się przez nią i obracało, a kolorki tworzyły coraz to inne
kształty i barwy. Podobnie jest z muzyką Cursebinder. Nie ma w tych nagraniach
miejsca na pustkę, że o nudzie nie wspomnę. One cały czas ewoluują, rozwijają
się, mutują. Zresztą sam kręgosłup, jak wspomniałem blackmetalowy, też nie jest
jednolity. Znajdziecie tu melodie z lekka nawiązujące do Mgły, trochę
francuskich dysonansów, czy nordyckiego drugofalowego jadu. Rzućcie uchem na
„The Astronaut”. To utwór rozpoczynający się motywem niemal ogniskowym, potem
przechodzącym w klimat podbiegunowy, by na zasadzie sinusoidy falować
intensywnością do samego końca, a tam poczarować wspomnianym saksofonem.
Niektóre harmonie z tego albumu tak mocno wpadają w pamięć, że grają nam w
głowie nawet kiedy przebudzimy się w środku nocy. Podobnie różnorodne jak
muzyka są tutaj wokale. Głównie klasycznie agresywne, ale wzbogacane szeptami,
deklamacjami, w każdej chwili pełne pasji, na tyle modelowane, że w zasadzie
ich melodie stanowią jakby dodatkowy instrument. „Psychohazard” to w
odniesieniu do debiutu materiał bardziej dojrzały, bogatszy, będący niczym
kolejne wcielenie Obcego, z każdym krokiem kształtującego swoją doskonałość. Cursebinder
to muzycy świadomi, nie szukający po omacku, tylko realizujący swoje wizje w
ściśle określony, zaplanowany sposób. Album trwa pięćdziesiąt trzy minuty, i,
wierzcie mi, jak się zapętli, a zapętli się, to stracicie poczucie czasu.
Fantastyczna kontynuacja „Drifting”, krążek bez słabych punktów.
-
jesusatan




