wtorek, 20 października 2026

Recenzja / A review of Destruction Of Orion “Dimensions of Chaos”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Destruction Of Orion

“Dimensions of Chaos”

Aesthetic Death 2026

Czy ja jestem fanem projektów jednoosobowych? Nie. Czy scena bułgarska jest sceną o znaczących metalowych tradycjach? Nie. Czy ja lubię kobiety w metalu? No, kurwa, poza nielicznymi wyjątkami, z oczywistych, i wielokrotnie przedstawianych tutaj powodów, nie. Czy jestem maniakiem funeral doom metalu? Patrz: odpowiedź na pytanie poprzednie. I teraz taka sytuacja… Dostaję promo Destruction of Orion, projektu ze wspomnianego kraju, tworzącego właśnie w gatunku pogrzebowym, gdzie sterem i okrętem jest sobie Tehina Spasova, czyli przedstawicielka płci pięknej. W życiu bym tego nie tknął, nawet kijem przez papier, a jednak się skusiłem. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, piorunujące wrażenie zrobiła na mnie okładka, która jakoś tak idealnie spasowała mi się z tytułem płyty (trzeciej już zresztą w dorobku artystki). A po drugie, album wydaje Aesthetic Death, których to darzę niemal bezgranicznym zaufaniem. „Dimensions of Chaos” to niemal godzina muzyki, praktycznie nie wychylającej się poza funeral doomowe standardy. A jednak okazuje się, że nawet w tych sztywnych ramach można stworzyć prawdziwe arcydzieło. Już samo intro wprowadza słuchacza w niesamowicie melancholijny nastrój, a to co potem się dzieje jedynie to uczucie pogłębia. Każdy z sześciu (jeśli nie liczyć intro / outro) numerów na tej płycie to lawina smutku, rozpaczy i przytłaczającej beznadziei. I nie myślicie sobie, że owe negatywne uczucia są tutaj koloryzowane klawiszowymi ozdobnikami, jak to nierzadko ma miejsce u innych przedstawicieli gatunku. Owszem, instrumenty klawiszowe i smyczkowe pełnią w obrazie „Dimensions of Chaos” istotną rolę. Bez nich muzyka ta byłaby… niczym wspomniana okładka w negatywie. One podkreślają tutaj istotę docierających do naszych uszu dźwięków. Partie skrzypiec są na tych nagraniach tak autentyczne i depresyjne jak na płytach My Dying Bride z najlepszych czasów. Zresztą do tych ostatnich można Destruction of Orion porównać także pod względem ciężaru gitar. Ich tonaż to wypadkowa pomiędzy ekipą z Bradford a Esoteric, prawdziwy soniczny kolos na kształt góry lodowej. Czuć w tych kompozycjach prawdziwą udrękę i cierpienie, i słowo „prawdziwą„ chciałbym tutaj zdecydowanie podkreślić. Bo nawet jeśli Bułgarka, jak wspomniałem, nie stosuje środków muzycznych wykraczających poza standardy funeral doom, to swoje uczucia przelewa na pięciolinię w sposób wyjątkowo szczery i emocjonalny. Przejawia się to także w sferze wokalnej. Poza głębokim growlem (którym Tehina wbija się do czołówki mojego osobistego rankingu ryczących jak zarzynany wół  pań), podniosłą, niemal religijną atmosferę budują czyste śpiewy o żałobnym wydźwięku, potęgując, i tak obecny tutaj na każdym kroku, smutek. „Dimensions of Chaos” to płyta przesiąknięta uczuciami, będąca swoistą kartką z pamiętnika osoby doświadczającej w życiu prawdziwego piekła, będącej na skraju wyczerpania, jednak marzącej, by przed odejściem przeżyć jeszcze choć jeden szczęśliwy dzień. Na koniec dodam jeszcze, że album wyprodukowany został w Priority Recordings Studio przez Grega Chandlera, i nikomu chyba dodatkowo tłumaczyć nie muszę, że ten facet zna się na swojej robocie jak rzadko kto. Trzeci Destruction of Orion to obok debiutu Umus najlepsza płyta z gatunku funeral doom jaką słyszałem w tym roku, a może i nadprzestrzeni kilku ostatnich. Przepiękna rzecz.

- jesusatan

 

Destruction Of Orion

“Dimensions of Chaos”

Aesthetic Death 2026

 

Am I a fan of one-man projects? No. Does the Bulgarian scene have a significant metal tradition? No. Do I like women in metal? Well, fuck, aside from a few exceptions, for obvious reasons that have been discussed here many times, no. Am I a funeral doom metal fanatic? See my answer to the previous question. And now here’s the situation… I received a promo for Destruction of Orion, a project from the aforementioned country, creating music in the funeral metal genre, where Tehina Spasova, a representative of the fairer sex, is at the helm alone. I would never have touched this with a ten-foot pole, yet I was tempted. Why? For two reasons. First, the cover made a stunning impression on me. It somehow matched the album title (the artist’s third release, by the way) perfectly. And second, the album is released by Aesthetic Death, a label I trust almost unconditionally. “Dimensions of Chaos” is nearly an hour of music that hardly strays from funeral doom standards. And yet it turns out that even within these rigid boundaries, a true masterpiece can be created. The intro alone plunges the listener into an incredibly melancholic mood, and what follows only deepens that feeling. Each of the six tracks (not counting the intro and outro) on this album is an avalanche of sadness, despair, and overwhelming hopelessness. And don’t think for a moment that these negative emotions are merely embellished here with keyboard flourishes, as is often the case with other artists in the genre. True, keyboards and string instruments play a significant role in the soundscape of “Dimensions of Chaos”. Without them, this music would be… like that album cover in negative. Here, they emphasize the essence of the sounds reaching our ears. The violin parts on these recordings are as authentic and depressing as those on My Dying Bride’s albums from their heyday. In fact, Destruction of Orion can also be compared to the latter in terms of guitar heaviness. Their sound is a blend of the Bradford-based band and Esoteric, a true sonic colossus, like an iceberg. You can feel genuine anguish and suffering in these compositions, and I’d like to strongly emphasize the word “genuine” here. Because even if the Bulgarian, as I mentioned, doesn’t employ musical techniques that go beyond the standards of funeral doom, she pours her feelings onto the staff in an exceptionally sincere and emotional way. This is also evident in her vocals. In addition to the deep growl (which propels Tehina to the top of my personal ranking of women who roar like a slaughtered ox), the solemn, almost religious atmosphere is built by clean voices with a mournful tone, intensifying the grief that is already present here at every turn. “Dimensions of Chaos” is an album steeped in emotion, a sort of diary entry from a person experiencing true hell in their life, on the brink of exhaustion, yet dreaming of experiencing at least one more happy day before passing away. Finally, I must add that the album was produced at Priority Recordings Studio by Greg Chandler, and I probably don’t need to explain to anyone that this guy knows his craft like few others do. Destruction of Orion’s third album is, alongside Umus’s debut, the best funeral doom record I’ve heard this year, or perhaps even in the past few years. A truly beautiful piece of work.

- jesusatan




 

Recenzja Marca Diaboli „Labyrintomb”

 

Marca Diaboli

„Labyrintomb”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Jeśli macie ochotę na coś innego niż metal, coś co bliższe jest rockowym brzmieniom, ale jest równie szatańskie, to sięgnijcie po Marca Diaboli. To dość enigmatyczny, chilijsko-austriacki projekt, który w zeszłym roku wydał swoją debiutancką epkę na kasecie za sprawą niemieckiej wytwórni Sect Entropy. Tej jesieni na warsztat wziął ją ten amerykański label i jedenastego września wypuścił „Labyrintomb” na winylu. Cóż zawiera ten krążek? Jest to muzyka, będąca fuzją post-punka, psychodelicznego i gotyckiego rocka z elementami black metalu. Wybrzmiewa to mniej więcej tak, jakby wymieszać w jednym kotle i odpowiednio doprawić, The Devil’s Blood, Bauhaus, Siekierę i początki twórczości Necromantia. Jeśli dorzucicie do tego jeszcze coś na kształt Negative Plane i Amebix, to nie przesadzicie, ale osiągniecie doskonale diaboliczne smoothie. Marca Diaboli gra muzykę na wskroś przesiąkniętą okultyzmem. Melodie i akordy tego materiału niosą ze sobą autentyczne napięcie i tajemnicę. To wciągające do swego mistycznego tańca, stanowcze riffy, którym nie można się oprzeć, gdyż posiadają niebywałą siłę przyciągania. Są zapewne „pobłogosławione” bluźnierstwem przez samego Rogatego, który natchnął twórców, aby nieśli jego słowo w świat. Tak też się dzieje za sprawą tych pięciu numerów, zagranych na zgrzytliwych gitarach, których złowieszczy i przeklęty charakter podkreśla dźwięczny bas i surowa perkusja. Towarzyszą im rzecz jasna czyste i aroganckie wokalizy, które miejscowo prowadzą dialog z black metalowym warkotem. Muzyka trudna do sklasyfikowania, ale żeby pławić się w jej magicznych nutach, uszeregowanie jej, nie jest konieczne. Rejestrując „Labyrintomb” zadbano o odpowiednie brzmienie, które ocierając się o lo-fi,uczyniło je brudnym i zgiełkliwym, co uwypukliło jej sataniczne usposobienie. Dawno nie słyszałem tak przepełnionego złem krążka, który nie zawiera muzyki metalowej. Pięć zaklęć, które usatysfakcjonują każdego wielbiciela mroku i wszelkich jego przejawów. Zatem z nieczystym sumieniem polecam. Świetna epka.

shub niggurath




niedziela, 18 października 2026

Recenzja Razorvoid „Into the Void”

 

Razorvoid

„Into the Void”

Jawbreaker Rec. 2026

Nie jestem w stanie zliczyć, ileż to już było zespołów z “void” w nazwie. Czy to pisanym razem, czy oddzielnie, w każdym razie od chuja i jeszcze trochę. Powiem, że owa „pustka” nieco mnie zmyliła, bo spodziewałem się, iż ten świeży szwedzki wykwit będzie obracał się gdzieś w okolicach awangardy, black, czy ewentualnie doom metalu. A tutaj niespodzianka. Panowie napierdalają soczysty punk / crust z zauważalnymi thrashowymi naleciałościami. Skoczny i radosny, można powiedzieć. I cholernie nośny, bo mimo to, iż praktycznie każdy numer oparty jest na d-beacie, a panowie wcale nie bronią się przed oczywistym schematem rękoma i nogami, to przy „Into the Void” naprawdę piwo samo się otwiera. Można tutaj mieć drobne skojarzenia z pobratymcami chłopaków z Wolfbrigade, acz przyznać trzeba otwarcie, że mniej tu jednak tego maksymalnego wkurwa, a więcej melodii i rock’n’rolla. Reprezentatywnym przykładem na to o czym piszę niech będzie „An Everlasting Flame”, numer bardzo mocno w klimacie Venom, albo Midnight (zależy kto w jakim wieku, i jakie ma odnośniki). Rzeczonych Brytoli jest na płycie więcej, a ich spuścizna idealnie splata się w punkowym rdzeniem. Podobnie jak odniesienia do Motörhead, których też panowie kapkę dorzucili. Ciężko o takiej muzyce napisać coś odkrywczego, więc może powiem tak… Na początku myślałem, że po ostatnich wieczorach z Wolfbrigade czy Wolfbastard, Razorvoid spłynie po mnie jak woda po kaczce. Ale już na etapie drugiego kawałka nóżka zaczęła mi przytupywać, a na twarzy pojawił się grymas nazywany przez niektórych uśmiechem. Bo to niby po raz kolejny „to samo”, no, może nie do końca, bo jednak drobne różnice są (choćby ten klasyczny, thrashowy riff w „The Howling Wind”), ale jako iż album ten trwa trzydzieści pięć minut, czyli znudzić nie zdąży, to stanowi idealny podkład pod zimne bursztynowe. Coś jak rosół na weselu. Brzmienie jest tutaj staoszkolnie prawidłowe, mocno agresywne i intensywne są wokale (acz w tym odłamie inaczej to wyglądać nie powinno), kawałki mają swój wajb, to co tu się doszukiwać dziury w całym? Żadne tam odkrycie, żaden kandydat nawet do płyty miesiąca, ot, solidne punkowo thrashowe granie, które niejednemu wieczór, albo i kilka, umili. Mi weszło wyśmienicie, smakowało, i głośno się odbiło.

- jesusatan




Recenzja Somn „Consecration”

 

Somn

„Consecration”

AOP Records 2026

Somn to czterech, młodo wyglądających mężczyzn z Petersburga. Rosjanie na scenie pojawili się w 2018 roku i od tamtej pory wystąpili się na jednym splicie, a razem z „Consecration” posiadają na swoim koncie dwie płyty. Co prawda „Consecration” na sklepowych półkach pojawi się dopiero dwudziestego listopada, ale fani black metalu w nowocześniejszym wydaniu, powinni już teraz wiedzieć, że warto po nią sięgnąć. Somn gra podobno post-black metal, ale poza paroma, ambientowymi przerywnikami i zaobserwowanymi, kilkoma odjazdami w blackgaze, to pozostałe części składowe tutejszych utworów są czystym i dość agresywnym bleczurem, któremu momentami jest całkiem blisko do norweszczyzny lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Panowie doskonale sobie radzą w tej stylistyce i bezpardonowo atakują agresywnymi riffami oraz tremolo, które zasypują śniegiem i posępnymi harmoniami. Wraz z zajadłymi wokalami i dobrze naoliwioną sekcją rytmiczną, gitary kreują obraz soniczny, który przesiąknięty jest ponurą i mizantropijną klimatycznością. Rosjanie także bardzo dobrze sobie radzą, generując formy przynależne do wspomnianego „post”, a zwłaszcza blackgaze’owe ściany dźwięków, które podbijają upiorność black metalu od Somn, gdyż w ich wypadku nie są to w żadnym razie marzycielskie chwytliwości, lecz grobowe i minorowe melodie. Somn idealnie i płynnie połączył ze sobą tradycyjne ujęcie z dzisiejszym podejściem, uzyskując tym samym album, który odznacza się niezwykłą intensywnością i namacalną sugestywnością. Współczesny black metal, ale jakże silny i prawdziwy. Z dużą mocą oddziałuje na psychikę i bez trudu do siebie przekonuje. Coś nowego i autentycznego. Polecam.

shub niggurath




Recenzja Bloodsoaked Necrovoid / Defunto split

 

Bloodsoaked Necrovoid  / Defunto

split

Seed of Doom Rec. 2026

 


W przeprowadzonej przeze mnie rozmowie z Federico z Bloodsoaked Necrovoid, którą chętni będą mogli przeczytać w najbliższym numerze R’lyeh zine, facet powiedział mi, że zakochał się jakiś czas temu w siedmiocalówkach. Znajduje to potwierdzenie w rzeczywistości, bowiem poza wydanym właśnie przez Caligari Records splitem z Nekus, zespół wypuszcza także splicik z Defunto, nakładem holenderskiej Seed of Doom. Celowo użyłem zdrobnienia, bowiem materiał ten opiewa jedynie na dwie kompozycje, trwające łącznie coś koło dwunastu minut. Po jednym strzale z każdej strony. Ten kapkę dłuższy to wspomniany facet z nową brygadą. Ich kompozycja to nieco ponad siedem minut prawdziwego, gniotącego trzewia walca. Coś mi się tak wydaje, że po przeprowadzce do Hiszpanii muzykowi spadło ciśnienie, bo tworzone przez niego piosenki zdecydowanie zwolniły, przybierając jednocześnie na ciężarze. I klimacie, bo „Undying Aberrations of the Deepest Depravities” śmierdzi zgniłą, cmentarną glebą i przeżerającym ją trupim jadem. Ten numer nie jest jakoś specjalnie odkrywczy. Jest za to potwierdzeniem, że Bloodsoaked Necrovoid śmierć noszą w sercu, i stale krąży ona w ich krwioobiegu. Gdybym nie widział facetów na żywo, mógłbym pomyśleć, że to jakieś zombiaki, a tempo granej przez nich muzyki wynika z pośmiertnego niedowładu kończyn. Grób, stęchlizna, i gnicie w wysokim stadium rozwoju. Oczywiście wszystko w równie gnilnym brzmieniu, tyko oblizywać paluszki. Defunto nie znałem. I już znam, przynajmniej pobieżnie. Ich utwór pod względem tempa nie odstaje od poprzednika, acz ma nieco inny wyraz. Bardziej bezpośredni, prosty, powiedziałbym, że nie tak dojrzały. Biorąc pod uwagę, iż faktycznie jest to świeżynka na metalowej scenie, trzeba przyznać, że ich twórczość wróży całkiem nieźle. Panowie umiejętnie wplatają w swój walec „kaznodziejskie” sample, czym na pewno pogłębiają klimat przewijającej się przez te cztery minuty grozy i duchoty. Chętnie posłucham co nagrają w przyszłości. To wydawnictwo to istota splitów, znana od dekad. Znając jeden band, poznajesz podobny, a potem owe odgałęzienia się rozrastają. Dlatego lubię tego rodzaju kooperacje. Zatem i tą siódemeczkę bardzo chętnie zakupię do kolekcji.

- jesusatan


https://seedofdoom.bandcamp.com/album/bloodsoaked-necrovoid-defunto-split-2

 

Recenzja Überchriist „Dæmonic Apotheosis”

 

Überchriist

„Dæmonic Apotheosis”

Deanwell Global Music 2026

Historia istnienia tej kapeli sięga parę lat wstecz, ponieważ wszystko zaczęło się około 2010 roku. Ostatecznie Überchriist, po wielu perturbacjach, swój pierwszy materiał w postaci epki wydał dopiero pięć lat temu. Po kolejnej przerwie wraca z debiutanckim krążkiem, który zawiera dziesięć numerów w black metalowym tonie. Amerykanie całkiem nieźle w tym gatunku sobie radzą, co nieczęsto się za wielką wodą zdarza, ale reprezentują powszechny odłam rogacizny, którą (znów) można przyrównać do Watain czy późnego Satyricon. Na „Dæmonic Apotheosis” funkcjonuje mniej więcej ta sama estetyka, czyli diabelska agresja i klasyczna epickość. Całość dobrze wyważona, układa się w bez problemu przyswajalną muzę, która złożona jest z zimnych tremolo, tradycyjnego, heavy metalowego kostkowania i nastrojowych momentów na czystych strunach. Do tego dołożono sporo melodii i gdzieniegdzie syntezatorowych podkładów, co wraz ze zbajerowanymi wokalami, generuje pełen dramatyzmu i wzniosłości black metal. Oprócz estetycznych wspaniałości potrafi on również zaskoczyć mrokiem i wściekłymi blast beatami, a i zimnej mizantropii w nim także znajdziecie pełno. Überchriist gra ostrą muzykę, wypełnioną triumfalnymi i chwilami dość apodyktycznymi riffami, które okresowo zmieniają się w bardziej przystępne, harmonijne akordy, co stanowi o fuzji istniejącej w ich kompozycjach. Fuzji nieokiełznanej, lodowatej łupanki z finezyjniejszym podejściem do szarpania strun. Wykreowało to album, który indywidualizmem pochwalić się nie może, ale w niektórych fragmentach oferuje diabelszczyznę o dużej wielowarstwowości, budującej wraz z licznymi zmianami tempa, różnymi sposobami na kostkowanie i ściskającymi serce chwytliwościami, atrakcyjny black metal. Jeśli lubicie główny, ogólnodostępny nurt tego gatunku to bierzcie, satysfakcja gwarantowana.

shub niggurath




sobota, 17 października 2026

Recenzja Demonic Manifestation „Grimshrine”

 

Demonic Manifestation

„Grimshrine”

Personal Rec. 2026

Chcecie sobie posłuchać szwedzkiego death metalu ze Stanów? Proszę bardzo. Co prawda nieco rozśmieszyła mnie informacja od wydawcy, że oto zespół jest „Inspired by such legendary acts as Dismember, Grave, Entombed, Unleashed, Pestilence, and Crematory”, bo skąd się tam wziął band holenderskiego narcyza, za Diabła nie jestem w stanie pojąć haha! Poza tym wszystko się zgadza. Demonic Manifestation faktycznie najbardziej ze wszystkich odłamów kochają na potęgę ten skandynawski, i dobitnie dają temu dowód na swoim trzecim już krążku. Wspomnianej szwedzizny mamy tu, jakoś na oko, z osiemdziesiąt procent, bowiem w kompozycje Demonic Nanifestation wkradło się też nieco amerykanizmów. Zatem, jest głównie melodyjnie na swój charakterystyczny sposób, a niektóre zapożyczenia noszą w sobie niemal znamiona plagiatu. Kilka razy bowiem spotkacie się na tym albumie z fragmentami praktycznie żywcem wyciętymi z Dismember (głównie) czy Entombed (nieco rzadziej). I nie chodzi mi jedynie o zapiaszczone na północną modłę gitary, czy brzmienie z wiadomym efektem, ale wprost – o riffy! No nie chce mi się teraz szukać, żeby palcem pokazywać, ale, wierzcie mi, tak jest. Nie wiem, mi to generalnie nie przeszkadza, bo gdyby miało, to nie słuchałbym kilkudziesięciu innych płyt silnie inspirowanych klasykami gatunku. Tym bardziej, że ma to swój vibe, ładnie żre, i sprawia kupę radochy. Z tych amerykanizmów, to wspomniałbym chyba późniejszy Morbid Angel (acz bez Azagthoth’owych solówek), albo Incantation. Głównie pod względem masywnych, równoważących szwedzką melodię akordów. Jest to zatem metal of death starej daty, brzmiący zdecydowanie staroszkolnie, bez wybitnej finezji technicznej, ale nie pozbawiony kilku fikuśnych solówek, grany od serca, przez maniaków dla maniaków. O, może wspomnę jeszcze o fragmentach, krótkich bo krótkich, bardziej klimatycznych. Bo są tu chwile, kiedy wchodzą jedynie gitary na zasadzie akustycznych, albo płynące mocno melancholijnie (patrz: „Host”), a wtedy można sobie w głowie włączyć lampkę pod tytułem Utumno albo Gorement. No ale to nadal Szwecja, jak by nie patrzeć. Nie jest złe to granie, jednocześnie murów taranem nie przebija. Kto lubi muzykę z kraju na północ od Helu, niechaj sobie wrzuca na ruszt. Niestrawności nie przewiduję, aczkolwiek Magda Gessler pewnie by kręciła nosem, że odmrażane. Ja zjadłem, smakowało.

- jesusatan