czwartek, 5 listopada 2026

Recenzja Sépulcre “Cryptic Temple of Otherworldly Abhorrations”

 

Sépulcre

“Cryptic Temple of Otherworldly Abhorrations”

Invictus Prod. 2026

No to mamy w końcu debiutancki album Grobu. Nie tego polskiego, nawet nie szwedzkiego, ale francuskiego. Tyle bowiem znaczy nazwa działającego od sześciu lat składu pod wezwaniem Kevina D, człowieka znanego z takich aktów jak Deströyer 666, Venefixion, Profanation czy Necrowretch. Debiutanckie demo Sépulcre przedstawiałem wam tuż po zawiązaniu się zespołu, nadmienić zatem jeszcze należy, że w międzyczasie panowie wydali także EP-kę. Czyli staroszkolna kolejność dokładnie się tutaj zgadza. Pelnometraż, po raz kolejny nakładem Invictus Productions, także pod względem, już czysto muzycznym, nie rozczarowuje. Zawiera siedem, trwających łącznie czterdzieści dwie minuty, utworów z gatunku oldschool metal of death. Od razu słychać, że muzycy mają łeb na karku, bowiem ich kompozycje nie są monotematyczne, a zdecydowanie urozmaicone. Poza momentami zagranymi na pełnej szybkości, przy których świat zapierdala wokół niczym słupy wysokiego napięcia za oknem podczas podróży Pendolino, sporo tutaj potwornie gniotących zwolnień, robiących chyba jeszcze większe wrażenie niż wspomniana sieczka. Co ważne, nie ma na tym albumie, tak często występującego, raz w lepszej, raz w gorszej wersji, schematu szybko – wolno. Panowie (oraz pani, bowiem jedną gitarę obsługuje niewiasta) wyraźnie nie kalkulują, tylko wylewają z serca cały gniew i nienawiść, w sposób, jaki ono im podpowiada. Nie są też stuprocentowymi purystami, bowiem tu i tam zaplącze im się jakiś akord, a to bardziej black, a to nieco thrash metalowy. Jaka to zresztą różnica, skoro w efekcie otrzymujemy muzykę zarazem drapieżną, co i staroszkolnie melodyjną. Bardzo podoba mi się połączenie ciężkiej, betonowej sekcji rytmicznej z nałożoną na nią śpiewną gitarą. Niezłe też są totalne zawirowania, przejścia z niemal chaosu w rytm punkowy, po czym omamienia snującą się gdzieś tam w tle melodią. Trochę tutaj pachnie Finlandią, trochę Stanami, i gdyby się upierać, to można przytoczyć w tym miejscu nazwy w stylu Disma, Krypts, czy nawet Spectral Voice albo Sedimentum. To oczywiście tylko orientacyjne drogowskazy, bo Francuzi samodzielnie wyznaczają sobie kurs na death metal, nawet jeśli w podobnym kierunku co wspomniane odnośniki, to niekoniecznie dokładnie tą samą ścieżką. Jeśli przy okazji „Ascent Through Morbid Transcendence” jeszcze coś tam kręciłem nosem, tak tutaj punktów do czepiania się jakoś mi brakuje. Bo całość jest spójna, ciekawa, dobrze wyprodukowana, i maniakom death metalu bankowo zapewni radość z przynajmniej kilku(nastu) odsłuchów. Płyta zdecydowanie zatwierdzona, można słuchać bez obaw o rozczarowanie.

- jesusatan




Recenzja Night Gaunt „Rupture”

 

Night Gaunt

„Rupture”

Aural Music 2026

Włosi umieją w doom i stoner, co słychać w twórczości wielu kapel z Półwyspu Apenińskiego. Tak też jest w przypadku Night Gaunt, który wraca po ośmiu latach przerwy ze swoim najnowszym, trzecim krążkiem. Ci czterej panowie grają doom metal o oryginalnym obliczu, ponieważ w swoich aranżacjach do trzonu gatunkowego, dorzucają sporą garść post-punka, łyżkę stołową mrocznego folku i szczyptę industrialnych nut. Mieszanka smakuje wybornie, jeśli oczywiście ktoś lubi posłuchać sobie od czasu do czasu czegoś lżejszego. W sumie, muzyka od Night Gaunt taka do końca leciutka nie jest, bo oprócz melancholijnych melodii, podbitych przez klimat upiornego folku i odhumanizowane, mechaniczne zagrywki, to dość dużo tutaj także sludge’owego mułu, który okresowo zagęszcza i tym samym dociąża ten materiał. Obok odpowiedniego ciężaru i atmosferyczności, Włosi zadbali o różnorodność, gdyż płyta nie koncentruje się na liniowych kompozycjach. Na „Rupture” znajduje się dziesięć utworów, które posiadają zmienne usposobienie, wprowadzając do tego albumu efekt zaskoczenia, bo co kawałek, to nieco inna muza. Night Gaunt zapodaje drapieżne, niepokojące i nastrojowe piosenki. Nie brakuje tutaj także posępnych ballad i gotyckich kołysanek, ale co najważniejsze ta wielorakość, stanowi spójną całość, która funduje emocjonalną sinusoidę, spotęgowaną przez fantastyczne wokale Giuseppe Colio, który momentami zbliża się do Messiah’a lub Roberta Lowe. Bardzo dobry materiał wysmażyli Rzymianie, w którym umieścili całą gamę zagrywek z różnych zbiorów stylistycznych, posiadających część wspólną. Zawiera ona mozolne riffy, rockowe, porywające uderzenia, partie smyczkowe, fortepianowe dźwięki oraz gotyckie fragmenty akustyczne. Doom metal i nie-doom metal, który urzeka nostalgią i przytłaczającym romantyzmem. Wypełniony magią lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, która nadaje mu niesamowitej mocy wyrazu, wypływającej z efektu zderzenia ze sobą kilku sposobów na ciężkie granie. Polecam.

shub niggurath




Recenzja Fantom „Dwells in Hell”

 

Fantom

„Dwells in Hell”

Independent 2026

Uważam, że Fantom to jeden z najbardziej obiecujących zespołów jaki spłodziła polska ziemia ostatnimi czasy. Przynajmniej mi ich granie wchodzi elegancko, bez najmniejszej popitki. Jako iż kilka dni temu mieliśmy Halloween, niektórzy się poprzebierali (głównie ci młodsi), inni zorganizowali sobie jakąś okazyjną libację, a chłopaki z Torunia postanowili okoliczność tą uczcić wydaniem nowej EP-ki. Co prawda tylko w wersji cyfrowej, tak pewnie im było wygodniej. Tym bardziej, że materiał ten, nawet jeśli nie taki krótki, bo znajdziemy na nim coś pod pół godziny muzyki, należy bardziej do kolekcjonerskich. Nowy numer jest tu jeden, i mówiąc szczerze, brzmi trochę jak odrzut z debiutanckiego „Breathtaking…”. To nadal dobry crossoverowy numer, ale trochę bez… pierdolnięcia, mocno jak na Phantom zachowawczy. Kolejne cztery piosenki to utwory klasyków, albo w zasadzie współtwórców nurtów, z których Torunianie czerpią inspiracje. I tak, w kolejności, mamy tu „Season In the Abyss” Slayer”, instrumentalny „The Call of Ktulu” Metallica, “The Conjuring” zespołu rudego którego ci poprzedni na wczesnym etapie z ekipy wykopali, oraz „Alison Hell” Annihilator. Z jednej strony to wszystko świetne numery, zatem sama setlista wygląda bardzo ciekawe, z drugiej jednak, podejście do tych szlagierów wiąże się z odpowiedzialnością za własne czyny. Bo zagrać numer, na przykład Slayera, może w sumie każdy, kto mu zabroni? Ale zagrać go tak, żeby nie było wiochy i koledzy na podwórku się nie śmiali, to już inna sprawa. Jak poszło Piernikom? Wybronili się. Wybronili, bo ich wersje brzmią nieźle i słucha się ich bez grymasu zniesmaczenia, wręcz przeciwnie, nóżka sama chodzi do piosenek które się zna i lubi od małego. Rzecz w tym, że ja w coverach cenię sobie także odrobinę innowacyjności. A tej mi tu brakuje. Nie żądam, by chłopaki zaraz zmieniali aranże czy struktury kawałków, ale jakiś drobiazg od siebie na pewno by je dodatkowo ubarwił. W przypadku Fanotom zostały one po prostu bardzo dobrze odebrane, ale chyba zbyt dosłownie. Bo nawet wokalnie da się usłyszeć, że mamy tu imitację Mustaine’a czy Randy Rampage’a. A mogłoby być ciut bardziej „po swojemu”. Nie mniej jednak warto sobie tych przeróbek posłuchać w wolnej chwili, zwłaszcza w oczekiwaniu na nowy, autorski materiał od młodziaków.

- jesusatan




Recenzja High on Blood „The Bloodrite Doctrine”

 

High on Blood

„The Bloodrite Doctrine”

Helter Skelter Productions / Regain Records 2026

To nowy szyld na szwedzkiej scenie, ale ci trzej muzycy grają nie od dziś, bo to członkowie takich kapel jak The Forsaken i Deranged, natomiast epka ta ukazała się już w zeszłym roku, ale tylko w wersji digital. Teraz, Helter Skelter wraz z Regain wydają ją na winylu więc fani brutalnego death metalu powinni po nią sięgnąć, bo w chuj kopie dupę, choć nie wiem czy to połączenie jest możliwe. Jednakże możliwe jest to, że to Szwedzka kapela, ale dzięki niej nie będziemy obcować z brzmieniem „swedish chainsaw”. Prawdą też jest, że to bezlitosny metal śmierci, lecz zawrotnymi prędkościami ani blastami nie częstuje. Pomimo to siłę wyrazu posiada słuszną. To barbarzyńskie łojenie, zapodane na gitarach o gęstej i soczystej barwie, ciężkiej perkusji oraz basie, od gulgotu którego boli głowa. Instrumenty wraz z wilgotnymi growlami, generują grubiańskie riffy, które płyną w średnich tempach, powalając na glebę i poprawiając palm mutingiem niczym stompem lub tnąc wysokotonowymi zagrywkami do kości. High on Blood komponuje potężny death metal, który niesie ze sobą całe pokłady groove’u i bestialską agresję. Jest jak główny bohater „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, bo wchodzi z buta, nie zwracając uwagi na wrażenie jakie robi. Miażdży, rozrywa i napierdala do krwi. Robi to z niezwykłą gracją, ponieważ akordy od tego tercetu wchodzą bez popitki. Obok mięsistości i woni rozkładu posiadają również niesamowitą nośność, co powoduje, że wpierdol spuszczają, bujając słuchaczem, na wzór psychopaty, który przed uśmierceniem swojej ofiary najpierw się z nią bawi. Potwornie surowy i szorstki w obejściu death metal, którego słucha się z przyjemnością. Lektura obowiązkowa.

shub niggurath




wtorek, 3 listopada 2026

Recenzja Absolute Power “Needs Must When the Devil Drives

 

Absolute Power

“Needs Must When the Devil Drives”

Time To Kill Rec. 2026

Bardzo rzadko sięgam po klasyczny heavy metal. Nigdy nie byłem przesadnym fanem, ot, poznałem, i do dziś cenię kilku klasyków, czasem pobawiłem się przy takiej muzyce na imprezach, i starczy. Dość powiedzieć, że na półce nie mam chyba ani jednej płyty z tego gatunku. Po co zatem sięgnąłem po Absolute Power? Z banalnego powodu. Zaciekawił mnie skład tworzący ten zespół. Dwóch ziomali z Napalm Death (czyżby na stare lata znudziło się napierdalanie ile fabryka dała?), jakiś brytyjski producent, bębniarz z kapeli punkowej, oraz stary wyjadacz ze sceny gotyckiej. Mówię sobie „Posłucham, napiszę, że kupsko niesamowite, wyjdę i trzasną drzwiami”. Ale… no, się nie dało. Nie, żeby materiał ten był zaraz jakiś wybitny czy przełomowy. Ale, pisząc tyle razy w samych superlatywach o naśladowcach klasycznego odłamu death czy black metalu, w tym przypadku także muszę zachować obiektywizm. „Needs Must When the Devil Drives” to naprawdę niezły krążek, pełen wpadających w ucho melodii, śpiewnych refrenów, nawet ostrego riffowania, czy umiejętnie posklejanych solówek. To po prostu dobre heavymetalowe piosenki, których można bez zażenowania słuchać obok dokonań Halforda, Grave Digger czy Manowar. Co ciekawe, album ten trwa prawie pięćdziesiąt minut, ale ani razu mi się nie ziewnęło. Ba! Puściłem go sobie jeszcze raz na dokładkę, a potem jeszcze raz, aż mi się te piosenki naprawdę zaczęły wkręcać w głowę. Gdyby mi ktoś powiedział, że to płyta sprzed, dajmy na to, czterdziestu lat, to bym to pewnie łyknął jak pelikan gnojówę. Bo brzmi to wzorcowo, buja nieprzeciętnie, zawiera praktycznie wszystkie staroszkolne składowe (z dwoma balladkami włącznie), chwilami jedzie patatajnią, gdzie indziej porywa do wspólnego zaśpiewu (a śpiew ten pan reżyser też ma niczego sobie), no to do czego się tu dopierdalać? Jest jeszcze cover, jak nie, jak tak! Queen „Sheer Heart Attack”, czyli nie poszli panowie na łatwiznę i wybrali sobie kawałek nieco mniej znany. No i lala. Pewnie w chwili kiedy krążek ten wyleci z mojego odtwarzacza, już do niego nie wróci, bo… patrz zdanie pierwsze. Nie zmienia to jednak mojej o nim opinii. Naprawdę dobre granie, które zdecydowanie polecam zwłaszcza fanom gatunku.

- jesusatan




Recenzja Det Eviga Leendet „Vehemence”

 

Det Eviga Leendet

„Vehemence”

Debemur Morti Productions 2026

Na swoim trzecim albumie Det Eviga Leendet podtrzymuje styl w jakim komponuje black metal i w dalszym ciągu raczy swoich fanów, wielowarstwową i pełną napięcia muzyką. Panowie nie poprzestają na pisaniu diabelszczyzny, która składa się z jednostajnych, głównych tekstur, stanowiących dość gęstą ścianę dźwięku. To dynamiczne i jednocześnie hipnotyczne akordy, których transowość podkreśla ciężka jak na ten gatunek sekcja rytmiczna i okresowo pojawiające się tutaj syntezatory. Det Eviga Leendet gra black metal mocno romansujący z nowoczesnymi brzmieniami, którego charakter jest mieszanką tradycyjnego ujęcia, post-metalowych pomysłów i przestrzennych, przyprawiających o agorafobię riffów. To również sporo dysonansowych uderzeń, z których wyłaniają się odczłowieczone tremolo. Te wysokotonowe formy wręcz porażają zmysły, swoją lodowatością i ostentacyjną bezdusznością. Najnowszy album od tego szwedzkiego projektu, nie jest może jakimś krokiem naprzód w stosunku do swego poprzednika, ale wydaje się mocniejszy w wyrazie. „Reverence” stawiał bardziej na uczucia związane ze smutkiem czy rozpaczą, zaś „Vehemence” niesie ze sobą niepokojącą muzę, która wpada także w introspektywne korkociągi, lecz robi to w brutalniejszy sposób. Mocny, nowoczesny black metal, który niebezpiecznie miesza w głowie swoim napastliwym usposobieniem. Jeśli podobał się wam poprzedni krążek od Det Eviga Leendet, to po ten musicie sięgnąć, bo posiada on dużo silniejsze pierdolnięcie, choć styl został zachowany.

shub niggurath




poniedziałek, 2 listopada 2026

Recenzja Exhumed / Nunslaughter / Molder / Traffic Death “4 Way Split”

 

Exhumed / Nunslaughter / Molder /  Traffic Death

“4 Way Split”

Redefining Darkness Rec. 2026

Lubię splity. I lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem. A to wydawnictwo mi to, przynajmniej w większości, zapewnia. Dlatego po nie sięgnąłem. Bez obaw, że mnie rozczaruje, zupełnie jak bym kupował ulubione bursztynowe w sprawdzonym pubie. No to walnijmy cztery szybkie. Najpierw Exhumed. Dwa kawałki w typowym dla siebie Carcassowym klimacie z okresu „Tool of the Trade”. Szybko, prawie że na pełnej, z odpowiednią melodyjnością ale i zadziornością. Można powiedzieć, Total oldschool i tribute dla Brytoli. Wokale, gitary, solówki, harmonie - gdyby Walker i brygada do dziś potrafili tworzyć tak dobre piosenki, byłoby cacy. Idzie im od powrotu nieco ciężej i toporniej, bo chyba sami kopiują siebie, ale nie ma co płakać. W kopiowaniu Amerykanie są o wiele lepsi, czego dowodem te dwa nowe numery. Molder też pewnie większość z was zna. To bardziej standardowy metal śmierci, choć i w tym przypadku nie pozbawiony wpadającego w ucho rytmu, oraz płynnych, naturalnie wchodzących melodii, okraszonych niezłymi partiami solowymi. Asphyxowy wokal, headbangingowe momenty, i ostre pierdolnięcie, jak pionierzy gatunku nakazali. Drugi numer też troszkę zajeżdża Carcassami, i to jest chyba ten element wspólny dla obu pierwszych ekip zza wielkiej kałuży. Mocny konkret. Trzeci cios wyprowadzają załoganci, którzy biją się o rekord pod względem ilości pomniejszych wydawnictw. Nunslaughter grają mniej melodyjnie, za to bardziej diabelsko i agresywnie. Ich dwa strzały to w zasadzie klasyka. Dobre deathmetalowe patatajnie do pomachania głową i postrojenia głupich min, z mocnymi zrywami i zwolnieniami na kieliszek wódki. Zespół w formie, kto lubi (a to można nie lubić?), będzie zadowolony z kolejnych sześciu minut od Dona i spółki. Do zamknięcia tematu wchodzi Traffic Death, który dotychczas znałem jedynie z nazwy. I już wiem, że będę musiał sięgnąć do ich dyskografii nieco głębiej, bo chłopaki napierdalają aż miło. Ostry crossover, chwilami podchodzący pod S.O.D., gdzie indziej sięgający nawet po tematy grindowe („Symphony of Ignorance”). Świetna mieszanka serwowana w czterech krótkich porcjach. Oczywiście wplecione sample, momenty do poskakania w dzikim tańcu, świetne dialogi wokalne (pod tym względem mamy naprawdę szeroki wachlarz), miodzio! Całość trwa w tym przypadku niecałe dwadzieścia dwie minuty, co w sumie pozostawia spory niedosyt, albo, myśląc praktycznie, daje mocnego liścia w ryj, którego każdy może sobie do woli dawkować stosowną do nastroju ilością powtórzeń. Ja dziś mam włączone na repeat, i nawet kolejnych okrążeń nie liczę. Fantastyczna rzecz.

- jesusatan


https://redefiningdarknessrecords.bandcamp.com/album/exhumed-nunslaughter-molder-traffic-death-4-way-split-lp