niedziela, 6 września 2026

Recenzja Garota „Strąceni w Ciemność”

 

Garota

„Strąceni w Ciemność”

Godz ov War 2026

Jak dobrze patrzę, to Garota gościła na naszych łamach już cztery razy (nie licząc relacji z ich bardzo dobrego koncertu w Bydgoszczy w ramach The Last Words of Death). Z różnych zresztą perspektyw, bo pisał o nich i Hatzamoth, i shub niggurath, a nawet i ja coś wspomniałem. No to teraz znów ja, cały na biało. „Strąceni w Ciemność” to nowa EP-ka zespołu. Pięć kawałków, dwadzieścia jeden minut muzyki. Muzyki, z której Garota są znani w zasadzie od początku. Czyli mieszanka black i thrash metalu, wrzuconego do kotła mniej więcej w podobnych proporcjach. Choć może jednak ten czarny gatunek przemawia w tym przypadku wyraźniej, przynajmniej pod względem struktur kompozycji, opartych w większej mierze na nordyckim tremolo, i ubranym w drugofalowe brzmienie. Zresztą wystarczy posłuchać otwieracza, „Soli Mort Gloria” (tak chyba dla zmyłki zatytułowanego po łacinie, bowiem panowie śpiewają po naszemu), by wyczuć wyraźne inspiracje norwesko – szwedzkie. Jest w tej muzyce spory ładunek jadu, i czuć, że chłopaki chętnie by komuś wpierdolili, najlepiej jakiemuś katolowi, gdyby tylko mieli okazję. Jest też sporo melodii, ale takiej na sterydach, podkreślanej przez perkusyjne blasty. Sama struktura kompozycji to w zasadzie czysta klasyka. Chłopaki nie silą się na jakąkolwiek awangardę, czy poszukiwanie zaginionej arki. Tutaj wszystko odegrane jest podług pierwotnego planu, według wzoru wyznaczonego przez mistrzów uznawanych dziś za filary gatunku. I w sumie poniekąd z nimi wiąże się owe nawiązanie do thrash metalu. Bo w podobny sposób Garota wplatają w swoje kompozycje nawiązania do rzeczonej stylistyki. A żeby było ciekawiej, tudzież jeszcze bardziej w przytupem, nie brak na tym krążku elementów niemal rock’n’rollowych (patrz: „Strąceni w Ciemność”), dzięki czemu piosenek tych słucha się z podniesionym poziomem adrenaliny. Dobra jest ta EP-a. Może nie jakaś wybitna, ale zdecydowanie warta sprawdzenia. Szalikowcom zespołu polecać nie trzeba, pozostali mogą, ale nie muszą. Najwyżej po czasie będą żałować.

- jesustatan




Recenzja Profeci „Troska”

 

Profeci

„Troska”

Godz ov War Productions 2026

To już czwarta produkcja od Profeci, a moje pierwsze (poza koncertem na The Last Words of Death #10) z tą kapelą spotkanie. Wszyscy zapewne dobrze znają krajową scenę o diabelskiej proweniencji, zatem nie ma sensu przytaczać rysu tych czterech Poznaniaków. Cóż można napisać o „Trosce”. Po pierwsze to, że jeśli podobały się komuś ich poprzednie albumy, to z pewnością polubi najnowszy krążek. Po drugie to, iż Profeci leci sobie mocno w polskim ujęciu black metalu, o głębokim ładunku emocjonalnym. Po trzecie, że to wyraźnie współczesne podejście do czarciego rzępolenia, które poza zwyczajowymi formami dla tego gatunku, nie stroni od dysonansów, rockowych zabiegów i progresywnych odjazdów, nie tracąc przy tym podstawowych założeń, choć momentami wyraźnie się od nich oddala, ale trzon pozostaje, czy chcesz, czy nie. No i wreszcie po czwarte, że to taka poezja śpiewana, która wlazła w black metalowe szaty. Poezja natchniona egzystencjalną myślą, wypływająca z rozdartej, nieszczęśliwej, człowieczej duszy, która szuka ukojenia. Szuka, ale nadaremnie, bo go nigdy nie znajdzie i to ją wkurwia niemożebnie więc chwyta za wiosła, siada za bębnami i staje przed mikrofonem. Napierdala w struny, tomy i śpiewa czystym głosem o rozterkach, prawdach i splątanych uczuciach. Postarała się o mocne brzmienie, wypełnione mrokiem. Zadała sobie trud, aby oprócz agresywnych akordów, dostarczyć również harmonii, które nawiązują do rodzimego patosu i takich też kulturowych aspektów. Przyłożyła się do tego, żeby nie być jednostajną, bo zmian tempa i pomysłów na kostkowanie jej nie brakuje. Czy jej wyszło? Przeleciałem szybko przez wcześniejsze jej płyty i stwierdzam, że na pewno ten kwartet jest konsekwentny w swoich poczynaniach, dokładając do swego grania z każdym wydawnictwem czegoś nowego, rozszerzając kompozycje, nie bojąc się różnorakiej stylistyki, która często nie koresponduje z black metalem. Profeci zbliża się do Rubikonu bardzo, ale go nie przekracza. Jednakże taką muzykę trzeba lubić, trzeba ją czuć. Ja nie czuję, lecz grono jej wyznawców zapewne czeka na „Troskę” z utęsknieniem. Cierpliwości moi drodzy, bowiem październik tuż za rogiem.

shub niggurath




sobota, 5 września 2026

Recenzja Wyrdstæf „Primordial Bloodlines”

 

Wyrdstæf

„Primordial Bloodlines”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Wyrdstæf, to już ze względu na sam koncept zespół oryginalny. Panowie postanowili bowiem wziąć na warsztat epokę paleolitu i mezolitu, pod kątem życia naszych przodków, przemierzających świat lodu i cudów natury w owych nieskażonych, ale bezlitosnych warunkach. Jak się zatem domyślacie, nie jest to typowy black, czy też death metal. Bo jeśli nawet oparty o te dwa gatunki, to ze zdecydowaną potrzebą dodania do nich takich epitetów jak „plemienny” czy „rytualny”. Jakiś czas temu słuchałem nowego materiału Ch’ahom. Zbieżność, którą dostrzegam między Niemcami a Brytolami jest taka, że oba te bandy stosują interludia, czy też przerywniki, zwał jak zwał, o charakterze mocno trybalnym. Mroczne bębny, egzotyczne instrumenty, szamańskie zaśpiewy, szepty i dźwięki dzikiej natury. To bardzo mocno wprowadza w odmienny, trochę przerażający klimat. W swoich utworach Wyrdstæf stosują natomiast znacznie szersze spektrum muzyczne niż Ch’ahom. Znajdziemy tutaj spory wachlarz riffów, zarówno tych nawiązujących do drugiej fali black metalu, jego bardziej współczesnej, z lekka dysonansowej odmiany, klasycznego death metalu, czy nawet doom metalu. Podczas każdej z kompozycji mamy fragmenty brutalne, jak i nastrojowe wyciszacze, co, poza wspomnianymi trybalnymi zaśpiewami, tworzy naprawdę ciekawą mozaikę, mogącą faktycznie być odzwierciedleniem życia człowieka prehistorycznego, spotykającego się z nagłym niebezpieczeństwem, by za chwilę móc świętować nowe odkrycia i znaleziska. Co istotne, Wyrdstæf starają się układać klocki po swojemu, przez co odniesienie ich twórczości do jakiegokolwiek innego zespołu nie byłoby do końca wymierne. Najbliżej jakichkolwiek porównań jestem przy ostatnim na płycie „Primordial Bloodlines”, utworze najbardziej nastrojowym, w połowie akustycznym, a w całości śpiewanym czystym głosem, w niektórych momentach mogącym kojarzyć się z twórczością Sadness (acz ze sporą dozą dodatków bardziej melancholijnych, czy doomowych). Trzeba przyznać, że propozycja Wyrdstæf to bardzo emocjonalne i oddziałujące na wyobraźnię granie, zwłaszcza przez pryzmat wspomnianego konceptu. Całość trwa niewiele ponad pół godziny, co pozostawia pewien niedosyt, ale chyba lepiej tak, niż przekombinować i podać danie zbyt duże, przez co ciężkostrawne. Jeśli szukacie czegoś nieoczywistego, proszę się częstować. Całkiem niezłe to jest. Mam tylko jeden większy zarzut. Okładka jest chujowa.

- jesusatan




Recenzja Faustian „Parable of the Sewer”

 

Faustian

„Parable of the Sewer”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026

Faustian pochodzi z Australii, a mały debiut ma już za sobą, bo trzy lata temu wyszła ich epka „We Come as Angels”. W lipcu ukazał się ich pierwszy długograj, który niesie ze sobą osiem numerów, utrzymanych w black metalowym tonie. To diabelszczyzna w wyrazistym wydaniu, która zalewa nas agresywnymi blastami, atmosferycznymi zwolnieniami, a i trochę nowoczesności w postaci dysonansów również tutaj można znaleźć. Panowie zapodają na swoich instrumentach potężną ścianę dźwięku, która ułożona w przemyślany sposób, owocuje black metalem współczesnym o ziarnistym brzmieniu, wzmocnionym przez mocną sekcję rytmiczną i zajadłe wokale. Jest to bleczur, który nie stroni od klimatycznych przerywników z czystymi wokalizami czy chóralnymi głosami. Australijczycy nie boją się także atonalnych pływów we francuskim stylu, w które wplatają sporo brzękliwych zagrywek, pojawiających się również podczas mistycznych zwolnień pomiędzy kolejnymi uderzeniami szybkich riffów i tremolo. Ostra produkcja nadała temu materiałowi uwierającego charakteru, co podkreśliło jego siłę wyrazu. Wszystko ładnie i rzekłbym nawet pięknie, bo pierwsza płyta od Faustian to rogacizna różnorodna i mocna. Pełno w niej satanicznej złości, gęstych momentów i mrocznych pejzaży, które kotłują się ze sobą przez cały czas trwania tego krążka. Nie sposób się przy niej nudzić, a i emocje wywołuje odpowiednie. Faustian wymyślił swoje ujęcie tej muzyki, korzystając z wielu wpływów, ponieważ słychać tu i skandynawskie, i francuskie oraz islandzkie pierwiastki, które ten tercet ubrał w australijskie szaty. Black metal nieco inny, ale taki sam jak wiele dzisiejszych wydawnictw, podążających w odrobinę modernistyczne rejony. Podobać się może, lecz nie musi. Sprawdźcie.

shub niggurath




czwartek, 3 września 2026

Recenzja Wrath Division „Cremation Grounds Abyss”

 

Wrath Division

„Cremation Grounds Abyss”

Old Temple 2026

No, kurwa, w końcu się ogarnęli! Materiał na drugi album Wrath Division był gotowy już od jakiegoś czasu (w sumie to powstał zaraz po debiucie), ale chłopaki nie mogli zabrać się za wokale. Albo może zmobilizować śpiewaka do ich nagrania. No to pozmieniali mu cyferki w pseudonimie, po czym poszło już z górki, i oto mamy „Cremation Grounds Abyss”. Mało jest na polskiej ziemi grania warmetalowego, dlatego na to wydawnictwo czekałem bardzo niecierpliwie. Zwłaszcza, że „Barbed Vire Veins” niczym nie ustępował światowemu poziomowi grania w rzeczonym temacie. Nowy materiał niewiele różni się od debiutu, ale tylko i wyłącznie w przypadku, jeśli rzucimy na niego uchem laika. Nadal mamy tutaj ostrą, prymitywną napierdalankę ze ślizgami po gryfie, szalejącymi blastami, oraz bezlitosnym riffowaniem, prawda. Jeśli jednak jesteśmy w temacie owych blastów, czy też tempa, to zdecydowanie więcej na tym wydawnictwie zwolnień. I to, co się, kurwa, chwali, nie takich typowych slow-downów do pomachania łbem, których pełno na krążkach wszelkiej maści naśladowców Blasphemy, lecz przejść w tempo wolne z zachowaniem odpowiedniej linii melodycznej. Absolutnie nie powoduje to przy okazji zmniejszenia poziomu wkurwu kipiącego z tych nagrań. Tutaj nadal bucha czysty ogień, czy tam lawa, z tą różnicą, że efekty totalnej erupcji przerywane są przysłowiową ciszą przed burzą. Więcej tu też czysto deathmetalowych akordów, takich z czasów zawiązywania się gatunku. Jak nie wiecie o co mi chodzi, to posłuchajcie „Flesh Burning In Flames of Deliverance”, może załapiecie. Jest na tym albumie też kilka fragmentów, które przypiąłbym do czystego grind’u, bo są totalnym szaleństwem. Czego by jednak nie powiedzieć, album ten jest absolutnym rozpierdalatorem, obrazem dewastacji, totalnego zniszczenia, nawet jeśli dokonanego przy użyciu nieco innych środków niż poprzednio. A jeśli o środkach, to nie sposób tu nie wspomnieć o nowym śpiewaku. Facet zdziera struny do krwi, ale potrafi przy tym, w sposób naturalny, modulować swoje wyrzygi, przez co w tym temacie też nie pozostajemy na płaszczyźnie poziomej. W chuj dobry to krążek, a na pewno troszkę rozwijający zardzewiałą przecież, zdającą się nie do naprawienia przy użycie WD-40, formułę. Pół godziny z niewielkim okładem. Tyle chłopakom zajmie spuszczenie wam totalnego wpierdolu. Kto chętny?

- jesusatan




Recenzja Vingulmork „Barmhjertighetens Fallitt”

 

Vingulmork

„Barmhjertighetens Fallitt”

Crime Records 2026

Panowie z Vingulmork nie rozpieszczają swą twórczością, ponieważ „Barmhjertighetens Fallitt” to w ich czternastoletniej karierze dopiero drugi krążek. Zawiera on dwanaście numerów z czego trzy to krótkie zapychacze, a reszta to już poczerniony thrash metal o dużej dawce melodyki. Generalnie do niczego nie można się tu za bardzo przyczepić. Brzmienie ostre jak żyletki, dźwięczna sekcja rytmiczna i wokalizy zajadłe jak u wściekłego wilka. Produkcja czysta, selektywność idealna, ale nie plastikowa, bo jakby naturalna. Riffy szybkie, rytmiczne, tłumione bicia w średnim tempie, nastrojowe zwolnienia i zimne tremolo. Czuć tutaj norweskiego ducha, bo Vingulmork potrafi posypać szronem, diabolicznie pobujać i wprowadzić momentami spore pokłady wikińskiej atmosfery. W kompozycjach słychać zaangażowanie, wkurw i przywiązanie do tamtejszej tradycji grania metalu o szatańskiej proweniencji. Podczas odbioru tego krążka nie sposób się również nudzić, gdyż kwartet ten dba o częste zmiany tempa, kostkowania i klimatu, a obecne tutaj, wszędobylskie chwytliwości wzmacniają gładkość postrzegania „Barmhjertighetens Fallitt”. Jedynym problemem jaki napotykam, słuchając tego albumu, to jego typowość i brak jakichkolwiek punktów zaczepienia, aby zostać z nim na dłużej. Poprawne muzykowanie w konwencji black-thrash metalowej ze wskazaniem na ten pierwszy człon, które poza wzorcowym odfajkowaniem jego elementów nie sprawia, żeby go zapamiętać i wracać do niego co jakiś czas. Jest agresywnie, siarczyście, harmonijnie i chwilami klimatycznie, ale brakuje mi tej kropki nad i, która udowodniłaby, że tak, to jest metal z Norwegii, a nie jakieś tam szwedzkie Dissection.

shub niggurath




środa, 2 września 2026

Recenzja Ch'ahom „Atrophic Rites Sublimation”

 

Ch'ahom

„Atrophic Rites Sublimation”

20 Buck Spin 2026

Po wydanym w zeszłym roku demosie “Covered In the Priests Black Shit”, miałem cichą nadzieję, że nagranie drugiego albumu Niemcom nie zajmie wiele czasu. I tak się faktycznie stało, bo panowie z Essen (po naszemu „jeść”), po zmianie barw klubowych, wracają z nowym długograjem. No, żeby on był faktycznie długi, to bym nie powiedział, bowiem jest to pięć kompozycji, a których jedna długaśna, ponad dziesięciominutowa, nie przekraczających zusammen nawet pół godziny. Muzycznych rewolucji na tym wydawnictwie nie znajdziemy, ale to chyba dobrze. Ch’ahom wykreowali swój autorski, dość oryginalny styl, i jego się trzymają. Wiadomo zatem, że, poza treścią właściwą, usłyszymy na tej płycie kilka trybalnych, czy też rytualnych, interludiów. Dzwoneczki, piszczałeczki, obrządek rodem z Ameryki Południowej sprzed wieków. Nie da się ukryć, że właśnie te drobne dodatki robią tutaj różnicę, bo wprowadzają w odpowiedni, wypełniony ociekający krwią klimat. Słuchając nowych kawałków, odnoszę wrażenie, że muzyka Ch’ahom stała się jakby bardziej czytelna, zarazem mocniej pokombinowana. Nie znaczy to, że brak tu ciężaru z gatunku gruzowego, on jest nadal obecny, i to chyba, w połączeniu ze staroszkolnym death metalem (bo ja tu momentami wyraźnie słyszę choćby Morbid Angel), w przeważającej ilości. Pojawiły się natomiast fragmenty kapkę zaskakujące, gdzie chłopaki tasują akordami, łamią rytmy i zdają się dawać do zrozumienia, że ich muzyka z czasem jednak dojrzewa. Niech takim przykładem, idealnym zresztą, będzie „Priests of Lik’in”, z pokręconym wstępem, częstą zmianą kostkowania, warmetalowymi ślizgami po gryfie, przeplatanymi przebieraniem paluchami po tymże. Zresztą album ten ma to do siebie, że nie utkwicie podczas odsłuchu na wielokrotnym zapętleniu jakiegoś motywu. Tu co chwile coś się dzieje, coś się zmienia. Stąd też, że tak sobie pomyślałem, lepiej chyba nagrać materiał krótki, ale pełen pomysłów, niż długi, ale oparty na wałkowanym w kółko temacie. Równie bogato, co muzycznie, jest pod względem wokalnym. Monotematyzm Niemców nie dotyczy, ale to sobie najlepiej sprawdźcie sami, bo tej płyty po prostu wypada posłuchać. Zdaje mi się, że Ch’ahom nie zyskali dotychczas należnej atencji, i nadal pozostają tworem kryminalnie wręcz niedocenianym. Czy po przejściu do 20 Buck Spin coś się w temacie ruszy? Zobaczymy. Ja tą muzykę bardzo polecam, bo to nie jest kolejny zespół „jeden z wielu”. Chłopaki mają swoją wizję, i konsekwentnie ją realizują. Bardzo mocno im kibicuję.

- jesusatan