Malaflame
„Operation
Werewolf”
Mara Prod. 2026
Zastanawiam się, ilu z was zna Malaflame. Zespół
narodził się ponad dekadę temu, ma w swoim dorobku jedną dużą płytę i jakieś
tam drobiazgi, a w składzie jego figurują persony związane między innymi z
konkurującym do ścisłej światowej czołówki pod względem wydanych splitów Via
Dolorosa, oraz naszym (nie)sławnym Graveland. Ja dotychczas nie znałem, ale
właśnie poznałem, dzięki uprzejmości rodzimej Mara Productions. I bardzo się z
tego powodu cieszę, bo „Operation Werewolf” to… zajebista płyta. Stwierdzenie
może i lakoniczne, ale według mnie adekwatne do muzyki, która również zawiera czyste
zło, w skondensowanej, nierozwleczonej formie. Panowie grają black metal
konkretny. Co mam na myśli? Że nie ma tutaj bawienia się w jakieś popierdułkowe
melodyjki (nie mylić z „nie ma tu melodii”). Album otwiera intro w stylu dark
techno. O ile się nie mylę, dokładnie tych samych sampli użył jakiś czas temu
na którejś ze swoich płyt DeathEpoch, ale to tak na marginesie. Zaraz potem
atakowani jesteśmy szybkim, przypominającym przez chwilę Zyklon B, agresywnym
blastem, z czasem przechodzącym w rytmy bardziej punkowe. Jak by nie patrzył,
albo jak nie słuchał, kłania się czysty oldskul. Z tym punkiem, to poza
wszechobecnymi na krążku d-beatami, a także częstymi rytmami mającymi swoje
korzenie w tymże gatunku, sporo tutaj totalnie anarchistycznego podejścia.
Albo, innymi słowy, braku kija w dupie. Bo panowie grają black metal, temu nikt
nie zaprzeczy. Ale jednocześnie potrafią robić to w sposób autorski, bez
oglądanie się, czy dany patent będzie burzył konwenanse, czy też nie. Stąd też
mamy tu kilka wyluzowanych akcentów wokalnych, czy też kompletnie odskakujący
od formuły „Division Krieg Satana”, kawałek bardziej industrialny, podszytu
elektroniką mocno… taneczną. Jak już o wokalach, to poza wkurwionym wrzaskiem,
nierzadko do głosu dochodzą zawodzące chórki, jakieś quazi pijackie zaśpiewy,
czy frazy w wyższych rejestrach rodem ze speed metalu. A, no i wspomnieć
należy, że lirycznie jest tu po angielsku, ale i po ichniemu. Nie znam
włoskiego, ale jak wyłapuję słowa-klucze, to wiem, że panowie katolstwo ostro
pierdolą a Sztana szanują. Legancko. Poza wspomnianym punkiem, bardzo dużo
tutaj agresywnych, nasterydowanych harmonii rodem z drugiej fali. Momentami
troszkę pod Darkthrone (ale to na zasadzie zajawki), gdzie indziej pod Impaled
Nazarene (zresztą we wspomnianym utworze pojawia się sławne „Sadhu Satana”
wrzeszczane z taką intensywnością, jakby chłopaki chcieli świat podpalić).
Można sobie porównywać do woli, bo „Operation Werewolf” to w sumie nic nowego.
Nic nowego, ale mino to zagrane nieco inaczej. Taki black metal to ja
uwielbiam, takie zespoły szanuje. Nie wiem czy nie jest to jedno z najlepszych
wydawnictw Mara Productions w ich, niechudym przecież, katalogu. Wszystko mi
się tu idealnie zazębia. Okładka, wspomniane teksty, bezkompromisowa muzyka,
wyjebongo na trendy. Kto nie sprawdzi tego krążka ten pizda w korach. Tyle w
temacie.
-
jesusatan






