czwartek, 16 kwietnia 2026

Recenzja Galibot „Catabase”

 

Galibot

„Catabase”

Les Acteurs de l’Ombre Productions 2026

 


Reedycję debiutanckiego krążka Galibot przedstawiałem wam jakiś czas temu, zatem teoretycznie powinniście być w temacie. Dla przypomnienia jednak, zespół ten para się black metalem o tematyce kopalnianej. Konkretniej, zgłębia historię, często tragiczną, kopalń północnej Francji. Jeśli mowa o black metalu z Francji, to zapewne z założenia pojawią się u was myśli skierowane w stronę Deathspell Omega czy Blut Aus Nord. Spieszę zatem, by wyprowadzić was z błędu, bo muzyce Galibot bliżej jednak do bardziej tradycyjnego grania z okresu drugiej fali, niż etapu późniejszego. Co stanowi podstawę „Catabase”, a jednocześnie jest największą zaletą tej płyty, to jej pokryta kolcami melodyjność. Pod tym względem muzycy naprawdę wypracowali złoty środek, bowiem ich kompozycje, zazwyczaj utrzymane w szybszym tempie, naprawdę potrafią wkręcić się mocno pod kopułę, kusząc co chwilę mocno bujającym motywem, jednocześnie będącym niczym zatrute jabłko. Pełnym jadu. Mnóstwo na tym krążku harmonii opartych na lodowatych tremolo o skandynawskim rodowodzie, choć jednocześnie zespół nie gubi po drodze swojego rodowodu, nawiązując z lekka do sceny rodzimej. Rzecz w tym, że nawet jeśli przez chwilę złapiemy ich na czerpaniu z konkretnego wzorca, dosłownie kilka chwil później owo porównanie staje się nieadekwatne, lub nieaktualne. Bo bogactwem pomysłów Francuzi mocno zaskakują, (w samym tylko „Voreux” znalazłem odniesienia od Bathory po Dissection), nie wciskając jednocześnie do swoich utworów niczego na siłę. Wspomniane melodie wypływają tutaj z siebie naturalnie, naturalnie się zmieniają i uzupełniają w taki sposób, by napięcie ani na chwilę nie spadało, a płyta trzymała nas przy sobie do ostatniego dźwięku. Powiem szczerze, że słuchając „Catabase” mam silne skojarzenia z naszą Furią (tą wczesną) i Mgłą, bo sposób w jaki Francuzi budują atmosferę swoich nagrań mocno przypomina naszych klasyków. Że już nie wspomnę, ileż to razy w przeciągu tych czterdziestu dwóch minut zostałem zmuszony do poderwania się z krzesła, bo przy serwowanych akordach po prostu nie byłem w stanie usiedzieć. Pochwalić też należy śpiewającą tu panią. Growl Diffamie jest co prawda rozpoznawalnie żeński, ale emocje, które laska z siebie wylewa, są ponadprzeciętnie prawdziwe i przeszywające. I pod tym względem nie drażnią mnie nawet czyste, pojawiające się w kilku miejscach zaśpiewy. Bo raz, że zostały zastosowane z umiarem, a dwa, bez nich opowieść Galibot byłaby najwyraźniej niekompletna. Przyznać muszę, że od bardzo obiecującej „Euch’mau Noir”, zespół faktycznie poszedł do przodu. Niby stylistycznie wielkich zmian nie ma, ale za to kompozycyjnie „Catabase” postawiłbym o półkę wyżej. Nie przeoczcie tego krążka, bo jest cholernie dobry!

- jesusatan




środa, 15 kwietnia 2026

Recenzja Black Revelation „No Light Upon Us All”

 

Black Revelation

„No Light Upon Us All”

Nine Records 2026

To kapela z Niemiec, która działa od 2016 roku i ma na koncie debiutancką płytę sprzed sześciu lat, i jednego demosa, którego trzy kawałki znalazły się na najnowszym krążku tego kwartetu „No Light Upon Us All”. Black Revelation rzeźbi w doom metalowym materiale, wykuwając z niego pięć długich, mozolnych utworów plus cover Saint Vitus. To dość duszna i narkotyczna odmiana tego gatunku, który w cięższych i mroczniejszych fazach kojarzy mi się trochę z toruńskim Magiem, bo dominują wtedy przysadziste, wlekące się smętnie akordy, roztaczając wraz z wokalistą przytłaczającą, ale i wypełnioną magią atmosferę. Jednak nie tylko gęstym i hipnotycznym riffowaniem Black Revelation stoi, ponieważ od czasu do czasu Niemcy, kierują swoje aranżacje w klasyczne rejony, dopuszczając do głosu stonerowe wpływy i tym samym, nawiązując do twórczości takich tuzów doom metalu jak chociażby Pentagram, czy też wspomniany wyżej Saint Vitus. Wtedy, w roztaczany wcześniej mrok, wkraczają heroinowe opary, które wprowadzają nieco psychodelii, częstując odurzającymi bujankami i neurotycznymi solówkami. Całościowo, to słoniowata i zwarta muzyka, o specyfice pełnej napięcia i bolesnej melancholii. Ci czterej muzycy generują ją za pomocą surowych, ale i chwytliwych riffów, potężnej sekcji rytmicznej i fantastycznych wokali. Niekiedy może wydawać się zbyt monotonna i męcząca, ale to wina bardzo długich kompozycji, które bez problemu mogłyby być krótsze. Siła oddziaływania byłaby chyba wtedy większa, a uwaga odbiorcy bardziej skupiona. Pomijając ten mały zgrzyt, to bardzo przyzwoite i interesujące wydawnictwo doom metalowe, które wejdzie bez popitki niejednemu fanowi takich dźwięków. Polecam.

shub niggurath




wtorek, 14 kwietnia 2026

Recenzja Zadushka „Wielkhi Tydzień”

 

Zadushka

„Wielkhi Tydzień”

Nuclear Forest 2023

A teraz kapka retrospekcji. Materiał ten ukazał się co prawda zdrowo ponad dwa lata temu, jednak, jako iż zespół będzie niedługo gościł w moim mieście z pokazami artystycznymi, postanowiłem sprawdzić, kto zacz. Na tak zadane, przynajmniej dosłownie, pytanie, odpowiedź nie jest trudna, bo pierwsze skrzypce w Zadushce gra Pan J, znany choćby ze Sznura. Natomiast muzycznie… Sam zespół określa swoją twórczość jako „Necrodoom Metal”. Hmm… Skoro tak, to niech im będzie. Czym zatem ów Necrodoom jest? Mocno połamaną i pokombinowaną wariacją, happeningiem, performensem... Nie brak na „Wielkhim Tygodniu” elementów psychodelicznego rocka, rocka progresywnego, metalu w bardzo, ale to bardzo szerokim spektrum, a nawet elementów ludowych w krzywym (albo nawet potłuczonym) zwierciadle. I chyba łatwiej byłoby mi rzucić tutaj nazwami pokroju Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi, Furia czy Kobong, niż rozbierać wszystko na czynniki pierwsze. Choćby z tego powodu, że wachlarz zastosowanych rozwiązań jest w przypadku Zadushki naprawdę nieszablonowy i bogaty. Na tyle, że nawet przytoczone przed chwilą nazwy nie są do końca wyznacznikiem tworzonej przez trio muzyki. Zdaje się ona być komponowaną na totalnego spontana, bez oglądania się na jakiekolwiek ramy, i to nie tylko muzyczne. Pod względem samego konceptu (zaczynając nawet od pisowni nazwy projektu i tytułu utworów), jak i tekstów, mamy tutaj twórczość totalnie bez kija w dupie, o tragikomicznym zabarwieniem. No bo jak tu poważnie odbierać tekst typu „Kostucha Ściga Cię, Członków tęskliwa jest, Niczym Baba Stara, Wyżre Cię z gara”. Na tym krążku bezwzględnie króluje teatralność, a „Wielkhi Tydzień” mógłby być ścieżką dźwiękową do jakiegoś upiornego przedstawienia, bo bez wizualizacji całość zdaje mi się poniekąd niepełną. To nie jest łatwy w odbiorze materiał. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie, on na początku najzwyczajniej zniechęca, odpycha, nawet irytuje. Jako jednak, że lubię wyzwania, a ponadto coś wciąż szeptało mi do ucha, by do Zadushki wrócić, dałem tym pięciu piosenkom drugą, trzecią, i piątą szansę. I nadal do końca nie potrafią się określić, bo chwilami ogarnia mnie zachwyt, a za chwilę zastanawiam się, czy to aby nie jest jeden wielki, zrobiony dla jaj kicz, ściema jakaś. Jedno natomiast jest pewne. Ten album jest na pewno czymś nietuzinkowym, czego nie znajdziecie na każdej sklepowej półce. On ma swoje własne, kompletnie odmienne od utartych standardów oblicze i na współczesnej scenie wyróżnia się niczym albinos w stadzie niedźwiedzi brunatnych. I tylko kwestia, czy wy go w swoim otoczeniu zaakceptujecie, czy pogonicie gdzie raki zimują… wróć… gdzie pieprz rośnie! Ja się od ostatecznego werdyktu wstrzymuję, ale jednego jestem pewny. Muszę (!) to zobaczyć na żywo. Bo to zapewne będzie czynnik przeważający w jedną, albo drugą stronę.

- jesusatan




Recenzja Grief Collector „The Death of All Dreams”

 

Grief Collector

„The Death of All Dreams”

Nine Records 2026

Grief Collector to amerykańska grupa, która gra doom metal w klasycznej jego formie, co też zawiera ich najnowszy, trzeci krążek. Na pierwszym albumie śpiewał Robert Lowe i jestem ciekaw jak to wyszło, ale od drugiego albumu mikrofon trzyma niejaki Julian Küster, którego głos odznacza się niebywałym ładunkiem emocjonalnym, lecz brzmi mocno hard rockowo i telewizyjnie. W przypadku twórczości Amerykanów to nie przeszkadza, a nawet bardzo dobrze się wpisuje w muzykę, gdyż ma ona charakter bardziej balladowy i nie ma raczej nic wspólnego z energetycznymi i ciężkimi galopadami w stylu Solitude Aeturnus czy Candlemass. Grief Collector stawia na spokojne i rozmarzone nuty, które leniwie płyną przed siebie, zsyłając senną atmosferę. Na „The Death of All Dreams” usłyszycie mnóstwo nastrojowych melodii, takich też solówek, dźwięków na gitarze akustycznej czy smyczków. Wszystkie te elementy stanowią trzon muzyki tego zespołu, a jeśli panowie zdecydują się już trochę mocniej przygrzać, to stanowi to, niejako dodatek do lirycznych treści tego materiału. Nie można powiedzieć, że się źle tego słucha, bo i chwytliwości tu nie brakuje, a i progresywne rozwiązania oraz przebojowe zrywy, przyciągnąć do siebie uwagę potrafią. Doom metal w tradycyjnym wydaniu, który koncentruje się na budowaniu melancholijnej atmosfery, którą od czasu do czasu tercet ten, rozładowuje agresywniejszym uderzeniem. Robi się wtedy energiczniej i mroczniej jak chociażby w kawałkach „Cosmic Loneliness” czy „Funeral World”. Wszystko dobrze zaaranżowane, wyprodukowane i okraszone koronkowymi zagrywkami robi naprawdę dobrze, o ile oczywiście ktoś gustuje w takich nutach. Mnie się nawet podoba, choć za często po taką muzę nie sięgam, a fanom klasycznego doom metalu z pewnością również nie zalegnie na żołądku.

shub niggurath




poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Recenzja Impure Declaration “Of Veins, Tendons and Bones”

 

Impure Declaration

“Of Veins, Tendons and Bones”

Old Temple 2026

“No, kurwa, nareszcie!”, aż chciałoby się zawołać. Pomału już zacząłem tracić nadzieję, że debiutancki krążek Impure Declaration w ogóle się ukaże. Zespół obecny jest bowiem na scenie już niemal dekadę, i o ile na początku w miarę regularnie przypominał o swoim istnieniu, tak przez ostatnie pięć lat panowała w ich obozie całkowita cisza. Nic dziwnego zatem, że kiedy „Of Veins, Tendons and Bones” w końcu znalazła się w mojej skrzynce odbiorczej, rzuciłem się na nią niczym wilk na zagubioną owieczkę. Że będzie to bardzo dobry materiał byłem spokojny. Bo czy ludzie, którzy w międzyczasie zachwycili mnie wydawnictwami swoich innych projektów, że wymienię tylko Hag, Mental Funeral, Forbannet czy Nihilvm, byliby w stanie zejść poniżej określonego poziomu? Wolne żarty! Nie tylko nie zeszli, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej docisnęli śrubę, bo pełniak Impure Declaration to prawdziwy potwór. Stylistycznie nic się tutaj, w porównaniu choćby do wczesnych EP-ek, nie  zmieniło. Poznaniacy nadal tworzą niezwykle gęstą mieszankę death, doom i black metalu, zabójczo duszną i gruzową. Słychać jednak, że przez tą dekadę, jako muzycy, zdecydowanie dojrzeli i udoskonalili swój warsztat, przez co ich kompozycje są jeszcze bardziej masywne i dopracowane. Bez wchodzenia w niepotrzebne szczegóły, i rozkładania tego albumu na czynniki pierwsze, tym bardziej, że stanowi on twardą i zbitą niczym korund bryłę, powiem tak… Na początku „Terminatora” jest taka scena, kiedy maszyna w przyszłości rozjeżdża leżące na ziemi czaszki. I chyba nie muszę kontynuować. Dokładnie to samo robi ze słuchaczem „Of Veins, Tendons and Bones”. To nieco ponad trzy kwadranse gęstego jak lawa dźwięku, który zalewa ze wszystkich stron, pali i niszczy, unicestwia wszystko, czego dosięgnie. W przeważającej większości Impure Declaration obracają się w tempie niespiesznym, dbając o to, by tonaż kolejnych akordów sięgał czubka skali, powietrze wokół gęstniało do konsystencji smoły, a nasze kości zostały zmiażdżone na miazgę. Jedynie chwilami panowie, i pani, nagle przyspieszają, jakby drapieżca znudził się pastwieniem truchłem dawno pozbawionej życia ofiary, i łapczywie rzucił się na inną. Nie znaczy to, że płyta ta jest monotonna, bowiem same harmonie często się zmieniają, przywołując na myśl sposób budowania aranży na zasadzie Nekus czy Swallowed (tak, żeby nie używać klasycznych, znanych i wyświechtanych nazw). Także sposób riffowania to nie jedynie siermiężne uderzenia w struny, ale i kostkowanie bardziej klasycznie deathmetalowe, czy nawet  przyprawiane blackmetalowy tremolo. No i do tego te opętańcze wokale. Głównie w postaci głębokiego growla, z miejscowymi dodatkami wrzasków w wyższych rejestrach, czy nawet przeraźliwego wycia (przy okazji fantastycznie zinterpretowanego coveru „Bewitched” Candlemass na zakończenie). Podsumuję zatem krótko. Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiej sceny gruzowej powrócił z materiałem, który bardzo wysoko stawia poprzeczkę konkurencji, i to nie tylko na scenie krajowej, bo „Of Veins, Tendons and Bones” to bez dwóch zdań poziom światowy. Czuję się pożarty, przetrawiony i wysrany.

- jesusatan




Recenzja Archaic Oath „Determined to Death and Beyond”

 

Archaic Oath

„Determined to Death and Beyond”

AOP Records 2026

To chyba nowy projekt, bo informacji o nim niewiele. Wiadomo mi tylko, że tworzy go dwóch Belgów, Lykormas (ten od „podwodnego bleka”) i Arneriach, którzy są starymi wyjadaczami tamtejszej sceny i udzielali się w wielu, black metalowych kapelach. Materiał ten jest ich debiutanckim krążkiem, zawierającym osiem utworów diabelskiego rzępolenia. Ich czarcia muzyka, to gładki black metal, który płynie w zmiennych tempach, wykorzystując wszelkie dobrodziejstwa drugiej fali. Nic nadzwyczajnego. Thrashujące akordy, sporo tremolo, solówek i nastrojowych przerywników na gitarze akustycznej oraz syntezatorowych podkładów. Wszystko zebrane do kupy, generuje miłą dla ucha gędźbę, która sączy nam do niego epickie i filmowe melodie, podszyte sentymentalnym patosem i delikatnie gotyckim klimatem. Panowie nagrali mocno sztampowy album, który trąci banałem i jest po prostu nudny. Każdy z numerów niczym szczególnym się nie wyróżnia i wszystkie zlewają się w jedną, mdłą masę. Niestety „Determinated to Death and Beyond” jest wyłącznie utartym wzorcem, który nic nie wnosi do gatunku, i co najgorsze, nie ma nic konkretnego do zaoferowania poza dobrą produkcją i rozczulającymi harmoniami, okresowo przechodzącymi w pompatyczne uniesienia. Oczywiście, że skonstruowany jest według prawideł sztuki muzycznej, sprawnie zaaranżowany i zagrany, ale kurwa, panowie! Dostarczcie jakichś emocji. Niech poczuję w nosie zapach siarki i chłód na policzkach, nienawiść, no dobra, chociaż odrobinę niezadowolenia. Marna kreacja, która jest do bólu zachowawcza i dzięki temu powinna spodobać się wszystkim. Kończy ją cover Emperor, który jako jedyna kompozycja, zostawia jakiś ślad w głowie, a reszta to tylko niezapamiętywalna typowość, udająca coś, czego nawet nie potrafię nazwać. Szkoda, bo zmarnowałem 45 minut swojego życia.

shub niggurath




niedziela, 12 kwietnia 2026

Recenzja Capa Preta “Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos”

 

Capa Preta

“Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos”

Black Flame Rebellion 2026

Coś mam chyba zły tydzień. Przed chwilą polemizowałem z innym wydawcą na temat zawartości jednej z wypuszczanych przez niego pozycji, a dziś licytowałem się na argumenty z Krzysztofem z Black Flame Rebellion. Nie wiem, może ja słyszę „inaczej”, ale pewnych sloganów reklamowych po prostu nie ogarniam. Debiut Capa Preta, zespołu, w którego skład wchodzą starzy wyjadacze, ale nie będę tu żadnych nazw przytaczał, bo w odniesieniu do tejże płyty i tak nie są relatywne, reklamowany był jako „Sarcofago worshippers”. Panie! Po czymś takim spodziewałem się prostego jak równik  black / thrash / death metalu, z surowym brzmieniem i totalnym południowoamerykańskim wkurwem. Co dostałem? Kupę… zajebistego, skandynawskiego black metalu! Zresztą już pierwsze sekundy, i to buzujące w tle portugalskich deklamacji tremolo, wspomaganych meczeniem kóz, wyjaśniło sprawę. Bo nie ma na tej płycie o przydługawym tytule niczego, co by mi się kojarzyło z Bello Horizonte, czy nawet okolicami. Jest za to w chuj Szwecji, takiej Nifelheimowej, z wcześniejszego okresu, momentami nawet podchodzącej lekko pod Dissection, oraz sporo kombinowania. Nie pod tytułem „łamiemy riffy i zmieniamy się jak kalejdoskop”, ale raczej przemieszczania się między melodiami trochę na haju. Czerpania głównie ze spuścizny black, a nawet i death metalu, z lekkim odjazdem od sztywnych ram obu gatunków. Trochę może w tym momencie być pomocna nazwa Alchemyst, ale także Lantern czy nawet Negative Plane. Ten ostatni głównie we fragmentach wyraźnie czerpanych z pierwszej fali, tudzież z protoplastów blacmetalu. Oczywiście inspiracje te nie są podstawione słuchaczowi bezpośrednio pod nos, tylko zostały bardzo sprytnie wplecione w całokształt siedmiu kompozycji. Jednak uważne ucho skauta wychwyci to, co autorom w sercu grało. Prawdą niezaprzeczalną jest, że materiałowi temu towarzyszy owa pierwotna wściekłość, jadowitość i zadziorność, którą, gdyby tylko muzycy byli nieco młodsi, można by przypisać młodzieńczemu buntowi. Bo momentów odpoczynku w trakcie tych trzydziestu pięciu minut raczej nie uświadczycie. Mnóstwo tu za to chwytliwych melodii, budowanych głównie przez klasyczne tremolo, a podsycanych ostrym jak brzytwa blacmetalowym krzykiem (we wspomnianym wcześniej języku, co na pewno dodaje całości odrobiny odmienności). Zatem… z początkowego, ale jedynie chwilowego rozczarowania, że zamówione danie nie jest tym, co przedstawiał obrazek w menu restauracji Czarny Płomień, „Em Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos” okazał się albumem wyjątkowo dobrym. Z każdym kęsem smakującym coraz bardziej, aż by się poprosiło o dokładkę. Zwłaszcza skoro ostatni gryz to tak wariackie wokale, że się człowiek zakrztusić może z zachłanności. Mój brzuszek na takie potrawy mówi zdecydowane tak!

- jesusatan