wtorek, 10 marca 2026

Recenzja Melting Rot „Infatuation with Premeditation”

 

Melting Rot

„Infatuation with Premeditation”

Hells Headbangers 2026

Nadszedł taki dzień, że zachciało mi się posłuchać jakiegoś grinda. A na poletko z tym gatunkiem zaglądam raczej sporadycznie. No, ale za tym, by dać szansę Melting Rot przemawiało przynajmniej kilka czynników. Po pierwsze – zajebista nazwa. Bo nie, że rozkład, ale wręcz taki obślizgły, niejednego zapewne przyprawiający o mdłości. Dwa – rymowany tytuł. Czyli szansa, że będzie niezły groove, czyli tańce hulańce, swawola. Trzy – płytę wydaje Hellsbangers, czyli label, który najczęściej się nie myli. No i numero czwarte – okładka. I tu chyba tłumaczyć niczego nie muszę, bo nie chce mi się tu przytaczać sloganu reklamowego Media Markt. Materiał ten, jak na grind przystało, krótki. Ot, jedenaście kawałków w siedemnaście minut. Szybki wpierdol i do domu. W zasadzie jest to klasyka. Tylko tych „klasyk” ów gatunek ma kilka. Ta konkretna pochodzi z podszufladki, w której możemy też znaleźć takie twory jak Pigsty czy Insect Warfare. Zatem jednak groove’u tu mało, a sporo napierdalania, parcia naprzód, na ślepo, bez oglądania się na konsekwencje. Owszem, przewijają się tu co chwile jakieś bardziej chwytliwe akordy, i chyba właśnie dzięki temu muzyka ta nie jest jedynie bezkompromisowym nakurwem dla upośledzonych. Same kawałki są jednak, temu nie da się zaprzeczyć, niemal bliźniaczo do siebie podobne, przynajmniej aranżacyjnie, z tym mocnym zastrzeżeniem, że Amerykanie w tym bardzo sztywnym obramowaniu starają się jednak robić co mogą. I w tym przypadku doskonale rozumiem, dlaczego płyty grindowe, klasyfikowane jako pełniaki, często nie przekraczają dwudziestu minut. Bo taka kilkunastominutowa dawka skomasowanego hałasu jest w zasadzie odpowiednikiem dwu czy trzykrotnie dłuższego albumu z gatunku death, black czy thrash metalu. A Melting Rot czynią zniszczenie błyskawicznie, będąc faktycznie takim koncentratem energii. No dobra, ale zespołów podobnego pokroju jest milion, to czym się ten band wyróżnia na tle całości? Przede wszystkim nieprzyzwoicie dosadną ilością „świniaków” na wokalu. I o ile zawsze twierdziłem, że jest to zajebista grindowa wstawka wokalna, ale nie wyobrażałem sobie, by ktoś jechał jedynie w takich tonacjach, to w przypadku Melting Rot, którzy rzeczonej maniery używają w chuj często, wcale mnie to nie drażni, a wręcz przeciwnie. Idealnie pasuje do tego tornada, które chłopaki rozkręcają. Cóż zatem mam zrobić, jak nie polecić tych pięknych piosenek, nie tylko maniakalnie oddanym fanom gatunku. Mi ten krótki strzał w pysk zrobił bardzo dobrze, i, jak bozia da, jeszcze kiedyś sobie do niego wrócę. Klasyka gatunku z gatunku tych, co to warto znać.

- jesusatan




Recenzja NO/MÁS „No Peace”

 

NO/MÁS

„No Peace”

Redefining Darkness Records 2026

Może znacie, bo ja, jak dotąd nie, ale już znam. Ci czterej panowie są z Waszyngtonu, lecz w żadnym razie na Iran napadać nie zamierzają. Napadają za to na swoich fanów drugim już w swojej karierze krążkiem. Amerykańce szyją grindujący metal śmierci, który podąża przed siebie w zmiennych tempach, zasypując blastami, miażdżącymi zwolnieniami i bardziej skocznymi akordami. Czasem zaskoczy on krótką solówką, innym razem noisowym przesterem lub przerywnikiem na basie. Wszystkie te elementy wraz ze zmiennymi wokalizami tworzą intensywną i brutalną muzę, która złożona jest również z szybkiego, biczującego kostkowania. „No Peace” ucieka także chwilami w lżejsze rytmy upodabniając się do późniejszej Sepultury, a nawet skręcając w rejony bliższe zmetalizowanemu core’owi w typie Pro-Pain czy też wczesnego Downset. Jednakże death metalowe mielenie i grindowe ataki stanowią większość tego materiału, który został zawarty w dwunastu, krótkich utworach. Katują one przez prawie 22 minuty, swoimi gęstymi riffami, które okresowo przechodzą w dość chaotyczną napierdalankę. To w obrębie tego sposobu na granie, mocne kompozycje, które zwięźle wypowiadają się na polityczne, antywojenne (więc na pewno NO/MÁS nie ma nic do Iranu) i poświęcone wszelkim niesprawiedliwościom społecznym, tematy. Jak dla mnie, fuzja tych wszystkich występujących tutaj pierwiastków, niczym szczególnym się nie wyróżnia i jest najzwyczajniej w świecie, typowym rzępoleniem w tym stylu. Stylu, który trochę łączy późniejszy Napalm Death, dokłada to tego odrobinę Brutal Truth i posypuje całość szczyptą wyżej wymienionych Nowojorczyków czy czymś w rodzaju Exhorder. Wyszedł z tego taki ciężki crossover, który doskonale sprzedaje się w USA lub wśród fanów takiego grania. Mi nie leży, ale miłośnicy takiego ujęcia nie powinni być zawiedzeni.

shub niggurath




 

poniedziałek, 9 marca 2026

Recenzja Mylingar „Út”

 

Mylingar

„Út”

Amor Fati 2026

 


Przyznam się, szczerze, że kiedy zobaczyłem w skrzynce odbiorczej promo nowego albumu Mylingar, to aż podskoczyłem z radości, a pierwszą rzeczą jaką zrobiłem kiedy tylko odfajkowałem wszelkie obowiązki domowe, było założenie słuchawek i… zejście do piekła. Stamtąd bowiem, bankowo, dźwięki tworzone przez ten tajemniczy szwedzki projekt pochodzą. Może właśnie dlatego do dziś nie wiadomo, kto tak naprawdę za Mylingar odpowiada, bo całkiem możliwe, iż są one transmisją z zaświatów, a konkretnie z ich ciemnej strony. No ale dość bajania, przejdźmy do rzeczy. „Út” to dokładnie to, na co czekałem po wybijających się zdecydowanie, i to pod każdym względem, ponad przeciętność trzech częściach trylogii „Döda”. Zdaje się, że projekt ten, mimo iż płynie w wyznaczonym przez samych siebie kierunku, z albumu na album dojrzewa. Nie powiem, że ewoluuje, bo byłoby to zapewne omylnie zrozumiane, ale pomału dopracowuje swoją własną, autorską formułę na death / black metal. Mylingar nie da się bowiem pomylić z żadnym innym zespołem, Sposób w jaki muzycy aranżują poszczególne, najczęściej osadzone w wysokich tempach, kompozycje, jest charakterystyczny tylko dla nich. Ta zawiłość riffów, gdzie linie gitarowe przeplatają się nawzajem, tworząc coś, co na początku można odebrać jako chaos, a przynajmniej dysonans, a ostatecznie, jeśli tylko spędzimy z „Út” trochę czasu, krystalizujące się w obłąkańcze wizje, sprawia, że kompozycje Mylingar mogą przeciętnego słuchacza wręcz odpychać. Bo tutaj nie ma łatwych melodii wysuniętych na pierwszy plan. One skryte są pod powierzchnią, często majacząc gdzieś w tle. W ich odkrywaniu bynajmniej nie pomaga, a wręcz przeszkadza wyjątkowo brudne, surowe brzmienie, z niepodrabialnym strojem gitar. Zaznaczam – surowe, nie lo-fi. Pod tym względem Mylingar też znalazł własną formułę, której się trzyma, wprowadzając w zasadzie kosmetyczne poprawki. Cóż można powiedzieć o wokalach? To bardziej spazmatyczne wymioty niż klasyczny growl, a w niektórych partiach śpiewak musi język wypluwać przynajmniej do pasa, by wydobyć zalegającą mu gdzieś na samym dnie wnętrzności żółć. Niezwykle precyzyjnie pracuje tutaj sekcja rytmiczna. Zarówno wyraźny bas, jak i działająca z chirurgiczną precyzją perkusja, chwilami wystukująca kompletnie kosmiczne, niespodziewane patenty, na zasadzie improwizacji, jak choćby w „af”. No i te nagłe przejścia w blasty, podczas gdy bas i gitara grają jakby zupełnie dwa nie związane ze sobą utwory… Na tej płycie jest tyle smaczków, tyle fenomenalnych zagrywek, że można jej słuchać w nieskończoność. I w bardzo umiejętny sposób łączy ona w sobie nauki klasycznych mistrzów ze sceną bardziej współczesną, chwilami nawet awangardową. A wieńczący ją jedenastominutowy kolos „Neðan”, z niesamowicie chorowitym zakończeniem, to jest mistrzostwo naszego układu słonecznego. Na pewno to, co tworzy Mylingar jest jedyne w swoim rodzaju, a „Út” bezapelacyjnie potwierdzą klasę zespołu, i niesamowicie winduje ich pozycję w moim osobistym rankingu. Ależ to jest, kurwa, dobre!

- jesusatan




Recenzja Multiwomb „Anatomy of Gorelust”

 

Multiwomb

„Anatomy of Gorelust”

Grave Island Records 2026

 


Co jak co, ale gościa z okładki spotkać to bym nie chciał. Multiwomb najwyraźniej takich oporów nie mają, bo nawet skomponowali dla niego dziewięć numerów, które składają się na ich debiutancki krążek. To trzech, pochodzących z Indonezji facetów, którzy jak można się domyślić z załączonego obrazka, nie gustują w wysmażonym, lecz w krwistym mięsie. To tradycyjny i podziemny death metal, hołdujący flakom, litrom juchy, śmierdzącym płynom ustrojowym i wszelkiej zgniliźnie. Z każdego kawałka tej płyty wypadają ludzkie szczątki, flegma, ekskrementy i cuchnące wnętrzności. „Anatomy of Gorelust”, to adoracja śmierci we wszystkich jej przejawach i wszystkim, towarzyszącym jej elementów. Zbiór blastów, ciężkich zwolnień i mielących akordów. Zwarte brzmienie gitar, zagęszczone mięsistym basem i kontrastowo zestawioną z wiosłami perkusją, ponieważ jej barwa kojarzy się z napierdalaniem pałeczkami w plastikowe kubki lub wiadra. Za instrumentami podążają oczywiście wokale, które są soczyste, ale nie do przesady, bo to raczej ropny głos szalonego mordercy niż obleśnego, bulgoczącego zombie, doskonale pasujący do indywiduum z oprawy graficznej. Death metal od tej trójki Indonezyjczyków leci jak na ten region kuli ziemskiej przystało. Jest tu surowo, intensywnie i brutalnie. To ekstremalna muza, która uderza z pełną siłą w każdym tempie, serwując rzęsistą ścianę dźwięku. Poniewiera ona swą czyściuteńką formą, dostarczając śmiercionośnych wrażeń. Jak niegdyś Pyaemia czy Inveracity, podąża drogą skąpaną we krwi, kreśląc przy jej użyciu swe sugestywne obrazy. Dziewięć nie za długich strzałów, przy których nudzić się nie można, bo pomimo utartego wzorca, fundują łatwo wpadające w ucho harmonie i zmienną rytmikę, które trafiają bez pudła. Miłośnikom gore’owych klimatów wejdą bez popitki.

shub niggurath




niedziela, 8 marca 2026

Recenzja Ain Sof Aur “Theos-Vel-Samael”

 

Ain Sof Aur

“Theos-Vel-Samael”

I, Voidhanger Rec. 2026

Ciekaw jestem ile z was słyszało dotychczas o Ain Sof Aur. A zespół to wcale nie młody, bowiem swoją obecność na scenie zgłosił już równe dwie dekady temu. Co prawda panowie do najbardziej pracowitych nie należą, bo w przeciągu tych dwóch dekad dorobili się zaledwie trzech demówek, splitu, i trzech materiałów pełnowymiarowych, z których to najnowszy właśnie dziś na tapecie. Jeśli powiem wam, że zespół pochodzi z Brazylii, i gra death / black metal, to bankowo pomyślicie o czymś kompletnie innym, niż na tej płycie znajdziecie. Nie, nie ma tu powiązań z Sarcofago, Sepulturą czy innym Volcano. Choćby z tego powodu, że Ain Sof Aur grają stosunkowo powoli. Przynajmniej przez zdecydowaną większość czasu. Panowie starannie budują napięcie, tworząc mistyczną, czy wręcz okultystyczną atmosferę swoich kompozycji, uciekając się do pokombinowanych akordów, często na zasadzie rzeźbienia nieco w stylu francuskim przy akompaniamencie powolnie wybrzmiewającym dźwięku drugiej gitary. Turpistycznego nastroju dodają też umiejętnie dawkowane klawisze, stosowane miejscowo, w sposób bardzo oldskulowy. Biorąc pod uwagę, że kompozycje na „Theos-Vel-Samael” są z gatunku długich, bo na czterdziestosześciominutowy krążek składają się tylko trzy, możecie sobie wyobrazić, że jest to raczej granie z gatunku tych, których słucha się na lekkiej umysłowej fazie. Tutaj każdy dźwięk jest ważny, dlatego też całość stanowi nierozerwalny monolit, którego rozbijanie na części pierwsze mija się z celem. Niemniej jednak wspomnieć muszę, że wydawnictwo to nie zawiera jedynie smolistej cieczy. Co jakiś czas muzycy zrywają się do galopu, i nierzadko w momentach tych, poza Deathspell Omega, da się także wyczuć inspiracje zamorskie, pod postacią Immolation. To chyba te dwie nazwy najbliżej wskazują na to, czego możecie się po trzeciej płycie Ain Sof Aur spodziewać. Jak już zaznaczałem, materiał ten brazylijski nie jest ani trochę (no chyba, że weźmiemy pod uwagę moment trybalny w środkowej części „II”, aczkolwiek stanowi on jedynie krótki fragment całości, i chyba mimo wszystko bardziej podchodzi pod dźwięki rytualne), także pod względem brzmienia. Brak w nim surowości, a dominuje przede wszystkim ciężar, jak najbardziej organiczny, i gęstość, co, patrząc obiektywnie, idealnie uzupełnia się z dość posępnym obliczem muzycznym. Warto sobie rzucić uchem na „Theos-Vel-Samael”, w najgorszym przypadku nawet z pobudek edukacyjnych, żeby zobaczyć, że w Brazylii też potrafią grać inaczej, zupełnie pod prąd. No a poza tym, to naprawdę solidny krążek, który nie leci do kosza po jednym odsłuchu.

- jesusatan




Recenzja Cryptic Shift „Overspace & Supertime”

 

Cryptic Shift

„Overspace & Supertime”

Metal Blade (2026)

 


Raz na kilka lat trafiają się albumy-molochy, rozpasane dzieła budzące z jednej strony niechęć swoim przepychem, intensywnością i rozmiarem, a z drugiej strony respekt, szacunek i podziw, za sprawą tego samego. Albumy to niełatwe, często budzące skrajne emocje. By nie szukać daleko wystarczy wspomnieć relatywnie niedawno wydany „Vitriseptome”, czy odrobinę dawniej „Lunaterial”. Albumy to na tyle rozpoznawalne, że nazw artystów przytaczać chyba nie muszę. Do tego grona śmiało należy dopisać najnowszy, drugi już album Brytoli z Cryptic Shift. Wydany przed sześcioma laty „Visitations From Enceladus” już wtedy pokazywał, że Ci goście nie boją się długich form, nie boją się klasycznego thrashu (który nota bene jest chyba najbardziej wyeksploatowanym gatunkiem muzycznym na Ziemi) i nie boją się kombinować. Ale kto by się spodziewał, że za sprawą „Overspace & Supertime” wpierdolą się z buciorami na salony i dopierdolą 80 minut muzyki zamkniętej w pięciu kompozycjach, z których najdłuższa trwa blisko pół godziny. Grunt na jaki Angole wkroczyli to ruchome piaski, bagno, które może pogrzebać artystę szybciej niż sam się tego spodziewa, obnażyć wszelkie słabości nagrania i rozdmuchać je do gargantuicznych rozmiarów. Jako przykład przytoczę ostatni materiał Blood Incantation – album przyjemny, a właściwie nawet dobry, w którym schematyczny przeplataniec elektroniki Tangerine Dream z metalem śmierci z każdą minutą zaskakiwał i wciągał mniej niż bardziej. „Overspace & Supertime” to płyta metalowa z krwi i kości, na której inspiracje rockiem progresywnym lat 70. są  rzeczywiście inspiracjami a nie kalkomanią lub imitacją. Crimsonowy surrealizm i hammillowa narracja są tutaj jedynie punktem wyjścia do muzycznej uczty, na której królują thrash i death metal. Schuldinerowa dyscyplina aranżacyjna i wykonawcza, voivodowy kosmos, nocturnusowy, nieco infantylny, ale i pierwotny animusz i vektorowe tempo – muzyko Cryptic Shift udało się to wszystko uchwycić, zrozumieć, zaadaptować i przetrawić na swoje. „Overspace & Supertime” to album kurewsko intensywny, bezkresnie pomysłowy, aranżacyjnie napuszony jak paw, a przy tym metalowy do szpiku kości. O ile pierwsze odsłuchy poddawały we mnie w wątpliwość sens pisania tak długich kawałków, tak każdy kolejny odsłuch otwierał przede mną kolejną małą furtkę do zrozumienia i celowości kolejnych zabiegów. Pewnie wiele furtek na tym albumie jeszcze przede mną do otwarcia, ale teraz niezmiernie się ciesze z tego, że ten album jest jaki jest. A jest on po prostu jak prawdziwa, muzyczne czarna dziura, która umie bawić i cieszyć się konwencją jednocześnie będąc bardzo muzyczną, stawiającą przed słuchaczem nie tylko ogromne wyzwanie, ale oferując w zamian naprawdę kupę radochy. Panowie z Cryptic Shift w żadnym momencie nie puszą się muzycznie, nie epatują niekończącymi się popisami instrumentalnymi, nie bujają w obłokach i nie próbują naginać tego swojego muzycznego świata, aby był bardziej „true”, bardziej poważny, ambitny. Wręcz przeciwnie – z tych dźwięków płynie niekłamana radość i szacunek dla metalowej tradycji przełomu lat 80. i 90. Ci goście bardzo często na tym materiale stąpają twardo po ziemi, operując niejednokrotnie graniem, które już kiedyś słyszeliśmy, ale robią to z taką klasą jakby sami cieszyli się, że mogą oddawać hołd temu, na czym się wychowali. Ta płyta jest wspaniała, ta płyta jest fascynująca, ta płyta jest na swój sposób piękna, na swój sposób sentymentalna, zupełnie jakby Ci goście znaleźli nagle w szafie swojego ukochanego misia z dzieciństwa i postawili go w roli szefa pośród wszelkich nowszych zabawek. Takie jest właśnie „Overspace & Supertime” - przepastne i ponadczasowe. Jestem święcie przekonany, że za bardzo niedługo będziemy mówili o tym albumie w kategorii klasyki i stawiali go obok dokonań Voivod, Death, Atheist i kilku innych ambitnych i wartościowych artystów z kręgu bardziej technicznego grania. Płyta z gatunku „tak się teraz nie gra”, płyta z gatunku tych wybitnych, których można nie kochać, można nie rozumieć, ale nie wypada nie usłyszeć. Tak, jest to płyta, którą koniecznie trzeba mieć w kolekcji, nawet jeśli, kiedy kurz i emocje opadną, będzie się jej słuchało rzadko. Ale jak już wjedzie na odtwarzacz, to świat wkoło będzie mógł nie istnieć.

                                                             Harlequin




sobota, 7 marca 2026

Recenzja Vitamin X „Ride the Apocalypse”

 

Vitamin X

„Ride the Apocalypse”

Svart Rec. 2026

Nooo, tego się po Svart Records nie spodziewałem. Nie, żeby nagle Finowie zajęli się muzyką z gatunku pop, ale punkowego grania w ich katalogu zbyt wiele jednak nie ma. A Holenderski Vitamin X to właśnie taki band będący swoistym crossoverem. Znaczy się, poza wspomnianym punkiem, wtłaczającym w swoje kompozycje sporo hard core’a czy klasycznego thrashu. No i w zasadzie już na początku powiedziałem wszystko, co musicie wiedzieć, bo dalsze w temacie dywagacje będą jedynie nabijaniem ilości słów w tekście, za który i tak nikt mi nie zapłaci haha! Jebał to pies, nie dla kasy człowiek muzyki słucha, a dla własnej przyjemności. A „Ride the Apocalypse” owej przysparza pod dostatkiem. Powiem wam, choć pewnie już wcześniej o tym wspominałem, że jestem wielkim fanem grania pod nutę S.O.D. i im podobnych. Jestem też wielkim fanem zespołów, które w chuju mają trzymanie się wszelkich wzorców, czy panującej obecnie mody. Bo wystawiony publiczności, zwłaszcza tej mainstreamowej, środkowy palec uważam za podstawową zaletę kapel, z jakiejkolwiek „szufladki” by nosa nie wyściubiały. Kolesie z Amsterdamu trochę już nagrali, bo na scenie obecni są zdrowo od ponad dwóch dekad. Tym bardziej jestem zszokowany, że wcześniej na nich nie trafiłem, bo chłopaki na swoim siódmym (!!!) krążku robią taką rozpierduchę, że pobiegłem do najbliższej apteki po pampersa. W ich muzyce jest tyle energii, że nawet katatonik powstanie i zatańczy Sambę. Środki stosowane przez Vitamin X są banalne, powszechnie znane i uznawane powszechnie za standard. Chwytliwe riffy, chóralne zaśpiewy w refrenach, prostota granicząca z neandertalizmem, czy przede wszystkim ten naturalny, ubrany w krótkie spodenki, czapki z daszkiem i bezrękawniki z numerem ulubionego koszykarza numerem flow, to główna zaleta Holendrów. W zasadzie każdy kawałek na tym płytągu jest koncertowym hitem. Przy każdym pięść się zaciska i wędruje w powietrze, bo usiedzieć przy tych piosenkach spokojnie się nie da. Świetnie to brzmi, bo się realizator postarał, tym bardziej dla niego oklaski. Czy mam jakieś ale? No, kurwa, nie mam. Ja chcę tą płytę mieć na półce! Kocham takie granie.

- jesusatan