poniedziałek, 20 kwietnia 2026

A review of Baphomet's Blood “Satanic Metal Attack”

 

Baphomet's Blood

“Satanic Metal Attack”

Dying Victims Prod. 2026

 


Damn, I love this label! Well, sort of, since their pure heavy metal releases don’t always hit the spot for me, but when it comes to speed, thrash, or death metal, you can buy their stuff with your eyes closed. And while you’re at it, you can learn some history, because every now and then Florian digs up bands out of the devil’s ass that I’ve never heard of before, but which were an essential part of the metal scene a few decades ago. Take the Italian band Baphomet’s Blood, for example. A band that recorded their debut album exactly twenty years ago. They went on to record three more, but it’s that first one that’s the subject of today’s text. Holy shit, if the band is named what it’s named, the album title is unambiguous, and the songs are titled “Satanic Commando,” “Speed Metal Warrior,” “Blood, Vomit and Satan,” or, above all, “Satanic Beerdrinkers,” does anyone here even doubt that these Italians know what real oldschool metal is? The guys play like there’s no tomorrow, drawing heavily on the legacy of Venom and other classics, using riffs that are cliché (at least from today’s perspective). Cliché, but, for the hundredth time, so catchy that you simply can’t sit still to this music! “Satanic Metal Attack” is music played for the thousandth time to the same old tune, following the rules of the ’80s, sung mainly in clean vocals, with classic forays into higher registers and the obligatory backing vocals. And as clear proof of their nod to oldschool metal, there’s the cover of Fingernails’ “Heavy Metal Forces” included at the end of the album. There’s no point in rambling on about releases like this, because you either love this kind of music or you hate it. I’m soaking up this gem, which I somehow overlooked on my metal journey, like a sponge soaks up water. And I’m asking for more of these throwbacks to the past. A fantastic album.

- jesusatan




Recenzja Gouge „Pure Deathfuck”

 

Gouge

„Pure Deathfuck”

Hells Headbangers 2026

Gouge to duet z Norge, który rzępoli już od 2011 roku, jednakże nie nagrali zbyt wiele, bo oprócz tej epki mają jeszcze jedną i debiut sprzed jedenastu lat. Na zdjęciach wyglądają niepozornie, trochę jak dwóch, metalowych nerdów w kraciastych koszulach, ale napierdalają taki oldskul, że pięty urywa przy samej dupie. To mieszanka thrash i death metalu ze szczyptą grindu, która formą oraz brzmieniem w pełni nawiązuje do, gdzieś tak, połowy lat osiemdziesiątych. Muzę ubierają w surowe i uwierające brzmienie, dopełnione basem, „młotkową” perkusją i flejtuchowatymi wokalami. Proste akordy, mnóstwo punkowych d-beatów, żwawe i średnie tempo, pojebane solówki wraz z niedbałymi wrzaskami, tworzą hybrydę, która w szybkich atakach przypomina Repulsion. Gdy ich dzikie galopady dochodzą do apogeum, przeobrażając się w bardziej konwulsyjne uderzenia, zaczyna zalatywać Terrorizer. Kiedy Norwedzy zdecydują się zwolnić i zapodać odrobinę akordów w średnim tempie, to śmierdzi tutaj wczesnym Autopsy, ale kilka podobieństw do Death również da się wychwycić. Na szczególną uwagę zasługują drugi wałek „Sadist” i czwarty „Maggoteyes”, które nieco odbiegają od reszty, bo wyraźnie romansują z muzyką dwóch, pewnych panów z Oslo, a ich rozpoznaje się już od pierwszych taktów więc podpowiadać nie będę. Zresztą te wszystkie porównania czy skojarzenia nie mają większego sensu, ponieważ nie o to tu chodzi. Metal serwowany przez Gouge, to brudna, niezwykle naturalnie zagrana fuzja thrash i death metalu, który okresowo dostaje szału i zapierdala jak dzieciak z ADHD zaprawiony amfą. Efektowne i pomimo swej szorstkości, łatwo wpadające do ucha riffy, ostre popisy solowe, mordercza agogika, a także duszny i jebiący wilgocią klimat, to kwintesencja metalu jaki kocham. Nieskomplikowana łupanka, która leci prosto z serca i trafia jako cios, centralnie w splot słoneczny. Długo nie mogłem się po nim pozbierać i w nagrodę przesłuchałem „Pure Deathfuck” już kilkadziesiąt razy. Jeśli nie znacie, proponuje zaopatrzyć się w wersję CD, która jako bonus zawiera pierwszą epkę Gouge z 2012 roku „Doomed to Death”. Ten dodatkowy materiał także kurewsko daje radę, częstując obok innych, także speed metalowymi rytmami, z których wyłowić można coś, co mocno pachnie początkami Slayer. Niebywała kapela, która maltretuje na całego i robi to we wspaniałym stylu. Dzisiaj mało kto gra tak regresywnie, a może już nikt. Ogień! Pełna rekomendacja.

shub niggurath




niedziela, 19 kwietnia 2026

Recenzja Master's Ashes “How the Mighty Have Fallen”

 

Master's Ashes

“How the Mighty Have Fallen”

Time To Kill 2026

Master’s Ashes to kolejny zespół z gatunku “all stars”. W jego skład wchodzą bowiem muzycy znani z takich aktów jak Voivod, Crisis, Crowbar, Six Feet Under czy The Convalescence. Jako iż z wymienionych, żaden  nie jest u mnie jakoś specjalnie na piedestale (a „kultowy” Voivod znam bardzo pobieżnie, czym się zapewne w tym momencie narażę wielu fanatykom), podszedłem do tej płyty bardzo na luzie. Oczekując raczej muzyki na co najwyżej średnim poziomie, będącej potwierdzeniem, że im głośniej się zespół promuje nazwiskami, tym większą gra popelinę. Okazało się jednak, że weterani sceny mają w tym przypadku bardzo dużo do zaoferowania. Może nie w tytule oryginalności, bo muzykę podobną do tej w ich wykonie słyszałem w życiu z tysiąc razy, ale faktem niezaprzeczalnym jest, iż „How the Mighty Have Fallen” wciąga niczym bagno. Po pierwszym okrążeniu byłem „jest OK.”. Lecz każdy kolejny odsłuch zasysał mnie coraz bardziej, aż w końcu nie mogłem się od tych piosenek oderwać. Może właśnie dlatego, iż Master’s Ashes nie tworzą odłamu, który jest u mnie na szczycie piramidy. To, co znajdziemy na tym albumie, to czterdzieści minut sludge / doom / post metalu, zagranego w bardzo ciekawy, acz, jak wspomniałem, nie odkrywczy sposób. Najłatwiej chyba byłoby mi porównać to do Neurosis, i chyba sam zespół by się w tym momencie nie obraził, bo przecież Amerykanie są ikoną gatunku. Acz nie da się ukryć, że są tutaj momenty, w których wystarczyłoby tylko podmienić wokal, i nieco zbrutalizować brzmienie, w tym przypadku utrzymane wzorowo w sludge / doomowej estetyce, a byśmy pomyśleli, że to jakiś nowy kawałem Obituary. Czym kupił mnie „How the Mighty Have Fallen”? Masywnymi, wkręcającymi się stopniowo melodiami, ciężarem porównywalnym do, tak zupełnie przypadkowo, Crowbar, oraz nieszablonowością. Sporo tutaj ciekawych smaczków. A to gdzieś w tle pojawią się ślady klawiszy, czasami w kosmiczno futurystycznym wydaniu, a to wyskoczą jakieś sample, albo deklamacje. To niby drobne dodatki, jednak wiadomo, że bigos robi się z tych samych składników, lecz kwestia użytych przypraw i dodatków potrafi zmienić danie diametralnie. Tutaj dorzucono sporo kminku, czyli tego, co lubię najbardziej. Wokalnie mamy standardowy, zachrypnięty krzyk, czasem jakieś schowane w tle chórki, stosowane może bez przesadnej finezji, za to z ogromnym wyczuciem, bo często właśnie, ponownie, drobne niuanse nadają całości dodatkowego posmaku. Wyśmienicie się tego słucha, bo uzależnia to cholerstwo niczym heroina. Nie wiem jak będzie w przypadku fanów wymienionych na wstępie zespołów, ale ja jestem tym krążkiem mocno zafascynowany, i zapewne jeszcze przez dłuższy czas nie opuści on mojego odtwarzacza. Wielkie brawa dla starszych panów, i młodszej pani, bo takowa przecież też w składzie widnieje. Bardzo dobry album.

- jesusatan




Recenzja Grond „The Temple”

 Grond

„The Temple”

Xtreem Music 2026

Grond pochodzi z Rosji, gdzie powstał w 2002 roku, ale zapewne wszyscy fani death metalu to wiedzą, bo to solidne i chyba znane granie, czerpiące z najlepszych wzorców lat dziewięćdziesiątych, lecz w żadnym razie nie podszywające się, bo elementy własne posiada. To maszyna śmierci, która swoimi mocarnymi i miarowymi uderzeniami przypomina wojenne muzykowanie spod znaku Bolt Thrower, do którego dokłada sporo gęstej szwedzizny i niepokojącego klimatu od siebie. Ten ostatni pierwiastek zalatuje lovecraftowską atmosferą i odpowiada za duszne zjazdy w dół, tajemnicze, wysokotonowe zagrywki i przerażające solówki, co w połączeniu z batalistycznymi kanonadami oraz mieleniem na „dużych oczkach” w stylu Grave, robi całkiem niezłe wrażenie. To mroczna i nieustępliwa płyta, zbudowana na ciężkim brzmieniu, wzmocnionym przez masywne linie basu, przysadzistą perkusję i głębokie growle wokalisty, i założyciela tej kapeli, Kista. Całość oparta jest na dwóch konceptach, z których pierwszy przedstawia historię niemieckiego kapitana łodzi podwodnej, zaś drugi jest zainspirowany opowiadaniem Lovecrafta „Świątynia”. Zatem mamy tu do czynienia ze światem podwodnym, który doskonale odwzorowuje muzyka Moskwiczan. To klaustrofobiczny i straszny death metal, który zaciska się wokół szyi, pozbawiając powietrza, aby w szybszych momentach gruchotać kości. Robi to brutalnie, niczym kruszarka do gruzu. Ponure i gęste jak smoła wydawnictwo, które zmęczyć swymi rytmami potrafi, ale siłę przyciągania niewątpliwie posiada znaczną. Kwintesencja posępnego i gruboziarnistego metalu śmierci, który sączy się przez niemalże pięćdziesiąt minut jak ropa i napawa strachem. Polecam.

shub niggurath





piątek, 17 kwietnia 2026

Recenzja Ignobleth „Manor of Primitive Anticreation”

 

Ignobleth

„Manor of Primitive Anticreation”

Caligari Rec. 2026

Zaufanie do Caligari Records mam dość spore, zatem naturalną sprawą było, że postanowiłem sprawdzić debiutujący pod ich banderą Ignobleth. To trójka Włochów Z Moderny, mających dotychczas na swoim koncie jedynie wydaną dwa lata temu EP-kę. „Manor of Primitive Anticreation” to faktycznie granie dość prymitywne, a na pewno nie przełomowe. Album ten przynosi czterdzieści cztery minuty deathmetalowej naparzanki, o lekko blackującym zabarwieniu. Przynajmniej w kwestii sposobów riffowania, bo wokalnie, brzmieniowo i melodycznie oscylujemy bardziej w tematyce gruzowej, chwilami przenikającej się z wojenną. Koła nikt tu na nowo nie wymyśla, podobnie jak nie tworzy specjalnie zapadających w pamięć melodii. Włosi skupiają się raczej na bezpośredniej anihilacji, czyli błyskawicznym starciu przeciwnika z powierzchni ziemi. Stąd też większość ich kompozycji utrzymanych jest w tempie przyspieszonym, które dyktują dość jednolicie dudniące beczki, a towarzyszy im w zasadzie klasyczny, charczący growl. Można też wspomnieć o pewnego rodzaju schematyczności samych kompozycji, bo bardzo często pojawiają się tu chwile zwolnienia niemal do zera, po czym atak w postaci siermiężnych akordów jest kontynuowany. Panowie robią sobie też po drodze przerwy na przeładowanie broni, w postaci instrumentalnych interludiów. Całość jest dość tłusta, przeznaczona raczej dla mniej wybrednych smakoszy, którzy po prostu lubią jak im rzuci trochę błota, łusek po nabojach, poda brudne sztućce i napluje w talerz. Słucha się tego bez znużenia, ale też z drugiej strony niewiele w głowie zostaje. Ot, taki solidny, drugoligowy przedstawiciel wspomnianego na początku gatunku. Oczywiście nazw, które mogły stanowić dla Ignobleth inspiracje można by tu wymieniać bez liku, zarówno z Europy jak i zza oceanu, ale po co? Starczy powiedzieć, że jest to album deathmetalowy przeznaczony dla deathmetalowych maniaków grania w starym stylu, bez udziwnień i nowoczesnych nowinek. Kto chce, niech się częstuje, na pewno nie zaszkodzi.

- jesusatan




Recenzja Battlegrave „Enslavement”

 

Battlegrave

„Enslavement”

Independent 2026

Battlegrave to australijski duet, który pogrywa sobie od 2017 roku i razem z „Enslavement”, posiada na koncie trzy krążki. Na rzeczonym i najnowszym znajduje się dziesięć utworów muzyki metalowej, którą można określić jako mieszankę thrashu i death metalu z mocnym pierwiastkiem groovu. Ten ostatni element niewątpliwie nadaje muzie Battlegrave odrobiny core’owego sznytu, przez co w niektórych momentach materiał ten przypomina późniejszego Slayer’a, albo Pro-Pain, tyle że w szybszym i brutalniejszym wydaniu. Nie zagłębiając się w szczegóły, to nowoczesna napierdalanka o zwartym brzmieniu i rzęsiście płynących riffach, która oprócz wyżej wymienionych brygad może trochę kojarzyć się z takimi tworami jak chociażby Decapitated. To współczesny brutalizm i jego połamane formy, które uderzają ze zmienną agogiką. Dobrze gniecie, zasypuje kaskadowymi akordami i buja skocznie. Potrafi także zesłać trochę ponurego klimatu, sącząc mroczne akordy i niepokojące melodie jak w ósmym numerze „Marked by Evil”. Panowie sprawnie prowadzą swoje instrumenty i często zmieniają kierunek oraz rytmikę kostkowania, co okraszają niezłymi solówkami i piskliwymi zawijasami. Za atut muzyki Australijczyków można uznać jej dynamizm, który podbijają niemalże przez cały czas, chodzące, ztriggerowane centralki i skondensowane brzmienie, które w połączeniu z gęsto bijącą perkusją, i dwojakimi wokalizami, stanowi o zwartej strukturze kompozycji i ich sile uderzeniowej. Najnowszy album od Battlegrave jest modernistycznym ujęciem agresywnego grania, które może się podobać, ale nie musi. Żywiołowa, pełna energii płyta, skierowana do lubującego się w zmodernizowanych nutach odbiorcy.

shub niggurath




czwartek, 16 kwietnia 2026

Recenzja Necromorbid „Ceremonial Demonslaught”

 

Necromorbid

„Ceremonial Demonslaught”

Godz ov War 2026

Zespoły pokroju Necromorbid są w zasadzie kurewsko przewidywalne, co ma oczywiście swoje wady i zalety. Zanim jeszcze zobaczyłem oficjalną zapowiedź nowego, trzeciego już krążka Włochów, wiedziałem, co, mniej więcej, znajdzie się na okładce. Mogłem snuć przypuszczenia dotyczące tytułów piosenek, strzelać z dokładnością do pięciu minut odnośnie czasu trwania płyty, a zanim włączyłem ją po raz pierwszy, dokładnie określić jej zawartość. I nawet gdybym napisał recenzję, że tak to nazwę, „z powietrza”, to zapewne niewiele by się ona różniła od tego, co mam do powiedzenia po kilku rundach z „Ceremonial Demonslaught”. Bo faktycznie, mamy tutaj trzydzieści siedem minut ostrego, antychrześcijańskiego ostrzału. Necromorbid kontynuują swoją krucjatę, po raz kolejny serwując to, czego każdy maniak zespołu oczekuje. I to jest wspomniana zaleta. Bo jak mam ochotę na mieszankę Angelcorpse z kultem pewnego cmentarza, jazdę na trzysta trzydzieści bipiemów (przynajmniej w przeważającej większości, i to, dla „metalowych pacyfistów” może stanowić minus nie do przetrawienia), rzygający lawą wokal, proste, acz nie pozbawione wojennej chwytliwości harmonie, to włączę sobie dokładnie tą płytę. Nie ma na niej cackania się z wrogiem, jest śmierć, pożoga i fruwające w powietrzu porozrywane zwłoki. Dzieje się wojna, zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej. A wojna, przynajmniej w tak otwartej formie w jakiej wypowiedzieli chrześcijańskiemu bogu Makaroniarze, zawsze wygląda podobnie. Za co należy album ten chwalić, a co w przypadku jego autorów jest już poniekąd tradycją, to jednak za unikanie dosłownego kopiowania klasyków gatunku, i wyjątkowo pasujące do muzyki brzmienie. Organiczne, a zarazem w pełni czytelne, masywne i idealnie wyważone. No i mimo wszystko za melodie, bo ich tu w żadnym wypadku nie brakuje. Ciężkie jak dobrze naoliwiona lokomotywa z wiersza Tuwima, wgryzające się w zwoje mózgowe niczym kleszcz, i siejące tam niezłe spustoszenie. Kto zna, i lubi, poprzednie wydawnictwa Necromorbid, nowe łyknie bez zadawania pytań. Kto nie zna, a serce szybciej mu bije przy wojennym death / black metalu, sprawdzić powinien. Bezwarunkowo.

- jesusatan