niedziela, 22 lutego 2026

Recenzja Lamenthum „Lament I”

 

Lamenthum

„Lament I”

Black Death Prod. 2025

Pod koniec ubiegłego roku ukazał się nakładem krajowej Black Death Production debiutancki krążek, również krajowego, Lamenthum, zatytułowany po prostu  “Lament I”. Jak chłopak (bo twór ten to projekt solowy) jeszcze trochę pociągnie, to zapewne tych „lamentów” będzie  więcej. A obawy lekkie mam, bowiem to, co znajdziemy na rzeczonym wydawnictwie, to black metal w tonie bardzo mizantropijnym i depresyjnym, więc nie wiem, co mu do głowy strzeli. No dobra, troszkę śmieszkuję, więc już wracam na poważne tory. Depresyjny black, to nie jest coś, za co dałbym się pokroić. Z drugiej strony, potrafię chyba spojrzeć obiektywnie, i docenić jakość muzyki, nawet tej nie do końca będącej moim priorytetem. „Lament I”, rozpoczyna intro, po którym następują cztery sześcio / siedmiominutowe kompozycje ociekające smutkiem. Czuć w ich „głęboki dół”, o którym zresztą podmiot liryczny wspomina już w pierwszym „właściwym” kawałku. Tytuł kolejnego też nie pozostawia złudzeń co do nastroju, w jakim muzyk swoją muzykę przelewał na pięciolinię. Dźwięki te przesiąknięte są negatywnymi uczuciami, a wspomniane teksty, oczywiście krzyczane i deklamowane po naszemu, sączący się z nich ból, rozpacz i rozczarowanie życiem tylko potęgują. I tutaj przyznać obiektywnie trzeba, że rzeczywiście przy kompozycjach autorstwa Fossora, kto wrażliwszy, dość szybko może sięgnąć po żyletki. Po pierwsze dlatego, że płynące powolnie, rzadko przyspieszające, melodie, są tu wciągające, niczym narkotyk. A po drugie, wplatane tu co krok fragmenty akustyczne, tworzą prawdziwie depresyjny nastrój. Pewnie, że to żadne odkrycie, i mógłbym odnieść się w tej chwili do przynajmniej kilku pierwowzorów, które to zapewne muzykowi przyświecały, tylko po co? Skoro czuć w jego twórczości autentyczność, i to jest chyba w przypadku pierwszego lamentu sprawą najważniejszą. Brzmienie tego albumu jest bardzo poprawne, bo właściwie mam zastrzeżenia tylko do jednego elementu. I to też pod względem aranżacyjnym. Są nim cykające w „Dół Dla Zapomnianych Dusz” (i gdzieś tam dalej) blaszki, moim zdaniem zupełnie zbędne, sztucznie brzmiące, będące taką AI imitacja Darkside’a z Mgła / Kriegsmaschine. Poza tym, jako całość, album ten bardzo dobrze się broni. Dla zwolenników gatunku pozycja obowiązkowa do sprawdzenia. Dla mnie też bardzo spoko.

- jesusatan




Recenzja Cryptworm „Infectious Pathological Waste”

 

Cryptworm

„Infectious Pathological Waste”

Me Saco Un Ojo / Extremely Rotten 2026

Jeśli nie znacie tej kapeli, a chcielibyście wiedzieć co gra, to wystarczy spojrzeć na okładkę. Ona wyjaśnia wszystko. Tych trzech kolesi pochodzi z Bristolu, gdzie założyli Cryptworm w 2014 roku. Najnowsza płyta jest ich trzecim krążkiem, na którym kontynuują swoje ciągoty do zgniłego mięsa, wykopywania trupów, bądź wyławiania galaretowatych ciał z bagien. Brytyjczycy cały czas rzępolą toporny death metal, który mocno zalatuje rozkładem. Proste akordy, wprost wyjęte z nekrofilskiej tradycji, które momentami przechodzą w walcowate zwolnienia, grindowo brzmiące kanonady lub anarchistyczne, ale odpowiednio dociążone, punkowe bujanki. Zmienne tempo, łatwo wpadająca do uszu rytmika i niewyszukane, aczkolwiek wyraźnie horrorowe melodie. Nieustannie wszystko przyprawione ciężkim brzmieniem, któremu kilku kilogramów dodaje bulgoczący bas no i perkusja, która jest chyba znakiem rozpoznawczym Cryptworm, bo jej brzmienie jest cholernie prymitywne. Zresztą death metal w wykonaniu tego tercetu nie grzeszy wirtuozerią ani wysublimowanymi rozwiązaniami. To barbarzyńska łupanka ukierunkowana na czczenie śmierci, wszystkich jej przejawów i towarzyszącym jej elementom. Zapodana wręcz łopatologicznie, ale niezwykle sugestywnie, ponieważ słuchając „Infectious Pathological Waste” czuć smród rozkładających się ciał, trujących miazmatów czy ropy, która właśnie zaczęła wypływać mi z ucha. Tak, tak, bo odsłuchania tego materiału można zgnić. Jest lepki, wżerający się w każdy por skóry i nawet jeśli zatkacie sobie wszystkie otwory, to i tak dopadnie was autoliza. Obok instrumentów pomoże w tym wokalista, który ropne zapalenie gardła ma na bank. Jego mulisty growl niesie ze sobą esencję śmiercionośnego enzymu, którym uszlachetniono ten materiał tak, aby był skuteczny w stu procentach. Proces przebiega z opóźnieniem jak w przypadku zatrucia toksyną botulinową więc po przesłuchaniu tego albumu będziecie mieli sporo czasu, żeby udać się do lekarza.

shub niggurath


https://mesacounojo.bandcamp.com/album/infectious-pathological-waste

Recenzja Qwälen „Veri Virtaa Edelleen”

 

Qwälen

„Veri Virtaa Edelleen”

Time To Kill 2026

Ten fiński kwintet gościł już wcześniej na łamach Apocalyptic Rites. Było to circa trzy lata wstecz, kiedy to ich drugi album mocno mnie przemeblował, i poczułem nagłą potrzebę uzewnętrznienia swoich traumatycznych uczuć. Dziś mam na tapecie pełniaka numer trzy, o widocznym powyżej tytule. No i przemeblowania komórek mózgowych ciąg dalszy. Oczywiście mówię tu o takim prostym zabiegu, z użyciem młotka i innych narzędzi tępych, nie o jakiejś chirurgicznej, precyzyjnej operacji. Panowie z Oulu tworzą bowiem muzykę prostą. Nie powiem, że banalną czy minimalistyczną, ale na pewno daleką od artystycznej finezji. „Veri Virtaa Edelleen” to prosty koktajl, zrobiony na szybko, w przypływie napadu głodu. Coś na zasadzie banan + mleko + szczypta cynamonu i pijemy. W przypadku Qwälen jest to black metal + punk, i jedziemy ostro z koksem. Jakie połączenie, zwłaszcza jeśli wykonane z odpowiednim wyczuciem, dają te dwa składniki, raczej wiadomo. Do tańca zachęcać nikogo nie trzeba, bo nogi same ostro przebierają po parkiecie, a dynia giba się we wszystkie strony świata. Jako iż rzeczony band pochodzi z Finlandii, to w takich przypadkach jakoś zawsze na myśl przychodzi mi w pierwszej kolejności Impaled Nazarene, nawet jeśli, obiektywnie rzecz ujmując, twórczość Qwälen nie do końca odzwierciedla poczynania ekipy braci Luttinenów.  Nie mniej jednak te same gatunki muzyczne ich inspirują, w tym samym języku śpiewają, no to co ja poradzę, że jestem ograniczony? Te trzy kwadranse to w większości jazda na pełnej, ze sporą ilością chwytliwych momentów, odpowiednią dawną niezłych melodii, i totalnie „wyjebongo na trendy” feelingiem. Niemniej jednak, by nie było monotematycznie, to są na tym krążku też numery, stojące, przynajmniej pod względem tempa, w kompletnej opozycji do reszty, a mam na myśli „Kahleet” i „Veri Vastaa”. Kontrastują one na tyle, że w odniesieniu do całej płyty można je uznać niemal za doomowe walce. Tak po prawdzie, to wolałbym jednak, by Qwälen cały czas napierdalali, ale z drugiej strony te piosenki też nie są złe, a na pewno nie zaniżają znacząco poziomu całości. Kurwa, zajebiście się tego słucha, bo pod każdym względem to muzyka szczera do bólu, zagrana przez totalnych maniaków, bynajmniej nie dla sławy czy poklasku. Jeśli dotychczas nie spotkaliście się z tymi herbatnikami, to zalecam nadrobienie zaległości. Niby nic przełomowego, nic ponadczasowego, a satysfakcji daje tyle, co poranny lodzik. Ja lubię.

- jesusatan




Recenzja Bras D’Honneur „Hate Speech”

 

Bras D’Honneur

„Hate Speech”

Primitive Reaction 2026

Zdaje się, że to świeży, ukraiński projekt, bo udzielają się w nim goście z Drudkh i Hate Forest. Jakoś bliżej połowy marca wydadzą ten właśnie debiut, który zawiera trzynaście krótkich numerów, ponieważ złożone do kupy, dają 35 minut muzyki. Jest ona odmienna od dźwięków, którymi ci dwaj panowie parają się w wyżej wymienionych kapelach. To szorstki black-death metal, gdzie każdy z kawałków opiera się na dwóch, trzech riffach, zagranych na gruboziarnistych gitarach, mięsistym basie i zdrowo łomoczącej perkusji. Instrumentom towarzyszą oczywiście wokale, które pod tym szyldem przybrały formę głębokich, jaskiniowych growli. Całość mogłaby delikatnie kojarzyć się z war metalowymi produkcjami, gdyby nie wolniejsze tempo oraz hipnotyczność kompozycji. Jednostajność i minimalizm to główne siły napędowe tego materiału, który zalewa uszy monochromatycznymi akordami przy akompaniamencie surowych wręcz odstręczających wokaliz. To transowe i bluźniercze rytmy, tworzące soniczną lawinę o nieprzejednanym charakterze. Toczy się ona jakby od niechcenia. Ustawicznie, z mozołem, i cierpliwie poprzez hipnozę sączy do duszy słuchacza jad, i bluźnierstwa, zaprogramowując go w jednym celu, aby czynił zło. Muzyka od Bras D’Honneur to arogancki atak na dobro oraz wrażenia estetyczne. Dzięki swojej prostocie i barbarzyńskiemu usposobieniu może być dla niektórych jak potwarz, ale mi się niesamowicie podoba, ponieważ dawno nie słyszałem tak bardzo nieskomplikowanej muzy, która bezczelnie wżera się w każdy zakamarek jaźni. Prosty i wulgarny przekaz. Jeśli lubicie i tęsknicie za czymś nowym od dajmy na to Von, to sięgnijcie po „Hate Speech”. Ja sięgnąłem i nie żałuje. Jeszcze raz sobie posłucham i pójdę czynić zło.

shub niggurath




sobota, 21 lutego 2026

Recenzja Crippling Madness „Armia Umarłych”

 

Crippling Madness

„Armia Umarłych”

Putrid Cult 2026

No to mamy Crippling Madness album numer trzy. Czy o tych panach można napisać coś nowego? W zasadzie nie. Kto zespół zna, ten wie, czym to się je i jak to smakuje. „Armia Umarłych” to bezpośrednia kontynuacja tego, co panowie zapoczątkowali na „Ponad Zwłokami”, czyli hołdowanie starej szkole thrash metalu z wyraźnym polskim pierwiastkiem. I to nie tylko dlatego, że teksty mamy tutaj po naszemu. Nie wiem, jak oni to robią, ale słuchając kolejnych kompozycji na nowym krążku Lublinian, mam ciągłe wrażenie, jakbym nadal żył w latach dziewięćdziesiątych, w epoce popeerelowskiej, kiedy to krajowe zespoły, mimo czerpania garściami z zachodnich wzorców, grały mimo wszystko po swojemu. Trzeba przyznać, że nie jest to w obecnych czasach absolutnie żadna reguła, a raczej od niej odstępstwo. Bo zamiast wyraźnych inspiracji Slayer, Exodus, Kreator, ja tu wyraźnie słyszę Prosecutor czy Quo Vadis, żeby wymienić dwa pierwsze z brzegu. Panowie trzymają bardzo równy poziom, i to nie tylko biorąc pod uwagę najnowsze wydawnictwo. Kawałki z ich trzech płyt w zasadzie można by potasować i rozmieścić w randomowej kolejności, a i tak wszystko by się ze sobą zazębiało i tworzyło spójny obraz tego, co muzykom w sercu, i głowie, gra. Nie ma na „Armii Umarłych” jakichś wybijających się przebojowością fragmentów. Zresztą owej przebojowości to tutaj nie ma wcale, bo melodie Crippling Madness wcale nie wpadają w ucho od pierwszej nutki. Tutaj wszystko jest raczej szorstkie i przepełnione agresją. Może poza partiami solowymi, w których słychać wyraźnie, że panowie do nowicjuszy nie należą, i potrafią zaprezentować niezłe umiejętności. Całość, tradycyjnie zresztą, została ubrana w bardzo adekwatne brzmienie. Może nie do końca śmierdzące podrzędnym domem kultury, ale na pewno stanowiące kwintesencję wspomnianych powyżej lat. No i spójrzcie na okładkę. Czy ktoś ma tu w ogóle jakiekolwiek pytania? No cóż, jeśli miałbym określić twórczość Crippling Madness za pomocą prostych słów, to zapewne „bezkompromisowość”, „szczerość” i „oldskul” wyszłyby z moich ust w pierwszym rzędzie. Żadnych barier nagrania te nie przełamują, i chyba raczej nikt tego nie oczekiwał. Są natomiast kolejną, bardzo mocną cegiełką w murze krajowego thrash metalu. Jeśli macie poprzednie wydawnictwa na półce, to po „Armię Umarłych” sięgajcie bez wahania, bo rozczarowania nie przewiduję.

- jesusatan




Recenzja Nuctemeron „Demonic Sceptre”

 

Nuctemeron

„Demonic Sceptre”

I Hate Records 2026

Trochę się tych Nuctemeronów na przestrzeni dziejów uzbierało, ale w tym przypadku chodzi o niemiecką brygadę, lecz nie tą z Saksonii, bo tą, która działa na terenie landu Nadrenia-Palatynat. Kwartet ten gra już od dwunastu lat i na koncie ma kilka małych wydawnictw. W końcu postanowili zarejestrować płytę i tak mamy debiut w postaci „Demonic Sceptre”. Potencjalny odbiorca znajdzie na nim dziesięć utworów, które trącą myszką, co nie jest niczym złym, ponieważ ci trzej panowie wraz koleżanką rzeźbią w black-speed metalu, wprost nawiązującym do lat osiemdziesiątych. Zatem można się domyślić, że w muzyce Niemców znajduje się sporo nawiązań do Venom, jedynki Bathory czy do wczesnego Tormentor. To prosty i dziki metal składający się z szybkich i tnących riffów, które natarczywie prą do przodu, siejąc zło. Ich dynamikę podbija dudniąca sekcja rytmiczna, a w satanizowaniu młodzieży wspomagają wrzaskliwe, nieco falsetowe wokale, o dość zajadłym charakterze. Od czasu do czasu Nuctemeron spuszcza z tonu, przechodząc w średnie tempa lub wtrąci solówkę bądź akord, które wyraźnie korespondują z melodyjnym heavy metalem. Krążek ten biczuje nieustannie przez czterdzieści minut, zasypując rzęsistym i zadziornym kostkowaniem, które oprócz twardego, ale wysokiego stroju gitar, dużej intensywności i zadziorności, posiada jeszcze jedną cechę. Jest on niesamowicie nośny, ponieważ pomimo bluźnierczych intencji i sadystycznego usposobienia, odznacza się niezobowiązującą chwytliwością. Klasycznie zapodana diabelska muza, której produkcja zapewniła odpowiednią barwę, dzięki czemu brzmi ona jak ze starego winyla. Agresywnie, z Szatanem pod rękę i do przodu. Obcisłe spodnie, pasy z nabojami i ćwieki. Łańcuchy, odwrócone krzyże i pentagramy. Sami wiecie. Warto posłuchać, bo taki metal nigdy chyba się nie zestarzeje.

shub niggurath




piątek, 20 lutego 2026

Recenzja Lead Injector „Witching Attack”

 

Lead Injector

„Witching Attack”

High Roller Rec. 2026

Szczerze uśmiałem się, kiedy pierwszy raz spojrzałem na okładkę debiutanckiego krążka Lead Injector. Przebrana za wiedźmę metalówa (lub wiedźma ubrana jak fanka metalu) napierdala z bliskiej odległości z szotgana w łeb próbującego dorwać ją kościotrupa. No wyborny obrazek, nawet jak na wszechobecny w tym gatunku muzycznym, często zamierzony kicz, jest to lekko już koślawe. Nie czepiajmy się jednak, bo nawet jeśli muzyka byłaby rewelacyjna, to zaraz nie trzeba kupować koszulki z tym motywem. A czy muzyka Niemców faktycznie jest rewelacyjne? Nie. Ale bardzo, ale to bardzo konkretna, choć skierowana do ściśle określonego odbiorcy. Zapewne zdążyliście już na tyle połączyć kropki (te podstawowe - nazwa, tytuł, okładka, może nawet pochodzenie muzyków) by wywnioskować, iż Lead Injector to granie w stylu retro. Tak, to trio młodych (patrząc na zdjęcia to nawet bardzo młodych) chłopaków umiłowało sobie granie z lat osiemdziesiątych. Na tyle, że chwycili za instrumenty, i postanowili stworzyć coś, co kiedyś było nowatorskie, potem stanowiło inspirację dla kolejnych pokoleń, a dziś jest gatunkiem, który tak naprawdę nigdy się nie zestarzał i nie stracił na sile przekazu. Przynajmniej w moich oczach. Czy w ramach thrash / speed metalu można stworzyć cokolwiek nowego? Nie, kurwa, nie można. Można za to zagrać stare melodie w taki sposób, by na twarzy zamiast grymasu politowania pojawił się wielki banan. Lead Injector jadą szablonem. Tu wezmą kawałek Sodom, tu Kreator, gdzie indziej Destruction albo Protector, pokruszą, zlepią z tego nowy wzór własnego pomysłu, dorzucą bardziej blackmetalowe wokale, i mamy „Witching Attack”. Płytę, której słucha się bardzo dobrze, choć chwilami miałem wątpliwości, czy aby dany numer to nie jakiś cover, bo przewijające się przez te trzy kwadranse melodie są miejscami bardzo sugestywne. No weźmy taki „Chains”… Przecież ten numer jest jak żywcem wyjęty sprzed czterech dekad, i albo chłopaki tak bardzo potrafią w te klocki, albo ja jestem ignorantem, i faktycznie jest to numer jakiegoś klasyka. Zresztą podobnych momentów jest tu więcej, a płyta z numeru na numer zdaje się przyspieszać i rozkręcać (no, może z chwilowym zwolnieniem przy „Infinite Force”). Przerobiłem ten materiał kilka razy pod rząd, i powiem wam, że jest on odwrotnie proporcjonalny pod względem jakości do wspomnianego na samym wstępie obrazka. Jak lubicie stare granie, bierzcie i pijcie z tego wszyscy. Jak was schabowy z garmażerki znudził dwie dekady temu, to nie macie czego tu szukać. Wszystko w temacie.

- jesusatan