piątek, 14 sierpnia 2026

Recenzja Godslut „The Art of Deconstruction”

 

Godslut

„The Art of Deconstruction”

Selfmadegod Rec. 2026

 


Kiedy tak sobie skanowałem na szybko Internety w poszukiwaniu czegoś na temat Godslut, natknąłem się na informację, iż zespół ten, po wydaniu debiutu, trzy lata temu, u tego samego wydawcy, okrzyknięty został przez niektórych „nową nadzieją polskiego death metalu”. Uuu, grubo! Trzeba było sprawdzić, bo przecież, co jak co, ale death metal to ja kocham od dziecka, trochę znam, i coś tam się orientuję. Hmm… nie wiem jak to wyglądało na debiucie, i czy aby nazwisko widniejącego wówczas w składzie bandu muzyka nie przyczyniło się kapkę do sukcesu marketingowego, ale to, co słyszę na „The Art of Deconstruction” to… taki Decapitated 2.0. I to porównanie wali mnie po uszach w zasadzie od pierwszej nutki do przedostatniego taktu (o ostatnim później). Owszem jest to death metal. Bardzo przykładnie (dla mnie ZBYT przykładnie) wyprodukowany, wyczyszczony tak, by każde pryknięcie stopy, czy plumkniecie basu było doskonale słyszalne, i żeby przypadkiem żaden paproszek się gdzieś na strunie nie osadził. Owszem, z zachowaniem odpowiedniego ciężaru i masy, żeby nie było niedomówień, acz bardziej typowego dla djentu. Samo granie Godslut to taki polski death metal z okresu późniejszego niż złota era. Czyli czasów, kiedy to poprzez narastający w kompozycjach poziom groove’u, pewnego rodzaju przebojowość i chwytliwość, wprowadzanie elementów z bardziej komercyjnych gatunków pobocznych trochę ten pierwotny metal śmierci poprowadziły z głębokiego undergroundu ku szerszej publiczności. Kojarzycie pewnie Fear Factory i ich „kultowy” „Demanufactured”. Na nowym krążku Godslut są momenty wzorowane chyba na owym wydawnictwie. Zresztą potwierdza się to liniach wokalnych, nierzadko wychodzące poza sferę klasycznego growla. Są też akordy o rodowodzie hard core’owym, jest też (o ja pierdolę, i to już jest gwóźdź do trumny) akustyczna balladka, i to z partiami wokali żeńskich! Na szczęście jest to już ostatni numer na płycie (kurwa, tytułowy haha!), ale powiem szczerze, jak dewotka na spowiedzi. Przez tą piosenkę nie chciało mi się włączać „The Art of Deconstruction” po raz drugi. Pomijając ten straszny babol, reszta materiału to solidny death metal dla fanów bardziej przystępnego oblicza gatunku, w którym osobiście niezbyt gustuję. Fanom wspomnianego Decapitated powinno się jednak spodobać. „Nadzieja polskiego death metalu”? Błagam… Nawet Mystic na początku działalności by chyba tego nie wymyślił.

- jesusatan




 

Recenzja Archgoat „Nightbringer, Lightbringer”

 

Archgoat

„Nightbringer, Lightbringer”

Debemur Morti Productions 2026

 


Mało coś ostatnio zaskoczeń, bo nowy Archgoat również nim nie jest. Finowie łupią jak na nich przystało, serwując smrodliwą papkę, którą uformowali w war metalowe kształty. Mieszają ją jak zwykle z rytualnymi, średnimi i wolnymi tempami, które wspomagane są przez subtelne syntezatory. Klawisze dobiegają jakby z oddali, podsycając ogień piekielny „Nightbringer, Lightbringer”, składającego się z jedenastu kawałków, z których sączy się smoła zmieszana z bluźnierstwem, ale nikogo przecież to nie zdziwi, ponieważ to w końcu Archgoat. Barbarzyńskie nawałnice, jadowite blasty i mnóstwo mistycyzmu o diabelskiej proweniencji. Panowie opanowali swoją sztukę do perfekcji, atakując jak zwykle z siłą znaczną. Gęsty i odstręczający szajs, który oprócz satanistycznego podmuchu, oferuje niezmierzone pokłady ceremonialnej atmosfery, a roztaczający ją trzej szafarze, zostali do tego namaszczeni przez samego Diabła. Jednakże to nie tylko toporne akordy tworzą ten materiał, bo Finowie do swych bestialskich i kultowych riffów dokładają sporo finezyjnej ornamentyki, którą trzeba wyłowić z kłębiących się tutaj dźwięków, ale jak już to się uda, to wyłania się wtedy wielowymiarowość kompozycji, początkowo jawiących się jako prosta i bezbożna napierdalanka. Do tego trzeba dodać sporo chwytliwości, które jak to u Archgoat nie są nachalne i dość sprytnie sprawiają, że ich muzyka oprócz antyreligijnych uniesień, gwarantuje również bezbolesny odbiór, nie umniejszając przy tym jej ciężaru gatunkowego. Co tu dużo pisać. Archgoat po raz kolejny oferuje swoim fanom miażdżący krążek, zaś antagonistom powiew gorącego powietrza, które spali ich na popiół. Finowie cały czas w formie.

shub niggurath




 

czwartek, 13 sierpnia 2026

Recenzja Neolith „Inbir”

 

Neolith

„Inbir”

Deformeating Prod. 2026

 


„Inbir” to słowo pochodzące z języka sumeryjskiego i oznacza „wojnę”. Czy da się w bardziej bezpośredni sposób zatytułować album deathmetalowy? Można by polemizować, ale na pewno słowo to i tak znalazłoby się w czołówce. Neolith obecni są na scenie od… cholera, od ćwierćwiecza i jeszcze dekady! Stare dziady, stare dziady! OK., koniec z poezją na dziś. Chłopaki od początku wierni są metalowi śmierci. Oczywiście takiemu ze starej szkoły, którą to, de facto, współtworzyli w złotym okresie gatunku. I wyobraźcie sobie, że przez te wszystkie lata Neolith prą do przodu ściśle upatrzoną ścieżką, z klapkami na oczach, niczym koń podczas wyścigów derbowych. Bez skoków w bok, bez tak zwanych „ewolucji” (czytaj: drastycznych zmian stylu), bez czerpania inspiracji z późniejszych, gruzowych odłamów gatunku. Czysty staroszkolny metal śmierci w najbardziej klasycznej formie. I chyba właśnie stąd wspomniany na wstępie „Inbir”, równie niewyszukany, co i sama muzyka. Wydany sześć lat temu „I am the Way” był dla mnie sporym zaskoczeniem. Głównie z tego powodu, że udowodnił, iż zespół z trzydziestoletnim stażem może nagrać jeden z najlepszych materiałów w swojej dyskografii. Jak w odniesieniu do owego krążka ma się „Inbir”? Cóż, trzyma poziom, i to zdecydowanie. Zdaje się, Levi i spółka są niczym wino. Bo ta nowo otwarta butelka zdecydowanie ma moc. Stylistycznie, jak już wspomniałem, fikołków nie ma. Jedyną nowością jest jeden numer zaśpiewany po naszemu, co się dotychczas (o ile mnie pamięć nie myli) zespołowi nie zdarzyło. Czysto sonicznie to nadal głównie Floryda i jej pochodne. Nadal przewijają się tutaj Morbidowe melodie oraz, przede wszystkim, solówki, które ostro weszły chłopakom z krew. Floryda, ale też na bardzo polski sposób. I tak sobie myślę, że gdybym kolejny raz rzucił porównaniem, dajmy na to, do wczesnego Vader, to dla zespołu z takim stażem byłoby to chyba poniekąd uwłaczające. Zwłaszcza, że ekipa Wiwczarka dosyć daleko odpłynęła od swoich korzeni, a Neolith nadal nie da się wyrwać z ziemi przez wiatry historii. Największą zaletą „Inbir” jest chyba właśnie konsekwencja i upór z jakim zespół trzyma się ram gatunku, a zarazem umiejętność grania „tych samych” patentów po raz nasty, bez kopiowania samego siebie ani zrzynania z „tych większych”. Gdybym miał doszukiwać się pęknieć w tym, nomen omen, monolicie, to naprawdę musiałbym być albo złośliwy, albo wyjątkowo drobiazgowy. Bo te czterdzieści minut to bardzo solidny kamień w bastionie twierdzy deathmetalowej. Neolith nigdy nie był dla mnie zespołem wybitnym. Zawsze jednak był na tyle dobrym, by poświęcić mu przynajmniej kilka odsłuchów. I nigdy nie żałowałem. Nie żałuję także tym razem. I biję po raz kolejny szczere pokłony, bo mało jest tak upartych deathmetalistów trzymających równy poziom przez tyle lat. Że mało napisałem konkretów o samej muzyce? Niech ona broni się sama. Ma czym.

- jesusatan




 

Recenzja Eternal Mourn „Winds of Sorrow”

 

Eternal Mourn

„Winds of Sorrow”

Terror from Hell Records 2026

 


Eternal Mourn jest kapelą z Włoch, która w lipcu obwieściła światu swoje istnienie za pomocą epki „Winds of Sorrow”. Zawiera ona trzy kawałki utrzymane w śmierciowo-gotyckim stylu, nawiązując w pełni do początków tego typu grania, kiedy to jeszcze gockie wydawnictwa gatunkowo ściśle związane były z death metalem. I tak właśnie, Włosi raczą słuchaczy powolnym, głównie średnio-tempowym metalem o słusznej wadze i gęstości. Niekiedy, ociężałe akordy zrywają się do szybszych uderzeń, przechodząc w żwawe i nieco przebojowe riffy, z jakimi do czynienia mieliśmy na „Shades of God” Paradise Lost. Są to, jednakże tylko krótkie momenty, bo większość kompozycji wypełniają przygnębiające takty, o bolesnej i melancholijnej wymowie, które, gdy osiągają apogeum rozpaczy i nie odnajdują wybawienia, toną w żałobnych nutach. Skoro już wspomniałem o Paradise Lost, to nie sposób skojarzyć muzyki Eternal Mourn z innymi przedstawicielami gotyckiego deta, takimi jak wczesna Katatonia, My Dying Bride czy Cemetary. Podobieństwa do nich w przypadku „Winds of Sorrow” niemalże od pierwszych sekund rzucają się w uszy i nikt oraz nic na to nie poradzi, bowiem takie było założenie Eternal Mourn, aby wskrzesić ogień tego gatunku na nowo i jednocześnie oddać mu należyty hołd. To klasyczne ujęcie, które w pełni wykorzystuje wszelkie zagrywki właściwe dla doom i death metalu. Wszystkie należyte dla tej odmiany formy tu się znajdują i doskonale ze sobą łączą. Mroczne i ciężkie riffy, odrobina brutalności, sporo depresyjnych chwytliwości, głębokie growle i atmosfera wypchana po brzegi smutkiem. Co najważniejsze całość zapodana jest w tradycyjny sposób, nie próbując uwodzić odbiorców lżejszymi formami lub cukierkową melodyką. Jest tutaj ciemno, gęsto i beznadziejnie, tak jak powinno być. Myślałem, że taki metal już dawno się zużył, ale Eternal Mourn udowadnia, iż nie do końca. Polecam fanom gatunku i nie tylko.

shub niggurath




środa, 12 sierpnia 2026

A review of Rapid “Enter the Realm of Fire”

 

Rapid

“Enter the Realm of Fire”

Dying Victims Prod. 2026

 


Twelve years ago, in Helsinki, Rapid was formed. The guys recorded a demo, then a second one, before taking a break of several years, only to return with an EP, and now, a mere twelve years on, to make their debut under the wings of Dying Victims Productions. Those last three words probably tell everyone enough to guess what Rapid are all about. And I’ll go even further… If there were a competition for the most representative act from this German label, the Finns would stand a very good chance of taking the top prize. “Enter the Realm of Fire” consists of an intro plus ten tracks of oldschool music, which can quite rightly be labelled “speed/black metal”. With the caveat, however , as I’ve mentioned many times in my reviews, that the ‘black’ element here is very much a matter of convention, and probably stems solely from the fact that this music was created in the present day rather than the 1980s. Musically, these recordings feature riffing in the vein of early Venom, Bulldozer or Sabbat, whilst vocally, the band sticks to clean yet powerful, aggressive singing. The guitar lines have something of the lightness of that era about them, in the sense that they flow freely, carrying a catchy melody that’s nonetheless so aggressive it makes you want to pull on some leather trousers and backcomb your hair. In the old days, this sort of ‘heavy metal’ shaped not only musical tastes but also one’s personality. It was a way of life, not just an online pose. Above all, it was utterly sincere. And Rapid play in exactly the same way as their much older idols. ‘Enter the Realm of Fire’ has all the elements that retro metal should have. And the most important of these is the sincerity of the message, and the ability to conjure up in your mind the old spirit that accompanied the creation of many of the genre’s milestones. Every track on this Finnish band’s album brings a broad smile to my face. Every one gets the adrenaline pumping. Every one brings back memories of my youth. And absolutely every single one is a potential live show-stopper. Hats off to Dying Victims for managing to unearth such gems amidst a sea of sludge. Even if they don’t overturn anyone’s value system, but simply reinforce it. Check the album out, you old farts, because it’s worth it.

- jesusatan




Recenzja Sněť „V Bažinách Vědomí”

 

Sněť

V Bažinách Vědomí

Dark Descent/Me Saco U Ojo (2026)

 


Tak! Czeski Sněť wraca właśnie na salony za sprawą drugiego albumu „V Bažinách Vědomí”, który lada dzień ujrzy światło dzienne. Poprzedni album zdrowo namieszał w deathmetalowym undergroundzie i sądzę, że na trwałe wpisał się historię współczesnego metalu śmierci. Podobną przyszłość wróżę drugiemu albumowi, który w żaden sposób nie stara się kopiować debiutu. Powiem więcej - „V Bažinách Vědomí” zaskakuje w wielu aspektach i na pewno nie są to zaskoczenia in minus. Ale po kolei. Debiut był w przeważającej części osadzony na prostych, mięsistych, czytelnych motywach, które kolejnymi akordami tratowały słuchaczy niczym tabun dzikich koni. I już tam było słychać, że chłopaki mają dalece ponadprzeciętną łatwość pisania chwytliwych i naszpikowanych energią motywów. Nowy album na pewno nie ustępuje w tym ostatnim aspekcie, ale muzycznie jest to zarówno krok do przodu jak i krok w bok. Sněť zaczął powiem kombinować, rozbudowywać i urozmaicać swoje utworu podkręcając przy tym tempo. Tak, „V Bažinách Vědomí” jest utrzymana w szybszych tempach, a gitarzyści jak i sekcja nie próbują trzymać się dłużej jednego motywu. Pojawiające się okazjonalnie akustyczne fragmenty stanowią smaczną przeciwwagę do stale kombinujących, ale nigdy nie zapędzających się w techniczne rewiry gitar. Sekcja rytmiczna nigdy nie wychodzi na pierwszy plan, ale dalekie jest to od zwykłego nabijania rytmu. W ogóle to kombinowanie jest tutaj tak nienachalne i nienarzucające się, że chapeau bas. Można pokusić się o pewne skojarzenia i analogie np. do wczesnego Atrocity czy Incubator. Innymi słowy Czesi wysmażyli naprawdę wyśmienity album z angażującymi i niebanalnymi kompozycjami nie zapominając o tym, że death metal ma bawić i spuszczać wpierdol. Tutaj jest wszystko. Nie zmieniło się jedno – teksty nadal są w języku naszych południowych sąsiadów co dodatkowo dodaje smaczku. Sněť potwierdzili, że aktualnie są ścisłą czołówką współczesnej sceny deathmetalowej i nadal mają sporo asów w rękawie, aby zaskakiwać nas w przyszłości. Póki co delektujmy się tym wspaniałym albumem, to będzie czołówka tego roku!

 Harlequin




 

Recenzja Complexant „Apex”

 

Complexant

„Apex”

Bleeding Art Collective / Blood Blast Distribution 2026


Grupa ta powstała w 2017 roku gdzieś na terenie Australii. Jak dotąd, oprócz jednej epki, serwowała swoim odbiorcom tylko single w wersji digital. Ostatniego dnia lipca ukazał się jej pierwszy album, który niesie ze sobą… Właśnie, co to za muzyka? Ano notka informacyjna od wytwórni mówi, że to mieszanka death i black metalu, ale jak dla mnie to czysty deathcore i chuj. Pełno tutaj soczystej i rytmicznej napierdalanki, o której stanowią szybkie riffy połączone z breakdownami. Między nie Complexant wplata sporo powykręcanych solówek, trochę modernistycznie pachnących akordów oraz dzikich, niemalże grindowych ataków. Kilka momentów o typowej dla death metalu ciężkości również tutaj znaleźć można jak i parę zjazdów w dysonanse. Całość zapodana na gęstym brzmieniu gitar i zdrowo łupiącej sekcji rytmicznej. Panowie jadą agresywnie, lecz z polotem właściwym dla współczesnego grania w stylu deathcore, w którym nie brakuje także melodyjności i skrętów w nu-metal, bo wokalista poza growlami popisać czystymi i chwytliwymi zaśpiewami się lubi. To lżejsza odmiana tego gatunku, bo słyszałem już brutalniejsze wykwity z tego stylu. Complexant prezentuje zachowawczą formę tej muzyki i stawia bardziej na nieco pokomplikowane aranże oraz techniczne zagrywki. Nie brakuje mu jednak wściekłości i intensywności. Australijczycy potrafią zadziornie przygrzać, ale jak dla mnie jest to rzępolenie zbyt ugrzecznione i nastawione na szerszy odbiór w związku z tym, nie będzie chyba problemów miał ten zespół z wejściem do mainstreamu, gdyż kwintet ten miażdży, ale tylko kruchą materię. Hartowanej stali nie podoła.

shub niggurath