czwartek, 28 maja 2026

Recenzja Dead Void „Cranial Devastation”

 

Dead Void

„Cranial Devastation”

Me Saco Un Ojo / Dark Descend 2026

Moje spotkanie z debiutanckim krążkiem Dead Void, z dwa tysiące dwudziestego drugiego, wyglądało niczym pojedynek Ivana Drago z Apollo Creedem. Wystarczyło kilka strzałów, i nie byłem w stanie się pozbierać. Cztery lata później zespół powraca z albumem numer dwa. Wiadomo, że w tym przypadku nie było już ze strony przeciwnika mowy o żadnym zaskoczeniu, bo spodziewałem się wyprowadzania ciosów o najwyższej sile rażenia. Jednak być dobrze przygotowanym, a wygrać walkę, to dwie zupełnie różne rzeczy. Tym bardziej, że Duńczycy, zapewne świadomi wartości „Volatile Forms” bynajmniej nie zamierzali poniżej określonego poziomu zejść. I, kurwa, nie zeszli. „Cranial Devastation” to trzydzieści osiem minut gruzu i smoły. I to zalewającej słuchacza na zasadzie powodzi błotnej, ze wszystkich stron. Ponownie Dead Void zdecydowanie większy nacisk położyli na masywność i duchotę swoich kompozycji, niż na szybkość i chwytliwe harmonie. Tempo tego krążka można, oczywiście generalizując, określić jako dość mozolne. Natomiast każdy ton docierający do naszych uszu, każdy akord, to uderzenie mogące powalić słonia. Trochę tutaj sludge’owego bujania, które wmieszane w death / doomowe riffowanie efektywnie mieszankę rzeczonych gatunków wzmacnia. Zresztą chyba największym dowodem na niesamowitą siłę, ale i pomysłowość zespołu, niech będzie zamieszczony na końcu albumu utwór The Sound „I can’t escape myself” (tutaj zatytułowany po duńsku). Konia z rzędem, kto po odsłuchaniu obu wersji skapnąłby się, że to cover. W samych kompozycje autorskich, podobnie jak w przypadku debiutu, nie brak zwrotów akcji, czy elementów zaskakujących, choć tym razem całość jest jakby jeszcze bardziej ujednolicona i skondensowana. Tutaj nie ma chwili na złapanie oddechu, bo nawet jeśli zanosi się na krótkie wyciszenie między akordami, to zawiesina dźwięku w powietrzu jest tak gęsta, iż nie sposób wciągnąć jej do płuc. Świadomie, czy też nie, Dunowie przeplatają w swoich utworach inspiracje, albo nawiązania, do Spectral Voice, Swallowed, Cianide, czy nawet Antiversum, z czego wychodzi im amalgamat pozornego chaosu z dobrze zaplanowaną misją, mającą na celu utopienia świata w lawie. Porównania nowych kompozycji Dead Void z poprzednimi, na zasadzie „lepsze, czy gorsze od debiutu” nie mają tu racji bytu, bowiem moim zdaniem zespół już dziś, po zaledwie dwóch dużych wydawnictwach, zaliczyć można do elity gatunku. Oni współtworzą jego siłę, a nie jedynie nim podążają. Bezapelacyjnie, płyta do obowiązkowego sprawdzenia.

- jesusatan




Recenzja Harms „Rebirth of the Cold”

 

Harms

„Rebirth of the Cold”

Time To Kill Records 2026

Harms jest pięcioosobową kapelą z Finlandii, która powstała w 2017 roku. Mają już na koncie debiutancki album, demosa i epkę, a ósmego maja wrócili z kolejnym krążkiem. Finowie grają dość nowoczesną muzykę metalową, opartą o metalcore, ale kilka innych składników w ich muzyce można znaleźć. Poza typowymi akordami dla wspomnianego gatunku, Harms wplata do swoich kompozycji sporo sludge’owych uderzeń, które wbijają w glebę lub oblepiają mułem. Poza nimi można tu spotkać także sporo mizantropijnych tremolo oraz nastrojowych wtrętów, zaczerpniętych z nu metalowych produkcji. Najnowsza płyta od tego kwintetu, to nowoczesne rzępolenie, które nie jest pozbawione ciężkości i mroku. Pełno tu również przygnębiającej nostalgii czy smutku. To także mnóstwo negatywnych emocji, które zespół wydobywa z siebie za pomocą miażdżących riffów, przeplatanych z intensywnymi, wysokotonowymi zagrywkami, a wszystko urozmaica przysadzistym corem i przywołanymi wyżej, przytłaczającymi melodiami o atmosferycznej i nieco nostalgicznej proweniencji. Muzyka od Harms jest może współczesna czy modernistyczna i kręci się głównie wokół post metalowych brzmień, ale nie brakuje jej mocy, która rośnie w każdym kawałku stopniowo, aby w końcu eksplodować z pełną siłą rażenia. To dobrze skonstruowane zestawienie introspektywnych i delikatniejszych form z silnymi atakami, które tworzą twardą ścianę dźwięku. Zwarte, mosiężne struktury, ciemność, chłód i sporo emocji, a wszystko wyssane z fińskiej nocy, krajobrazu i rzeczywistości. Zapisany na pięciolinii obraz współczesnych lęków, nerwic i rozterek, wybuchający na przemian ogniem i lodem, który powinien spodobać się miłośnikom metalowego grania, wywodzącym się z najnowszej generacji fanów.

shub niggurath




wtorek, 26 maja 2026

Recenzja Liminal Sky „All Tomorrow's Darkness”

 

Liminal Sky

„All Tomorrow's Darkness”

Karisma Rec. 2026

Po Liminal Sky sięgnąłem trochę przypadkowo. Bo ani nie jestem specjalnym fanem Ulver, ani niewiele znam z twórczości Hexvessel, a to właśnie muzycy tych zespołów, między innymi, wchodzą w skład rzeczonego projektu. Stwierdziłem jednak, że czasem trzeba się odchamić i posłuchać czego innego niż tylko hałasu. „All Tomorrow’s Darkness” to niemal godzina grania z gatunku post-rock. Przyznam, że już pierwszej chwili dość mocno skojarzyło mi się to z późną Katatonią, środkowym okresem Ulver, czy też Anathemą, z czasów, kiedy zespół ten przestał mieć z metalem cokolwiek wspólnego. Czy to dobre rekomendacje? Nie wiem, pewnie zależy dla kogo. Prawda jest taka, że jeśli ktoś lubuje się w melancholijnym graniu, z mnóstwem łagodnych melodii, sporą ilością fragmentów akustycznych, i wszechobecną atmosferą melancholii, zapewne będzie tym krążkiem zachwycony. Nie powiem, też zdarza mi się nurkować w takich spokojnych wodach, aczkolwiek warunek, bym poczuł się „oczyszczony” musi być jeden. Muzyka musi mieć w sobie to „coś”, wciągnąć, zahipnotyzować, oczarować. „All Tomorrow’s Sky” teoretycznie spełnia te wymagania. Niestety, tylko teoretycznie. Poszczególne piosenki na tym wydawnictwie są w zasadzie oparte o te same pomysły, co po maksymalnie dwudziestu minutach powoduje nieodparte ziewanie. Myślę, że gdybym porównał Liminal Sky do wspomnianej na wstępie Katatonii z ostatnich lat, to dużo bym się nie pomylił. Bo pod względem warsztatu nie ma się tutaj do czego przyczepić (cholera, może właśnie z tego powodu, że melodie na tych kompozycjach są oparte o banalne linie melodyczne). Wokalnie też jest dobrze, ale nie samymi wokalami płyta stoi, bo Renske ma przecież niesamowity głos. Pojawiają się tutaj różne urozmaicajki pod tytułem żeńskie wokale (cały „Penance” zaśpiewała pani Karen Park, czyli jednak z Katatonią ma ten album coś więcej wspólnego niż tylko moje urojenia) czy partie saksofonu, ale ogólnie wieje nudą. Poza wspomnianą Karen, album ten zaszczycili udziałem inni, jak mniemam znamienici, goście, acz w moim przypadku robi to różnicę… żadną. Miałem nadzieję na fajny, wyciszający album, dostałem piosenki nużące i usypiające. Może Liminal Sky nastawieni są na inny poziom wrażliwości, może do was trafią wyraźniej, nie wiem. Ja sobie zmrużyłem oko, ale czas wstawać i wracać do bardziej „swojskich klimatów”. Nic tu po mnie.

- jesusatan




Recenzja Junon „The Golden Citadel of the Astral Sphere”

 

Junon

„The Golden Citadel of the Astral Sphere”

I, Voidhanger Records 2026

Junon jest Niemką i swoją ksywką nazwała ten projekt w 2022 roku. Po czterech latach tworzenia, czego przedsmak w postaci demosa otrzymaliśmy rok wcześniej, teraz dostajemy debiutancką płytę. Składają się na nią dwa kawałki ze wspomnianego „Promo MMXXV” i dwie nowe kompozycje. Muzyka w wykonaniu Junon jest upiorna, podobnie jak zdjęcie artystki dołączone do materiału promocyjnego. To mroczny i pokręcony black metal, skonstruowany z płynących w jednostajnym tempie tremolo, z których wydobywają się nieprzyjazne harmonie. Formy te okresowo wpadają w dysonansowe rejony, które przeplatane z rytualnymi akordami stanowią o wymowie tego albumu. Wymowa zaś jest dość diaboliczna, co podkreślają awangardowe rozwiązania aranżacyjne, które Junon czerpie z psychodelicznego rocka, opery i innych, awangardowych brzmień. Mieszanka ta, kreuje black metal o psychodelicznym i niekiedy teatralnym charakterze, co objawia się nie tylko w niekonwencjonalnych połączeniach diabelskich tremolo z połamanymi i atmosferycznymi akordami, ale również w całej gamie wokaliz, które wydobywają się z gardła tej niemieckiej artystki. Black metal, który nie jest łatwy w odbiorze i dla delikatniejszych uszu może wydać się uwierający bądź niezrozumiały. To podziemna i narkotyczna manifestacja, w której nie znajdziecie nic, jeśli szukacie melodyjności czy jakichś kosmicznych uniesień, bo „The Golden Citadel…” jest surową wręcz piwniczną awangardą, będącą fuzją drugiej fali z eksperymentalnymi zabiegami, co zrodziło odstręczającą wersję tego gatunku. Z jednej strony minimalistyczny, a z drugiej wypełniony po brzegi pomysłami, które oprócz satanicznego mistycyzmu niosą ze sobą obrzydliwe i powykręcane nuty. Niepokojący, momentami odjechany, diaboliczny materiał, przez który warto przebrnąć i postarać się go zrozumieć. Jeśli to się stanie, to już z wami koniec, bo odwdzięczy się, wpędzając was w obłęd.

shub niggurath




poniedziałek, 25 maja 2026

Recenzja Arrows „Yearning Arrows; Cloven Suns”

 

Arrows

„Yearning Arrows; Cloven Suns”

Independent 2025

Uciekł mi gdzieś ten materiał. Może dlatego, że wydany został jedynie w wersji kasetowej, w dodatku przez sam zespół, zatem informacja o jego premierze do mnie nie dotarła, a ja zapomniałem dopytywać u źródła. A miałem go na celowniku choćby z tego powodu, że odpowiedzialni zań ludzie nierzadko już udowodnili, że muzykami są nietuzinkowymi i potrafią tworzyć muzykę wymykającą się ogólno przyjętym ramom. Wymienię tu jedynie takie nazwy jak Dakhma, Aarkhaaik, Death.Void.Terror czy Lykhaeon. Arrows jest kolejnym wcieleniem rzeczonego kręgu, i kolejną odsłoną ich muzycznych wizji. Powiem zupełnie szczerze, jestem pod wielkim wrażeniem, jak ci sami ludzie potrafią tworzyć tyle projektów, i w każdym z nich prezentować muzykę zupełnie odmienną, jednocześnie za każdym razem stojącą na tak wysokim poziomie. Co prawda, „Tearning Arrows; Cloven Suns” w pierwszej chwili mnie odrobinę odstraszył. Mówiąc „w pierwszej chwili” mam na myśli początek otwierającego całość „Spitting Heads”, a konkretnie wokale. Czyste, ale nie do końca tak rytualne, czy podniosłe, jak lubię. Szybko jednak okazało się, że na dalszej części płyty pod tym względem jest tylko lepiej, i żadnego „jęczenia” już nie ma. Zresztą być może się dopierdalam, albo szukam dziury w całym… Tym bardziej, że debiut Szwajcarów to fantastyczny materiał, na którym znajdziecie mnóstwo inspiracji (gdyby szukać DNA w każdym dźwięku), który można porównać do mnóstwa zespołów (gdyby szukać DNA w każdym riffie), a ostatecznie i tak jest mieszanką wyjątkowo udaną i, jako całość, oryginalną. Tak więc, jeśli przez chwilę przebrzmi wam w głowie, między innymi, Bolzer, Mgła, Yerusalem czy Blut Aus Nord, to i tak ostatecznie w wyniku syntezy wyjdzie wam… Arrows. Sporo w tych nagraniach nowoczesnego black metalu, sporo siarczystego riffowania jak i zagrywek atonalnych, ale nie brak też psychodeli z lat siedemdziesiątych, czy momentów stonowanych, budujących atmosferę trochę egzotycznego, orientalnego mroku. Pod względem tego ostatniego, podobny klimat czułem przy okazji „Under the Moonspell”, ale to przecież było lata temu. Jest w tej muzyce coś, co sprawia, że ten black metal tętni swoim własnym życiem. Jest też coś, co wciąga mocniej niż Czarna Dziura (i nie jest to li wyłącznie niesamowicie wbijający się głowę riff w „A Glance at the Abyss”). Gdyby bawić się w kolorystykę, czy malarstwo, to muzyka na „Tearning Arrows; Cloven Suns” idealnie odzwierciedlana jest przez okładkę album ten zdobiącą. Obie te rzeczy mogą być odbierane przez każdego zupełnie indywidualnie, ale chyba nikt nie nazwałby ich kiczowatymi czy nijakimi. Powiem zatem tak… Jeśli chcecie posłuchać black metalu w awangardowym wydaniu, ale awangardowym w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, to sięgajcie po Arrows. To bardzo dobra, z każdym odsłuchem rosnącą płyta, pełna niesamowitego klimatu i momentów nieoczywistych. Mi się bardzo podoba.

- jesusatan




niedziela, 24 maja 2026

Recenzja Black Cilice „Votive Fire”

 

Black Cilice

„Votive Fire”

Iron Bonehead 2026

Mimo iż Black Cilice to nazwa znana w blackmetalowy półświatku, bo projekt ten obecny jest na scenie już niemal dwie dekady, i systematycznie wypluwa nowe nagrania, to jakoś nigdy nie miałem okazji uzewnętrznić się na jego temat. Niech więc okazją na to będzie nowy, siódmy już w dorobku Portugalczyka krążek. Można powiedzieć, że Black Cilice to taki Cannibal Corpse minimalistycznego black metalu. Tworzy w kółko to samo, z kosmetycznymi zmianami, a zainteresowani i tak łykają nowe wydawnictwa bez zadawania zbędnych pytań. Tym, którzy jeszcze jednak nigdy z nazwą się nie spotkali, podpowiem, że twór ten nagrywa garażowe bzyczenie, połączone z dudnieniem i wokalami „zza ściany”, czasem dorzuca jakieś drobne ozdobniki klawiszowe, choć bardziej w stylu dungeon synth niż, dajmy na to Emperorowe, nie bawi się chyba zbytnie w miksy i masteringi, bo musi być surowo. No, tak po prawdzie, to tym razem chyba chwilkę się pobawił, bo „Votive Fire” nie brzmi aż tak chujowo jak niektóre z poprzednich płyt, i basu tu jakby więcej, co nie zmienia jednak faktu, że produkcja jest tu na bardzo oszczędnym poziomie. No cóż, tak muzyk widzi black metal, tak sobie założył, że może być nieco bardziej współczesnym Darkthrone, i tak sukcesywnie czyni. Czy ja się na to łapię? Tak jak jestem ogromnym fanem surowego black metalu, tak Black Cilice do mnie w ogóle nie przemawia. Dlaczego? Po pierwsze, sam sound projektu stoi nieco za linią, której się przekraczać nie powinno (aczkolwiek z tymi nowymi nagraniami to muzyk stoi dosłownie NA niej, więc może następnym razem uda się przejść na stronę „słuchalną”). Bo ja lubię jak coś mi gra, nawet jeśli klekocze jak rozjebana pralka, ale nie jednolicie bzyczy. I po drugie, Black Cilice jest kurewsko powtarzalny. W zasadzie można mieć na półce jedną płytę w ramach ciekawostki, a resztę sobie odpuścić. Na nowym niby też idzie minimalnie ku lepszemu w tym obszarze, bo melodii tu jakby kapkę więcej (acz głównie w tych syntezatorach niż na gitarach), ale to jeszcze nie jest coś, co by mnie kupiło. No i pod względem tempa jest raczej standardowo szybko na jedno kopyto. Fanów muzyka jak najbardziej rozumiem. Oni po raz kolejny będą zachwyceni, bo prawdopodobnie nadają na tych samych falach co sam kompozytor. Niemaniacy nagrań podziemnych mogą sobie natomiast znów odpuścić. Mi dwa odsłuchy też wystarczą, nawet jeśli to najlepsze Black Cilice jakie słyszałem.

- jesusatan




Recenzja Hekatomb „Apokrypha Archives vol.1 & 2”

 

Hekatomb

„Apokrypha Archives vol.1 & 2”

Independent 2026

Wydany nieco ponad dwa lata temu debiutancki album Hekatomb „Kotosta” bardzo mocno mną pozamiatał, a chłopaki otworzyli nim z kopa drzwi do najwyższej klasy krajowego black metalu, i to z wyraźnymi aspiracjami na szybką podróż w kierunku czuba tabeli. Bardzo mocno zastanawiałem się zatem, jaki będzie kolejny krok zespołu, a przede wszystkim, czy podołają bardzo wysoko postawionym przeze mnie, wymaganiom. Kiedy zobaczyłem, że oto z początkiem maja ukazały się dwie EP-ki, pod wspólnym tytułem „Apokrypha Archives”, trwające łącznie ponad pięćdziesiąt minut, zastanawiałem się, dlaczego nagrania te nie zostały wydane jako drugi pełen album. Odpowiedź poznałem jak tylko płyty do mnie dotarły, a ja zapoznałem się z ich zawartością. Otóż obie części „Apokryficznych Archiwów” są od siebie, przynajmniej od względem muzycznym, zupełnie różne. Część pierwsza zawiera coś, czego nigdy nim się po zespole nie spodziewał. Są to trzy kompozycje, z których dwie pierwsze to… mroczny, wręcz apokaliptyczny ambient, z niewielkim dodatkiem industrial i dosłownie kilkoma akordami blackmetalowymi. Sam podkład tego, co przewija się w tle, jest hipnotycznie monotonny, wciągający niczym czarna dziura, niemalże odurzający. Doskonale pasuje to zresztą do konceptu i warstwy „tekstowej”. Celowo w cudzysłowie, bowiem nie mamy tu typowych wokali, a wycinki z filmów Marshalla Applewhite’a, oraz ostatniego kazania Jima Jones’a, przywódcy sekty Świątynia Ludu. Cały koncept spina się tu idealnie, bo zanurzając się w tych kompozycjach faktycznie można popaść w stan umysłu towarzyszący religijnemu obłędowi. Zresztą, jeśli o tym wspominam, to od razu napomknę, że po raz kolejny Hekatomb odpowiednio zadbali o oprawę graficzną swojego wydawnictwa. Tutaj nie ma elementów przypadkowych, jestem pełen podziwu. Trzeci numer na pierwszej EP-ce to cover, albo raczej interpretacja własna piosenki Davida Koresha „The Book of Daniel”. Zgadza się w niej w zasadzie wyłącznie tekst, śpiewany czystym głosem, bo muzycy czterominutowy utwór rozwinęli do minut niemal piętnastu. Jaką ma on uzależniającą moc, doświadczy każdy, kto go posłucha. Część druga „Apokryfów” to już klasyczny, surowy, kurewsko zimny black metal. Ponownie dostajemy trzy kompozycje, oparte na drugofalowych, najlepszych wzorcach z Darkthrone i Burzum na czele. Nawet nie tylko oparte, co dosłownie im dorównujące. Jedyna różnica między znanymi wszem i wobec kamieniami milowymi gatunku w postaci „Panzerfaust” czy „Aske” jest taka, że Hekatomb zagrali je ponad trzy dekady później. Pod względem jakości różnic nie zauważam, i mówię to będąc w pełni władz umysłowych (choć po doświadczeniach z „Vol.1” sam już do końca nie jestem niczego pewien). Nie tylko te utwory stanowią definicję surowego black metalu (tak surowo Hekatomb jeszcze nie grali), ale jak brzmią! Można się dosłownie posrać z radości. „Sunless Journey” to dowód, że aby skomponować zabójczy numer nie trzeba montować go z kilkunastu riffów, bo wystarczą góra trzy. „Borea’s Lament” z kolei, podszyty punkowym sznytem, mógłby być zagubionym kawałkiem Darkthrone z najlepszych lat. W najdłuższym, bo dziesięciominutowym „Prayer of the Silent Ones” przebija się z kolei nieśmiertelny duch Bathory. Jednocześnie, mino wspomnianej surowości, nie brak tu odrobiny „klimatu”. A jeśli zastanawiacie się, czy „Where Cold Winds Blow” to tytuł wyjęty „z dupy”, to wyjaśnię, że w trakcie „Vol.2” ów wiatr cały czas faktycznie słychać w tle (nie będę się zatem znów rozpisywał o spójności muzyki z tekstami i obrazem). Podsumowując zatem… Hekatomb zeszli na chwilę ze swojej głównej ścieżki, ale przy okazji wyznaczyli kolejne dwie. Obie niesamowicie mroczne i wypełnione po brzegi czystym złem. Nie wiem czy nie foruję wyroków zbyt wcześnie, ale według mnie „Apokrypha Archives” to najpoważniejszy kandydat do wydawnictwa roku w Polsce, i bardzo silny kandydat do czołówki podsumowań globalnych. Czuję się jak rozdeptany robak. Absolutnie fenomenalny materiał!

- jesusatan


https://hekatomb.bandcamp.com/music