środa, 22 kwietnia 2026

Recenzja Stalemate of Wills „Existence Denied”

 

Stalemate of Wills

„Existence Denied”

FFTC Rec. 2026

Czasem, kiedy sięgam po muzykę teoretycznie nie z mojej bajki, trafiam na prawdziwą perełkę gatunku. Tak bywa w przypadku technicznego death metalu, progresywnej awangardy, post metalu, czy nawet hardcore’a. To dlaczego nie miałoby się tak zdarzyć w przypadku Stalement of Wills, zespołu, który według notki prasowej gra amalgamat doom / sludge / hard coreo’wy z naleciałościami death metalu lat dziewięćdziesiątych. Zabrzmiało to nawet zachęcająco. Skończyło natomiast… niemal zaśnięciem. Cóż ja biedny mogę na temat tego, krótkiego, bo trwającego niecałe pół godziny, materiału napisać? Z pozytywami będzie ciężko. Ani tu nie ma hardcore’owej skoczności, ani tym bardziej pierdolnięcie, ani sludge’owego bujania (no, może troszkę na początku „Two Worlds”, ale jak zaraz wchodzi ta solówka pasująca niczym pięść do nosa, to już mi się bujać nie chce), że o odjazdach w narkotyczne klimaty nie wspomnę. Ani rzeczonego death metalu, bo za wpływy owego trudno chyba nagrać wokale zbliżone do growla. Pod tym względem przecież metal śmierci nie ma wyłączności. Doom? No tak, możemy doomem nazywać królujące tutaj tempa wolniejsze, ubrane w ołowiane brzmienie, z miarowymi uderzeniami w struny, ale ja bym to raczej nazwał bliżej niezidentyfikowanym usypiaczem. Bo najgorsze w tej płycie jest to, że tutaj nie ma na czym ucha zawiesić. Każdy następny numer jest tak samo przepitolony, i tak samo bezbarwny. Na dobrą sprawę, już po czterech kompozycjach zacząłem nerwowo spoglądać na zegarek, a to przecież dopiero kwadrans. Chwilę potem pojawiło się coś jeszcze gorszego. Śpiewane wokale. Ja pierdolę, jaka tragedia! Choć z drugiej strony wyjaśnia ona słowo „niemal” z pierwszych linijek mojego tekstu. Bo ja zasypiać z uczuciem mdłości, mimo wszystko, nie potrafię. Dobrnąłem jakoś do końca, ale przysięgam… nigdy więcej „Existence Denied” nie włączę, a do Stalemate of Wills, cokolwiek by nagrali, nie wrócę. Zespół bez grama potencji, bez odrobiny polotu czy zdrowego wyczucia. Nuda w chuj. Omijać szerokim łukiem.

- jesusatan




Recenzja Pure Wrath „Bleak Days Ahead”

 

Pure Wrath

„Bleak Days Ahead”

Debemur Morti Productions 2026

Z czwartym albumem powraca indonezyjski specjalista od brutalnego deta, który w ramach Pure Wrath realizuje się na poletku atmosferycznego black metalu. Na najnowszej płycie zamieścił pięć, niekrótkich kawałków, w których oprócz tradycyjnego dla tego gatunku instrumentarium użył także mellotronu, fortepianu i saksofonu. Niewątpliwie wzbogaciło to zwyczajowe tremolo i klasyczne kostkowanie, które często wpada w dysonansowe nuty. Podobnie jest z wokalami, bo obok tradycyjnych powarkiwań, używa się tu także gardłowego, niezwykle klimatycznego śpiewu, który występuje tutaj w różnych odcieniach. To black metal, który dla odmiany nie posiada hipnotycznego charakteru, choć takie chwile w nim występują, ale przede wszystkim koncentruje się na dramatyzmie, ponieważ jest muzycznym obrazem, przedstawiającym coraz bardziej przygniatające życie. Tak więc mamy tutaj do czynienia z egzystencjalnym ujęciem, które rozbebesza lub jak kto woli rozkłada na czynniki pierwsze, życie ludzkie, skonfrontowane z brutalnością istnienia. Diabelszczyzna o melancholijnym, refleksyjnym i depresyjnym obliczu, która częstuje nostalgicznymi akordami, przechodzącymi niekiedy w mocniejsze uderzenia. Całościowo, jest to nowoczesne i momentami wpadające w rejony „post”, czarcie muzykowanie, o wygładzonym usposobieniu. Skupione na ludzkich uczuciach, którym naprzeciwko wychodzi proza życia codziennego, czyli wszystko co kochamy najbardziej. Industrializacja, robota, zmęczenie, niespełnione i niemożliwe do spełnienia marzenia oraz niepewność i rozczarowanie. Black metal dla intelektualistów, którym nie obce są dzieła Heideggera, Camusa czy Kierkegaarda.

shub niggurath




Recenzja Mezzrow „Embrace the Awakening”

 

Mezzrow

„Embrace the Awakening”

ROAR! / Rock of Angels Rec. 2025

Nazwa Mezzrow gdzieś mi w głowie świta. Prawdopodobnie spotkałem się z nią w okolicach wydania przez zespół pierwszej płyty. Nie był to jednak chyba żaden diament, skoro ewidentnie poszła w niepamięć. Zresztą jak sam zespół, który to po wydaniu rzeczonego „Then Came the Killing” zniknął z powierzchni ziemi na długie dekady, by powstać z grobu dopiero pięć lat do tyłu od teraz. „Embrace the Awakening” jest ich drugą płytą poreaktywacyjną nagraną w bardzo przewietrzonym, względem oryginału, składzie. Owo odświeżenie chyba wyszło zespołowi na dobre, bo przyznać trzeba, że materiał ten stoi na naprawdę wysokim poziomie, a na pewno jest lepszy niż debiut. Mamy tu niespełna trzydzieści osiem minut rasowego, klasycznego thrashu. Bogatego w środki, bowiem poza momentami zagranymi na pełnym speedzie, panowie serwują chwilami fragmenty bardziej melodyjne, przeplatane riffami do rytmicznego moshu („The Moment to Arise”), a także nie stronią od wycieczek w kierunku heavymetalowym. Wszystko to bardzo zgrabnie, i co najważniejsze, logicznie, poskładane. Oczywiście awangardy na tym krążku zero, za to odnośników do bardziej znanych nazw co nie miara, żeby wymienić choćby Testament, Exodus czy Annihilation albo Napalm. Podobnie jak sama muzyka, równie oldskulowe są na tym krążku wokale. Poza czystym śpiewem, sporo chórków, zwłaszcza w refrenach, co sprawia, że nic tylko łapać zimnego browara w dłoń, i dołączać. Tym bardziej, że chwilami można odnieść wrażenie, że Mezzrow to taki nieco bardziej jadowity Running Wild. No i solówki. W nich słychać, że panowie w instrumenty potrafią, a metal znają nie od przedwczoraj. Pod względem brzmienia za bardzo nie ma się czego czepiać. Jest klarowne, mocne, takie … Testamentowe. Mimo iż wolę jednak tą najbardziej wkurwioną wersję thrash metalu (acz takowych momentów i tu nie brakuje, tylko szkoda, że tak mało), trzeci album Szwedów to naprawdę niezłe granie. A na pewno fani gatunku powinni być nim ukontentowani. Jeśli zatem kochacie klasyczny thrash, a jakoś „Embrace the Awakening” wam umknął, to cofnijcie się do końcówki zeszłego roku, i sprawdźcie tą pozycję. Moim zdaniem warto.

- jesusatan




Recenzja Aversio Humanitatis „To Become the Endless Static”

 

Aversio Humanitatis

„To Become the Endless Static”

Debemur Morti Productions 2026

Aversio Humanitatis to kapela z Madrytu, gdzie komponuje od 2010 roku. Obecnie wydają trzeci album „To Become the Endless Static”, który zawiera sześć numerów w black metalowym tonie. Jeśli tak, to jest to dość grubo ciosany bleczur, który sowicie został podrasowany sękatym brzmieniem rodem z metalu śmierci, ale nic to. Szybkie riffy i tremolo czeszą wzorcowo swym nieco zmodyfikowanym temperamentem, który przypomina mieszańca zrodzonego z Francuza i Islandki, co wydało na świat bękarta, drącego się wpiekłogłosy. Mordę to drze niemiłosiernie, wydobywając ze swojej gardzieli mknące szybko formy dla diabelszczyzny właściwe, a ich hipnotyczność przełamuje małymi dysonansami i nieco połamanymi przejściami między poszczególnymi frazami. Atakuje ostro, bez pardonu, ale atmosferyczności mu odmówić nie można, ponieważ Hiszpanie lubią od czasu do czasu zwolnić i przydusić ciężkimi rytmami o ezoterycznym charakterze. To muza szalona i gęsta, wyraźnie nastawiona na „brutalistyczny rytualizm”, w którym siermiężne, lecz i wielowarstwowe nawałnice są równie ważne, co śmierdzące na odległość kosmicznym mistycyzmem i smutną refleksją nad światem, pokręcone i atonalne zjazdy w dołujące akordy, zapętlające się, kłębiące niczym żmije i zaciskające swoje pazury wokół szyi. Aversio Humanitatis tworzy ponury, dysonansowy black metal, który chwilami przechodzi w kaskadowe i zimne uderzenia na podobę islandzkich produkcji, które często łączą ujęcie francuskie z własnym, aranżując zwarte i wielopoziomowe utwory. Tak też poczyna sobie ta czwórka Madrytczyków, która kreuje współczesny styl black metalu. Jest mrocznie, dusznie i smołowato, a i okultystycznej aury tu nie brakuje. Jak dla mnie, „To Become the Endless Static” jest kolejną odsłoną eksperymentowania z black metalowym konceptem, której wizja w wykonaniu tej grupy, nowa nie jest i ociera się o pewną typowość, jeżeli chodzi o dźwięki w stylu Deathspell Omega, które zblendowano z dajmy na to Misþyrming. Siłę wyrazu i jednoznaczną wymowę posiada. Dla fanów tego typu grania jak najbardziej.

shub niggurath




wtorek, 21 kwietnia 2026

Recenzja Consecration „Exanimis”

 

Consecration

„Exanimis”

Nuclear Winter Rec. 2026

Często jest tak, że nie. A potem coraz częściej jest tak, że nie. A potem jest zwykle tak, że nie. A potem zostaje już samo nie. Tak sobie pozwolę na początek zacytować tekst Nihila z ostatniej płyty Blindead. A czynię to, gdyż jest on w tym przypadku wyjątkowo adekwatny. Często pozycje z gatunku death / doom (odłamu nastawionego na klimat, a nie ciężar) są u mnie na nie. Bo są cholernie powtarzalne, bez wyrazu. Na nowy Consecration skusiłem się wyłącznie dlatego, że wydaje ich Nuclear Winter, a spod ich skrzydeł wyszło kilka zajebistych pozycji. Zatem przypuszczać mogłem, iż i tym razem mnie zaskoczą, choć nazwy Consecration wcześniej nie znałem, a „Exanimis” to przecież już ich czwarty pełniak, co budziło pewne wątpliwości. Niestety, zostały one bardzo szybko potwierdzone. Brytole to banda chuja, która po raz kolejny udowadnia mi, że w rzeczonym gatunku niewiele jest dla mnie wydawnictw wartych uwagi. Teoretycznie, i technicznie, wszystko się na tym krążku zgadza. Są powolne riffy, jakaś tak dawka melodii, nawet melancholii ubranej w ołowiany kaftanik, taki co się przyodziewa do prześwietlenia zęba. Ciężko. Ciężko chłopaki grają, ale i ciężko się tego słucha. Przede wszystkim dlatego, że te osiem kompozycji cechują dwie, niestrawne dla mnie składniki. Pierwszym z nich jest totalna przewidywalność. Nie ma na tym albumie niczego, podkreślam niczym Kononowicz, niczego, co by mnie zaskoczyło, czy przykuło uwagę. Wszelkie stosowane przez zespół środki to odgrzewana po raz trzeci zupa, którą zresztą ktoś przechowywał w lipcu na balkonie, myśląc, że ten zabieg jest tak skuteczny jak w grudniu. Po drugie, co się poniekąd z pierwszym łączy, muzyka Consecration jest tak cholernie wtórna, że w zasadzie kiedy dany kawałek się zaczyna, można wskazać palcem, w którym kierunku pójdzie, i jak się zakończy. Jest w encyklopedii takie określenie jak „męczenie buły”, i nowy album Consecration idealnie pasowałby za soniczną definicję tegoż. Trzeba chyba być maniakalnym maniakiem kapel pokroju Novembers Doom, Swallow the Sun czy Evoken (tak se strzelam nazwami z kapelusza) by się „Exanimis” zachwycać. Dla mnie jest to niestrawne, i dwa odsłuchy, których bohatersko dokonałem, będą mi teraz zalegać przez cały wieczór na żołądku. Nie ratuje tej płyty nic, nawet Paradajsowy „Domain of Despair”, będący popłuczynami po i tak wtórnych płytach Holmes’a i spółki z ostatnich lat. Szkoda czasu i energii.

- jesusatan




Recenzja Lago „Vigil”

 

Lago

„Vigil”

Everlasting Spew Records (2026)

 


Pochodzący z Arizony kwartet Lago działa na muzycznym padole od ponad półtora dekady i dał się poznać światu z dobrej strony za sprawą dwóch pełniaków i kilku mniejszych wydawnictw. Zwłaszcza wydany w 2018 roku w barwach Unique Leader Records „Sea of Duress” zaskarbił sobie moją przychylność, bo choć daleki byłem od peanów pochwalnych i stawiania Lago na piedestał, to zdecydowanie było w ich warsztacie coś ponadprzeciętnego. Kontrolowany chaos i ulceratowe dysonanse rezonujące z bezduszną motoryką Hate Eternal zostały podane w całkiem przystępnej dla słuchacza formie. „Vigil” to najnowsza propozycja Amerykanów i pomimo że dałem temu materiałowi trochę czasu by mnie do siebie przekonał, to muszę z przykrością stwierdzić, że to się nie zadziało. Na swoim trzecim wydawnictwie Lago nie robi żadnej rewolucji, ale na pewno możemy mówić o ewolucji w stosunku do wcześniejszych materiałów. Nagrana cechuje bardzo duża kliniczność brzmieniowa potęgująca aurę bezduszności i automatyzacji. Pomimo, że dysonansowe meandry są wciąż obecne da się zauważyć, że akcenty zostały mocniej przesunięte z obszaru Gorguts / Ulcerate w kierunku Immolation / Hate Eternal. I pewnie nie miał bym z tym problemu, gdyby to hulało. A niestety nie hula. Jest w tym graniu coś beznamiętnie topornego, pozbawionego życia, odegranego bez serca, a przez to nieangażującego. W wolniejszych fragmentach jest tu po prostu nudno. Sprawnie warsztatowo, precyzyjnie, ale nudno i bez charakteru. Absolutnie żadna z kilkunastu podjętych prób nie zakończyła się większym zaangażowaniem mnie jako słuchacza w ten materiał. Czy jest więc coś w tym materiale, co mi się podoba i mnie przekonuje? Tak – solówki. Jeśli ktoś lubi gitarowe sola, niebanalne, nieperliste, pomysłowe, to tutaj jest ich pod dostatkiem i w tym aspekcie jest to na pewno jedno z najlepszych wydawnictw jakie słyszałem w ostatnich latach. Jeśli ktoś nie lubi solówek i uważa, że to relikt czasów minionych ten będzie miał kolejny powód do narzekań. Ja lubię, więc mam chociaż jeden powód, aby wskazać atuty tego wydawnictwa. Umiejętności muzyków i potencjał stojący za tymi dźwiękami finalnie jawi się jako niespełniona obietnica. Wielka szkoda, bo już kiedy pokazali, że stać ich na dużo. Może kiedyś „Vigil” do mnie trafi, ale póki co jest inaczej.

                                                                                                                          Harlequin




poniedziałek, 20 kwietnia 2026

A review of Baphomet's Blood “Satanic Metal Attack”

 

Baphomet's Blood

“Satanic Metal Attack”

Dying Victims Prod. 2026

 


Damn, I love this label! Well, sort of, since their pure heavy metal releases don’t always hit the spot for me, but when it comes to speed, thrash, or death metal, you can buy their stuff with your eyes closed. And while you’re at it, you can learn some history, because every now and then Florian digs up bands out of the devil’s ass that I’ve never heard of before, but which were an essential part of the metal scene a few decades ago. Take the Italian band Baphomet’s Blood, for example. A band that recorded their debut album exactly twenty years ago. They went on to record three more, but it’s that first one that’s the subject of today’s text. Holy shit, if the band is named what it’s named, the album title is unambiguous, and the songs are titled “Satanic Commando,” “Speed Metal Warrior,” “Blood, Vomit and Satan,” or, above all, “Satanic Beerdrinkers,” does anyone here even doubt that these Italians know what real oldschool metal is? The guys play like there’s no tomorrow, drawing heavily on the legacy of Venom and other classics, using riffs that are cliché (at least from today’s perspective). Cliché, but, for the hundredth time, so catchy that you simply can’t sit still to this music! “Satanic Metal Attack” is music played for the thousandth time to the same old tune, following the rules of the ’80s, sung mainly in clean vocals, with classic forays into higher registers and the obligatory backing vocals. And as clear proof of their nod to oldschool metal, there’s the cover of Fingernails’ “Heavy Metal Forces” included at the end of the album. There’s no point in rambling on about releases like this, because you either love this kind of music or you hate it. I’m soaking up this gem, which I somehow overlooked on my metal journey, like a sponge soaks up water. And I’m asking for more of these throwbacks to the past. A fantastic album.

- jesusatan