wtorek, 18 sierpnia 2026

Recenzja Hell-Born „VII”

 

Hell-Born

„VII”

Deformeathing Prod. 2026

Opóźniło się z deka wydanie tego materiału. Najpierw nowy Hell-Born miał ukazać się nakładem Odium Records, co jednak nie doszło do skutku, z powodów które pozwolę sobie pominąć milczeniem. Potem trzeba było poczekać kilka kolejnych miesięcy, bo plany wydawnicze Deformeathing były wcześniej ustalone, ale w końcu jest! Jest, i prezentuje się nad wyraz zgrabnie, na pewno na tyle, że nikt, kto czekał, nie poczuje się zawiedziony. Bo, po pierwsze, Hell-Born nowej formuły nie odkrywa, nie szuka po kątach czegoś, co nie wiadomo czy w ogóle zgubił, tylko gra swoje. A po drugie, potrafi jednak w tej swojej stylistyce nie wałkować w kółko tych samych tematów. „VII” jest krążkiem nieco innym niż „Natas Liah”. Powiedziałbym, że nieco… bogatszym. Więcej na nim choćby melodii. Ale nie takiej łatwo wpadającej w ucho, tylko wolnodojrzewającej. Nie będę ściemniał, po pierwszej rundzie nie piałem nad tymi utworami z zachwytu. Natomiast „VII” zaczął we mnie mocno rosnąć przy trzech kolejnych podejściach. Może dlatego, że album ten nie wali od pierwszych sekund bezpośrednio w ryj, działając raczej jak trucizna, infekując i rozpracowując odbiorcę w sposób bardziej taktyczny, zaplanowany. Same składniki nie uległy znacznej zmianie. Znajdziemy tu odwołania do klasycznego, głównie niemieckiego, thrashu, a także sporo tradycyjnego death oraz black metalu. Szczegółowa analiza to jednak dzielenie włosa na czworo, bowiem naprawdę na przestrzeni jednej tylko kompozycji można paluchem wytknąć wszystkie wymienione przed chwilą gatunki. Ale niech takim przykładem będzie „The One with Horns”, gdzie mamy oldskulowy, deathmetalowy riff do wolniejszego headbangingu, potem szybkie, melodyjne, blackmetalowe tremolo, a pod koniec przejście w kostkowanie bardziej tradycyjne, o thrash się ocierające. A wszystko razem wymieszane w sposób świadczący jedynie o doświadczeniu i umiejętnościach muzyków. Na tym krążku sporo jest przejść między tematami, sporo zwolnień i przyspieszeń, stylistycznego urozmaicania akordów, nawet lekko wybiegających poza szablon wariacji wokalnych, tutaj naprawdę dużo się dzieje. I czuć w tym ciężar, bez względu na dyktowane w danym momencie tempo. Powiem zatem krótko. „VII” to kolejna odsłona Hell-Born takiego jaki lubicie (jeśli lubicie), w lekko podliftingowanej formie. Moim skromnym zdaniem, materiał ten jest zauważalnie lepszy niż poprzedni, a przecież i jemu niewiele dało się zarzucić. Jestem w pełni usatysfakcjonowany. Gwarantuję, że też będziecie.

- jesusatan




Recenzja Bloodmother „Militant Black Magic”

 

Bloodmother

„Militant Black Magic”

Time to Kill Records 2026

 


Bloodmother to świeży szyld z fińskiej ziemi, który został powołany do życia w 2021 roku, choć źródła internetowe twierdzą, że było to dwa lata później. Nieważne. Finowie wydają właśnie swoją pierwszą płytę, która dostępna będzie we wrześniu. Co grają? Cóż, black metal, nawiązujący do tradycji kraju, z którego pochodzi ten kwintet. Nie są to jednak odpustowe przytupajki, lecz potężna dawka wścieklizny, którą zarazić się jest nietrudno. Na pierwszy rzut ucha może się wydawać, że „Militant Black Magic”, to nic innego jak tylko hipnotyczna napierdalanka, która oparta jest na kilku zapętlonych riffach i tremolo, ale gdy uważnie wsłuchacie się w ten materiał, to odkryjecie, że oprócz jednostajnego mielenia jest tu coś jeszcze. Chodzi o niesamowitą rytmikę, która nie tylko wypływa z takichż, okresowo pojawiających się akordów, ale tą, generowaną bezpośrednio przez bębny i bas, które do spóły robią czarcią robotę, podbijając „pełną kurwę” tego black metalu do granic możliwości. Poza nawałnicą jadowitego kostkowania, Bloodmother dostarcza sporo bujanek, złośliwych chwytliwości oraz monumentalnych, średnich temp, które atakują brutalnie i konsekwentnie wbijają w glebę. Diabelszczyzna zagrana na ostrych, kąśliwych gitarach i dźwięcznej sekcji. Okraszona gniewnymi wrzaskami wokalisty, sunie do przodu, nie pierdoląc się w tańcu, zmiatając swym podmuchem wszystko, co spotka na swojej drodze. Zimny i wkurwiony black metal, który nie cierpi sprzeciwu. Wrogo nastawiony, wżera się w organizm każdym porem skóry, agresywnie go infekując. Bezpośrednio, bez ozdobników i z szybkością, za którą, gdyby nie zmiany w kostkowaniu i rytmice, trudno by było nadążyć. Brzytwa jakich ostatnio mało na rynku.

shub niggurath




poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Recenzja Atomic Aggressor „The Occult Forces”

 

Atomic Aggressor

„The Occult Forces”

Hells Headbangers 2026

No i jest też nowy Atomic Aggressor. Nagranie drugiej płyty zajęło Chilijczykom, bagatela, dwanaście lat. Była co prawda po drodze EP-ka, ale to też dobre siedem lat wstecz. No i co z tego, skoro na sam debiut czekać trzeba było niemal dwie dekady, zapytacie? Ano nic, bowiem w temacie muzycznym niewiele się u chłopaków zmieniło. „The Occult Forces” to circa czterdzieści minut muzyki takiej, do której panowie, mimo bardzo powolnego trybu pracy, nas przyzwyczaili. W zasadzie mamy tutaj samą klasykę death metalu, z niewielkim thrashowym nalotem. Lata dziewięćdziesiąte kłaniają się w pas, a nazwy takie jak Sadistic Intent, Morbid Angel czy Possessed same się cisną na usta. Atomic Agressor jest kolejnym przedstawicielem gatunku, którego narodzin, albo przynajmniej najwcześniejszego etapu, muzycy doświadczali osobiście. A że czas im się wówczas zatrzymał, to i nie poszukują skarbów na ziemiach nieodkrytych, tylko jadą po staremu, na wskroś archaicznie, w duchu tego, co mnie w muzyce deathmetalowej rozkochało. W tych ośmiu kawałkach jest tyle chwytających za serce melodii, tyle ostrych riffów, tyle wyśmienitych solówek, że paluszki lizać. A owe odwołania do wspomnianych powyżej prekursorów, nawet jeśli obecne w każdej niemal chwili, nie ograniczają się bynajmniej do zwykłego kopiowania. Atomic Aggressor potrafią komponować swoje piosenki z wyczuwalną łatwością, w sposób naturalny, niewymuszony, a odnośniki w nich zawarte są po prostu tym, co im w sercu wybrzmiewa. Ponadto da się tutaj wyczuć ten południowoamerykański sznyt, który dodaje metalowi śmierci ze wspomnianego zakątku globu charakterystycznego posmaku. Słychać, że nie jest to muzyka tworzona przez laików, że panowie z deathmetalowego pieca niejeden chleb opędzlowali. Dlatego może słucha się „The Occult Forces” z podniesionym ciśnieniem i wielkim uśmiechem na twarzy. Nie będę zatem bił piany, tylko powiem krótko. Sprawdzajcie ten krążek, bo chuj wie, ile będziemy musieli czekać na kolejny, albo czy w ogóle się doczekamy. Bardzo dobre staroszkolne granie.

- jesusatan




 

Recenzja Vulgar Mephitis „From Dust”

 

Vulgar Mephitis

„From Dust”

Willowtip Records (2026)

 


Willowtip Records już niejednokrotnie pokazywała, że ma smykałkę do wyszukiwania niebanalnych zespołów, nie oglądając się na podgatunku metalu. Nie inaczej jest w przypadku Vulgar Mephitis, kwartetu z Pensylwanii, który niedługo zadebiutuje albumem „From Dust” w barwach lokalnej wytwórni. A cóż ten album przynosi? Już sama okładka zdradza, że będziemy mieli do czynienia z dość klinicznym death metalem, czyli zapewne dość brutalnym. I tak też jest w rzeczywistości – Vulgar Mephitis po wstępnym flircie z melodyjkami i uśpieniu czujności słuchacza atakuje technicznym, brutalnym, ale i dość klasycznym metalem śmierci. Cisną się tutaj porównania z Dying Fetus czy z nieco nowszymi bandami pokroju Unfathomable Ruination. Zwraca uwagę intensywność, gęstość i bardzo wysoki poziom wykonawczy. Muzykom Vulgar Mephitis nie można w tym departamencie niczego zarzucić. Okazjonalne flirty z melodią dla jednych mogą być zgrzytem, dla innych zaletą, ale w ogólnym rozrachunku nie znalazłem tu niczego co by wywoływało konwulsje czy chociażby poczucie niezręczności. Od strony produkcyjnej też nie można powiedzieć tutaj złego słowa – materiał jest ciężki, masywny, jakby zdradzający pewne fascynację sceną HC. Trudno mi natomiast znaleźć w tych dźwiękach zręby własnego stylu, czy chociażby próbę poszukania własnej tożsamości. Dla mnie to brzmi dosłownie jak skrzyżowanie wspomnianych dwóch wcześniej zespołów plus szczypta melodii. Na debiut może i wystarczy, ale zastanawiam się, gdzie tu jest ta furtka na coś więcej. „From Dust” to bardzo rzemieślnicza płyta. Solidnie, a nawet bardzo solidnie wykonana, ale trochę mało atrakcyjna dla oka i ucha, bo niespecjalnie się czymś wyróżnia. Brakuje odcieni, brakuje tego „czegoś”. Ale to wciąż album na tyle dobry, że warto go posłuchać.

Harlequin




niedziela, 16 sierpnia 2026

Recenzja Solystalgia „Solystalgia”

 

Solystalgia

„Solystalgia”

Nameless Grave 2026

 


Solystalgia to nowy zespół zza Wielkiej Kałuży, ale od razu zaznaczam, że wcale nie jest to kolejny twór deathmetalowy. Tym razem trafia nam się trio, które preferuje smutki i tęsknoty. Nie będę kłamał, iż jest to jeden z moich ulubionych gatunków. Owszem, kiedyś też trochę skutkowałem, ale było to raczej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, i dość szybko mi przeszło. Może dlatego, że gatunek który zrodził się w umysłach muzyków Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema dość szybko się wypalił i skręcił mocno w nieco luźniejszym kierunku. Tenże właśnie odłam kontynuują Amerykanie. Owszem, wspomniane pierwowzory są chwilami słyszalne w ich twórczości. Trochę w melodiach, częściej w solówkach, momentami w melancholijnym sposobie śpiewania. Powiem tak… Nie jest to album zły. Wręcz przeciwnie, pod względem wspomnianej estetyki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Choćby dlatego, że muzycy potrafią budować przytłaczającą, łzawą atmosferę swoich kompozycji nie tylko za pomocą smutnych harmonii, ale i dość ciekawej budowie całości. Główne utwory, w których oczywiście króluje powolne i pogrzebowe granie z dużą dozą rozpaczy, bez przesadnych zepętleń, przeplatają instrumentalnymi przerywnikami, jeszcze bardziej pogłębiające w słuchaczu negatywne uczucia. Co warto zaznaczyć, nie są to upchnięte na siłę interludia, wrzucone na płytę tylko dlatego, by utrzymać wspomniany schemat, ale utwory mocno spinające całość, będące jakby drzwiami do kolejnej sali smutku w tworzonym przez zespół muzeum. Wokalnie na szczęście też jest nieźle. Nie ma przesadnego balansowania w kierunku czystego smęcenia, przeważają raczej growle, co akurat dla mnie stanowi wielki plus. Pod względem brzmienia też jest przyzwoicie, choć brakuje mi nieco więcej ciężaru na gitarach, brzmiących w tym przypadku bardziej Katatoniowato niż wspomniane na wstępie pierwowzory (zwłaszcza w początkowym okresie). Same kompozycje nie nudzą, a chwilami nawet pozytywnie zaskakują. Jak choćby ostatni, odstający nieco od całości (o dziwo!) lżejszym klimatem, akustyczny „Acceptance”. Jeśli ja nie wyrzuciłem tego materiału po trzech minutach do kosza, to już jest jakaś pozytywna rekomendacja. A jak powiem, że odsłuchałem go trzy razy bez ziewania, to jest to już rekomendacja spora. Fani Novembers Doom, October Tide czy innego Swallow the Sun powinni być “Solystalgią” zachwyceni. I w sumie nie będę się im dziwił.

- jesusatan




 

Recenzja Jehovah on Death „Lágrimas de Oro”

 

Jehovah on Death

„Lágrimas de Oro”

I, Voidhanger Records 2026

 


Jeśli macie czasami ochotę posłuchać czegoś lżejszego, to sięgnijcie po Jehovah on Death. To kapela, która pochodzi z Aten, gdzie komponuje i nagrywa od 2020 roku. Po wydaniu kilku epek w lipcu ukazał się ich debiutancki album „Lágrimas de Oro”. Zawiera on dziewięć kawałków, które utrzymane są w tonie psychodelicznego rocka i proto-metalu, o okultystycznym usposobieniu. Jeśli znajome są wam takie kapele jak Blue Öyster Cult, Coven czy bardziej współczesne rzeczy jak chociażby Sabbat Assembly, Blood Ceremony i The Devil’s Blood, to już wiecie, jak leci muza od Greków. To muzyka przesiąknięta mistyką, tajemniczością i diaboliczną aurą. Wygenerowana za pomocą klasycznych i okresowo, wpadających w doomowe tony riffów, które okraszone zostały mroczną melodyką, płomiennymi solówkami i co najważniejsze, wspaniałymi wokalami żeńskiej części zespołu w osobie Señory Dolorosy. Wydobywa ona ze swoich strun głosowych mocne, powabne i kuszące dźwięki, które podkreślają diaboliczny charakter płyty i podbijają chwilami jej dramatyzm. Jehovah on Death urzeka swoją muzyką, która wypełniona jest formami znanymi z bluesa, posępnego rocka i proto-metalu, kreślącymi religijne i ponure pejzaże. Spotykają się w nich niezwykle nastrojowe akordy z żywotnymi, żarliwymi partiami, które oprócz sugestywnej rytmiki i atmosferyczności, potrafią także nieźle przysolić. Wydawnictwo inteligentnie zaaranżowane, które fascynuje satanistycznym klimatem rodem z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, który Ateńczycy oddają w autentyczny sposób. Polecam, bo świetnie i zarazem niezobowiązująco się tego słucha, a i wrażeń odpowiednich dostarcza.

shub niggurath




sobota, 15 sierpnia 2026

Recenzja Emptiness „Nowhere Speaks”

 

Emptiness

„Nowhere Speaks”

Season of Mist 2026

 


Emptiness to dla mnie nazwa kompletnie nieznana. A przecież zespół ma w dorobku już sześć płyt, a tworzący zespół ludzie z niejednego pieca chleb jedli, żeby wymienić choćby takie twory jak Enthroned, Abysmal Descent, Putrid Offal, Necromantic Worship czy Possession. Zatem najwyższy czas nadrobić zaległości, i sprawdzić, czym to smakuje. Okazuje się, że smaków tutaj co nie miara, na pewno więcej niż w najpopularniejszym chińskim daniu z kurczaka. Już po kilku minutach można bowiem stwierdzić, że nie jest to album na jeden odsłuch. Nie jest to też album typowy, który można przypisać do jednego gatunku, czy porównać do konkretnego zespołu. Belgowie dość mocno kombinują i mieszają w swoim garnku rozmaitości. Najogólniej można powiedzieć, że „Nowhere Speaks” to mroczny, bardzo nastrojowy doom / black metal o silnie awangardowym zabarwieniu. W zasadzie panowie nie wykraczają poza tempo średnie, zdecydowanie częściej zwalniając, albo wplatając między dłuższe utwory krótkie instrumentalne przerywniki. Występuje tu bardzo bogate instrumentarium. Albo może inaczej, sporo fragmentów odgrywanych jest jedynie przez część całej „orkiestry”. Gitarowe tremolo gdzieniegdzie milkną, ustępując miejsca, na przykład, jedynie perkusji z akompaniamentem basu. Gdzie indziej rolę przewodnią przejmują klawiszowe pasaże, ambientowe wstawki, albo momenty akustyczne, a wszystkiemu towarzyszą bardzo nietypowe, bo głównie szeptane (śpiewane szeptem?) wokale. Sporo tu odniesień do black metalu z Islandii, Francji, ale także do twórczości Howls of Ebb czy Blut Aus Nord. Nie brakuje także elementów wykraczających daleko poza metalowe ramy. Dość ciekawym zabiegiem jest także nagłe urwanie końcówki w dwóch ostatnich kompozycjach. Brzmi to na tyle dziwnie (głównie dlatego, że zabieg ten się powtarza), że aż musiałem sprawdzić, czy aby moja promówka nie posiada błędów. Wszystkie stosowane przez Emptiness zabiegi tworzą bardzo kolorowy i bogaty obraz muzyczny, który ogląda się kawałek po kawałku, co chwilę znajdując na nim jakieś drobne, skrzętnie ukryte detale. Całość trwa niewiele ponad czterdzieści minut, i naprawdę zlatuje nim mrugniemy okiem. Ale wciąga na tyle, że zaraz się chce „Nowhere Speaks” włączyć ponownie. Fajna, dziwna i intrygująca płyta.

- jesusatan