wtorek, 17 marca 2026

Recenzja Hrob „Brána Chladu”

 

Hrob

„Brána Chladu”

Memento Mori / Night Terrors 2026

Słowacja potentatem na rynku metalowym nie jest. I wyjątki pokroju Malokarpatan czy Goatcraft wcale takiego stanu rzeczy nie zmieniają. Nic zatem dziwnego, że do debiutanckiej płyty Hrob podchodziłem ze sporym sceptycyzmem. Zespół to relatywnie świeży, bo bogaty jedynie w demo, wydane jakieś trzy lata temu. Jako iż nie miałem okazji tamtego materiału sprawdzić, nie za bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Włączyłem zatem „Bramy Chłodu” i… niemal momentalnie zacząłem zbierać szczękę z podłogi. Bo co słyszę? Słyszę piękne nawiązania do zespołu, który mimo iż istniał jedynie cztery lata, na zawsze wszedł do death/doomowego panteonu. Oczywiście mam na myśli genialny Disembowelment i ich niepodrabialne melodie, z charakterystycznie wybrzmiewającą linia gitarową, której to na debiucie Hrob nie brakuje. Wzorzec to ambitny, i niełatwy do naśladowania, a jednak w tym przypadku zastosowany niezwykle umiejętnie, i co najważniejsze, z wyczuciem. Choćby dlatego, że muzycy inspiracje płynące z Oceanii przeplatają wpływami bardziej nam geograficznie bliskimi. Choćby takimi z Halifax. Wiecie, tymi od „Gothic” i tematów pobocznych. Jest na tej płycie także wątek akustyczny w postaci „Medzihra”, osobiście kojarzący mi się z wikińskim Bathory. No dobra, tyle w temacie porównań, bo jeśli bym jedynie na nich zakończył, to byłoby to bardzo dla Hrob krzywdzące. Słowacy z klasyków może i faktycznie czerpią, ale owe słyszalne wpływy ubierają we własne szaty, w efekcie czego „Brána Chladu” to album, który jest totalnym hołdem dla mistrzów z lat dziewięćdziesiątych, a jednocześnie autorskim odświeżeniem tego teoretycznie wypłowiałego już odłamu death metalu romansującego z nieco cięższym bratem. Jeśli dodamy, że wszystko tu brzmi niemal idealnie, odpowiednio ciężko i na swój sposób dostojnie, to w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Można wyróżnić na tej płycie kilka momentów, jak choćby zajebiście bujający numer tytułowy na zakończenie, czy, chyba najbardziej „australijski”, „Chrám Prázdnoty”, gdzie tempo zmienia się przynajmniej kilkukrotnie, ale tak na dobrą sprawę całość stanowi potężny monolit bez słabych punktów. Hrob nagrali naprawdę ciekawy album, którego przeoczenie byłoby sporym zaniedbaniem. Ode mnie pełna rekomendacja.

- jesusatan




Recenzja Sparagmos „Error”

 

Sparagmos

„Error” (Reissue)

Selfmadegod Records 2026

Sparagmos’a pamiętam przez pryzmat ich splitu z Lastwar i charakterystycznie wydanej kasety, która w tej chwili wala się w jakimś kartonie z innymi taśmami, w piwnicy moich rodziców. Tak naprawdę zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, jak leciała ich muza, bo w tamtych latach specjalnego wrażenia na mnie nie zrobili, a poza tym chyba za bardzo nie mogli wtedy konkurować z kapelami, których nagrania docierały do Polski z Zachodu. Tak więc reedycja ich drugiej płyty, która pierwotnie ukazała się tylko na kasecie w 1994 roku, szybko naświetliła sprawę i stała się całkiem miłą przypominajką czasów minionych. Nie będę ściemniał i świrował na znawcę ówczesnej sceny w naszym kraju, bo poza kilkoma szyldami, które miały w tamtych latach znaczenie, to miałem ją w dupie, ale poczytałem trochę i dowiedziałem się, że po składance z zespołem z Wągrowca, Sparagmos urósł do eksperymentatorów na naszej, death metalowej scenie. Po przesłuchaniu obecnego „Error”, któremu mastering nadał dynamiczniejszego brzmienia, lecz nie zburzył jego analogowości, muszę wszelkim źródłom przyznać rację, ponieważ Warszawiacy mocno kombinowali, aby wyjść poza ramy tego, co w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych królowało w metalu śmierci. Robili to, korzystając z wielu wzorców, bo na „Error” wyraźnie słychać łączenie thrash i death metalu z progresywnymi zagrywkami, co kreowało chwilami dość połamane aranżacje. Panowie pełnymi garściami czerpali z dokonań takich tuzów jak Morbid Angel i Slayer, ale poza tymi, gwałtownymi akordami, które wyraźnie zalatywały Amerykańcami, potrafili wpleść w swoje kompozycje, sporo zabiegów kojarzących się z „Forest of Equilibrium” Cathedral czy „Shades of God” Paradise Lost. Zatem nie był to zwyczajny thrash-death metal z technicznymi zawijasami, ale przede wszystkim eklektyczna, ciężka muza, która nie bała się łączenia różnych ujęć z dodatkiem nieoczywistych, awangardowych wtrętów. Ponowne wydanie tego materiału przez Selfmadegod Records, to dobre posunięcie i przypomnienie krążka, który jak i Sparagmos nie do końca został doceniony. Może poprzez fuzję wyżej wymienionych elementów, która okresowo pobrzmiewała również tradycyjnym, brytyjskim death metalem oraz małymi odjazdami w kierunku Type O Negative, była zbyt nieliniowa i w związku z tym irytująca. Nie wiem, ale niewątpliwie kwartet ten, nie chciał się zatrzymać na jednym, utartym wzorcu. Czy fani w 1994 roku nie byli gotowi na „Error”, czy Sparagmos przez chęć bycia za wszelką cenę oryginalnym, pogrzebał się sam. Teraz, z perspektywy trzydziestu dwóch lat i w konfrontacji, z niektórymi, obecnymi, muzycznymi wykwitami, odpowiedź powinna być łatwa. Jeśli nie znacie, to sięgnijcie po tą produkcję, gdyż warto.

shub niggurath




poniedziałek, 16 marca 2026

Recenzja Xorsist „Aberrations”

 

Xorsist

„Aberrations”

Hammerheart Rec. 2026

Za każdym razem, kiedy pojawia się młoda kapela hailująca staremu graniu, czuję jak miód leje się na moje uszy. Z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że uświadamia mnie to, w jak wspaniałym dla (death) metalu okresie przyszło mi dorastać, a po drugie, jeśli taki hołd dla pionierów oddany jest co najmniej przyzwoicie, powoduje on u mnie przypływ nostalgii, i dostarcza wyjątkowych wrażeń. W zeszłym roku, pod banderą Hammerheart ukazał się rewelacyjny debiut Szwedzkiego Impurity. Dziś zatapiam się w dźwięki nowego krążka, pochodzących z tego samego kraju, Xorsist. Pochodzącego z tego samego kraju, i grającego muzykę równie oddaną klasykom rodzimego śmierć metalu. „Aberrations” jest, ku mojemu zdziwieniu, już trzecim krążkiem grupy, co oznacza, że poprzednie wydawnictwa jakoś ominęły mnie szerokim łukiem. Szerokim, bo wyżej wymieniona nazwa nigdy nawet nie obiła mi się o uszy. Przeoczenie czy ignorancja? To zależy jak na to spojrzeć. Zacznijmy od tego, że panowie ze Sztokholmu ze spuścizny Entombed, Dismember czy Unleashed czerpią na potęgę. W zasadzie wszystko na tym albumie odegrane jest według wzorca z lat dziewięćdziesiątych. Jest odpowiednio zapiaszczone brzmienie, przeważające średnie tempa z wyraźnie podkreślającym melodykę groov’em, są nawiązania do punkowych korzeni, charakterystycznie melodyjne solówki, oraz klasyczny deathmetalowy growl. Są też kawałki instrumentalne, czy tam akustyczne, i to nawet dwa. Nowinek, technicznych czy kompozytorskich, na tych nagraniach nie uświadczymy, co świadczy tylko i wyłącznie o totalnym oddaniu tych panów starej szkole, i jedynej ścieżce, ścieżce lewej ręki. I generalnie wszystko jest tutaj na swoim miejscu, i wszystko mi się zgadza, bo te dziesięć, nomen omen, ścieżek, to kwintesencja gatunku, który ponad trzydzieści lat temu zrewolucjonizował metalową scenę. Owszem, niektóre kompozycje są bardziej chwytliwe (Taki „Of Where I Resie”, na przykład, to łamacz karku), inne po prostu trzymają poziom, ale zaznaczyć trzeba, że riffowania metodą „kopiuj / wklej” jest tu jak na lekarstwo. Może nie jest to aż tak mocny materiał jak debiut wspomnianego na wstępie Impurity, ale na pewno wydawnictwo, które dla każdego fana staroszkolnego szwedzkiego deathmetalu powinno być pozycją obowiązkową do sprawdzenia. Bo niby nic rewelacyjnego, ale gęba się cieszy. Ode mnie, w skali szkolnej, mocna czwórka. Nawet z plusem.

- jesusatan




Recenzja Protrusion „The Last Suppuration”

 

Protrusion

„The Last Suppuration”

Extremely Rotten/Unholy Domain/Sevared Records (2026)

 


Moim zdaniem, wskrzeszanie ducha czasów minionych to arcytrudnaumiejętność nie tylko w muzyce, ale w sztuce jako takiej. Sentymentalizm i nostalgia za czymś, co było i się nam dobrze kojarzy jest takim małym króliczkiem, za którym w mniejszym lub większym stopniu się goni, kwestia jedynie, której niszy życia dotyczy. Ja tak mam z death metalem, magicznym zjawiskiem przełomu lat 80. i 90., czymś co było fragmentem i sposobem zapisu emocji młodych ludzi tamtych. Wiadomo, że tych czasów się nie wróci i współcześni, młodzi, deathmetalowi twórcy noszą na sobie blisko czterdziestoletni bagaż doświadczeń poprzednich pokoleń czasem pchając chlubnie wózek do przodu, a czasem zostając lepsza lub gorszą grupą rekonstrukcyjną. Sporadycznie trafi się wydawnictwo, które wydaje się być zagubioną perłą tamtych lat i prezentowany tu debiut pochodzącego Lafayette w Indianie Protrusion takim wydawnictwem właśnie jest. Zacznę od tego, że „The Last Suppuration” muzycznie nie wpisuje się w standardowe portfolio Sevared Records ani Extremely Rotten. Nie jest to bowiem ani typowy brutal death ani utaplany w szlamie, współczesny OSDM. „The Last Suppuration” to death metal dokładnie taki jaki nagrywano w pierwszej połowie lat 90. - organiczny, oddychający, pozbawiony efekciarstwa, czysty muzycznie twór, który powinien rozkochać w sobie deathmetalowych purystów. „The Last Suppuration” to esencja tego co w tamtych latach miała do zaoferowania scena amerykańska i skandynawska. Muzyka Protrusion jest zaskakująco niespieszna, operująca przeważnie w średnich i wolnych tempach. Rozbrzmiewają w niej echa zespołów zorientowanych na groove, ale jedną nogą gdzieś wciąż umoczonych nieśmiało w thrashu. Myślę tutaj o nazwach takich jak wczesne Cannibal Corpse, wczesne Obituary, Deteriorate czy Baphomet, gdzie muzyka była relatywnie prosta, czytelna i skutecznie chwytliwa. Na drugim biegunie mamy klimatyczną Skandynawię i snujące się melodie, posępne interludia i okazjonalne wykorzystanieklawiszów, które podkręcają z lekka upiorny nastrój. Można tu przytoczyć zarówno amerykański Infester, jak i God Macabre czy Gorement jako inspiracje co do sposobu budowania nastroju. Brutalny, głęboki, ropuszy growling mocno nasuwa skojarzenia z Demilich i Anttim Bomanem, ale śmiało można tu wrzucić kilka nazw rodem z amerykańskiej sceny brutal death z drugiej połowy lat 90. Dziesięć rozbudowanych kompozycji skupia raczej uwagę słuchacza na ogólnym wydźwięku i emocjach, które wywołuje aniżeli na instrumentalnych i aranżacyjnych detalach, które to wydawnictwo chce nam sprzedać. To nie jest płyta, o której mogę powiedzieć, że „riffami stoi” - ona jest na swój sposób dziwna i jest to dziwność, która mi się podoba i mnie intryguje, a głównym winowajcą jest tu jakże wspaniała, organiczna i doskonała w swojej niedoskonałości produkcja. Gitary są tutaj schowane nieco w mixie, a na przód wysunięty został wokal i perkusja, gdzie i jedno i drugie zostało okraszone odrobiną pogłosu. Cudownie rozbrzmiewające harmonie na sześciu strunach i odrobinę suchy, nagrany na starą modłę bas pozwalają muzykom Protrusion odwzorowywać i kreować deathmetalowy świat lat minionych z ogromną lekkością. W przypadku tego wydawnictwa jest on zaskakująco mało brutalny, jakby odarty z tej amerykańskiej, thrashującej dynamiki (pomimo oczywistych nawiązań do thrashu), a skupiony gdzieś bardziej na budowaniu klimaty niepokoju i niedopowiedzenia bliższemu nordyckiej scenie. Pojedyncze akordy gitar, thrashowe tremola robiące tło do deathmetalowych galopad, sporadyczne wokalne nakładanie się growli i skrzeku, miarowy groove i totalnie oldschoolowe sola gitar są tu gatunkowo esencjonalne. Zważywszy na fakt, że za nazwą Protrusion stoją muzycy takich formacji jak Gorgasm, Sacrophagy i kilku innych, dłużej działających kapel z kręgu brutal death możemy mieć pewność, że za tymi dźwiękami stoi spore doświadczenie, ale jeszcze nie geriatria. „The Last Suppuration” to death metal z kiwi i kości, krystalicznie czysty gatunkowo. Ta muzyka a nie produkt. To jedna z tych płyt, których w roku ukażą się co najwyżej 3, to granie, w którym jest kawał serducha, kawał nostalgii. W tym przypadku jest też coś nieuchwytnie unikanego, choć skleconego z dobrze nam znanych składników. Dla mnie zakup obowiązkowy i murowane miejsce na końcoworocznej liście, bo po prost kocham te emocje, które wywołuje we mnie takie granie.

                                                                                  Harlequin




niedziela, 15 marca 2026

Recenzja Dødmoon „Demo MMXXV”

 

Dødmoon

„Demo MMXXV”

Signal Rex 2026

Dziś, demko fińskiego Dødmoon. Cała rzecz ma się w granicach piętnastu minut, więc będę się streszczał, bo i rozpisywanie się nad tymi trzema kawałkami krasomówstwa nie wymaga. Ktoś tam lubi staroszkolny, bo bólu surowy black metal? Do bólu, ale oczywiście nie przekraczający tej cienkiej linii, poza którą stoi tylko i wyłącznie minimalizm dla samego minimalizmu. Jeśli tak, to Dødmoon jest dla was. Chłopaki z kraju tysiąca jezior w sposób wyjątkowo udany przywołują ducha towarzyszącego pierwszym krokom drugiej fali black metalu. Co mnie urzekło na tym demo od pierwszej chwili, to cholernie szorstki wokal. Chłop, być może nawet jedyny członek odpowiedzialny za ten projekt, bo mam graniczące z pewnością przeczucie, że tak właśnie jest, zdziera gardło w sposób uwłaczający zdrowemu rozsądkowi. Za to już na starcie mega plus. Drugą sprawą są harmonie, nawiązujące z całą siłą do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, zwłaszcza tych rodzących się na Półwyspie Skandynawskim. Czyli trochę zadziornej melodii, ale przede mrożące do szpiku kości akordy, wulgarne i nie kłaniające się jakimkolwiek mainstreamowym trendom. Ścieżki perkusji może i nie są aż tak jednostajne jak na „Transilvanian Hunger”, ale w sumie niewiele im do owego ideału brakuje. Nie znaczy to jednak, że Finowie cały czas trzymają jednolite tempo. Wręcz przeciwnie. Taki „Victorious Sign of Arcane Madness” to niezły walec, z nawet wyjątkowo chwytliwą solówkę w drugiej części numeru. Z kolei ostatni na liście „Hail of Hellfire” ma przebłyski pod tytułem Impaled Nazarene, co w sumie logiczne, biorąc pod uwagę skąd oba zespoły pochodzą. Ah zo, jak to mówią Niemiaszki… Albo „podsumowując” (po naszemu), debiutanckie demo Dødmoon  to kawałek niezłego, po stokroć staroszkolnego black metalu, niczego do gatunku nie wnoszącego, ale starym dziadom mojego pokroju sprawiającego w chuj radości. Zalecam szybką randkę z tymi piosenkami.

- jesusatan




Recenzja Tårfödd „Mörkertäckerlivetsljus”

 

Tårfödd

„Mörkertäckerlivetsljus”

Purity Through Fire 2026

Pod koniec marca, wielbiciele tego szwedzkiego projektu będą mogli się nacieszyć jego najnowszą, szóstą już płytą. To dziewięć nowych kawałków, które w żaden sposób nie wskazują na żaden progres w muzykowaniu Simona Lindgrena. Czy to dobrze, czy źle, nie wiem. W każdym razie faktem jest, że na „Mörkertäckerlivetsljus”, w stosunku do poprzednich produkcji tej kapeli, nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu Szwed, komponuje smutaśny black metal, oparty na średnich i wolnych tempach, klasycznych riffach i tremolo. Całość kreuje melancholijny bądź depresyjny klimat. To pełne bólu i uczuć związanych z wyobcowaniem melodie, które podkreślone zostały klawiszowym tłem i klimatycznymi przerywnikami na nieprzesterowanych strunach i fortepianie. Oprócz przygnębiających akordów, Tårfödd potrafi również zerwać się do agresywniejszych rytmów i posypać szronem. Black metal od tego wykonawcy, to mieszanka cierpiętniczych riffów z tymi bardzie diabolicznymi, która jednak nie oferuje nic ckliwego. To raczej dźwiękowy obraz wyniosłego bólu i bezsilności niż rozmarzające piosenki nieszczęśliwego black metalowca. To zimna muza, która potrafi być siarczysta i zarazem fatalistyczna. Okresowo jednostajnym charakterem wprowadza w trans, aby nagle przerwać go brutalniejszym kostkowaniem. Nic nowego oraz nic szczególnie porywającego, ale na pewno nieco za długiego. Ot, kolejny materiał w atmosferycznym stylu, którego pełno na rynku. Gustujący w takim ujęciu rogacizny przyjmą go z otwartymi ramionami. Reszta może bez wyrzutów sumienia ten krążek sobie odpuścić.

shub niggurath




piątek, 13 marca 2026

Recenzja Undertaker „Demo(n)s”

 

Undertaker

„Demo(n)s”

Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)

 


Przed chwilą pisałem w tym miejscu o debiutanckim, nagranym po przeszło trzech dekadach, albumie szczecińskiego Undertaker, szczerze zresztą go polecając. Ale to nie wszystko, co wytwórnia dla nas przygotowała. Oto bowiem, do pary z „Epicentrum”, Black Flame Rebellion wypuszcza w świat wczesne nagrania zespołu, w postaci demówki „Hardnesss” z bonusami, oraz materiał promo z roku dziewięćdziesiątego szóstego. Czyli w zasadzie wszystko, co panowie zarejestrowali zanim się wzięli i rozpadli, łącznie równiutkie pięćdziesiąt minut muzyki. Czy warto sięgnąć i po te nagrania? Uważam, że warto. I to nie tylko z powodów sentymentalnych. Nie zaprzeczę, że „Hardness” nie był wydawnictwem mającymi jakiś wielki wpływ na ówczesną scenę metalową w naszym kraju. Tym bardziej, że przemknął gdzieś boczkiem, na wpół zauważony. Z drugiej strony, są to nagrania na tyle solidne i odzwierciedlające inwentarz death metalu lat dziewięćdziesiątych nad Wisłą, że dla każdego szanującego się maniaka rzeczonego okresu powinny stanowić cenną pozycję w kolekcji. Wczesny Grabarz to spora mieszanka stylistyczna. Na debiutanckim demo zespół trochę skakał z kwiatka na kwiatek. Bo jest tu klasycznie deathmetalowy „Drug Habit”, z obowiązkowym w tamtym okresie introsem, trochę bardziej klimatyczny, na zasadzie choćby Gorement, „Tremors”, szybki, niemal grindowy „Save Our Souls”, czy na wpół akustyczny, melancholijny „Disease Ensemble”. A to, tak dla informacji, pierwsze cztery kompozycje, w przytoczonej powyżej kolejności. Więcej tu Szwecji niż innych wpływów, i brzmi to naprawdę nieźle, a na pewno staroszkolnie, choć chwilami trochę nieporadnie (standard dla polskiej sceny z tamtych lat). Bonusy dołączone do demówki pochodzą z sesji odbytej rok później, są o wiele surowsze i zdecydowanie bardziej grindowe. Natomiast „Promo ‘96” (wcześniej go nie znałem), to zajebista wariacja na temat „Harmony Corruption” / „Utopia Banished” w demówkowej odsłonie. Przyznam, że jestem mocno zaskoczony poziomem tych nagrań. Naprawdę wyborne riffy, świetny, głębszy wokal pod Barneya (no kurwa, prawie bliźniak), klasyczne aranże… Nie wiem co to się stanęło, że po takim promo nikt zespołu nie wydał i nie wypromował szerzej, bo ten materiał to najwyższa półka! Nie wiem też, co się podziało, że panowie założyli potem bardzo średniawy Casus Belli, zamiast podążać dobrze obranym kursem. Wrócili na niego dopiero po trzech dekadach, ale o tym mogliście już przeczytać w tekście nawiązującym do „Epicentrum”. Powtórzę zatem to, co już napisałem – warto sięgnąć po te archiwalne nagrania, bo to klasyka rodzimego deta w bardzo dobrym wydaniu. Zalecam zaopatrzenie się w oba wydawnictwa Undertaker za jednym zamachem (i nie jest to żadna płatna reklama), bo naprawdę warto. Premiera już za kilka dni.

- jesusatan