niedziela, 18 października 2026

Recenzja Bloodsoaked Necrovoid / Defunto split

 

Bloodsoaked Necrovoid  / Defunto

split

Seed of Doom Rec. 2026

 


W przeprowadzonej przeze mnie rozmowie z Federico z Bloodsoaked Necrovoid, którą chętni będą mogli przeczytać w najbliższym numerze R’lyeh zine, facet powiedział mi, że zakochał się jakiś czas temu w siedmiocalówkach. Znajduje to potwierdzenie w rzeczywistości, bowiem poza wydanym właśnie przez Caligari Records splitem z Nekus, zespół wypuszcza także splicik z Defunto, nakładem holenderskiej Seed of Doom. Celowo użyłem zdrobnienia, bowiem materiał ten opiewa jedynie na dwie kompozycje, trwające łącznie coś koło dwunastu minut. Po jednym strzale z każdej strony. Ten kapkę dłuższy to wspomniany facet z nową brygadą. Ich kompozycja to nieco ponad siedem minut prawdziwego, gniotącego trzewia walca. Coś mi się tak wydaje, że po przeprowadzce do Hiszpanii muzykowi spadło ciśnienie, bo tworzone przez niego piosenki zdecydowanie zwolniły, przybierając jednocześnie na ciężarze. I klimacie, bo „Undying Aberrations of the Deepest Depravities” śmierdzi zgniłą, cmentarną glebą i przeżerającym ją trupim jadem. Ten numer nie jest jakoś specjalnie odkrywczy. Jest za to potwierdzeniem, że Bloodsoaked Necrovoid śmierć noszą w sercu, i stale krąży ona w ich krwioobiegu. Gdybym nie widział facetów na żywo, mógłbym pomyśleć, że to jakieś zombiaki, a tempo granej przez nich muzyki wynika z pośmiertnego niedowładu kończyn. Grób, stęchlizna, i gnicie w wysokim stadium rozwoju. Oczywiście wszystko w równie gnilnym brzmieniu, tyko oblizywać paluszki. Defunto nie znałem. I już znam, przynajmniej pobieżnie. Ich utwór pod względem tempa nie odstaje od poprzednika, acz ma nieco inny wyraz. Bardziej bezpośredni, prosty, powiedziałbym, że nie tak dojrzały. Biorąc pod uwagę, iż faktycznie jest to świeżynka na metalowej scenie, trzeba przyznać, że ich twórczość wróży całkiem nieźle. Panowie umiejętnie wplatają w swój walec „kaznodziejskie” sample, czym na pewno pogłębiają klimat przewijającej się przez te cztery minuty grozy i duchoty. Chętnie posłucham co nagrają w przyszłości. To wydawnictwo to istota splitów, znana od dekad. Znając jeden band, poznajesz podobny, a potem owe odgałęzienia się rozrastają. Dlatego lubię tego rodzaju kooperacje. Zatem i tą siódemeczkę bardzo chętnie zakupię do kolekcji.

- jesusatan


https://seedofdoom.bandcamp.com/album/bloodsoaked-necrovoid-defunto-split-2

 

Recenzja Überchriist „Dæmonic Apotheosis”

 

Überchriist

„Dæmonic Apotheosis”

Deanwell Global Music 2026

Historia istnienia tej kapeli sięga parę lat wstecz, ponieważ wszystko zaczęło się około 2010 roku. Ostatecznie Überchriist, po wielu perturbacjach, swój pierwszy materiał w postaci epki wydał dopiero pięć lat temu. Po kolejnej przerwie wraca z debiutanckim krążkiem, który zawiera dziesięć numerów w black metalowym tonie. Amerykanie całkiem nieźle w tym gatunku sobie radzą, co nieczęsto się za wielką wodą zdarza, ale reprezentują powszechny odłam rogacizny, którą (znów) można przyrównać do Watain czy późnego Satyricon. Na „Dæmonic Apotheosis” funkcjonuje mniej więcej ta sama estetyka, czyli diabelska agresja i klasyczna epickość. Całość dobrze wyważona, układa się w bez problemu przyswajalną muzę, która złożona jest z zimnych tremolo, tradycyjnego, heavy metalowego kostkowania i nastrojowych momentów na czystych strunach. Do tego dołożono sporo melodii i gdzieniegdzie syntezatorowych podkładów, co wraz ze zbajerowanymi wokalami, generuje pełen dramatyzmu i wzniosłości black metal. Oprócz estetycznych wspaniałości potrafi on również zaskoczyć mrokiem i wściekłymi blast beatami, a i zimnej mizantropii w nim także znajdziecie pełno. Überchriist gra ostrą muzykę, wypełnioną triumfalnymi i chwilami dość apodyktycznymi riffami, które okresowo zmieniają się w bardziej przystępne, harmonijne akordy, co stanowi o fuzji istniejącej w ich kompozycjach. Fuzji nieokiełznanej, lodowatej łupanki z finezyjniejszym podejściem do szarpania strun. Wykreowało to album, który indywidualizmem pochwalić się nie może, ale w niektórych fragmentach oferuje diabelszczyznę o dużej wielowarstwowości, budującej wraz z licznymi zmianami tempa, różnymi sposobami na kostkowanie i ściskającymi serce chwytliwościami, atrakcyjny black metal. Jeśli lubicie główny, ogólnodostępny nurt tego gatunku to bierzcie, satysfakcja gwarantowana.

shub niggurath




sobota, 17 października 2026

Recenzja Demonic Manifestation „Grimshrine”

 

Demonic Manifestation

„Grimshrine”

Personal Rec. 2026

Chcecie sobie posłuchać szwedzkiego death metalu ze Stanów? Proszę bardzo. Co prawda nieco rozśmieszyła mnie informacja od wydawcy, że oto zespół jest „Inspired by such legendary acts as Dismember, Grave, Entombed, Unleashed, Pestilence, and Crematory”, bo skąd się tam wziął band holenderskiego narcyza, za Diabła nie jestem w stanie pojąć haha! Poza tym wszystko się zgadza. Demonic Manifestation faktycznie najbardziej ze wszystkich odłamów kochają na potęgę ten skandynawski, i dobitnie dają temu dowód na swoim trzecim już krążku. Wspomnianej szwedzizny mamy tu, jakoś na oko, z osiemdziesiąt procent, bowiem w kompozycje Demonic Nanifestation wkradło się też nieco amerykanizmów. Zatem, jest głównie melodyjnie na swój charakterystyczny sposób, a niektóre zapożyczenia noszą w sobie niemal znamiona plagiatu. Kilka razy bowiem spotkacie się na tym albumie z fragmentami praktycznie żywcem wyciętymi z Dismember (głównie) czy Entombed (nieco rzadziej). I nie chodzi mi jedynie o zapiaszczone na północną modłę gitary, czy brzmienie z wiadomym efektem, ale wprost – o riffy! No nie chce mi się teraz szukać, żeby palcem pokazywać, ale, wierzcie mi, tak jest. Nie wiem, mi to generalnie nie przeszkadza, bo gdyby miało, to nie słuchałbym kilkudziesięciu innych płyt silnie inspirowanych klasykami gatunku. Tym bardziej, że ma to swój vibe, ładnie żre, i sprawia kupę radochy. Z tych amerykanizmów, to wspomniałbym chyba późniejszy Morbid Angel (acz bez Azagthoth’owych solówek), albo Incantation. Głównie pod względem masywnych, równoważących szwedzką melodię akordów. Jest to zatem metal of death starej daty, brzmiący zdecydowanie staroszkolnie, bez wybitnej finezji technicznej, ale nie pozbawiony kilku fikuśnych solówek, grany od serca, przez maniaków dla maniaków. O, może wspomnę jeszcze o fragmentach, krótkich bo krótkich, bardziej klimatycznych. Bo są tu chwile, kiedy wchodzą jedynie gitary na zasadzie akustycznych, albo płynące mocno melancholijnie (patrz: „Host”), a wtedy można sobie w głowie włączyć lampkę pod tytułem Utumno albo Gorement. No ale to nadal Szwecja, jak by nie patrzeć. Nie jest złe to granie, jednocześnie murów taranem nie przebija. Kto lubi muzykę z kraju na północ od Helu, niechaj sobie wrzuca na ruszt. Niestrawności nie przewiduję, aczkolwiek Magda Gessler pewnie by kręciła nosem, że odmrażane. Ja zjadłem, smakowało.

- jesusatan




Recenzja Smoulder „Witch Wife in an Alien World”

 

Smoulder

„Witch Wife in an Alien World”

Cruz Del Sur Music 2026

Znacie Smoulder? Ja do teraz ich nie słyszałem. Dla tych co nie wiedzą, to kanadyjsko-amerykańska kapela, która działa od 2013 roku. Kilka dni temu wydali swój najnowszy, trzeci w karierze krążek. Na poprzednich produkcjach podobno brzmieli na klasyczny doom, ale na „Witch Wife in an Alien World” odeszli trochę od poprzedniego konceptu, dokładając do swoich aranżacji sporo epickiego heavy metalu, ale kilka inspiracji grecką sceną black metalową da się tutaj również wychwycić. Zaowocowało to muzą złożoną z masywnych riffów, złowieszczych melodii i chwytliwych refrenów. Świeżutki Smoulder to także szybkie rytmy, power metalowe galopady, strzeliste solówki i epicki rozmach. Całość wygenerowana na dość ciężkich i gęstych gitarach, którym towarzyszą zwaliste bębny i solidnie nastrojony bas. Nie sposób, nie wspomnieć o wokalach, które wydobywa ze swoich strun głosowych Sarah Ann, przypominając to czym niegdyś szczycił się Messiah Marcolin, tyle że w tym przypadku, to kobieca wersja popisów solowych. Śpiew Sarah Ann idealnie pasuje do podniosłości i teatralności metalu kreowanego przez ten kwintet. Podbija w punkt dramatyzm i napięcie budowane przez sekcję rytmiczną i zmienne, wypełnione licznymi smaczkami technicznymi kostkowanie. To metalowe granie, które klasyczne jest do bólu i może wydawać się nieco już zgrane. Jednakże po postacią „Witch Wife in an Alien World” udowadnia, że nie do końca, ponieważ z tej płyty nie da się ukryć, trąci myszką, lecz i także świeżymi oraz nietuzinkowymi jak na ten gatunek pomysłami. Polecam, tradycjonalizm w bardzo dobrym wydaniu.

shub niggurath




 

środa, 14 października 2026

Recenzja Rito Profanatorio „Rameras del Diablo”

 

Rito Profanatorio

„Rameras del Diablo”

Iron, Blood and Death Corporation 2026

Rito Profanatorio. Fajna nazwa, a po hiszpańsku brzmi jeszcze lepiej niż jej tłumaczenie. No i zwiastuje, że będzie dobrze, tym bardziej, że zespół pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie z Peru. To już ich trzeci album. Poprzednich nie znam, ale, kurwa jego mać, muszę koniecznie nadrobić. Będzie krótko, i na temat. Ci kolesie czują starego ducha black / death metalu! Po krótkim introsie walą w ryj schematycznym (acz w pozytywnym tego słowa znaczeniu), dość prymitywnym, za to na wskroś agresywnym napierdolem, który od pierwszych chwil może kojarzyć się z takimi legendami lat osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych jak Sarcofago, Masacre, czy rodzimy autorom Mortem. Przede wszystkim, z tej muzyki bucha, niczym płomień w kotle starej węglowej lokomotywie, maksymalny wkurw. Wkurw bardzo mocno charakteryzujący wspomniany zakątek globu, wkurw, za który tamtejsze granie cenię najbardziej. I o ile często trafiają mi się zespoły z Chile, Peru, Kolumbii czy Ekwadoru, które kultywują tamtejsze tradycje na bardzo wysokim poziomie, tak Rito Profanatorio jest chyba najdobitniejszym, najdokładniejszym przedstawicielem wszystkiego, co w tamtejszej scenie najlepsze. Ja pierdolę, jaki to jest rozjeb. Jak to wszystko płynie prosto z serducha, jak mnie rozkłada na cząstki pierwsze! Ten teoretyczny chaos gitarowy, te wściekłe riffy tasujące się na przemian, mające swoją genezę zarówno w pierwowzorach thrash, death jak i black metalu. To brzmienie, które jest klasycznym przykładem surowizny sprzed circa czterdziestu lat, te wokale… Nie tylko wyrzygujące całą, zalegającą żółć, plujące w twarz Nazareńczykowi i bluźniące na religię chrześcijańską, ale też chwilami totalnie spontanicznie przechodzące w te typowe dla lat osiemdziesiątych wysokie rejestry, nazywane przez niektórych pisakami. Perka… No kwadrat, kwadrat na sterydach, nakurwianie z taką siłą, że pewnie paluchy podczas sesji nagraniowej ostro krwawiły. Wspomniałem o prostocie, ale nie mylcie jej z brakiem umiejętności. Ci kolesie niejednokrotnie na ”Rameras del Doablo” udowadniają, że w instrumenty potrafią, a stosowane przez nich oszczędne środki są tutaj aplikowane z pełną świadomością i zamiarem bezpośrednim. Odpowiedni klimat robią też wplatane miejscowo mroczne interludia w postaci rytualnych szeptów, kazań szamańskich czy  kozich odgłosów. Ha! Standard, powiecie. Może i tak, ale jeszcze raz powtórzę. I podkreślę. Ten album to kwintesencja południowoamerykańskiej sceny zamknięta w trzydziestu trzech minutach. Jak komuś taka rekomendacja nie robi, to niech spierdala. Dla mnie absolutny cios!

- jesusatan




wtorek, 13 października 2026

Recenzja Sorcery „The Immaculate Sin”

 

Sorcery

„The Immaculate Sin”

Xtreem Music 2026

Wiecie jaka jest różnica? Ogromna. A, no ale w czym? Ano w tym, że istnieją zespoły, które w podobnym okresie nagrały debiutanckie płyty, obie zajebiste zresztą. Potem zespoły te zniknęły na dobre dwie dekady ze sceny, reaktywowały się, i teraz od dłuższego czasu nagrywają kolejne albumy. Mam na myśli bohaterów dzisiejszego tematu, oraz pewnych panów ze szwedzkiego Sala, których zespół na liście telefonicznej znajdowałby się gdzieś na szarym końcu. Sorcery mieli w swojej karierze wzloty i lekkie dołowania, ale, kurwa mac! Chłopaki grają już niemal cztery dekady, i właśnie wysmażyli album, który mógłby być wyznacznikiem tego, ile szwedzkiego death metalu można nosić w sercu przez tak długi okres czasu. Nie, żebym zaraz chciał, po raz nie wiem który, napisać, że to wszystko już było, i że odgrzewany, choć solidnie, kotlet. Bo fakt, szwedzizna to to jest, w całej okazałości, i z pełnym inwentarzem. Są i d-beaty, i charakterystyczne melodie, chropowate wokale, typowe przejścia, rytmy… Nic w tym dziwnego, bo przecież Sorcery w zasadzie współtworzyli ten pierwszy etap rozwoju metalu śmierci z północy. Słuchając ich nowej płyty nie odnoszę jednak wrażenia, że odcinają kupony od nazwy, jak w przypadku tamtego drugiego zespołu, że nie oklapnęli na fotelu przed telewizorem, tylko grają nadal to, co czują , i robią to szczerze. Nie powiem, że cała płyta jest typowym miazgatorem, bo trafiają się na niej utwory średnie, ale podoba mi się coś innego. Choćby to, że muzycy dość ostentacyjnie ubierają, albo „wplatają”, elementy szkoły zamorskiej (choćby pod tytułem Incantation) do swojego repertuaru, i bynajmniej nie tworzą przy tej okazji żadnego dysonansu gatunkowego. Ja naprawdę chciałbym, żeby każdy zespół z takim stażem nagrywał tak solidne płyty, nie będące jedynie powielaniem schematu, ale przynajmniej jakąś próbą jego rozwinięcia. Sorcery ta sztuka się, przynajmniej moim skromnym zdaniem, udała, a „The Immaculate Sin” jest ich chyba najlepszym krążkiem od czasu „Arrival at Six”. Co ja będę dłużej pierdolił, ode mnie duże oklaski!

- jesusatan




poniedziałek, 12 października 2026

Recenzja Leng Tch'e „Hammered into Collapse”

 

Leng Tch'e

„Hammered into Collapse”

Season of Mist 2026

No proszę, ale niespodzianka. Kto to nagle po niemal dziesięciu latach niebytu wychyla łeb? Założę się, że niektórzy zdążyli już zapomnieć o belgijskich grindcore’owcach. Będą zatem mieli okazję sobie przypomnieć, bo chłopaki właśnie serwują nowe nagrania. Na razie tylko dwa, zamykające się w pięciu minutach, ale raczej nie trzeba być Sherlockiem, by domyślać się, iż zwiastują one coś większego, co nadejdzie za chwil parę. Te pięć minut to klasyka. Napierdol pierwszej maści, z chwytliwymi riffami w tempie średnim, blastami siekającymi mózgownicę na to, co możemy znaleźć na tackach w lidlowej lodówce, tudzież totalnym zaciąganiem lejców do tempa, gdzie silnik rzęzi, bo chce do przodu, ale wciśnięty pedał hamulca mu nie pozwala. Na szczęście za chwilę kierowcy zwalniają lewą stopę i jedziemy przed siebie na złamania karku. W tempie słusznym, z okołogatunkowymi ozdobnikami pod tytułem hard core, tasując riffami na wszelkie sposoby, tylko po to, byśmy czuli się jak wrzucona do pralki piłeczka tenisowa. „Hammered into Collapse” to prawdziwa betoniarka, w której mieli się wszystko co najlepsze w tym odłamie muzycznym. Można sobie przy tym poskakać, można pozapierdalać w młynie (a jak się nie jest na koncercie, to i duży pokój styknie), można postroić głupie miny, ale przede wszystkim można poczuć tą moc! Bo pierdolnięcie ta EP-ka ma nieprzeciętne. I to wcale nie dlatego, albo nie tylko wtedy, żgdy szatkuje jak wczesny Napalm Death czy Insect Warfare. To muza zagrana z głową, niemonotonna, zawierająca ładunek energii zdolny do zasilenia przynajmniej średniej wioski. Zajebiście wiedzieć, że Leng Tch’e montują coś nowego (choć podkreślam, to nadal tylko moje domysły). Chętnie posłucham kolejnej płyty, której już nie mogę się doczekać. Forma jest, chłopaki najwyraźniej są podkurwieni, nic tylko oczekiwać czegoś więcej niż pięć minut. Dawać mnie tu pełną płytę, migusiem!

- jesusatan