Last Agony
„Death Wave”
Sentient Ruin Laboratories 2026
Sentient Ruin Laboratories to na tyle ciekawa
wytwórnia, że zabiera na pokład nie tylko zespoły stricte metalowe. Odstępstw
od tematu było na przestrzeni ostatnich lat tyle, że nawet nie będę sobie zawracał
głowy wymienianiem w tym momencie konkretnych nazw. Kto śledzi, ten wie. Dziś
na tapecie mamy drugi album pochodzących z Toronto napierdalaczy z Last Agony.
Zespół pierwsze demo wydał w osiemnastym, potem była EP-ka i osiemnastominutowy
debiut. Po szybkiej kalkulacji daje nam to wynik twórczy na poziomie niespełna
dwudziestu sekund miesięcznie. No, pracowici są w chuj. Ale nie tempo się
liczy, a jakość. A ta jest stosunkowo wysoka. Nawet biorąc pod uwagę, że poziom
oryginalności tych piosenek jest dopiero, że się posłużę terminologią
gejmerską, na wstępnym stadium budowania postaci. Czyli goło i wesoło. Czy to
coś robi? Absolutnie nie. Otwieracz pod tytułem „Death Wave” brzmi bardzo mocno
jak stary Terrorizer. Jest brud, jest pierdolnięcie, jest jebanie trendów. Do
tego wściekłe wokale, rzygające żrącą żółcią. I to Napalmowe zwolnienie w
połowie kawałka, fantastikko! Dalej pędzimy w podobnym klimacie, z tym
zastrzeżeniem, że do piosenek Kanadoli bardzo mocno wkrada się punk, czy nawet
bardziej crust. Skoczność, typowy rytm, z jednoczesnym deptaniem pedału gazu do
maksimum. Owszem, jak to crust, sporo tutaj powtarzalnego schematu, jednak
melodie gitarowe wynagradzają ów gatunkowy stempel. Zastrzec jednak należy, że
o ile owe harmonie faktycznie są dość porywające, to już brzmienia tych nagrań
zostało bardzo mocno przybrudzone, przez co „Death Wave” może niektórych
poniekąd odstraszać. Będąc jeszcze przy melodiach, to trafiają się tutaj nawet
akordy mogące kojarzyć się ze starym thrashem, czy też proto black metalem, co
świadczy o tym , iż Last Agony w dupie mają czystość stylistyczną.
Najważniejsze, żeby kopało dupę i bolało. Myślę, że muzykę zawartą na „Death
Wave” idealnie odzwierciedla obrazek zdobiący to wydawnictwo. W sumie, kurwa,
nic dodać, nic ująć. Dobra, bez zbędnego pierdolenia… Kto lubi crust, grind, i
przede wszystkim brutalny brud, ten ma jebany obowiązek sprawdzić ten album.
Nie jest to kamień milowy, ale na pewno pozycja, której na półce fanatyków
zabraknąć nie powinno.
-
jesusatan






