wtorek, 28 lipca 2026

Recenzja Ripper „Towards Rebirth”

 

Ripper

„Towards Rebirth”

Dark Descent 2026

Tych gentlemanów przez dłuższą chwilę u nas nie było. Dokładnie siedem lat, bo wtedy to właśnie pisałem w tym miejscu o ich EP-ce „Sensory Stagnation”, która wbrew tytułowi wcale stagnacją nie była. W międzyczasie Chilijczycy dali jeszcze o sobie znać demówką i jakimś splitem, ale nie zmienia to faktu, że od ostatniej pełnej płyty upłynęła równo dekada. Czas na kolejną był zatem najwyższy. Pod względem oczekiwań byłem raczej umiarkowanie spokojny. Nie oczekiwałem bowiem, że panowie rozłupią mi łeb po raz kolejny, jak w przypadku „Raising the Corpse”. Oczekiwałem albumu z dobrym, energicznym death / thrash metalem. I taki dokładnie dostałem. Na szczęście, co gdzieś mnie tam z tyłu głowy uwierało, moje obawy o lekką zadyszkę Ripper zostały szybko rozwiane. Nie bez znaczenia w tym temacie jest chyba fakt całkowitego przemeblowania składu przez lidera zespołu. Nowi muzycy, świeża krew, zawrzało zatem ponownie. Na „dzień dobry” mamy intro, a potem to już jazda na całego. Panowie się nie oszczędzają, w wyniku czego tempo mamy na tym krążku niemal przez cały czas mocno podkręcone. Nie brak tu zadziornych riffów, bardzo dobrych solówek i buchającego siarczystym płomieniem ognia. Poza ścieżkami gitar, mocno nawiązujących do takich klasyków jak Kreator, Sodom, czy też z innych części globu, Sadus albo Dark Angel, świetną robotę robi tu pałker. Jego staroszkolny, klasyczny styl gry idealnie pasuje do całości i jest jednym z jaśniejszych punktów „Towards Rebirth”. Niby nic odkrywczego, ale mocno rzuciło mi się w uszy. Wspomnieć też można o basie, gdyż ten także chwilami mocno daje o sobie znać, i to w bardzo Sadusowym tonie. No i wokale. Intensywne, konkretne, jak za dawnych lat. Zaletą tego wydawnictwa jest fakt, że nie ma tutaj żadnych słabych punktów. Jest nad wyraz równo i solidnie, na tyle, iż można bez ściemniania potwierdzić, iż Ripper trzymają fason, a ich najnowsza płyta żadnego fana rozczarować nie powinna. Na koniec tylko dodam, że chętnie bym sobie tych Chiliczyków obejrzał w wersji live, bo dotychczas nie było okazji, a jestem przekonany, że byłby niezły rozpierdol.

- jesusatan




poniedziałek, 27 lipca 2026

Recenzja Saprovore „Numinous Abditory Deflagration”

 

Saprovore

„Numinous Abditory Deflagration”

I, Voidhanger Rec. 2026

Lubicie popierdoloną muzykę? To mam coś dla was. Saprovore to solowy projekt gościa, który dał się już poznać z dobrej strony przy okazji wydanego w zeszłym roku debiutu Strigiform. O ile tamten twór był awangardową wizją death/black metalowego amalgamatu, to pod nazwą własną Włoch poszedł jeszcze dalej. Zdecydowanie dalej. „Numinous Abditory Deflagration” to niemal pięćdziesiąt minut… muzycznego dysonansu. I nie mam tu na myśli linii gitarowych charakterystycznych dla sceny francuskiej, bo tego instrumentu tutaj (chyba) w ogóle nie ma. Bas, owszem, gdzieś tam w tle wybrzmiewa, choć też nie mam pewności, czy to aby nie elektroniczna imitacja. Mówiąc „dysonans” mam na myśli ogólne, że tak to nazwę, szaleństwo. Improwizacja, to pierwsze słowo które przychodzi mi na myśl. Na tej płycie przeważnie panuje totalny chaos. Weźmy choćby pod lupę perkusję. Bardzo często bije ona mechaniczny rytm w okolicach blastu, jakby zaciął się automat perkusyjny, i nikt nie był w stanie wyciągnąć bezpiecznika by odciąć dopływ prądu. Pędzi ona zatem na złamanie karku, zupełnie nieadekwatnie do tego, co się w koło dzieje. W innych miejscach pojawiają się z kolei rytmy o wiele bardziej złożone, niemal jazzowe, też nie zawsze pasujące do reszty. Ową resztę stanowią z kolei głównie klawisze. Raz płynące powoli, niczym w klimatycznym black metalu, budując tło sielskie i anielskie, lulając do snu i opowiadając starodawne historie. Gdzie indziej przechodzą one w rejony bardziej symfoniczne. Może nie tanecznie symfoniczne, bardziej Emperorowe, pełne napięcia i niepokoju. Do tego dochodzą jakieś niby-trąbki czy inne dźwiękowe ornamenty. I wokale. Dzikie szepty, jakieś charczenia, głównie przesterowane i odgrywające rolę kolejnego instrumentu, bowiem wychwycić z nich jakichkolwiek treści raczej się nie da. Trochę to przypomina holenderski Gnaw Their Tongues, zwłaszcza pod względem nieszablonowości i schizofrenicznego nastroju. Napięcie na tym krążku raz rośnie, raz opada, ale cały czas tworzy klimat oczekiwania na coś, co za chwilę ma nastąpić. Niebanalną rolę odgrywa tu także brzmienie. Wspomniana perkusja brzmi mocno industrialnie, powiedziałbym nawet, że noise’owo. Sama blachy brzęczą, zdają się wręcz falować jak na zdartej kasecie, podczas gdy elektronika występuje na plan pierwszy. Nie ma w tych kawałkach za grosz klasycznego układu. Tutaj wszystko jest nieprzewidywalne, sprawiające wrażenie bałaganu. Dopiero po jakimś czasie ów bałagan zaczyna układać się w coś bardziej logicznego, i wtedy okazuje się, że wszelkie kłody, które kompozytor rzuca słuchaczowi pod nogi, mają swój cel. Że tutaj jednak każdy instrument odgrywa ważną, wyznaczoną mu rolę, a w umyśle schizoidalnym można jednak odkryć jakiś większy sens. Debiut Saprovore nie jest wydawnictwem łatwym do ogarnięcia. Wymaga czasu i, przede wszystkim, skupienia. Jeśli jesteście gotowi na wyzwania, to serdecznie zapraszam do analizy „Numinous Abditory Deflagration”. Niezwykle intrygujący album.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/numinous-abditory-deflagration

Recenzja Temple of Dread „Dreadspawn Dominion”

 

Temple of Dread

„Dreadspawn Dominion”

Testimony Records 2026

To już szósta płyta tej niemieckiej kapeli, która zdążyła zaznaczyć swoje miejsce na europejskiej, death-thrashowej scenie. Panowie od momentu powstania Temple of Dread nie próżnują i dość regularnie wydają płyty. Najnowszy krążek „Dreadspawn Dominion” zawiera obok intro dziewięć numerów, które częstują mieszanką wspomnianych wyżej gatunków. To siarczysty koktajl złożony z riffów w różnych tempach, które przeplatają się z ponurymi tremolo. Niemcy używają ostrego, uwierającego brzmienia, co podkreśla jadowitość muzykowania tej brygady, a mięsista sekcja rytmiczna zagęszcza wiosła, trzymając wszystko w jednej kupie. Kupa ta, tnie do kości, ale nie używa do tego bata, lecz tępego tarnika więc zabiegi stosowane przez Temple of Dread bolą dogłębniej. Te energiczne akordy, posępne melodie i gniotące kostkowanie w średniej agogice oraz wolny palm muting robią naprawdę dobrze. Zdaje się, że jest to zasługa swoistego połączenia szwedzizny, starej, teutońskiej szkoły i małej domieszki deta z USA, co kreuje maszynę, która zrywa tkankę mięśniową do kości. „Dreadspawn Dominion” to mięso oddzielone mechanicznie, zatem delikatniejszym uszom może zaszkodzić. Fani tradycyjnego grania, zakorzenionego w przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych znajdą tutaj wszystko, co lubią. Niszczące blasty, wbijające w glebę walce, mroczne solówki, a także wkręcające się boleśnie, wysokotonowe zagrywki, no i nie należy zapominać o surowych wokalach, bo wgryzają się swoimi zębami w czaszkę, jak w masło. Znajdą również duszny klimat, który zalatuje rzecz jasna śmiercią i odrobinę punkowym wkurwem. Olschoolowy death metal z mocnym, thrashowym pierwiastkiem, do którego dołożono trochę progresywnych zabiegów i momentami mocno, groove’owych rytmów. Różnorodny w budowie, lecz nie eklektyczny. Trzyma się dawno wypracowanego wzorca i dobrze mu z tym. Standardowo, ale z energią i jajem. Słychać, że ten kwintet lubi napierdalać w śmierć metal i wie, jak to robić.

shub niggurath




niedziela, 26 lipca 2026

Recenzja Horns of Abomination “Horns of Abomination”

 

Horns of Abomination

“Horns of Abomination”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Sentient Ruin Laboratories raczej rzadko wydają materiały demo. Rzadko nie znaczy jednak nigdy, bowiem „Horns of Abomination” demówką jest właśnie. Ten Amerykański, anonimowy twór swoją twórczość kieruje do bardzo specyficznego odbiorcy, a że wydawnictwo zawiera jedynie trzy kompozycje, zamykające się w dziesięciu minutach, to i poematów o nim pisać nie zamierzam. Sprawa jest totalnie prosta, zupełnie jak sama muzyka. Lubicie prymitywne blackmetalowe wysrywy pokroju Von czy wczesny Beherit? No to proszę się częstować. Powiedzieć o tych nagraniach, że są surowe, to jak nie powiedzieć nic. Garażowe brzmienie, z brzęczącą niemiłosiernie perkusją, przefuzowane gitary, schowane w tle, przesterowane wokale, i banalne w sumie linie gitarowe. Lo-fi na pełnej. Wspomniana perkusja to już naprawdę szczyt prostoty. W zasadzie można powiedzieć, że zmian rytmu nie ma tutaj w ogóle. Jak się zaczyna na jednostajnym łupaniu, tak się kończy. O melodii zapomnijcie. To mechaniczna ściana dźwięku z wybuchającymi niczym wulkan wspomnianymi wokalami, równie szablonowymi co i cała reszta. Jeśli ktoś chciałby zamanifestować swoją nienawiść do współczesnego black metalu, romansującego z gatunkami odległymi, pełnego wyszukanych harmonii i pełnego patosu, to wyraziłby ją dokładnie w ten sposób, co ludzie tworzący Horns of Abomination. Krótko i odsadnie. Ten materiał to kolejna pozycja do kolekcji dla antyfanów ewolucji, rozwoju, poszukiwań. „Horns of Abomination” to bezceremonialne „fuck off” do współczesnej sceny, zwłaszcza do tych, którzy nazwą je bezsensownym buczeniem. Tyle w temacie. Każdy z was już wie, czy po tą demówkę w ogóle sięgać, czy kompletnie ją zignorować.

- jesusatan




Recenzja Gorge „Deeds of Horror”

 

Gorge

„Deeds of Horror”

Time to Kill Records 2026

To świeża kapela z włoskiej ziemi, bo powstała w zeszłym roku. Po drodze do „dzisiaj” nagrali dwa demosy i singla, ale wszystko w formie digital. Pod koniec sierpnia ukaże się ich debiutancki krążek w postaci „Deeds of Horror” właśnie. Muzyka jaką tworzy ten duet, to brutalny metal śmierci, więc panowie szyją gęstym ściegiem. Wszystko co fan barbarzyńskiego grania z domieszką gore’a lubi, to znajdzie na tym albumie. Ciężkie jak piorun gitary i taka też sekcja rytmiczna, z której na pierwszy plan wybijają się „garnkowate” werble. Głębokie growle, knurze pomrukiwania i dzikie wrzaski. Ołowiane zwolnienia i o podobnej wadze średnio-tempowe riffy oraz palm mutingi. Szalone przyspieszenia, przechodzące w grindowe blasty. Nie martwcie się, bo są jeszcze schizoidalne solówki, jest i trochę uwierających wysokotonowych zagrywek, a i także kilka piskliwych zjazdów po gryfie. Całość to osiem utworów, które trwają niespełna dwadzieścia osiem minut, zatem dostajemy od Włochów temat treściwy. Jak na dzisiejsze standardy, kawałki są krótkie i chwała im za to. Napierdalają rzęsiście i siermiężnie przynoszą morowe powietrze, wypełnione zapachem rozkładu. Mieli to i ciąży na duszy, przygniatając do gleby. Depcze po plecach, brzuchu i głowie, obracając słuchaczem na wszystkie strony jak lalką. Krwisty i obrzydliwy death metal w klasycznym dla tego ujęcia wydaniu. Jaskiniowa muza, czasem chaotyczna, a innym razem idealnie ukierunkowana na konkretny wpierdol. Gwałtowna i intensywna jazda, która wypełzła z tradycyjnej brutalności. Taki unowocześniony Dying Fetus po prostu. Już wiecie, czy sięgniecie po „Deeds of Horror”?

shub niggurath




sobota, 25 lipca 2026

Recenzja / A review of Death.Void.Terror “To the Great Monolith 2.5”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Death.Void.Terror

“To the Great Monolith 2.5”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 


Trochę mnie zaskoczyli panowie z Death.Void.Terror. Wiem, że z założenia „To the Great Monolith” miał być trylogią. Czekałem zatem na trzecią, wieńczącą całość część. Czekałem, i trochę się zaczynałem niepokoić, czy aby projekt ten nie został porzucony, bowiem z obozu Szwajcarów nie było żadnych wieści przed sześć lat. Kiedy w końcu, zupełnie z zaskoczenia, w mojej skrzynce pojawiło się nowe wydawnictwo zespołu, okazało się, że to jeszcze nie ostatni rozdział, a coś pomiędzy. Przystanek 2.5., trzy kompozycje, będących kontynuacją obranej na początku ścieżki. Kompozycje chyba najbardziej rytualne i najmroczniejsze w dotychczasowym dorobku Death.Void.Terror. Nie od dziś twórczość tego duetu należy do mało przystępnych, dusznych i bagiennie gęstych. W przypadku nowego materiału, wkrada się w nią jeszcze dodatkowy element, a może raczej zostaje bardziej uwypuklony. Jest nim paranormalny klimat, będący czymś z rodzaju połączenia kosmicznej podróży międzywymiarowej ze snem paranoika. Czysto muzycznie panowie obracają się w klimacie doom / death / ambientowym, ze szczególnym naciskiem na wszechogarniający mrok (jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało). Trochę w tym podobieństw do naszego Whalesong z okresu „Radiance of a Thousand Suns”, szczególnie w ostatnim, piętnastominutowym „Third Monolithic Manifest”. Dużo w nim transu, wciągających, zapętlonych ambientowych motywów, przeplatających się nawzajem, budujących przerażający nastrój. I te przesterowane, nieco futurystyczne wokale, przemawiające niczym wyższy gatunek, zwiastujące zagładę całej ludzkości. Bardziej gitarowe są pozostałe dwie odsłony, choć poza powolnymi, przytłaczającymi melodiami, mogącymi kojarzyć się poniekąd z Dakhma czy Abyssal,  nie brak w nich szamańskich okrzyków i podniosłych zaśpiewów, orientalnych wstawek, czy fragmentów sprawiających wrażenie improwizacji. Mimo ściśle określonego profilu, album ten jest wyjątkowo bogaty w pomysły i wielokrotnie zaskakujący. Może i drobiazgami, ale wychwycenie ich wszystkich nie jest sprawą jednego czy dwóch odsłuchów. Death.Void.Terror po raz kolejny otworzyli swoisty portal do koszmarów, wrota do mrocznego wymiaru, w którym czuję się jak w domu. Polecam tym, którzy muzykę chłoną, a nie tylko jej okazyjnie słuchają.

- jesusatan

 

Death.Void.Terror

“To the Great Monolith 2.5”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 

The lads from Death.Void.Terror tsurprised me a bit. I know that “To the Great Monolith” was originally intended to be a trilogy. So I was waiting for the third and final instalment to round off the whole thing. I waited, and was starting to get a bit worried that the project might have been abandoned, as there had been no news from the Swiss for six years. When, at last, completely out of the blue, the band’s new release turned up in my postbox, it turned out that this wasn’t the final chapter after all, but something in between. Stop 2.5, three tracks that continue along the path they set out on at the beginning. These are probably the most ritualistic and darkest tracks by Death.Void. Terror. It’s no secret that this duo’s work has long been among the least accessible, but suffocating and swamp-like in its density. In the case of this new material, an additional element creeps in – or perhaps it’s simply brought into sharper relief. It is a paranormal atmosphere, a sort of fusion of interdimensional cosmic travel with a paranoid’s dream. Musically speaking, the duo operate within a doom/death/ambient sphere, with a particular emphasis on all-encompassing darkness (however clichéd that may sound). There are some similarities here to our own Whalesong from the ‘Radiance of a Thousand Suns’ era, particularly in the final, fifteen-minute track, ‘Third Monolithic Manifest’. It’s full of trance-like elements, with captivating, looped ambient motifs intertwining to create a terrifying atmosphere. And those distorted, somewhat futuristic vocals, speaking as if from a higher species, heralding the doom of all humanity. The other two tracks are more guitar-driven, though apart from the slow, oppressive melodies, which might be somewhat reminiscent of Dakhma or Abyssal, they’re not lacking in shamanic cries and solemn chants, oriental interludes, or passages that give the impression of improvisation. Despite its clearly defined profile, this album is exceptionally rich in ideas and full of surprises. They may be subtle, but picking up on them all isn’t something you can do in just one or two listens. Death.Void.Terror have once again opened a portal to sorts of nightmares, a gateway to a dark dimension, where I feel like home. I recommend this to those who truly immerse themselves in music, rather than just listening to it occasionally.

- jesusatan




 

piątek, 24 lipca 2026

Recenzja Kyrios „Blood Constellation”

 

Kyrios

„Blood Constellation”

Caligari Records 2026

 


Kyrios jest w miarę świeżą kapelą z Nowego Jorku, bo wypełzli zapewne z zaszczurzonych piwnic tego miasta w 2019 roku. Zbyt płodni nie są, bo razem z „Blood Constellation” mają na koncie tylko dwie epki. Najnowsze wydawnictwo tego tercetu, to cztery kawałki. Pierwszy i ostatni to upiorne i lekko kosmiczne dungeon synth więc za bardzo nie ma w tym temacie o czym pisać. Dwa środkowe numery to małe pomieszanie z poplątaniem, bowiem to co grają ci Amerykanie, to tak jakby połączyć Ulcerate i Gorguts oraz wcisnąć do tego sporo black metalowej atmosfery i progresywnych popisów, które niejako wynikają z podobieństw do dwóch, wymienionych wyżej zespołów. Kompozycje „A Highborn Sacrifice” i „Astrophage” to zbiór, następujących po sobie sekwencji akordów, o połamanej budowie, które płyną w zmiennych tempach. To nieustannie kłębiąca się masa, która posiada charakter dysonansowych uderzeń i brutalnych ataków. Spomiędzy nich wyłaniają się wirtuozerskie i modernistyczne zagrywki w formie solówek oraz chorobliwie powykręcanych wtrętów. Ta zwarta i szarżująca w różnych kierunkach struktura, szturmuje uszy w towarzystwie subtelnie podłożonych klawiszy i opętańczych wokaliz. Materiał ten, to duszna i nieprzewidywalna muza, która nosi znamiona szatańskiej improwizacji. To pokaz diabelskiej, niemożliwej do okiełznania siły. Pełne ekspresji i szalonej kakofonii wydawnictwo, które przy pierwszym odsłuchu może być niezrozumiałe, ponieważ języka, w którym przemawia do nas Kyrios, trzeba się nauczyć. Czyste zło.

shub niggurath