Cuntfuck
„Sram
Na Krzyż”
Antychryst Rec. 2026
Jak by ktoś nie wiedział, to Antychryst Records jest
„labelem” (celowo w cudzysłowie) założonym przez muzyków blackmetalowego
półświatka, w którym to owi panowie puszczają swoje najobrzydliwsze dokonania.
Takie, których zapewne żadna inna, poważająca się wytwórnia nie odważyłaby się
sygnować swoim logo. W sumie, kurwa, słusznie, bowiem to, co przyniósł mi pod drzwi
listonosz, czyli kaseta zawierająca koło
dziesięciu minut muzyki, a będącą drugim demo bardzo heterosexualnie nazwanego
tworu, do szerszego przekazu absolutnie się nie nadaje. Ruchający Pizdę to
starzy, poznańscy wyjadacze, pod postacią Diabolizera, Bloodwhipa i
Nekrophiliaca. Przedstawiać trzeba? Chyba tylko upośledzonym, albo totalnym ignorantom.
Nie wyobrażam sobie bardziej bezpośrednich tytułów definiujących sam zespól,
jak i poczynioną przez niego muzykę. Tak samo, jak ciężko mi wyrzeźbić
cokolwiek intelektualnego w odniesieniu do zawartości tej demówki. Bo te trzy
kawałki to totalny prymitywizm, i to nawet w odniesieniu do i tak
minimalistycznych projektów wyżej wspomnianych muzyków. Taki Morbid Winds czy
Urwerk przy Cuntfuck jest praktycznie kunsztem wirtuozerii. „Sram Na Krzyż” to
muzyka, która mogłaby powstać w przerwie na papierosa, podczas próby
któregokolwiek ich projektu, gdyby tylko panowie w ogóle palili. A że nie palą,
to podejrzewam, iż wymyślili sobie te piosenki leżąc odłogiem na „łożu śmierci”
po intensywnej imprezie, albo siedząc na kiblu i dusząc kac kupę, tudzież
zwracając treści wczorajsze. Te trzy numery to definicja prostoty.
Blackmetalowo punkowej. Z banalnym perkusyjnym rytmem, równie minimalistycznymi
harmoniami gitarowymi, i obrzydliwymi wokalizami, zahaczającymi o wspomniane
przez chwilą wymiociny. Brzmienie tych nagrań to typowy Grundig. No, może nieco
bardziej podrasowany, ale i tak mający tyle wspólnego ze studyjną sesją nagraniową co Jenna Jameson z
malarstwem. Kurwa, ten materiał został wypuszczony na taśmie w ilości trzydziestu
sztuk (z których jedna, ku mej wielkiej radości, trafiła pod moje strzechy),
ale jakoś nie spodziewam się, żeby za miesiąc potrzebny był dodruk. Dobrze
będzie, jeśli chłopaki upuszczą ten nakład w całości. No chyba, że wśród znajomych.
Bo to demo jest ewidentnym przykładem szczerego grania dla własnej satysfakcji.
Bez oglądania się na rynek muzyczny i panujące na nim trendy. Ja takie wydawnictwa
szanuję najbardziej.
-
jesusatan






