środa, 28 października 2026

Recenzja Calus „The Evolution of Social Exclusion”

 

Calus

„The Evolution of Social Exclusion”

Independent 2026

Calus jest podobno już trochę legendą na amerykańskiej scenie stoner metalowej. W sumie się nie dziwię, bo od momentu powstania w 2002 roku, razem z „The Evolution of Social Exclusion”, w swojej dyskografii posiadają tylko trzy epki. Najnowsze wydawnictwo zawiera sześć utworów zwyczajowego, klasycznie potraktowanego stonera, który dobrze buja i otumania, bo podstępnie trochę powietrza odbiera. W sumie z tą klasyką to trochę mnie poniosło, ponieważ Amerykanie oprócz ciężkich kołysanek mają również tendencje do schodzenia na niższe rejestry, brodząc momentami trochę w błocie, co zbliża ich rzępolenie do sludge metalu. Panowie potrafią odjechać również w drugą stronę, odchudzając okresowo aranżację, wprowadzając do nich nieco lżejszych brzmień, jeśli grunge’owe akordy takimi nazwać można. Calus gra muzę mroczną, gęstą i psychodeliczną. Nie jest ona jednak pozbawiona melodyjności, a i brudnego groove’u jej nie brakuje. Co charakteryzuje ten materiał, to różnorodność brzmienia, smołowate riffy, nawiązujące do Black Sabbath, chwytliwe solówki, które korespondują z melodyjnym rockiem oraz cały kalejdoskop stoner’owego, sludge’owego i grunge’owego kostkowania w towarzystwie zmiennych wokaliz. Kwintet z Karoliny Południowej zadbał również o wrażliwszych odbiorców, umieszczając na tej epce także miłą, ale też nieco gorzką balladkę w postaci trzeciej kompozycji „Stone Snake”. Fanom takiej muzyki to wydawnictwo polecam. Twardziele i sataniści mogą sobie darować.

shub niggurath




wtorek, 27 października 2026

Recenzja Mørkgrim „Sǫgur frá Norðfirði”

 

Mørkgrim

„Sǫgur frá Norðfirði”

Soulseller Rec. 2026

Kurwa, myślałem, że jak zespół ma w nazwie Mörk i Grim, to może być mroźnie i ciekawie. Tytuł ich debiutu z kolei, który przetłumaczyć można jako „Sagi z Nordfjordu”, skojarzył mi się natychmiast z cyklem wydawniczym „Saga o ludziach lodu”, który to swego czasu czytał shub niggurath, i pamiętam, że  mu się podobało. No to, z racji tego, iż akurat nie miałem nic innego do roboty, sobie owe piosenki sprawdziłem. Od razu wrócę do nazwy, i nieco się powtórzę… Sądziłem, że jeśli się jakąś wybiera na swój szyld, to do czegoś ona jednak zobowiązuje. Tutaj nie jest, niestety, ani mrocznie, ani ponuro. Jest nudno i… poniekąd zabawnie. Nudno, bo panowie grają przeciętny, choć sprawnie skonstruowany, i oprawiony nawet przyzwoitym brzmieniem, black metal. Niestety, bardziej w klimatach, za którymi nie szaleję, czyli borostworowych. Sporo tu ogniskowych przyśpiewek (zresztą dźwięki palonego drewna gdzieś się tam po drodze przewijają, przy akompaniamencie jakiegoś rogu czy innego dętego), także z panienką, w wersji akustycznej, ludowych melodii, pradawnych instrumentów, chodzenia po lesie i szukania grzybów. Prawdziwego black metalu natomiast deficyt. Widać duet stawia na budowanie klimatu z czasów, kiedy to mężczyźni portki mieli ze skóry lisa, jako kondoma używali ogona wiewiórki, a o centralnym ogrzewaniu nikt jeszcze nawet nie myślał. Słyszałem w życiu kilka dobrych płyt z tego odłamu, ale „Sǫgur frá Norðfirði” stoi lata świetlne od nich. OK., było, że nudno, to teraz, czemu zabawnie. Ludzie… Posłuchajcie tego wokalu. Jak bym nie wiedział, to bym pomyślał, że sobie chłopaki robią jaja. Nie dość, że głos jest tutaj wyjątkowo mocno wyeksponowany w miksie, to jeszcze jego barwa (nie przymierzając Golum z „Władcy Pierścieni”), po prostu może wywoływać eksplozję śmiechu. Dawno już nie słyszałem tak kabaretowego podejścia do tematu. Trochę odetchnąłem z ulgą, kiedy w końcu nastała cisza, ale, ku mojemu zdziwieniu, po dłuższej chwili coś zaczęło do mnie z głośników gadać. A potem był jeszcze bonus track. Na drugie podejście się już nie zdecydowałem, czym zaoszczędziłem pół godziny życia (a przez pół godziny można sobie w spokoju wypić, na przykład, dwa piwa z lodówki). Co do podsumowania… Kto lubi takie folkowo leśne klimaty, niech sobie sprawdzi. Ale szału nie gwarantuję. Kto nie lubi, jak ja, może sobie darować.

- jesusatan




Recenzja Callous Master „Callous Master”

 

Callous Master

„Callous Master”

Invictus Productions 2026

Kapela nowa, pochodząca z Irlandii, gdzie w 2023 roku wydała demo. Po trzech latach, do tamtych trzech kawałków panowie dograli kolejne trzy i mamy płytę. Czemu nie zatytułowali jej jako „trzy” nie wiem, ale nie to jest ważne tylko zawartość. Jest nią black metal, w pełni nawiązujący do dźwięków, stanowiących o jego narodzinach, bowiem Irlandczycy grają pod Hellhammer, ale wykorzystują również patenty znane z dyskografii Venom i Bathory. U Callous Master jest równie prostacko i garażowo jak było w przypadku wspomnianych zespołów, lecz przecież wszyscy wiedzą, że to nie zarzut, a w niektórych kręgach odbiorców jest to uznawane za jeden z atutów. Panowie napierdalają muzę brudną i wyświechtaną, która topornie i prosto w ryj rzuca bluźniercze zaklęcia, szydząc i opluwając wszelkie świętości. Ich magiczne narzędzia to obskurnie brzmiące gitary, delikatnie wycofana, prymitywna perkusja, dość dobrze wyeksponowany bas oraz surowe i jątrzące złośliwości wokalizy, które dla wzmocnienia efektu piwnicy, zostały sowicie potraktowane pogłosem. To black metal, który się kocha albo nienawidzi, ponieważ Callous Master nie przebierają w środkach. Wręcz przeciwnie, bo chwytają się niewyszukanych i najprostszych form wyrazu tak jak na początku lat osiemdziesiątych. Tylko różnica między tamtymi nagraniami, a tym albumem jest taka, że ówczesne brygady zupełnie nie były świadome tego, jaki wpływ wywrą na kolejne pokolenia. Irlandczycy zaś w pełni zdają sobie sprawę, jaki efekt osiągną, opierając się na tych fundamentalnych już dzisiaj wzorcach. Dobrze im to wychodzi. Na „Callous Master” jest ciężko, lodowato i brutalnie, a klimacik jest przesiąknięty złem. Chropowata produkcja, dobrze bujające riffy, zimne tremolo i przeciągnięte aż do drżenia akordy oraz wokalne „tchnienia śmierci”. Rasowy black metal. Polecam, zajebista muza, urozmaicona o świetne interludia, a przedostatni, noisowy kawałek, to idealnie wpasowana pauza i kawał dobrej elektroniki.

shub niggurath




poniedziałek, 26 października 2026

Recenzja Throät Cütter „Killed by Speed”

 

Throät Cütter

„Killed by Speed”

Putrid Cult 2026

Nie wiem dlaczego, ale po odsłuchaniu nowej EP-ki Throät Cütter, znając katalog wydawniczy Putrid Cult, podskórnie czułem, że za projektem tym czai się Nikki Speed (młodziak odpowiedzialny wcześniej za Trupi Swąd). Zerknięcie w notkę biograficzną, i… bingo! Z drugiej strony żaden ze mnie w tym przypadku Rutkowski, bowiem muza Podrzynacza Gardeł utrzymana jest w tym samym staroszkolnym, przesiąkniętym do szpiku kości klimacie co wspomniany Swąd, zagrana z tak samą dziką młodzieńczą pasją i zacięciem. „Killed by Speed” to siedem ścieżek, z czego jedna będąca typowym (chuja tam typowym, właśnie kompletnie staroszkolnym, znanym głównie z występów koncertowych kapel będących dziś absolutnymi klasykami) instrumentalnym przerywaczem, zamykających się w dwudziestu dwóch minutach. Oryginalności w piosenkach na tym wydawnictwie zawartych nie znajdziecie. Tutaj wszystko jest odgrzewanym kotletem. Przez kucharzy nie mających jeszcze w swoim dorobku jakichkolwiek nagród, czy Gwiazdek Miałszlę (jak mnie ta wałkowana na okrągło reklama wkurwia podczas jazdy autem!), za to kochających granie sprzed czterech dekad. O „Killed by Speed” nie da się napisać zbyt dużo, by nie powtarzać starych, utartych frazesów, zwłaszcza pod względem muzycznym. Że klasyczne speed / thrashowe riffy, wściekle śpiewane, a chwilami i „piszczane” wokale, że solówki „jak dawniej”, że autentyczność, wkurw i pokazywania fuck’a scenie mainstreamowej? Iluż to już dziś jest takich młodych naśladowców starej nuty. Od chuja i jeszcze trochę. Czy warto sobie zatem zawracać głowę kolejnym? No i to jest właśnie pytanie zasadnicze, które musicie sobie zadać! Bo jeśli nadal nie znudziły wam się kolejne pozycje z katalogu Dying Victims czy Ossuary, to Putrid Cult serwuje kolejną dawkę tego, co kochacie najbardziej. Moim mili… Te nagrania nie trafią do encyklopedii metalu jako przełomowe, nie trafią też zapewne na czubek playlisty podsłuchiwaczy Spitifajów, czy jak tam się te inne gówna nazywają. Za to zrobią przynajmniej „dzień” maniakom staroci, najczęściej takim już z deka siwiejącym. Dobra EP-ka, na kilka odsłuchów i kilka browarów. Tylko tyle, i aż tyle, zależy kto z której strony spojrzy.

- jesusatan




Recenzja Written in Blood „The Final War”

 

Written in Blood

„The Final War”

Independent 2026

W miarę młoda kapela, bo powstała w 2019 roku na holenderskiej ziemi, ale panowie na zdjęciu dość dojrzali. No tak, starzy wyjadacze jak chociażby założyciel Written in Blood, czyli Bert Hoving, były bassman God Dethroned. Debiut Holendrzy mają już za sobą, ponieważ ukazał się on cztery lata temu. Obecnie ci czterej panowie wracają z najnowszą epką. Co mają do zaoferowania? Ano klasyczny decior z Niderlandów, no może trochę lepiej dociążony i zagęszczony niż kiedyś Asphyx czy Gorefest, ale równie nieźle kopiący w dupę. W tym przypadku, do mieszanki mielących i miażdżących riffów w wolnych i średnich tempach, dołożono sporo przygnębiających i niepokojących melodii. Dodało to death metalowi od Written in Blood sporo tajemniczości i co za tym idzie odrealnionego klimatu. To oprócz śmierdzących rozkładem akordów oraz bitewnych pieśni, które pojawiają się w szybszych momentach, to także, a może głównie, mroczna atmosfera kreuje te kompozycje. Wgniatające w glebę bębny, odczuwalny na żołądku bas i krwiste gitary, no i rzecz jasna ordynarne wokalizy, zatem kwintesencja holenderskiego metalu śmierci, w którym chyba zawsze spotykała się mroczna i zalatująca gnijącym mięsem aura Autopsy z machiną wojenną w stylu Bolt Thrower. Tak jest i tutaj. Brutalność, nienachalna chwytliwość i bezpretensjonalne podejście do tematu w delikatnie odświeżonej formie. Nic na siłę i bez nudziarstwa. Polecam.

shub niggurath




niedziela, 25 października 2026

Recenzja Grób „Ikonoklasta”

 

Grób

„Ikonoklasta”

Putrid Cult 2026

Grób w zasadzie regularnie pojawia się na łamach Apocalyptic Rites, zatem każdy kto w miarę na bieżąco śledzi nasz przekaz, powinien doskonale wiedzieć, kto zacz. Zespół ma na liczniku dwie demówki, dwie EP-ki i splita, to chyba w końcu czas na pełniaka, nieprawdaż? Jest zatem i on, czyli „Ikonoklasta”. Czterdzieści minut brudnego grania dla tych, którzy w brudzie gustują. Zespół nie wykracza bowiem poza ramy gatunków, z których czerpał dotychczas. Wrocławianie nadal dostarczają mieszankę death metalu z punkiem, thrash’em, kapką hard core’a, sludge’a, tudzież, miejscowo, naleciałościami black metalowymi (z okolic pierwszej fali). Natomiast sposób, w jaki muzycy blendują ze sobą wspomniane gatunki dowodzi, że bynajmniej nie zależy im na poszerzaniu grona szalikowców, czy puszczaniu oka do bardziej tolerancyjnego odbiorcy. Nie, to jest, jak wspomniałem, muzyka dla sonicznych brudasów. Struktura kompozycji jest na tym albumie w wielu przypadkach… banalna. Zero zabawy w łamanie riffów czy techniczne popisówki. Jawohl, kilka solówek gdzieś tam śmignie, ale i one raczej nie mogą konkurować z dokonaniami Satrianiego. Sekcja rytmiczna jest w kolei tak prosta, że niektórzy mogliby uznać ją za żart. Pałker często wchodząc z d-beat nie może się od niego uwolnić do końca kompozycji, no chyba że się pomyli, i wyjdzie my niechcący szybkie przejście. Poza piosenkami „punkowymi” (a takich tu najwięcej), panowie czasem zwalniają do tempa praktycznie doomowego (choćby „Rozmawiałem ze złem” albo „Pręgież”), ale nigdy nie są w stanie utrzymać w sobie gromadzącej się wówczas energii, i ostatecznie wolno rozpoczęte wątki ostatecznie kończą się powrotem do prostej skoczności. Antagoniści mogliby pewnie zarzucić utworom na „Ikonoklaście” zbytnią powtarzalność i schematyczność. Może i faktycznie mieliby nieco racji, ale do mnie ta formuła gada (zresztą, tradycyjnie, po polsku i bez wyszukanych fraz), i ja ją łykam. Tym bardziej, że, podobnie jak w przypadku „Mięsożercy” czy „Misophonii”, po trzech rundkach z „Ikonoklastą” nie mogę się od tego prymitywnego łupania oderwać. Bo taki jest ten Grób. Pozornie nudny i wtórny, ale jeśli się w niego wgryźć głębiej, to potrafi zadziałać jak narkotyk. Po raz kolejny polecam.

- jesusatan




Recenzja Crucivore „Desecration”

 

Crucivore

„Desecration”

Testimony Records 2026

 


To młoda kapela z Lizbony, choć grający w niej muzycy na gówniarzy nie wyglądają, a i jakąś przeszłość metalową mają już za sobą. Niedługo, bo trzynastego listopada ukaże się ich debiut. Znajdziecie na nim dwanaście kawałków death metalu o europejsko-amerykańskim pochodzeniu, który leci sobie w mocno pokręconym stylu, ale klasycznych elementów w nim nie brakuje. Nie brakuje, ponieważ składa się on z typowych dla metalu śmierci akordów, do których Crucivore dokooptował sporo brutalizmu oraz zabiegów znanych szerzej jako slam. Wyszła z tego intensywna muza, która atakuje gwałtownymi blast-beatami czy wręcz grindowymi, sonicznymi lawinami. Oprócz napastliwości proponuje także całe szeregi chromatycznych riffów, sporo palm mutingu i oczywiście tyle samo breakdown’ów. Materiał ten buja nieźle, niszczy okrutnie i przygniata swym ciężarem artystycznie. Soczyste brzmienie gitar, które zostało podkreślone monumentalną sekcją rytmiczną i rzygowo-wrzaskliwymi wokalizami. Całość nie pozwala się nudzić, bo zmian riffowania, rytmiki i prędkości jest na „Desecration” mnóstwo. Do tego Portugalczycy urozmaicają miejscami swoje aranżacje elektroniką, która wcale nie wydaje się typowa, gdyż to dość oryginalne dźwięki. Nadają one temu albumowi nierzeczywistego klimatu, rodem z horrorów science-fiction, poszerzając tym samym siłę i impet z jakimi uderzają w błony bębenkowe tutejsze kompozycje. Zestawienie kilku ujęć death metalowego grania, okraszona odrobiną modernizmu. Wyraźnie nowoczesna rzecz, lecz nie do przesady. Krwistego mięsa dostarcza, tyle że w wersji fusion.

shub niggurath