wtorek, 9 czerwca 2026

Recenzja Ruyned „Profanum Sacrificium”

 

Ruyned

„Profanum Sacrificium”

Osmose Prod. 2026

Ruyned pochodzą z … Rumunii. I to już na wstępie jest jakaś ciekawostka, bo ten kraj bynajmniej zbyt wielu przedstawicieli w Panteonie Metalu nie ma. Z drugiej strony, nic dziwnego, że w tym europejskim zakątku śwuata też żyją maniacy, którzy zamiast mleka ssali z matczynego cycka ciecz o nieco innej konsystencji. A to doskonale słychać na „Profanum Sacrificium”. Krążek ten to nic innego jak pół godziny hołdu dla starego, klasycznego thrash metalu. Chociaż mówiąc jedynie o thrashu nieco bym twórczość chłopaków zawężył. Poza ostrymi, granymi najczęściej na wysokich obrotach melodiach o bardzo agresywnym zabarwieniu, nie brak w tych utworach także zgrabnego nawiązania do heavy metalu. I to nie tylko w solówkach, jak to się zdarza najczęściej, a właśnie w sposobie riffowania. Ten jednakże zdecydowanie częściej sięga tego ostrzejszego gatunku. Poza minimalistycznie dodanymi samplami z gatunku religijnych, tudzież akustycznymi uzupełniaczami, mamy tu na dobrą sprawę same ostre. Klasycznie przyprawione, brzmiące po staremu, zagrane po staremu, ze staroszkolnym feelingiem. Te dziewięć kawałków (że intra nie policzę), to typowe koncertowe rozpierdalacze. Wtórne to jest do bólu, powtarzające znane i wszem lubiane schematy, ale jednak tak nośne, że aż się chce potańcować. Ileż to zresztą zespołów, głównie młodych, potrafi dziś odtworzyć ten mocno już pokryty kurzem klimat. Coraz więcej, co oczywiście niezmiernie cieszy. Ruyned w temacie też nie odstają od godnych spadkobierców ani o jotę. Bo thrash metal w ich wykonaniu jest naprawdę dobrej jakości, poskładany z najlepszych elementów, zaczerpniętych od najlepszych nauczycieli. Tej płycie zasadniczo nic nie brakuje. Z drugiej strony, malkontenci mogą się doczepić, że to wtórne i nudne, bo przecież to już w kinie grali. Pewnie, ale ja na przykład serię Rocky’ego oglądałem już dziesiąt razy, a jak mam wolny wieczór, to se zapodam po raz kolejny. I dokładnie tak samo jest z Ruyned. Słyszałem tą muzykę niemal czterdzieści lat temu, a mimo to „Profanum Sacrificium” sprawia mi w chuj radochy. Dają chłopaki radę, i tyle w temacie.

- jesusatan




Recenzja Morgal „The Seventh Circle”

 

Morgal

„The Seventh Circle”

Werewolf Records 2026

Morgal już sobie muzykuje parę lat na tym świecie, bo od 2014 roku. Na koncie uzbierali trzy demosy, pojawili się na jednym splicie i mają też epkę. Posiadają również pełnometrażowy debiut, a pod koniec czerwca będzie dostępna ich druga płyta w postaci „The Seventh Circle” właśnie. Finowie grają black metal, ale tak naprawdę to go oni napierdalają. Zasuwają ostro przed siebie, serwując piekielne biczowanie, za pomocą thrashujących riffów, akordów i solówek pachnących heavy metalem no i tremolando, która to forma jako jedyna wiąże muzę Morgal z drugą falą tego gatunku. W większości to mocno nawiązujący do lat osiemdziesiątych bleczur, który kostkowaniem i agogiką przypomina, śmierdzący siarką speed metal, który klasyczną wirtuozerią i harmoniami częstuje obficie. Za zapierdalającymi jak pershing riffami mknie, łomocząca perkusja, zdyszany bas i wokalista, który zdziera gardło do krwi. Szybka i piekielna jazda trwa przez całe trzydzieści trzy minuty i tylko momentami zwalnia, ale są to krótkie chwile. Pełno tu bolesnego smagania, świdrujących, wysokotonowych zagrywek, wariackich chwytliwości i ekspresowego poruszania się po gryfie, który niejeden zjazd zalicza. To diabelska młócka i szaleńcze solówki, które żniwo zbierają okrutne. Finowie się nie patyczkują ani nie opierdalają w tańcu, grzejąc, ile fabryka dała i rozpalając ognie piekielne. Lata osiemdziesiąte pełną gębą z małą domieszką lat dziewięćdziesiątych, która kojarzy black metal od tego kwartetu ze współczesnością. Słuchają „The Seventh Circle” wyraźnie zalatuje mi kapitanami i świeżym, niepasteryzowanym kujawiakiem, a w szafie kurczę, kurzy się dżinsówka tylko białych butów za kostkę brak. Polecam, ostra, szatańska jazda na pohybel „czarnym i czerwonym” hehe.

shub niggurath




poniedziałek, 8 czerwca 2026

Recenzja Tenebris / Hyver „Tänzelcore / techno split”

 

Tenebris / Hyver

„Tänzelcore / techno split”

Antiq 2026

Początkowo chciałem ten materiał wyjebać do śmieci, ale pomyślałem sobie, że kurwa napiszę coś o tym dziadostwie, abyście omijali to wydawnictwo szerokim łukiem, no chyba, że lubicie taką muzę więc od razu z góry przepraszam za moje poniższe bluźnierstwa. Cóż, zaczyna jakaś nowa kapela o starej nazwie, bo to kolejny Tenebris na świecie. Prezentuje on tutaj cztery numery, utrzymane w estetyce dungeon synth, tyle że na przyspieszonych obrotach, podbitych techno-beatem. To infantylne i bajkowe melodyjki, które okresowo wpadają w psychodeliczne formy, robiąc pojebany mętlik w głowie jakby się człowiek grzybów nażarł. Leci to w przestrzeń, kręcąc dupą na wszystkie strony i podskakując komicznie, ale do śmiechu za chuj mi nie jest. Gdy ten enigmatyczny projekt kończy swe cudaczne pląsy, na parkiet wkracza znajomek w ciżmach i kapeluszu à la Gandalf, czyli francuski Hyver, który w zeszłym roku popisał się nie lada płytą, będącą black metalową ścieżką dźwiękową do gry RPG. Tutaj także nieźle sobie swawoli, proponując również cztery numery w klimatach bliźniaczych do poprzednika. To rzecz jasna też dungeon synth, ale płynie u Hyver’a spokojniej roztaczając atmosferę ze średniowiecznych, odpustowych jarmarków i towarzyszącym im przytupajek oraz kuglarskich występów. Iście halucynogenna to jazda, która brzmi nieco nostalgicznie, ale równie osobliwa jak u Tenebris’a. Po prostu fajne chwytliwości, które czasami przechodzą w jakiś noise i wrzaski, lecz to tylko śladowe urozmaicenia, ponieważ przeważają tu klawisze z bębenkami, robiące sieczkę z mózgu swoimi, meskalinowymi jazdami. Radosna, psia mać, twórczość, której celowość z mojego punktu widzenia, nigdy nie będzie zbadana. Ja pierdolę! Żeby to chociaż zabawne było, ale kurwa nie jest. Może się nie znam na syntezatorowej muzyce w stylu lo-fi i dlatego nie potrafię docenić tych ośmiu, delirycznych kompozycji. Fanów z góry przepraszam i jednocześnie im współczuję. Siedzę i myślę, sensu się doszukując… daremnie.

shub niggurath




niedziela, 7 czerwca 2026

Recenzja Nirriti “Dhrupad Anutpada (ধ্রুপদ অনুৎপাদ) Apophatic Ragas of Non-Origination”

 

Nirriti

“Dhrupad Anutpada (ধ্রুপদ অনুৎপাদ) Apophatic Ragas of Non-Origination”

Iron Bonehead Prod. 2026

Nirriti to interkontynentalny twór, w skład którego wchodzą kolesie z Indii, wspierani przez bębniarza z Kanady (pan znany choćby z pracy fizycznej w Nuclearhammer czy Necropolissebeth). I w zasadzie temu ostatniemu się nie dziwię, że przyłączył do zespołu, zwłaszcza biorąc pod uwagę drugi z wymienionych zespołów, bo Nirriti tworzy muzykę dość podobną. Muzykę, którą można śmiało określić jako ekstremalną, nawet w szufladkach ogólnie określanych jako ekstremalne. Swoje zdanie na temat Necropolissebeth wyraziłem tu jakiś czas temu, i tak na dobrą sprawę tekst dotyczący Nirriti mógłby być niemal kopia tamtego. Postaram się jednak inaczej ubrać całość w słowa. Przełamywanie barier, stosowanie środków najprostszych z prostych, produkcja na poziomie bardziej oszczędnym niż piwniczna, i totalny muzyczny minimalizm pod względem aranżacyjnym. Z jednaj strony brzmi nieźle, bo sam jestem maniakiem prostoty. Rzecz w tym, żeby w owym „dudnieniu” była chociaż szczypta faktycznego riffowania, a nie jedynie molestowania instrumentów. W przypadku Nirriti jest to udane połowicznie. Owszem, jest to granie z gatunku lo-fi, najczęściej na najwyższych obrotach, z zastosowaniem najbardziej szorstkiego sposobu kostkowania, często chaotycznego, chwilami nawet abstrakcyjnego. Sporo tu warmetalowych „harmonii”, nie brak też ukrytych w owym chaosie dysonansów, czy zwykłego szarpania strun na zasadzie wilka rozrywającego swoją ofiarę. Podobnie rzecz się ma z wokalami. Są one jednostajnie wściekłe, mocno monotonne, wybrzmiewające niczym z innego wymiaru, wspomagane wyraźnym pogłosem i innymi efektami. Jedynym urozmaicaczem są na tym krążku pojawiające się miejscowo sample, aczkolwiek to żadna nowość w przypadku tego rodzaju twórczości. I teraz kwestia, czy w taki chaos wsiąkamy, czy mówimy „dobranoc”? No cóż… Z jednej strony jest to mocna rzecz, mogąca chwilami kojarzyć się ze znanymi klasykami pokroju Tetragrammacide, Revenge czy Nyogthaeblisz. Z drugiej, po trzech odsłuchach kompletnie nie chce mi się do tej płyty wracać. Choćby dlatego, że wolę sobie zamiast tego po raz kolejny włączyć coś ze wspomnianych przed chwilą ekstremistów. Ale macie ogólny zarys, czego się po Nirriti spodziewać. Komu mało podobnych kakofonii, niechaj zaczerpnie dłonią. Mi się trochę przejadło.

- jesusatan




Recenzja Flykt „Sinister Strain”

 

Flykt

„Sinister Strain”

Hammerheart Records 2026

Flykt pochodzi ze Szwecji, gdzie narodził się w 2016 roku. To solowy projekt gościa bez nazwiska, ale za to zdjęcie ma rasowe. Już trochę dawno, bo siedem lat temu facet wydał debiut, a teraz wraca z drugim krążkiem, który ukaże się dziewiętnastego czerwca. Muzyka jaką na niej znajdziecie to black metal, którego rdzeń wyrasta z fundamentów drugiej fali gatunku, ale reszta to już delikatnie inna historia. Nie bójcie się jednak, bo to żaden eksperymentator. Szwed komponuje diabelszczyznę w nieco inny sposób. Jego utwory skonstruowane są w oparciu o gęste tekstury, które zestawia on z kontrastowo brzmiącymi, wysokotonowymi zagrywkami. Są one wplecione w zwarte akordy tak, aby sprawiały wrażenie wijących się jak węże harmonii, nadając „Sinister Strain” niesamowitej upiorności. Te wysoce złowieszcze melodie wraz z silnie atakującymi, głównymi akordami, stanowią o charakterze black metalu Flykt, który odznacza się ponurą atmosferą, zdecydowaniem, rytualizmem i otwarcie, satanicznym nastawieniem. To burzliwa i parząca swym ogniem muza, która przez większość swego trwania, atakuje mocnymi riffami i miażdżącymi, kaskadowymi uderzeniami. Okresowo zwalnia, rozrzedzając na chwilę swój duszny klimat, wspomnianymi, ceremonialnymi kołysankami bądź mrocznie, melancholijnymi chwytliwościami. Nie stroni również od elektroniki, stosując w niektórych kawałkach ambientowe wyciszacze, które co prawda pozwalają odpocząć zmysłom od intensywności tego materiału, ale z kolei wciągają do dalece nieprzyjaznego, klaustrofobicznego świata, nie pozostawiając złudzeń co do intencji ich twórcy. Black metal od Flykt jest odmiany gorącej i żywiołowej, ponieważ opatrzony jest gęstym brzmieniem i odrealnioną aurą, przez co może w bardziej nastrojowych chwilach odrobinę przypominać Deathspell Omega, a w tych wojowniczych Marduk. Niemniej jednak to autorskie ujęcie czarciego grania, obok którego nie da się przejść obojętnie, a przed rozpoczęciem słuchania, należy wziąć głęboki oddech, gdyż z każdą chwilą trwania „Sinister Strain”, ubywa powietrza. Album przejrzyście wyprodukowany, ale obdarzony naturalną surowością, podkreśloną przez posępne i paraliżujące wokale.

shub niggurath




Recenzja Seven Chains „Swollen, In Flux”

 

Seven Chains

„Swollen, In Flux”

I, Voidhanger Rec. 2026

“Oh, Mr. Belpit, your legs are so swollen!” Znacie Monty Pythona? Kojarzycie tą scenę? Jakoś mi się tak po trzech piwach automatycznie przypomniała, kiedy spojrzałem na tytuł nowego, trzeciego już w dorobku, albumy Seven Chains. Czy ma to coś wspólnego z samą muzyką tego amerykańskiego duetu? Kompletnie nic. Ale chciałem na wstępie coś zagadać, żeby zwrócić waszą uwagę. No to teraz już na poważnie. Wcześniejszych dokonań zespołu nie znam. Skupię się zatem tylko i wyłącznie na owych „opuchniętych nogach”. Początek płyty to religijne intro. A w dalszej części otrzymujemy coś, co można bez przesady nazwać wariacją na temat Portal. I to bardzo zbliżoną do oryginału, zwłaszcza pod względem struktury kompozycji, sposobu riffowania, czy nawet wokalnych ekspresji. Jeśli łatwiej wam przyjąć to pod pojęciem „Portal wanna be”, to bardzo proszę, bo o wiele się nie pomylicie. Przede wszystkim rządzą tutaj charakterystyczne dla Australijczyków tremolo, pokręcone, wijące się niczym węże w gnieździe, hipnotyzujące i wgryzające się w głowę. Harmonie grane na zapętleniu, schodzące jedynie swoją tonacją w dół, lub podążające w górę, to coś, co na „Swollen, In Flux” jest wszechobecne. Niektóre cytaty na tym krążku są niemal dosłowne, co faktycznie może sprawiać wrażenie, iż Seven Chains wręcz bezczelnie naśladują pierwowzór. Na szczęście, panowie dodają do całości także coś od siebie. Są to elementy wkraczające w rejony bardziej oldskulowe, mogące kojarzyć się chwilami z Autopsy czy Immolation, tudzież nieszablonowe zagrywki, jak choćby fragment w końcowej części „Whence Blood No Longer Flows”, zagrany tylko na perkusję i majaczące w tle klawisze imitujące śpiew potępionych dusz. Jest też na płycie numer ambientowo / noise’owy, niebywale mroczny, wciągający z siłą Czarnej Dziury, będący, wraz z następującym po nim drugim „Intro”, idealnym interludium w całym tym interwymiarowym zamieszaniu. Sporo się tu dzieje, sporo zmienia i tasuje, czasem wręcz zderza, jak byśmy faktycznie doświadczali jakichś międzyplanetarnych zjawisk. Idealnym podsumowaniem całości jest najdłuższa, ponad jedenastominutowa kompozycja „The Earth’s Tentacular Cross”, zawierająca całą paletę riffów i zmian tempa, ale też sporo klawiszowych „improwizacji”. Jednocześnie udowadniającą, że mimo iż Amerykanie z wiadomych wzorców czerpią na potęgę, a zarazem potrafią rozwijać oczywistą formułę na swój własny sposób. Nie, no nie będę nikomu wciskał, że Seven Chains są jednymi z lepszych naśladowców Portal. Są jednak na tyle ciekawym tworem, że faktycznie warto ich sprawdzić, bez dwóch zdań. Bo w ogólnym rozrachunku „Swollen, In Flux” to dobra płyta.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/swollen-in-flux

Recenzja Dark Divination / Wampyric Rites „Finnish Ecuador Alliance”

 

Dark Divination / Wampyric Rites

„Finnish Ecuador Alliance”

Signal Rex 2026

Ten fińsko-ekwadorski split zaczyna, powstały cztery lata temu, północnoeuropejski Dark Divination. To solowy projekt, za którym stoi niejaki Dark Divinator, ale jego prawdziwa godność to Joel Kahara. Gość debiutanckiego pełniaka ma już za sobą, a wydał go w zeszłym roku. Tutaj prezentuje jeden kawałek, który zagrany został w duchu surowego black metalu. Początkowo płynie on spokojnie, kreśląc ponure i majestatyczne riffy, aby gdzieś w połowie, przeistoczyć się w lodowaty blizzard, niosący agresywne tremolo w towarzystwie grzmiących bębnów, wycofanego basu oraz nieprzyjaznych wrzasków. Ta intensywna zamieć po kilku chwilach milknie, powracając do tempa z początku „Tainted by Hatred”, wyciszając rozsierdzoną napierdalankę nastrojową końcówką przy akompaniamencie klawiszy. Gdy kończy Fin, wkraczają dobrze znani Ekwadorczycy. Oni również na tym splicie do zaproponowania mają tylko jeden utwór, który jest typowym dla nich black metalem. Wampyric Rites leci szybko, częstując melodyjnymi tremolando i skandynawskimi akordami, który klimatyczność podsycają syntezatory. To chłodny i także piwniczny black metal, który swą ostrością kaleczy uszy, a pomagają mu w tym szorstkie i skrzekliwe wokalizy. Panowie nie biorą jeńców i zasypują słuchaczy gęstym szronem, i zarażają nienawiścią bez wysiłku. Obydwie kapele, to przedstawiciele diabelszczyzny w stylu „raw”, ale skomponowanej z pomysłem i czytelnie zarejestrowanej. Dark Divination istnieje trochę krócej i na koncie ma mniej wydawnictw więc plus dla niego, że przypomniał o sobie swoim fanom, choć po pierwszej płycie od zeszłego roku kurz chyba na dobre jeszcze nie opadł. Wampyric Rites w lutym wypuścił najnowszy krążek, ale oni mają tyle splitów na koncie, że kolejny nie powinien dziwić. Krótka pozycja, bo obydwa wałki dają łącznie jakieś jedenaście minut muzyki. Kolekcjonerzy zapewne sięgną po „Finnish Ecuador Alliance”, a co zrobi reszta maniaków?

shub niggurath