poniedziałek, 20 lipca 2026

Recenzja Reekmind „Glints from the Crematorium”

 

Reekmind

„Glints from the Crematorium”

Night Terrors Rec. 2026

Piętnaście miesięcy po debiutanckim “Mired in the Reek of Grief” powraca australijski Reekmind. Tym razem panowie przypominają o sobie przy pomocy trzyotworowej EP-ki, zawierającej łącznie dwadzieścia pięć minut muzyki. Ujmując rzecz precyzyjnie, są to dwie studyjne kompozycje, plus, jako bonus, nagranie live, z tegoż jednak samego studio, zatem różnice w dźwięku są minimalne. Jeśli lubicie taplać się w szlamie, to ta przystawka idealnie wpasuje się w wasz gust. Panowie z Antypodów grają powoli, a chwilami bardzo powoli. Zdecydowany nacisk (i w zasadzie jest to także słowo-klucz) kładziony jest tutaj na masywność akordów i przytłaczający, grobowy klimat. To taka idealna mieszanka śmierć-doom’u z naleciałościami sludge’owymi. Akcja toczy się zatem niespiesznie, a same harmonie ulegają zapętleniu, przez co możemy poczuć się jakby przejeżdżał po nas czołg. Miejscami następują tu też chwilowe wyciszenia, przy których możemy złapać, no może nie cały, ale przynajmniej pół oddechu. Wspomnianą duchotę potęguje na tych nagraniach odpowiednio zamulone brzmienie oraz złowieszcze wokale. Melodii w tych kompozycjach niewiele, a na pewno nie takich do ponucenia. Panowie głównie mielą, systematycznie i sukcesywnie, poruszając się naprzód niczym stado wypełzłych spod nagrobka zombiaków, częściowo zresztą niekompletnych w wyniki kilkumiesięcznej pracy robali. W temacie oryginalności zbyt wiele powiedzieć tu się Ne da. Ten materiał nie jest ani specjalnie wybitny, ani nowatorski. Ma jednak coś, co mimo wszystko mi się podoba. Wspomniany gnilny nastrój, którym to panowie nadrabiają wszelkie inne niedociągnięcia. Tak po prawdzie, pełniak podobał mi się bardziej, bo „Glints from the Crematorium” brzmi jak odrzuty z tamtej sesji, ale i tak lipy nie ma. Komu zatem z rozkładem po drodze, temu Reekmind.

- jesusatan




Recenzja Bestia Arcana „Holókauston”

 

Bestia Arcana

„Holókauston” (re-issue)

Debemur Morti Productions 2026

Bestia Arcana jest kapelą z USA, a dokładnie ze stanu Kolorado. Grają już od 2008 roku, a swój debiut „To AnabainonektesAbyssu” wydali w 2011. „Holókauston” to reedycja, bo pierwotnie ukazał się on w 2017 roku, a teraz wzięła go na warsztat Debemur Morti. To cztery, okazałe utwory, ponieważ łącznie trwają ponad czterdzieści minut więc jest nad czym się skupić. Amerykanie tworzą szczególną odmianę black metalu, która odznacza się rozmachem i okultystyczną atmosferą. Trzy z tutejszych kawałków to gęsta i dość szybka kanonada zwalistych akordów oraz powykręcanych tremolo, które płyną w przestrzeń w towarzystwie klawiszowych pasaży i dronowych podkładów. To duszna muzyka, która jest niczym gorący podmuch, natchnionej satanizmem furii. To potężnie i przerażająco brzmiąca diabelszczyzna, która oprócz miażdżącego szumu, dostarcza także mnóstwo rytualnych doznań. Ten kakofoniczny chaos, będący wyrazem kultu dla sił nieczystych, przeplata się z ciężkimi zwolnieniami i ambientowymi wstawkami, które dodają mu wagi. Trzeci numer „Howling” odstaje od reszty, gdyż charakteryzuje się w pełni doomowym usposobieniem. To funeralny, apatyczny pochód wykreowany za pomocą rozwleczonych riffów i mrocznej, zaciskającej się na szyi elektroniki. „Howling” przygniata i tłamsi, ale jest równie parzący co jego trzej towarzysze. Materiał intensywny, bezkompromisowy i bestialsko atakujący zmysły. Poza niezaprzeczalnie diabelskim klimatem, posiada również przysadziste brzmienie, podbite przez nieprzejednanie dudniącą sekcję rytmiczną, a niesamowitej aury dostarczają mu, mające narracyjny charakter wokale i atmosferyczne syntezatory. Fanom gęstych, dusznych i nieco dysonansowych wykwitów wejdzie bez popitki.

shub niggurath




niedziela, 19 lipca 2026

Recenzja Necrofied „Ashes of Horror”

 

Necrofied

„Ashes of Horror”

Iron, Blood & Death Corporation” 2026

Ci Chilijczycy swoją drogę muzyczną rozpoczęli pod szyldem Ritual Occulto jakieś pięć lat temu, i zarejestrowali debiutancka EP-kę. Coś im się jednak odwidziało, i, od dwudziestego piątego, nazywają się Necrofied.  „Ashes of Horror” jest ich pierwszym wydawnictwem, tym razem pod postacią pełnej płyty. Zawiera ona osiem ścieżek, z czego pierwsza jest rytualnym oprowadzaczem. Po nim, dostajemy po ryju staroszkolnym death metalem, mocno osadzonym głównie w stylu południowoamerykańskim, acz nie tylko. Czuć w tej muzyce ducha wspomnianego kontynentu, to na pewno. Choćby przez czającą się w tych nagraniach dzicz, częściowo śpiewane po ichniemu wokale, czy też poniekąd przez brzmienie. Jest ono selektywne, masywne, odpowiednio dociążone, ale nie pozbawione organicznej ilości brudu. Necrofied  w swojej twórczości łączą najlepsze wzorce, zarówno europejskie (chwilami mocno tu zajeżdża wczesnym Sinister), jak i amerykańskie (Massacre, Incantation), kładąc jednak największy nacisk na siłę rażenia swoich akordów. W niektórych momentach są one mocno podbite  quasi sludge’owym smarem i rytmiką, jak choćby w „Barahunda”, gdzie indziej, choć rzadziej, bardziej rozpędzone (no niech będzie, że w „Twilight of Torture”). Nie brak tu też momentów na zasadzie typowej „patatajni”, o tyle oklepanej, co w przypadku Necrofied naprawdę chwytliwej i nie trącącej tandetą („A Grotesque from Unfolds”).  Najczęściej panowie trzymają jednak tempo dość stonowane, nie bawią się w eksperymenty czy jakiekolwiek innowacje. Myślę, że grają stary death metal, bo on im w duszach wybrzmiewa (to słuchać), dla podobnych sobie maniaków. „Ashes of Horror” jest typowym, bardzo solidnym, śmierćmetalowym przedstawicielem sceny z Chile. Dla jednych będzie to mega zachętą, dla innych może mniejszą, ale po co mam was oszukiwać, że jest to jakaś rewelacja. Nie jest. Jest to natomiast bardzo mocna pozycja, przy której spędzicie dobrych kilka odsłuchów bez ziewania, a niejeden z was stwierdzi, że warto tą płytę na półce posiadać. Iron, Blood & Death Corporation po raz kolejny nie zawiedli.

- jesusatan




Recenzja Altarage „Cogwheel”

 

Altarage

„Cogwheel”

Sentient Riun Laboratories 2026

Altarage po „Succumb” jakoś kompletnie zniknął mi z radaru. Z zaskoczeniem zatem przyjąłem fakt, iż Hiszpanie od tamtego czasu nagrali już dwie duże płyty, i właśnie wydają trzecią. Jako iż ich stylistyka onegdaj przypadała mi do gustu, z chęcią sprawdziłem, co się u nich dzieje. A dzieje się… w zasadzie to samo co zwykle. Gruz, smoła i kilotony betonu. Ale po kolei. „Cogwheel” już na początku mnie odstraszył. Licznik wskazał bowiem czas trwania płyty na niemal siedemdziesiąt pięć minut. Czy przy owej estetyce nie jest to aby zbyt wiele? Pocieszałem się, że przecież Mitochondrion nagrali album jeszcze dłuższy, a wszedł mi jak drzazga w tyłek. Jest jednak takie powiedzenie „Gdzie Rzym, a gdzie Krym”, które się w tym przypadku idealnie sprawdza. Mitochondrion należą do zespołów wybitnych. Altarage jedynie do dobrych (chwilami nawet bardzo dobrych) wyrobników. Nowy materiał niewiele wnosi do stylistyki, którą każdy fan zespołu doskonale zna. Większość kompozycji, tym razem zazwyczaj dziesięciominutowych, i dłuższych, opiera się na zapętlonym mieleniu o ciężarze tankowca, z charakterystycznymi dla zespołu Portalowymi przyspieszeniami. Linie gitar także na wskroś wskazują na inspiracje z Antypodów. Co prawda przerobione na styl własny, ale też, ponownie, niczym nie zaskakujące. Można powiedzieć, że Altarage są niezwykle konsekwentni w swoim działaniu, bo prą w obrany na horyzoncie punkt z uporem maniaka. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych, niestety w tym dla mnie, wada. Mam wrażenie, że zespół zaczął się powtarzać i trochę zjadać własny ogon. Gdyby taka „Cogwheel” była albumem debiutanckim, maksymalnie drugim, to pewnie strasznie bym się tymi nagraniami podniecał. W zaistniałej sytuacji, dwukrotne przesłuchanie tych piosenek w zupełności mi wystarcza. Żeby jednak być sprawiedliwym, nadmienić muszę, dwie rzeczy. Materiał ten faktycznie ma gęstą niczym lawa atmosferę. Jest mroczny, niebanalnie ciężki i przytłaczający. Rzecz druga, że Hiszpanie w pewnym momencie jednak skusili się na drobne urozmaicenie, a mam konkretnie na myśli „Ichor”, kawałek z czystymi wokalami, trochę bardziej rozbudowany, z ciekawszymi teksturami. To jednak zbyt mało by mnie do siebie przekonać. No chyba, że całość trwałaby, powiedzmy, czterdzieści minut. Po tym czasie bezceremonialnie bowiem wkrada się tu nuda, zwłaszcza przy ambientowych „zapchajdziurach”. Jeśli macie na półce wszystkie wydawnictwa Altarage, to pewnie i to sobie przytulicie. Mi pierwsze cztery w zupełności wystarczą, a i tak najczęściej wracam do debiutu. „Cogwheel” to płyta dobra, ale z wyraźnymi wadami.

- jesusatan




Recenzja Serpent Lord „The OnceForgotten Ways of Old”

 

Serpent Lord

„The OnceForgotten Ways of Old”

Eisenwald 2026

Serpent Lord jest projektem gościa z Uada, który zdaje się być tam muzykiem napędowym. Pod „wężowym” szyldem pogrywa już od 2003 roku, ale na początku zarejestrował trzy demosy i dał sobie siana. Teraz wraca po ponad dwudziestu latach z albumem debiutanckim, który zawiera sześć utworów, utrzymanych w black metalowym tonie.To chwytliwa diabelszczyzna, której atmosferyczność mocno pachnie klimatami fantasy. Zresztą sam twórca w cosplay potrafi doskonale, wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Cóż, rządzi tutaj mistyczna aura, która niesie ze sobą sporo melodyjek, jawiących mi się jako greckie lub są one mocno do nich zbliżone, ale Serpent Lord potrafi także trochę przysolić. Weźmy na przykład drugi utwór „Constrictor”, toż to czysta i nieprzychylna wszystkiemu co żyje norweszczyzna, która powraca w piątym wałku „A Pagan-s Spell”. W tych kompozycjach pachnie siarką, że aż strach. Reszta „The OnceForgotten Ways of Old” to już raczej klimatyczne granie, z którego wieje tajemniczością i rytualizmem w stylu trochę jak z Lovecraft’a. Odrobinę epicko, ociupinkę nastrojowo i chwilami wręcz bajkowo. Płynie to w średnich tempach, zapodając blasty i magiczne bujanki, lecz od monumentalnych podniosłości także nie stroni. Black metal typowy dla Stanów Zjednoczonych, wszystkiego w nim po trochu, ale nie mogąc się zdecydować na konkretny kierunek, wyszło jak to zwykle bywa za wielką wodą. Miło, melodyjnie i mało diabolicznie, a jest sztampowo i filmowo. Ja zostawiłbym wspomniane wcześniej dwa kawałki, a resztę wyrzucił, ale wtedy to musiałby być to singiel, a nie pełny metraż.

shub niggurath




sobota, 18 lipca 2026

Recenzja Chamber of Unlight „Avernus”v

 

Chamber of Unlight

„Avernus”

Werewolf Rec. 2026

Debiutancki album Chamber of Unlight przedstawiałem wam niespełna pięć lat temu. Pamiętam, że mimo swojej „wtórności” strasznie przypadł mi do gustu i przesłuchałem go wielokrotnie, a potem jeszcze nie raz do „Realm of the Night” wracałem. Coś czuję, że podobnie będzie z nowym materiałem Finów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja młotka. Bo to jest zajebisty, staroszkolny symfoniczny black metal zagrany z prawdziwą pasją i wyczuciem. W zasadzie mamy tutaj wszystko to, co czyniło ten gatunek wielkim w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Chwytające za serce melodie (bynajmniej nie przesłodzone, tylko pokryte północnym szronem), drapieżne riffy, klawiszowe tła w klimacie Emperor, solidne, klasyczne wokale i, przede wszystkim, ten niepowtarzalny, chłodny nastrój. W samej muzyce nie ma co doszukiwać się czegokolwiek nowego. Z drugiej strony nie jest to też bezmyślne kopiowanie. Panowie po prostu nasiąknęli klasyką na tyle, że pomysły rodzą im się same, dzięki czemu otrzymujemy materiał godnych spadkobierców nauk mistrzów wybitnych. Czuć w tych nagraniach klimat, który towarzyszył czasom największej eskalacji rzeczonego odłamu, i mam tu na myśli okres wcześniejszy, zanim prawdziwie czarny metal zaczął blaknąć niczym sprana koszulka. Na „Avernus” jest jad, są nastrojowe momenty, przy których w oczach stają pokryte śniegiem szczyty gór, są nawiązania do wspomnianych Norwegów (zdecydowanie najwięcej do „In the Nightside Eclipse”). Nie ma natomiast tandety, i nie ma nudy, bo materiał ten praktycznie sam się odpala ponownie gdy wybrzmi ostatnia nutka. I w zasadzie nie ma się co rozpisywać, bo to jedna z tych płyt, o której nie warto opowiadać, za to warto posłuchać. Co też czyńcie, zwłaszcza jeśli macie na półce wymieniony w tekście album z niebieską okładką przedstawiającą zamek wśród gór i lasów.

- jesusatan




czwartek, 16 lipca 2026

Recenzja Hexorcist „Crucificial Imprecations”

 

Hexorcist

„Crucificial Imprecations”

Invictus Rec. / Godz ov War 2026

Troszkę wody w rzece upłynęło od chwili wydania bardzo dobrego debiutu Amerykanów. Z drugiej strony, te pięć lat minęło jak z chuja strzelił, i oto mamy następcę „Evil Reaping Death”. W międzyczasie zespół przepoczwarzył się personalnie, a konkretnie na wokalach pojawił się Gienek Palubicki, choć zastanawiam się dlaczego pod nazwiskiem własnym, a nie jako Hexorcist V. Myślę, że poniekąd magia nazwiska miała na celu zwiększenie zainteresowania zespołem, zwłaszcza że ten zasłużonej atencji chyba nie osiągnął. No ale przejdźmy do meritum. Hexorcist to twór, który mocno czerpie ze spuścizny Morbid Angel, o czym zresztą wspomniałem przedstawiając wam ich wcześniejsze materiały. „Crucificial Imprecations” jest prostolinijną kontynuacją stylu opartego na wspomnianych stylu. Zaznaczam, że mówimy o rozwijaniu pewnego wzorca, a nie bezpośrednim kopiowaniu, tym bardziej, że na „dwójce” sposób interpretacji własnej znanych klasyków został odrobinę urozmaicony. Poza oczywistymi konotacjami melodycznymi z ekipą Treya i spółki, na nowych nagraniach pojawia się więcej solówek mocniej kojarzących się z Nocturnus. Acz z drugiej strony nie wiem, czy to wrażenie nie jest u mnie spowodowane faktem, iż kilka dni temu odszedł od nas pan Browning, a przy tej okazji jego dyskografię sobie odświeżałem. Drugą sprawą jest brzmienie. Jakby bardziej surowe w porównaniu do debiutu. Nie powiem, że demówkowe, ale noszące takie znamiona. W każdym razie stuprocentowo organiczne, z celowymi chyba drobnymi niedociągnięciami. Pod względem muzyki sprawa jest raczej wiadoma. Zastanawiam się tylko, czy dokooptowany na wokal Gene miał jakiś, choćby drobny wpływ na ostateczny wpływ kompozycji. Osobiście stawiałbym na „tak”, bo „Crucificial Imprecations” ma w sobie też drobne zalążki Angelcorpse, albo może bardziej Perdition temple, czyli stylu będącego wypadkową obu klasycznych ekip. Album ten nie należy do odkrywczych, bardziej odkrywkowych. Nie umniejsza to bynajmniej jego jakości. Moim zdaniem Hexorcist to jedni z najbardziej utalentowanych spadkobierców tego, co zrodziło się na Florydzie jakieś czterdzieści lat temu. Jeśli czerpać od najlepszych, do dokładnie w takim stylu jak oni. A konsekwencję obranego przez zespół stylu widać w tym przypadku nawet po okładce. I to chyba wystarczy za cały komentarz do tej płyty. Bo nad czym się tu niby rozwodzić?

- jesusatan