sobota, 23 maja 2026

Recenzja Ysigim „Ain Soph Or”

 

Ysigim

„Ain Soph Or”

Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)

Na przestrzeni ostatnich lat wiele razy wyrażałem swoją opinię na temat wykopywanych z przeszłości, rzekomych “diamentów”. Niektóre faktycznie zasługiwały na takie miano, jednak większość było zwykłymi przeciętniakami, wciskanymi publice na siłę przy pomocy wyniosłych haseł. Warszawski Ysigim, w chwili kiedy wydawał debiutancki album, tez wydawał mi się średniakiem. Może dlatego, że wówczas nie ogarniałem ich twórczości, tudzież wydawała mi się ona zbyt… „dziwna”. Dopiero po latach dotarłem do jej rdzenia, płacąc zresztą niemałe pieniądze za CD „Whispers”, wydany  przez Wild Rags.  Zacznijmy od tego, iż „Ain Soph Or” określany jest jako pierwszy polski funeral doom. Jeśli to jest funeral doom, to ja jestem Matka Teresa. Ta muzyka może i ma coś wspólnego w rzeczonym gatunkiem, ale według mnie stoi od niego w sporej odległości. A na pewno jest nietypowa. Od czego by tu zacząć… Może od tego, że materiał ten jest bardzo mozolny, dziś można by powiedzieć, że dronowy. Akcja toczy się tu niespecjalnie wartko, można wręcz powiedzieć, że jest niczym gęsta zawiesina, sącząca się przez małżowiny słuchacza. Słowo „zawiesina” nie jest tu  bezpodstawne, bowiem brzmienie tych nagrań stanowić może dla współczesnego słuchacza barierę nie do przebicia. Wyobraźcie sobie buczący bas, ogarniający was ze wszystkich stron, a dopiero za jego kotarą przebijające się powolne riffy, często zapętlone, schizoidalne, narkotyczne, w towarzystwie natrętnych jęków, rodem ze szpitala dla obłąkanych, albo z najgłębszej komnaty piekła, i charczącego, zupełnie nieczytelnego wokalu. To tylko w przypadku kompozycji bardziej „metalowych”, bo jako interludia pojawiają się tu przerywniki czysto instrumentalne, ambientowe, nie mniej mroczne i tajemnicze niż cała reszta. Z perspektywy czasu mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że Ysigim wyprzedzili swój czas, nagrywając coś, co po latach rozwinęło się pod pojęciem drone / doom. I to też nie do końca, bo tak naprawdę nikt potem nie zagrał niczego podobnego do „Ain Soph Or”. To naprawdę fantastyczny album, jedyny w swoim rodzaju, i tylko żal, że w chwili premiery przeszedł, przynajmniej nad Wisłą, niemal niezauważony. Pewnie i dziś nie każdy go ogarnie, bo, jak wspomniałem, nie jest to materiał łatwy. Ale jak już wejdzie, to potrafi autentycznie przewartościować system wartości. I  faktycznie jest diamentem z przeszłości. Cieszę się ogromnie, że Black Flame Rebellion zdecydowali się na to wznowienie. Ja swoją kopię zamówiłem chwilę po premierze. Czyńcie zatem na podobieństwo moje, dobrze wam radzę.

- jesusatan




Recenzja Astriferous „Atavistic Unraveling”

 

Astriferous

„Atavistic Unraveling”

Pulverised Records (2026)

 


Do tej pory uważałem Astriferous za jeden z bardziej intrygujących, młodych bandów z kręgu nowego, starego metalu śmierci. Choć nie był nigdy to zespół z absolutnego topu to odnajdywałem w jego twórczości ten metafizyczny, niedopowiedziany pierwiastek, który trochę budował aurę wokół tych klasycznie deathmetalowych, osadzonych gdzieś na pograniczu Morbid Angel a Timeghoul dźwięków. Tym bardziej bolesne i irytujące jest, gdy tego typu zespołu nagrywają najbardziej oczywiste rzeczy, nie podejmują ryzyka, a finalnie wychodzi spierdolina. „Atavistic Unraveling” może spierdoliną nie jest, ale srogim rozczarowaniem owszem. Wszystkie elementy, które do tej pory uważałem za atuty tej grupy zniknęły. Został jedynie szary, morbidowy, przeciętny do bólu i pozbawiony iskry bożej death metal, którego na rynku pełno. Wszystkie wyróżniki, które cechowały muzykę Kostarykańczyków zniknęły. Nie ma oniryzm, nie ma niedopowiedzeń, nie ma tego podskórnego kosmosu, który gdzieś krążył i na minialbumach i na debiucie. Ostał się jedynie death metal i to w tym bardzo generycznym, wypłowiałym wydaniu. Owszem, doszukacie się tutaj inspiracji ekipą Treya i kilkoma innymi kapelami z amerykańskiego podwórka, jest to nienagannie zagrane, ale co z tego, skoro to w ogóle nie klika. Jest to zdecydowanie najsłabsza propozycja o muzyków zaangażowanych w tak niebanalne projekty jak Voidstar Nocturnal, Bloodsaked Necrovoid czy Corpse Garden należy oczekiwać jakości. Tutaj chyba po raz pierwszy jej nie słyszę. „Atavstic Unraveling” to album nudny, mdły i pozbawiony błysku. Nie pomaga też produkcja - pozbawiona przestrzeni, płaska, nie oddychająca. Źle się tego słucha, serio. Szkoda, bo w tym przypadku to nie tylko żółta, ale i czerwona lampka się świeci i jeśli pójdą tą droga dalej to kolejny album może być ostatnim od Astriferous, który przesłucham.

                                                                                                                Harlequin


https://pulverised.bandcamp.com/album/atavistic-unraveling

piątek, 22 maja 2026

Recenzja Vomito Mortuorio „Dentro del Sarcofago”

 

Vomito Mortuorio

„Dentro del Sarcofago”

Necroscope Blasphemia 2026

Jeśli zespół nazywa się Pośmiertne Wymioty, a w tytule debiutu ma „Sarcofago”, to już na starcie ma u mnie wielkiego plusa. Jak jeszcze pochodzi z Salwadoru, to zyskuje dodatkowo, bo wiadomo że tamte zakątki świata niejednokrotnie rodzą metal śmierci najwyższej jakości, a scenę tworzą prawdziwi maniacy. No a jak za wydaniem albumu stoi człowiek, który wspomniane rewiry zna jak własną kieszeń, to staje się oczywistym, że ten materiał trafi w moje gusta. Vomito Mortuorio to tak naprawdę nie zespół, a jednoosobowy projekt, za którym kryje się człowiek maczający paluchy w kilku innych składach, z których chyba najbardziej znanym jest Morbid Stench. „Dentro del Sarcofago” to prosty death metal (nie mylić jednak proszę z „prymitywny”). Płyta trwa nieco ponad pół godziny i zawiera siedem kompozycji. Można powiedzieć, że to materiał na wskroś klasyczny, bo zawiera starą, sprawdzoną formułę bez najmniejszych udziwnień. Wydźwięk tych nagrań jest zdecydowanie bardziej północno niż środkowoamerykański, częściowo czerpiący też ze szwedzkiej spuścizny. Przeważają tutaj siermiężne akordy, bardziej w rodzaju buldożera, niszczącego wszystko na swojej drodze siłą, niż taktycznie zaplanowanego ataku. Tym bardziej, że o wszelkich solówkach, technicznych popisach czy łamańcach gitarowych możecie zapomnieć. Vomito Mortuorio prze do celu po najprostszej linii. Co prawda nie spieszy się za bardzo, bo na płycie przeważają tempa średnie, lub nieznacznie przyspieszone, podbijane raczej mało złożonymi rytmami perkusyjnymi. Wokalnie też jest bez udziwnień, growl w kilku odcieniach, z których przeważa ten najbardziej standardowy. Trochę mi się to granie chwilami kojarzy z wszelkimi projektami Roggi Johanssona, z tą zasadniczą różnicą, że nie wszystko jest tu na jedno kopyto. Ponadto miejscami pojawiają się słyszalne fragmenty inspirowane Incantation czy Broken Hope. Mimo iż podobnych płyt ukazuje się na rynku całkiem sporo, mam spory sentyment do tworów tak oldskulowo traktujących metal śmierci (jak by nie patrzeć, mój ulubiony gatunek). Dlatego pan Cefiro de Muerte dostaje ode mnie certyfikat jakości, a jego płytę mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, komu ze śmiercią do twarzy. Dobry album.

- jesusatan




Recenzja Desolus „Dwellers of the Twilight Void”

 

Desolus

„Dwellers of the Twilight Void”

Hells Headbangers 2026

Niedawno, bo piętnastego maja, swoją drugą płytę wydali amerykańscy specjaliści od niemieckiego thrashu. Panowie kontynuują na nim swoje szaleństwo, z którego wieje Kreatorem i momentami innym Exumerem. Dziesięć numerów, które hołdują batożeniu w stylu lat osiemdziesiątych. Ostre gitary, dźwięczny bas, naturalnie brzmiąca perkusja i warczące wokalizy, które przechodzą w piskliwe wrzaski. Klasyka na całego, która może być posądzona o kopiowanie, ale to byłby błąd, bo Desolus wiele rzeczy robi na swoją modłę. Zwłaszcza w średnich tempach potrafi nieźle zapętlić i poczęstować krótką solówką na basie lub uderzyć w mroczne i nieprzyjazne rejony, zsyłając diabelskimi akordami trochę czarnej magii. To intensywny thrash, który nieustannie zmienia swoje tempo, płynnie przechodząc z jednego w drugie. Podobnie jest z riffami, które lecą bez wysiłku i tak też zmieniają kierunek. Momentami jest tutaj trochę szybciej niż na poprzednim krążku, ponieważ Amerykanie okresowo uderzają silnie i z niezwykłą prędkością, ocierając się o rejony speed metalowe, przypominając wtedy Slayer z pierwszych dwóch albumów. To totalnie nic oryginalnego, lecz dobrze znanego. Nic w tym złego, bo skomponowane jest z jajem i zagrane z lekkością. Tradycyjny thrash o odpowiednio naostrzonych kłach i pazurach, którymi robi niemałe kuku. Desolus nie oglądając się na współczesne trendy, nakurwia siarczyście i wprost, zgodnie z zasadami klasycznego podejścia do thrash metalu, którego słuchanie powinno zadawać ból i oblepiać brudem. W przypadku tego kwartetu jest też wartość dodana w postaci satanicznego podtekstu, co niewątpliwe nadaje „Dwellers of the Twilight Void” mocy wyrazu. Polecam. Solidny i spuszczający tęgie lanie materiał.

shub niggurath




czwartek, 21 maja 2026

Recenzja Mirror of the Void “The Torments of Enslavement by One's Self”

 

Mirror of the Void

“The Torments of Enslavement by One's Self”

Lower Silesian Stronghold 2026

Kurcze, kolejna EP-ka? Szczerze mówiąc, to liczyłem na drugiego pełniaka, bo Mirror of the Void bardzo szybko stał się jednym z tworów, którego muzyki wyczekuję z wielką niecierpliwością. Głównie dlatego, że ich black metal bardzo zgrabnie wpisuje się w pojęcie eksperymentu, a jednocześnie nie jest tworem ani hipsterskim, ani przesadnie przekombinowanym. Dziwnym! To już prędzej. Absorbującym, pokręconym, objechanym – jak najbardziej. „The Torments of Enslavement of One’s Self” jest jakby kontynuacją pomysłów z „Ephemeral Mirage”. To nadal nieszablonowa mozaika klasycznego black metalu z okresu drugiej fali z… narkotykami i przestrzenią pozaziemską. Tak to chyba najłatwiej określić. Nowe wydawnictwo to, podobnie jak poprzednie, cztery kompozycje. I tu od razu zaznaczę, iż cieszy mnie fakt, że panowie wsłuchali się w mój postulat, podtrzymując tradycję i śpiewając, w tym przypadku aż dwa utwory po naszemu. Tym razem, mimo iż wokalom Nacheshetriona nic nie brakuje, bo są szorstkie i opętane jak zawsze, zdaje mi się, że nieco utonęły one w miksie. Chyba że taki był zamysł twórców, aby wybrzmiewały niczym z nie do końca otwartego portalu prowadzącego w inny wymiar. Zresztą same aranże są tutaj mocno kosmiczne. Poza surowym black metalem, sporo w nich industrialu i elektroniki (acz przyznać trzeba, że raczej w minimalistycznym wydaniu). Podobnie jak w przypadku wspomnianej „Ephemeral Mirage” nowe kompozycje najsilniej kojarzą mi się chyba z Yerusalem. Głównie przez często goszczący na nich mechaniczny beat i wspomniane syntezatorowe efekty. Co do owego beatu, to zastanawiam się, co w składzie zespołu robi Diabolizer. W sensie – gra, czy programuje, bo partie perkusji brzmią na tych nagraniach bardzo mechanicznie, zupełnie jak automat. Przez chwilę też przyszło mi na myśl porównanie do Mysticum, lecz w przypadku Mirror of the Void byłaby to wersja zdecydowanie bardziej uboższa i z cztery razy wolniejsza. Choć tytuł „Black Magic Mushrooms” pasowałby jako opis twórczości naszych rodaków niemal idealnie. Można gdybać, porównywać, ale jedno jest niepodważalnym faktem. Mirror of the Void wykreowali swoje własne, rozpoznawalne oblicze. Oblicze, które mi się cholernie podoba, i na pewno jest pewną odmiennością na współczesnej scenie blackmetalowej, nie tylko w naszym kraju. Bardzo mocno polecam, zwłaszcza tym, którzy zespołu jeszcze nie mieli okazji poznać.

- jesusatan




środa, 20 maja 2026

Recenzja Arroganz „Death Doom Punks”

 

Arroganz

„Death Doom Punks”

Testimony Records 2026

Arroganz to kapela z Niemiec, która nagrywa muzykę od 2008 roku, a „Death Doom Punks” to już ich siódmy album. Nigdy się z nimi nie zetknąłem, ale nigdy nie jest za późno i nawet jestem z tego pierwszego spotkania kontent, bo panowie napierdalają całkiem niezły death metal z małą domieszką skandynawskiej diabelszczyzny wiadomego okresu. Objawia się ona wtedy, gdy gitary wchodzą na wyższe rejestry, rozcinając śmierć metalowy monolit muzyki Arroganz zimnymi i uwierającymi tremolo. Jednakże fundamentem tutejszych, dziewięciu utworów, jest duszny i gęsty death metal, który płynie w średnich i nieco przyspieszonych tempach, atakując zwartymi strukturami. Strukturami, w których oprócz klasycznych akordów pojawia się bogata gama ornamentalnych zagrywek oraz dysonansowych zjazdów. Wszystko do kupy robi niemałą robotę, bo generuje kleistą fakturę o mrocznej atmosferze, którą podsycają nieprzyjazne growle. Muzyka od tego tria potrafi także zejść nisko, zamieniając death metalowe akordy w wolno pełzające, ciężkie riffy, które okresowo kierują metal od Arroganz w doomowe rejony, krusząc przy tym kości z dużą siłą. Całość została wykreowana na gitarach o miażdżącym brzmieniu, potężnych liniach basu i druzgoczącej perkusji. Produkcja jest klarowna, ale materiał ten przysypano trochę „kurzem”, co spowodowało, że przypomina głęboko podziemne nagrania, a to wraz z niezwykłą klimatycznością podbiło jego atrakcyjność. Brutalny i momentami upiorny death metal, oparty na sękatych akordach, które chwilami zaskakują progresywnymi i pełnymi różnych niuansów rozwiązaniami. Gniecie, buja i przestrasza bez wysiłku, a i szczególnego groove’u mu nie brakuje. Tradycyjny, ale zawierający również elementy współczesności decior, który roztacza wokół siebie aurę tajemniczości.

shub niggurath




A review of Shewolff “We're All Gonna Fukkin' Die”

 

Shewolff

“We're All Gonna Fukkin' Die”

Dying Victims Prod. 2026

 


This album didn’t stand a chance with me in the beginning. Because, first of all, I can’t stand vampire themes. I don’t know, they’ve always seemed more cliché to me than zombies or other undead creatures. Secondly, a woman in metal, especially a female vocalist, is ninety percent of the time knockoff, or at best a cheap provocation. So why did I play this EP at all? Because I liked the title. Seemingly obvious, but reeking of punk from a mile away. And after just a few tracks, I got smacked in the face for my audacity with such dance-inducing black/punk that I was blown away. Shewolff’s music is banal, formulaic, and predictable. With your eyes closed, you can tell that there’s going to be a slight slowdown in a moment, followed by another rhythmic burst, that there will come a d-beat, and that the vocals will be shouted in a classic, aggressive way. Holy shit, how many bands have played this way over the decades, how many have copied tried-and-true formulas… But not every band could so perfectly imbue that hackneyed formula with the right feeling and melody. Because there’s no shortage of melody on “We’re All Gonna Fukkin’ Die.” Nor is there a lack of fire, that sense that the musicians recorded songs that were singing in their souls. And even the Transylvanian interludes, or the horror-movie samples, which serve here as a sort of ornament, a delicately applied addition, don’t disrupt my perception of the whole. On the contrary, they add a touch of genuine mystique to these compositions. And as for Ms. K. von Shewolff’s vocals, I’ll say just one thing. The chick screams her lungs out with incredible passion. And even if you can tell it’s a woman, it doesn’t bother me at all, in fact, I’d count her among those who really know how to scream in metal. This EP is a fantastic listen. One moment it sounds like Wolfpack, the next like Motörhead (the bass intro to the title track), total classics. Let me tell you, these twenty-five minutes are a total black-punk blast, material you can’t miss, and you must have it on your shelf.  I have nothing more to add.

- jesusatan