Scordatura
„Led Into Oblivion”
Everlasting Spew Rec. 2026
Z nazwą Scordatura spotykam się po raz pierwszy, a
panowie rzeźbią swoje już niemal dwadzieścia lat. W międzyczasie dorobili się
trzech dużych płyt i kilku demówek. Sześciu, żeby być dokładnym. Nowy, czwarty,
krążek wypuściła chwile temu włoska Everlasting Spew Records, więc postanowiłem
sprawdzić, czy dotychczas zespół nie miał najzwyczajniej szczęścia do wydawców,
czy po prostu prezentuje lipę. Jako iż album trwa niecałe pół godzinki, po
dwóch okrążeniach wszystko było jasne. Zacznijmy od tego, że Szkoci rzeźbią w
mniej przeze mnie uczęszczanym odłamie death metalu. Bo ja najbardziej lubię
albo prosto i klasycznie, albo po gruzowemu. Tutaj mamy brutalniejszy odcień
śmierci z zacięciem technicznym. Spodziewać się zatem możecie raczej
podkręconego tempa, z częstym wejściem w blasty, pokręconych harmonii i
połamanych chwytów. Nierzadko linia melodyczna zmienia się tutaj kilka razy na
przestrzeni jednego tylko utworu, i to najczęściej mnie w tym odłamie wkurwia.
Bo jest robione na pałę, tak jakby ktoś miał dostać sraczki, jeśli za chwilę
nie poprzebiera paluchami po gryfie i czegoś nie odwróci. Scordatura o dziwo
bardzo zgrabnie radzą sobie z moim problemem. Ich pomysły nie są upchnięte z
buta do podróżnej walizki, lecz całkiem logicznie poukładane tak, by jedno
wynikało z drugiego, bez potrzebnych przeskoków czy odskoków w bok. Nawet
zwolnienia, jakże typowe dla tych wszystkich techniczno – brutalnych onanistów
są na tym krążku mniej przewidywalne i faktycznie mocno przyciskające do gleby.
W gąszczu pomysłów można wyłowić tu chwilami inspiracje Morbid Angel, Dying
Fetus, Cryptopsy czy Dyscarnate (choć ci ostatni tak na dobrą sprawę nagrali
tylko jeden wyjątkowo udany krążek).
Rzecz w tym, że oprócz brutalizy i rzygania robalami, można tutaj
usłyszeć małą garść niezłych, chwytliwych pomysłów. Żeby nie było wyłącznie
różowo, to album ten ma też składowe, które mi się nie podobają, jak choćby
wkurwiające sprzężeniowe riffy, które spokojnie można by sobie odpuścić. Jest
też kilka melodii oklepanych w chuj, na zasadzie klasycznej patatajni, czy
pędzenia donikąd. To jednak zdecydowana mniejszość, bo „Led into Oblivion” jako
całość to konkretny, i dobry materiał. Mocarnie brzmi, nie tak sterylnie jak
kapele nagrywające na sali operacyjnej, nie nudzi, i nie ma na nim powielanych
w kółko schematów. Dla fanów gatunku będzie to prawdziwa uczta. A i ci (mówię
sądząc po sobie), którzy za podobnym graniem na co dzień nie szaleją, znajdą
tutaj coś dla siebie. Nie wiem, czy wrócę kiedyś do tych nagrań, ale na żywo
bym sobie chłopaków zobaczył, bo mógłby być niezły rozpierdol.
-
jesusatan






