poniedziałek, 13 lipca 2026

Recenzja Taake „En Skog av Nidstang”

 

Taake

„En Skog av Nidstang”

Dark Essence Rec. 2026

Taake to dla niektórych zespół kultowy. Niemal na równi z Darkthrone czy Burzum. Mi jednak zawsze kojarzył się przede wszystkim z pewnym zdjęciem Hoesta. Tak, tym koncertowym, kiedy przez przetarte jeansy wyszła mu fujara. Nie znaczy to, że twórczość Norwega uważałem, czy uważam, za bezwartościową. Absolutnie. Zwłaszcza wczesne płyty kręciły się nie raz u mnie w odtwarzaczu. Ostatni raz na poletko zespołu zaglądałem jednak chyba przy okazji splitu z Whoredom Rife, jakieś sześć lat temu, i byłem dość mocno rozczarowany. Mimo to postanowiłem rzucić uchem na nowy pełniak Taake, bo co mi szkodzi. I tu pozytywne zaskoczenie. Album zawiera tylko cztery kawałki, z czego pierwszy aż dziesięciominutowy, klasycznego black metalu z lat dziewięćdziesiątych, i to na bardzo wysokim poziomie. A przynajmniej na poziomie spokojnie dorównującym wspomnianym początkom kapeli. Oczywiście innowacji tutaj nie znajdziemy, tylko głupcy mogliby się ich spodziewać. A nawet gdyby takowe się trafiły, to osobiście stwierdziłbym, że kompletnie nie pasują do tego, co Hoest dotychczas serwował. Mamy tu za to trzydzieści siedem minut staroszkolnego brzęczenia na tematy wczesno norweskie. Z całym, skromnym w tym przypadku, bo to przecież muza na wskroś surowa, wachlarzem wszystkiego, co podwaliny gatunku tworzyło. Szorstkie, nie pozbawione jednak odpowiedniej melodii riffowanie, zazwyczaj w szybszym tempie, dość kwadratowa, schematyczna perkusja, klasycznie chłodne wokale, chwilami pojawiające się w tle bardziej chwytliwe momenty. Wszystko ubrane w brzmienie klasycznie północne, wypracowane przez zespoły „Made in Norge” lata temu. Że piszę rzeczy oczywiste? No a co ja mam wyrzeźbić na temat zespołu z trzydziestoletnim stażem, który współtworzył wiadomy styl, i trzyma się go sztywno niczym małpa palmy? Tutaj nie ma kompromisów pokroju nieudany cover Sisters of Mercy (może właśnie od tego są EP-ki), tutaj jest jedynie wiejący chłodem i fiordami black metal. Na wysokim poziomie, z odpowiednim podejściem, zakotwiczony w latach dawnych, grany konsekwentnie z zachowaniem wczesnych ideałów. Żaden to diament, jednak bardzo solidna rzecz, godna polecenia, bo widać, że Taake trzymają poziom, a nieliczne wpadki są co najwyżej małymi wypadkami przy pracy. Ode mnie wyrazy szacunku.

- jesusatan




Recenzja Uada „Interwoven”

 

Uada

„Interwoven”

Eisenwald 2026

Nigdy nie było mi po drodze z tym zespołem, bo wystarczy mi jedna Mgła, choć zdaję sobie sprawę, że trochę temat upraszczam. Jednakże nigdy specjalnie do mnie nie trafiała ta kapela i ich płyty latały mi bardzo. No i masz! Pojawia się w mojej skrzynce. Co prawda z opóźnieniem, bo ten album wyszedł 29 maja, ale co tam, sprawdzam. I co? I gówno. Sześć numerów. Cztery z nich, to akustyczne wersje jednego kawałka z każdej poprzedniej płyty, a dwa ostatnie to covery grup Rome i Nirvana. Eksperyment? Chęć ukazania innego oblicza, czy też próba realizacji na innym polu? Wyszło tak sobie, lecz spodoba się fanom muzyki folkowej, bo to właśnie takie granie. Nastrojowe, wypełnione uczuciami i delikatnie szamańską oraz gotycką atmosferą. Kompozycyjnie jest nieźle, brzdąka to wspaniale, kołysząc i przy tym zanudzając na śmierć, będącw tej materii niczym nowym ani porywającym. Ot kolejne piosenki utrzymane w neofolkowym stylu, które podobno miały za zadanie ukazać wrażliwą stronę tych amerykańskich black metalowców i to jest właśnie odkrycie, ponieważ nie wiedziałem, że twórcy tego gatunku noszą w sobie taką emocjonalność. Dobra. Koniec z żartami. Uada nagrała krążek, który wypełniony jest po brzegi ckliwą ornamentyką, kierującą się okresowo w posępne i ezoteryczne rejony. Klasycznie, bez prądu i z folkowym ponuractwem. Jako jedna z płyt tego tercetu to w moim mniemaniu wrzód na dupie, ale gdyby została ona wydana pod innym szyldem… na dwoje babka wróżyła. Bo albo ktoś by się na „Interwoven” złapał, albo nikt by tego nie zauważył. Niemniej jednak wielbicieli Uada zaciekawią akustyczne reinterpretacje „Djinn”, „Devoid of Light”, „The Dark (Winter)” i „The Purging Fire”.

shub niggurath




niedziela, 12 lipca 2026

Recenzja Malaflame „Operation Werewolf”

 

Malaflame

„Operation Werewolf”

Mara Prod. 2026

Zastanawiam się, ilu z was zna Malaflame. Zespół narodził się ponad dekadę temu, ma w swoim dorobku jedną dużą płytę i jakieś tam drobiazgi, a w składzie jego figurują persony związane między innymi z konkurującym do ścisłej światowej czołówki pod względem wydanych splitów Via Dolorosa, oraz naszym (nie)sławnym Graveland. Ja dotychczas nie znałem, ale właśnie poznałem, dzięki uprzejmości rodzimej Mara Productions. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo „Operation Werewolf” to… zajebista płyta. Stwierdzenie może i lakoniczne, ale według mnie adekwatne do muzyki, która również zawiera czyste zło, w skondensowanej, nierozwleczonej formie. Panowie grają black metal konkretny. Co mam na myśli? Że nie ma tutaj bawienia się w jakieś popierdułkowe melodyjki (nie mylić z „nie ma tu melodii”). Album otwiera intro w stylu dark techno. O ile się nie mylę, dokładnie tych samych sampli użył jakiś czas temu na którejś ze swoich płyt DeathEpoch, ale to tak na marginesie. Zaraz potem atakowani jesteśmy szybkim, przypominającym przez chwilę Zyklon B, agresywnym blastem, z czasem przechodzącym w rytmy bardziej punkowe. Jak by nie patrzył, albo jak nie słuchał, kłania się czysty oldskul. Z tym punkiem, to poza wszechobecnymi na krążku d-beatami, a także częstymi rytmami mającymi swoje korzenie w tymże gatunku, sporo tutaj totalnie anarchistycznego podejścia. Albo, innymi słowy, braku kija w dupie. Bo panowie grają black metal, temu nikt nie zaprzeczy. Ale jednocześnie potrafią robić to w sposób autorski, bez oglądanie się, czy dany patent będzie burzył konwenanse, czy też nie. Stąd też mamy tu kilka wyluzowanych akcentów wokalnych, czy też kompletnie odskakujący od formuły „Division Krieg Satana”, kawałek bardziej industrialny, podszytu elektroniką mocno… taneczną. Jak już o wokalach, to poza wkurwionym wrzaskiem, nierzadko do głosu dochodzą zawodzące chórki, jakieś quazi pijackie zaśpiewy, czy frazy w wyższych rejestrach rodem ze speed metalu. A, no i wspomnieć należy, że lirycznie jest tu po angielsku, ale i po ichniemu. Nie znam włoskiego, ale jak wyłapuję słowa-klucze, to wiem, że panowie katolstwo ostro pierdolą a Sztana szanują. Legancko. Poza wspomnianym punkiem, bardzo dużo tutaj agresywnych, nasterydowanych harmonii rodem z drugiej fali. Momentami troszkę pod Darkthrone (ale to na zasadzie zajawki), gdzie indziej pod Impaled Nazarene (zresztą we wspomnianym utworze pojawia się sławne „Sadhu Satana” wrzeszczane z taką intensywnością, jakby chłopaki chcieli świat podpalić). Można sobie porównywać do woli, bo „Operation Werewolf” to w sumie nic nowego. Nic nowego, ale mino to zagrane nieco inaczej. Taki black metal to ja uwielbiam, takie zespoły szanuje. Nie wiem czy nie jest to jedno z najlepszych wydawnictw Mara Productions w ich, niechudym przecież, katalogu. Wszystko mi się tu idealnie zazębia. Okładka, wspomniane teksty, bezkompromisowa muzyka, wyjebongo na trendy. Kto nie sprawdzi tego krążka ten pizda w korach. Tyle w temacie.

- jesusatan






Recenzja Undertakers „Global Dominion”

 

Undertakers

„Global Dominion”

Time to Kill Records 2026

Ten włoski kwintet już długo istnieje na scenie, ale jak dotąd, razem z najnowszą „Global Dominion”, uzbierał zaledwie cztery płyty. Cóż, panowie pochodzą z Neapolu, a tam to już gorąco jest przez większość roku więc chęci do roboty pewnie mało, a poza tym „dolce vita” do czegoś w końcu zobowiązuje. Dobra. Oprócz intro, to dziewięć kawałków death-grindu, który momentami nieźle thrashuje i po hardcorowemu pankuje. Undertakers grzeją ostro i łoją skórę swymi szalonymi atakami i miażdżą średnimi tempami. Mielą na pełnej w klasycznym stylu, nie szczędząc razów. To brutalna i anarchistyczna jazda, która wymierzona jest w mordę współczesnego świata i jego układów. Z tej piątki Włochów wyłazi to poprzez sprawną fuzję grindu, deta i core’a z małą domieszką biczujących riffów. Tnie to precyzyjnie i z prędkością znaczną. Od czasu do czasu zwolni, abyśmy zadyszki nie złapali, ale po chwili znów wchodzi na obroty lub przechodzi w skoczne, nieco połamane rytmy. Materiał obdarzony soczystym i delikatnie chropowatym brzmieniem, któremu dołów dostarcza głęboki bas, walące niczym młot pneumatyczny bębny, a wszystkiemu towarzyszą gardłowe wrzaski wokalisty. Intensywny metal, którego gatunkowe części stylistyczne zostały sprawnie ze sobą zespolone, tworząc hybrydę o znacznej sile rażenia. Wkurwiony i niepoprawny politycznie decior, któremu z rebelią do twarzy. Jeśli macie ochotę na death metal inspirowany czymś w rodzaju „Harmony Corruption”, to sięgajcie bez wahania.

shub niggurath




sobota, 11 lipca 2026

Recenzja Mordhell „Nekro Desecration”

 

Mordhell

„Nekro Desecration”

Werewolf Promotion 2026

No nareszcie jest nowy Mordhell! Był czas się stęsknić, bowiem od wydania „Graveyard Fuck” minęło dobrych sześć lat, i nawet jeśli zespół w międzyczasie systematycznie dawał o sobie znać pomniejszymi wydawnictwami, to apetyt na danie główne u mnie rósł. Nie wiem, czy to kwestia sentymentu, czy po prostu uwielbienia dla surowego stylu, który dawno porzucił najbardziej (mimo wszystko) ceniony przeze mnie zespół z Norwegii, fakt jest faktem. Na „Nekro Desecration” rzuciłem się łapczywie, i zanim jeszcze usłyszałem pierwsze dźwięki wiedziałem, że ta płyta mnie rozjebie. Dorastając w latach dziewięćdziesiątych, z wypiekami na twarzy, drżącymi rękoma otwierałem kolejne paczki, w których znajomy z Bielska przysyłał przegrywki albumów będących dziś niezaprzeczalnymi filarami gatunku. Następnie słuchałem takich kamieni milowych jak „Under a Funeral Moon”, „Transilvanian Hunger”, „Burzum”, czy później splitu Emperor / Enslaved albo „Black Shining Leather” do upadłego, albo zjechania taśmy do białości. Ten vibe, ten feeling, ta szczerość i bezkompromisowość zainfekowała mnie tak mocno, że do dziś wrzucając wspomniane płyty do odtwarzacza mam gęsią skórkę. To były lata, płyty, przeżycia, doświadczenia, które nigdy nie wrócą, a które wyryły w moim sercu czarne blizny. Blizny, które otwierają się za każdym razem, gdy słyszę tak udaną kontynuację najbardziej wybitnych mistrzów, jaką na swoim nowym krążku prezentuje Mordhell. Proszę państwa, tutaj nie znajdziecie niczego poza najszczerszym, czystym kultem norweskiego black metalu z okresu jego narodzin. Szczegółowa analiza tego materiału mija się, moim zdaniem, z celem. Starczy powiedzieć, że jest to kolejny, mały pomnik dla mistrzów gatunku, wyrzeźbiony z wielką starannością o takie szczegóły jak surowość, brzmienie, oprawa graficzna, a przede wszystkim autentyczność i wierność pierwotnym wartościom. To trzydzieści pięć minut black metalu takiego, jakim gatunek ten był na samym początku, zanim się sprostytuował. A okładka tego dzieła doskonale odwzorowuje, co autorzy zrobiliby wszelkim zdrajcom ideałów (czytaj: tym, którzy „dorośli” i już się w satanistyczny przekaz nie bawią). Jebać ich, i innych pozerów! Mordhell rządzi, deptaj krzyże!

- jesusatan




Recenzja Nothingness „Godslaughter”

 

Nothingness

„Godslaughter”

Everlasting Spew Records 2026

Zagorzałych fanów death metalu zapewne ucieszy fakt, że ostatniego dnia lipca, ukaże się trzeci album tej kapeli z Minnesoty. Oczywiście nie wszystkich, bo Amerykanie kontynuują na niej swój styl, który raczej nie wpisuje się w obecne na rynku typowości. To w dalszym ciągu sękate i żylaste akordy, które wypływają z doomowej i śmierć metalowej tradycji, ale swoim ciężarem i gęstością potrafią zmęczyć. Jak już Nothingness zdążył do tego przyzwyczaić, są to dość wymagające w odbiorze aranżacje, stanowiące połączenie walcowatego kostkowania, uwierających tremolo oraz dzikich, atonalnych ataków. To jaskiniowa muzyka, której dźwięki jednak nie należą do neandertalskich, ponieważ pod płaszczykiem brutalności i momentami dzikiego charakteru, jest to sprawnie skomponowany materiał. Nothingness łamiąc utarte schematy, udowadnia, że pokryty pleśnią i czymś lepkim death metal, nie musi być zawsze taki sam. Panowie poza siermiężnym mieleniem i barbarzyńskimi uderzeniami oferują również coś jeszcze, bo w ich muzyce odnaleźć można mnóstwo pogruchotanych riffów o stale zmieniających się prędkościach oraz powykręcanych, bolesnych solówek. Te obecne na „Godslaughter” dysonanse, miażdżące galopady, zawiesiste zwolnienia w towarzystwie schizoidalnych zagrywek, kreują death metal zupełnie nieliniowy, przy którego słuchaniu nudzić się nie można. Jednakże tutejsza fuzja różnorodnych rozwiązań wraz z brudnym brzmieniem i nieokrzesanym przekazem, nie pozwala wgryźć się w ten krążek bez problemów. Warto jednak dać sobie czas albo przezwyciężyć pierwszą niechęć, aby odkryć w jego trudności kwintesencję kultu śmierci, który w tym przypadku polega na wyważonej progresji, która w gruncie rzeczy pozostaje tylko dodatkiem do szeregu mięsistych i mrocznych akordów. Angażująca płyta, która nie spodoba się każdemu.

shub niggurath




piątek, 10 lipca 2026

Recenzja Mental Funeral „II”

 

Mental Funeral

„II”

Third Eye Temple 2026

Jak miło jest wrócić z urlopu, i znaleźć w skrzynce pocztowej takie niespodzianki! Zeszłoroczne, debiutanckie demo Poznaniaków było materiałem bardzo obiecującym. Z tego też powodu zapisałem sobie nazwę zespołu w kajecie, podkreślając wężykiem na czerwono, i oczekiwałem dalszego rozwoju wydarzeń.  Długo im nie zeszło. „II” to trzy nowe kawałki, czyniące, zusammen do kupy, jakieś dwadzieścia minut muzyki. Kiedy tylko włożyłem taśmę do wysłużonego decka i wcisnąłem „play”, szlam zaczął ściekać po ścianach, a powietrze zaszło marichunaenowym dymem. Krok drugi w wykonaniu Mental Funeral to w prostej linii kontynuacja stylu, z którego panowie dali się poznać na „Demo MMXXIV”. Z tym, że muzycy chyba jeszcze bardziej natłuścili, albo raczej utuczyli, swoje kompozycje ciężarem, bo tym razem smalec niemal wylewa się z głośników. Już pierwszy numer to kandydat do najcięższego walca na krajowych jezdniach. Kawałek rozpoczynający się od bardzo powolnego riffu, gniotący zapętlonym motywem tylko po to, by pod koniec jeszcze zwolnić, jakby w rzeczonym walcu zabrakło paliwa. A my leżelibyśmy akurat pod jego przednią osią. Zero ratunku. Dalej jest podobnie. Same akordy nie są tutaj jakoś szczególnie wyszukane, co dla jednych może być plusem dodatnim (ja), a dla innych ujemnym (ci, którzy narzekają, że nic się nie dzieje jak aktor patrzy w prawo). Racja, kompozycje na „II” są z rodzaju bardzo oszczędnych, nawet na zasadzie lo-fi, gdyby taką przypiąć do funeral doom / sludge metalu. Czasem jednak w tle przewina się drobne niuanse (jak choćby siermiężna, mamiąca melodia gitarowa w „Unbreakable Curse”), czy inne pomniejsze dodatki do oklepanego schematu. Wokalnie też nie ma specjalnych fajerwerków. Facet mruczy ponurym growlem swoje kwestie, w tempie dość monotonnym, wciągającym niczym czarna dziura, nie dającym słuchaczowi szans na wyrwanie się spod owych inkantacji. Materiał ten jest niczym smoła, wlewana, zamiast wody, do gardzieli słuchacza, na podobiznę metod stosowanych przez świętą inkwizycję. Gęsty do granic możliwości, maksymalnie dociążony, konsekwentny i nieludzko niszczący. Ja pierdolę, jaki to ma tonaż! Jestem pełen podziwu dla muzyków, że potrafią niemal w każdym gatunku tworzyć dźwięki na tak wysokim poziomie (bo przecież panowie poza Mental Funeral udzielają się w kilku innych projektach). Mają talent, skurwisyny! Czuję się zmiażdżony.

- jesusatan