Wyrdstæf
„Primordial Bloodlines”
Apocalyptic Witchcraft 2026
Wyrdstæf, to już ze względu na sam koncept zespół
oryginalny. Panowie postanowili bowiem wziąć na warsztat epokę paleolitu i
mezolitu, pod kątem życia naszych przodków, przemierzających świat lodu i cudów
natury w owych nieskażonych, ale bezlitosnych warunkach. Jak się zatem
domyślacie, nie jest to typowy black, czy też death metal. Bo jeśli nawet
oparty o te dwa gatunki, to ze zdecydowaną potrzebą dodania do nich takich
epitetów jak „plemienny” czy „rytualny”. Jakiś czas temu słuchałem nowego
materiału Ch’ahom. Zbieżność, którą dostrzegam między Niemcami a Brytolami jest
taka, że oba te bandy stosują interludia, czy też przerywniki, zwał jak zwał, o
charakterze mocno trybalnym. Mroczne bębny, egzotyczne instrumenty, szamańskie
zaśpiewy, szepty i dźwięki dzikiej natury. To bardzo mocno wprowadza w
odmienny, trochę przerażający klimat. W swoich utworach Wyrdstæf stosują
natomiast znacznie szersze spektrum muzyczne niż Ch’ahom. Znajdziemy tutaj spory
wachlarz riffów, zarówno tych nawiązujących do drugiej fali black metalu, jego
bardziej współczesnej, z lekka dysonansowej odmiany, klasycznego death metalu, czy
nawet doom metalu. Podczas każdej z kompozycji mamy fragmenty brutalne, jak i
nastrojowe wyciszacze, co, poza wspomnianymi trybalnymi zaśpiewami, tworzy
naprawdę ciekawą mozaikę, mogącą faktycznie być odzwierciedleniem życia
człowieka prehistorycznego, spotykającego się z nagłym niebezpieczeństwem, by
za chwilę móc świętować nowe odkrycia i znaleziska. Co istotne, Wyrdstæf
starają się układać klocki po swojemu, przez co odniesienie ich twórczości do
jakiegokolwiek innego zespołu nie byłoby do końca wymierne. Najbliżej
jakichkolwiek porównań jestem przy ostatnim na płycie „Primordial Bloodlines”,
utworze najbardziej nastrojowym, w połowie akustycznym, a w całości śpiewanym
czystym głosem, w niektórych momentach mogącym kojarzyć się z twórczością
Sadness (acz ze sporą dozą dodatków bardziej melancholijnych, czy doomowych). Trzeba
przyznać, że propozycja Wyrdstæf to bardzo emocjonalne i oddziałujące na
wyobraźnię granie, zwłaszcza przez pryzmat wspomnianego konceptu. Całość trwa
niewiele ponad pół godziny, co pozostawia pewien niedosyt, ale chyba lepiej
tak, niż przekombinować i podać danie zbyt duże, przez co ciężkostrawne. Jeśli
szukacie czegoś nieoczywistego, proszę się częstować. Całkiem niezłe to jest.
Mam tylko jeden większy zarzut. Okładka jest chujowa.
-
jesusatan






