One Must Forget
“Pillars of Shame”
ant-zen 2026
To, że muzyk przez dłuższy czas milczy, nie znaczy,
że nic nie robi. Neithan, człowiek orkiestra, odpowiedzialny między innymi za
takie twory jak Whalesong, Nothing Has Changed, Useless, czy ostatnio
przedstawiany tu przeze mnie Lifeless Gaze, nie raczył nas swoimi projektami
przez dobrych kilka lat. Najwyraźniej się przebudził, bo po wspomnianym „Death”
serwuje kolejny, debiutancki album nowego projektu o nazwie One Must Forget. A
w zanadrzu ma jeszcze kilka innych, ale to temat mniej lub bardziej odległy.
„Pillars of Shame” to po raz kolejny muzyka do… słuchania na leżąco. Jakkolwiek
zabawnie by to nie zabrzmiało, takie są fakty. Kiedy po raz pierwszy
podchodziłem do „Pillars of Shame”, wykonując w międzyczasie inne obowiązki,
materiał ten przeleciał mi przez uszy w zasadzie niezauważony. Zapomniałem najwyraźniej
o charakterystycznym stylu autora. Dopiero kiedy wrzuciłem te nagrania na
słuchawki, kładąc się wieczorową porą do łóżka, dotarły one do mnie z pełną
mocą. W czym szkopuł? W tym, że nie jest to, po raz kolejny, muzyka łatwa. One
Must Forget to industrial / noise. W zasadzie prosty i oparty na staroszkolnych
wzorcach, bo specjalnych fajerwerków, czy awangardy tutaj nie uświadczymy. To
dwanaście kompozycji, trwających łącznie ponad pięćdziesiąt minut, budowanych
za pomocą hipnotyzujących zapętleń, przenikających się elektronicznych dźwięków
i sampli. Wokalu sensu stricte tu nie uświadczymy. Sama muzyka jest za to
niesamowicie zasysająca. Na tyle, że te pięćdziesiąt minut mija zanim zdążymy
złapać trzeci oddech. Wciąga to i pozbawia poczucia czasu niczym wahadełko
hipnotyzera, co zresztą znajduje swoje odbicie w powtarzającym się, często
pulsującym rytmie kolejnych utworów. Podobnie jak w przypadku Lifeless Gaze,
akcja toczy się na tym krążku powoli. Różnica w klimacie jest jednak znaczną.
Tutaj nie ma tego pierwiastka przerażenia, jest za to mechaniczny,
cybernetyczny chłód. To coś w rodzaju podprogowego przekazu ze strony zbuntowanych
maszyn, omamiające dźwięki mające prowadzić ludzkość na skraj upadki, coś jak
futurystyczna wersja flecisty z Hameln. Przy okazji muzyka niesamowicie
działająca na wyobraźnię i pobudzająca zmysły. Nie dla każdego, jednak ci,
którzy lubią taki mroczny trip bez zażywania narkotyków, zdecydowanie powinni
po ten album sięgnąć. Niezła schiza.
-
jesusatan






