poniedziałek, 1 czerwca 2026

Recenzja Hoc Est Bellum „Filth Majesty”

 

Hoc Est Bellum

„Filth Majesty”

Time To Kill 2026

Hoc Est Bellum (po naszemu “Tera je wojna”), to nowy narybek włoskiej Time To Kill. Panowie pochodzą z Finlandii, i dotychczas naznaczyli swój byt na scenie jedynie za sprawą wypuszczonej trzy lata temu demówki. Nie było mi dane jej poznać, jednak chętnie sięgnąłem po nowy materiał choćby z tego powodu, iż w składzie zespołu udziela się gitarnik bardzo lubianego przeze mnie Qwälen. Twór ten reklamowany jest przez label jako bezkompromisowy black metal. I takim poniekąd faktycznie jest, choć ja bym do tego opisu dorzucił jeszcze kilka dodatkowych określeń. Przede wszystkim, to niecałe pół godziny czystego napierdolu, to nie wyłącznie black metal, choć pod względem struktury poszczególnych kompozycji można przytaknąć. Rządzą tutaj raczej bezprecedensowe harmonie zbudowane na nieskomplikowanych riffach, chwilami zahaczających o inspiracje punkowe, gnające przed siebie najczęściej z prędkością grożącą zderzeniem z drzewem na zakręcie. Rzecz w tym, że… Po pierwsze – brzmienie tego materiału jest ubrane w nieco bardziej deathmetalowe szaty. Czyli coś na kształt dyskusji, czy Blasphemy (zespół kompletnie nie mający tutaj nic wspólnego muzycznie) to bardziej death czy black metal. I po drugie, Finom czasem zdarza się mocno zwolnić, jak choćby w „Serpent of the Black Pit”, a wtedy to już black metalem to nawet nie śmierdzi. Generalnie jednak „Filth Majesty” jest pewnego rodzaju szaleństwem, i trochę zajeżdżającym pijacką imprezą. Dlaczego? Bo wszystko jest tu zagrane na pełnej kurwie, poniekąd spontanicznie, ale z zachowaniem tego rock’n’rollowego feelingu. Stąd też podobieństwo do wspomnianego Qwälen aż ciśnie mi się na usta, nawet jeśli to jednak nieco odmienna twórczość. Nie dość, że sporo tu tasowania riffami, to i wokalnie nie jest zbyt jednolicie. Są rzygi, growle, ale i bardziej gutturalne „zaśpiewy”, albo wejścia wyżej. Jako całość, „Filth Majesty” jest dokładnie tym, czego lubię posłuchać przy schłodzonym browarku wieczorową porą. Muzyką na wskroś brutalną, prostą, i cholernie chwytliwą. Będącą prostolinijnym odzwierciedleniem starych dobrych czasów, kiedy metal był metalem, a nie kilkunastoma, bardziej lub mniej komercyjnymi, jego odłamami. Ten album nie zawojuje podsumowań roku. Pewnie wielu z was uzna go za przeciętny. A ja będę go słuchał jeszcze przez jakiś czas na zapętleniu. Bo według mnie jest naprawdę niezły.

- jesusatan




Recenzja Malebeste „Monestherou”

 

Malebeste

„Monestherou”

Antiq 2026

Malebeste to kwintet, który został założony na ziemi francuskiej w 2024 roku. Tamtego też lata, bo dwudziestego września nagrał jednoutworowy singiel, który ukazał się tylko w wersji digital. Po dwóch latach milczenia, Francuzi kilka dni temu wrócili ze swoim debiutanckim albumem „Monestherou”. Zawiera on dziewięć numerów w gatunku black metal, który w pełni nawiązuje do jego klasycznej formy z lat dziewięćdziesiątych. To nic nowego ani odkrywczego. Ot zbiór tradycyjnego kostkowania i tremolo, które płyną w zmiennych tempach. Od wolnych i nastrojowych bujanek, poprzez średniej gęstości zamiecie, po zaciekłe blastbeaty, które połączone w każdym kawałku w jedną całość, tworzą zmienną muzę. Do zaoferowania ma ona nieustanne zwroty akcji. Panowie dwoją się i troją, blendując wszystkie formy, tworząc z nich dość różnorakie struktury, przy których nudzić się nie można, bo oferują pomysłowe i płynne przejścia między poszczególnymi akordami. Malebeste dodatkowo zadbali także o miłośników melodyjnego ujęcia, ponieważ chwytliwości w ich kompozycjach znajduje się bez liku. Nic to dziwnego, bo kapela ta w black metal ubiera legendy związane z okolicznymi regionami, z których wywodzą się jej członkowie, a to doskonale pasuje do „historycznego” podejścia, jeżeli chodzi o ten gatunek. Zwłaszcza jeśli są to pozbawione cukierkowości harmonie, które zbytnio się nie narzucając, kreują średniowieczny i przepełniony tajemniczością klimat. Pierwszy krążek od Malebeste, to black metal, który stanowi fuzję manier francuskich i szwedzkich, chociaż w bardziej posępnych i zadzierżystych momentach, przypomina nieco i norweszczyznę. Nic oryginalnego, bo to kolejna odsłona melodyjnej diabelszczyzny, ale jej złożona konstrukcja bez trudu niejednego fana ucho nacieszy. Panowie skomponowali solidną rzecz i pomimo jej wyraźnie mainstreamowego charakteru warto dać temu materiałowi szansę na kilka odsłuchów.

shub niggurath




niedziela, 31 maja 2026

Recenzja Rotten Tomb “Vestiges of Tortured Souls”

 

Rotten Tomb

“Vestiges of Tortured Souls”

Nuclear Winter Rec. 2026

Zawsze kiedy słucham sobie wydawnictw z Ameryki Południowej, czy Środkowej, to myślę, że w tamtym zakątku świata nagrywa się tyle zajebistej muzy, z której zapewne jedynie niewielka część ma szansę przebić się do szerszego grona odbiorców. Żyje sobie tamtejszy rynek swoim życiem, a jeśli ktoś maniakalnie go nie śledzi, to o wielu wartościowych nazwach nigdy w życiu nie usłyszy. Jednym z takich przykładów jest Rotten Tomb. Chłopaki właśnie wydają swój trzeci album, i gdyby nie działo się to nakładem Nuclear Winter, tylko ichnich, lokalnych, to znów koło nosa przeszłaby mi bardzo dobra płyta. A za taką „Vestiges of Tortured Souls” uważam. Chilijczycy grają death metal. Staroszkolny, choć nie na jedno kopyto, bo bardzo udanie mieszają wpływy lat dziewięćdziesiątych, z całym bogactwem, którego dostarczyły. Usłyszycie tu zarówno blasty, jak i gniotące trzewia walce. Zajrzycie do Stanów (Incantation), ale i odwiedzicie Stary Kontynent (Gorement). Zostaniecie roztrzaskani niczym pilot kamikaze po zderzeniu z okrętem (Disma), ale i wciągnięci w niesamowity, mroczny klimat (wczesny Amorphis). Rotten Tomb zaserwują wam brutalne i agresywne riffy, ale i poczęstują niebanalną, bardziej klasyczną solówką. I to wcale nie jest żaden misz-masz, bo kompozycje na tym krążku są tak umiejętnie posklejane, pełne wspomnianych różnorodności, że co chwilę czymś zaskakują. I łączy je wspólny mianownik – oldskul do szpiku kości. No i skurwysyńsko masywne brzmienie. Naprawdę ciężko sobie wyobrazić, by metal śmierci mógł zabrzmieć lepiej. Selektywnie, a zarazem bardzo organicznie, niczym wykopany z kapsuły czasu zapomniany klejnot sprzed niemal czterech dekad. Można tutaj chwalić wszystko. Od wokalu, głębokiego i demonicznego, przez melodyjne, a zarazem niszczycielskie partie gitar, doskonałą sekcję rytmiczną, i niebanalne, choć przecież oparte na sprawdzonych wzorcach aranże. Tego albumu słucha się na od A do Z na podniesionym ciśnieniu, a jak kto bardziej nostalgiczny, to i łezka w oku może się zakręcić. Nie będę zatem się rozpisywał, bo i nie ma po co. Lepiej siąść do „Vestiges of Tortured Souls” i samemu, nausznie, dokonywać dysekcji, bo naprawdę jest tu czego słuchać. Bardzo dobra płyta, ale o tym mówiłem już na wstępie.

- jesusatan




Recenzja Phoschydeux „4 Days of Bliss in Hell”

 

Phoschydeux

„4 Days of Bliss in Hell”

I, Voidhanger Records 2026

To kapela nowa. Pochodzi z Węgier i jak twierdzi notka informacyjna od wydawcy, składa się z członków death i black metalowych zespołów tamtejszej sceny. W ramach tego projektu ci czterej panowie grają muzykę odmienną od metalurgicznych tonów, ale nie znów tak odległą. Internetowe źródła określają granie tego kwartetu jako doom-stoner, ale jest to bardzo duże uproszczenie. Owszem, elementy właściwe dla tego gatunku u Phoschydeux występują, ale trzonem tutaj jest ciężki, narkotyczny blues i brudny hard rock, które razem do spóły z tymi wyżej wymienionymi, gęściejszymi formami robią niemałą robotę, kreując mroczną oraz psychodeliczną muzę. Twórczość Węgrów można by nazwać wypadkową Danzig, The Doors z domieszką dusznego, pustynnego stonera, lecz nie zabiera ona w upiorne, pejotlowe podróże ani nie przenosi do beztroskiego świata dzieci kwiatów. To ponura muzyka z szarych, miejskich dzielnic wypełnionych uzależnieniami i straconymi nadziejami, depresją i przemocą. Przez cały swój debiutancki album, Phoschydeux kreuje dekadencki obraz rzeczywistości. Robi to za pomocą zgiełkliwej gitary, z której wydobywają się transowe melodie, a wspomaga ją dudniący bas i przysadzista perkusja. Sekcja rytmiczna skutecznie zagęszcza, wijące się i falujące w otumaniającym tańcu akordy, podbijając przytłaczającą atmosferę „4 Days of Bliss in Hell”, która stanowi doskonałe tło dla bolesnych tekstów. Odpowiedzialny tutaj za mikrofon Jim Jones, wyśpiewuje je używając fantastycznych wokaliz, podkreślających dramatyzm i niewygodną prawdziwość słów. Cóż, pierwszy krążek Phoschydeux jest muzyką, która nie wszystkim przypadnie do gustu, ale warto po nią sięgnąć, ponieważ to czysty mrok, stworzony z psychoaktywnych składników. Tym razem nie jest związany z czymś metafizycznym, lecz dotyczy ludzkości i jej codziennych problemów. Przedstawiony poprzez sugestywną i niezwykle emocjonalną muzykę, z którą warto się zapoznać.

shub niggurath




Recenzja Fournier „Fournier”

 

Fournier

„Fournier”

Caligari Rec. 2026

Ciekaw jestem, ile z was potrafiłoby odczytać nazwę zespołu, gdybym wrzucił tu jedynie okładkę, bez podpisu. Ja bym pewnie poległ już na pierwszej literce. To jednak nie jedyna zagadka. Z tego, co można wyczytać w Encyklopedii, w zespole figuruje człowiek, niejaki Lepper (ale nie Andrzej, tylko Jef, tak, przez jedno „f”), który obsługuje bas oraz perkusję, choć zgaduję, że nie jednocześnie, oraz pan Quintin, który… chuj wie, co w zespole robi. Może po prostu zapierdala chłopakom po fajki i browary podczas prób. No ale dość tych ciekawostek przyrodniczych. „Fournier” to debiutanckie demo zespołu, zawierające cztery kompozycje zamykające się w niecałych dwudziestu minutach. Mimo iż panowie z Zelandii pochodzą Nowej, to żadnych lądów muzycznych bynajmniej nie odkrywają. Grają sobie za to death metal. A jaki death metal, zapewne zapytacie. A taki, którego głównym filarem mógłby być Morbid Angel z okresu literki „F”, choć chwilami zdarza się, że panowie zerkną też bardziej w kierunku początku alfabetu. Kompozycje Fournier cechuje na pewno mocny, brutalny riff oraz płynący z kompozycji ciężar. Chwilami można poczuć się, jakby przejeżdżał po nas co najmniej spychacz, z rytmicznie trajkoczącym silnikiem, ale… Fournier niezaprzeczalnie stronią od jednolitości. Weźmy na warsztat taki „Supreme Ornaments”, bo ten utwór mógłby chyba dobrym reprezentantem całości. Początek trochę przypominający Death (zresztą dziedzictwo Chucka pojawia się nie tylko tu), wyczekiwacz na jedną gitarę, wejście taranem w stylu „Rapture”, trochę klasyki na d-beacie, przyspieszenie, nagły hamulec i ponownie Morbid Angel w średnim tempie z szybkimi centralami. Pod koniec zwolnienie z delikatniejszą melodią i wystukującą jakby „swoje” rytmy perkusją. W międzyczasie oczywiście głębokie growle, takie z gatunku mniej czytelnych. Ale jak już o perkusji wspomniałem, to podoba mi się co robi ten facet, bo jego styl gry nie jest do końca typowy i czasem można wyłapać niezłe patenty w jego wykonaniu. Niezłe wrażenie robią też wioślarze, niejednokrotnie łamiąc rytm, albo płynnie przechodząc z riffu w riff. Poza brutalizą, potrafią też troszkę zakręcić, na tyle, że przez sekundę może pojawić się w głowie myśl pod tytułem „Obscura” (mi mignęła w drugiej połowie „An Angel With a Bullet”). Demo kończy mroczny odprowadzacz, zresztą w tym samym tonie co „wprowadzacz”, dzięki czemu materiał zyskuje swoistą otoczkę. No i co? No i to, że Fournier nagrali bardzo dobre demo, w staroszkolnym klimacie, o staroszkolnym brzmieniu i naturze, łącząc ze sobą wpływy z nie tylko jednego garnka. Mi się podoba.

- jesusatan




Recenzja Midnight Odyssey „A Mass of Fallen Stars-Live in Toulon”

 

Midnight Odyssey

„A Mass of Fallen Stars-Live in Toulon”

I, Voidhanger Records 2026

Jeśli są tutaj fani symfonicznego black metalu w wykonaniu Midnight Odyssey, to z pewnością będą zainteresowani tym, że piętnastego maja, wytwórnia I, Voidhanger Records wypuściła koncertówkę tego australijskiego projektu. To oczywiście aranżacje z wszędobylską obecnością klawiszy, które wraz z innymi instrumentami, kreują melancholijny klimat, osiągnięty za pomocą klasycznego kostkowania i tremolo. Klimat, który wraz z sesyjnymi muzykami odpowiedzialny za ten akt Dis Pater, postanowił oddać na scenie. Cóż, jest średnio i nie wiem, czy był sens to rejestrować i wydawać, ale nic mi do tego, bo kasa nie moja. Brzmi to słabo. Bębny niesamowicie dudnią, klawisze dobiegają jakby z oddali, gitary chwilami zanikają, a wokalista tęsknie zawodzi, momentami skrzecząc jak zdychająca wrona. Całość trwa godzinę i dziesięć minut, co było dla mnie katuszą straszną, zwłaszcza że nie gustuję w „bajkowym” black metalu, który niekiedy kieruje swoje kroki w doomowe rejony i próbuje mnie zarazić natchnionym i depresyjnym graniem, któremu okresowo towarzyszy ckliwe nucenie. Ja się nie dam, ale wielbiciele tego ujęcia jak i tej kapeli, z którą spotkałem się przy okazji zrecenzowania epki „Closer to the Sky”, która zupełnie mnie nie przekonała, na pewno będą zachwyceni możliwością posłuchania Midnight Odyssey „na żywo” za pośrednictwem „A Mass of Fallen Stars-Live In Toulon”. Dla mnie pozycja bezcelowa i za słabo zarejestrowana, aby móc cieszyć się koncertem, nawet jeśli płynie on z nośnika.

shub niggurath




piątek, 29 maja 2026

Recenzja Louder „Devil's Night”

 

Louder

„Devil's Night”

Fighter Rec. 2026

Był już jakiś Venom z Kolumbii? Nie? No to już jest. Oczywiście upraszczam, choć po włączeniu tej płyty od razu skojarzenia miałem jednoznaczne. No ale po kolei. Panowie z Madellin po raz pierwszy zaznaczyli swoją obecność na scenie za sprawą wydanej rok temu demówki „Raw-Hell-Sal at Devil’s Crypt”, co wyraźnie sugeruje, iż były to nagrania z próby, na setkę. Poza czterema utworami, które także znalazły się na „Devil’s Night”, mieliśmy tam covery Razor oraz Violent Force. Debiutancki album zawiera jeszcze cztery nowe numery, tym razem bez coveru. Chyba że za takowe uznamy wszystkie umieszczone na tym płytągu piosenki, bo te nagrania to jeden wielki hołd dla klasyków gatunku. Kolumbijczycy grają metal prawdziwy, taki z krwi i kości. Gdybym chciał być maksymalnie prostolinijnym, powiedziałbym, że ich radosna twórczość to wypadkowa między wspomnianym Venom, Motörhead a Onslaught. Że jest to „twórczość radosna”? No kurwa! Tutaj każdy kawałek to taneczny, koncertowy killer, przy którym maniakom grania z lat osiemdziesiątych micha ucieszy się niczym Burkowi na widok kości. Perkusyjnie jest tu prosto do bólu. W zasadzie można by nagrać kilka sampli, głównie na d-beacie, a potem posklejać je komputerowo, i wszystko by się zgadzało. Linie gitarowe są z kolei tak diabelnie chwytliwe, że przed oczami rysuje się obraz dwóch stojących na scenie kolesi z wielkim uśmiechem na twarzy, oraz stukającego swoje, przygarbionego perkusisty z rozwianymi od wiatraka włosami. A jeśli dodam, że całość układanki uzupełniają teksty na wskroś „metalowe”, klasyczne… No dla przykładu kilka tytułów: „Satan’s Bitch”, „Hellish Rock’n’Roll”, „Heavy Metal Nights”, „Louder Than Hell”. Macie jeszcze pytania? Czy ten album ma zatem jakieś wady? Cóż, jeśli za taką można uznać szablonowość i powtarzalność, to tak. W zasadzie wszystkie kawałki na tej płycie są niemal identyczne. Co prawda, trwa ona zaledwie pół godziny, więc jednorazowa dawka jest niczym lodowata wódeczka na spragnione gardełko, ale przedawkowanie może spowodować efekt tożsamy z przedawkowaniem ognistej wody właśnie. Zatem posłuchać można, nawet kilka razy (niekoniecznie z rzędu), ale na pewno nie jest to płyta, która na stałe zapisze się w annałach speed metalu. Jest za to na pewno wartościowym hołdem dla klasyków starego grania. I mi to styka.

- jesusatan