czwartek, 21 maja 2026

Recenzja Mirror of the Void “The Torments of Enslavement by One's Self”

 

Mirror of the Void

“The Torments of Enslavement by One's Self”

Lower Silesian Stronghold 2026

Kurcze, kolejna EP-ka? Szczerze mówiąc, to liczyłem na drugiego pełniaka, bo Mirror of the Void bardzo szybko stał się jednym z tworów, którego muzyki wyczekuję z wielką niecierpliwością. Głównie dlatego, że ich black metal bardzo zgrabnie wpisuje się w pojęcie eksperymentu, a jednocześnie nie jest tworem ani hipsterskim, ani przesadnie przekombinowanym. Dziwnym! To już prędzej. Absorbującym, pokręconym, objechanym – jak najbardziej. „The Torments of Enslavement of One’s Self” jest jakby kontynuacją pomysłów z „Ephemeral Mirage”. To nadal nieszablonowa mozaika klasycznego black metalu z okresu drugiej fali z… narkotykami i przestrzenią pozaziemską. Tak to chyba najłatwiej określić. Nowe wydawnictwo to, podobnie jak poprzednie, cztery kompozycje. I tu od razu zaznaczę, iż cieszy mnie fakt, że panowie wsłuchali się w mój postulat, podtrzymując tradycję i śpiewając, w tym przypadku aż dwa utwory po naszemu. Tym razem, mimo iż wokalom Nacheshetriona nic nie brakuje, bo są szorstkie i opętane jak zawsze, zdaje mi się, że nieco utonęły one w miksie. Chyba że taki był zamysł twórców, aby wybrzmiewały niczym z nie do końca otwartego portalu prowadzącego w inny wymiar. Zresztą same aranże są tutaj mocno kosmiczne. Poza surowym black metalem, sporo w nich industrialu i elektroniki (acz przyznać trzeba, że raczej w minimalistycznym wydaniu). Podobnie jak w przypadku wspomnianej „Ephemeral Mirage” nowe kompozycje najsilniej kojarzą mi się chyba z Yerusalem. Głównie przez często goszczący na nich mechaniczny beat i wspomniane syntezatorowe efekty. Co do owego beatu, to zastanawiam się, co w składzie zespołu robi Diabolizer. W sensie – gra, czy programuje, bo partie perkusji brzmią na tych nagraniach bardzo mechanicznie, zupełnie jak automat. Przez chwilę też przyszło mi na myśl porównanie do Mysticum, lecz w przypadku Mirror of the Void byłaby to wersja zdecydowanie bardziej uboższa i z cztery razy wolniejsza. Choć tytuł „Black Magic Mushrooms” pasowałby jako opis twórczości naszych rodaków niemal idealnie. Można gdybać, porównywać, ale jedno jest niepodważalnym faktem. Mirror of the Void wykreowali swoje własne, rozpoznawalne oblicze. Oblicze, które mi się cholernie podoba, i na pewno jest pewną odmiennością na współczesnej scenie blackmetalowej, nie tylko w naszym kraju. Bardzo mocno polecam, zwłaszcza tym, którzy zespołu jeszcze nie mieli okazji poznać.

- jesusatan




środa, 20 maja 2026

Recenzja Arroganz „Death Doom Punks”

 

Arroganz

„Death Doom Punks”

Testimony Records 2026

Arroganz to kapela z Niemiec, która nagrywa muzykę od 2008 roku, a „Death Doom Punks” to już ich siódmy album. Nigdy się z nimi nie zetknąłem, ale nigdy nie jest za późno i nawet jestem z tego pierwszego spotkania kontent, bo panowie napierdalają całkiem niezły death metal z małą domieszką skandynawskiej diabelszczyzny wiadomego okresu. Objawia się ona wtedy, gdy gitary wchodzą na wyższe rejestry, rozcinając śmierć metalowy monolit muzyki Arroganz zimnymi i uwierającymi tremolo. Jednakże fundamentem tutejszych, dziewięciu utworów, jest duszny i gęsty death metal, który płynie w średnich i nieco przyspieszonych tempach, atakując zwartymi strukturami. Strukturami, w których oprócz klasycznych akordów pojawia się bogata gama ornamentalnych zagrywek oraz dysonansowych zjazdów. Wszystko do kupy robi niemałą robotę, bo generuje kleistą fakturę o mrocznej atmosferze, którą podsycają nieprzyjazne growle. Muzyka od tego tria potrafi także zejść nisko, zamieniając death metalowe akordy w wolno pełzające, ciężkie riffy, które okresowo kierują metal od Arroganz w doomowe rejony, krusząc przy tym kości z dużą siłą. Całość została wykreowana na gitarach o miażdżącym brzmieniu, potężnych liniach basu i druzgoczącej perkusji. Produkcja jest klarowna, ale materiał ten przysypano trochę „kurzem”, co spowodowało, że przypomina głęboko podziemne nagrania, a to wraz z niezwykłą klimatycznością podbiło jego atrakcyjność. Brutalny i momentami upiorny death metal, oparty na sękatych akordach, które chwilami zaskakują progresywnymi i pełnymi różnych niuansów rozwiązaniami. Gniecie, buja i przestrasza bez wysiłku, a i szczególnego groove’u mu nie brakuje. Tradycyjny, ale zawierający również elementy współczesności decior, który roztacza wokół siebie aurę tajemniczości.

shub niggurath




A review of Shewolff “We're All Gonna Fukkin' Die”

 

Shewolff

“We're All Gonna Fukkin' Die”

Dying Victims Prod. 2026

 


This album didn’t stand a chance with me in the beginning. Because, first of all, I can’t stand vampire themes. I don’t know, they’ve always seemed more cliché to me than zombies or other undead creatures. Secondly, a woman in metal, especially a female vocalist, is ninety percent of the time knockoff, or at best a cheap provocation. So why did I play this EP at all? Because I liked the title. Seemingly obvious, but reeking of punk from a mile away. And after just a few tracks, I got smacked in the face for my audacity with such dance-inducing black/punk that I was blown away. Shewolff’s music is banal, formulaic, and predictable. With your eyes closed, you can tell that there’s going to be a slight slowdown in a moment, followed by another rhythmic burst, that there will come a d-beat, and that the vocals will be shouted in a classic, aggressive way. Holy shit, how many bands have played this way over the decades, how many have copied tried-and-true formulas… But not every band could so perfectly imbue that hackneyed formula with the right feeling and melody. Because there’s no shortage of melody on “We’re All Gonna Fukkin’ Die.” Nor is there a lack of fire, that sense that the musicians recorded songs that were singing in their souls. And even the Transylvanian interludes, or the horror-movie samples, which serve here as a sort of ornament, a delicately applied addition, don’t disrupt my perception of the whole. On the contrary, they add a touch of genuine mystique to these compositions. And as for Ms. K. von Shewolff’s vocals, I’ll say just one thing. The chick screams her lungs out with incredible passion. And even if you can tell it’s a woman, it doesn’t bother me at all, in fact, I’d count her among those who really know how to scream in metal. This EP is a fantastic listen. One moment it sounds like Wolfpack, the next like Motörhead (the bass intro to the title track), total classics. Let me tell you, these twenty-five minutes are a total black-punk blast, material you can’t miss, and you must have it on your shelf.  I have nothing more to add.

- jesusatan




Recenzja Godless „Adversus Parousia”

 

Godless

„Adversus Parousia”

Nuclear Winter Records (2026)

Chilijski Godless zaistniał w moim metalowym światku bardzo dawno temu, gdy kupiłem w ciemno w Old Temple ich debiutancki album, skuszony fajną okładkę. Wtedy jeszcze nie kierowałem się zasadą, że Chile = jakościowy death metal, ale zakupiony wówczas „Ecce Homo...”, będący ich debiutem był bardzo solidną pozycją, z klasycznym metalem śmierci. Nic wybitnego i oryginalnego, ale wrażenia po sobie zostawiał pozytywne. Tamtego albumu już dawno w swoich zbiorach nie mam, o istnieniu Godless zapomniałem, a tymczasem grecka oficyna Nuclear Winter Records właśnie wydaje drugi album ekipy z antypodów. Szesnaście lat to całkiem długa przerwa pomiędzy albumem nr 1 i albumem nr 2 i szczerze mówiąc nie sądzę, aby grono wyczekujących nowej propozycji Bezbożnych było liczne. Nie zmienia to faktu, że „Adversus Parousia” to po raz kolejny porcja dobrego, sprawnie zagranego death metalu, mocno osadzonego w tradycji. Jeśli lubicie Morbid Angel i Incantation to najnowszy wypust bohaterów niniejszej recenzji będzie płytą dla Was. Oczywiście nie jest to poziom ani pierwszych ani drugich, ale dostaliśmy album dobry, zagrany z polotem, który czerpie garściami ze spuścizny pionierów niespecjalnie próbując się wychylać poza ten schemat. Wszystkie patenty, które tu usłyszycie zapewne słyszeliście już setki razy w lepszym i gorszym wydaniu, ale niniejsza propozycja podania jest naprawdę OK. Taki bardzo solidny schabowy – nie wybitny, ale nie zleżały w bemarze i odparowywany po raz trzeci. Materiał brzmi tłusto, masywnie, riffy kiedy trzeba gniotą, zwolnienia są znane i lubiane, bo oparte na sprawdzonych formułach, tak jak i szybsze partie. Można mieć trochę poczucie niedosytu słuchając „Adversus Parousia”, bo słychać tu możliwości i potencjał na więcej. Ten długograj zachowawczy chyba trochę na wyrost, bo to co tu jest nagrane jest na tyle dobre  daje pole na rozszerzenie horyzontów i trochę odważniejszych i bardziej szalonych pomysłów, a tak jest jak jest. Godless nagrał dobry album, tylko tyle i aż tyle. Każdy z Was musi sobie odpowiedzieć na pytanie czy potrzebuje posiadać ten materiał na nośniku, czy wystarczy mu przesłuchać to co już słyszał wielokrotnie. Prawda też jest taka, że jeśli tej płyty nie przesłuchacie, to świat się nie zawali i nie stracicie czegoś szczególnie wartościowego. Jeśli jednak poświęcicie temu krążkowi trochę czasu nie będzie to czas stracony.

                                                                                                                 Harlequin


wtorek, 19 maja 2026

Recenzja Baalzagoth „No God No Savior”

 

Baalzagoth

„No God No Savior”

Putrid Cult 2026

Cztery lata minęły od chwili, kiedy to na rynku ukazał się debiutancki krążek Baalzagoth. Nie narobił co prawda wielkiego zamieszania, ale jednak wyraźnie zaznaczył obecność nowego tworu na polskiej scenie deathmetalowej. Po zmianie wydawcy, panowie wracają z krążkiem numer dwa, o tytule bardzo wymownym. Nie od dziś bowiem wiadomo, że Pana Boszka to te chłopaki niezbyt kochają, czemu dają wyraz w swoich, dość bezpośrednich lirykach. Co przynosi nowy materiał? Poniekąd to samo, co poprzedni. Nie wiem jak wy, ale ja się przełomowych zmian nie spodziewałem. Oczekiwałem natomiast kolejnego, bardzo solidnego krążka, i taki faktycznie otrzymałem. Przede wszystkim, co najistotniejsze, poziom muzyczny został utrzymany, a może nawet nieco podniesiony. Jak wspomniałem, stylistycznie jest tu podobnie jak na debiucie. „No God No Savior” to materiał bardzo… polski. Można w zasadzie powiedzieć, że to granie z naszego rodzimego podwórka z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Przemawia za tym nie tylko brzmienie, które wtedy zaczęło przybierać nieco bardziej skomputeryzowaną, wyczyszczoną z tego pierwotnego brudu formę, jednak nadal masywne i posiadające odpowiednie pierdolnięcie, jak i sam sposób komponowania. Kto wsłucha się w riffy, usłyszy tu bardzo silne nawiązania do Vader, Decapitated, Dies Irae czy Yattering. A to na pewno znaczy jedno – riffów tutaj nikt nie udaje, nie wciska słuchaczowi kitu, że „oto następuje moment wyczekiwania”, tylko tnie po strunach, może i dość prosto (przez co chwilami wkradają się tu także wątki niemal blackmetalowe, jak choćby w zaśpiewanym po naszemu „Codex Asmodei”), ale bardzo intensywnie. Podobnie zresztą jak sekcja rytmiczna, bardzo wyraźna, chwilami nawet sprawiająca wrażenie striggerowanej, za to nie wybijającej koślawych schematów, tylko niejednokrotnie wtrącająca jakieś dodatki do podstawowego rytmu. A i gitarowych solówek nie zabrakło. Do poziomu dostosowuje się także śpiewak, wypluwający słowa może i o barwie klasycznej, ale za to w formie równie ofensywnej co sama muzyka. Jest na tym krążku też kilka momentów zaskakujących. Jednym z nich jest otwarcie „Excommunitatus ab Humanitate”. Przez kilka sekund dałbym się zabić, że to cover Slayer (każdy kto posłucha, bankowo domyśli się, którego kawałka). Inną, choć już mniej pozytywną wrzutką jest akustyczny „Auto-Da-Fe” w drugiej połowie płyty. Nie wiem po co to komu, bo tylko wytrąca z rytmu. Mimo to, te niemal czterdzieści minut to bardzo konkretny, stary death metal na odpowiednim poziomie, którego słucha się bez ziewania, i który ma potencjał, by wielu maniakom przypaść do gustu.

- jesusatan




Recenzja Deathstorm „Cascophonies”

 

Deathstorm

„Cascophonies”

Dying Victims Productions 2026

W tym przypadku chodzi o austriacki Deathstorm, będący tercetem, który napierdala thrash metal od 2010 roku. Panowie po sześciu latach niebytu wracają z piątym albumem, który zawiera dziewięć numerów bolesnego biczowania. Gdyby Chrystus przyjął takie batożenie, to do ukrzyżowania by nie dożył. Austriacy nie pierdolą się w tańcu i nakurwiają w stylu lat osiemdziesiątych, hołdując spuściźnie tego okresu na całego. Wszystko ubierają w nieco cięższe brzmienie, które jest niczym dolegliwość odczuwana podczas tarcia zębami o krawężnik. Reszta to już zwyczajowe kostkowanie, które płynie w zmiennych tempach, nie szczędząc razów przyjmowanych na kark. Świetne palm mutingi, ostre jak brzytwa akordy w średniej agogice i jebitne przyspieszenia, które urywają łeb razem z płucami. Deathstorm dodaje do tego sporo klasycznych solówek, agresywnych, kakofonicznych uderzeń i wściekłych wokaliz. Całość leci w ciągle zmieniających się tempach oraz rytmice i nigdy nie możemy być pewni, co za chwilę się wydarzy. To teutoński thrash z małą domieszką manier zza wielkiej wody, który jest dziki jak cholera. Słuchając „Cascophonies” można złapać zadyszki lub nabawić się arytmii, bo to trio nie ma litości, uderzając coraz to mocniej i mocniej. Nawet mozolne zwolnienia nie dają wytchnienia, bo ich energia jest tak duża, że głowa mała, a strzeliste sola, kalecząc bębenki wpadają do czaszki, robiąc sieczkę z mózgu. Kurwa! Mocna płyta, przezajebisty thrash metal wysmażyli Austriacy razem z Dying Victims. Energetyczna muza o fakturze papieru ściernego, które bije precyzyjnie, ale też i z finezją, zapodając sporo chwytliwych momentów. Nieokiełznane szaleństwo, wydawałoby się, że zagrane na odlew, lecz to mylne wrażenie, gdyż ci muzycy doskonale wiedzą z czym się mierzą i co chcą osiągnąć. Cudownie tnące gitary, wycofany bas i perkusja, która napędza tą rzeźniczą machinę, której brud i ostrość podbijają zdarte wokalizy. Oldskulowy thrash, który oprócz wpierdolu zsyła również pokaźną dawkę mroku. Mroku, który wydobywając się z instrumentów i gardła Deathstorm, niszczy doszczętnie. Wydawnictwo, które na długo zapadnie w waszą pamięć, ponieważ to nie tylko thrash metal. To thrash metal totalny. Wypełniony pasją i ogromnym wkurwem. Jak mniemam, na skalę dotąd nie spotykaną. Musicie sprawdzić, bez dwóch zdań.

shub niggurath




 

niedziela, 17 maja 2026

Recenzja SAĦĦAR „Migja ta Mohh Mignun”

 

SAĦĦAR

„Migja ta Mohh Mignun”

Time To Kill Rec. 2026

Kurka wodna, już myślałem, że oto wyłowiłem jakiś nieoszlifowany, w dodatku egzotyczny diament. Choć bardziej, precyzując, miałem na to nadzieję. Zespół pochodzi z Malty, i już sama pisownia jego nazwy wydała mi się intrygująca. Dodatkowo tytuł, bynajmniej nie po angielsku, ani w żadnym innym znanym mi języku. Pewnikiem maltańskim. No i jeszcze info, że jest to black metal. Ech, nie wiem, co sobie wyobrażałem, ale moje emocje szybko opadły. Bo, po pierwsze, żadna to nowość na scenie. Odpowiedzialny za Sahhar pan Marton tworzy pod rzeczonym szyldem już równe dwie dekady, i materiałów zdążył wypuścić bez liku. Starczy wspomnieć, iż „Migja ta Mohh Mignun” to już siódmy pełniak projektu. Dość długi, bowiem całość trwa, z bonusami, ponad pięćdziesiąt minut. Szczerze, to mi styknęłaby wersja podstawowa, dziesięć minut krótsza. Chyba dlatego, że płyta  jest strasznie rozwleczona i cholernie nijaka. Faktycznie, największą zawartość tego krążka stanowi black metal. Trochę skandynawski, trochę grecki, taki w sumie misz masz w różnorodnej szybkości. Bo raz wchodzimy na wysokie obroty (to rzadziej), by zaraz potem zwolnić, nierzadko niemal do tempa spacerowego. Największą wadą tego blackmetalowego oblicza jest jego banalność. Wszystkie riffy wychodzące spod palców muzyka są na wskroś oklepane, nijakie, kompletnie nie wciągające, pozbawione agresji czy jakiejś specjalnie jadowitej melodii. Żeby jeszcze klimat był, ale też nic mnie tu nie jest w stanie oczarować. Zdaje mi się, że jest to takie granie dla grania, z którego nic nie wynika, bo jednym uchem akordy wpadają, a drugim zaraz wylatują, nie pozostawiając w środku kompletnie nic. W drugiej części albumu muzyk jeszcze bardziej zwalnia, wchodząc (w „Ftakar Fija!”) w rejony sludge’owe. I ponownie, harmonie jego pomysłu… nie są do końca harmoniami jego pomysłu. Bo podobnych, nawet nie będąc przesadnym fanem gatunku, słyszałem od cholery i jeszcze trochę. Można powiedzieć, że są to riffy podstawowe dla każdego adepta, na zasadzie motywu z „Smoke on the water”. Jedyną ciekawą rzeczą są tutaj deklamacje we wspomnianym maltańskim. Nawet jeśli nic z tego nie rozumiem, to brzmią rzeczywiście dość rytualnie. No ale co z tego, skoro do końca płyty mamy jeszcze trzy numery, i ciągną się one jak flaki z olejem. Nawet brzmienie tych nagrań jest słabe. Stopy trykają w stylistyce thrashowej, a gitary pozbawione są ciężaru / chłodu (niepotrzebne skreślić, w zależności, czy chcielibyśmy bardziej po death czy blackmetalowemu). Jest to mizerne, i sam nie wiem, czy muzyk chciał bardziej na surowo, czy może zapomniał swojego oręża odpowiednio naostrzyć. Kompletnie nie podeszła mi ta płyta, i jeśli miałbym ją komukolwiek polecić, to chyba jedynie poszukiwaczom geograficznych ciekawostek. Straszna nuda.

- jesusatan