Morgue po raz szósty. A piąty po reaktywacji w dwa
tysiące dwunastym. Nie jest to może intensywność wydawnicza powalająca na
podłogę, ale przyznać trzeba, że przynajmniej trzy ostatnie krążki wychodzą
wyjątkowo regularnie. To pewnie było zapisane drobnym druczkiem w kontrakcie z
Godz ov War, bo Grzesiek to podstępny, stary lis. Jak by jednak nie było,
trzeba bez krzyżowania palców za plecami przyznać, że wydawnictwa pod szyldem
naszego labelu należą do bardzo udanych. I natychmiast dodać, że trzymają
poziom, choć są w zasadzie każde się od siebie różni. Nie wiem czy Francuzi znaleźli
jakiś złoty środek, czy taki właśnie ukształtowali sobie, nieco kameleonowy
styl, ale mieszanie gatunków wychodzi im od sześciu lat wyjątkowo udanie. Nowy
album nie da się sklasyfikować ściśle gatunkowo. Można natomiast powiedzieć o
nim jedno. Jest brutalny. Tylko że owa brutalność niejedno ma tu oblicze. Bo,
owszem, usłyszymy na tym krążku zaległe, sięgające początków istnienia Morgue
elementy grindowe, przejedziemy się deathmetalowym rollercoasterem (a bo to raz
bardziej technicznie, gdzie indziej prosto w mordę), ale przemierzymy też pokryte
śniegiem górskie szczyty skandynawskie. Podczas owej podróży będziemy mieli
okazję pomachać sobie rytmicznie owłosieniem głowowym, potupać nóżką niczym
stary dziad na koncercie, co to chciałby ruszyć w tan, ale już reumatyzm nie
pozwala, albo pomachać w powietrzu zaciśniętą piąstką, że tam niby się komuś
odgrażamy. „Herald the Dawn” zawiera tyleż brutalizy co i chwytliwej melodii.
Nie sposób bowiem zarzucić tym kompozycjom, że są po prostu wpadające w ucho.
Oczywiście, żeby sprawa była jasna, nie mówimy tutaj o In Flames czy jakichś
groove metalach, tylko o melodii mającej swój odpowiedni ciężar wagowy. Zresztą
mamy jej w tych ośmiu kompozycjach kilka odłamów, od amerykańskiej po francuską
czy nawet islandzką. Niby przez trzydzieści pięć minut nie znajdziecie na tym
wydawnictwie nowych środków, a mimo to „Herald the Dawn” brzmi świeżo,
intensywnie, na swój sposób oryginalnie. Dzięki temu słucha się go bardzo
dobrze, lepiej, jeszcze lepiej, przy kolejnych odsłuchach. Pod względem
brzmienia nie będę się produkował, bo w przypadku tego bandu jest to sprawa
wiadoma. Wszystko cyka tu prawilnie, jak cykać powinno. Zresztą panowie
zaznaczyli, iż żadne poprawki na pierwotną wersję nagrań nie zostały nanoszone,
zatem możecie sobie wyobrazić jak organicznie to chodzi. Dobry album. Jak komuś
podeszły przynajmniej poprzednie dwa, to ten może kupować w ciemno.
Lydiga pochodzi z Meksyku i poza
paroma singlami w wersji digital, na swoim koncie posiada tą epkę, wydaną w
grudniu roku poprzedniego przez Iron Blood and Death Corporation. Materiał w
końcu dotarł do Polski więc kilka słów o nim wypada napisać. To sześć kawałków
atmosferycznego black metalu w ujęciu raw. Nie znaczy to jednak, że Meksykanie
raczą nastrojową wersją tego gatunku, serwując melancholijne, depresyjne bądź
baśniowe akordy, podsycone klawiszowym podkładem. Jeżeli o syntezatory i akordy
chodzi, to są one oczywiście tutaj obecne, lecz ich forma jest zgoła inna,
bowiem to piwniczne lub jaskiniowe dźwięki posłużyły Lydiga do wykreowania
„Bound to the Doomed Reign”. Meksykanie grają na wysoko nastrojonych gitarach,
którym akompaniuje wycofana sekcja rytmiczna i elektroniczne pasaże. Całość
obdarzona jest surowym brzmieniem, tak żeby sprawiała wrażenie, że muzyka
dochodzi do nas jakby z katakumb, co potęgują upiorne i wsparte pogłosem
wokalizy. To posępna i przesiąknięta złem gędźba, która liryzmem i nostalgią
nie zachwyca, ponieważ królują w niej mroczne i złowieszcze riffy, którewraz z
lodowatymi tremolo swoją przyswajalnością nie rozpieszczają. Płyną one w
spokojnych, wręcz jednostajnych tempach, hipnotyzując i z cierpliwością
infekując odbiorców, którzy wiedzeni, sączącymi się z tego krążka nutami, brną
za nimi w pozbawioną światła otchłań. Muzyka Lydiga to surowy black metal o
klimatycznym usposobieniu, lecz w odróżnieniu od zwyczajowego, szerzej znanego,
atmosferycznego ujęcia, jest on skrajnie mizantropijny i przytłaczający. Jego
zdeformowane przez szumy i wysokie rejestry brzmienie, bez trudu przyciągnie do
siebie fanów podziemia, do którego wielbiciele mainstreamu nigdy wejść nie
zdołają.
The Lovecraft Sextet to twór teoretycznie leżący
poza moim zasięgiem zainteresowań. Teoretycznie, bowiem jeśli ktoś uważny,
spostrzeże, że ów projekt Jasona Köhnena pojawiał się uprzednio na Apocalyptic Rites
już dwukrotnie, i zawsze oceniany był przeze mnie w samych superlatywach. No
ale jakże mogłoby być inaczej, skoro facet, nawet stosując niekonwencjonalne
środki, trafia mnie w czuły punkt. Projekt ten jest o tyle ciekawy, że za
każdym razem swoje wydawnictwa opiera o konkretną inspirację. I tak, był już Psalm
51, opowieści H.P. Lovecrafta, czy stare kino. Tym razem nadszedł czas na czerpanie
pomysłów z obrazu. A konkretnie siedemnastowiecznego malowidła Jana de Baena,
przedstawiającego zmasakrowana ciała braci De Witt. Muzycznie płyniemy nadal w
podobnym kierunku, a kompozytor bynajmniej nie ułatwia nam zadania. „Penance”
to nadal muzyka złożona, niekonwencjonalna, chwilami przypominająca czystą
improwizację (zwłaszcza we fragmentach bardziej intensywnych, w których
pojawiają się także elementy black metalu, choć w bardzo ogólnym tego gatunku
pojęciu). Z drugiej strony, to chyba najbardziej emocjonalne wydawnictwo jakie
się pod rzeczonym szyldem ukazało. Mnóstwo tutaj wolnych partii, pełnych
lamentu, pogłębianego przez dźwięk trąbki, która zawsze jakoś wpływała na mnie
dołująco. Bardzo dużo też kobiecych, monumentalnych wokali, za które odpowiada
sopranistka Lilian Tong. Zaprawdę powiadam wam, jej głos potrafi oczarować. I
dodać płycie czegoś na kształt rytualnego obrządku, czy religijnego uniesienia.
Piąty album The Lovecraft Sextet to album może nie będący redefinicją dark
jazzu, jednak chyba najbardziej ze wszystkich dotychczasowych wydawnictw
zachowany w jego klimacie. Jeśli gustujecie w muzyce niestereotypowej, będącej
mieszanką różnych stylistyk, mrocznej a jednocześnie podniosłej, to ten krążek
jest dla was. I rozkładanie poszczególnych jego partii na czynniki pierwsze nie
ma sensu, bowiem stanowi on jednolita całość, tak samo jak wspomniany obraz,
którym został zainspirowany. Rzadko się zdarza, że zanurzam się głębiej w
okołomuzycznej otoczce, jednak dźwięki „Penance” skłoniły mnie do bardziej
kulturalnego riserczu. Zatem nie dość, że odbyłem pewnego rodzaju mentalną
podróż (którą chętnie niejednokrotnie powtórzę), a nawet swoisty reset mózgu,
to kilku ciekawych rzeczy się nauczyłem. Bardzo wartościowe wydawnictwo, bez
dwóch zdań.
„The Bleeding”
to czwarty album Cannibal Corpse. Tak się akurat składa,
że londyński The Bleeding wydaje swoją czwartą płytę (a pierwszą, z którą się
stykam). Ot taka koincydencja, zupełnie nie mająca nic wspólnego z zawartością
albumu, który właśnie się u mnie kręci. Choć, stop! Coś ma, ale o tym za
chwilę. Brytole grają wspólnie od piętnastu lat, a ich twórczość określić można
jako amalgamat death i thrash metalu, z niewielkim naciskiem na człon pierwszy.
„Godless Communon” to dziesięć kawałków niezłego mordobicia mającego swoje
inspiracje w klasyce obu gatunków z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Trzeba przyznać, że panowie bardzo zgrabnie łączą ze sobą śmiertelne zagrywki z
thrashową prędkością i ostrością. Bo nie można powiedzieć, że jest to granie
typu proto-death, także przecież mocno skażone thrashem, lecz świadome
przeplatanie wspomnianych odłamów. Niech dowodem na to będą choćby pierwsze dwa
numery na „Godless Communion”. W pierwszym z nich otrzymujemy po mordzie w
bardziej florydzkim stylu (kłania się tutaj Deicide czy Death), by zaraz potem
panowie nieco przyspieszyli, i zaczęli serwować klasykę pod Sepulturę czy Demolition
Hammer. I tak jest na całej płycie. Ciężkie akordy, niejednokrotnie
przypominające ekipę Bentona, czy nawet Treya z wczesnych lat, idealnie miksują
się z jadem i buchającą energią klasyków gatunku wcześniejszego. Nie brak na
tej płycie blastów, nie brak wysokiej jakości solówek, plującego wściekłością
wokalu, czy też eksplodującej w kolejnych kompozycjach czystej energii. Sposób
w jaki panowie budują swoje kompozycje zdaje mi się stuprocentowo naturalny,
swobodny i umiejętny. Nie sposób bowiem zarzucić im próby naśladowania
kogokolwiek, mimo naprawdę licznych, słyszalnych inspiracji. Dlaczego? Bo ta
muzyka po prostu spuszcza niezły wpierdol, ma niezły groove, i nie nudzi. A
czegoś takiego na siłę, czy dla poklasku, nagrać się nie da. Mało na tym krążku
zwolnień, ale jest za to numer akustyczny, całkiem zresztą fajny. No i jest
wspomniany Cannibal Corpse. Może nie jako przewijający się w akordach duch, ale
jako cover. Na zakończenie panowie serwują bowiem „Born in a Casket” z debiutu
Amerykanów. Dobra to płyta. Pełna autentycznej pasji i oddania starej szkole.
Jeśli nie znacie kapeli, to nadróbcie zaległości. Myślę, że warto.
W czerwcu była epka, która swoją
jakością zapowiadała, kolejny, dziesiąty już album tego szwedzkiego projektu.
Teraz jest właśnie i płyta, która nie zawiodła moich oczekiwań, choć ostateczny
jej wydźwięk do najgłębiej w podziemiu osadzonych nie należy. To materiał
odznaczający się dobrą produkcją oraz teatralnością, które odwodzą go od skrajnie
szatańskich wykwitów. Zapewne spowodowane jest to tematyką jaką zajmuje się
Arckanum, która związana jest między innymi ze starożytną, czarną magią
szwedzkich terenów. To zimny black metal o wyraźnej atmosferyczności i
rytualizmie, które pochodzą wprost z praktyk Thursatru. Jest więc tutaj
złowrogo i poważnie, bolodowate tremolo i melodyjne akordy mieszające się z
surowym kostkowaniem, nie pozostawiają złudzeń co do istoty tej diabelszczyzny
i podejścia do niej samego twórcy. To równieżsporo elementów zapożyczonych z
pogańskiego folku i mrocznego ambientu, które wzbogacono o odgłosy przyrody,
które złożone z gitarowymi riffami i różnorakimi wokalizami w całość, świadczą
o dostojności „Beswærilsin”. Najnowsza płyta Arckanum to dobrej jakości
bleczur, którego posępność i majestatyczność jest niepodważalna. Do tego trzeba
dołożyć niezwykłe zaangażowanie kompozytora, które przekłada się na dość duży
ładunek emocjonalny, zawarty w tutejszych aranżacjach, wynikający bezpośrednio
z tematyki, bardzo ważnej dla Shamaatae. Wszystkie te aspekty kreują atrakcyjny
dla ucha black metal, który mimo to, nie jest plastikową papką, ponieważ poza
przyciągającą klimatycznością posiada także spore pokłady satanicznej
złośliwości.
O Umus w sumie wiadomo niewiele. To nowy twór na
metalowej mapie, ale nawet wydawca podaje na jego temat lakoniczne informacje.
Biorąc jednak pod uwagę, że Ksenza Records to label z Syberii, strzelam, że zespół, przynajmniej częściowo, pochodzi zza naszej wschodniej granicy.
Mniejsza jednak o domysły, zajmijmy się muzyką. Tu już domniemywań żadnych nie
ma. „Voidlit” to pięć długich funeral doomowych walców. Nie jest to jednak
funeral doom jeden z wielu. Przede wszystkim, a co u mnie od razu włączyło
czerwoną lapmkę, Umus traktuje muzykę trochę na podobieństwo Esoteric. I od
razu zaznaczam, żeby potem ktoś nie płakał, że wprowadziłem w błąd, nie znaczy
to w najmniejszym stopniu, że Brytoli kopiują, czy starają się naśladować.
Zresztą, nawet gdyby chcieli, to… wielu próbowało. Chodzi mi bardziej o to, że
w odróżnieniu od przeciętnego funeral doomowego aktu, Umus nie wałkują w kółko
jednego motywu w nieskończoność. Nie zapętlają, nie przedłużają dla zasady. Ich
kompozycje ciągle się rozwijają, prą do przodu. Muzycy co chwilę oferują nam
coś innego, przeplatając nastrojowe, chwilami nawet akustyczne momenty
wulkanami ciężaru. Oczywiście, mamy tutaj potężne akordy, zazwyczaj utrzymane w
bardzo niespiesznym tempie. Mamy też perkusistę – śpiocha, co to uderza w swój
instrument jakby się dopiero obudził. To klasyka. Poza sprawami oczywistymi
mamy też bardzo umiejętnie stosowane efekty, melodie przewijające się w tle,
pojawiające się znikąd dodatkowe instrumenty, majaczące linie gitar… I właśnie
tu skojarzenia z Esoteric są jak najbardziej na miejscu. Ponadto… wokale.
Niezwykle głębokie, z nałożonym efektem, wybrzmiewające równie potężnie co sama
muzyka, i podobnie jak ona ewoluujące w trakcie utworów, zmieniające barwę, czy
nawet styl ekspresji, od growla po śpiew. Trochę to wszystko toczy się na
zasadzie napływających po sobie fal, tych burzowych, niszczących wszystko na
swojej drodze, po wyciszacze, dające chwilę na skupienie, zadumę, zagłębienie w
samym sobie. Jednocześnie daleki jestem tutaj od użycia przymiotnika
„schematyczne”, bo z typowego schematu zespół bardzo zgrabnie się wymyka,
tworząc opowieści na swój własny sposób. Nie trzymający się sztywno gatunkowych
standardów, a nawet jeśli, to zdecydowanie je rozwijając. Bo z drugiej strony
żadnej awangardy na tej płycie nie znajdziemy. Znajdziemy za to zamkniętego w
sześćdziesięciu minutach kolosa o twarzy widocznej na okładce. Moim zdaniem
niezwykle udanie odzwierciedla ona zawartość „Voidlit”. Na koniec dodam jeszcze
jedno zdanie, znów porównując muzykę tego trio do Esoteric. Z każdym kolejnym
odsłuchem ta muzyka wsiąka w nas coraz bardziej, coraz bardziej uzależnia i
zniewala. Myślę, że to jedno z najlepszych wydawnictw Aesthetic Death od dobrych
kilku lat, nawet, a może zwłaszcza, biorąc pod uwagę, iż profil tego labelu
bardzo mocno mi podchodzi. Sprawdzajcie koniecznie!
-
jesusatan
Umus
“Voidlit”
Ksenza Rec/
Aesthetic Death 2026
Not much is
actually known about Umus. It’s a new entity on the metal scene, but even the
label provides only sparse information about it. However, considering that
Ksenza Records is a label from Siberia, I’d guess that this musical project, at
least in part, hails from beyond our eastern border. But enough with the
speculation. Let’s focus on the music. Here, there’s no room for guesswork.
“Voidlit” consists of five long funeral doom tracks. However, this isn’t just
another run-of-the-mill funeral doom album. First and foremost, and this is
what immediately set off a red flag for me, Umus approaches their music
somewhat in the vein of Esoteric. And let me make this clear right away so no
one complains later that I misled them: this doesn’t in the slightest mean that
the guys are copying or trying to imitate the Brits. Besides, even if they
wanted to… you know, many have tried. What I mean is that, unlike the average
funeral doom band, Umus doesn’t endlessly rehash a single motif. They don’t
loop harmonies or drag them out just for the sake of it. Their compositions are
constant evolution, pushing forward. The musicians offer us something different
every so often, interweaving atmospheric, and at times even acoustic moments,
with eruptions of heaviness. Of course, there are powerful chords here, usually
played at a very unhurried pace. There’s also a sleepyhead drummer, who hits
his instrument as if he’s just woken up. It’s a classic. Beyond the obvious
elements, there are also very skillfully applied effects, melodies weaving
through the background, additional instruments appearing out of nowhere, and
haunting guitar lines. And this is precisely where the associations with Esoteric
are most apt. Moreover, the vocals. Incredibly deep, with a slight effect
layered over them, resonating just as powerfully as the music itself, and, like
the music, evolving throughout the tracks, changing in timbre or even style of
expression, from growls to singing. It all unfolds somewhat like waves rolling
in one after another, first stormy ones, that destroy everything in their path,
followed by calmer ones that offer a moment for focus, reflection, and
introspection. At the same time, I’m far from using the adjective “schematic”
here, because the band very skillfully breaks free from typical formulas,
crafting stories in their own unique way. They don’t rigidly adhere to genre
standards, and even if they do, they definitely expand them. On the other hand,
you won’t find any avant-garde elements on this album. Instead, you’ll find a
colossus, whose face is visible on the cover, contained within sixty minutes of
sounds. In my opinion, the picture reflects the content of “Voidlit”
exceptionally well. Finally, I’ll add one more thought, once again comparing
this trio’s music to Esoteric. With every listen, this music sinks deeper and
deeper into you, becoming more and more addictive and captivating. I think this
is one of Aesthetic Death’s best releases in quite a few years, even, or
perhaps especially, considering that the label’s style really speaks to me. Be
sure to check it out!
Niedawno, bo chyba jakoś na
wiosnę, Sepulchral Voice wypuściło składankę, złożoną z dwóch, pierwszych
wydawnictw tych Chilijczyków, a już mamy debiutancką płytę. W sumienie stało
się to aż tak szybko, ponieważ wspomniana kompilacja zawiera nagrania z lat
2017-2019 więc parę lat Deathwards zajęło, nagranie albumu. Od tamtej pory
panowie nie spuścili z tonu i w dalszym ciągu grają szalonego oraz dociążonego
trasza, który zepsuty jest do szpiku kości, znaczy w sensie, że diabelski jest
w chuj. Obcowanie z nim, nie należy do najłatwiejszych, zmusza bowiem swojego
odbiorcę w słuchanie się w wir wydarzeń jaki kreuje i posklejania jego
elementów w jedną całość. To nie jest po prostu szybki i bolesny wpierdol w
stylu Kreatora czy Sadus. To bardziej pokręcona nieoczywistością muzyka, która
mocno zapętla, łamie, zmienia sposób i szybkość kostkowania, kreując zaklęte
rewiry, ale nie na podobę Tadeusza Kurtyki, lecz takich załóg jak wczesny Sodom
czy Aura Noir. To dziki, sataniczny thrash, który trochę ciężkości zapożyczył
od śmierci, dzięki czemu oprócz mrocznego wpierdolu i smrodem rozkładu raczy. Początkowo
może się wydawać nieuporządkowany, ale gdy damy mu czas, to z chaosu wyłoni się
określony system, który leci agresywnie, wpadając okresowo w furię lub
klimatyczne zwolnienia. Jednakże większość tego materiału to bezkompromisowa
młócka, którą zrodził mezalians thrash i speed metalu, któremu błogosławił
decior. Kąśliwe wokalizy, zadziorne riffy i niekontrolowane solówki, to
składniki generujące na „Realms of Sin” spore napięcie, złowieszczy klimat i
obszerne pokłady nieokiełznanego zła. Deathwards komponuje według starodawnych
prawideł i nie kazi swoich aranżacji nowoczesnymi wybrykami, opierając się na
pierwotnych instynktach, wyczarowuje autentyczne dźwięki o gwałtownym
charakterze, które oprócz surowości niosą ze sobą herezję i okultystyczną atmosferę.
To nieokrzesany i intensywny krążek, którego włączenie jest jak otwarcie puszki
Pandory. Jeśli jesteście gotowi wypuścić na świat wszystkie, największe
okropności, to bierzcie „Realms of Sin” i do dzieła.