Uwielbiam kanadyjski Slaughter. Chłopaki co prawda
zbyt wiele nie nagrali, jednak ich spuścizna to dla wielu współczesnych
zespołów stanowi na pewno znaczące źródło inspiracji. Choćby dla pochodzących z
Rumunii Rotheads i Putred. Te dwa składy wysmażyły właśnie piękny tribjut dla
Kanadoli, który ukazał się w pierwszej połowie bieżącego roku na wydanej w
sposób bardzo klasyczny, limitowanej do siedemdziesięciu sztuk taśmie, nakładem
rodzimej muzykom wytwórni, dla której wspomniane wydawnictwo jest aktem
rozdziewiczenia. Pod względem muzycznym jest to typowe wydawnictwo
kolekcjonerskie, skierowane chyba wyłącznie do maniaków Slaughter. Nie
znajdziecie na nim bowiem nic poza sześcioma (po trzy sztuki z każdej strony)
coverami. W obsadzie mamy takie piosenki jak „F.O.D.”, „Death Dealer”,
„Incinerator” czy „One Foot in the Grave”. Zresztą wymienianie tytułów jest tu
na dobrą sprawę bezzasadne, z dwóch powodów. Po pierwsze, każdy może sobie ową
setlistę sprawdzić w Internetach, a po drugie, Slaughter słabego kawałka nie
miał, więc cokolwiek by chłopaki nie zgrali, to i tak jest kult! Kwestia
wykonania zatem, bo to ona odgrywa tu najważniejszą rolę. No, powiem wam…
żadnych niedociągnięć nie ma. Jest to wspaniale odegrana muzyka z lat dawnych,
może w jeszcze bardziej deathmetalowej formie niż pierwowzór, ale przez kilka
smaczków, głównie pod tytułem „brzmienie”, zyskująca rumieńców. Na pierwszej
stronie, należącej do Putred, wspaniale stuka werbel. Jak odwrócone wiadro, co
zwłaszcza w wolniejszych partiach wywołuje u mnie ciary. Z kolei Rotheads, ze
swoimi przybrudzonymi błotem gitarami i ghoulowym wokalem nadali prezentowanym
wersjom jeszcze większej ilości cmentarnego klimatu. Wykonania tych klasycznych
kawałków w takim stylu to jak dolanie benzyny do ogniska. Coś, co już
oryginalnie jest wspaniałe i niemal idealne zyskuje dodatkowego doładowania.
Wybornie się słucha tych narań, zwłaszcza z formatu analogowego. Nie wiem ile
taśm się Rumunom sprzedało, ale jeśli jesteście maniakami Slaughter i chcecie
usłyszeć ich podliftingowane szlagiery, to zawsze jest szansa, że gdzieś tam
jeszcze się jakaś kopia ostała. Moim zdaniem zdecydowanie warto się o takową
postarać, bo ten tribute to absolutny strzał w potylicę.
Jest to włoski projekt, złożony
ze znanych muzyków tamtejszej sceny, który właśnie wydaje swój debiutancki
album. Panowie rzępolą metal śmierci, nawiązując do klasycznych wzorców,
czerpiąc pełnymi garściami z dokonań takich grup jak Nile, Incantation czy
Cannibal Corpse. To zwyczajowe, dość gęste granie, będące połączeniem szybkich
riffów i tremolo z palm mutingiem oraz zgrabnymi solówkami. Muza od Eyes of
Agony leci w zmiennych tempach, ale najbardziej lubi te przyspieszone, bo może
wtedy zasypywać nasze uszy zwalistymi ścianami dźwięku, których monumentalizm,
upstrzony technicznymi wywijasami, potrafi boleśnie przygnieść do gleby. Włosi
napierdalają żwawego deciora, który uwielbia prężyć muskuły jak i pokazywać
swoje gustowne fatałaszki, przypominając w jakiej kondycji był ten gatunek
kiedyś. Odtwarzają stare klisze z wirtuozerską precyzją, sypiąc blastami,
lawinowymi kanonadami i słoniowatymi zwolnieniami na tłumionym biciu w struny
lub zapodając atmosferyczne, wysokotonowe formuły. Materiał nagrany czysto, ale
nie do przesady. Gitary posiadają soczyste brzmienie, sekcja łupie jak
Gromowładny, zaś wokalista zdziera gardło sumiennie. Z płyty klimacik snuje się
diabelsko-trupi więc czego chcieć więcej. Jednakże „When They Return” to nic
nowego, ot poprawna przypominajka o przeszłości, która nigdy już nie wróci.
Starzy wyjadacze i puryści powinni być zainteresowani, ci którym bliższe są
współczesne det metale, mogą sobie odpuścić.
Debiutancki album Niemców, ten z grzybami w tytule,
był dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Nie dlatego, że to była muzyka jakoś
specjalnie nowatorska. Wręcz przeciwnie. Panowie zaczerpnęli głęboko ze studni
klasyki, robiąc to jednak w sposób wyjątkowo „autorski” i udany. Jeśli
pamiętacie, postawiłem ich w jednym szeregu z Hexenbrett, Malokarpatan czy
Negative Plane. Drugi krążek zespołu, który wydany zostanie, przynajmniej na tą
chwilę, jedynie na kasecie, własnym sumptem, jest w prostej linii kontynuacją
wspomnianego debiutu. Jedyną rzeczą jaka się dla mnie zmieniła podczas odsłuchu
tego materiału jest brak elementu zaskoczenia. Bo wyjątkowo wysoki poziom
muzyczny, czy też kompozytorski, został na nowych nagraniach utrzymany. „III:
Instruments of Fungal Intent” to niemal pięćdziesiąt minut muzyki utrzymanej w
klimacie proto black metalu, z niewielkimi tylko nawiązaniami do lat
późniejszych. A przez lata późniejsze mam na myśli co najwyżej początek drugiej
fali. Zdecydowanie więcej w tych nagraniach Venom czy Motörhead (w tym
przypadki chyba nawet więcej niż na „II: Chemognosis - A Shortcut to Mushrooms”),
albo niemal punkowych rytmów, niż, dajmy na to, wczesnego Mayhem, również tu
obecnego. Sporo też psychodeli, ale takiej rodem z lat siedemdziesiątych, a nie
tych nowoczesnych wynalazków. Chwilami jest tutaj bardzo skocznie, gdzie
indziej melodyjnie, prawie że heavymetalowo, a dla równowagi są chwile gdzie
zatapiamy się w silnych oparach marihuany, czy nawet odurzeniu opium. No i
bardzo mocno pachnie tutaj pokrytym śnieżnym pyłem lasem. Wszystko to tworzy
niesamowicie rytualny klimat. Klimat prawdziwego kultu. Jeśli nawet nie Szatana
(choć i Jego imię się na tym krążku w tekstach przewija) czy innych leśnych
bóstw, to przynajmniej starego, klasycznego metalu. Odkryjecie to nie tylko w
liniach gitarowych, chwilami fantastycznie hipnotyzujących, ale i wokalach. A
to śpiewanych, raz bardziej, raz mniej agresywnie, a to rytualnie
deklamowanych, takowo mrocznych co podniosłych, głoszących przesłanie solo, czy
chóralnie. Boarhammer wymyślili własną formułę, zaklęcie na wskrzeszenie ducha,
którego próżno szukać na większość współczesnych płyt. I tą formułę sukcesywnie
rozwijają / kontynuują, dla mnie bez znaczenia które słowo sobie przyswoicie,
bo konkluzja jest i tak jednoznaczna. Dla mnie to zespół wyjątkowy, a ich płyty
to mokry sen każdego maniaka starego grania. Jestem pełen uznania i bije
głębokie pokłony. I na koniec smutna konkluzja. Chłopakom chyba nie wyszło z
Naturmacht Productions, i najwyraźniej nie znaleźli godziwego wydawcy, który
byłby w stanie przedstawić ich szerszej publiczności. Albo po prostu się
wkurwili i maja wyjebane. Tym bardziej sprawdźcie ten album, bo to perła w
zalewie codziennego gówna. Możecie mi wierzyć.
-
jesusatan
Boarhammer
“III:
Instruments of Fungal Intent”
Independent 2026
The Germans’
debut album, the one with “mushrooms” in the title, came as a bolt from the
blue for me. Not because the music was particularly innovative. Quite the
opposite. The guys drew deeply from the well of classics, but did so in an
exceptionally “original” and successful way. If you recall, I placed them in
the same league as Hexenbrett, Malokarpatan, and Negative Plane. The band’s
second album, which, at least for now, will be released exclusively on cassette
at their own expense, is a direct continuation of that debut. The only thing
that has changed for me while listening to this material, comparing to the
debut, is the lack of an element of surprise. The exceptionally high musical
and compositional standard has been definitely maintained on the new
recordings. “III: Instruments of Fungal Intent” is nearly fifty minutes of
music steeped in the atmosphere of proto-black metal, with only minor
references to later years. And by “later years,” I mean, at most, the beginning
of the second wave. There’s definitely more of Venom or Motörhead in these
recordings (in this case, perhaps even more than on “II: Chemognosis – A
Shortcut to Mushrooms”), or almost punk-like rhythms, than, say, early Mayhem,
which is also present here. There’s also plenty of psychedelia here, but the
kind straight out of the ’70s, not those modern inventions. At times it’s very
upbeat, at others melodic, almost heavy metal-like, and to balance it out,
there are moments when we’re immersed in thick clouds of marijuana smoke or
even the intoxication of opium. And there’s a very strong scent of a forest
covered in snow dust. All of this creates an incredibly ritualistic atmosphere.
The atmosphere of a true cult. If not of Satan (though His name does appear in
the lyrics on this album) or other forest deities, then at least of old-school,
classic metal. You’ll discover this not only in the guitar lines, at times
fantastically hypnotic, but also in the vocals. Sometimes sung more aggressively, sometimes less, and at other
times ritually recited, as dark as they are solemn, delivering their message
solo or in chorus. Boarhammer have devised their own formula, a spell to resurrect
the spirit, one that you will not find on most contemporary albums. And they’re
steadily developing, or continuing, this formula, it doesn’t matter to me which
word you choose, because the conclusion is clear either way. To me, this is an
exceptional band, and their albums are every old-school metal fan’s wet dream.
I’m full of admiration and bow deeply to the band. And finally, a sad
conclusion. It seems the guys didn’t work out with Naturmacht Productions, and
apparently they haven’t found a decent label that would be able to introduce
them to a wider audience. Or maybe they just got pissed off and don’t give a
shit anymore. All the more reason to check out this album. It’s a gem amid the
flood of everyday crap. Believe me.
To zdaje się nowa kapela ze
Stanów Zjednoczonych, a to jej debiutancka płyta, która niesie ze sobą siedem
utworów melodyjnego black metalu. Kurczę, problem mam z tym krążkiem jak
cholera, bo nie gustuje w takich wykwitach, a za recenzję powinny wystarczyć
słowa z notki informacyjnej, które mówią, że płyta ta […] śledzi losy
czarnoksiężnika, którego świat rozpada się po nagłej śmierci ukochanej [...].
Temat dla diabelszczyzny jak znalazł, co nie? Cóż, tą smutną historię Befouled
Malediction ubiera w tradycyjne formy dla gatunku, czyli mieszankę tradycyjnego
biczowanie i tremolo, która płynie w zmiennych tempach i oprócz sypania szronem
oraz zadawania tęgich razów, częstuje chwytliwymi solówkami i dodatkami w stylu
dungeon synth. Rzecz jasna, całość obdarzona jest odpowiednią do konceptu
melodyką, która ma bodajże za zadanie podnosić smutasów na duchu lub rozmarzać
i wpędzać w jeszcze większą depresję niż przed chwilą. To rogacizna
wygenerowana na cieniutkich gitarach i delikatnie wycofanej sekcji rytmicznej,
choć momentami przebija się ona śmiało do przodu. Za instrumentami podążają
wokale, przy wydobywaniu których, mikrofoniarz zdziera sobie gardło, ale całkiem
nieźle mu to wychodzi. Amerykanie grają black metal bez siły przebicia, na czym
w sumie im nie zależy, ponieważ mocno mi się wydaje, że wolą stawiać na
chwytliwość i romantyczną atmosferę, dając pierwszeństwo ckliwej opowieści, budując
ją, używając dźwięków tego mrocznego gatunku z niewiadomych przyczyn. Tekst od
promotora, dołączony do tego materiału mówi również, że album ten powinien
trafić bez trudu do fanów Arckanum, Sacramentum i Dissection, zatem im polecam
sprawdzić to wydawnictwo, ale reszcie oczywiście i w żadnym wypadku tego
zabronić nie mogę.
shub
niggurath
Befouled
Malediction
“Desperate
Necromancy”
Ixiol
Productions / Dawnbreed Records 2026
This
appears to be a new band from the United States, and it’s their debut album,
featuring seven tracks of melodic black metal. Man, I’ve got a hell of a
problem with this one, because I’m not into this kind of stuff, and the words
from the press release, which say that this album “Follows the story of a
sorcerer whose world falls apart after the sudden death of his beloved”. A
perfect theme for devilry, isn’t it? Well, Befouled Malediction wraps this sad
story in the genre’s traditional forms, that is, a mix of classic thrashing and
tremolo that flows at varying tempos, and besides sending chills down your
spine and delivering heavy blows, it treats you to catchy solos and
dungeon-synth-style elements. Of course, the whole thing is imbued with a
melody befitting the concept, which is presumably meant to lift the spirits of
the melancholic or to lull them into an even deeper depression than before.
It’s a dark, brooding sound generated by high-pitched guitars and a subtly
recessed rhythm section, though at times the rhythm section boldly pushes its
way to the forefront. The vocals follow the instruments, and the singer is
practically screaming his lungs out to get them out, but he pulls it off pretty
well. The Americans play black metal that lacks punch, which they don’t really
care about, because it seems to me that they prefer to focus on catchiness and
a romantic atmosphere, prioritizing a maudlin narrative and building it up
using the sounds of this dark genre for reasons unknown. The text from the
promoter, included with this material, also states that this album should
easily appeal to fans of Arckanum, Sacramentum, and Dissection, so I recommend
that they check out this release, but of course, I can’t stop anyone else from
doing so either.
Grave Hex zawiązał się w Helsinkach zaledwie dwa
lata temu. Zespół zdążył już jednak dać się poznać swoim debiutem, który to
zresztą przedstawiłem tutaj nieco ponad rok temu. Teraz panowie, wespół ze
swoją własną Jo Bench (czyli Hanną na basie), wracają z pięcioma nowymi
numerami, kryjącymi się pod widocznym powyżej tytułem. Dla tych, którzy nie
kojarzą, Finowie grają śmierć metal. I to w przypadku tej EP-ki nawet bardziej
tradycyjny i czysty gatunkowo niż na wspomnianym debiucie. Mniej tu
kombinowania, nieco mniej punkowych podjazdów, więcej staroszkolnych konkretów.
Ze wspomnianego punka pozostały ewentualnie rytmy perkusyjne, aczkolwiek tym
razem i tak brzmią one bardziej jak u klasyków ze Szwecji niż faktycznych
inspiracji tym nieco starszym gatunkiem. Owszem, jest w tej muzie trochę
skoczności i chwytliwości, ale jej podstawę stanowi deathmetalowy ciężar. Jak
wspomniałem, finezji w tych nagraniach jakby mniej niż na „Vermian Death”, co
nie znaczy, że panowie zapomnieli o wplataniu w swoje riffy odpowiedniej dawki
melodii, czy zmian tempa. To, głównie obraca się w granicach średnich, acz
niekiedy kapkę spada na rzecz siermiężnych, uderzających w łeb, rytmicznych
akordów. Trochę to wówczas przypomina marsz nieumartych, a masą kojarzy się ze
średniej wielkości spychaczem. Gdzie indziej, też w tych prostych, niewyszukanych
momentach, staje mi przed oczami Haemorrhage i Fernando wymachujący górną, czy tam
dolną, kończyną, niby zajumaną z kosza na szpitalne odpady. Choćby w „Master’s
Lair”. Poza powyższymi nazwami wymienić jeszcze, w formie inspiracji, można
połowę Szwecji, albo Incantation, którego echa również się na tym EP-ku
przewijają. Innowacji tu niewiele, za to konkretnego pierdolnięcia zdecydowanie
więcej. Masywnie to brzmi, więc za ten element też plus. Wokal – rasowy, bez
finezyjnych wywijasów, idealnie pasujący do podkładu muzycznego. Legancko się
tego słucha, nawet jeśli na podłogę nie rzuca. Sprawdzić zatem można, a nawet
wypada, choć jeśli ktoś się zgapi, to życia raczej nie przegra. Debiut podobał
mi się chyba mimo wszystko bardziej. Zobaczymy jaki będzie następny krok Grave
Hex. Myślę jednak, że z tej mąki więcej niż solidny wyrobnik ostatecznie nie
wyrośnie.
Trochę kapel o tej nazwie się
nazbierało, ale ta pochodzi z New Hampshire, gdzie powstała w 2019 roku. Nagrań
ma bez liku, bo jedną epkę i koncertówkę, no i ten debiut więc chyba załoga się
nie przemęcza, w sumie rozumiem, gdyż też nie lubię. Dominion gra death metal w
klasycznej odmianie, która funkcjonowała w latach dziewięćdziesiątych w USA.
Jest to ujęcie bardzo surowe, które odznacza się żylastością i siermiężnością. To
proste, sękate riffy i sporo gęstego, tłumionego bicia, co podkręca sekcja
rytmiczna, która składa się z dwóch, mięsistych basów i nieco płaskiej
perkusji. Instrumentarium towarzyszą bulgoczące i lepkie growle, od których
przewraca się w żołądku. Muza grana przez Amerykanów płynie głównie w wolnych i
średnich tempach, gniotąc i mieląc cierpliwie, bo miażdżyć i rozdrabniać z
pietyzmem wręcz kocha. Death metal w wykonaniu Dominion jest bezlitosną i
prymitywną maszyną, która dla współczesnego fana tego gatunku, może okazać się
zupełnie nie atrakcyjna. Surowe brzmienie, piskliwe zagrywki i zgrzytliwe
solówki wraz z łupiącymi basami i beczkami robią małe kuku, a obrzydliwe teksty
wyrzygiwane przez gościa przy mikrofonie, stawiają kropkę nad i. Muzyka
paskudna, brudna i bezkompromisowa. Oprócz tego w dzisiejszych czasach może
wydawać się wtórna i w gruncie rzeczy taka jest, ale jest to obliczony efekt,
założony przez jej twórców, którzy po prostu grają to co lubią, odtwarzając
utarte schematy sprzed wielu lat. Album ten to swoisty przekrój tego gatunku,
który koncentruje się na jego najbardziej obscenicznej stylistyce, uwalniając
na świat ohydnego potworka w postaci „Mortification of Thy Flesh”.Poza wstępem
i zakończeniem, sześć numerów, od których dostaniecie mdłości. Pycha.
Częstujcie się.
Odliczania ciąg dalszy, czyli Master po raz…
szesnasty! Mało który zespół dorobił się na przestrzeni lat tylu albumów. Chuj
tam, że się dorobił, ale żeby cały czas utrzymywał wysoki poziom, to już jest
prawdziwy ewenement. Coś circa dwa lata temu pisałem wam, że „”Saints
Dispelled” to dojebana płyta, i Speckman nadal umie w death / thrash. Kilka
tygodni temu, kiedy zrobiłem sobie z „Among the Seeds of Death” z dwie rundki,
pomyślałem, że nieco mu ciśnienie spadło. I w sumie nawet chciałem sobie
odpuścić recenzję tego albumu, ale któregoś dnia wypiłem sobie trzy
bursztynowe, i poczułem ponowną ochotę na Master. I tak mnie ten krążek ruszył,
że z kolegą słuchaliśmy go cały wieczór. Tak, wiem, i przyznam to od razu bez
bicia, muzyka brodacza mieszkającego obecnie za naszą południową granicą
faktycznie jest wtórna, powtarzalna, nieskomplikowana, a na nowym albumie nawet
chyba jeszcze bardziej punkowa niż dotychczas. No i? I chuj! Niech sobie
będzie, skoro to i tak jest wysoki (no nie napiszę że najwyższy, bo będzie że
się spiłem) poziom grzańska. Co jak co, ale proste granie to ja akurat lubię. A
Master gra prosto. Dla zwykłego chłopa spod budki z piwem. Co prawda gdzieś tam
pomacha mu przed zamglonymi oczami bardziej klasyczną, nie należącą do
prymitywnych solówką, w innym momencie pobuja chwytliwą melodią, ale nawet
wtedy ów Mistrz będzie ubrany w brudne, obrzygane i kilka miesięcy nie prace
łachmany, znalezione pewnie pod kontenerem PCK. Muzyka Master to klasyka
prostoty gatunku. Jednocześnie muzyka, która dla określonego grona odbiorców
jest nadal tym, czego im najbardziej do szczęścia potrzeba. Ja, jak idę po
piwo, to nie muszę za każdym razem kupować Komesa. Częściej walnę za podobną
cenę z trzy dyskontowe mocne, i jestem po nich równie szczęśliwy. Z muzyką mam
podobnie. Wykwintną nie pogardzę, ale i tak gdzieś tam w serduchu najsilniej
bije mi ta prosta, wulgarna. Powiem wam zatem najprościej jak się da. Nowy
Master to naprawdę fajna płyta, o ile nie oczekuje się od staruszka, że
zatańczy jak młody kozak. Może i rzeczywiście w ostatecznym rozliczeniu słabsza
od poprzedniej, ale tylko odrobinkę. Speckman, mimo iż już siwy, i pewnie mu
kręgosłup siada, nadal daje radę. Jak mało kto w jego wieku (nie wypominając).
Oby tak dalej.