sobota, 31 października 2026

Recenzja Rotheads / Putred “Tales of the Macabre”

 

Rotheads / Putred

 “Tales of the Macabre”

Temniță Rec. 2026

Uwielbiam kanadyjski Slaughter. Chłopaki co prawda zbyt wiele nie nagrali, jednak ich spuścizna to dla wielu współczesnych zespołów stanowi na pewno znaczące źródło inspiracji. Choćby dla pochodzących z Rumunii Rotheads i Putred. Te dwa składy wysmażyły właśnie piękny tribjut dla Kanadoli, który ukazał się w pierwszej połowie bieżącego roku na wydanej w sposób bardzo klasyczny, limitowanej do siedemdziesięciu sztuk taśmie, nakładem rodzimej muzykom wytwórni, dla której wspomniane wydawnictwo jest aktem rozdziewiczenia. Pod względem muzycznym jest to typowe wydawnictwo kolekcjonerskie, skierowane chyba wyłącznie do maniaków Slaughter. Nie znajdziecie na nim bowiem nic poza sześcioma (po trzy sztuki z każdej strony) coverami. W obsadzie mamy takie piosenki jak „F.O.D.”, „Death Dealer”, „Incinerator” czy „One Foot in the Grave”. Zresztą wymienianie tytułów jest tu na dobrą sprawę bezzasadne, z dwóch powodów. Po pierwsze, każdy może sobie ową setlistę sprawdzić w Internetach, a po drugie, Slaughter słabego kawałka nie miał, więc cokolwiek by chłopaki nie zgrali, to i tak jest kult! Kwestia wykonania zatem, bo to ona odgrywa tu najważniejszą rolę. No, powiem wam… żadnych niedociągnięć nie ma. Jest to wspaniale odegrana muzyka z lat dawnych, może w jeszcze bardziej deathmetalowej formie niż pierwowzór, ale przez kilka smaczków, głównie pod tytułem „brzmienie”, zyskująca rumieńców. Na pierwszej stronie, należącej do Putred, wspaniale stuka werbel. Jak odwrócone wiadro, co zwłaszcza w wolniejszych partiach wywołuje u mnie ciary. Z kolei Rotheads, ze swoimi przybrudzonymi błotem gitarami i ghoulowym wokalem nadali prezentowanym wersjom jeszcze większej ilości cmentarnego klimatu. Wykonania tych klasycznych kawałków w takim stylu to jak dolanie benzyny do ogniska. Coś, co już oryginalnie jest wspaniałe i niemal idealne zyskuje dodatkowego doładowania. Wybornie się słucha tych narań, zwłaszcza z formatu analogowego. Nie wiem ile taśm się Rumunom sprzedało, ale jeśli jesteście maniakami Slaughter i chcecie usłyszeć ich podliftingowane szlagiery, to zawsze jest szansa, że gdzieś tam jeszcze się jakaś kopia ostała. Moim zdaniem zdecydowanie warto się o takową postarać, bo ten tribute to absolutny strzał w potylicę.

- jesusatan




Recenzja Eyes of Agony „When They Return”

 

Eyes of Agony

„When They Return”

Awakening Records 2026

Jest to włoski projekt, złożony ze znanych muzyków tamtejszej sceny, który właśnie wydaje swój debiutancki album. Panowie rzępolą metal śmierci, nawiązując do klasycznych wzorców, czerpiąc pełnymi garściami z dokonań takich grup jak Nile, Incantation czy Cannibal Corpse. To zwyczajowe, dość gęste granie, będące połączeniem szybkich riffów i tremolo z palm mutingiem oraz zgrabnymi solówkami. Muza od Eyes of Agony leci w zmiennych tempach, ale najbardziej lubi te przyspieszone, bo może wtedy zasypywać nasze uszy zwalistymi ścianami dźwięku, których monumentalizm, upstrzony technicznymi wywijasami, potrafi boleśnie przygnieść do gleby. Włosi napierdalają żwawego deciora, który uwielbia prężyć muskuły jak i pokazywać swoje gustowne fatałaszki, przypominając w jakiej kondycji był ten gatunek kiedyś. Odtwarzają stare klisze z wirtuozerską precyzją, sypiąc blastami, lawinowymi kanonadami i słoniowatymi zwolnieniami na tłumionym biciu w struny lub zapodając atmosferyczne, wysokotonowe formuły. Materiał nagrany czysto, ale nie do przesady. Gitary posiadają soczyste brzmienie, sekcja łupie jak Gromowładny, zaś wokalista zdziera gardło sumiennie. Z płyty klimacik snuje się diabelsko-trupi więc czego chcieć więcej. Jednakże „When They Return” to nic nowego, ot poprawna przypominajka o przeszłości, która nigdy już nie wróci. Starzy wyjadacze i puryści powinni być zainteresowani, ci którym bliższe są współczesne det metale, mogą sobie odpuścić.

shub niggurath




Recenzja / A review of Boarhammer “III: Instruments of Fungal Intent”

 

 - FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Boarhammer

“III: Instruments of Fungal Intent”

Independent 2026

Debiutancki album Niemców, ten z grzybami w tytule, był dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Nie dlatego, że to była muzyka jakoś specjalnie nowatorska. Wręcz przeciwnie. Panowie zaczerpnęli głęboko ze studni klasyki, robiąc to jednak w sposób wyjątkowo „autorski” i udany. Jeśli pamiętacie, postawiłem ich w jednym szeregu z Hexenbrett, Malokarpatan czy Negative Plane. Drugi krążek zespołu, który wydany zostanie, przynajmniej na tą chwilę, jedynie na kasecie, własnym sumptem, jest w prostej linii kontynuacją wspomnianego debiutu. Jedyną rzeczą jaka się dla mnie zmieniła podczas odsłuchu tego materiału jest brak elementu zaskoczenia. Bo wyjątkowo wysoki poziom muzyczny, czy też kompozytorski, został na nowych nagraniach utrzymany. „III: Instruments of Fungal Intent” to niemal pięćdziesiąt minut muzyki utrzymanej w klimacie proto black metalu, z niewielkimi tylko nawiązaniami do lat późniejszych. A przez lata późniejsze mam na myśli co najwyżej początek drugiej fali. Zdecydowanie więcej w tych nagraniach Venom czy Motörhead (w tym przypadki chyba nawet więcej niż na „II: Chemognosis - A Shortcut to Mushrooms”), albo niemal punkowych rytmów, niż, dajmy na to, wczesnego Mayhem, również tu obecnego. Sporo też psychodeli, ale takiej rodem z lat siedemdziesiątych, a nie tych nowoczesnych wynalazków. Chwilami jest tutaj bardzo skocznie, gdzie indziej melodyjnie, prawie że heavymetalowo, a dla równowagi są chwile gdzie zatapiamy się w silnych oparach marihuany, czy nawet odurzeniu opium. No i bardzo mocno pachnie tutaj pokrytym śnieżnym pyłem lasem. Wszystko to tworzy niesamowicie rytualny klimat. Klimat prawdziwego kultu. Jeśli nawet nie Szatana (choć i Jego imię się na tym krążku w tekstach przewija) czy innych leśnych bóstw, to przynajmniej starego, klasycznego metalu. Odkryjecie to nie tylko w liniach gitarowych, chwilami fantastycznie hipnotyzujących, ale i wokalach. A to śpiewanych, raz bardziej, raz mniej agresywnie, a to rytualnie deklamowanych, takowo mrocznych co podniosłych, głoszących przesłanie solo, czy chóralnie. Boarhammer wymyślili własną formułę, zaklęcie na wskrzeszenie ducha, którego próżno szukać na większość współczesnych płyt. I tą formułę sukcesywnie rozwijają / kontynuują, dla mnie bez znaczenia które słowo sobie przyswoicie, bo konkluzja jest i tak jednoznaczna. Dla mnie to zespół wyjątkowy, a ich płyty to mokry sen każdego maniaka starego grania. Jestem pełen uznania i bije głębokie pokłony. I na koniec smutna konkluzja. Chłopakom chyba nie wyszło z Naturmacht Productions, i najwyraźniej nie znaleźli godziwego wydawcy, który byłby w stanie przedstawić ich szerszej publiczności. Albo po prostu się wkurwili i maja wyjebane. Tym bardziej sprawdźcie ten album, bo to perła w zalewie codziennego gówna. Możecie mi wierzyć.

- jesusatan

 

Boarhammer

“III: Instruments of Fungal Intent”

Independent 2026

 

The Germans’ debut album, the one with “mushrooms” in the title, came as a bolt from the blue for me. Not because the music was particularly innovative. Quite the opposite. The guys drew deeply from the well of classics, but did so in an exceptionally “original” and successful way. If you recall, I placed them in the same league as Hexenbrett, Malokarpatan, and Negative Plane. The band’s second album, which, at least for now, will be released exclusively on cassette at their own expense, is a direct continuation of that debut. The only thing that has changed for me while listening to this material, comparing to the debut, is the lack of an element of surprise. The exceptionally high musical and compositional standard has been definitely maintained on the new recordings. “III: Instruments of Fungal Intent” is nearly fifty minutes of music steeped in the atmosphere of proto-black metal, with only minor references to later years. And by “later years,” I mean, at most, the beginning of the second wave. There’s definitely more of Venom or Motörhead in these recordings (in this case, perhaps even more than on “II: Chemognosis – A Shortcut to Mushrooms”), or almost punk-like rhythms, than, say, early Mayhem, which is also present here. There’s also plenty of psychedelia here, but the kind straight out of the ’70s, not those modern inventions. At times it’s very upbeat, at others melodic, almost heavy metal-like, and to balance it out, there are moments when we’re immersed in thick clouds of marijuana smoke or even the intoxication of opium. And there’s a very strong scent of a forest covered in snow dust. All of this creates an incredibly ritualistic atmosphere. The atmosphere of a true cult. If not of Satan (though His name does appear in the lyrics on this album) or other forest deities, then at least of old-school, classic metal. You’ll discover this not only in the guitar lines, at times fantastically hypnotic, but also in the vocals. Sometimes sung  more aggressively, sometimes less, and at other times ritually recited, as dark as they are solemn, delivering their message solo or in chorus. Boarhammer have devised their own formula, a spell to resurrect the spirit, one that you will not find on most contemporary albums. And they’re steadily developing, or continuing, this formula, it doesn’t matter to me which word you choose, because the conclusion is clear either way. To me, this is an exceptional band, and their albums are every old-school metal fan’s wet dream. I’m full of admiration and bow deeply to the band. And finally, a sad conclusion. It seems the guys didn’t work out with Naturmacht Productions, and apparently they haven’t found a decent label that would be able to introduce them to a wider audience. Or maybe they just got pissed off and don’t give a shit anymore. All the more reason to check out this album. It’s a gem amid the flood of everyday crap. Believe me.

- jesusatan




 

Recenzja / A review of Befouled Malediction „Desperate Necromancy”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Befouled Malediction

„Desperate Necromancy”

Ixiol Productions / Dawnbreed Records 2026

To zdaje się nowa kapela ze Stanów Zjednoczonych, a to jej debiutancka płyta, która niesie ze sobą siedem utworów melodyjnego black metalu. Kurczę, problem mam z tym krążkiem jak cholera, bo nie gustuje w takich wykwitach, a za recenzję powinny wystarczyć słowa z notki informacyjnej, które mówią, że płyta ta […] śledzi losy czarnoksiężnika, którego świat rozpada się po nagłej śmierci ukochanej [...]. Temat dla diabelszczyzny jak znalazł, co nie? Cóż, tą smutną historię Befouled Malediction ubiera w tradycyjne formy dla gatunku, czyli mieszankę tradycyjnego biczowanie i tremolo, która płynie w zmiennych tempach i oprócz sypania szronem oraz zadawania tęgich razów, częstuje chwytliwymi solówkami i dodatkami w stylu dungeon synth. Rzecz jasna, całość obdarzona jest odpowiednią do konceptu melodyką, która ma bodajże za zadanie podnosić smutasów na duchu lub rozmarzać i wpędzać w jeszcze większą depresję niż przed chwilą. To rogacizna wygenerowana na cieniutkich gitarach i delikatnie wycofanej sekcji rytmicznej, choć momentami przebija się ona śmiało do przodu. Za instrumentami podążają wokale, przy wydobywaniu których, mikrofoniarz zdziera sobie gardło, ale całkiem nieźle mu to wychodzi. Amerykanie grają black metal bez siły przebicia, na czym w sumie im nie zależy, ponieważ mocno mi się wydaje, że wolą stawiać na chwytliwość i romantyczną atmosferę, dając pierwszeństwo ckliwej opowieści, budując ją, używając dźwięków tego mrocznego gatunku z niewiadomych przyczyn. Tekst od promotora, dołączony do tego materiału mówi również, że album ten powinien trafić bez trudu do fanów Arckanum, Sacramentum i Dissection, zatem im polecam sprawdzić to wydawnictwo, ale reszcie oczywiście i w żadnym wypadku tego zabronić nie mogę.

shub niggurath

 

 

Befouled Malediction

“Desperate Necromancy”

Ixiol Productions / Dawnbreed Records 2026

 

This appears to be a new band from the United States, and it’s their debut album, featuring seven tracks of melodic black metal. Man, I’ve got a hell of a problem with this one, because I’m not into this kind of stuff, and the words from the press release, which say that this album “Follows the story of a sorcerer whose world falls apart after the sudden death of his beloved”. A perfect theme for devilry, isn’t it? Well, Befouled Malediction wraps this sad story in the genre’s traditional forms, that is, a mix of classic thrashing and tremolo that flows at varying tempos, and besides sending chills down your spine and delivering heavy blows, it treats you to catchy solos and dungeon-synth-style elements. Of course, the whole thing is imbued with a melody befitting the concept, which is presumably meant to lift the spirits of the melancholic or to lull them into an even deeper depression than before. It’s a dark, brooding sound generated by high-pitched guitars and a subtly recessed rhythm section, though at times the rhythm section boldly pushes its way to the forefront. The vocals follow the instruments, and the singer is practically screaming his lungs out to get them out, but he pulls it off pretty well. The Americans play black metal that lacks punch, which they don’t really care about, because it seems to me that they prefer to focus on catchiness and a romantic atmosphere, prioritizing a maudlin narrative and building it up using the sounds of this dark genre for reasons unknown. The text from the promoter, included with this material, also states that this album should easily appeal to fans of Arckanum, Sacramentum, and Dissection, so I recommend that they check out this release, but of course, I can’t stop anyone else from doing so either.

shub niggurath




 

czwartek, 29 października 2026

Recenzja Grave Hex “Domain of Foul Rebirths”

 

Grave Hex

“Domain of Foul Rebirths”

Night Terrors Rec. / Cavernous Rec. 2026

Grave Hex zawiązał się w Helsinkach zaledwie dwa lata temu. Zespół zdążył już jednak dać się poznać swoim debiutem, który to zresztą przedstawiłem tutaj nieco ponad rok temu. Teraz panowie, wespół ze swoją własną Jo Bench (czyli Hanną na basie), wracają z pięcioma nowymi numerami, kryjącymi się pod widocznym powyżej tytułem. Dla tych, którzy nie kojarzą, Finowie grają śmierć metal. I to w przypadku tej EP-ki nawet bardziej tradycyjny i czysty gatunkowo niż na wspomnianym debiucie. Mniej tu kombinowania, nieco mniej punkowych podjazdów, więcej staroszkolnych konkretów. Ze wspomnianego punka pozostały ewentualnie rytmy perkusyjne, aczkolwiek tym razem i tak brzmią one bardziej jak u klasyków ze Szwecji niż faktycznych inspiracji tym nieco starszym gatunkiem. Owszem, jest w tej muzie trochę skoczności i chwytliwości, ale jej podstawę stanowi deathmetalowy ciężar. Jak wspomniałem, finezji w tych nagraniach jakby mniej niż na „Vermian Death”, co nie znaczy, że panowie zapomnieli o wplataniu w swoje riffy odpowiedniej dawki melodii, czy zmian tempa. To, głównie obraca się w granicach średnich, acz niekiedy kapkę spada na rzecz siermiężnych, uderzających w łeb, rytmicznych akordów. Trochę to wówczas przypomina marsz nieumartych, a masą kojarzy się ze średniej wielkości spychaczem. Gdzie indziej, też w tych prostych, niewyszukanych momentach, staje mi przed oczami Haemorrhage i Fernando wymachujący górną, czy tam dolną, kończyną, niby zajumaną z kosza na szpitalne odpady. Choćby w „Master’s Lair”. Poza powyższymi nazwami wymienić jeszcze, w formie inspiracji, można połowę Szwecji, albo Incantation, którego echa również się na tym EP-ku przewijają. Innowacji tu niewiele, za to konkretnego pierdolnięcia zdecydowanie więcej. Masywnie to brzmi, więc za ten element też plus. Wokal – rasowy, bez finezyjnych wywijasów, idealnie pasujący do podkładu muzycznego. Legancko się tego słucha, nawet jeśli na podłogę nie rzuca. Sprawdzić zatem można, a nawet wypada, choć jeśli ktoś się zgapi, to życia raczej nie przegra. Debiut podobał mi się chyba mimo wszystko bardziej. Zobaczymy jaki będzie następny krok Grave Hex. Myślę jednak, że z tej mąki więcej niż solidny wyrobnik ostatecznie nie wyrośnie.

- jesusatan




Recenzja Dominion „Mortification of Thy Flesh”

 

Dominion 

„Mortification of Thy Flesh”

Sinistrari Records 2026

Trochę kapel o tej nazwie się nazbierało, ale ta pochodzi z New Hampshire, gdzie powstała w 2019 roku. Nagrań ma bez liku, bo jedną epkę i koncertówkę, no i ten debiut więc chyba załoga się nie przemęcza, w sumie rozumiem, gdyż też nie lubię. Dominion gra death metal w klasycznej odmianie, która funkcjonowała w latach dziewięćdziesiątych w USA. Jest to ujęcie bardzo surowe, które odznacza się żylastością i siermiężnością. To proste, sękate riffy i sporo gęstego, tłumionego bicia, co podkręca sekcja rytmiczna, która składa się z dwóch, mięsistych basów i nieco płaskiej perkusji. Instrumentarium towarzyszą bulgoczące i lepkie growle, od których przewraca się w żołądku. Muza grana przez Amerykanów płynie głównie w wolnych i średnich tempach, gniotąc i mieląc cierpliwie, bo miażdżyć i rozdrabniać z pietyzmem wręcz kocha. Death metal w wykonaniu Dominion jest bezlitosną i prymitywną maszyną, która dla współczesnego fana tego gatunku, może okazać się zupełnie nie atrakcyjna. Surowe brzmienie, piskliwe zagrywki i zgrzytliwe solówki wraz z łupiącymi basami i beczkami robią małe kuku, a obrzydliwe teksty wyrzygiwane przez gościa przy mikrofonie, stawiają kropkę nad i. Muzyka paskudna, brudna i bezkompromisowa. Oprócz tego w dzisiejszych czasach może wydawać się wtórna i w gruncie rzeczy taka jest, ale jest to obliczony efekt, założony przez jej twórców, którzy po prostu grają to co lubią, odtwarzając utarte schematy sprzed wielu lat. Album ten to swoisty przekrój tego gatunku, który koncentruje się na jego najbardziej obscenicznej stylistyce, uwalniając na świat ohydnego potworka w postaci „Mortification of Thy Flesh”.Poza wstępem i zakończeniem, sześć numerów, od których dostaniecie mdłości. Pycha. Częstujcie się.

shub niggurath




Recenzja Master “Among the Seeds of Death”

 

Master

“Among the Seeds of Death”

Hammerheart Rec. 2026

Odliczania ciąg dalszy, czyli Master po raz… szesnasty! Mało który zespół dorobił się na przestrzeni lat tylu albumów. Chuj tam, że się dorobił, ale żeby cały czas utrzymywał wysoki poziom, to już jest prawdziwy ewenement. Coś circa dwa lata temu pisałem wam, że „”Saints Dispelled” to dojebana płyta, i Speckman nadal umie w death / thrash. Kilka tygodni temu, kiedy zrobiłem sobie z „Among the Seeds of Death” z dwie rundki, pomyślałem, że nieco mu ciśnienie spadło. I w sumie nawet chciałem sobie odpuścić recenzję tego albumu, ale któregoś dnia wypiłem sobie trzy bursztynowe, i poczułem ponowną ochotę na Master. I tak mnie ten krążek ruszył, że z kolegą słuchaliśmy go cały wieczór. Tak, wiem, i przyznam to od razu bez bicia, muzyka brodacza mieszkającego obecnie za naszą południową granicą faktycznie jest wtórna, powtarzalna, nieskomplikowana, a na nowym albumie nawet chyba jeszcze bardziej punkowa niż dotychczas. No i? I chuj! Niech sobie będzie, skoro to i tak jest wysoki (no nie napiszę że najwyższy, bo będzie że się spiłem) poziom grzańska. Co jak co, ale proste granie to ja akurat lubię. A Master gra prosto. Dla zwykłego chłopa spod budki z piwem. Co prawda gdzieś tam pomacha mu przed zamglonymi oczami bardziej klasyczną, nie należącą do prymitywnych solówką, w innym momencie pobuja chwytliwą melodią, ale nawet wtedy ów Mistrz będzie ubrany w brudne, obrzygane i kilka miesięcy nie prace łachmany, znalezione pewnie pod kontenerem PCK. Muzyka Master to klasyka prostoty gatunku. Jednocześnie muzyka, która dla określonego grona odbiorców jest nadal tym, czego im najbardziej do szczęścia potrzeba. Ja, jak idę po piwo, to nie muszę za każdym razem kupować Komesa. Częściej walnę za podobną cenę z trzy dyskontowe mocne, i jestem po nich równie szczęśliwy. Z muzyką mam podobnie. Wykwintną nie pogardzę, ale i tak gdzieś tam w serduchu najsilniej bije mi ta prosta, wulgarna. Powiem wam zatem najprościej jak się da. Nowy Master to naprawdę fajna płyta, o ile nie oczekuje się od staruszka, że zatańczy jak młody kozak. Może i rzeczywiście w ostatecznym rozliczeniu słabsza od poprzedniej, ale tylko odrobinkę. Speckman, mimo iż już siwy, i pewnie mu kręgosłup siada, nadal daje radę. Jak mało kto w jego wieku (nie wypominając). Oby tak dalej.

- jesusatan