czwartek, 16 lipca 2026

Recenzja Hexorcist „Crucificial Imprecations”

 

Hexorcist

„Crucificial Imprecations”

Invictus Rec. / Godz ov War 2026

Troszkę wody w rzece upłynęło od chwili wydania bardzo dobrego debiutu Amerykanów. Z drugiej strony, te pięć lat minęło jak z chuja strzelił, i oto mamy następcę „Evil Reaping Death”. W międzyczasie zespół przepoczwarzył się personalnie, a konkretnie na wokalach pojawił się Gienek Palubicki, choć zastanawiam się dlaczego pod nazwiskiem własnym, a nie jako Hexorcist V. Myślę, że poniekąd magia nazwiska miała na celu zwiększenie zainteresowania zespołem, zwłaszcza że ten zasłużonej atencji chyba nie osiągnął. No ale przejdźmy do meritum. Hexorcist to twór, który mocno czerpie ze spuścizny Morbid Angel, o czym zresztą wspomniałem przedstawiając wam ich wcześniejsze materiały. „Crucificial Imprecations” jest prostolinijną kontynuacją stylu opartego na wspomnianych stylu. Zaznaczam, że mówimy o rozwijaniu pewnego wzorca, a nie bezpośrednim kopiowaniu, tym bardziej, że na „dwójce” sposób interpretacji własnej znanych klasyków został odrobinę urozmaicony. Poza oczywistymi konotacjami melodycznymi z ekipą Treya i spółki, na nowych nagraniach pojawia się więcej solówek mocniej kojarzących się z Nocturnus. Acz z drugiej strony nie wiem, czy to wrażenie nie jest u mnie spowodowane faktem, iż kilka dni temu odszedł od nas pan Browning, a przy tej okazji jego dyskografię sobie odświeżałem. Drugą sprawą jest brzmienie. Jakby bardziej surowe w porównaniu do debiutu. Nie powiem, że demówkowe, ale noszące takie znamiona. W każdym razie stuprocentowo organiczne, z celowymi chyba drobnymi niedociągnięciami. Pod względem muzyki sprawa jest raczej wiadoma. Zastanawiam się tylko, czy dokooptowany na wokal Gene miał jakiś, choćby drobny wpływ na ostateczny wpływ kompozycji. Osobiście stawiałbym na „tak”, bo „Crucificial Imprecations” ma w sobie też drobne zalążki Angelcorpse, albo może bardziej Perdition temple, czyli stylu będącego wypadkową obu klasycznych ekip. Album ten nie należy do odkrywczych, bardziej odkrywkowych. Nie umniejsza to bynajmniej jego jakości. Moim zdaniem Hexorcist to jedni z najbardziej utalentowanych spadkobierców tego, co zrodziło się na Florydzie jakieś czterdzieści lat temu. Jeśli czerpać od najlepszych, do dokładnie w takim stylu jak oni. A konsekwencję obranego przez zespół stylu widać w tym przypadku nawet po okładce. I to chyba wystarczy za cały komentarz do tej płyty. Bo nad czym się tu niby rozwodzić?

- jesusatan




Recenzja Arkona „Age of Capricorn”

 

Arkona

„Age of Capricorn” (re-issue)

Mara Prod. 2026

To nie pierwsza reedycja Arkony popełniona przez tą wytwórnię. Teraz na tapetę Mara wzięła sobie siódmy album tej kapeli, czyli „Age of Capricorn”. Co by tu nie napisać o tej płycie, to i tak Ameryki się nie odkryje, bo większość ludzi przecież zna ten zespół, a muzykuje on już od 1993 roku. Dla tych co nie słyszeli tego materiału, a są bardzo ciekawi jak on leci, to trzeba powiedzieć, że jest to black metal, który dość dynamicznie prze do przodu, ale nie tylko dzięki intensywnym kanonadom zawdzięcza on swoją siłę. Płynie ona również z dobitnie ustawionego brzmienia, które podbija dobrze naoliwiona sekcja rytmiczna. Black metal na tym krążku to także świetne wokale, które wydobywa ze swojego gardła, ówcześnie nowy śpiewak w Arkonie Dariusz Rauer oraz klawisze. Syntezatory z kolei na „Age of Capricorn” stoją delikatnie w odwodzie w stosunku do poprzednich produkcji. Użyte są oszczędniej, ale nie straciły swojego znaczenia w muzyce grupy. Jednakże ich mniejsza ekspozycja oddaliła nieco black metal Arkony od symfonicznych rejonów w stylu Dimmu Borgir, do których wcześniej zaczynała się ta brygada niebezpiecznie zbliżać. To odrobinę melancholijny, ale też mroczny bleczur, który dostarcza wielu emocji, ponieważ melodie i riffy użyte przy jego komponowaniu są niebywale sugestywne. To bogata w zamaszyste dźwięki pozycja, która spodoba się przede wszystkim fanom okołosymfonicznej diabelszczyzny, częstującej zarówno agresywnymi blastami, nastrojowymi, średnimi tempami i przestrzennymi pasażami. Black metal skonstruowany w sposób profesjonalny, odrobinę ocierający się o mainstream, ale jego specyficzny, ciężki klimat skutecznie go od popularyzacji ratuje. Pierwotnie wydany w 2019 roku, podobnie jak ostatnie wznowienie Besatt, po siedmiu latach udowadnia, że nie stracił daty ważności.

shub niggurath




Recenzja Scordatura „Led Into Oblivion”

 

Scordatura

„Led Into Oblivion”

Everlasting Spew Rec. 2026

Z nazwą Scordatura spotykam się po raz pierwszy, a panowie rzeźbią swoje już niemal dwadzieścia lat. W międzyczasie dorobili się trzech dużych płyt i kilku demówek. Sześciu, żeby być dokładnym. Nowy, czwarty, krążek wypuściła chwile temu włoska Everlasting Spew Records, więc postanowiłem sprawdzić, czy dotychczas zespół nie miał najzwyczajniej szczęścia do wydawców, czy po prostu prezentuje lipę. Jako iż album trwa niecałe pół godzinki, po dwóch okrążeniach wszystko było jasne. Zacznijmy od tego, że Szkoci rzeźbią w mniej przeze mnie uczęszczanym odłamie death metalu. Bo ja najbardziej lubię albo prosto i klasycznie, albo po gruzowemu. Tutaj mamy brutalniejszy odcień śmierci z zacięciem technicznym. Spodziewać się zatem możecie raczej podkręconego tempa, z częstym wejściem w blasty, pokręconych harmonii i połamanych chwytów. Nierzadko linia melodyczna zmienia się tutaj kilka razy na przestrzeni jednego tylko utworu, i to najczęściej mnie w tym odłamie wkurwia. Bo jest robione na pałę, tak jakby ktoś miał dostać sraczki, jeśli za chwilę nie poprzebiera paluchami po gryfie i czegoś nie odwróci. Scordatura o dziwo bardzo zgrabnie radzą sobie z moim problemem. Ich pomysły nie są upchnięte z buta do podróżnej walizki, lecz całkiem logicznie poukładane tak, by jedno wynikało z drugiego, bez potrzebnych przeskoków czy odskoków w bok. Nawet zwolnienia, jakże typowe dla tych wszystkich techniczno – brutalnych onanistów są na tym krążku mniej przewidywalne i faktycznie mocno przyciskające do gleby. W gąszczu pomysłów można wyłowić tu chwilami inspiracje Morbid Angel, Dying Fetus, Cryptopsy czy Dyscarnate (choć ci ostatni tak na dobrą sprawę nagrali tylko jeden wyjątkowo udany krążek).  Rzecz w tym, że oprócz brutalizy i rzygania robalami, można tutaj usłyszeć małą garść niezłych, chwytliwych pomysłów. Żeby nie było wyłącznie różowo, to album ten ma też składowe, które mi się nie podobają, jak choćby wkurwiające sprzężeniowe riffy, które spokojnie można by sobie odpuścić. Jest też kilka melodii oklepanych w chuj, na zasadzie klasycznej patatajni, czy pędzenia donikąd. To jednak zdecydowana mniejszość, bo „Led into Oblivion” jako całość to konkretny, i dobry materiał. Mocarnie brzmi, nie tak sterylnie jak kapele nagrywające na sali operacyjnej, nie nudzi, i nie ma na nim powielanych w kółko schematów. Dla fanów gatunku będzie to prawdziwa uczta. A i ci (mówię sądząc po sobie), którzy za podobnym graniem na co dzień nie szaleją, znajdą tutaj coś dla siebie. Nie wiem, czy wrócę kiedyś do tych nagrań, ale na żywo bym sobie chłopaków zobaczył, bo mógłby być niezły rozpierdol.

- jesusatan




wtorek, 14 lipca 2026

Recenzja Ceremonial Worship „Between Sleep and Death”

 

Ceremonial Worship

„Between Sleep and Death”

Eternal Death 2026

 


Ceremonial Worship po czterech latach wracają ze swoim trzecim krążkiem. Zespół pochodzi z Grecji i gra black metal. Myli się jednak, kto z góry założy, że to kolejni uczniowie Rotting Christ czy Varathron. Wydźwięk kompozycji zawartych na „Between Sleep and Death” jest zdecydowanie bardziej skandynawski. Owszem, da się tutaj wyczuć elementy towarzyszące śródziemnomorskiemu odłamowi gatunku, lecz stanowią one zaledwie promil całości, tonący w morzu inspiracji płynących ze wspomnianego półwyspu. Swoją  twórczość zespół (choć właściwie jest to raczej twór indywidualny niejakiego Spirosa, aka High Priest C.W.’a) opiera na dość melodyjnych harmoniach, mogących kojarzyć się chwilami ze szkołą fińską, w innych momentach ze szwedzka, a nawet norweską. Nie jest to granie surowe, co nie znaczy, że brak tu ostrych akordów. One jak najbardziej występują, nawet stanowią jeden z głównych składników rzeczonego krążka. Rzecz w tym, że brzmienie jest tutaj klasycznie drugofalowe z połowy lat dziewięćdziesiątych. Czyli nie Darkthrone, a raczej Emperor, czy Satyricon. Zresztą myślę, że wiecie co mam na myśli. Co do samych numerów, to trzeba przyznać, że przez te cztery lata muzyk bynajmniej nie spał, tylko sukcesywnie swój styl przekazu rozwijał. Nie mówię, że szukał nowych ścieżek, czy eksperymentów, mam na myśli bardziej poziom kompozytorski. Te numery faktycznie wpadają w ucho, i to zdecydowanie głębiej niż dotychczas. Taki „Where the Shadow Awakes” (ale spokojnie, nie chodzi o „naszego” Shadowa) wbija się w głowę bardzo głęboko, a będąca kręgosłupem tego kawałka melodia wybrzmiewa pod czachą jeszcze długo potem, jak płyta się kończy. Z drugiej strony, żebyśmy się nie zrozumieli źle. Pan Grek nie przesadza ze słodkościami. Czuć w tej muzyce ziąb, nawet jeśli nie jest to zima stulecia. Oczywiście jest to, jak już zresztą wspomniałem, bardziej płyta-hołd niż jakiekolwiek nowatorstwo. Płyta jakich wiele, można powiedzieć. I sporo w tym racji, bo nie wróżę Ceremonial Worship zawojowania świata tym materiałem. Z drugiej strony, niczego mu nie brakuje. Wokale są zadziorne, utwory solidnie poskładane na stary styl, brzmi to dobrze, nie nudzi… Jeśli ktoś ma chwile czasu na nową płytę z jadowicie melodyjnym czarcim metalem, to niechaj to chwyta. Myślę, ze mimo wszystko warto sobie z „Between Sleep and Death” zrobić z dwie rundki, bo to najbardziej dojrzały i najlepszy krążek, jaki wyszedł pod tym szyldem. Jeśli jednak sobie odpuścicie, to życia nie przegracie.

- jesusatan




 

Recenzja Besatt „Hellstorm”

 

Besatt

„Hellstorm”

Mara Productions 2026

Polski Besatt każdy zna i jego dyskografie pewnie też. Jeśli nie, to będzie mógł się zapoznać z ich trzecią płytą, która pierwotnie wydana była w 2002 roku. Teraz przybliża i przypomina ją Mara Productions. To tak jak ówcześnie, osiem kawałków black metalu, który kąsa dotkliwie. Surowe brzmienie, bezkompromisowe podejście do tworzenia riffów i totalna wściekłość. Zrodziło to diabelszczyznę, która odznacza się agresją i skrajną nieprzychylnością dla form życiowych. Wściekłe blasty, delikatnie nastrojowe chwytliwości i satanistyczne kołysanki na „Hellstorm” robią naprawdę dobrze, bo połączenie norweskich manier i polskiego bon-tonu zawsze było w cenie. Besatt już wtedy wiedzieli o co chodzi i wprowadzali wszystkie właściwe elementy do swojej muzyki, która tnie do kości, gdy trzeba upiornie pobuja, a i mrocznego romantyzmu dostarczy. Materiał ubrany w toporne, uwierające brzmienie, kaleczy uszy podobnie jak cięte akordy oraz zajadłe wokale. Oprócz diabolicznych galopad oferuję także mnóstwo zmian tempa, a te w średniej agogice wprowadzają pokaźną ilość mistycznej atmosfery, która czyni ten krążek jeszcze bardziej wymownym. Besatt dobitnie udowadnia czym jest black metal i jakie uczucia powinien nieść ze sobą. Podziemny i wypełniony ciemnością album, będący wyrazem kultu Szatana jak i samego gatunku. Pozbawiony udziwnień, już na początku XXI wieku nie bardzo wpisywał się w narastające w tamtych latach modernistyczne trendy., co czyni także dziś. Zupełnie nie poddając się zębom czasu, nie stracił na sile i przetrwał te 24 lata bez uszczerbku. Z jego antagonistycznego wydźwięku zionie autentycznością i piekielnym ogniem. Tym, którzy nie znają, polecam, bo innym nie muszę.

shub niggurath




Recenzja Hanternoz “A hed an noz, a noz, a noz”

 

Hanternoz

“A hed an noz, a noz, a noz”

Antiq Rec. 2026

Ależ mnie zmylił ten francuski band. I to dwukrotnie. Najpierw, kiedy spojrzałem na tytuł. Skojarzył mi się z debiutem pewnych Finów, pewnie się szybko domyślicie o kogo chodzi. Następnie w chwili, gdy płyta się rozpoczęła. Otwierający ją akord jakoś tak bardzo mocno skojarzył mi się z Bolzer. I kiedy już, już miałem apetyt na coś dobrego i zacząłem ślinić się jak pies pewnego rosyjskiego fizjologa, nastąpiło ujście powietrza z, nawet nie do końca jeszcze nadmuchanego, balonika. Hanternoz grają… w sumie tak, jak wyglądają na Metal Archives. Jeden stoi wśród połamanego tataraku, drugi siedzi na krześle biurowym w jeziorze. Nieporozumienie jakieś. No dobra, ale może konkretniej, bo przecież nie ma czegoś takiego jak tatarak metal. Smucą panowie niemiłosiernie w klimatach folkowo blackmetalowych. Choć na dobrą sprawę tego czystego folku to tutaj aż tak dużo nie ma. Jest za to wspomniany black metal, głównie w tempie średnim, z okresowymi przyspieszeniami, jednak tak oklepany i nudny, że faktycznie można przy tym usnąć jak przy opowieściach wiejskiej bajarki. Już pierwszy utwór, a trwa on aż jedenaście minut, mocno mnie zmęczył, a przed sobą miałem jeszcze sześć, i dodatkowych minut pięćdziesiąt. Wierzcie mi, dotrwałem do końca, ale było to bardziej męczące niż wejście na dwudzieste piętro po schodach. Jeśli chodzi o folkowe melodie, to w takowe umieli choćby Enslaved na „Eld”. Francuzi próbują, ale wychodzi to raczej niespecjalnie. Przykładowo, „La Lessive des Trepasses”, oparty na tanecznej melodii, upiększony czystymi zaśpiewami, zawierający riffy, których może i nie potrafię przykleić do konkretnego wzorca, ale są mi znajome na wylot (albo po prostu takie banalne) jest dobrym przykładem, jak grać ten rodzaj muzyki w sposób kompletnie odstraszający. Ponadto, mimo iż zazwyczaj nie mam nic przeciwko, a wręcz przeciwnie, odpycha mnie na tym albumie śpiew po francusku. I nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, bo w takim Galibot język ten brzmi fenomenalnie. A to też black metal, i też trochę zbliżony stylistycznie, tylko zagrany z trzy poziomy lepiej Cóż, nie będę ględził, bo to trochę strata czasu, tak samo jak słuchanie tej płyty. Jest nudna, przewidywalna, ,bez pomysłu… po prostu jałowa. Do kibla!

- jesusatan




Recenzja Vafurlogi „GneistiafeldiGuðs”

 

Vafurlogi

„GneistiafeldiGuðs”

NoEvDia / Oration 2026

Najnowsza, druga płyta Vafurlogi, choć podobno kawałki na niej się znajdujące, są starsze od tych z debiutu, jest bardziej spójna niż jej poprzedniczka. To prawda, że zawiera również sporo dysonansowego riffowania i typowych dla islandzkiego ujęcia zawijasów oraz zwartych tekstur, ale tym razem panowie sprawnie wszystko połączyli, co wykreowało mniej eksperymentalny materiał. Już ich black metal nie jawi się jako zbiór, nieustannie kłębiących się środków wyrazu, które zespolone trochę na siłę, kierowały się w absurdalne rejony, jakiejś pokręconej diabelszczyzny. Na „GneistiafeldiGuðs” jest spokojniej. Wszystkie użyte formy stylistyczne, tym razem płynnie przeplatają się ze sobą i co za tym idzie, poszczególne kompozycje wydają się być w większym stopniu przemyślane. Po poprzednim „wybuchu supernowej”, obecnie i w naturalny sposób w procesie twórczym Vafurlogi, zapanował spokój. To teraz nieco nostalgiczny black metal, w którym słychać więcej nawiązań do drugiej fali gatunku. Pomimo znacznej ilości progresywnych nut i połamanych, islandzkich rytmów, pełno tutaj melodii, które swoim liryzmem zamykają słuchacza w nierzeczywistym świecie lub przeobrażają się w rozległe niczym mgławice, pejzaże dźwiękowe. Z jednej strony duszą one swą intensywnością, zaś z drugiej, zadziwiają przestrzennością, niemalże przyprawiając o agorafobię. Na tym krążku znikł gdzieś „groch z kapustą”, a pojawiła się symbioza między tym co klasyczne i tym co modernistyczne, tworząc ezoteryczny bleczur, w którym, jak w idealnie przygotowanej choreografii tańczą ze sobą zimne tremolando, gorące ataki, atonalne, pływające akordy i te uwierające, schizoidalne zagrywki. Islandczycy poczynają sobie dojrzalej i na nowym albumie już nie serwują przypadkowej zbitki nowoczesnych i ortodoksyjnych brzmień, ponieważ na „GneistiafeldiGuðs” te dwa światy całkowicie się przenikają. Warto sprawdzić, bo to wciągający swym logicznie, eklektycznym charakterem materiał.

shub niggurath