sobota, 5 września 2026

Recenzja Wyrdstæf „Primordial Bloodlines”

 

Wyrdstæf

„Primordial Bloodlines”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Wyrdstæf, to już ze względu na sam koncept zespół oryginalny. Panowie postanowili bowiem wziąć na warsztat epokę paleolitu i mezolitu, pod kątem życia naszych przodków, przemierzających świat lodu i cudów natury w owych nieskażonych, ale bezlitosnych warunkach. Jak się zatem domyślacie, nie jest to typowy black, czy też death metal. Bo jeśli nawet oparty o te dwa gatunki, to ze zdecydowaną potrzebą dodania do nich takich epitetów jak „plemienny” czy „rytualny”. Jakiś czas temu słuchałem nowego materiału Ch’ahom. Zbieżność, którą dostrzegam między Niemcami a Brytolami jest taka, że oba te bandy stosują interludia, czy też przerywniki, zwał jak zwał, o charakterze mocno trybalnym. Mroczne bębny, egzotyczne instrumenty, szamańskie zaśpiewy, szepty i dźwięki dzikiej natury. To bardzo mocno wprowadza w odmienny, trochę przerażający klimat. W swoich utworach Wyrdstæf stosują natomiast znacznie szersze spektrum muzyczne niż Ch’ahom. Znajdziemy tutaj spory wachlarz riffów, zarówno tych nawiązujących do drugiej fali black metalu, jego bardziej współczesnej, z lekka dysonansowej odmiany, klasycznego death metalu, czy nawet doom metalu. Podczas każdej z kompozycji mamy fragmenty brutalne, jak i nastrojowe wyciszacze, co, poza wspomnianymi trybalnymi zaśpiewami, tworzy naprawdę ciekawą mozaikę, mogącą faktycznie być odzwierciedleniem życia człowieka prehistorycznego, spotykającego się z nagłym niebezpieczeństwem, by za chwilę móc świętować nowe odkrycia i znaleziska. Co istotne, Wyrdstæf starają się układać klocki po swojemu, przez co odniesienie ich twórczości do jakiegokolwiek innego zespołu nie byłoby do końca wymierne. Najbliżej jakichkolwiek porównań jestem przy ostatnim na płycie „Primordial Bloodlines”, utworze najbardziej nastrojowym, w połowie akustycznym, a w całości śpiewanym czystym głosem, w niektórych momentach mogącym kojarzyć się z twórczością Sadness (acz ze sporą dozą dodatków bardziej melancholijnych, czy doomowych). Trzeba przyznać, że propozycja Wyrdstæf to bardzo emocjonalne i oddziałujące na wyobraźnię granie, zwłaszcza przez pryzmat wspomnianego konceptu. Całość trwa niewiele ponad pół godziny, co pozostawia pewien niedosyt, ale chyba lepiej tak, niż przekombinować i podać danie zbyt duże, przez co ciężkostrawne. Jeśli szukacie czegoś nieoczywistego, proszę się częstować. Całkiem niezłe to jest. Mam tylko jeden większy zarzut. Okładka jest chujowa.

- jesusatan




Recenzja Faustian „Parable of the Sewer”

 

Faustian

„Parable of the Sewer”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026

Faustian pochodzi z Australii, a mały debiut ma już za sobą, bo trzy lata temu wyszła ich epka „We Come as Angels”. W lipcu ukazał się ich pierwszy długograj, który niesie ze sobą osiem numerów, utrzymanych w black metalowym tonie. To diabelszczyzna w wyrazistym wydaniu, która zalewa nas agresywnymi blastami, atmosferycznymi zwolnieniami, a i trochę nowoczesności w postaci dysonansów również tutaj można znaleźć. Panowie zapodają na swoich instrumentach potężną ścianę dźwięku, która ułożona w przemyślany sposób, owocuje black metalem współczesnym o ziarnistym brzmieniu, wzmocnionym przez mocną sekcję rytmiczną i zajadłe wokale. Jest to bleczur, który nie stroni od klimatycznych przerywników z czystymi wokalizami czy chóralnymi głosami. Australijczycy nie boją się także atonalnych pływów we francuskim stylu, w które wplatają sporo brzękliwych zagrywek, pojawiających się również podczas mistycznych zwolnień pomiędzy kolejnymi uderzeniami szybkich riffów i tremolo. Ostra produkcja nadała temu materiałowi uwierającego charakteru, co podkreśliło jego siłę wyrazu. Wszystko ładnie i rzekłbym nawet pięknie, bo pierwsza płyta od Faustian to rogacizna różnorodna i mocna. Pełno w niej satanicznej złości, gęstych momentów i mrocznych pejzaży, które kotłują się ze sobą przez cały czas trwania tego krążka. Nie sposób się przy niej nudzić, a i emocje wywołuje odpowiednie. Faustian wymyślił swoje ujęcie tej muzyki, korzystając z wielu wpływów, ponieważ słychać tu i skandynawskie, i francuskie oraz islandzkie pierwiastki, które ten tercet ubrał w australijskie szaty. Black metal nieco inny, ale taki sam jak wiele dzisiejszych wydawnictw, podążających w odrobinę modernistyczne rejony. Podobać się może, lecz nie musi. Sprawdźcie.

shub niggurath




czwartek, 3 września 2026

Recenzja Wrath Division „Cremation Grounds Abyss”

 

Wrath Division

„Cremation Grounds Abyss”

Old Temple 2026

No, kurwa, w końcu się ogarnęli! Materiał na drugi album Wrath Division był gotowy już od jakiegoś czasu (w sumie to powstał zaraz po debiucie), ale chłopaki nie mogli zabrać się za wokale. Albo może zmobilizować śpiewaka do ich nagrania. No to pozmieniali mu cyferki w pseudonimie, po czym poszło już z górki, i oto mamy „Cremation Grounds Abyss”. Mało jest na polskiej ziemi grania warmetalowego, dlatego na to wydawnictwo czekałem bardzo niecierpliwie. Zwłaszcza, że „Barbed Vire Veins” niczym nie ustępował światowemu poziomowi grania w rzeczonym temacie. Nowy materiał niewiele różni się od debiutu, ale tylko i wyłącznie w przypadku, jeśli rzucimy na niego uchem laika. Nadal mamy tutaj ostrą, prymitywną napierdalankę ze ślizgami po gryfie, szalejącymi blastami, oraz bezlitosnym riffowaniem, prawda. Jeśli jednak jesteśmy w temacie owych blastów, czy też tempa, to zdecydowanie więcej na tym wydawnictwie zwolnień. I to, co się, kurwa, chwali, nie takich typowych slow-downów do pomachania łbem, których pełno na krążkach wszelkiej maści naśladowców Blasphemy, lecz przejść w tempo wolne z zachowaniem odpowiedniej linii melodycznej. Absolutnie nie powoduje to przy okazji zmniejszenia poziomu wkurwu kipiącego z tych nagrań. Tutaj nadal bucha czysty ogień, czy tam lawa, z tą różnicą, że efekty totalnej erupcji przerywane są przysłowiową ciszą przed burzą. Więcej tu też czysto deathmetalowych akordów, takich z czasów zawiązywania się gatunku. Jak nie wiecie o co mi chodzi, to posłuchajcie „Flesh Burning In Flames of Deliverance”, może załapiecie. Jest na tym albumie też kilka fragmentów, które przypiąłbym do czystego grind’u, bo są totalnym szaleństwem. Czego by jednak nie powiedzieć, album ten jest absolutnym rozpierdalatorem, obrazem dewastacji, totalnego zniszczenia, nawet jeśli dokonanego przy użyciu nieco innych środków niż poprzednio. A jeśli o środkach, to nie sposób tu nie wspomnieć o nowym śpiewaku. Facet zdziera struny do krwi, ale potrafi przy tym, w sposób naturalny, modulować swoje wyrzygi, przez co w tym temacie też nie pozostajemy na płaszczyźnie poziomej. W chuj dobry to krążek, a na pewno troszkę rozwijający zardzewiałą przecież, zdającą się nie do naprawienia przy użycie WD-40, formułę. Pół godziny z niewielkim okładem. Tyle chłopakom zajmie spuszczenie wam totalnego wpierdolu. Kto chętny?

- jesusatan




Recenzja Vingulmork „Barmhjertighetens Fallitt”

 

Vingulmork

„Barmhjertighetens Fallitt”

Crime Records 2026

Panowie z Vingulmork nie rozpieszczają swą twórczością, ponieważ „Barmhjertighetens Fallitt” to w ich czternastoletniej karierze dopiero drugi krążek. Zawiera on dwanaście numerów z czego trzy to krótkie zapychacze, a reszta to już poczerniony thrash metal o dużej dawce melodyki. Generalnie do niczego nie można się tu za bardzo przyczepić. Brzmienie ostre jak żyletki, dźwięczna sekcja rytmiczna i wokalizy zajadłe jak u wściekłego wilka. Produkcja czysta, selektywność idealna, ale nie plastikowa, bo jakby naturalna. Riffy szybkie, rytmiczne, tłumione bicia w średnim tempie, nastrojowe zwolnienia i zimne tremolo. Czuć tutaj norweskiego ducha, bo Vingulmork potrafi posypać szronem, diabolicznie pobujać i wprowadzić momentami spore pokłady wikińskiej atmosfery. W kompozycjach słychać zaangażowanie, wkurw i przywiązanie do tamtejszej tradycji grania metalu o szatańskiej proweniencji. Podczas odbioru tego krążka nie sposób się również nudzić, gdyż kwartet ten dba o częste zmiany tempa, kostkowania i klimatu, a obecne tutaj, wszędobylskie chwytliwości wzmacniają gładkość postrzegania „Barmhjertighetens Fallitt”. Jedynym problemem jaki napotykam, słuchając tego albumu, to jego typowość i brak jakichkolwiek punktów zaczepienia, aby zostać z nim na dłużej. Poprawne muzykowanie w konwencji black-thrash metalowej ze wskazaniem na ten pierwszy człon, które poza wzorcowym odfajkowaniem jego elementów nie sprawia, żeby go zapamiętać i wracać do niego co jakiś czas. Jest agresywnie, siarczyście, harmonijnie i chwilami klimatycznie, ale brakuje mi tej kropki nad i, która udowodniłaby, że tak, to jest metal z Norwegii, a nie jakieś tam szwedzkie Dissection.

shub niggurath




środa, 2 września 2026

Recenzja Ch'ahom „Atrophic Rites Sublimation”

 

Ch'ahom

„Atrophic Rites Sublimation”

20 Buck Spin 2026

Po wydanym w zeszłym roku demosie “Covered In the Priests Black Shit”, miałem cichą nadzieję, że nagranie drugiego albumu Niemcom nie zajmie wiele czasu. I tak się faktycznie stało, bo panowie z Essen (po naszemu „jeść”), po zmianie barw klubowych, wracają z nowym długograjem. No, żeby on był faktycznie długi, to bym nie powiedział, bowiem jest to pięć kompozycji, a których jedna długaśna, ponad dziesięciominutowa, nie przekraczających zusammen nawet pół godziny. Muzycznych rewolucji na tym wydawnictwie nie znajdziemy, ale to chyba dobrze. Ch’ahom wykreowali swój autorski, dość oryginalny styl, i jego się trzymają. Wiadomo zatem, że, poza treścią właściwą, usłyszymy na tej płycie kilka trybalnych, czy też rytualnych, interludiów. Dzwoneczki, piszczałeczki, obrządek rodem z Ameryki Południowej sprzed wieków. Nie da się ukryć, że właśnie te drobne dodatki robią tutaj różnicę, bo wprowadzają w odpowiedni, wypełniony ociekający krwią klimat. Słuchając nowych kawałków, odnoszę wrażenie, że muzyka Ch’ahom stała się jakby bardziej czytelna, zarazem mocniej pokombinowana. Nie znaczy to, że brak tu ciężaru z gatunku gruzowego, on jest nadal obecny, i to chyba, w połączeniu ze staroszkolnym death metalem (bo ja tu momentami wyraźnie słyszę choćby Morbid Angel), w przeważającej ilości. Pojawiły się natomiast fragmenty kapkę zaskakujące, gdzie chłopaki tasują akordami, łamią rytmy i zdają się dawać do zrozumienia, że ich muzyka z czasem jednak dojrzewa. Niech takim przykładem, idealnym zresztą, będzie „Priests of Lik’in”, z pokręconym wstępem, częstą zmianą kostkowania, warmetalowymi ślizgami po gryfie, przeplatanymi przebieraniem paluchami po tymże. Zresztą album ten ma to do siebie, że nie utkwicie podczas odsłuchu na wielokrotnym zapętleniu jakiegoś motywu. Tu co chwile coś się dzieje, coś się zmienia. Stąd też, że tak sobie pomyślałem, lepiej chyba nagrać materiał krótki, ale pełen pomysłów, niż długi, ale oparty na wałkowanym w kółko temacie. Równie bogato, co muzycznie, jest pod względem wokalnym. Monotematyzm Niemców nie dotyczy, ale to sobie najlepiej sprawdźcie sami, bo tej płyty po prostu wypada posłuchać. Zdaje mi się, że Ch’ahom nie zyskali dotychczas należnej atencji, i nadal pozostają tworem kryminalnie wręcz niedocenianym. Czy po przejściu do 20 Buck Spin coś się w temacie ruszy? Zobaczymy. Ja tą muzykę bardzo polecam, bo to nie jest kolejny zespół „jeden z wielu”. Chłopaki mają swoją wizję, i konsekwentnie ją realizują. Bardzo mocno im kibicuję.

- jesusatan




Recenzja Windswept „A Sign of the Cloven Hoof”

 

Windswept

„A Sign of the Cloven Hoof”

Primitive Reaction 2026

Zainteresowani i oczekujący na nowy album od Romana Saenko, już niedługo będą mogli się nim cieszyć, bo pod koniec września będzie on już dostępny. Czwarty album od Ukraińców jest jakby ostrzejszy niż ostatnia epka. Mniej tutaj melancholijnych momentów czy refleksyjnych odjazdów, za to więcej ofensywnych form zarówno w warstwie wokalnej jak i instrumentalnej. Owszem, nadal black metal od Windswept w dalszym ciągu jest hipnotyczny i częstuje błogą jednostajnością, ale wyraźnie, okresowo skręca w bardziej rytmiczne i tym samym monumentalne czy uroczyste rejony, snując posępne akordy jakchociażby w trzecim wałku „Buried Face Down”, w którym słychać także nawiązania do „hellhammerowskiej” klasyki. Reszta z tutejszych pięciu numerów, to transowe, lecz agresywne kostkowanie, które leci w średnim bądź lekko przyspieszonym tempie, sowicie sypiąc śniegiem i atakując agresywnymi wokalizami. Czego by nie napisać, to najnowsza płyta od tej trójki artystów, jest kolejną odsłoną ich twórczości w nieco innym ujęciu, w którym odeszli od nastrojowości na rzecz mrocznej nienawiści. Nienawiści płomiennej i szczerej, co przy tworzeniu black metalu jest rzeczą ważną. Zimne, bolesne gitary, wycofana sekcja rytmiczna, która chwilami nie szczędzi d-beatów i zajadłe oraz momentami boleściwe w swej niemocy wokale. Całość złożona z sercem, gwarantuje dobry album black metalowy, któremu w tym przypadku bliżej do skandynawskiego ujęcia niż wschodniego, co przy jego poprawności jest dużym plusem.

shub niggurath




Recenzja Fog Wall „Gloomweaver

 

Fog Wall

„Gloomweaver”

Independent 2026

Fog Wall… Fajna nazwa, pomyślałem. Okładka jednak odstraszała, przypominając raczej jakiś obrazek do gry komputerowej klasy B, i to niekoniecznie świeżej. Ale raz kozie śmierć, w najgorszym przypadku będę żałował straconych trzech kwadransów życia, bowiem tyle całość trwa. „Gloomweaver” to dziesięć kawałków hybrydy deathmetalowej. Dlaczego hybrydy? Bo odłamów rzeczonego gatunku występuje na tych nagraniach kilka. Zacznijmy od siermiężnych (takowe przeważają), dość monotonnych w sumie, opartych na wielokrotnie powtarzanym rytmie, akordów. One stanowią kręgosłup tego krążka. Brzmi to troszkę jak bardzo ubogi kuzyn Dying Fetus, albo bardziej udeath’owiony Crowbar. Nic w tym złego, poza tym, że… strasznie to nużące, bo większość kawałków jest do siebie mocno przez to podobnych. Druga sprawa, że brzmienie tych nagrań jest tragiczne. Ni to wypolerowane, ni rozklekotane, jakby wygenerowane komputerowo, zupełnie bez duszy. Wkurwiają trykające stopy (zgaduję, że to automat), i ogólnie mam pod tym względem wrażenie braku poczucia smaku. Może chłopaki po prostu ścieżki gitar faktycznie nagrali na komputerze? Tym bardziej to zastanawia, że w składzie jeden z panów odpowiada za wokal, a drugi za wokal i bas, więc trop byłby całkiem słuszny. Ale wróćmy do samych kompozycji. Chwilami następują tutaj zrywy, ale na dobrą sprawę wcale nie niwelują one wszechobecnej nudy, tylko ją pogłębiają. W notce prasowej stoi, że to płyta dla fanów Morbid Angel. Jeśli faktycznie jakichkolwiek inspiracji tym zespołem można się tu doszukać, to właśnie w partiach szybszych, brzmiących jak nieudane popłuczyny po „Heretic”. Notka kłamie też, że jest w tych nagraniach coś z Type O Negative. Nie mam pojęcia o co chodzi, bo jeśli o ten średnio odegrany cover „The Profit of Doom”, to chyba opis zawiera nazwę tą upchniętą na siłę z braku innych pomysłów. Ostatnią składową „Gloomweaver” są wkręty na podobiznę technicznego death metalu i zespołów pokroju Wormed, czy innych rzeźbiarzy. Też oczywiście mocno to uproszczone, i koło drugoligowych przedstawicieli tej odmiany metalu śmierci nawet nie stało. Aha, zostały jeszcze wokale. Mamy dwa. Wyższy i niższy, czasem występujące solo, czasem w duecie. Nudne tak samo jak muzyka Fog Wall. Ech, jednak straciłem te czterdzieści pięć minut życia, bo mogłem w tym czasie zrobić coś bardziej pożytecznego, na przykład posprzątać łazienkę. A teraz żona wróci z roboty i będzie sapać, że syf. Jak nie chcecie mieć podobnie, to nie powtórzcie mojego błędu, tylko gąbka i szmatka w dłoń, i do łazienki marsz! Przyjemniejsze to, bo se samemu można pośpiewać, i pożyteczniejsze.

- jesusatan