niedziela, 21 czerwca 2026

Recenzja One Must Forget “Pillars of Shame”

 

One Must Forget

“Pillars of Shame”

ant-zen 2026

To, że muzyk przez dłuższy czas milczy, nie znaczy, że nic nie robi. Neithan, człowiek orkiestra, odpowiedzialny między innymi za takie twory jak Whalesong, Nothing Has Changed, Useless, czy ostatnio przedstawiany tu przeze mnie Lifeless Gaze, nie raczył nas swoimi projektami przez dobrych kilka lat. Najwyraźniej się przebudził, bo po wspomnianym „Death” serwuje kolejny, debiutancki album nowego projektu o nazwie One Must Forget. A w zanadrzu ma jeszcze kilka innych, ale to temat mniej lub bardziej odległy. „Pillars of Shame” to po raz kolejny muzyka do… słuchania na leżąco. Jakkolwiek zabawnie by to nie zabrzmiało, takie są fakty. Kiedy po raz pierwszy podchodziłem do „Pillars of Shame”, wykonując w międzyczasie inne obowiązki, materiał ten przeleciał mi przez uszy w zasadzie niezauważony. Zapomniałem najwyraźniej o charakterystycznym stylu autora. Dopiero kiedy wrzuciłem te nagrania na słuchawki, kładąc się wieczorową porą do łóżka, dotarły one do mnie z pełną mocą. W czym szkopuł? W tym, że nie jest to, po raz kolejny, muzyka łatwa. One Must Forget to industrial / noise. W zasadzie prosty i oparty na staroszkolnych wzorcach, bo specjalnych fajerwerków, czy awangardy tutaj nie uświadczymy. To dwanaście kompozycji, trwających łącznie ponad pięćdziesiąt minut, budowanych za pomocą hipnotyzujących zapętleń, przenikających się elektronicznych dźwięków i sampli. Wokalu sensu stricte tu nie uświadczymy. Sama muzyka jest za to niesamowicie zasysająca. Na tyle, że te pięćdziesiąt minut mija zanim zdążymy złapać trzeci oddech. Wciąga to i pozbawia poczucia czasu niczym wahadełko hipnotyzera, co zresztą znajduje swoje odbicie w powtarzającym się, często pulsującym rytmie kolejnych utworów. Podobnie jak w przypadku Lifeless Gaze, akcja toczy się na tym krążku powoli. Różnica w klimacie jest jednak znaczną. Tutaj nie ma tego pierwiastka przerażenia, jest za to mechaniczny, cybernetyczny chłód. To coś w rodzaju podprogowego przekazu ze strony zbuntowanych maszyn, omamiające dźwięki mające prowadzić ludzkość na skraj upadki, coś jak futurystyczna wersja flecisty z Hameln. Przy okazji muzyka niesamowicie działająca na wyobraźnię i pobudzająca zmysły. Nie dla każdego, jednak ci, którzy lubią taki mroczny trip bez zażywania narkotyków, zdecydowanie powinni po ten album sięgnąć. Niezła schiza.

- jesusatan




Recenzja Temple ov Ahriman „Heretics of Consensual Reality”

 

Temple ov Ahriman

„Heretics of Consensual Reality”

Independent 2026

Za Temple ov Ahriman stoi Teksańczyk, niejaki Justin Mundell tutaj zwany Thornicator’em. Powołał on do życia ten projekt pięć lat temu i w końcu udało mu się zarejestrować debiutancką płytę, którą wydał własnym sumptem. Patrząc na zdjęcia, dołączone do tego materiału, spodziewałem się trochę czegoś innego, bo gość w kapturze, świece, kozie czaszki i figurka Bafometa wskazują raczej na coś rytualnego. No nie, ponieważ black metal w wykonaniu tego Amerykanina, to muzyka drugiej fali tego gatunku o norweskiej proweniencji z domieszką fińskiej melodyki i dużą ilością d-beatów. Jeżeli chodzi o norweskość, to chwilami ten materiał przypomina mi wczesny Satyricon, gdyż mocno buja w ichnim stylu, częstując ostrymi riffami, połączonymi z charakterystycznymi dla ekipy Satyra chwytliwościami. Gdy Thornicator zdecyduje się przejść w punkowe rytmy jest również całkiem dobrze, bo to zdecydowane akordy, które wraz z sekcją rytmiczną dają nieźle popalić. W bardziej melodyjnych i co za tym idzie nieco roztargnionych chwilach jest trochę gorzej, bowiem zmieniają one stanowczość „Heretics of Consensual Reality” w rozmytą, melancholijną rogaciznę, której nie cierpię. W black metalu od Temple ov Ahriman dostajemy także nawiązujących do wspomnianych fotek, okultystycznych motywów, które dość apetycznie gniotą i zsyłają odrobinę mistycznej atmosfery. Amerykanin nie stroni również od kilku modernistycznych zagrywek, wprowadzając od czasu do czasu, do swego klasycznego grania, ociupinkę nowoczesności w postaci połamanych i dysonansowych zabiegów, ale to tylko kilka punktów zwrotnych, które stanowią małe urozmaicenie tradycyjnego, dominującego na tym albumie podejścia. Na początku i niestety, dzięki dużemu zróżnicowaniu debiut Temple ov Ahriman jawi się jako zbiór posklejanych ze sobą, dobrze znanych elementów z kilku odmiennych ujęć diabelszczyzny. Jednakże z każdym, kolejnym odsłuchem efekt ten znika i muszę przyznać, że całościowo żre to diabelsko, zlewając się w poukładany produkt, o ostatecznie szorstkim usposobieniu. Popracowałbym nad wokalami, bo ich skrzekliwość, podobnie jak żeńskie śpiewy w pierwszym kawałku, nie do końca pasują do reszty. Udany debiut, choć nie pozbawiony zgrzytów.

shub niggurath




sobota, 20 czerwca 2026

Recenzja Eutanor „Automatokrata”

 

Eutanor

„Automatokrata”

Piekłoniebo 2026

Bardzo ucieszyłem się, kiedy w paczuszce znalazłem nowy krążek rodzimego Eutanor. Ich debiut niemiłosiernie bowiem przetrzepał mi swoje mózgowe, i był jednym z najciekawszych, i najbardziej oryginalnych materiałów jakie w tamtym czasie słyszałem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie kolejne trudne wyzwanie. Twórczość Atamana  i Eveq’a do łatwych bowiem nie należy. Prędzej można o niej powiedzieć, że komponowana jest tak, by maksymalnie utrudnić odbiór potencjalnemu słuchaczowi. Oczywiście się nie myliłem (geniusz, no, kurwa, geniusz!). Te trzy kwadranse to jest poplątanie z pomieszaniem, i to we wszystkich możliwych kierunkach. Już samo zdefiniowanie muzyki autorstwa Eutanor jest praktycznie nierealne. Ale i bezzasadne, bo co to za różnica jak ją nazwiemy. Rozbierając ją na części pierwsze znajdziemy w niej elementy metalowe (w szerokim tego słowa rozumieniu), djentowe, sludgeowe, jazzowe, ambientowe, filmowe, kurwa, chuj wie jakie jeszcze. Chyba ajłatwiej po prostu powiedzieć, że Eutanor grają muzę na wskroś popierdoloną i mocno eksperymentalną. Nawet ciężko wymieniać, co tu się dzieje. A to zapętli się w tle jakiś fragment i wyje niczym system alarmowy, a to wjedzie najczystsza improwizacja rodem z podziemnego jazzu, tu i tam śmigną sample z jakimś odliczaniem, przygniecie nas motyw stonerowy, wszystkie instrumenty zaczną nagle grać każdy sobie, tylko po to, by za kilka chwil dokładnie się zsynchronizować…. Tam jeszcze jakiś drum’n’bass… Jeden kawałek trwa niecałe dwie minuty, inny, kurwa, ponad dziesięć (i to praktycznie bez wokali)… Istny dom wariatów. Co prawda, w porównaniu z „Assembling Tomorror”, „Automatokrata” i tak zdaje mi się tworem bardziej „uczesanym”, poukładanym, ale do tradycyjnego schematu pisania utworów mu tyle, co stąd do Chicago. I z powrotem. Ale wciąga to cholerstwo niesamowicie. Podobnie jak w przypadku debiutu, zacząłem rozumieć te kompozycje dopiero gdzieś na etapie piątego odsłuchu, ale potem poszło już z górki. Co mogę wam powiedzieć, to to, iż do tego krążka należy podchodzić z wielką cierpliwością. Tutaj się nie da na skróty. Dajemy żonie, czy tam kogo macie pod ręką, całusa na dobranoc, gasimy światło, zakładamy słuchawki na uszy i teleportujemy się do przytułku dla obłąkanych, w którym, niczym dobry pielęgniarz, poznajemy, pomału i dogłębnie, historię choroby każdego z ośmiu podopiecznych. Lubicie wyzwania? Lubicie, żeby było ciężko? Łapcie „Automatokratę” i sprawdźcie, jakie z was cwaniaki. Jak zdacie test i się przegryziecie, muzyka wynagrodzi wasz trud z nawiązką.

PS. Aha, a jak komuś brakuje tych cudownych kolorków z debiutu na okładce, to niech se zajrzy do wnętrza digipacka.

- jesusatan




Recenzja Vorax „Volcano Shock”

 

Vorax

„Volcano Shock”

Independent 2026

Vorax jest szwajcarską kapelą, która składa się z członków takich zespołów jak Messiah, Death Kommander i Omophagia. Cztery lata temu wydali epkę „Jurassic Dawn”, a teraz wracają z debiutanckim pełniakiem „Volcano Shock”. Panowie chyba lubią dinozaurowe klimaty, bo na okładkach obydwóch materiałów widnieją właśnie te gady, a muzycy do zdjęć pozują w koszulkach z logiem filmu „Jurassic Park”. Ciężar tych wymarłych stworzeń doskonale przekłada się na death metal, który gra Vorax. To tradycyjne ujęcie tego gatunku z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, odznaczające się gęstością i soczystością brzmienia. Osiem tutejszych kawałków, to zwarte struktury, które poruszają się głównie w średnim tempie, miażdżąc okrutnie, a gdy zdecydują się przyspieszyć, to tratują wszystko niczym stado bizonów. Całość tego albumu jest klasyczna w każdym aspekcie, począwszy od tęgiego brzmienia każdej sekcji, poprzez zwyczajowe, brutalne oraz masywne riffy i na prawie nieskażonej elektroniką produkcji kończąc. Kwintet ten miksował i masterował swoje kompozycje w dużej mierze na analogowym sprzęcie, który pamięta czasy ostatniego dwudziestolecia poprzedniego wieku więc to do bólu oldschoolowy krążek. Sękate akordy wygenerowane na brzęczących jak rój szerszeni gitarach, podbitych przez dudniącą perkusję i muskularny bas. Instrumentarium wygrywa mielące i dobrze bujające riffy, do których Vorax dokłada trochę apokaliptycznych melodii, klimatycznych zagrywek i posępnych solówek. Czuć ciężkość, bo utwory wbijają w fotel bez trudu, a sącząca się z nich atmosfera śmierci jest wręcz namacalna. Strach pomyśleć jakby brzmiał „Volcano Shock”, gdyby wokalista dysponowałby głębszym growlem. Death metal skomponowany i zagrany zgodnie z prawami sztuki. Gatunkowi puryści nie będą zawiedzeni.

shub niggurath




piątek, 19 czerwca 2026

Recenzja Wisielec „Martwe Spojrzenie”

 

Wisielec

„Martwe Spojrzenie”

Independent 2026

Wisielec to kolejny przedstawiciel krajowego blackmetalowego podziemia, Chłopaki muzykują już jakiś czas, i zdążyli nagrać demo, oraz EP-kę, którą to circa pięć lat temu opisywałem na łamach Apocalyptic Rites. Teraz przyszedł czas na debiut, wydany ponownie własnym sumptem. Ukazał się on co prawda już jakiś czas temu (dokładnie przed rokiem), jednak dopiero teraz doniósł mi go listonosz. Może szedł okrężną drogą, przez mokradła. I co można o tym materiale powiedzieć? Na pewno to, że panowie tych czterech lat od „Prologu” nie przespali. Nowe nagrania na pewno są, małym bo małym, ale kroczkiem wprzód. Słychać, że kompozycje na „Martwym Spojrzeniu” są bardziej dopracowane, a przede wszystkim utrzymane na zbliżonym poziomie. A to, poprzednio troszkę kulało. Stylistycznie wielkich zmian nie zauważam. Wisielec nadal obraca się w klimatach drugofalowego black metalu. A przynajmniej gatunek ten stanowi zdecydowaną podstawę twórczości Świebodziczan. Nie jest to jednak typowy, nordycki, brzęczący klon. Tutaj zdecydowanie więcej tradycyjnego kostkowania, chwilami nawet lekko zahaczającego o poletko deathmetalowe. Gdzieniegdzie pojawi się także jakiś dysonans, czy inne nawiązanie do szkoły bardziej współczesnej. Materiał utrzymany jest głównie w średnim tempie (zwłaszcza do pewnego momentu), z mniej licznymi zrywami do blastów. Biorąc pod uwagę, że teksty na tym albumie śpiewane są w języku polskim, można bez przymiarki powiedzieć, że Wisielec idealnie wpisuje się w nasz krajowy odłam czarciego metalu. I na pewno jest jego solidnym przedstawicielem. Gdyby pokusić się o porównania, to można rzucić takimi nazwami jak późniejszy Satyricon czy Immortal, acz są tu też momenty bardziej motoryczne, wymykające się norweskiej koncepcji. Może to jakaś zmyłka, ale chwilami czuję tu też nawiązanie do Polskiej sceny deathmetalowej z lat dziewięćdziesiątych i zespołów pokroju Dies Irae czy Yattering. Dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części płyty, gdzie panowie jakby bardziej się rozpędzają. Na sam koniec serwują natomiast najbardziej chyba przebojowy (o ile tego słowa można tu użyć), i najdłuższy, „Kurhan”, który przy trzech wcześniejszych kompozycjach jest najjaśniejszym elementem „Martwego Spojrzenia”. Podsumowując… Wisielec nagrali płytę, która dozuje napięcie stosownie do rozwoju sytuacji, a której słucha się bez najmniejszego ziewania. Wręcz przeciwnie, kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk, chętnie wciska się „play” po raz kolejny. Cieszę się, że zespół nie utonął w nijakości, i wyciągnął poprawne wnioski z popełnionych wcześniej błędów. Stąd też mogę debiutanckiego pełniaka, zwłaszcza maniakom rodzimego black metalu, polecić bez obaw, że ktoś mnie zaciuka kozikiem za wprowadzenie w błąd.

- jesusatan




Recenzja Apogean „Waste Where Life Begins”

 

Apogean

„Waste Where Life Begins”

The Artisan Era 2026

To już drugi album w karierze tego kanadyjskiego kwintetu. Nie wiem, jak było na poprzednich produkcjach, ale internety twierdzą, że Apogean rzeźbi w technicznym metalu śmierci. Być może, lecz za bardzo nie słychać tego na „Waste Where Life Begins”. Prawdopodobnie jest tak dlatego, że na swoim najnowszym krążku, panowie stawiają na brutalniejsze poczynania, w których oczywiście odnaleźć można wiele wirtuozerskich solówek czy technicznych zagrywek. Są to jednak śladowe wygibasy, które zapewne uchroniły ten materiał od przeładowania karkołomną grą i chwała Kanadyjczykom za to. Dzięki temu za sprawą tutejszych, ośmiu kawałków dostajemy mnóstwo rytmicznego palm mutingu, rzęsistych, brutalnych ataków i dobrze wkręcających się tremolo. To mięsisty death metal, który odznacza się soczystym brzmieniem i zmienną agogiką. To także niezwykle klimatyczna muza, która potrafi przytłoczyć mrocznymi chwytliwościami, podsyconymi przez atmosferyczne syntezatory. Całość jest zaaranżowana w spójny i pomysłowy sposób. Wszystkie części składowe zazębiają się bez żadnych zgrzytów, tworząc intensywną i zwartą ścianę dźwięku, zagęszczoną przez potężne beczki, przysadziste wiosło basowe i głębokie growle. Instrumentarium wraz z gardłem wokalisty kreuje posępnego i niszczącego deta, który posiada dość wygładzone oblicze, ale Apogean sprytnie wykorzystując wszelkie stare i nowe metody na ten gatunek, bez problemu trafi do purystów jak i wielbicieli współczesnych ujęć. Energetyczna i klimatyczna płyta, która oprócz miażdżącego charakteru posiada delikatniejsze cechy w postaci technicznych wtrętów, powplatanych w główne tekstury tak, aby nie stanowiły dominującej siły, gdyż tą jest jadowitość i atmosferyczność „Waste Where Life Begins”. Dla mnie zbyt sterylny materiał, wolę bardziej szorstkie formy, ale wielu maniakom z pewnością przypadnie do gustu.

shub niggurath




środa, 17 czerwca 2026

Recenzja Final Self “Liturgy of the Final Self”

 

Final Self

“Liturgy of the Final Self”

Independent 2026

Znacie nazwę Final Self? Pewnie nie, bo to świeżutki twór na rodzimej scenie. Ich debiutancki album właśnie się ukazał nakładem własnym, a płytę CD dostarczył pospiesznie sympatyczny pan listonosz. Patrząc na okładkę, wiele nie oczekiwałem. Nie dlatego, że jest nijaka, tylko podobnych w życiu widziałem już co nie miara. Dlatego też spodziewałem się, że „Liturgy of the Final Self” będzie kolejnym, może i solidnym, kawałkiem staroszkolnego death metalu. Szczękę z podłogi zacząłem zbierać jeszcze zanim dobiegł końca otwierający całość „The Inheritance of Flame”. Ludzie, co tu się dzieje! Final Self to death metal, faktycznie. Konkretniej, jego bardziej techniczna, połamana, i zdrowo pokombinowana (oczywiście w ramach przyzwoitości) odmiana, za którą teoretycznie nie szaleję. Jednak w tym przypadku, pokazy techniczne nijak się mają do, tak pospolitego w gatunku, muzycznego onanizmu, a wszelkie zmiany tempa, czy płynne przejścia między akordami nie są jedynie na siłę upchniętymi. Tutaj wszystko się perfekcyjnie zazębia. I kopie w dupę z taką siłą, że się lemoniada komunijna odbija. W tym momencie nadmienić muszę, że za Final Self odpowiada ten sam duet, co za ponadprzeciętnie poplątany (Ba! Pokurwiony!), eksperymentalny Eutanor, i najwyraźniej nietrzymanie się linii prostej leży już w ich naturze. Dzięki temu dostajemy trzydziestotrzyminutową dawkę zagranego z niesamowitą intensywnością metalu śmierci z całym wachlarzem riffów, brutalnych melodii i częstych, niejednokrotnie nieoczywistych rozwiązań (Takie choćby interludium instrumentalne w połowie „Forlorn Forever Forgotten” w klimacie starego horroru, to są dosłownie ciary na plecach). Wyobraźcie sobie, co by wyszło, gdyby do jednego kotła wrzucić Hate Eternal, Devilyn, Morbid Angel, Sadist i Howls of Ebb, czy nawet Diskord. A te wszystkie pierwowzory tu doskonale słychać. Wiją się niczym larwy w gnijącym mięsie, przeplatają i tworzą niesamowitą mieszankę. Oczywiście daleki jestem od nazywania Final Self patchworkowcami, a przytoczone porównania mają jedynie formę drogowskazu do tego, co się na tym krążku odjaniepawla. Jeśli do tego dodamy wyśmienite, klasyczne, zachrypnięte growle, oraz doskonałe ścieżki bębnów położone przez Krzyśka Klingbeina, wyprodukujemy tak, by jechało kompostownikiem na kilometr, to dostajemy płytę praktycznie bez wad. Słucham jej już po raz któryś, i nie mogę się oderwać. Na pewno w kategorii „deathmetalowy debiut roku” mamy silnego kandydata do podium. Sprawdzajcie koniecznie, bo tych nagrań nie można przegapić. Dojebana płyta!

- jesusatan