piątek, 29 maja 2026

Recenzja Louder „Devil's Night”

 

Louder

„Devil's Night”

Fighter Rec. 2026

Był już jakiś Venom z Kolumbii? Nie? No to już jest. Oczywiście upraszczam, choć po włączeniu tej płyty od razu skojarzenia miałem jednoznaczne. No ale po kolei. Panowie z Madellin po raz pierwszy zaznaczyli swoją obecność na scenie za sprawą wydanej rok temu demówki „Raw-Hell-Sal at Devil’s Crypt”, co wyraźnie sugeruje, iż były to nagrania z próby, na setkę. Poza czterema utworami, które także znalazły się na „Devil’s Night”, mieliśmy tam covery Razor oraz Violent Force. Debiutancki album zawiera jeszcze cztery nowe numery, tym razem bez coveru. Chyba że za takowe uznamy wszystkie umieszczone na tym płytągu piosenki, bo te nagrania to jeden wielki hołd dla klasyków gatunku. Kolumbijczycy grają metal prawdziwy, taki z krwi i kości. Gdybym chciał być maksymalnie prostolinijnym, powiedziałbym, że ich radosna twórczość to wypadkowa między wspomnianym Venom, Motörhead a Onslaught. Że jest to „twórczość radosna”? No kurwa! Tutaj każdy kawałek to taneczny, koncertowy killer, przy którym maniakom grania z lat osiemdziesiątych micha ucieszy się niczym Burkowi na widok kości. Perkusyjnie jest tu prosto do bólu. W zasadzie można by nagrać kilka sampli, głównie na d-beacie, a potem posklejać je komputerowo, i wszystko by się zgadzało. Linie gitarowe są z kolei tak diabelnie chwytliwe, że przed oczami rysuje się obraz dwóch stojących na scenie kolesi z wielkim uśmiechem na twarzy, oraz stukającego swoje, przygarbionego perkusisty z rozwianymi od wiatraka włosami. A jeśli dodam, że całość układanki uzupełniają teksty na wskroś „metalowe”, klasyczne… No dla przykładu kilka tytułów: „Satan’s Bitch”, „Hellish Rock’n’Roll”, „Heavy Metal Nights”, „Louder Than Hell”. Macie jeszcze pytania? Czy ten album ma zatem jakieś wady? Cóż, jeśli za taką można uznać szablonowość i powtarzalność, to tak. W zasadzie wszystkie kawałki na tej płycie są niemal identyczne. Co prawda, trwa ona zaledwie pół godziny, więc jednorazowa dawka jest niczym lodowata wódeczka na spragnione gardełko, ale przedawkowanie może spowodować efekt tożsamy z przedawkowaniem ognistej wody właśnie. Zatem posłuchać można, nawet kilka razy (niekoniecznie z rzędu), ale na pewno nie jest to płyta, która na stałe zapisze się w annałach speed metalu. Jest za to na pewno wartościowym hołdem dla klasyków starego grania. I mi to styka.

- jesusatan




Recenzja Yfel 1710 „Live 2026 a.y.p.s.”

 

Yfel 1710

„Live 2026 a.y.p.s.”

Societas 2026

Jeśli ktoś się stęsknił przez ostatni rok za Yfel 1710, bądź chciałby pójść na ich koncert, ale ostatnio nie mógł lub miał za daleko, to powinien zaopatrzyć się w ich nowe wydawnictwo, będące koncertówką. Dziesięć numerów. Przekrój przez wszystkie płyty. Dźwięk dobrze zarejestrowany, bo wszystkie sekcje wraz z wokalem są idealnie słyszalne. Odgłosy publiki, specyficzne sceniczne brzmienie i wyczerpujące zapowiedzi wokalisty każdego z kawałków, robią robotę i doskonale oddają klimat występu na żywo. Yfel 1710 już dawno ugruntował swoją pozycję na krajowym podwórku, co udowadniają na tym wydawnictwie. Jeśli z każdego show w ich wykonaniu kipi taka energia, to ja chcę to zobaczyć i usłyszeć. Panowie napierdalają w punkt diabelszczyzną drugiej fali z domieszką rodzimych naleciałości i oczywiście norweskiego sznytu. Na żywca wychodzi im to bardzo dobrze, co wyraźnie wybrzmiewa z tej produkcji. Pewnie ściany klubu, gdzie odbywał się ten gig pokrywał szron, a zebrani tam maniacy byli w czapkach i zimowych kurtkach. Chłód i agresja została oddana w perfekcyjny sposób, bo przecież Olsztynianie tym się właśnie odznaczają, a i potężną dawką mroku przesłonić światło potrafią. Cóż, koncert, który w pełni oddaje ducha tej kapeli i black metalu jaki gra, a teksty w rodzimym języku pomagają w nawiązaniu nierozerwalnej więzi z fanami. Rzadko słucham albumów koncertowych, ponieważ ich jakość oraz zasadność są różne, ale „Live 2026 a.y.p.s.” się broni w całej rozciągłości. Zatem jeśli ostatnim razem mama was nie puściła na koncert Yfel 1710 lub musieliście akurat iść do roboty, to możecie brać ten materiał w ciemno.

shub niggurath




Recenzja Soulburn „Quantifying Cosmic Doom”

 

Soulburn

„Quantifying Cosmic Doom”

Testimony Rec. 2026

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych rozpadł się Asphyx, Century Media dumnie ogłosiła, że oto pojawił się (oczywiście pod ich skrzydłami) godny następca. Debiut Soulburn został faktycznie nagrany przez trzech byłych Asphyxowiczów, i tak po prawdzie zły nie był. Jednak nie na tyle dobry, bym późniejszą karierę Holendrów śledził z zapartym tchem. Coś tam po drodze słyszałem, ale szybko puściłem w niepamięć. Teraz panowie wracają z piątym, wydanym po sześciu latach milczenia albumem. I wiecie co? Według mnie, to mogliby sobie milczeć dalej, bo „Quantifying Cosmic Doom” to kupsko nieprzeciętne. Muzycznie mamy tutaj coś na kształt przeciętnego do bólu gothic death / doom metalu. Posępne melodie w wolniejszym tempie, z wieloma elementami akustycznymi, budowanie klimatu na podobiznę przesłodzonego trendu z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Według zamiaru autorów miało być zapewne mglisto, deszczowo, z nielicznymi, mocniejszymi podmuchami wiatru. Raz, że jednak nie ta pora roku, a dwa – jeżeli czymkolwiek tu wieje, to nudą. Na potęgę. Akordy w wykonaniu Soulburn są geriatryczne, wtórne i na wskroś nijakie. Chwilami też radosne, tak kapkę do potańczenia (kojarzycie pewnie niemiecki Crematory, czy inny Heavenwood?). Może lukrem to w takim stopniu nie ocieka, ale i tak kucharze dodali do gara cukru podwójnie. Mocy w tym tyle co w rozładowanej baterii, za to powtarzalności i tandety, co na tureckim targowisku w sezonie turystycznym. Można przy tych piosenkach albo zasnąć, albo się porzygać. Z naciskiem na tą drugą opcję, bo zmrużyć oka nie pozwalają wokale. Jeszcze pojawiające się w zdecydowanej mniejszości szorstkie growle są do zniesienia, acz i tak brzmią nieprzekonywująco. Przeważają jednak… straszne wyjce. Bo ja tego nawet nie nazwę „czystym śpiewem”. Mujborze, jak ten koleś jęczy i zawodzi, tudzież stara się pośpiewać, to jest, kurwa, dramat. Nie ma kawałka, żeby grymas zniesmaczenia nie pojawił się na twarzy słuchacza z nawet średnim gustem muzycznym. A najgorsze w tym wszystkim jest, że „Quantifying Cosmic Doom” trwa ponad godzinę! Nie będę was zatem okłamywał, i przyznam się, że trzech ostatnich odsłon już nie strawiłem. Oszczędźcie sobie zatem zdrowia psychicznego, i omijajcie tą płytę szerokim łukiem. Tego się nie da słuchać!

- jesusatan




Recenzja Lorn „Searing Blood”

 

Lorn

„Searing Blood”

I, Voidhanger Records 2026

Ten włoski, solowy projekt, za którym stoi niejaki Radok, muzykuje już parę lat, bo od 1999 roku. Przez te prawie trzy dekady nie uzbierał jednak zbyt dużo nagrań, ponieważ pomijając kilka splitów, demosa i epkę, to „Searing Blood” jest dopiero czwartym, dużym krążkiem Lorn. No nic. Najnowsze jego dzieło to sześć numerów wyrzeźbionych w black metalowej materii, które po części brzmią dość znajomo. Dwa pierwsze utwory to taka wariacja na temat „Transilvanian Hunger”, gdyż hipnotyczna jednostajność tremolo, falujące melodie i ich posępność, to właśnie ta płyta, tyle że w nowym i nieco zmodyfikowanym wydaniu, a pomogło w tym chociażby umieszczenie w nich klawiszy. Od trzeciego kawałka sytuacja się zmienia, bo Lorn wkracza na tereny atmosferyczne, mieszając monotonne riffy z klimatycznymi, syntezatorowymi pasażami, ambientowymi wyciszaczami oraz przerywnikami na nieprzesterowanych strunach. Wszystko skonstruowane zostało na chropowatych i zimnych gitarach, które skutecznie zagęściła dość ciężka jak na ten gatunek, sekcja rytmiczna. Tuż za nimi umiejscowiły się wokalizy, które tajemniczo szepczą i powarkują, przesłonięte przez resztę instrumentarium oraz wysunięte do przodu parapety. Poza dwoma pierwszymi aranżacjami, które przedstawiają upiorność wspomnianego albumu Norwegów w delikatnie odmienny sposób, to reszta tego materiału to surowe i zarazem nastrojowe granie. W mocniejszych momentach wyraźnie przypominające norweskie produkcje z lat dziewięćdziesiątych zaś w tych bardziej melancholijnych, współczesne wykwity spod znaku atmosferycznej diabelszczyzny, która nie stroni także od odjazdów w rejony post black metalu. Proste kompozycje, które mieszają w sobie mroczne, sentymentalne i metafizyczne ujęcie gatunku.

shub niggurath




czwartek, 28 maja 2026

Recenzja Dead Void „Cranial Devastation”

 

Dead Void

„Cranial Devastation”

Me Saco Un Ojo / Dark Descend 2026

Moje spotkanie z debiutanckim krążkiem Dead Void, z dwa tysiące dwudziestego drugiego, wyglądało niczym pojedynek Ivana Drago z Apollo Creedem. Wystarczyło kilka strzałów, i nie byłem w stanie się pozbierać. Cztery lata później zespół powraca z albumem numer dwa. Wiadomo, że w tym przypadku nie było już ze strony przeciwnika mowy o żadnym zaskoczeniu, bo spodziewałem się wyprowadzania ciosów o najwyższej sile rażenia. Jednak być dobrze przygotowanym, a wygrać walkę, to dwie zupełnie różne rzeczy. Tym bardziej, że Duńczycy, zapewne świadomi wartości „Volatile Forms” bynajmniej nie zamierzali poniżej określonego poziomu zejść. I, kurwa, nie zeszli. „Cranial Devastation” to trzydzieści osiem minut gruzu i smoły. I to zalewającej słuchacza na zasadzie powodzi błotnej, ze wszystkich stron. Ponownie Dead Void zdecydowanie większy nacisk położyli na masywność i duchotę swoich kompozycji, niż na szybkość i chwytliwe harmonie. Tempo tego krążka można, oczywiście generalizując, określić jako dość mozolne. Natomiast każdy ton docierający do naszych uszu, każdy akord, to uderzenie mogące powalić słonia. Trochę tutaj sludge’owego bujania, które wmieszane w death / doomowe riffowanie efektywnie mieszankę rzeczonych gatunków wzmacnia. Zresztą chyba największym dowodem na niesamowitą siłę, ale i pomysłowość zespołu, niech będzie zamieszczony na końcu albumu utwór The Sound „I can’t escape myself” (tutaj zatytułowany po duńsku). Konia z rzędem, kto po odsłuchaniu obu wersji skapnąłby się, że to cover. W samych kompozycje autorskich, podobnie jak w przypadku debiutu, nie brak zwrotów akcji, czy elementów zaskakujących, choć tym razem całość jest jakby jeszcze bardziej ujednolicona i skondensowana. Tutaj nie ma chwili na złapanie oddechu, bo nawet jeśli zanosi się na krótkie wyciszenie między akordami, to zawiesina dźwięku w powietrzu jest tak gęsta, iż nie sposób wciągnąć jej do płuc. Świadomie, czy też nie, Dunowie przeplatają w swoich utworach inspiracje, albo nawiązania, do Spectral Voice, Swallowed, Cianide, czy nawet Antiversum, z czego wychodzi im amalgamat pozornego chaosu z dobrze zaplanowaną misją, mającą na celu utopienia świata w lawie. Porównania nowych kompozycji Dead Void z poprzednimi, na zasadzie „lepsze, czy gorsze od debiutu” nie mają tu racji bytu, bowiem moim zdaniem zespół już dziś, po zaledwie dwóch dużych wydawnictwach, zaliczyć można do elity gatunku. Oni współtworzą jego siłę, a nie jedynie nim podążają. Bezapelacyjnie, płyta do obowiązkowego sprawdzenia.

- jesusatan




Recenzja Harms „Rebirth of the Cold”

 

Harms

„Rebirth of the Cold”

Time To Kill Records 2026

Harms jest pięcioosobową kapelą z Finlandii, która powstała w 2017 roku. Mają już na koncie debiutancki album, demosa i epkę, a ósmego maja wrócili z kolejnym krążkiem. Finowie grają dość nowoczesną muzykę metalową, opartą o metalcore, ale kilka innych składników w ich muzyce można znaleźć. Poza typowymi akordami dla wspomnianego gatunku, Harms wplata do swoich kompozycji sporo sludge’owych uderzeń, które wbijają w glebę lub oblepiają mułem. Poza nimi można tu spotkać także sporo mizantropijnych tremolo oraz nastrojowych wtrętów, zaczerpniętych z nu metalowych produkcji. Najnowsza płyta od tego kwintetu, to nowoczesne rzępolenie, które nie jest pozbawione ciężkości i mroku. Pełno tu również przygnębiającej nostalgii czy smutku. To także mnóstwo negatywnych emocji, które zespół wydobywa z siebie za pomocą miażdżących riffów, przeplatanych z intensywnymi, wysokotonowymi zagrywkami, a wszystko urozmaica przysadzistym corem i przywołanymi wyżej, przytłaczającymi melodiami o atmosferycznej i nieco nostalgicznej proweniencji. Muzyka od Harms jest może współczesna czy modernistyczna i kręci się głównie wokół post metalowych brzmień, ale nie brakuje jej mocy, która rośnie w każdym kawałku stopniowo, aby w końcu eksplodować z pełną siłą rażenia. To dobrze skonstruowane zestawienie introspektywnych i delikatniejszych form z silnymi atakami, które tworzą twardą ścianę dźwięku. Zwarte, mosiężne struktury, ciemność, chłód i sporo emocji, a wszystko wyssane z fińskiej nocy, krajobrazu i rzeczywistości. Zapisany na pięciolinii obraz współczesnych lęków, nerwic i rozterek, wybuchający na przemian ogniem i lodem, który powinien spodobać się miłośnikom metalowego grania, wywodzącym się z najnowszej generacji fanów.

shub niggurath




wtorek, 26 maja 2026

Recenzja Liminal Sky „All Tomorrow's Darkness”

 

Liminal Sky

„All Tomorrow's Darkness”

Karisma Rec. 2026

Po Liminal Sky sięgnąłem trochę przypadkowo. Bo ani nie jestem specjalnym fanem Ulver, ani niewiele znam z twórczości Hexvessel, a to właśnie muzycy tych zespołów, między innymi, wchodzą w skład rzeczonego projektu. Stwierdziłem jednak, że czasem trzeba się odchamić i posłuchać czego innego niż tylko hałasu. „All Tomorrow’s Darkness” to niemal godzina grania z gatunku post-rock. Przyznam, że już pierwszej chwili dość mocno skojarzyło mi się to z późną Katatonią, środkowym okresem Ulver, czy też Anathemą, z czasów, kiedy zespół ten przestał mieć z metalem cokolwiek wspólnego. Czy to dobre rekomendacje? Nie wiem, pewnie zależy dla kogo. Prawda jest taka, że jeśli ktoś lubuje się w melancholijnym graniu, z mnóstwem łagodnych melodii, sporą ilością fragmentów akustycznych, i wszechobecną atmosferą melancholii, zapewne będzie tym krążkiem zachwycony. Nie powiem, też zdarza mi się nurkować w takich spokojnych wodach, aczkolwiek warunek, bym poczuł się „oczyszczony” musi być jeden. Muzyka musi mieć w sobie to „coś”, wciągnąć, zahipnotyzować, oczarować. „All Tomorrow’s Sky” teoretycznie spełnia te wymagania. Niestety, tylko teoretycznie. Poszczególne piosenki na tym wydawnictwie są w zasadzie oparte o te same pomysły, co po maksymalnie dwudziestu minutach powoduje nieodparte ziewanie. Myślę, że gdybym porównał Liminal Sky do wspomnianej na wstępie Katatonii z ostatnich lat, to dużo bym się nie pomylił. Bo pod względem warsztatu nie ma się tutaj do czego przyczepić (cholera, może właśnie z tego powodu, że melodie na tych kompozycjach są oparte o banalne linie melodyczne). Wokalnie też jest dobrze, ale nie samymi wokalami płyta stoi, bo Renske ma przecież niesamowity głos. Pojawiają się tutaj różne urozmaicajki pod tytułem żeńskie wokale (cały „Penance” zaśpiewała pani Karen Park, czyli jednak z Katatonią ma ten album coś więcej wspólnego niż tylko moje urojenia) czy partie saksofonu, ale ogólnie wieje nudą. Poza wspomnianą Karen, album ten zaszczycili udziałem inni, jak mniemam znamienici, goście, acz w moim przypadku robi to różnicę… żadną. Miałem nadzieję na fajny, wyciszający album, dostałem piosenki nużące i usypiające. Może Liminal Sky nastawieni są na inny poziom wrażliwości, może do was trafią wyraźniej, nie wiem. Ja sobie zmrużyłem oko, ale czas wstawać i wracać do bardziej „swojskich klimatów”. Nic tu po mnie.

- jesusatan