piątek, 27 lutego 2026

Recenzja Teratoma „Longing Voracity”

 

Teratoma

„Longing Voracity”

Me Saco un Ojo 2026

To drugi album berlińskiego Teratoma, bowiem debiut, zresztą bardzo obiecujący, ukazał się ponad cztery lata temu. Cieszę się, że pokładane w niektórych zespołach nadzieje stają się faktem, bo słychać wyraźnie, że panowie ten okres czasu dobrze spożytkowali. Nie zmieniając jednocześnie stylistyki, bowiem, podobnie jak „Purulent Manifestations”, tak i „Longing Voracity” zawiera czystej krwi metal śmierci spod znaku starej szkoły. Oparty w głównej mierze na ciężkim, powolnym riffowaniu i grobowym klimacie. Gitary, swoją drogą momentami wchodzące w bardziej melodyjne tony, porównywalne nawet do klasyków z Bolt Thrower (patrz choćby „Ravaged and Absorbed” czy „Festering Realm”), mielą równomiernie i systematycznie, przez co czasem można odnieść wrażenie, jakby Teratoma chcieli nas wbić głęboko w glebę, niczym kafar hydrauliczny. Niezwykle masywne harmonie bardzo sprawnie mijają się na tej płycie z melodiami całkiem łatwo wpadającymi w ucho, dzięki czemu ciężko stwierdzić, iż „Longing Voracity” jest albumem jednostajnym czy jednokierunkowym. No chyba że za ów kierunek przyjmiemy tutaj oldskul i cmentarny klimat. Idealnie do tej muzyki pasują wokale, będące najlepszym przykładem rdzennego, deathmetalowego głębokiego growlu. Ciekawie ma się sprawa z brzmieniem. Bo o ile całość jest faktycznie organiczna i zaflegmiona na bagienną nutę, tak w niektórych frazach gitary zdają się wybrzmiewać z niezwykłą lekkością, porównywalną do płyt Death ze środkowego okresu. Mimo to, i chyba jest to największa zaleta Teratoma, Niemcy z nikogo nie zrzynają, a nawet nie dają szansy na wskazanie dokładnych, jednoznacznych podobieństw do zespołów onegdaj budujących potęgę death metalu. No chyba że na siłę wskazać brytyjską stal, której chyba faktycznie tu najwięcej, choć nie w każdym momencie stop niemiecki jest jednaki z wyspiarskim. Można zatem powiedzieć, że za pomocą środków znanych i sprawdzonych wykombinowali sobie swój własny styl. Absolutnie nie odkrywczy, ale własny. Jestem przekonany, że każdy maniak rzeczonego gatunku, po sięgnięciu po „Longing Voracity” dozna stu procent satysfakcji. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Bardzo wartościowe wydawnictwo.

- jesusatan




Recenzja Ainzamkeit „Fluch des Nachzehrers”

 

Ainzamkeit

„Fluch des Nachzehrers”

Purity Through Fire 2026

Ainzamkeit to duet z Dolnej Saksonii, który muzykuje od 2023 roku, grając depresyjny black metal. W dzień wagarowicza wydadzą za pośrednictwem swojej rodzimej wytwórni drugi album, zawierający osiem utworów, które przyjemnie lecą w przestrzeń. To w sumie bardziej melancholijny niż depresyjny bleczur, w którym dominują średnie i wolne tempa. Spokojna diabelszczyzna, która charakteryzuje się hipnotycznąagogiką i frasobliwymi melodiami. Każdy z kawałków kreuje posępny klimat, w którego tworzeniu, niewątpliwie dużą rolę odgrywają klawisze. Wspomagają one smutne i transowe riffy swymi bajronicznymi pasażami, wydobywając z black metalu od Ainzamkeit jeszcze więcej boleści i żalu. Rzecz jasna są tu również i wokale, które są na niezłym poziomie, bo dość gardłowe wrzaski niejakiego Grymnira der Zornige są godne jego pseudonimu. Jego gniewne i pełne pretensji do całego świata pokrzykiwania, doskonale wpisują się w wypełnioną uczuciami straty i żałoby atmosferę tej płyty, i potęgują jej nostalgiczny wydźwięk. Jednakże ci dwaj Saksończycy nie poprzestają tylko na refleksyjnych akordach, bo niekiedy potrafią przyspieszyć i zmusić swoje instrumenty do lekkiego kłusu. Wyłazi wtedy z ich black metalu skandynawski chłód i mrok, który zakrywa na moment romantyzm i zadumę „Fluch des Nachzehrers”. Materiał o autentycznym brzmieniu, który wchodzi gładko, ale pomimo swojego łatwo przyswajalnego usposobienia jest pełen mizantropii i bezsilnej wściekłości. Jego dobra, przejrzysta produkcja nie zmyła brudu i chropowatości, co jest dużym atutem i nawiązaniem do sceny podziemnej, której cechy szczególne są w muzyce Ainzamkeit wyraźnie słyszalne. Najnowsze wydawnictwo tej kapeli nic nowego do gatunku nie wnosi, ani niczym specjalnie się nie wyróżnia, ale to dobrze skomponowany, smutny black metal, który pozbawiony jest histerycznych i nadmiernie egzaltowanych rozwiązań jak u innych przedstawicieli depresyjnego ujęcia. Spełnia swoje zadanie w gustownym stylu.

shub niggurath




Recenzja Possession „The Mother of Darkness”

 

Possession

„The Mother of Darkness”

Iron Bonehead 2026

Possession z nową płytą wyskoczył niespodziewanie, niczym diabeł w pudełka, bez żadnych zapowiedzi,  singli czy innych zwiastunów. Bardzo to dobra informacja, tym bardziej, że od ostatniego wydawnictwa Belgów, w postaci dwóch wypuszczonych jednocześnie splitów minęło siedem lat, a od ostatniego pełniaka to nawet dziewięć. Warto było jednak czekać, zwłaszcza że długość (ponad pięćdziesiąt minut), a przede wszystkim zawartość „The Mother of Darkness” w pełni ten czas oczekiwania rekompensuje. O tym, że Possession należą do liderów a nie followersów wie każdy, kto z ich wcześniejszymi materiałami, w zasadzie od debiutanckiego demo „His Best Deceit” począwszy, się zapoznał. W dość hermetycznym gatunku, jakim jest black/death metal panowie wykreowali swój własny, niepowtarzalny styl, dzięki czemu ich kompozycje da się rozpoznać praktycznie w kilka sekund. Nowe nagrania, trochę wzorem wspomnianego, podwójnego wydawnictwa pod postacią splitów, także zostały podzielone na dwa rozdziały (przedzielone pierwszym „Outro”, na skrzypce i klawisze), choć, tak jak i w przypadku „Passio Christi”, przynajmniej muzycznie niewiele się od siebie różnią. Mamy tu bowiem bezpośrednią kontynuację, czy też rozwijanie, jak kto woli, stylu, o którym to już wspomnieć zdążyłem. Muzyka Possession oparta jest przede wszystkim na drapieżnych, demonicznych riffach i bardzo charakterystycznej motoryce, oraz wszechobecnej atmosferze zła i mroku. Owe harmonie wyraźnie mają korzenie w klasyce gatunku, zarówno tych z szufladki death jak i black, aczkolwiek jednoznaczne wskazanie konkretnych wzorców jest w tym przypadku niemożliwe, gdyż panowie stworzyli opartą na wielu składowych własną manierę kostkowania i tworzenia dla siebie tylko typowych melodii. Takich momentami upiornych, nie mających ze słodyczą nic wspólnego. Ową upiorność dodatkowo windują wokale, będące, co w zasadzie też jest w przypadku Possession znakiem rozpoznawczym, swoistą mozaiką klasycznego growlowrzasku ze sporą ilością czystych, choć nie mniej złowieszczych zaśpiewów (przy refrenie do pierwszego po wprowadzaczu „Tha Black Chapel” można wręcz poczuć zimny oddech nieświętego ducha na plecach). Nie ma na tym krążku szaleńczego tempa, bo nawet jeśli panowie chwilami wciskają mocniej pedał gazu, to w rejony blastów się nie zapuszczają. Jest za to sporo momentów przy których płynąca z kompozycji Belgów energia rozsadza nas od wewnątrz, kilka wybornych solówek, oraz fragmentów cuchnących przedsionkiem piekła. Te nagrania kipią gotującą się smołą, a sposób w jaki muzycy wytapiają z gnieżdżącego się w ich sercach zła harmonie, po prostu musi mieć coś wspólnego z siłami nadprzyrodzonymi. Od zawsze podobało mi się brzmienie tego zespołu, nie inaczej jest i w przypadku nowej płyty. Czysta organiczność z jednoczesnym zachowaniem staroszkolnej selektywności, brud, ale także odpowiedni ciężar. I jeszcze jedna rzecz, która idzie w parze z samą nazwą zespołu. Tradycyjnie już, im dłużej słucham nowego materiału Possession, tym głębiej zapadam się pod powierzchnię trzeźwości umysłu, by po jakimś czasie tonąć w odmętach opętania. „The Mother of Darkness” to kolejny wyjątkowy album wyjątkowego zespołu. Jedenaście czasz czystego zła, jedenaście piekielnych pieczęci, jedenaście ran kłutych zadanych konającemu na krzyżu Nazareńczykowi. Dla mnie płyta z gatunku perfekcyjnych.

- jesusatan




Recenzja Erbeet Azhak „Only the Vile Will Remain”

 

Erbeet Azhak

„Only the Vile Will Remain”

Amor Fati 2026

To nowy projekt Corvusa von Burtle, odpowiedzialnego również za takie twory jak Cult of Erinyes czy Aerdryk. Zatem już każdy fan współczesnego black metalu wie, że Erbeet Azhak pochodzi z Belgii więc może być ciekawie. „Only the Vile Will Remain” jest debiutancką płytą tego szyldu, na której odnajdziecie trzy kwadranse muzyki o dość złowieszczym charakterze. Bez introsa, to osiem numerów, niosących „dzisiejszą” diabelszczyznę, która jest oparta o tradycyjny wzorzec i rozwinięta o francuskie ujęcie. Wynik jest całkiem smaczny, bo w tych gęstych i dysonansowych riffach, w pomiędzy które wpleciono, wijące się jak wygłodniałe węże zimne tremolo, znajduje się sporo mistycznej atmosfery i mroku. Upiorne melodie mieszają się tutaj z gorącymi, atonalnymi akordami, tworząc wraz z lodowatymi zagrywkami zwartą ścianę dźwięku. Zsyła ona sporą dawkę satanicznego klimatu, w którego odmętach z łatwością można się utopić. Okultyzm i przemoc sączą się z tego materiału, który oprócz natchnionych momentów, potrafi również pobujać po skandynawsku ze znaną sobie agresją. To esencja współczesnej metody na ten gatunek, który jak w tym przypadku nie musi być na siłę udziwniany, bądź spłycany przez „niewieście” pobrzękiwania. Erbeet Azhak udowadnia, że można stworzyć coś modernistycznego, nie tracąc na sile wyrazu i hołdując zasadom black metalu, który powinien być przede wszystkim czymś złowieszczym i przedstawiać sobą odpowiednie wartości. Nie musi być przy tym skrajnie prostą i barbarzyńską muzyką jak to niegdyś bywało, co wyraźnie słychać na „Only the Vile Will Remain”, ponieważ tutejsze nuty umieją być zawiłe, kreując chwilami wielopłaszczyznowe struktury, o wysokim stopniu intensywności. Wydawnictwo obdarzone przybrudzonym, wręcz namacalnym brzmieniem, które rezonuje przez cały czas trwania tego krążka. Agresywny i rytualny przekaz, który atakuje kaskadowymi blastami, niepokojącymi tremolo, a także dusi oleistymi zwolnieniami. Polecam bardzo.

shub niggurath




czwartek, 26 lutego 2026

Recenzja Ashes „Into the Woodlands”

 

Ashes

„Into the Woodlands”

Malignant Voices 2026

 


Pod koniec lutego, tradycyjnie już nakładem Malignant Voices, ukaże się nowy album Ashes. W tym przypadku słowo „nowy” należy potraktować dosłownie, i to na dwójnasób. Poza skojarzeniem oczywistym nadmienić bowiem należy, że oblicze zespołu zaprezentowane na „Into the Woodlands” różni się znacznie od tego, z czym mieliśmy możliwość obcować przy okazji „Ashes” czy „Gloom, Ash and Emptiness to the Horizon”. Zasadniczą różnicę da się zauważyć już po pierwszych trzech minutach, które to stanowi wstęp w stylu dungeon synth. Tego odłamu muzycznego jest zresztą na płycie więcej, ale zaznaczyć trzeba, że nie jest on, jak to nierzadko bywa, upchnięty tu na siłę, czy w formie zapchajdziury, sztucznie wydłużający czas trwania albumu. Ten do najdłuższych nie należy, bo składa się jedynie z dwóch dłuższych kompozycji, zamykających się łącznie w dwudziestu ośmiu minutach. Płyną one niespiesznie, otulając niczym padające płatki śniegu korony drzew, zasypując powoli i tworząc piękny, zimowy pejzaż. Gdzieś tam w tle pojawi się czasami jakieś tremolo, wygrywające czarującą melodię, w innym miejscu pojawią się ślady klawiszy w klimacie wspomnianego dungeon synth (są fragmenty, gdzie najbardziej śmierdzi mi wczesnym Mortiisem, choćby samo zakończenie „Dust of Life, Time and Death”), a całość wzbogacają dość oszczędnie dawkowane wokale, raczej z gatunku tych klasycznych. Zresztą, jeśli już wspomniałem o klawiszach, to obecne są one praktycznie na całym albumie, czy to w formie delikatnego, pogłębiającego nastrój tła, czy wyraźniejszych podkreśleń, momentami aż po instrument wiodący. Jako całość „Into the Woodlands” to krążek bardzo klimatyczny. Nie znajdziecie na nim jakichś chwytliwych akordów czy fajnych solówek. Nie pośpiewacie refrenów i nie pomachacie zaciśniętą pięścią. To muzyka z gatunku tych, przy których gasi się światło, zamyka oczy, i odpływa. I albo się trafi na drugą stronę świadomości, albo zaśnie, innej opcji tu nie przewiduję. Mi się to nowe oblicze Ashes podoba. Dlaczego? Raz, że jest mniej standardowe niż to, co zespół nagrywał dotychczas, a dwa, autentycznie mnie relaksuje po ciężkim dniu. Nie miałbym zatem nic przeciwko, by Nefar i The Fall na dłużej zagościli w tych muzycznych rewirach. Jestem na „tak”.

- jesusatan


https://ashesbmpl.bandcamp.com/album/into-the-woodlands

środa, 25 lutego 2026

Recenzja Triumpher „Piercing the Heart of the World”

 

Triumpher

„Piercing the Heart of the World”

No Remorse Records 2026

 


Triumpher powstał w 2019 roku w Atenach i w marcu powróci ze swoją trzecią płytą. Grecy grają power metal z trochę ostrzejszymi zrywami, które wskazywać mogą na ukłon w stronę melodyjnego, szwedzkiego black metalu. Fundament aranżacji stanowią heavy metalowe akordy, które doprawione rozpasanymi chwytliwościami robią piorunujące wrażenie, jeśli oczywiście ktoś takie rzeczy lubi. Można lubić lub nie, ale trzeba tej kapeli przyznać, że zna się na rzeczy. Ich muzyka jest monumentalna i fantastycznie wkręca się w jaźń niczym twórczość Manowar. Klasyczne rzępolenie, które ma rozmach. Epickie melodie, harmonijne zagrywki, silne i czyste wokale. Całość płynie lekko w przestrzeń, racząc kostkowaniem, które obfite jest we wzniosłości oraz kreuje baśniowy klimat. Jednakże atmosfera, którą zsyła na słuchacza Triumpher nie jest nachalna czy też cukierkowa, bo to po prostu estetyka, tradycyjnego power metalu, który przenosi nas do mrocznych baśni i na krwawe pola bitwy. Do świata, w którym słychać szczęk stali, jęki rannych i okrzyki zwycięstwa wygranych. Od czasu do czasu pomiędzy te heroiczne riffy panowie wplatają trochę agresywniejszych form. Przyspieszają wtedy i zamieniają bizantyjskie hymny na odrobinę blizzardu, który tnie boleśnie swym lodowatym usposobieniem. W trakcie tych brutalniejszych powiewów zmienia się także charakter wokaliz, które stają się złowieszcze i zalatują nieco black metalową manierą. Triumpher łączy te dwa, przeciwstawne sobie ujęcia bez problemu, ponieważ płynnie przechodzi z jednego w drugie, wtedy, gdy jest to koniecznie dla podkreślenia punktów kulminacyjnych poszczególnych utworów. Chwytliwy, przepełniony dumą i oszałamiający materiał, któremu trzeba dać się ponieść. Jeśli nie gustujecie w tego typu muzie, to sobie podarujcie. Jeżeli tak, to sięgajcie po ten album bez wahania. Z pewnością was pochłonie.

shub niggurath




wtorek, 24 lutego 2026

Recenzja Hellfuck “9 Nails Hammered into the Flesh of God”

 

Hellfuck

“9 Nails Hammered into the Flesh of God”

Godz ov War 2026

Kiedy to trzy i pół roku temu ukazał się debiutancki krążek Hellfuck, pomyślałem, że to taki jednorazowy wybryk kilku znanych na krajowej scenie muzyków, oddających w ten sposób hołd dla starego, teutońskiego thrashu, przy którym zapewne dorastali. Jednocześnie miałem nadzieję, że się mylę, zwłaszcza że „Diabolic Slaughter” mocno mną pozamiatał, i wracałem do tej płyty z wielką przyjemnością. Najwyraźniej Pan Szatan wysłuchał mojej cichej prośby, i szepnął Skullripperowi i spółce do ucha, by wbić kolejne dziewięć gwoździ w wiszące na krzyży ciało bożego syna. Aby szło to sprawniej i z większą mocą, podkusił także do wstąpienia w szeregi wspomnianych bluźnierców specjalistę od prac fizycznych, czyli Zbysia „Inferno” Promińskiego. W efekcie, za niecały miesiąc, świat nawiedzi drugi piekielny bękart, przynosząc ze sobą nieco ponad pół godziny muzyki. Muzyki będącej bezpośrednią kontynuacją debiutu, albo, innymi słowy, wariacją na temat Kreator / Destruction po końskich sterydach. Tutaj nie ma co fantazjować, czy snuć opowieści z krainy mchu i paproci. Na „9 Nails Hammered into the Flesh of God” panowie napierdalają dokładnie tak, jak chciałoby się, by dziś napierdalała ekipa Petrozzy. Bo to, co odpierdala legenda thrash metalu przez ostatnie dwadzieścia lat, a zwłaszcza na dwóch ostatnich albumach, woła o pomstę do piekła. Płytę Hellfuck powinno się wysłać do weganina z Essen, co by se dziadek przypomniał stare czasy, kiedy to słowo „kompromis” było mu obce. Mamy na tej płycie mnóstwo fantastycznych, choć kompletnie nieoryginalnych riffów, świetne, wkurwione wokale o barwie bardzo zbliżonej do oryginału, niezłe, staroszkolne solówki, i fenomenalną sekcję rytmiczną, na temat której nawet nie będę się rozpisywał, bo powiedzieć, że „Inferno rozjebał”, to jak nie powiedzieć nic. Żeby jednak nie było, że Hellfuck jest jedynie wściekłym klonem Kreator, podkreślić należy występują na tym krążku także elementy nieoczywiste. A do takich zaliczyć na pewno można partie klawiszy. Co prawda bardzo oszczędne, stosowane jako subtelny dodatek, i schowane w tle, jednak dodające kapkę odmienności od pierwowzoru. W kilku miejscach pojawiają się także ślady, których nie jestem w stanie stuprocentowo zidentyfikować. Chodzi mi o płynące niczym rozmyty śpiew syren, czy też pośmiertny zaśpiew potępionych duchów głosy pojawiające się choćby w „Master of Decaying World” czy „Destroyer of Heaven”. Zakładam, że to mimo wszystko syntezatory, choć nie zdziwiłbym się, gdyby były to wokale przepuszczone przez jakiś kosmiczny efekt. Czymkolwiek są, robią spore wrażenie. Nie ma na tym albumie fragmentów słabszych. Wszystko tutaj chodzi na poziomie podobnym do tempa samych kompozycji, czyniąc „9 Nails Hammered into the Flesh of God” prawdziwą laską dynamitu z odpalonym krótkim lontem. Na chuj komu Kreator, skoro mamy Hellfuck. Po raz drugi pozamiatane!

- jesusatan