niedziela, 10 maja 2026

Recenzja Rtęć „Martwimy”

 

Rtęć

„Martwimy”

Arcadian Industry 2026

 


Bardzo podobał mi się debiutancki album projektu chłopaków z Lasu Trumien, który przedstawiałem wam jakieś dwa i pół roku temu. Dlaczego? Bo ja, kurwa, kocham wczesny Darkthrone (znaczy ten sprzed ery heavymetalowej). Kochają go także muzycy Rtęci, tego jestem pewien. Z tym, że w odróżnieniu, choćby od rewelacyjnego Hag, nie jadą z Norwegów po całości. Tworzą natomiast wyjątkowo udana mieszankę surowego black metalu i punka, z domieszką sludge czy doom metalu. Najwięcej tu oczywiście pierwszych dwóch składników. Wystarczy odpalić płytę, by, zaraz po poetyckim wprowadzaczu, pierwsze takty „Wszędzie szum” momentalnie przeniosły nas do Fenrizowej chaty na skutym lodem norweskim zadupiu. Zresztą jest tu kilka riffów jakby żywcem wyrwanych z płyt Darkthrone, a najlepszym przykładem niech będzie środkowy fragment „Skorpion”. Konia z rzędem temu, kto by się nie pomylił. Prostotę, czy może raczej surowość tych nagrań, zdecydowanie potęgują wszechobecne d-beaty. Nie ma tu chyba kawałka, w którym pominięto by podjazdy punkowo / crustowe, przy których aż chce się podskoczyć z krzesła, w niektórych miejscach mocno przypominających szwedzki Wolfpack.  Ja wiem, że to jest motyw z pożółkłych kartek encyklopedii metalu, ale na mnie nadal działa niczym zapalona w ciemności świeczka na ćmę. No dobra, ale miało być też o elementach nieoczywistych, bo takowych przecież na „Martwimy” nie brak. Bardziej występują one tutaj w postaci smaczków niż myśli głównej, i może właśnie dlatego wzbogacają smak całości niczym dorodne rodzynki sernik. Mamy tutaj kilka wersetów deklamowanych (W odróżnieniu od wrzaskliwego wokalu wiodącego), trochę filmowych sampli, parę wstawek w doomowym tempie, sporo tremolo w bardziej melodyjnym, choć nie mniej mroźnym, tonie, czy nawet motyw  pod Morbid Angel na otwarciu „Biada zwyciężonym którym nie pomógł nikt powstrzymać ostatecznego ciosu” (kurwa, jaki długi tytuł). Co jest wielką zaletą tego krążka, poza wspomnianą chwytliwością i oldskulowym feelingiem, to jego spójność. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu, wszystko doskonale się ze sobą łączy, a żaden fragment nie jest upchnięty butem. Słowo też należy się tekstom. Napisane zostały w języku polskim, i są naprawdę niezłe, idealnie pasujące do konceptu całości (Choć, aby je przeczytać musiałem użyć lupy. Zawsze twierdziłem, że czerwone literki na czarnym tle to najgorsze rozwiązanie, a że z wiekiem wzrok już nie sokoli…). Czego by nie mówić, „Martwimy” to bardzo dobry album. Można chyba powiedzieć, że Rtęć, rozwijając nieco pomysły z „Wszyscy nosimy w sobie śmierć”, w teoretycznie zamkniętych ramach znaleźli swoje własne „ja”, Dlatego serdecznie polecam.

- jesusatan




Recenzja Mansvara „Sable Odes to Nihility

 

Mansvara

„Sable Odes to Nihility”

Godz ov War 2026

Mansvara to kapela z Krakowa, gdzie powstała w zeszłym roku. Już za chwilę, nakładem Godz ov War, ukaże się jej debiutancki album, na którym zamieszczono osiem kawałków black-death metalu. To muzyka z tych dysonansowych, która faluje i dusi. Przy pierwszym odsłuchu zdaje się być nieuchwytną materią, ale po bliższym zakolegowaniu się z „Sable Odes to Nihility”, ulotność tego wydawnictwa nieco się urealnia. Krakowianie poczynają sobie dość intensywnie i trzymają tempo przez niemalże całą długość płyty. Zasypują sowicie swymi rzęsistymi atakami, które wzmacniają silną sekcją rytmiczną i niezłymi wokalami. To gęsty metal wypełniony, antagonistycznie nastawionymi do siebie akordami, które w szaleństwie pędzą przed siebie, ale potrafią również zaskoczyć nagłym zjazdem w dół, przechodząc w spokojniejsze, wręcz atmosferyczne kostkowanie. Te zwarte, lecz i poplątane struktury uzupełniają wysokotonowymi wtrętami, które wijąc się jak węże lub punktowo eksplodując, dodają dramatyzmu i kosmicznego wymiaru muzyce Mansvara. To monumentalne konstrukcje, które łączą w sobie brutalne riffy z subtelnymi zagrywkami, co owocuje niebywale klimatycznym oraz potężnym black-death metalem. Panowie rzeźbią niezwykle żywiołową muzę, od której ciężko się oderwać, bo jej esencjonalność silnie oddziałuje na zmysły. Fuzja agresywności z finezją doskonale się tutaj sprawdza, otulając szczelnie i wprowadzając w trans, z którego wydobyć się, nie jest łatwo. Cudownie przygnębiający i inwazyjny materiał wysmażyli nasi krajanie, o którym nie da się szybko zapomnieć. Namacalny, pulsujący i przestrzenny black-death metal, który swym klarownym brzmieniem i ponurą melodyką, wbija się w jaźń i pozostaje w niej na bardzo długo. Kurczę, może to będzie małe nadużycie z mojej strony, spowodowane miastem, z którego pochodzi ten kwintet, ale muszę to napisać, gdyż za każdym razem, gdy słuchałem „Sable Odes to Nihility”, jawił mi się jako taka dysonansowa Mgła. Sprawdźcie, naprawdę warto.

shub niggurath




czwartek, 7 maja 2026

Recenzja Pvrgatorii “Profane Rites for Cursed Times”

 

Pvrgatorii

“Profane Rites for Cursed Times”

Night Terrors Rec. 2026

Pvrgatorii pochodzą z Barcelony, a materiał dziś umilający mi wieczór to ich najnowsza EP-ka, która pojawi się na rynku pod koniec miesiąca. Wcześniej panowie, duet, zarejestrowali dwa pełne albumy, które to jednak nigdy w moje ręce nie wpadły. A jest chyba czego żałować, bo te cztery kawałki to solidny cios w podbródek. Mamy tu do czynienia z amalgamatem black i death metalu w bardzo gruzowym, tudzież wojennym wydaniu. Czyli wiadomo - zero litości, czysty soniczny napierdol. W zasadzie te czternaście minut to klasyka. Przysadziste harmonie, często podkręcone do szturmowego tempa, nadające sygnał do ataku chłodnymi tremolo, perkusyjne gradobicie i rzygający rozgrzanym smarem wokale. Warto zaznaczyć, że nie jest to typowy war metalowy skowyt, podobnie jak linie gitarowe nie ograniczają się jedynie do ataku na oślep. Całkiem sporo się tutaj dzieje, a numery Hiszpanów nie są oparte na zapętlonym riffie, powtarzanym uparcie niczym mantra. Poza wspomnianym, nordyckim stylem riffowania (skojarzenia chociażby z Marduk jak najbardziej na miejscu, patrz: choćby „Hermetik Axis”), panowie potrafią także wpleść miejscowo trochę punkowego sznytu i klasycznych melodii deathmetalowych. Z tematyki wojennej znajdziemy tutaj także charakterystyczne dla gatunku zwolnienia czy ślizgi po gryfie, a także klasyczne pogłosy na wokalu. Teoretycznie, mogłoby się zdawać, że to granie znane i oklepane. Może i jest w tym trochę prawdy, bo Pvrgatorii na pewno nie kombinują na potęgę, ani nie redefiniują gatunku, natomiast sposób w jaki składają dobrze znane każdemu maniakowi składniki stoi na zdecydowanie wysokim poziomie. Pewnie, można by się odnieść tu do kilku bardziej znanych nazw, jednak pozwolę sobie tym razem oszczędzić wytykania palcem. Powiem tylko, że sporo tu wściekłości, dobrego kostkowania, zróżnicowanych melodii i odpowiednio odrażających wokaliz. Jeśli z nazwą Pvrgatorii spotykacie się po raz pierwszy, to sięgnijcie sobie po tą EP-kę. Gwarantuję, że waszym kolejnym krokiem będzie wyszukanie poprzednich wydawnictw zespołu. Ja tak na pewno uczynię, bo „Profane Rites for Cursed Times” to wyśmienita przystawka, po której aż się chce sięgnąć po danie główne.

- jesusatan




środa, 6 maja 2026

Recenzja Pharmacist „Vertebrae After Vertebrae”

 

Pharmacist

„Vertebrae After Vertebrae”

Hells Headbangers 2026

To już trzeci album tego istniejącego zaledwie pięć lat japońskiego składu. Widać tempo pracy panowie mają typowe dla mieszkańców wysp Honsiu, Hokkaido, Kiusiu i Sikoku, bo niejeden band o takim stażu jest dopiero na etapie drugiej czy trzeciej demówki. Farmaceuci się w demo nie bawią, ale nadmienić można, że poza pełniakami mają też na koncie dwie EP-ki i sześć splitów. Nieźle. Zajmijmy się jednak tym, co zawiera „Vertebrae After Vertebrae”. To czterdzieści minut całkiem death / grind, bardzo mocno ukierunkowanego na spuściznę Carcass z okresy trzeciej / czwartej płyty. Daleki jestem od stwierdzenia, że twórczość Azjatów jest wyłącznie kalką brytyjskich klasyków, choć elementów wspólnych znajdziemy na tym krążku całkiem sporo. Choćby linie gitarowe, w których od cholery melodii wyraźnie zainspirowanych „Heartwork”, z charakterystycznym groovem i śpiewnym brzmieniem gitary. Z drugiej strony kontrastują z nimi bardziej brutalne, deathmetalowe akordy, jak choćby „Lazure Sphacelation” czy na otwarciu utworu tytułowego, chyba najszybszego kawałka na liście. W balansowaniu między wspomnianą melodyką a mocniejszymi uderzeniami Pharmacist radzą sobie nad wyraz dobrze, dzięki czemu ich kompozycje nie są jednostajne i zapatrzone wyłącznie w jedną stronę. Pod względem wokalnym jest podobnie. Maniera, a nawet styl śpiewania typowy dla Walkera, są na tym albumie wyraźnie zbliżone, lecz ilość stosowanych barw jakby nieco bogatsza. Nagrania te brzmią klasycznie. Wszystko jest tutaj doskonale czytelne i przejrzyste, ale raczej zbliżone do organiczności niż szpitalnej sali operacyjnej (choć z tą oczywiście skojarzenia są nieuniknione, choćby z racji tematyki tekstów, dotyczących oczywiście patologii i medycyny sądowej). W czasach kiedy spadkobierców Carcass czy Haemorrhage jest zdecydowanie mniej niż, dajmy na to, Morbid Angel albo Entombed, „Vertebrae After Vertebrae” jest poniekąd wypełnieniem tej luki, zresztą niezwykle udanym. Jeśli zatem gra wam w sercu „Necroticism – Descanting the Insalubrious” i „Anatomical Inferno”, i chcielibyście posłuchać wariacji na tematy zbliżone, to te piosenki są dla was. Solidna jakość gwarantowana.

- jesusatan




Recenzja Fulci „Risorsero dalla Tomba e Fu… L’ Apocalisse”

 

Fulci

„Risorsero dalla Tomba e Fu… L’ Apocalisse”

20 Buck Spin 2026

Jest i ona. Nowa epka włoskich specjalistów od horrorów i brutalnego death metalu. Trzy kawałki z czego jeden to intro, a całość leci jakieś jedenaście minut. Jest tutaj jak to u Fulci. Nastrojowy wstęp, płynnie przechodzący do dania głównego. Gęste i ciężkie brzmienie, przysadzista sekcja rytmiczna i głębokie growle. No jeszcze trochę klimatycznych klawiszy, bez których by się to nie udało, albo byłoby dużo gorzej. Zresztą dobrą robotę robią tutaj również niepokojące solówki oraz piskliwe zagrywki, które także dodają tym dwóm utworom sporej dawki tajemniczości i napięcia. Oprócz tego tradycyjnie, czyli mnóstwo rytmicznego palm mutingu i ociężałych kłusów. Nie znam za bardzo dyskografii tego kwintetu, bo być może tego typu granie występowało u nich już wcześniej, ponieważ panowie w drugiej kompozycji mocno skręcają w rejony gotyckie, częstując nastrojowymi, wręcz funeralnymi melodiami. Płyną one leniwie i z gracją przed siebie, roztaczając żałobną atmosferę, która nie ma nic wspólnego z siermiężnym mieleniem, ponieważ bliżej jej do wykwitów typu My Dying Bride, zwłaszcza gdy w połowie tego numeru, wokalista zaczyna tęsknie i markotnie śpiewać czystym głosem. No nic. Szybko zleciało i pozostawiło mieszane uczucia. To chyba granie z tych, które się lubi bądź nie. Pierwszy wałek całkiem niezły, gdyż mroczny, lepki i naprawdę jedzie tu horrorem. Drugi zaś zupełnie niespójny z go poprzedzającym, który niesie nieco zużyte dzisiaj granie. Odnoszę wrażenie, że ta epka nie była w ogóle Włochom potrzebna, a może wyznacza nowy kierunek w twórczości Fulci i sonduje rynek? Chuj w to. Fanom pewnie wejdzie bez popitki, a mi się jeszcze trochę poodbija i tyle.

shub niggurath




 

wtorek, 5 maja 2026

Recenzja Tyrant Wrath „Dödsdans”

 

Tyrant Wrath

„Dödsdans”

Under the Sign of Garazel 2026

Tyrant Wrath to zespół datujący swoje początki na rok dwa tysiące siódmy. Od tamtej pory panowie pracowali sobie albo pomału, albo z doskoku, bowiem ich najnowszy pełniak jest dopiero trzecim. Wydawanym zresztą po raz kolejny pod skrzydłami innego labelu. Tym razem wziął się za nich nasz Garazel. Nie wiem jak wyglądały poprzednie dwa albumy Szwedów, ale „Taniec Śmierci” na pewno jest wydawnictwem wartym uwagi. Choćby dlatego, że panowie grają black metal „jak za dawnych lat”. W oparciu o nieskomplikowane akordy oraz niemal minimalistyczną perkusję, często wystukującą wręcz punkowe rytmy. Skojarzenia z Darkthrone z okresu „Panzerfaust” / „Total Death” są tutaj jak najbardziej na miejscu, także ze względu na bardzo szorstkie i agresywne wokale. Zresztą klasycznej Północy jest na tej płycie co nie miara, i to nie tylko w wersji Norge, ale i autorom rodzimej, bo chwilami jakby mocniej zawiewa u nich z kierunku wczesnego Craft. To tylko dwa odnośniki, bo takowych album ten zawiera zdecydowanie więcej. Więcej też jest tutaj pomysłów, bo Tyrant Wrath jednego tempa i klimatu zdecydowanie się nie trzymają. Co prawda szaleńczych prędkości nie rozwijają, ale już od zwolnień nie stronią, choćby w „Du är död”. Będąc przy owym zróżnicowaniu, to poza staroszkolnymi, szorstkimi i mroźnymi jak sopel lodu harmoniami, przyprawionymi szczyptą skandynawskiej melodii, chwilami zbaczamy nieco z kursu w rejony bardziej klimatyczne. I tu mam lekki problem, bo pasują mi one do całości… dość średnio. Nie wiem, po co panowie już w połowie pierwszego numeru wrzucili kompletnie niepotrzebny fragment akustyczny. Moim zdaniem zaburza on agresywny wydźwięk tej kompozycji i zdaje się wciśniętym nieco na siłę. Podobnie zresztą jak dwa kawałki instrumentalne, jeden jako interludium, drugi na zakończenie. Trochę mi one zaburzają odbiór całości, bo gdyby wspomniane przerywniki wyrzucić, to „Dödsdans” byłaby płytą o wiele bardziej spójną (zresztą, tak między nami, to od drugiego odsłuchu tak właśnie zrobiłem, i efekt był natychmiastowy). Wydając zatem ostateczny wyrok – nowy materiał Wrath Tyrant to dobra rzecz, którą warto sprawdzić. Bo momenty tutaj niewątpliwie są.

- jesusatan




Recenzja Gadget „Coerced”

 

Gadget

„Coerced”

De:Nihil Records (2026)

Już dawno zapomniałem o istnieniu takiego tworu jak Gadget. Szwedzcy grindowcy dali się wyraźnie poznać metalowemu światu 20 lat temu za sprawą dwóch strzałów w ryj w postaci „Remote” i „The Funeral March” robiąc przy tym sporo szumu wokół siebie. Potem był jakiś split, koncertówka, ale ich aktywność była tak mała, że nawet nie zauważyłem jak dekadę temu wypluli w świat trzeci, pełny album. Dowiedziałem się o tym przy okazji otrzymania promówki najnowszego wydawnictwa czyli Epki „Coerced”. Zaskoczenie tym większe, ponieważ nie byłem pewien czy to ten sam band (ale tak, to ten sam band). Oczekiwania moje więc były w tym przypadku żadne, bardziej dominowała ciekawość co Skandynawowie mogą mieć jeszcze do zaoferowania po tak długim niebycie scenicznym, tym bardziej, że nastąpiła zmiana wiosłowego, a obowiązki za mikrofonem przejęła kobieta. Nie słyszałem żadnego nagrania Gadget od czasów drugiego albumu, więc trudno mi się odnieść do czegokolwiek, ale „Coerced” jest swoistym, nowym otwarciem w twórczości Gadget. Masywny, nowoczesny deathgrind, który nie stroni od groovu, hc/punka, sludgu czy noisu. To nie jest typowe tour-de-force z nawałnicą dźwięków, to raczej brodzenie w dużej mierze po nowszym gruncie, ale brodzenie pewne, potwierdzające, że muzycy nie poruszają się po omacku na mniej znanych wodach. 13 minut tych nagrań jest nie tylko próbą eksploracji nowych obszarów, ale też ujęcia starych w bardziej współczesnym wydaniu. Trudno oceniać ten minialbum w kontekście artystycznego sukcesu, ale myślę, że jest on dobrym preludium i rozgrzewką przed przygotowaniem czegoś większego w przyszłości. Podskórnie czuję, że może to być ścieżka, którą obecnie kroczą takie zespoły jak Full of Hell, Primitive Man, czy po prostu artyści, którzy wpasowują się w profil takich labeli jak Relapse Records czy (nawet bardziej) Closed Casket Activities. Na pewno warto mieć ich na radarze, nawet jeśli „Coerced” to zaledwie mała zajawka.

                                                                           Harlequin