czwartek, 9 kwietnia 2026

Recenzja Ageless Gateway „Corruptor of Stars”

 

Ageless Gateway

„Corruptor of Stars”

Godz ov War 2026

Ageless Gateway to kolejny świeżak w stajni Godz ov War. Projekt ten pochodzi z naszego pięknego kraju, i jest tworem jednoosobowym, w którym za wszystko odpowiada muzyk o pseudonimie Apparition. Człowiek ten, przynajmniej w warstwie tekstowej, wziął na celownik kosmos, a dokładniej wizje zainspirowane serią Gemini Home Entertainment, czyli obserwacją zmian w ciałach niebieskich, mutacją ludzkości, i tym podobne sprawy. Muzycznie natomiast mamy tutaj nieco ponad pół godziny atmosferycznego black metalu. Całkiem ciekawego, a na pewno nie tak sztampowego jak większość dzisiejszych wydawnictw. Nie jest to jednocześnie żadna awangarda, bo środków wyrywających się ramom wspomnianego gatunku tu niewiele. Natomiast muzyk, na swój autorski sposób, buduje w zamieszczonych na „Corruptor of Stars” klimat faktycznie wchodzący w przestrzeń kosmiczną, mocno absorbujący i najzwyczajniej ciekawy. Przede wszystkim, pod względem tempa mamy tutaj cały przekrój. Od wolniejszych, dryfujących momentów, budujących idealne tło do podziwiania gwiazd pasaży (jak choćby w „Deep Root Disease”), po momenty burzowe, mogące kojarzyć się z deszczem meteorów (numer tytułowy). Technicznie większość kompozycji opartych jest na klasycznym tremolo, ale ciekawy dodatek stanowią elementy klawiszowe, czasami w formie pianina, gdzie indziej jako tło bardziej z gatunku dungeon synth. Są na tym krążku także momenty, choć śladowe, kiedy automat perkusyjny nieco odchodzi od „ludzkich standardów” (bo tak naprawdę, gdybym nie wiedział, to nie wiem czy bym się zorientował, że to nie człowiek stuka), a wówczas z lekka zapachnie sznytem industrialnym. Gdzie indziej, zwłaszcza w szybszych partiach, atmosfera mocno się zagęszcza, a dźwięki zdają się zaciskać pomału pętlę na naszej szyi. Myślę, że największym plusem tych nagrań jest właśnie ich różnorodność, trzymana co prawda na smyczy, bez przesadnych udziwnień, ale zarazem pozwalająca na stwierdzenie, iż Ageless Gateway jest tworem własnym. Jestem przekonany, że fanom atmosferycznego black metalu „Corruptor of Stars” wejdzie bez popitki. Bardzo solidny, obiecujący debiut.

- jesusatan




Recenzja Sectarian Defacement „Hostile Consuming Rapture”

 

Sectarian Defacement

„Hostile Consuming Rapture”

Grave Island Records 2026

 


To młoda kapela z Ukrainy, która w zeszłym roku wydała debiutancką epkę. Teraz przyszedł czas na pełniaka, no to jest. Już patrząc na okładkę trochę wiedziałem, czego się spodziewać po „Hostile Consuming Rapture”. Połamany, czy też mocno wykoślawiony pożeracz ludzkich dusz, zwiastował równie pokiereszowaną muzę. I tak jest w istocie. „Trup ściele się tu gęsto”, bo plątanina połamanych riffów, technicznych zawijasów i pełnego groove’u tłumionego kostkowania, tworzy zwartą sieć. Do tego dodajmy jeszcze ultraciężkie zwolnienia, chaotyczne grindowe nawałnice i gniecenia w średnim tempie. Całość polana rytmiczną, nieco skoczną strukturą, brutalnymi growlami i samplami. Co z tego wam wyszło? Jak dla mnie, mieszanka slam death metalu, core’owych breakdown’ów, blastów i technicznego ujęcia. Leci to momentami na oślep, gubiąc się po drodze i na dodatek w swym szaleństwie zjada swój ogon, ale słychać, że Sectarian Defacement mocno się stara. Chcąc być nie tylko brutalnym i agresywnym bandem, wplata do kompozycji sporo wirtuozerskich wygibasów, zmian tempa czy nieoczekiwanych przejść z jednego akordu w drugi. Ubiera to w błotniste brzmienie, które wzmacnia mięsisty bas i słoniowata perkusja, w której często dźwięczy, kontrastujący do reszty bębnów, „blaszany” werbel. To gwałtowny i momentami nieprzewidywalny materiał, który zdaje się nie widzieć do końca, czym chce być. Niewątpliwie ci młodzi Ukraińcy dwoją się i troją, żeby stworzyć coś okrutnego, jednocześnie nowoczesnego i zarazem chwytliwego, ale używają do tego zbyt dużo form wyrazu, co chwilami skutkuje istnym grochem z kapustą, które rzucone o ścianę, rozbryzgują się w nieprzypominającą nic plamę. Plusem jest nie do końca czysta produkcja, która zostawiła pokaźną ilość brudu. To z kolei pozwoliło delikatnie przykryć zbyt duże ambicje i aranżacyjne niezdecydowanie Sectarian Defacement, i jednocześnie uwypukliło dzikie, podziemne oblicze tego albumu. Jeśli lubicie death metalową z różnymi dodatkami naparzankę, to sprawdzajcie.

shub niggurath




środa, 8 kwietnia 2026

Recenzja A.H.P. “Alltid imot deg”

 

A.H.P.

“Alltid imot deg”

Purity Through Fire 2026

Wiem, co sobie pomyślicie. Patrząc na okładkę tej płyty, oraz nazwę, będącą klasycznym skrótowcem, założycie, że to jakiś punkowy album, pewnie jedenaście prostych i szybkich numerów w osiemnaście minut. Ja się nabrałem!  W rzeczywistości A.H.P. stoi za „Against Human Plague” (taki zresztą był tytuł debiutanckiego krążka, wydanego dekadę temu przez Via Nocturna), a sam zespół tworzą dość znane z krajowego podwórka persony, stacjonujące obecnie w krainie fiordów. No i te fiordy są w przypadku muzyki zawartej na „Alltid imot deg” dość dokładnym drogowskazem. Album ten zawiera czterdzieści minut black metalu. Mimo iż dość zróżnicowanego, to spiętego wspólną klamrą północnego chłodu. Pierwsze cztery kompozycje to w zasadzie klasyka drugiej fali black metalu ze wspomnianego półwyspu. „Souls to Inhale” stanowi raczej spokojny wstęp, bo sama kompozycja nie jest zbyt szybka, za to usłyszymy w niej klasyczne tremolo i wbijającą się niczym gwóźdź w dłoń Nazareńczyka melodię. „Lust for Murder”, żeby było zgodnie z tytułem, to wściekły blast, zapętlone akordy i intensywne wokale. Acz, żeby nie było dokładnie tak jak na „Panzer Division Marduk”, to w połowie mamy kilka taktów akustycznych i moment ambientowy. „In Endless Disgust” kapkę wchodzi na poletko deathmetalowe (ten riff do rytmicznego headbangingu!), choć z drugiej strony ma momenty „francuskie”. Marszowy kawałek, chyba najbardziej zapadający w pamięć, mimo iż sporo się w nim dzieje. W „Nocturnal” też mamy małą sinusoidę tempa, gdzieś tam śmignie dysonans, za to faktycznie wieje z tego numeru nocnym mrozem. Album zamyka tytułowy piętnastominutowiec, który od całości różni się już nie tylko samymi aranżami, ale i brzmieniem. To, nie jest tak nordyckie, a bardziej industrialne, mechaniczne, suche. Nawet perkusja chodzi tu w stylu automatu. Dodatkowo w tle pojawiają się nieco kosmiczne klawisze, a wokale przejmuje JRMR, zdzierając swoim sposobem gardziel do krwi, pod koniec nawet po naszemu. Trochę może ten numer kojarzyć się z Mysticum, właśnie poprzez wspomniany industrialny vibe. Fantastyczna kompozycja, choć w zasadzie będąca jedynie idealnym podsumowaniem bardzo dobrej płyty. Płyty będącej pełnym wachlarzem pomysłów, spojrzeniem na black metal z kilku perspektyw, jednocześnie bardzo spójnej i wciągającej. Mi się cholernie podoba, dlatego jeszcze dłuższą chwilę pogości w moim odtwarzaczu. Bardzo silna rzecz.

- jesusatan




Recenzja Tarask „Sitra Ahra”

 

Tarask

„Sitra Ahra”

Antiq 2026

To francuski, jednoosobowy projekt, który pochodzi z Marsylii i na ten czas, wydaje swój drugi album. To sześć dość długich numerów, które utrzymane są w black metalowym tonie. Diabelszczyzna jak to u Francuzów, którzy lubią modyfikować bądź rozwijać ten gatunek. Jak zwał, tak zwał. W przypadku „Sitra Ahra” mamy do czynienia z ujęciem modernistycznym, które wybrzmiewa rzecz jasna, po francusku. Jest to przyciężkawy i całkiem gęsty bleczur, który oprócz tremolando i klasycznego kostkowania, uderza w atonalne rozwiązania. Objawiają się one w formie dysonansowych uderzeń czy też zwolnień, którym towarzyszą plątaniny zimnych dźwięków. Oprócz tych zabiegów Tarask częstuje także nastrojowymi wstawkami, wygrywanymi na syntezatorach i nieprzesterowanych strunach przy asyście desperackich wręcz płaczliwych krzyków wokalisty lub aksamitnego, kobiecego śpiewu. To mieszanka gwałtownych, lodowatych i klimatycznych akordów, które są kontynuacją poprzedniej płyty, zarówno w warstwie dźwiękowej jak i tekstowej. Black metal o introspektywnym charakterze, wykorzystujący zasoby drugiej fali i nowoczesnych brzmień. Trochę zalatuje podejściem islandzkim, bowiem i tutaj znajdziemy pełno szybkich i kaskadowych riffów, które pędzą w takt łomoczącej perkusji. Ich dysonansowe pływanie wraz z atmosferycznymi wtrętami, stanowczo, lecz i delikatnie zapraszają do osunięcia się w błogi trans, z którego okresowo jesteśmy wybudzani przez brutalne zrywy. Dla fanów współczesnego black metalu, który stawia na wielowarstwowe i gęste tekstury o atmosferycznym zacięciu.

shub niggurath




wtorek, 7 kwietnia 2026

Recenzja Sznur „Cwel”

 

Sznur

„Cwel”

Godz ov War 2026

Bardzo obawiałem się piątej płyty wałbrzyskiego Sznura. Głównie dlatego, że chłopaki, zwłaszcza na poprzedniej płycie, zaczęli poniekąd popadać w pewnego rodzaju schemat, tudzież powtarzalność. Obawami tymi podzieliłem się zresztą z wydawcą, który powiedział mi jedno. „Posłuchaj, a zobaczysz”. Też mi odkrycie. Jednak w tym przypadku, już po jednorazowej konsumpcji „Cwela”, wiedziałem, co człowiek miał na myśli. Nie, nie to, że muzyka Sznura uległa jakimś drastycznym przepoczwarzeniom. To nadal, w głównej mierze, ten sam, miejski black metal, ze swoim charakterystycznym obliczem. Wykreowanym, nie odtworzonym, czyniącym Sznura zespołem oryginalnym i rozpoznawalnym. Co zatem na „Cwelu” jest nowego, a co pozostało niezmienne? Zacznijmy od drugiej części pytania. Nadal jest to muzyka oparta na skandynawskim black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Wciąż jest zdecydowanie niestandardowa, wystawiająca środkowy palec współczesnej scenie, zwłaszcza tej „prawdziwej”. Maniera wokalna także pozostała niezmienna, bo słowa wypluwane są tu w identyczny sposób jak w piosenkach dotychczas poznanych. Także same teksty, nawiązujące do doświadczeń ZerO z wszechogarniającą patologią. Co się zmieniło? Przede wszystkim „Cwel” jest krążkiem jeszcze bardziej skocznym i tanecznym. Oczywiście mówimy tu o standardach nie wymykających się drugiej fali, podkreślam, black metalu. Gdybym miał być bezczelnie prostolinijny, to powiedziałbym, że nowe nagrania zespołu są taką wariacją na temat późniejszego Satyricon, bo odwołań do twórczości Satyra słyszę tutaj na potęgę. Oczywiście nie są to patenty powielane metodą dźwiękonaśladownictwa, ale jednak słyszalne. Poza tym, Sznur jakby więcej wlał w swoje utwory, co się poniekąd łączy z poprzednim porównaniem, nawiązań do tradycyjnego thrash metalu. Niektóre riffy, gdyby tylko obedrzeć je z północnego brzmienia, mogłyby być synami filarów rzeczonego gatunku z lat osiemdziesiątych. No i jeszcze jedna rzecz. Mianowicie, zdaje mi się, że Sznur albo celowo, albo naturalnie, mają coraz bardziej wyjebane na ogólnoprzyjęte standardy. I chyba każdy, kto posłucha „Cwela” będzie wiedział o co mi chodzi. No chuj, muszę zjeby dotyczące zespołu (które już sobie w głowie pomalutku układałem) odłożyć na następny album, bo tego materiału skrytykować nie potrafię. Sznury dały radę, i to mocno, bo „Cwel” jest na pewno lepszym krążkiem niż „Ludzina”. I chyba to styknie za podsumowanie.

- jesusatan




Recenzja Relic „Crown of Flies”

 

Relic

„Crown of Flies”

Self-Release 2026

To nowy Relic z amerykańskiej ziemi, bo trochę już ich tam było, zresztą nie tylko w USA. Ten jest świeżą kapelą, która na początku kwietnia wyda własnym sumptem tą epkę. Są to cztery, krótkie pociski, którym za detonator posłużył gęsty death metal z małym pierwiastkiem „czerni”, lecz nie tylko. Od pierwszych taktów uwagę na siebie zwracają bębny, która niewyobrażalnie łomoczą, wtórując plątaninie riffów, zagranych na ciężkich gitarach, generujących brutalne akordy w stonowanym tempie. Przeradzają się one okresowo w szybsze kanonady w towarzystwie perkusyjnych blastów, ale piskliwymi, układającymi się w schizoidalne melodie zagrywkami, które niekiedy wyłaniają się z głównych tekstur, Amerykanie również potrafią zaskoczyć. Całości towarzyszą głębokie growle i szatańskie wrzaski, co oprócz śladowej na „Crown of Flies” ilości form muzycznych związanych z diabelszczyzną, ma chyba stanowić ukłon w kierunku szatańskich dźwięków. Jednakże jest to muzyka, która swoim usposobieniem jednoznacznie kojarzy się z brutalnym metalem śmierci. W tym przypadku to mozolne i monumentalne rzępolenie, które miażdży żylastym brzmieniem i niszczy, rzadko przełamywaną jednostajnością. To potężny monolit, który został zarejestrowany w laboratoryjny sposób i niestety dzięki temu, wybrzmiewa nieco sztucznie. Poza tym, mocno mi tu zalatuje nowoczesnym detem, z którego niekiedy wyłażą modne, death-core’owe naleciałości. Mało brudu, nikły stopień diaboliczności, za to mnóstwo krwistego mięcha, a jak mi się wydaje, nie taki był zamiar, tak przynajmniej wynika z notki informacyjnej dołączonej do tego materiału. Cóż pierwszy krok bywa trudny, choć to dziwne, ponieważ wykonali go starzy wyjadacze. Może dalej będzie lepiej: czytaj [mroczniej i po diabelsku uwodzicielsko].

shub niggurath




poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Recenzja Vomitory „In Death Throes”

 

Vomitory

„In Death Throes”

Metal Blade Rec. 2026

Pamiętam jak dziś… W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych szwędałem się ze znajomym po giełdzie w Lubinie, bo chłop szukał jakiejś części do samochodu czy coś. Było tam malutkie, niepozorne stoisko, na którym można było zanabyć płyty kompaktowe. Głównie disco polo i inne gówna. Nie wiem nawet, z jakiego powodu zacząłem koszyk przeglądać, i nagle wpadła mi w oko okładka z metalowym logo, i leżącymi na glebie upapranymi krwią zwłokami. Oczywiście kupiłem w ciemno, gdyż nazwa Vomitory nic mi wtedy nie mówiła. Wróciłem do domu, odpaliłem, i… dosłownie wyrwało mnie z kapci. Głównie z powodu, że szwedzki death metal można było grać, mimo wszystko, nieco inaczej niż cała masa naśladowców Dismember i Entombed. Od tamtej chwili upłynęło trzydzieści lat. A bracia Gustafsson nadal nieugięcie stoją na posterunku, w twierdzy zwanej Swedish Death Metal, wypluwając właśnie swój jubileuszowy, dziesiąty album. Nie będę kłamał. Niektóre z ich płyt gdzieś mi po drodze umknęły, jednak po kilku rundach z „In Death Throes” stwierdzam jedno. U chłopaków nic się nie zmieniło. Ich muzyka nadal ma to samo pierdolnięcie, za które ich pokochałem. Nowe kawałki to ostra jazda z koksem, najczęściej na wysokich obrotach, z zachowaniem tego idealnego balansu między brutalnością a melodią, naturalną swobodą wyrażania myśli, tak muzycznie, jak i poprzez głębszy niż średnia statystyczna, a jednocześnie dość czytelny, wokal. Nie ma co prawda na tym albumie niczego, co przez Szwedów nie zostało zagrane wcześniej, jednak szacunek za te nagrania mają u mnie ogromny. Dlaczego? Bo nie są zespołem pokroju Cannibal Corpse, zjadającym własny ogon, czy Deicide, starający się kopiować samych siebie, z marnym zresztą skutkiem. Vomitory nadal jest Vomitory, tak samo naturalnym, jak za czasów pierwszych płyt. Takiego death metalu po prostu chce się słuchać. Te ciężkie harmonie, te wpuszczające do utworów nieco powietrza solówki, ten, że tak to nazwę, instynkt, dzięki któremu muzyka zespołu potrafi powalić słonia, a chwilami nieźle rozbujać, to w zasadzie znak firmowy chłopaków z Karlstad. Dziesięć płyt. Nie każdy zespół potrafi nagrać aż tyle, nie tracąc po drodze ani odrobiny wigoru i pasji dla własnej twórczości. Vomitory potrafią, czego dowodem te trzydzieści siedem minut, nomen omen, wymiocin. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania? Odpowiedź na każde z nich jest jedna. Szwedzki, kurwa death metal!

- jesusatan