czwartek, 5 lutego 2026

Recenzja Bone Weapon “Chaos Marked by Death of Sun”

 

Bone Weapon

“Chaos Marked by Death of Sun”

Morbid Chapel Rec. / Transylvanian Rec.  2026

Kiedyś, dawno temu, zapewne nie pamiętacie, ludy pierwotne napierdalały się na potęgę. Nie mieli jednak wówczas nuków czy nawet dronów, więc narzędzia do okaleczania i unicestwiania przeciwników budowali sobie z kości. Kiedyś też, nie aż tak dawno, i to akurat możecie pamiętać, powstał gatunek zwany death metalem. Na początku był to nurt, który miał z założenia miażdżyć swoim ciężarem, był bezpośredni i stojący w opozycji do bardziej technicznego, panującego wówczas thrash metalu. Czy jakoś tak. Z powiązania tych dwóch faktów, znajduję nazwę Bone Weapon wprost proporcjonalną do twórczości stojących za nią Amerykanów. Nie pierwsza to ich wizyta na łamach Apo, bo jakieś dwa lata temu, z okładem, przedstawiałem wam ich debiutancką EP-kę. „Chaos Marked by Death of Sun” jest jej bezpośrednią kontynuacją, czyli mieleniem mięsa bardzo gruboziarnisto, za pomocą prymitywnej maszynki z korbką. Tak, dokładnie takiej, jaką niektórzy z was mogą pamiętać z babcinej kuchni. Całość tego procesu trwa niecałe pół godziny, i podzielona jest na pięć segmentów. Albo pięć wielkich betonowych kloców, spuszczanych na głowę słuchacza z wysokości wieżowca. Trio z Filadelfii nie bawi się w techniczne zawijasy, budowanie tajemniczego klimatu czy urozmaicanie swojej muzyki dla samego urozmaicania. Tutaj wszystko proste jest jak konstrukcja młotka. Jest trzonek, ciężki, metalowy obuch, jakiś tam klin, i wszystko w temacie. W przypadku Bone Weapon jest ciężki, nawet kurewsko ciężki riff, kapka melodii rodem z przesiąkniętego rozkładem grobowca, charczący, głęboki wokal, i banalne harmonie. Zero zabawy w awangardę, zero zwrotek, refrenów, solówek czy czegokolwiek wymykającego się z ram minimalizmu. Brzmienie tych nagrań ocieka tłuszczem i posoką, zapewne będącymi wydzielinami jakiegoś spasionego nieszczęśnika, którego chłopaki postanowili zaszlachtować przy pomocy siekiery sklejonej z golenia i trzech żeber. Uczta zatem smakowita, zwłaszcza dla typów prymitywnych. A że ja się do takich zaliczam, to żrę to ociekające larwami ścierwo z lubieżną przyjemnością. Jak wam gnijące mięso śmierdzi, to się nawet do tego krążka nie zbliżajcie. A jak jesteście pojebani, i rozkład łączy wam się z podnieceniem, to serdecznie zapraszam.

- jesusatan




Recenzja Brahmashiras „Trinitite”

 

Brahmashiras

„Trinitite”

Caligari Records 2026

Minęły trzy latka i Rosjanie wracają z pełnym albumem, na którym kontynuują spuszczanie wpierdolu za pomocą black-death metalu mocno podszytego punkowymi manierami. To siedem numerów, które lecą w zmiennych tempach, choć przeważają te szybsze. Panowie szyją intensywnie mieszając gatunki, używając bez pierdolenia się w tańcu thrashowego kostkowania, nawiązując do zwyczajów znanych z lat osiemdziesiątych. Muzę doprawiają dość niskim strojem gitar o charakterystycznym przesterze i dodatkowo zagęszczają galopującymi bębnami, którym w tym procederze skutecznie pomaga bas. Do tych tnących i kołyszących anarchistycznie akordów, okresowo dokładają trochę skandynawskiego tremolando, co oprócz szorstkich wokaliz, dostarcza sporo diabelskiego pierwiastka. I tak dostajemy prostą muzę o przybrudzonym brzmieniu, która nikomu się nie kłania, chłoszcząc plecy i kopiąc w dupę, że aż miło. Zadzierżyste i chropowate rzępolenie, w którym spotykamy Śmierć z Szatanem, wirujących w szalonym tańcu pogo w rytm ostrych riffów, łatwo wpadających w ucho chwytliwości o niekiedy wschodnim usposobieniu, przepysznych d-beatów i chłodnych, wysokotonowych zagrywek. Surowe połączenie death i black metalu z punkiem, które generuje energiczną jazdę, potrafiącą również dostarczyć odrobinę posępnych i mrocznych uniesień, a także zesłać trochę blizzardu w agresywniejszych i chaotycznych partiach. Zgrzytliwa, nieco garażowa muzyka, z której płynie autentyczna dzikość, ale i naturalna obojętność, bo Brahmashiras wyraźnie ma wypierdolone na wszystko. Napierdalają jakby od niechcenia, co owocuje autentycznie brzmiącym materiałem, który miażdży, ćwiczy batem i gryzie do krwi. Arogancko, bez kompleksów i do przodu. Czy się to komuś podoba, czy nie. Mi się podoba i to bardzo. Świetny metal, nawiązujący prostotą i zadzierżystością do lat osiemdziesiątych, lecz o masywniejszym brzmieniu i bezwstydnie romansujący z antysystemową doktryną. I jak tu nie polecić?

shub niggurath




środa, 4 lutego 2026

Recenzja Nox Urorum „Upadek Króla Chaosu”

 

Nox Urorum

„Upadek Króla Chaosu”

Putrid Cult 2026

Świat się kończy… Morgul wziął się za atmosferyczny blackmetal. No gdzie jak gdzie, ale że ten album ukazał się w Putrid Cult, to w życiu bym nie zgadł. Bo, o ile mnie pamięć nie myli, ten odłam w katalogu rzeczonego labelu dotychczas nie gościł. Ale, dobra, to zagości teraz, a ja przechodzę do konkretów. Nox Urorum to trochę przewrotna nazwa, bowiem oznacza po naszemu Upalną Noc. Otóż z ciepełkiem, to te piosenki niewiele mają wspólnego. Powiedziałbym raczej, że są na wskroś skute lodem, i to takim mocno podbiegunowym. Zresztą sama budowa poszczególnych kompozycji to w zasadzie tradycja atmosferycznego black metalu. Płynące w tle, budujące odpowiedni nastrój klawisze, wygrywające beznamiętne melodie gitary, najczęściej zapętlone i wprowadzające w swoisty trans, minimalistyczna perkusja, podbijający całość bas, żeby całość nie bzyczała aż tak bardzo, i toczące się na pierwszym planie dialogi między blackmetalowym wrzaskiem a deklamacjami (jak się można domyśleć, po naszemu). Tempo panowie też zazwyczaj utrzymują podobne, czyli średnie, niezbyt chętnie odchodząc od schematu, co ma swoje wady i zalety. Zaletą jest transowość całości, bo album płynie niczym górski potok, niesie słuchacza wśród pokrytych śniegiem krajobrazów i powiada swoje historie w sposób bardzo konsekwentny. Wadą, zwłaszcza dla kogoś, kto w takim gatunku muzycznym nie gustuje, będzie zapewne dość szybkie znużenie i brak zwrotów akcji. Album co prawda trwa trzydzieści pięć minut, więc moim zdaniem jest to dawka idealna, podana w sposób nawet ciekawy, lecz szczerze mówiąc podobnych wydawnictw, zazwyczaj przeplatanych fragmentami ambientowymi, słyszałem w życiu dziesiątki. Tutaj więcej jest grania konkretnego, bowiem z wspomnianego ambientu mamy jedynie krótkie intro i outro, co też na pewno działa in plus, podobnie jak produkcja tych nagrań. Całościowo zatem „Upadek Króla Chaosu” jest pozycją solidną, nawet dobrą. Czy wybijającą się jakoś znacznie z tłumu? No tu już bym polemizował. Na pewno maniacy grania atmosferycznego łykną to bez przegryzania. Ortodoksi mogą natomiast mieć problem, choć oczywiście niczego nie wykluczam. Sprawdźcie zatem sami, nic nie tracicie.

- jesusatan




Recenzja Ponte del Diavolo „De Venom Natura”

 

Ponte del Diavolo

„De Venom Natura”

Season of Mist 2026

Ponte del Diavolo to kapela z Włoch, która tworzy od 2020 roku. Na koncie mają już trzy epki, debiutanckiego longa, a teraz wydają drugą płytę, która zawiera siedem kompozycji, będących mieszanką black i doom metalu z domieszką post-punka. Trzonem ich muzyki są dwa basy, które mocno dociążają twórczość tej brygady, zwłaszcza podczas klimatycznych zwolnień lub utworów, jednoznacznie kojarzących się z dark wave. Kolejnym, znaczącym elementem jest wokal Erby del Diavolo, który może przypominać głos Sary z Messa lub Siouxsie Sioux z Siouxsie and the Banshees. Włoska śpiewaczka modeluje go w zależności od aury i melodii jakie zsyłają dźwięki instrumentów, bowiem kawałki na „De Venom Natura” płyną w różnych prędkościach i snując zmieniające się harmonię, tworzą bogatą, atmosferyczną sinusoidę. Do wspomnianych, dwóch basów dorzucić trzeba także, doskonale podkreślającą rytmikę perkusję oraz gitarę, która częstuje mozolnymi riffami, ale jej głównym zadaniem jest zasypywanie uszów świdrującymi tremolo. To zimne i okresowo chaotyczne zagrywki, które wskazują na mariaż muzyki Ponte del Diavolo z black metalem. Black metalem, który w przypadku tego zespołu zdaje się być tylko dodatkiem, jednym z elementów składowych muzyki Włochów, ponieważ nie jest tutaj pierwiastkiem dominującym. To oryginalna fuzja wyżej wymienionych gatunków, których wzajemne przenikanie zatarło granicę między nimi, co uniemożliwia jednoznaczną kategoryzację stylu tej kapeli. Dobrze wymieszany koktajl, stawiający na mroczny i magiczny nastrój, który może również wpędzać w melancholijne stany. Mocno eksperymentalne ujęcie metalowego grania, które odznacza się szczególną atmosferą i teatralnością. Inteligentnie skomponowany, ale nienarzucający się przesadnie artystyczną formą. Pomimo dość tajemniczego usposobienia i nieoczywistych aranżacyjnie rozwiązań wchodzi gładko niczym piętnastoletnia whisky. Głównie dla miłośników gotyku i pokrewnych gatunków, ale sprawdźcie, bo cóż szkodzi, a Erba głos ma fantastyczny.

shub niggurath




wtorek, 3 lutego 2026

Recenzja Bitterness „Hallowed be the Game”

 

Bitterness

„Hallowed be the Game”

G.U.C. 2026

Niemcy kolebką thrashu, przynajmniej tego europejskiego, są i basta! Zaprzeczyć się temu nie da, i chyba przytaczanie tu przeze mnie jakichkolwiek przykładów czy argumentów mija się z celem. Co nie znaczy, że każdy pochodzący z tego kraju zespół z automatu wart jest zainteresowania. Weźmy taki Bitterness, dla przykładu. Kolesie grają w tą grę, o czym zresztą wspominają w tytule swojego najnowszego, ósmego już pełnego wydawnictwa, od dwudziestu pięciu lat, a jakoś dotychczas z ich nazwą dotychczas się nie spotkałem. I bardzo dobrze, bo, nie owijając w bawełnę i przechodząc od razu do meritum, to co usłyszałem na „Hallowed be the Game” niczym specjalnym nie jest. Mówiąc oględnie i delikatnie. Nie zamierzam się tutaj wyżywać na tej płycie, ani jej autorach, bo uważam, że czterdzieści minut, które poświęciłem na odsłuchanie ich piosenek, jest czterdziestoma minutami mojego życia, które zdecydowanie mogłem spożytkować w lepszy sposób. Nie wiem, może na zgłębianiu technik orgiami, prasowaniu firanek, albo oglądaniu tych półmózgów z Wiejskiej w telewizji. Bitterness jest typowym przykładem trzecioligowca w thrashowym rzemiośle. Dodatkowo trzecioligowca, który inspiracje dobrał sobie niezbyt szczęśliwe. Panowie tworzą coś, co można by przyrównać do wypadkowej Kreator z okresu, kiedy Kreatorem już nazywać się nie powinien, z melodyjnym death metalem zza Bałtyku. Co w tej muzyce jest złe? Melodie. W chuj słodkie, nijakie, nużące. Kompozycje. Przewidywalne, schematyczne, typowe. Wokale. Do bólu przeciętne, a nawet jak urozmaicane, to w jeszcze bardziej banalny sposób. Brzmienie? No, może biorąc pod uwagę nowocześniejsze standardy, jeszcze znośne, oczywiście dla tych, którzy taką selektywną szatę. Nawet okładka wygląda na zrobioną na odpierdol, dla debila. Co w tej muzyce jest dobre? W sumie, to nic. Tutaj wszystko jest tak cholernie oczywiste, tak wygładzone, pozbawione mocy, że zęby bolą. Bo nawet jak Bitterness starają się zaserwować jakiś ostrzejszy riff (pomijając, że odgrzewany po raz nie wiem który), jak w „High Sobriety”, to za chwilę jest on sprowadzany do parteru przez na chuja potrzebne chórki, bardziej kojarzące się z koślawym Running Wild niż klasycznymi wejściami z planu drugiego w staroszkolnym thrashu. I jeszcze te solówki… O tym, że nawet fajny numer Misfits, coverowany na zakończenie, kolesie spierdolili już nie wspomnę. Chłopaki na co drugim podwórku grali kiedyś lepszy thrash niż Bitterness po ćwierćwieczu praktyki. Mówiłem, że nie będę się znęcał. Zatem krótko – do kibla.

- jesusatan




Recenzja Winter Eternal „Unveiled Nightsky”

 

Winter Eternal

„Unveiled Nightsky”

Hells Headbangers 2026

Winter Eternal to solowy projekt, który powstał w Grecji, a było to w 2011 roku. Później, stojący za tym szyldem Soulreaper, przeniósł się do Szkocji i chyba pozostaje tam do dziś. Obecnie, wraca z najnowszym, piątym swym albumem, którego zawartość może zdradzać okładka, gdyż jest w kolorze niebieskim. Tak, to melodyjny black metal, który ameryki nie odkrywa więc oskalpowanie mu nie grozi, ale dla mnie jest jak cios tomahawkiem w łepetynę. To atak przypuszczony przy użyciu szybkich tremolo, cienkiej perkusji i bulgoczącego, wysuniętego dość do przodu basu. Instrumentom towarzyszą szorstkie wrzaski, które swym wydźwiękiem idealnie wpasowują się w lodowatą barwę gitar. Mrożą one, że aż ciarki na plecach powstają i trzeba podkręcić kaloryfery, gdyż szron pojawia się na parapecie. Winter Eternal rzeźbi wartkie i bez problemu wkręcające się melodie. Są to epickie i smutne chwytliwości, które pędzą w przestrzeń niczym zimowa zawierucha, niosąca mróz aż strach. Snują one opowieści o pradawnych i magicznych czasach, ale ich cukierkowość nie jest w przypadku „Unveiled Nightsky” jakoś rażąca. Soulreaper stawia raczej na odpowiednio mroczny i tajemniczy klimat, udanie stroniąc od skocznych, odpustowych harmonii. I to między innymi ratuje ten materiał, choć mnie do siebie nie przekonuje. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest tutaj obok wszędobylskich melodii, agresywnie i wielowarstwowo, ponieważ akordy wygrywane przez tego Greka są gęste i nieustannie się przenikają. Tną skórę, ale potrafią również wyhamować, przechodząc w monumentalne zwolnienia, z których wypływa spora dawka atmosferyczności i to jest kolejny plus. Ostatnim, dodatnim elementem jest produkcja, bo jest analogowa, co nadało „Unveiled Nightsky” surowości, przywodząc skojarzenia z początkami tego gatunku. Melodyjny black metal, który zagrany jest w naturalny i z niezwykłą lekkością sposób. Fanom tego ujęcia wejdzie jak w masło, ja natomiast nie lubię, jak rzuca się we mnie tomahawkami więc podziękuje.

shub niggurath




poniedziałek, 2 lutego 2026

Recenzja Slaughterday „Dread Emperor”

 

Slaughterday

„Dread Emperor”

Testimony Rec. 2026

Znacie ten band, w którego skład wchodzą dwaj Niemcy o długości włosów na twarzy i głowie odwrotnie proporcjonalnej do staroszkolnych standardów? Jakimś cudem, mimo iż kolesie wydają właśnie swój piąty album, nigdy nie zagościli na łamach Apo. Choćby dlatego postanowiłem skrobnąć o ich muzyce kilka słów, nawet jeśli nowe wydawnictwo nie wnosi do całokształtu twórczości Slaughterday niczego nowego. Tak samo, jak twórczość tego tworu nie wniosła niczego nowego w kanony gatunku. Nie innowacyjność jest jednak w tym przypadku sprawą kluczową. Bo jeśli zespół otwarcie czerpie inspiracje z znanych i uznanych klasyków, to i po co im jakieś niepotrzebne wygibasy. A Slaughterday jest takim właśnie kultywatorem staroszkolnych tradycji. Tradycji wykreowanych przez szkołę amerykańską i europejską, w równomiernym, w tym przypadku, połączeniu. Gdyby sprawy upraszczać do minimum, można bez ogródek powiedzieć, że panowie są potomstwem Grave i Autopsy. W sposób idealny łączą bowiem w swojej twórczości ciężar i brud obu tych kapel, i robią to naprawdę z klasą, a przede wszystkim bez dosłownego kopiowania klasyków. Na „Dread Emperor” znajdziemy ciężkie melodie, z naciskiem na słowo „melodie” właśnie. To nie jest li dudnienie, czy wbijanie w czaszkę pięciokilowego młota. Tutaj w pas kłania się ta staroszkolna gracja. Proste d-beaty, rytmiczne akordy, ale jednocześnie coś, co momentalnie wpada do głowy i skłania ją do epileptycznych podrygów. Nikt tutaj z wiatrem się nie ściga, bo kompozycje Niemców utrzymane są w tempie słusznym, ale stonowanym. Zdecydowanie więcej uwagi muzycy poświęcili temu, by ich numery nie nudziły. Stąd też nie ma w tym przypadku grania na jedno kopyto, czy trzymania się jednego akordu przez cały kawałek. Zresztą nawet od wspomnianych inspiracji też zdarzają się lekkie odchyły. Jak choćby w „Subconscious Pandemonium”, gdzie znajdziemy riff niemal djentowy. Albo „Dethroned”, kawałek na dobrą sprawę punkowy, wyśmienicie bujający, wpadający w GG Allin’owy vibe. Chłopaki doskonale czują to, co grają, a grają to, co czują i co im serce podpowiada. Znając ich dotychczasową twórczość jestem w stanie przyznać im medal za konsekwencję. Każdy ich krążek prezentował określoną jakość, i nie inaczej jest z „Dread Emperor”. Jeśli chcecie posłuchać dobrego death metalu, opartego na najlepszych oldskulowych filarach, może nie powalającego na kolana, ale szczerego i zagranego z pasją, to sięgajcie po ten krążek bez wahania. Satysfakcja gwarantowana.

- jesusatan