środa, 25 marca 2026

Recenzja Bong-Ra „Esoterik”

 

Bong-Ra

„Esoterik”

Debemur Morti Prod. 2026

Z twórczością Bong-Ra, a właściwie Jason'a Köhnen'a, bo to on tutaj sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, mam zawsze wielką zagwozdkę. Bo w chwili, kiedy oczekuję od tego projektu muzyki, która pozwoli mi się zresetować, i odpocząć od codziennego zgiełku, trafiam na płytę, która mnie wkurwia. Z kolei innym razem, a tak było na przykład teraz, podchodzę do albumu jak pies do jeża, a kiedy go w końcu, dla świętego spokoju, odpalę, momentalnie jestem kupiony po całości.  Może tak się dzieje, gdyż kolejne wydawnictwa Holendra różnią się jednak od siebie, mimo iż teoretycznie rdzeń pomysłów pozostaje odobny. „Esoterik” jest płytą niesamowicie ciężką, jednocześnie intrygującą, zaskakującą i, co akurat zdziwienia budzić nie powinno, na Bong-ra’owy sposób oryginalną. Tym razem otrzymujemy coś na zasadzie fuzji industrialno / jazzowo / awangardowej. Z tym, że splecionej tak pomysłowo, że przenikanie się wpływów tychże gatunków jest tutaj niesamowicie swobodne, naturalne i uzupełniające się nawzajem. Ciężkie beaty, idące w jednej linii z niezbyt złożonymi akordami gitarowymi, tworzą tutaj swoistą siłę uderzeniową i transowy klimat, porównywalny do klasycznego Godflesh. Zwłaszcza przy zapętleniach, gdzie można odczuć, jak świat wokół zaczyna wirować i kurczyć się, zostawiając dla nas bardzo niewiele miejsca na oddech. W tle towarzyszą tu często oszczędne improwizowane wstawki jazzowe, niby kompletnie nie zsynchronizowane z podkładem głównym, powodujące odczucie lekkiego dualizmu twórczego. Są na tej płycie momenty, gdzie rzeczony ciężar się wycofuje, a do głosu dochodzą wyłącznie wspomniane dodatki, o zdecydowanie zwiększonej intensywności, tworząc wizje czysto surrealistyczne, na zasadzie swoistego happeningu. Nawet tutaj, linie saksofonu, pianina, chwilami uderzenia automatu perkusyjnego, sprawiają wrażenie kompletnie samoistnych i niezależnych od siebie. Jako całość jednak, „Esoterik” jest niesamowitą podróżą, a każdy dźwięk, nawet ten na zasadzie silnego dysonansu, odgrywa tutaj swoją rolę. Wspomniałem o Godflesh. I chyba z tym zespołem najbliżej sparowałbym nowy album Bong-Ra, bo elementów wspólnych tu sporo (choćby wokale, o których jeszcze nie wspominałem, oszczędne, ograniczone do krótkich, wypowiadanych w sposób niemal mechaniczny wersetów). Z tym jednak podkreśleniem, że ilość dziwactwa jest na „Esoterik” zdecydowanie większa. O ile industrial traktuję wyjątkowo wybiórczo, tak nowa płyta Bong-Ra jest dla mnie absolutnie czymś fantastycznym, czego chce się słuchać i zgłębiać w nieskończoność, i do czego chce się wracać. No i teraz tylko się boję, że kiedy chłop wyda kolejny album, to go posłucham i się odbiję…

- jesusatan




Recenzja Necroccultus „The Afterdeath Blackness”

 

Necroccultus

„The Afterdeath Blackness”

Terror From Hell Records (2026)

 


Jakimś dziwnym trafem działający od ponad 20 lat, meksykański Necrocculus nigdy nie zagościł w moim odtwarzaczu. Może wynik to z faktu, że omawiamy tu „The Afterdeath Blackness” to dopiero drugi album grupy, a od czasu debiutu minęło 21 lat,a może po prostu czysta moja ignorancja. Nie zmienia to faktu, że Meksykanie dowieźli mi porcję klasycznego, mięsistego metalu śmierci na modłę ancient ones. Jeśli lubicie wczesny Morbid Angl, Mortem, Sadistic Intent czy ich krajan z Infernal Conjuratio, Shub Niggurath czy Sargatanas to jesteście w domu i z nowymi nagraniami Necroccultus będziecie czuli się jak ryba w wodzie. Odkrywczości i innowacyjności tu tyle ile rozumu u wielu polskich polityków, ale jakości muzycznej nie brakuje. Tłuste, klasyczne riffowanie, wyraźny growling i zgrabne kompozycje oparte na sprawdzonych wzorcach gwarantują tutaj mile spędzony czas. Na dowód niech posłuży singlowy „Dread Midnight Entities”, w którym główny riff to kalkomania „Rapture” Morbidów. A takich inspiracji, czy wręcz cytatów jest tutaj więcej. Owszem, jest to „kolejna” płyta z tego typem grania i nie wyróżnia się ona jakoś z tłumu, ale z drugiej strony ktoś kto uprawia metal śmierci ku czci przedwiecznych przeważnie robi to dobrze. I nie inaczej jest  w tym przypadku. Panowie z Necroccultus chłoszczą dupę aż miło bez potykania się o własne nogi. Ta płyta niczego nie zmienia, niczego nie wnosi i to od Was zależy czy jest potrzebna Wam na półce. To jest druga liga, ale żadnego wstydu tutaj nie ma. Dobrej muzyki zawsze warto posłuchać i nie inaczej jest w tym przypadku. Serdecznie do tego namawiam, death metal done right!

                                                                                           Harlequin




wtorek, 24 marca 2026

Recenzja Infrahumano „Depths of Suffering”

 

Infrahumano

„Depths of Suffering”

Lavadome Prod. 2025

 


Dziś mała wycieczka do roku ubiegłego. W październiku ukazał się bowiem drugi duży krążek Infrahumano, jednak wydawca nieco zaspał, i materiał ten wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej dopiero kilka dni temu.  Skoro jednak płyta do mnie dotarła, to wypadało rzucić uchem, co nie? Zespół pochodzi z Galicji, ale gdybym o tym nie wiedział, zapewne celowałbym gdzieś za ocean. Najbardziej chyba do Baltimore, skąd chorobę rozsiewa Umierający Płód, ewentualnie na Nowy York, miasto filarów śmierć metalu, czyli Uduszenia, tudzież Samospalenia. Heh, tak sobie kiedyś gaworzyliśmy z ziomkami, co, jeśli to język polski byłby wiodącym na świecie, i z szyldami pokroju „Nieświęte Jebanie Kozy” bylibyśmy za pan brat. Ciężko byłoby utrzymać powagę słuchając takich płyt. No ale wracając do meritum… „Głębiny Cierpienia” to niecałe czterdzieści minut w dziewięciu odsłonach. Odsłonach brzmiących, jak wspomniałem, na wskroś amerykańsko. Przede wszystkim sporo na tym albumie momentów „mielonych”, z mocarnym riffem, kilkukrotnie powtarzanym, tworzącym wrażenie jak byśmy byli wbijani w ziemię przy pomocy spadającego na łeb kafara. Sporo też bardziej technicznych zagrywek w nieco Vignowym stylu, acz niekoniecznie takich bezpośrednich, jak to się zdarza w wielu przypadkach. Ta Immolationowa nuta jest w tym przypadku nieco przypudrowana, albo może trochę schowana w tle. No i bardzo dużo tu ciężaru, pod tytułem „cios boksera wagi ciężkiej”. Te elementy zmieszane razem w jedną masę tworzą naprawdę mocarny ładunek wybuchowy. Skonstruowany może i metodą chałupniczą, jednak równie groźny, co obecna na polu walki od dawien dawna mina przeciwpiechotna, po stanięciu na której nie da się już chodzić piechotą. Hiszpanie chyba niezbyt mają na uwadze oryginalność. Choć, w sumie wymienione przeze mnie wcześniej, słyszalne inspiracje, są tu faktycznie obecne, to bardziej na zasadzie lekkich porównań, a nie znaków równości. Chodzi mi o to, że Infrahumano nie tworzą metodą kopiuj / wklej, lecz starają się owe wzorce odegrać na swój własny sposób. I chyba w tym największa zaleta „Depths of Suffering”. To staroszkolny death metal, odświeżony (chuj z tym, że po raz tysięczny) na własny sposób. Z zachowaniem wszelkich odstawowych wytycznych (wokale, brzmienie), ale jednak po swojemu, I, co najważniejsze, na wysokim poziomie. Tego typu płyty nie wymagają dogłębnej analizy. O nich mówi się albo, że zadanie wykonane zostało dobrze, albo zostało spisane od kolegi, albo uczeń napisał bzdury i totalnie się pogubił, tudzież nie zrozumiał. Infrahumano zrozumieli bardzo dobrze, i do swoich nagrań się przyłożyli. Nawet jeśli ten album to nic powalającego, to jest a tyle dobry, że warto dać mu szansę. Światowego poziomu na pewno nie zaniża.

- jesusatan




Recenzja Bezkres „Naturalna nietolerancja”

 

Bezkres

„Naturalna nietolerancja”

Signal Rex 2026

To kapela, która uformowała się w 2024 roku i od tamtego czasu wydała demo, i epkę „Odwieczny zew agresji”. Dziesiątego kwietnia pojawi się jej debiutancki album z dziewięcioma utworami, hołdującymi tradycyjnej szkole black metalu. Równie dobrze „Naturalna nietolerancja” mogłaby ukazać się w latach dziewięćdziesiątych, bo doskonale wpisuje się swą wymową w ówczesny kanon, który według wielu fanów tego gatunku, powinien pozostać niezmienny. Taką też pozycję przybierają członkowie Bezkresu, ponieważ diabelszczyzna w ich wydaniu to klasyczne ujęcie, zagrane na szorstkich gitarach o twardym stroju, które sieją na przemian tremolo i biczującymi riffami, których nieprzyjazną ekspresję skutecznie podkreślają, dobrze słyszalne linie basu oraz perkusja. Całości, rzecz jasna, towarzyszą złowieszcze wokale, które zapodane są w języku polskim i tematyką oraz barwą doskonale wpasowują się w płynące z tego krążka dźwięki. Zielonogórzanie koncentrują się na średnich i lekko przyspieszonych tempach, gdzie akordy kreują bezkompromisowy klimat swoim agresywnym i posępnym usposobieniem. Bezkres postawił na zdecydowane podejście do black metalu i wykorzystanie patentów znanych z twórczości Helhammer, co powoduje, że mocno mi tu zajeżdża Darkthrone z okresu „albumów bliźniaków” czyli „Ravishing Grimness” i „Plaguewielder”. Słychać to głównie w zwolnieniach i średnich tempach, podczas których duet ten wbija topornie do głowy słuchacza poszczególne frazy, nie pozostawiając miejsca na wybór, bo po prostu musisz tego słuchać i basta. Proste struktury utworów, mizantropijne harmonie, lodowate przyspieszenia i ogólna niechęć do otaczającej rzeczywistości. Panowie nagrali black metal, który posiada niewyszukane, ale skuteczne usposobienie. Jest tym, czym powinien być. Muzyka, która emanuje złem i wrogością. Arogancko stoi naprzeciw trendom i redefiniowaniu gatunku. Smaga mrozem i bardzo dobrze buja. Tak trzymać. Polecam.

shub niggurath




poniedziałek, 23 marca 2026

Recenzja Sura'sura „Warfare Metal”

 

Sura'sura

„Warfare Metal”

විරෑපී (VIRŪPI) 2026

Chcecie egzotyki? Proszę bardzo. Jedziemy na Sri Lankę. Kraina to dzika, i bynajmniej nie kojarzona szerzej z metalowym graniem. Stamtąd jednak pochodzi Sura’sura. Banda zwyroli, która chwyciła za instrumenty, i nagrała debiutancką, niespełna dwunastominutową EP-kę, składającą się z czterech kompozycji. Kompozycji… Wysublimowane to w tym przypadku słowo.  Cztery (a właściwie trzy, bo na początku gra intro) strzały w pysk, cztery wyrzygi, cztery wulgarne wysrywy z gatunku prostackiego, niczym wystawienie środkowego palca gestu. Chłopaki nie pierdolą się w tańcu, tylko prą przed siebie w sposób bardzo bezpardonowy, hałasują i łomoczą niczym rasowe Neandertale. Zawsze lubiłem tego typu ciekawostki geograficzne, nawet jeśli prezentowany przez wiele zespołów poziom odbiegał, i to czasem znacznie, od tego najwyższego. Bo nadal fascynuje mnie, mimo iż w metalu siedzę już niemal cztery dekady, że gdzieś tam, na zadupiu świata, nagle pojawia się kilku maniaków molestujących instrumenty tak intensywnie, z taką pasją, że momentalnie stają mi przed oczami czasy wczesnego Sarcofago, Sadistik Exekution czy Blasphemy. Przecież na tej EP-ce mamy czysty kult przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w temacie death / black metalu! Garażowe brzmienie, niewysublimowane linie gitarowe, wokale na zasadzie prostackiego darcia mordy, że o ścieżkach sekcji rytmicznej nie wspomnę, bo ocierają się o minimalizm. Sura’sura serwują bardzo proste harmonie, bez chwytliwych melodii, bez standardowych aranży pod tytułem zwrotki i refreny, oni, mówiąc kolokwialnie, po prostu napierdalają do krwi.  I chyba nie będę się nad tym materiałem rozpisywał ponad miarę, bo sensu w tym tyle, co w analizie budowy pantofelka. Nikomu to do życia niepotrzebne. „Warfare Metal” też pewnie nikomu życia nie odmieni, ale na pewno jest czymś na zasadzie pokazu siły militarnej niewielkiego państewka, które właśnie skończyło, z powodzeniem, prace nad produkcją broni jądrowej. Jak lubicie ciekawostki, to sprawdzajcie. Ta akurat jest warta uwagi.

- jesusatan


https://virupi.bandcamp.com/album/warfare-metal

Recenzja Fire Magic „Memories of Fire”

 

Fire Magic

„Memories of Fire”

Stygian Black Hand 2026

Fire Magic to duet z kraju, który Persowie zwą „Wielkim Szatanem”. Może między innymi dlatego grają oni black metal. Swoją przygodę pod tym szyldem zaczęli w 2020 roku i od tamtego czasu na koncie uzbierali demówkę, debiutancki krążek i najnowszego długograja w postaci „Memories of Fire”. To siedem numerów, które lecą sobie nieco ponad pół godziny, ale to i tak (jak dla mnie) trochę za długo. Amerykanie szyją typową diabelszczyznę, opartą na drugofalowych wzorcach. Każdy z utworów to połączenie świdrujących tremolo z klasycznymi riffami w towarzystwie, cholernie dudniącej sekcji rytmicznej i delikatnie wycofanych wokaliz, które w kulminacyjnych momentach z „czarcich” powarkiwań, przechodzą w epickie okrzyki. W ogóle, black metal od Fire Magic wypełniony jest bajeranckimi melodiami, które jednoznacznie kojarzą się z power-metalowymi produkcjami. Zatem za pośrednictwem „Memories of Fire” mamy do czynienia z rogacizną, która nasycona jest do bólu bajkowymi i ciut infantylnymi chwytliwościami, próbującymi nawiązywać do średniowiecznych przygrywek lub udawać jakieś homeryckie harmonie. Całość zalatuje banałem więc na dłużej do siebie nie przyciąga. Generyczność tego wydawnictwa jest wysoka. Muzyka płynie w zmiennych tempach, racząc na przemian szybkimi melodyjkami, klimatycznymi zwolnieniami oraz tradycyjnymi solówkami. Niestety nic szczególnego tutejsze struktury nie wnoszą ani nie potrafią czymś do siebie przyciągnąć. Fuzja heavy i black metalu, upstrzona naiwną melodyką, która jest totalnie przewidywalna, a po odsłuchu zupełnie nie pozostaje w pamięci. Rządzą tutaj typowość i gatunkowa nieporadność. Cóż, najnowsza produkcja od Fire Magic to takie „imieniny Ani”, czyli ani diabła, ani mroku, ani agresji, ale o mdłości przyprawia bez problemu. Nie polecam.

shub niggurath




niedziela, 22 marca 2026

Recenzja / A review of Goatpsalm „Beneath”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Goatpsalm

„Beneath”

Aesthetic Death 2026

 

Goatpsalm pochodzą z Rosji. Jest ich trzech, a “Beneath” to czwarty (po dziesięcioletniej przerwie, podczas której muzycy uaktywnili się jedynie na czas kolaboracji z Horthodox) album sygnowany tą konkretną nazwą, bo innych zespołów i projektów pobocznych muzycy mają jeszcze kilkanaście. Jednocześnie jest to kolejny twór wymykający się sztywnym ramom gatunku, czy też gatunków. Bo nawet jeśli tym razem trzon muzyki Goatpsalm jest dość wyraźnie określony, to sposób w jaki panowie go ozdabiają, czy też przekształcają, zdecydowanie wybiega poza ogólnoprzyjęte standardy. Zresztą Aesthetic Death nie byliby sobą, gdyby wypuścili album bez własnego oblicza. „Beneath” można skategoryzować jako funeral doom. Bo rzeczywiście podstawą zawartej na krążku muzyki są ciężkie akordy, pełzające w gnilnym stylu melodie, i głębokie, growlujące wokale. Z tym, że do każdego z wymienionych elementów niezbędny jest dodatkowy komentarz, by zbytnio owego opisu nie upraszczać. Przede wszystkim riffy pojawiają się tutaj w dwóch wymiarach. W wersji ciężkiej na pierwszym planie, oraz czasami pod postacią majaczącej, nieco schowanej w tle. Ta drugoplanowa melodia może dość mocno kojarzyć się choćby z fińskim Dolorian, zarówno pod względem brzmienia gitary jak i snutej melodii. Panowie grają powoli, z czasem wręcz się zatrzymując, albo raczej przechodząc w mroczne klimaty ambientowe (druga połowa siedemnastominutowego „Exequires”, tocząca się jakby w zwolnionym tempie), czy też rytualno – etniczne (zagrany na instrumentach ludowych, z dodatkiem jedynie gitary basowej, „Kalbas Whispers of Death”). W tychże kompozycjach pojawiają się też różne wariacje wokalne typu szepty, jęki, jakieś majaczenia. Niebanalna jest konstrukcja tego albumu. Pierwsza jego połowa to, eksperymentalny, ale jednak, wspomniany funeral doom. Z czasem dryfujący w tajemnicze rejony z muzyką metalową mające niewiele wspólnego. Jednocześnie nie mniej, a nawet bardziej, mroczne i fascynujące. Można odnieść wrażenie, jakby z cmentarza przechodziło się ścieżką pełną kości i resztek truchła w tajemniczy las, tak gęsty, że strach staje się momentalnie najbliższym nam towarzyszem. Jednocześnie napięcie wzrasta proporcjonalnie do wyostrzających się człowiekowi w przedstawionej sytuacji zmysłów, i zaczyna działać wyobraźnia. Całość trwa trzydzieści pięć minut, i jest naprawdę niecodziennym doświadczeniem. Ukryty w tej muzyce niepokój i dreszcz emocji jest tak silnie uzależniający, że chce się do tych nagrań wracać wielokrotnie, niczym do ulubionej książki typu horror / thriller. Doskonale obraz malowany muzyką uzupełniają grafiki zdobiące to wydawnictwo. Jakieś laleczki Voodoo, kurze stópki, koraliki, wypełnione tajemniczą miksturą flakony, świeczki i kości… „Beneath” to niebanalna, intrygująca płyta, niesamowicie wciągająca i infekująca umysł. Czy muszę pisać, że polecam?

- jesusatan



 

Goatpsalm

“Beneath”

Aesthetic Death 2026

 

Goatpsalm hail from Russia. There are three of them, and “Beneath” is the fourth album (following a ten-year hiatus during which the musicians were active only for the duration of their collaboration with Horthodox) released under this specific name, as the musicians have a dozen or so other bands and side projects. At the same time, this is yet another work that defies the rigid boundaries of a genre, or genres. For even if the core of Goatpsalm’s music is quite clearly defined, the way the band embellishes or transforms it definitely goes beyond generally accepted standards. Besides, Aesthetic Death wouldn’t be themselves if they released an album without its own distinct identity. “Beneath” can be categorized as funeral doom. For indeed, the foundation of the music on this record consists of heavy chords, melodies creeping along in a putrid style, and deep, growling vocals. However, each of these elements requires further elaboration to avoid oversimplifying the description. First and foremost, the riffs appear here in two dimensions: in a heavy, foreground version, and sometimes as a hazy, somewhat recessed background melody. This background melody may strongly evoke, for instance, the Finnish Dolorian, both in terms of guitar tone and the melody itself. The band plays slowly, at times even coming to a halt, or rather shifting into dark ambient atmospheres (the second half of the seventeen-minute “Exequires,” which unfolds as if in slow motion), or ritualistic-ethnic sounds (played on folk instruments, with only a bass guitar added, “Kalbas Whispers of Death”). These compositions also feature various vocal variations such as whispers, moans, and some kind of “hallucinations”. The structure of this album is remarkable. Its first half is experimental, yet still the aforementioned funeral doom. Over time, it drifts into the secret realms, having little in common with metal music. At the same time, it is no less, and perhaps even more, dark and fascinating. One gets the impression of walking from a cemetery along a path strewn with bones and carcass remains into a mysterious forest, so dense that fear instantly becomes our closest companion. At the same time, the tension rises in proportion to the sharpening of one’s senses in this situation, and the imagination begins to run wild. The whole thing lasts thirty-five minutes, and it is truly an extraordinary experience. The anxiety and thrill hidden in this music are so addictive that you want to return to these recordings time and again, just like to a favorite horror or thriller book. The imagery painted by the music is perfectly complemented by the artwork adorning this release. Voodoo dolls, chicken feet, beads, vials filled with a mysterious potion, candles, and bones… “Beneath” is an original, intriguing album, incredibly captivating and mind-bending. Do I even need to say I recommend it?

- jesusatan