Dead
Void
„Cranial Devastation”
Me Saco Un Ojo / Dark Descend 2026
Moje spotkanie z debiutanckim krążkiem Dead Void, z
dwa tysiące dwudziestego drugiego, wyglądało niczym pojedynek Ivana Drago z
Apollo Creedem. Wystarczyło kilka strzałów, i nie byłem w stanie się pozbierać.
Cztery lata później zespół powraca z albumem numer dwa. Wiadomo, że w tym
przypadku nie było już ze strony przeciwnika mowy o żadnym zaskoczeniu, bo
spodziewałem się wyprowadzania ciosów o najwyższej sile rażenia. Jednak być
dobrze przygotowanym, a wygrać walkę, to dwie zupełnie różne rzeczy. Tym
bardziej, że Duńczycy, zapewne świadomi wartości „Volatile Forms” bynajmniej
nie zamierzali poniżej określonego poziomu zejść. I, kurwa, nie zeszli. „Cranial
Devastation” to trzydzieści osiem minut gruzu i smoły. I to zalewającej
słuchacza na zasadzie powodzi błotnej, ze wszystkich stron. Ponownie Dead Void
zdecydowanie większy nacisk położyli na masywność i duchotę swoich kompozycji,
niż na szybkość i chwytliwe harmonie. Tempo tego krążka można, oczywiście
generalizując, określić jako dość mozolne. Natomiast każdy ton docierający do
naszych uszu, każdy akord, to uderzenie mogące powalić słonia. Trochę tutaj
sludge’owego bujania, które wmieszane w death / doomowe riffowanie efektywnie
mieszankę rzeczonych gatunków wzmacnia. Zresztą chyba największym dowodem na
niesamowitą siłę, ale i pomysłowość zespołu, niech będzie zamieszczony na końcu
albumu utwór The Sound „I can’t escape myself” (tutaj zatytułowany po duńsku).
Konia z rzędem, kto po odsłuchaniu obu wersji skapnąłby się, że to cover. W
samych kompozycje autorskich, podobnie jak w przypadku debiutu, nie brak
zwrotów akcji, czy elementów zaskakujących, choć tym razem całość jest jakby
jeszcze bardziej ujednolicona i skondensowana. Tutaj nie ma chwili na złapanie
oddechu, bo nawet jeśli zanosi się na krótkie wyciszenie między akordami, to
zawiesina dźwięku w powietrzu jest tak gęsta, iż nie sposób wciągnąć jej do
płuc. Świadomie, czy też nie, Dunowie przeplatają w swoich utworach inspiracje,
albo nawiązania, do Spectral Voice, Swallowed, Cianide, czy nawet Antiversum, z
czego wychodzi im amalgamat pozornego chaosu z dobrze zaplanowaną misją, mającą
na celu utopienia świata w lawie. Porównania nowych kompozycji Dead Void z
poprzednimi, na zasadzie „lepsze, czy gorsze od debiutu” nie mają tu racji
bytu, bowiem moim zdaniem zespół już dziś, po zaledwie dwóch dużych
wydawnictwach, zaliczyć można do elity gatunku. Oni współtworzą jego siłę, a
nie jedynie nim podążają. Bezapelacyjnie, płyta do obowiązkowego sprawdzenia.
-
jesusatan






