niedziela, 7 czerwca 2026

Recenzja Nirriti “Dhrupad Anutpada (ধ্রুপদ অনুৎপাদ) Apophatic Ragas of Non-Origination”

 

Nirriti

“Dhrupad Anutpada (ধ্রুপদ অনুৎপাদ) Apophatic Ragas of Non-Origination”

Iron Bonehead Prod. 2026

Nirriti to interkontynentalny twór, w skład którego wchodzą kolesie z Indii, wspierani przez bębniarza z Kanady (pan znany choćby z pracy fizycznej w Nuclearhammer czy Necropolissebeth). I w zasadzie temu ostatniemu się nie dziwię, że przyłączył do zespołu, zwłaszcza biorąc pod uwagę drugi z wymienionych zespołów, bo Nirriti tworzy muzykę dość podobną. Muzykę, którą można śmiało określić jako ekstremalną, nawet w szufladkach ogólnie określanych jako ekstremalne. Swoje zdanie na temat Necropolissebeth wyraziłem tu jakiś czas temu, i tak na dobrą sprawę tekst dotyczący Nirriti mógłby być niemal kopia tamtego. Postaram się jednak inaczej ubrać całość w słowa. Przełamywanie barier, stosowanie środków najprostszych z prostych, produkcja na poziomie bardziej oszczędnym niż piwniczna, i totalny muzyczny minimalizm pod względem aranżacyjnym. Z jednaj strony brzmi nieźle, bo sam jestem maniakiem prostoty. Rzecz w tym, żeby w owym „dudnieniu” była chociaż szczypta faktycznego riffowania, a nie jedynie molestowania instrumentów. W przypadku Nirriti jest to udane połowicznie. Owszem, jest to granie z gatunku lo-fi, najczęściej na najwyższych obrotach, z zastosowaniem najbardziej szorstkiego sposobu kostkowania, często chaotycznego, chwilami nawet abstrakcyjnego. Sporo tu warmetalowych „harmonii”, nie brak też ukrytych w owym chaosie dysonansów, czy zwykłego szarpania strun na zasadzie wilka rozrywającego swoją ofiarę. Podobnie rzecz się ma z wokalami. Są one jednostajnie wściekłe, mocno monotonne, wybrzmiewające niczym z innego wymiaru, wspomagane wyraźnym pogłosem i innymi efektami. Jedynym urozmaicaczem są na tym krążku pojawiające się miejscowo sample, aczkolwiek to żadna nowość w przypadku tego rodzaju twórczości. I teraz kwestia, czy w taki chaos wsiąkamy, czy mówimy „dobranoc”? No cóż… Z jednej strony jest to mocna rzecz, mogąca chwilami kojarzyć się ze znanymi klasykami pokroju Tetragrammacide, Revenge czy Nyogthaeblisz. Z drugiej, po trzech odsłuchach kompletnie nie chce mi się do tej płyty wracać. Choćby dlatego, że wolę sobie zamiast tego po raz kolejny włączyć coś ze wspomnianych przed chwilą ekstremistów. Ale macie ogólny zarys, czego się po Nirriti spodziewać. Komu mało podobnych kakofonii, niechaj zaczerpnie dłonią. Mi się trochę przejadło.

- jesusatan




Recenzja Flykt „Sinister Strain”

 

Flykt

„Sinister Strain”

Hammerheart Records 2026

Flykt pochodzi ze Szwecji, gdzie narodził się w 2016 roku. To solowy projekt gościa bez nazwiska, ale za to zdjęcie ma rasowe. Już trochę dawno, bo siedem lat temu facet wydał debiut, a teraz wraca z drugim krążkiem, który ukaże się dziewiętnastego czerwca. Muzyka jaką na niej znajdziecie to black metal, którego rdzeń wyrasta z fundamentów drugiej fali gatunku, ale reszta to już delikatnie inna historia. Nie bójcie się jednak, bo to żaden eksperymentator. Szwed komponuje diabelszczyznę w nieco inny sposób. Jego utwory skonstruowane są w oparciu o gęste tekstury, które zestawia on z kontrastowo brzmiącymi, wysokotonowymi zagrywkami. Są one wplecione w zwarte akordy tak, aby sprawiały wrażenie wijących się jak węże harmonii, nadając „Sinister Strain” niesamowitej upiorności. Te wysoce złowieszcze melodie wraz z silnie atakującymi, głównymi akordami, stanowią o charakterze black metalu Flykt, który odznacza się ponurą atmosferą, zdecydowaniem, rytualizmem i otwarcie, satanicznym nastawieniem. To burzliwa i parząca swym ogniem muza, która przez większość swego trwania, atakuje mocnymi riffami i miażdżącymi, kaskadowymi uderzeniami. Okresowo zwalnia, rozrzedzając na chwilę swój duszny klimat, wspomnianymi, ceremonialnymi kołysankami bądź mrocznie, melancholijnymi chwytliwościami. Nie stroni również od elektroniki, stosując w niektórych kawałkach ambientowe wyciszacze, które co prawda pozwalają odpocząć zmysłom od intensywności tego materiału, ale z kolei wciągają do dalece nieprzyjaznego, klaustrofobicznego świata, nie pozostawiając złudzeń co do intencji ich twórcy. Black metal od Flykt jest odmiany gorącej i żywiołowej, ponieważ opatrzony jest gęstym brzmieniem i odrealnioną aurą, przez co może w bardziej nastrojowych chwilach odrobinę przypominać Deathspell Omega, a w tych wojowniczych Marduk. Niemniej jednak to autorskie ujęcie czarciego grania, obok którego nie da się przejść obojętnie, a przed rozpoczęciem słuchania, należy wziąć głęboki oddech, gdyż z każdą chwilą trwania „Sinister Strain”, ubywa powietrza. Album przejrzyście wyprodukowany, ale obdarzony naturalną surowością, podkreśloną przez posępne i paraliżujące wokale.

shub niggurath




Recenzja Seven Chains „Swollen, In Flux”

 

Seven Chains

„Swollen, In Flux”

I, Voidhanger Rec. 2026

“Oh, Mr. Belpit, your legs are so swollen!” Znacie Monty Pythona? Kojarzycie tą scenę? Jakoś mi się tak po trzech piwach automatycznie przypomniała, kiedy spojrzałem na tytuł nowego, trzeciego już w dorobku, albumy Seven Chains. Czy ma to coś wspólnego z samą muzyką tego amerykańskiego duetu? Kompletnie nic. Ale chciałem na wstępie coś zagadać, żeby zwrócić waszą uwagę. No to teraz już na poważnie. Wcześniejszych dokonań zespołu nie znam. Skupię się zatem tylko i wyłącznie na owych „opuchniętych nogach”. Początek płyty to religijne intro. A w dalszej części otrzymujemy coś, co można bez przesady nazwać wariacją na temat Portal. I to bardzo zbliżoną do oryginału, zwłaszcza pod względem struktury kompozycji, sposobu riffowania, czy nawet wokalnych ekspresji. Jeśli łatwiej wam przyjąć to pod pojęciem „Portal wanna be”, to bardzo proszę, bo o wiele się nie pomylicie. Przede wszystkim rządzą tutaj charakterystyczne dla Australijczyków tremolo, pokręcone, wijące się niczym węże w gnieździe, hipnotyzujące i wgryzające się w głowę. Harmonie grane na zapętleniu, schodzące jedynie swoją tonacją w dół, lub podążające w górę, to coś, co na „Swollen, In Flux” jest wszechobecne. Niektóre cytaty na tym krążku są niemal dosłowne, co faktycznie może sprawiać wrażenie, iż Seven Chains wręcz bezczelnie naśladują pierwowzór. Na szczęście, panowie dodają do całości także coś od siebie. Są to elementy wkraczające w rejony bardziej oldskulowe, mogące kojarzyć się chwilami z Autopsy czy Immolation, tudzież nieszablonowe zagrywki, jak choćby fragment w końcowej części „Whence Blood No Longer Flows”, zagrany tylko na perkusję i majaczące w tle klawisze imitujące śpiew potępionych dusz. Jest też na płycie numer ambientowo / noise’owy, niebywale mroczny, wciągający z siłą Czarnej Dziury, będący, wraz z następującym po nim drugim „Intro”, idealnym interludium w całym tym interwymiarowym zamieszaniu. Sporo się tu dzieje, sporo zmienia i tasuje, czasem wręcz zderza, jak byśmy faktycznie doświadczali jakichś międzyplanetarnych zjawisk. Idealnym podsumowaniem całości jest najdłuższa, ponad jedenastominutowa kompozycja „The Earth’s Tentacular Cross”, zawierająca całą paletę riffów i zmian tempa, ale też sporo klawiszowych „improwizacji”. Jednocześnie udowadniającą, że mimo iż Amerykanie z wiadomych wzorców czerpią na potęgę, a zarazem potrafią rozwijać oczywistą formułę na swój własny sposób. Nie, no nie będę nikomu wciskał, że Seven Chains są jednymi z lepszych naśladowców Portal. Są jednak na tyle ciekawym tworem, że faktycznie warto ich sprawdzić, bez dwóch zdań. Bo w ogólnym rozrachunku „Swollen, In Flux” to dobra płyta.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/swollen-in-flux

Recenzja Dark Divination / Wampyric Rites „Finnish Ecuador Alliance”

 

Dark Divination / Wampyric Rites

„Finnish Ecuador Alliance”

Signal Rex 2026

Ten fińsko-ekwadorski split zaczyna, powstały cztery lata temu, północnoeuropejski Dark Divination. To solowy projekt, za którym stoi niejaki Dark Divinator, ale jego prawdziwa godność to Joel Kahara. Gość debiutanckiego pełniaka ma już za sobą, a wydał go w zeszłym roku. Tutaj prezentuje jeden kawałek, który zagrany został w duchu surowego black metalu. Początkowo płynie on spokojnie, kreśląc ponure i majestatyczne riffy, aby gdzieś w połowie, przeistoczyć się w lodowaty blizzard, niosący agresywne tremolo w towarzystwie grzmiących bębnów, wycofanego basu oraz nieprzyjaznych wrzasków. Ta intensywna zamieć po kilku chwilach milknie, powracając do tempa z początku „Tainted by Hatred”, wyciszając rozsierdzoną napierdalankę nastrojową końcówką przy akompaniamencie klawiszy. Gdy kończy Fin, wkraczają dobrze znani Ekwadorczycy. Oni również na tym splicie do zaproponowania mają tylko jeden utwór, który jest typowym dla nich black metalem. Wampyric Rites leci szybko, częstując melodyjnymi tremolando i skandynawskimi akordami, który klimatyczność podsycają syntezatory. To chłodny i także piwniczny black metal, który swą ostrością kaleczy uszy, a pomagają mu w tym szorstkie i skrzekliwe wokalizy. Panowie nie biorą jeńców i zasypują słuchaczy gęstym szronem, i zarażają nienawiścią bez wysiłku. Obydwie kapele, to przedstawiciele diabelszczyzny w stylu „raw”, ale skomponowanej z pomysłem i czytelnie zarejestrowanej. Dark Divination istnieje trochę krócej i na koncie ma mniej wydawnictw więc plus dla niego, że przypomniał o sobie swoim fanom, choć po pierwszej płycie od zeszłego roku kurz chyba na dobre jeszcze nie opadł. Wampyric Rites w lutym wypuścił najnowszy krążek, ale oni mają tyle splitów na koncie, że kolejny nie powinien dziwić. Krótka pozycja, bo obydwa wałki dają łącznie jakieś jedenaście minut muzyki. Kolekcjonerzy zapewne sięgną po „Finnish Ecuador Alliance”, a co zrobi reszta maniaków?

shub niggurath




sobota, 6 czerwca 2026

A review of Cutthroat “Invoking Terror”

 

Cutthroat

“Invoking Terror”

Dying Victims Prod. 2026

 


There have been a few “Cutthroats” over the years. It seems, however, that none of them are currently active, so no one is likely to drag a new band with that name to the court, hehe! This particular Cutthroat hails from Ireland and plays something between thrash (less) and death (more) metal. The gentlemen, though they look young, do it in a very old-school style, yet full of youthful rebellion and enthusiasm. “Invoking Terror” is an EP containing five tracks, with a total runtime of twenty-five minutes. The way these guys approach the subject is decidedly direct. What does that mean? Well, for example, they place a much greater emphasis on brutality than on catchy melodies or technical show-offs. Their compositions are simple, based more on sharp guitar chords that charge forward without the slightest compromise. Speaking of guitar lines, it should be noted that the Irish band’s inspirations are quite obvious. You can hear early Death (from the demo and their first album era), Possession, or Sadistic Intent here. At times, early Morbid Angel also comes through, as in “Morbid Rites” (I wonder if that title is just a coincidence). Furthermore, the compositions on this album are not devoid of tempo changes or variations in picking style, which shows that the musicians were not short on ideas. I also like the vocals, which fit perfectly with the atmosphere of these tracks. At times, they remind me a bit of Chris Reifert (though perhaps more in terms of articulation than tone itself). These recordings sound raw, but not like they were recorded in a basement. The balance here is also perfectly maintained. But the biggest strength of this release is that with every listen, it sinks deeper and deeper into your head.  I admit that after the first run, I thought “It’s just another average-quality, typical Dying Victims release.” But after five more, I couldn’t tear myself away from “Invoking Terror.” And the closing track, “Life Beyond the Grave,” gives me chills every single time! Give this Throat Slitter a listen, because this is truly solid late-’80s-style material. I’m looking forward to the full length album.

- jesusatan




Recenzja Numen „Erre”

 

Numen

„Erre”

Les Acteurs de L’Ombre Productions 2026

Numen to baskijski zespół black metalowy, który powstał już dawno, bo było to w 1997 roku. Kwintet ten nie śpieszy się z nagrywaniem płyt, ponieważ obecnie wydaje piąty album, a to chyba niezbyt dużo jak na trzydziestoletnią karierę. Nieważne. Ważna jest muzyka, a ta jest po prostu black metalem, który czerpie pełną chochlą z lat dziewięćdziesiątych. To narowisty bleczur, który mknie na pełnej kurwie i tylko niekiedy zwalnia, aby uspokoić zszargane nerwy swoich odbiorców. Robi to za pomocą małych bujanek w średnim tempie lub wtrąceniami na gitarze akustycznej. Poza tymi pauzami to totalna wścieklizna, która zasypuje nam uszy rozjuszonymi akordami i siarczystymi blastami. Tremolo i tradycyjne kostkowanie zapierdalają nie oglądając się za siebie, gdyż chyba nie ma sensu tego robić, kiedy pędzi się z prędkością światła, a goni cię perkusja wraz z basem, poganiane przez szorstkie i niezbyt przychylne rodzajowi ludzkiemu wrzaski wokalisty. Jednakże nie tylko z lodowatym blizzardem mamy tutaj do czynienia, bo w swoje ofensywne akordy Numen wplata także sporo stonowanych melodii rodem z Kraju Basków, co podbija pęd ich diabelszczyzny i dodaje jej nieco pogańskiego charakteru. Mocno przypomina mi to norweskie rzępolenie z tych szybkich oczywiście, ale o podobieństwa do Marduka też się pokuszę. To rzetelnie skomponowany i z sercem zagrany black metal, który oprócz tradycyjnych form oferuje również trochę progresywnych zagrywek. Wije się to wszystko w spazmach i tańczy w szalonych pląsach, zmiatając wsio co spotka na swojej drodze. Obcowanie z tym materiałem bez wątpienia gwarantuje w najlepszym wypadku odmrożenia drugiego stopnia albo urwanie głowy. Hiperaktywny black metal.

shub niggurath




piątek, 5 czerwca 2026

Recenzja Meltification „Meltification”

 

Meltification

„Meltification”

Extremely Rotten Prod. 2026

Meltification to świeży twór, powołany do życia przez weterana sceny kopenhaskiej, niejakiego Tue Sprogø, który dotychczas działał raczej w stylistyce hard core’owej. O tym jednak, że hard core i grind dobrze się przegryzają, i niejednokrotnie idą w parze, wiemy przecież nie od wczoraj. Pod nową nazwą ów pan pozwolił zatem sobie na romans z tym drugim gatunkiem, czego wynikiem jest właśnie ten samozatytułowany debiut. Jako iż z gatunku tego zazwyczaj wybieram sobie do recenzji jedynie co ciekawsze kąski (ostatnimi laty na przykład najbardziej zapadły mi w pamięć szwedzki Sickrecy i zamorski Kill Division), możecie od razu zgadywać, iż i ten materiał przypadł mi do gustu. I mylić się nie będziecie. Tak naprawdę muzyka Meltification oparta jest, podobnie jak w przypadku wymienionych przed chwila zespołów, na klasyce spod znaku Terrorizer czy Repulsion. Zresztą podobieństwa w sposobie riffowania do tych pierwszych są tutaj miejscami bliźniacze. Przez większą część albumu mamy tu czysty napierdol na wysokich obrotach. Panowie bardzo rzadko zrzucają bieg poniżej „piątki”, gnając zazwyczaj niczym niesławny Sebastian po A jedynce. Oczywiście nie brak w ich kompozycjach swoistej powtarzalności i schematów Napalmowych, czyli bardzo szybko, blast, szybko, i znów wciskamy pedał do dechy. Normalnie poza Emburego ze swoją czupryną, ostro szarpiącego bas sama rysuje się przed oczami. A tej stylistyce jednak mi to kompletnie nie przeszkadza, oczywiście o ile nie brak w muzyce riffów, ostrych jak kły szakala, i odrywających brutalnie mięso od kości. A takich tutaj całkiem sporo, zatem usiedzieć spokojnie na dupie się nie da. To jest dokładnie taki grind jaki lubię. Bo ma pierdolnięcie, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało. Ale! Żeby nie było, trzeba napomknąć o jednej bardzo ważnej rzeczy. Bo wspomniałem o schematyczności, a z drugiej strony Meltification nie jadą od początku do końca na tym samym patencie. Znajdziecie na „Meltification” także kilka numerów wolniejszych („Calculated Demise” czy „River of Torment”), a nawet moment akustyczny („Hellscape Pt.II”).  Pod względem wokali jest tutaj raczej klasycznie, bo śpiew Tue niczym szczególnym się pod tym względem nie wyróżnia. Podobnie jak brzmienie, które jest dokładnie takie, jakie być powinno, i nie ma się co nad nim rozpisywać. Ten krążek nie wnosi do kanonu absolutnie nic nowego, i chyba w tym jego największa zaleta. Bo ja lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem. Może „Meltification” nie jest aż takim ciosem jak „Salvation Through Tyrrany” czy „Peace Through Tyrrany”, ale jeśli pan Duńczyk jeszcze trochę popracuje nad formułą i zadziornością, a przede wszystkim nazwie swój drugi album „Cośtam Through Tyrrany”, to już żadnych pytań mieć nie będę. Niemniej jednak, bardzo polecam, bo to niezły łomot.

- jesusatan