piątek, 19 czerwca 2026

Recenzja Wisielec „Martwe Spojrzenie”

 

Wisielec

„Martwe Spojrzenie”

Independent 2026

Wisielec to kolejny przedstawiciel krajowego blackmetalowego podziemia, Chłopaki muzykują już jakiś czas, i zdążyli nagrać demo, oraz EP-kę, którą to circa pięć lat temu opisywałem na łamach Apocalyptic Rites. Teraz przyszedł czas na debiut, wydany ponownie własnym sumptem. Ukazał się on co prawda już jakiś czas temu (dokładnie przed rokiem), jednak dopiero teraz doniósł mi go listonosz. Może szedł okrężną drogą, przez mokradła. I co można o tym materiale powiedzieć? Na pewno to, że panowie tych czterech lat od „Prologu” nie przespali. Nowe nagrania na pewno są, małym bo małym, ale kroczkiem wprzód. Słychać, że kompozycje na „Martwym Spojrzeniu” są bardziej dopracowane, a przede wszystkim utrzymane na zbliżonym poziomie. A to, poprzednio troszkę kulało. Stylistycznie wielkich zmian nie zauważam. Wisielec nadal obraca się w klimatach drugofalowego black metalu. A przynajmniej gatunek ten stanowi zdecydowaną podstawę twórczości Świebodziczan. Nie jest to jednak typowy, nordycki, brzęczący klon. Tutaj zdecydowanie więcej tradycyjnego kostkowania, chwilami nawet lekko zahaczającego o poletko deathmetalowe. Gdzieniegdzie pojawi się także jakiś dysonans, czy inne nawiązanie do szkoły bardziej współczesnej. Materiał utrzymany jest głównie w średnim tempie (zwłaszcza do pewnego momentu), z mniej licznymi zrywami do blastów. Biorąc pod uwagę, że teksty na tym albumie śpiewane są w języku polskim, można bez przymiarki powiedzieć, że Wisielec idealnie wpisuje się w nasz krajowy odłam czarciego metalu. I na pewno jest jego solidnym przedstawicielem. Gdyby pokusić się o porównania, to można rzucić takimi nazwami jak późniejszy Satyricon czy Immortal, acz są tu też momenty bardziej motoryczne, wymykające się norweskiej koncepcji. Może to jakaś zmyłka, ale chwilami czuję tu też nawiązanie do Polskiej sceny deathmetalowej z lat dziewięćdziesiątych i zespołów pokroju Dies Irae czy Yattering. Dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części płyty, gdzie panowie jakby bardziej się rozpędzają. Na sam koniec serwują natomiast najbardziej chyba przebojowy (o ile tego słowa można tu użyć), i najdłuższy, „Kurhan”, który przy trzech wcześniejszych kompozycjach jest najjaśniejszym elementem „Martwego Spojrzenia”. Podsumowując… Wisielec nagrali płytę, która dozuje napięcie stosownie do rozwoju sytuacji, a której słucha się bez najmniejszego ziewania. Wręcz przeciwnie, kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk, chętnie wciska się „play” po raz kolejny. Cieszę się, że zespół nie utonął w nijakości, i wyciągnął poprawne wnioski z popełnionych wcześniej błędów. Stąd też mogę debiutanckiego pełniaka, zwłaszcza maniakom rodzimego black metalu, polecić bez obaw, że ktoś mnie zaciuka kozikiem za wprowadzenie w błąd.

- jesusatan




Recenzja Apogean „Waste Where Life Begins”

 

Apogean

„Waste Where Life Begins”

The Artisan Era 2026

To już drugi album w karierze tego kanadyjskiego kwintetu. Nie wiem, jak było na poprzednich produkcjach, ale internety twierdzą, że Apogean rzeźbi w technicznym metalu śmierci. Być może, lecz za bardzo nie słychać tego na „Waste Where Life Begins”. Prawdopodobnie jest tak dlatego, że na swoim najnowszym krążku, panowie stawiają na brutalniejsze poczynania, w których oczywiście odnaleźć można wiele wirtuozerskich solówek czy technicznych zagrywek. Są to jednak śladowe wygibasy, które zapewne uchroniły ten materiał od przeładowania karkołomną grą i chwała Kanadyjczykom za to. Dzięki temu za sprawą tutejszych, ośmiu kawałków dostajemy mnóstwo rytmicznego palm mutingu, rzęsistych, brutalnych ataków i dobrze wkręcających się tremolo. To mięsisty death metal, który odznacza się soczystym brzmieniem i zmienną agogiką. To także niezwykle klimatyczna muza, która potrafi przytłoczyć mrocznymi chwytliwościami, podsyconymi przez atmosferyczne syntezatory. Całość jest zaaranżowana w spójny i pomysłowy sposób. Wszystkie części składowe zazębiają się bez żadnych zgrzytów, tworząc intensywną i zwartą ścianę dźwięku, zagęszczoną przez potężne beczki, przysadziste wiosło basowe i głębokie growle. Instrumentarium wraz z gardłem wokalisty kreuje posępnego i niszczącego deta, który posiada dość wygładzone oblicze, ale Apogean sprytnie wykorzystując wszelkie stare i nowe metody na ten gatunek, bez problemu trafi do purystów jak i wielbicieli współczesnych ujęć. Energetyczna i klimatyczna płyta, która oprócz miażdżącego charakteru posiada delikatniejsze cechy w postaci technicznych wtrętów, powplatanych w główne tekstury tak, aby nie stanowiły dominującej siły, gdyż tą jest jadowitość i atmosferyczność „Waste Where Life Begins”. Dla mnie zbyt sterylny materiał, wolę bardziej szorstkie formy, ale wielu maniakom z pewnością przypadnie do gustu.

shub niggurath




środa, 17 czerwca 2026

Recenzja Final Self “Liturgy of the Final Self”

 

Final Self

“Liturgy of the Final Self”

Independent 2026

Znacie nazwę Final Self? Pewnie nie, bo to świeżutki twór na rodzimej scenie. Ich debiutancki album właśnie się ukazał nakładem własnym, a płytę CD dostarczył pospiesznie sympatyczny pan listonosz. Patrząc na okładkę, wiele nie oczekiwałem. Nie dlatego, że jest nijaka, tylko podobnych w życiu widziałem już co nie miara. Dlatego też spodziewałem się, że „Liturgy of the Final Self” będzie kolejnym, może i solidnym, kawałkiem staroszkolnego death metalu. Szczękę z podłogi zacząłem zbierać jeszcze zanim dobiegł końca otwierający całość „The Inheritance of Flame”. Ludzie, co tu się dzieje! Final Self to death metal, faktycznie. Konkretniej, jego bardziej techniczna, połamana, i zdrowo pokombinowana (oczywiście w ramach przyzwoitości) odmiana, za którą teoretycznie nie szaleję. Jednak w tym przypadku, pokazy techniczne nijak się mają do, tak pospolitego w gatunku, muzycznego onanizmu, a wszelkie zmiany tempa, czy płynne przejścia między akordami nie są jedynie na siłę upchniętymi. Tutaj wszystko się perfekcyjnie zazębia. I kopie w dupę z taką siłą, że się lemoniada komunijna odbija. W tym momencie nadmienić muszę, że za Final Self odpowiada ten sam duet, co za ponadprzeciętnie poplątany (Ba! Pokurwiony!), eksperymentalny Eutanor, i najwyraźniej nietrzymanie się linii prostej leży już w ich naturze. Dzięki temu dostajemy trzydziestotrzyminutową dawkę zagranego z niesamowitą intensywnością metalu śmierci z całym wachlarzem riffów, brutalnych melodii i częstych, niejednokrotnie nieoczywistych rozwiązań (Takie choćby interludium instrumentalne w połowie „Forlorn Forever Forgotten” w klimacie starego horroru, to są dosłownie ciary na plecach). Wyobraźcie sobie, co by wyszło, gdyby do jednego kotła wrzucić Hate Eternal, Devilyn, Morbid Angel, Sadist i Howls of Ebb, czy nawet Diskord. A te wszystkie pierwowzory tu doskonale słychać. Wiją się niczym larwy w gnijącym mięsie, przeplatają i tworzą niesamowitą mieszankę. Oczywiście daleki jestem od nazywania Final Self patchworkowcami, a przytoczone porównania mają jedynie formę drogowskazu do tego, co się na tym krążku odjaniepawla. Jeśli do tego dodamy wyśmienite, klasyczne, zachrypnięte growle, oraz doskonałe ścieżki bębnów położone przez Krzyśka Klingbeina, wyprodukujemy tak, by jechało kompostownikiem na kilometr, to dostajemy płytę praktycznie bez wad. Słucham jej już po raz któryś, i nie mogę się oderwać. Na pewno w kategorii „deathmetalowy debiut roku” mamy silnego kandydata do podium. Sprawdzajcie koniecznie, bo tych nagrań nie można przegapić. Dojebana płyta!

- jesusatan




Recenzja Phantom „Not Midnight Yet”

 

Phantom

„Not Midnight Yet”

High Roller Records 2026

Minął rok i już są znowu Meksykanie z Phantom. Ich trzecia płyta ukaże się z końcem czerwca, a więc już niedługo miłośnicy szybkiego thrash metalu, będą mogli cieszyć się nowymi kompozycjami w wykonaniu tego kwartetu. To muzyka, zresztą jak na poprzednim krążku, skierowana do fanów lat osiemdziesiątych i biczowania w ówczesnym stylu. Szybkie i cięte riffy, strzeliste solówki, dobrze nadążająca za nimi i zagęszczająca akordy sekcja rytmiczna oraz zajadłe, potraktowane pogłosem wokalizy, które nie boją się wejść na wyższe rejestry. Częste zmiany akcji, tempa, sporo tłumionego bicia w struny i ekspresowej napierdalanki. Złowrogie chlastanie po gryfie i łatwo wpadające w ucho melodie, które nawiązują trochę do heavy metalowych manier. Nic nowego, ale delikatnie odświeżonego, co skutkuje energetyczną muzyką, która miło chłoszcze i diabolicznym klimatem zasnuć umie. Phantom umiejętnie czerpie z gatunkowych i historycznych dobrodziejstw, sprawnie mieszając zwyczajowe dla tego ujęcia faktury, które owocują zapierdalającą gładko i z polotem metalurgią. Jednakże poza dobrą i technicznie poprawną młócką nic nowego odkryć na „Not Midnight Yet” nie zdołałem. Oprócz rzęsistego łojenia skóry, które co prawda potrafi być bolesne, to jednak sporo tu utartych schematów. Potrafi to znudzić bez dwóch zdań, zwłaszcza że ten album trwa prawie godzinę, lecz trafi w gusta tych, co lubują się w takim graniu i zawsze im go mało. Ja widzę Meksykanów raczej na scenie niż w odtwarzaczu, bo taki speed-thrash doskonale przecież się sprawdza nażywo.

shub niggurath




wtorek, 16 czerwca 2026

Recenzja W.M.D. “Against All Warnings”

 

W.M.D.

“Against All Warnings”

Independent 2026

W.M.D. to kapelka z Calgary. A Calgary kojarzy mi się przede wszystkim z igrzyskami zimowymi, które to za młodego oglądałem w telewizji, bo wtedy o kablówce, i stu sześćdziesięciu kanałach w pakiecie, nawet nikt nie marzył, więc brało się co jest. Nie było nic innego, to gówniarz się cieszył, że na łyżwach jeżdżą na wyścigi. Panowie z rzeczonego zespołu tak mi trochę tamte lata odświeżają, i to na dwójnasób. Bo po pierwsze, grają stary thrash. Taki rytmiczny, raczej szybszy niż wolny, odrobinę okraszony crossoverowym feelingiem. Słychać, że oldskul im się w głowach obija. Pewnie noszą białe adidasy i poszarpane jeansy, czyli legancko! Tworzą kawałki, które skomplikowane nie są, za to po raz kolejny przypominają, iż już kilka dekad temu istniały, i tworzyły filary gatunku, kapele pokroju Exodus, S.O.D., Nuclear Assault czy Vio-Lence. Bo między innymi od tych mistrzów Kanadole czerpią na potęgę. Uwielbiam wszystkie te wymienione zespoły, zatem, przynajmniej teoretycznie, W.M.D. powinno mi wejść niczym nóż w masełko. I wchodzi. Kwestia na jak długo. Bo nawet jeśli tym nagraniom kompletnie nic nie brakuje (są tu ostre gitarowe riffy, niezłe, klasyczne wokale, całkiem spoko aranże), to po trzech rundkach w zasadzie romans się kończy. Czyli, panowie wracają do Calgary, a ja do mojej poczciwej, starej, tysiąc razy spenetrowanej starej nory spod znaku „lata osiemdziesiąte”. Bo drugą sprawą medalu jest fakt, że „Against All Warnings”, mimo iż nie jest to absolutnie zły materiał, stanowi mimo wszystko pewnego rodzaju substytut, coś, czego można posłuchać, o ile nie ma się pod ręką niczego lepszego. Owszem, do piwa jak znalazł. Owszem, są tutaj momenty. Owszem, jest to po staroszkolnemu wyprodukowane. Ale jednak po dłuższej chwili nieco nużące i pozbawione tego „czegoś”, co mają inni, nawet jeśli „naśladowcy”. W skali szkolnej jest to płyta na mocną „trójkę”, jednak bez szans na coś więcej, nawet jeśli rodzic byłby upierdliwy i bombardował oceniającego dziesiątkami maili z prośbami i groźbami zgłoszenia sprawy do kuratorium włącznie. Posłuchałem, było fajnie, ale wracać nie zamierzam. Co nie znaczy, że nie sprawdzę, jak sobie chłopaki poradzą w następnej odsłonie. Na razie – średniawo.

- jesusatan




Recenzja Feralia „Ultima Requies”

 

Feralia

„Ultima Requies”

ATMF 2026

Na koniec czerwca ukaże się już trzeci album Włochów z Feralia. Tym razem będzie to siedem utworów, które są kontynuacją twórczości tego tercetu. To znów sprawnie skomponowana diabelszczyzna, która płynie w zmiennych tempach i korzysta ze wzorców, wypracowanych w latach dziewięćdziesiątych. Panowie szyją gładko, ale z pazurem, dokładając do swego black metalu sporo atmosfery, którą podsycają klawiszami oraz posępnymi i nieco rytualnymi chwytliwościami. Do klasycznych riffów i tremolo panowie dołączają trochę współczesnych zabiegów, które wyraźnie odświeżają spojrzenie na czarcie granie, ale nie rozmywają go w nowoczesne i pięknie uczesane rzępolenie. To niezwykle klimatyczny bleczur, który czaruje swoim ponurym usposobieniem i hipnotyzmem, bo Feralia nie żałuje słuchaczom jednostajnych i zapętlonych akordów. Wprowadzają one w trans na momencie, wciągając do ponurego świata wykreowanego przez tych trzech Włochów, który urozmaicają nastrojowymi przerywnikami, gdzie królują przygnębiające melodie wygrywane na nieprzesterowanych strunach i syntezatorach. W sumie nic nowego ani specjalnie zaprzątającego głowę Feralia nie wysmażyła, ponieważ „Ultima Requies” to kolejna odsłona ich muzykowania. Zagrana z pomysłem i łącząca teraźniejszość tego gatunku z przeszłością, co jak na poprzednim albumie stworzyło hybrydę, na której da się zawiesić ucho. No wiecie. Zimne gitary, wycofana sekcja rytmiczna i zapalczywe wokale. Jeśli dodatkowo układa się to wszystko w zadzierżystości, które także upiorną aurą poczęstować potrafią, to jest całkiem nieźle. Tak też jest w tym przypadku.

shub niggurath




Recenzja Zørza “Twilight of the Golden Star”

 

Zørza

“Twilight of the Golden Star”

Godz ov War 2026

Dokładnie dwa lata temu ukazał się debiutancki album Zørzy „Hellven”, który to na łamach Apocalyptic Rites bardzo chwaliłem, mając jednocześnie nadzieję, że zespół będzie rozwijał swoją formułę i parł do przodu. Wielkopolski duet wraca właśnie z krążkiem numer dwa, a moje nadzieje spełniły się… połowicznie. Czyżbym zatem był nowymi piosenkami rozczarowany? Absolutnie nie! Już tłumaczę. Formuła. Ona w zasadzie nie zmieniła się praktycznie w ogóle. Zørza nadal czerpią pełnymi garściami z klasyków drugofalowego black metalu, budując swoje numery na wpadającej w ucho, jednocześnie jadowitej, melodii. Nie jest to jednak jedynie nordyckie tremolo, ale także bardziej klasyczne kostkowanie. Poza tym mamy tu cały przekrój tempa, od galopu, przez fragmenty nastawione mocniej na wspomniane harmonie, po elementy bardziej nastrojowe. Zresztą wystarczy że posłuchacie sobie dziesięciominutowego utworu tytułowego otwierającego płytę, a już znajdziecie wszystko o czym wspomniałem. I jest to pierwszy, wyraźny sygnał, że panowie są w formie, a przede wszystkim mają najwyraźniej dar… No właśnie, dar do tworzenia niezwykle chwytliwych kompozycji, oraz aranżowania ich tak, że nie nudzą, a niejednokrotnie czymś zaskakują. A jeżeli dobrze się w obecnej formule czują, to tak naprawdę po cholerę ją rozszerzać? Tym bardziej, że mimo iż wspomniałem o inspiracjach płynących z okresu lat dziewięćdziesiątych, Zørza potrafili na tych starych fundamentach wykształcić swój własny styl, nie wzorowany na jakimś konkretnym pierwowzorze. Oczywiście, w niektórych miejscach porównań uniknąć się nie da. I jako przykład podam totalny killer, numer, który dosłownie wyrywa z kapci, czyli wieńczący płytę „The Devil Wears Well”. Ludzie! Jakie to jest nośne, jak to się samo śpiewa, jaki tu jest riff, to normalnie szczęka opada do samej gleby, a głowa sama rwie się do headbangingu. Sam numer jest kapkę bardziej klasyczny, z nawiązaniem do thrashowej techniki, i… mocno czuć tutaj późniejszy Satyricon (taki powiedzmy, że z okresu „Now, Diabolical”). Tylko że moim zdaniem, przy wspomnianym kawałku Satyr z kolegami mogą się schować, albo co najwyżej poprosić o lekcję. Wspominając o umiejętnościach twórczych, przyznać też muszę, że wszelkie dodatki typu śpiewane wokale, czy partie klawiszy, są na tym albumie wyważone z zegarmistrzowską dokładnością, by faktycznie stanowiły drobny, acz istotny, wnoszący coś do całości element, a nie upchnięty na siłę, albo dla zasady, fragment.  Podobnie rzecz się ma z solówkami, nieco podniosłymi, nadającymi utworom swoistego majestatu. „Twilight of the Golden Star” to materiał z najwyższej półki, black metal którego chce się słuchać, który nie pozwala się od siebie oderwać, i z każdym okrążeniem wbija się coraz głębiej w pamięć. Bardzo, bardzo dobry album.

- jesusatan


https://godzovwarproductions.bandcamp.com/album/twilight-of-the-golden-star