środa, 26 sierpnia 2026

Recenzja / a review of Hekatoxen „Obsidian Majesty”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Hekatoxen

„Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

I jeszcze jedna pozycja z październikowego miotu Nuclear Winter Records. Po bardzo dobrych albumach Morbid Stench i Deconsekrated, Hekatoxen jest już chyba tylko strzałem na dobicie, bo ja się po trzech rundkach z tym krążkiem nie mogę posprzątać z podłogi. Gdybyście zastanawiali się co to za gentlemani, i skąd pochodzą, to w zasadzie kilkanaście pierwszych sekund otwierającego całość „Lost Souls Epitome” rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tak, panie i panowie, jesteśmy w Finlandii, a przywitał nas oczywiście potężny riff w stylu Slugathor. Może i pierwszy na tych nagraniach, ale nie ostatni, bo odniesień do chłopaków z Espoo jest tu zdecydowanie więcej. Zresztą nie tylko do nich, bo i do innych klasyków fińskiego metalu śmierci, że wymienię jeszcze choćby wczesny Sentenced czy Corpsessed (żeby nie było, że rzucam tylko dinozaurami). „Obsidian Majesty” to osiem numerów, w tym jeden akustyczny przed zamykaczem, najczystszego death metalu w starym stylu. Siedem utworów, które swoim ciężarem, niewiarygodnie zgrabnie ubranym w melodię, miażdży czaszki, kruszy kości i wyciska nasze truchło z krwi niczym zawodowa sprzątaczka mokrą szmatę. To, z jaką umiejętnością Hekatoxen aranżują swoje, utrzymane przeważnie w średnim tempie, kompozycje, to jest najwyższa klasa rozgrywek. Niewiele jest zespołów potrafiących ubrać wspomnianą melodię  (z gatunku pancernych) w ołowiane szaty. Każdy, absolutnie każdy numer na „Obsidian Majesty” to absolutny rozpierdalator. Ileż tu wspaniałych riffów, przy których nie da się utrzymać dupska na krześle, nawet jeśli przykleimy do niego poślady superklejem, ileż wywołujących szerokiego banana na twarzy klasycznych wokalnych aranży, ile momentów przywołujących w pamięci lata młodości, ile chwil, przy których powraca chęć do życia (mimo iż to przecież metal śmierci). Bo faktycznie, chce się żyć, by słuchać takich płyt, a i pewny jestem, że przy wspomnianym akustyku niejednemu z was łezka się w oku zakręci, bo nawet on jest do szpiku kości oldskulowy. Rozdeptali mnie panowie z Hekatoxen swoim debiutem, jak robaka. Dla każdego maniaka staroszkolnego death metalu pozycja obowiązkowa, jeśli nie do zakupu w ciemno, to przynajmniej do sprawdzenia. Rozczarowań nie przewiduję.

- jesusatan

 

 

Hekatoxen

“Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

 

And here’s another release from Nuclear Winter Records’ October line-up. Following the excellent albums by Morbid Stench and Deconsekrated, Hekatoxen is probably just the finishing blow, because after three spins of this record, I still cannot get myself up from the floor. If you’re wondering who these gentlemen are and where they’re from, the first tunes of the opening track, “Lost Souls Epitome”, dispel any doubts. Yes, ladies and gentlemen, we’re in Finland, and we’re greeted, of course, by a massive Slugathor-style riff. It may be the first on these recordings, but it’s certainly not the last, as there are definitely more references to the lads from Espoo here. And not just to them, mind you, but to other classics of Finnish death metal too. Let me mention early Sentenced or Corpsessed, for example (just so you don’t think I’m only mentioning the dinosaurs). ‘Obsidian Majesty’ is eight tracks, including an acoustic one before the last, representing the purest old-school death metal. Seven tracks which, with their sheer weight, incredibly skilfully wrapped in melody, crush skulls, shatter bones and wring the blood from our corpses like a professional cleaner wringing out a wet cloth. The skill with which Hekatoxen arrange their compositions, mostly maintained at a medium tempo, is top class. Few bands are capable of cloaking such melody (of the armoured variety) in leaden robes. Every single track on “Obsidian Majesty” is an absolute banger. Just look at all the brilliant riffs that make it impossible to keep your arse in your chair, even if you glued it there with superglue, all the classic vocal arrangements that put a huge banana on your face, all the moments that bring back memories of your youth, all the moments that reignite your zest for life (even though this is, after all, death metal). Because, really, you want to live just to listen to albums like this, and I’m sure that the aforementioned acoustic track will bring a tear to the eye of more than a few of you, because even that track is old-school to the very core. The lads from Hekatoxen have crushed me like a bug with their debut. It’s a must-have for any oldschool death metal fan, if not a blind buy, then at least worth checking out. I don’t foresee any disappointments.

- jesusatan



 

wtorek, 25 sierpnia 2026

Recenzja Hadopelagyal „Zelmathic Necroichorion”

 

Hadopelagyal

„Zelmathic Necroichorion”

Amor Fati 2026

Dopiero co zdążyłem zakupić sobie ostatni album Hadopelagyal (dość nietypowe swoją drogą jak na winyl wydanie), odsłuchać go dosłownie z dwa razy, a tu Hekla i Augur wypluwają z siebie kolejne dwadzieścia minut gruzu, szlamu i wszelakich nieczystości.  Cztery nowe numery, mili państwo, dokładnie tyle składa się na „Zelmathic Necroichorion”. Cztery numery będące bezpośrednia kontynuacją stylu zapoczątkowanego przez duet na „XXXVI XXXI N XXV XXVIII O”, i potem sukcesywnie… nie, no nie powiem „rozwijanym”, bo przecież byłoby w tym sporo przesady. „Kultywowanym” zabrzmi tu zdecydowanie lepiej. Niemcy grają muzykę gęstą, niemelodyjną, pozbawioną standardowych struktur, mocno nieprzyjazną przeciętnemu słuchaczowi, odrażającą i śmierdzącą katakumbami. Tak to chyba można najprościej opisać. Zresztą ci, którzy zespół znają, doskonale wiedzą, czego się po nowej EP-ce spodziewać. Ich do odsłuchu, tudzież nabycia tego materiału, zachęcać nie trzeba. Laikom można muzykę Hadopelagyal przedstawić nieco bardziej obrazowo. Wyobraźcie sobie intensywnie pracującą, najczęściej w tempie zdecydowanie szybkim, przymuloną brzmieniowo perkusję, towarzyszące jej, bardziej na zasadzie ściany dźwięku, bo nie każdy dosłyszy w tym melodię, gitary, pracujące równie mocno co sekcja rytmiczna, i wydobywające się zza kotary, z komina, tudzież ze studni,  głosy topielców, potępionych dusz, czy innych nieświętych. Bez podziału na refreny i zwrotki, jednolita masa, co najwyżej z jakimś przejściem gdzieś po drodze, jakimś drobnym ambientowym dodatkiem, i wyciszeniem na końcu. Szalejące tornado, burza z gradobiciem, totalna ciemność, ekstremalne temperatury, zero warunków dla jakichkolwiek form życia. Mnie intryguje jedno. Hadopelagyal poruszają się w naprawdę wąskich ramach gatunkowych, ich kompozycje na kolejnych nagraniach brzmią podobnie, są podobnie zaaranżowane, i gdyby ktoś się uparł, to nie wiem, czy byłbym w stanie wybronić tą muzykę przed zarzutem, że to jest w kółko to samo. A jednak nadal, za każdym razem kiedy dostaje od nich „nowe”, czuję się porozrzucany niczym obornik po polu. Bo, w odróżnieniu choćby od Necropolissebeth (innego projektu Hekli), nie jest to tylko i wyłącznie hałas dla samego hałasu. Są tu riffy, są melodie (oczywiście te z gatunku silnie gruzowych), jest ten przerażający klimat śmierci. Pod takim graniem podpisuję się obiema rękoma. Dla maniaków zespołu - kolejna pozycja obowiązkowa. Zwolennicy bardziej tradycyjnych piosenek mogą sobie bez bólu serca odpuścić.

- jesusatan




poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Recenzja Deconsekrated “The Inexorable Transcendence of Death”

 

Deconsekrated

“The Inexorable Transcendence of Death”

Nuclear Winter Rec. 2026

Debiutancki album Deconsekrated uderzył mnie niczym grom z jasnego nieba. Niby Chile, więc można się było spodziewać smakowitości, ale żeby aż takich delicji, to nie podejrzewałem. Minęły dwa lata, i panowie wracają z następcą „Ascension In the Altar of Condemned”, tym razem pod skrzydłami greckiej Nuclear Winter Records. Płyta ujrzy światło dzienne wspólnie z nowym materiałem Morbid Stench, i, zaprawdę powiadam wam, jest to piekielnie mocny duet wydawniczy. Deconsekrated grają death metal jak za dawnych czasów. Przede wszystkim totalnie organiczny. Tak brzmieniowo, jak pod względem treści. Wszystko cyka tutaj na wskroś analogowo, niczym produkcja ze wspaniałych lat dziewięćdziesiątych. Muzycznie z kolei, to…. Te riffy! Tutaj nie ma jakiegoś ściemniania, puszczania zasłony dymnej czy innego wypychania truchła pianką rozporową. Powiedzcie mi, czy w kompozycjach Sadistic Intent, Morbid Angel, Immolation czy Dead Congregation są jakieś momenty zbędne? No właśnie! I to jest dokładnie to, o czym mówię. Bo rzeczone zespoły niezaprzeczalnie miały wpływ na twórczość Deconsekrated. Z tym, że skurczybyki tak umiejętnie wyciągnęli z wykładów pod tytułem „Covenant”, „Failures for Gods” czy „Ancient Black Earth” wnioski własne, że ich muzyka, mimo iż przesiąknięta klasyką, daleka jest od kopiowania któregokolwiek z profesorów. Za to trzyma się ściśle wytycznych. Na „The Inexorable Transcendence of Death” nie ma szaleńczego tempa. Nie ma też technicznych wygibasów, czy łamania riffów w pół. Jest czysty do szpiku kości, tradycyjny metal śmierci, rażący potężnie każdym akordem, ziejący gnilnym odorem, będący godnym spadkobiercą najlepszych tradycji. Ciężko spośród zamieszczonych na tym krążku utworów wybrać jakiś najbardziej reprezentatywny. W zasadzie może to być którykolwiek, bo żaden z nich nie odstaje poziomem nawet o jotę, i w każdym znajdziemy coś przykuwającego naszą uwagę. Nie ma na tym albumie niczego, co by mi się nie podobało. Staroszkolny death metal z najwyższej półki, a poziom debiutu spokojnie utrzymany. Proszę się częstować.

- jesusatan




Recenzja Unholy Redeemer „Journey Beyond Death”

 

Unholy Redeemer

„Journey Beyond Death”

Extremelly Rotten Prod. / Dark Descent Rec. 2026

No proszę, jaki tutaj mamy cudowny przykład interkontynentalnego pomostu. Unholy Redeemer  tworzą muzycy pochodzący ze Skandynawii (konkretnie Dania / Finlandia) i Antypodów (Australia). Żadni zresztą nowicjusze, bo starczy chyba, że z zespołów, w których maczali paluchy wymienię Slugathor / Desecresy, Nocturnal Graves czy Cerekloth. Zespół trzy lata temu wypuścił trzyutoworowe demo, a teraz powraca z kolejnym wydawnictwem. Jest nim dwudziestominutowa EP-ka, zawierająca wspomnianego pomostu dopełnienie muzyczne. Jej treść to staroszkolny death metal, niemal równomiernie inspirowany szkołą szwedzką, jak i zamorską. I powiem wam, że chłopaki odwalili kawał fantastycznej roboty. Bo nowinek nie ma tu żadnych. Jest natomiast nowojorsko - florydzki ciężar, wiele harmonii mogących kojarzyć się z takimi klasykami jak Incantation, Immolation albo Vital Remains, w magiczny wręcz sposób balansowanych szwedzkim piachem pod Dismember, oraz melodyjną linią gitar na podobieństwo Gorement czy Utumno. Panowie nie przeginają pały pod żadnym względem. Ich kompozycje utrzymane są przeważnie w tempie średnim, i jeśli wyrażają tendencje to raczej do zejścia do parteru niż ścigania się ze Strusiem Pędziwiatrem. Można odnieść wrażenie, jakby panowie każdym swoim akordem chcieli nas wbić w glebę, a wspomniane melodie, oraz w aptekarski sposób dozowane klawiszowe tła, stanowią w tym przypadku coś na kształt marszu pogrzebowego. Mimo iż brzmi to bardziej klasycznie niż gruzowo, to ciężar kolejnych numerów jest, kurwa, tak przygniatający, tak organiczny, że się można przy tych piosenkach obejsrać ze szczęścia. Jednocześnie, nawet jeśli wspomniane gdzieś tam powyżej nazwy nie są jedynymi mogącymi przychodzić do głowy, ciężko zarzucić muzykom Unholy Redeemer kopiowanie kogokolwiek. A nawet jeśli, czysto teoretycznie, panowie sobie powycinali z dwudziestu płyt po kawałeczku, nieco pozmieniali, to złożenie tego potem do kupy wymagało zegarmistrzowskiej precyzji. Jebał to pies, zresztą oryginalność nigdy nie stała u mnie na pierwszym miejscu. Mi się ta EP-ka w chuj podoba, i pewnie sobie ją zakupię zaraz po premierze. Tym bardziej, że strona B zawierać ma wspomniane na wstępie demo, jako bonus. Komu zająć miejsce w kolejce?

- jesusatan


https://unholy-redeemer.bandcamp.com/album/journey-beyond-death

niedziela, 23 sierpnia 2026

Recenzja Flowers of Rust “Crude Exhibitions of the Soul”

 

Flowers of Rust

“Crude Exhibitions of the Soul”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Jestem przekonany, że logo F.O.R wpadło mi już kiedyś w oko, nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć, przy jakiej okazji. Słuchając drugiego albumu Amerykanów, utwierdzam się jednak w przekonaniu, iż jest to mój pierwszy kontakt z zespołem. W innym przypadku zdecydowanie zapamiętałbym ich muzykę. Z bardzo prostego powodu – to nie jest twórczość, jakiej pełno dookoła, twórczość jednowymiarowa czy pospolita. Panowie troszkę kombinują, a ja takich poszukiwaczy lubię. Oczywiście pod warunkiem, że ich wizje nadawane są na odbieranych przeze mnie falach. Co my tutaj zatem mamy… Pięć kompozycji oplecionych intro / outro. Brzmiących dość surowo, jak na ilość inspiracji zawartych w treści, ale to akurat w moim przypadku działa zdecydowanie in plus. Nadaje bowiem nagraniom większej autentyczności, i sprawia, że określenie „post”, którego w odniesieniu do „Crude Exhibitions of the Soul” trudno nie użyć, nie jest określeniem w znaczeniu negatywnym. Owym "postem" panowie nasączają natomiast, i sowicie ze sobą mieszają, takie gatunki jak sludge, black i doom metal, dorzucając do tego jeszcze kapkę awangardy. Co w tym przypadku istotne, nie są to kompozycje o odcieniu spontaniczności. Tutaj wszystko jest ze sobą dokładnie poukładane i posklejane, nawet jeśli poszczególne partie pochodzą z innych koszyków. Panowie zdecydowanie największy nacisk kładą na klimat swoich piosenek, dbając jednocześnie, by nie były one jednowymiarowe, by co chwilę coś się w nich działo, jak podczas dobrej sztuki teatralnej. Sporo tu zatem zmian tempa, przejść z fragmentów ostrych jak brzytwa (tu się kłania wspomniany black metal) w momenty wyciszające, post doomowe. Czuć jednocześnie, że muzycy doskonale czują, a nawet przeżywają to, co spod ich palców wychodzi. Przyszło mi przy okazji porównanie do polskiej Czerniny, albo kidsdrowninsilence. Może nie czysto pod względem muzycznym, ale właśnie łączenia ze sobą pewnego rodzaju kontrastów, i malowania nimi autorskiego obrazu. Ciekawą sprawą jest także to, że album ten z kawałka na kawałek zdaje się rozwijać, od prostego w swojej strukturze utworu tytułowego, po wieńczący część zasadniczą, najdłuższy „Mother Atrophy”. Całość trwa trzydzieści trzy minuty, zatem wchłania się szybko i prowokuje do podania kolejnej dawki. Dobry, ciekawy album, warto się zapoznać.

- jesusatan




Recenzja Wharflurch „Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”

 

Wharflurch

„Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”

Personal Records / Gurgling Gore / Dawnbreed Rec. (2026)

 


Florydzki duet Wharflurch dał się poznać światu za sprawą debiutanckiego „Psychedelic Realms Ov Hell wydanego pięć lat temu. Muzycy nie bali się eksplorować psychodelicznych obszarów muzyki pomimo przywiązania do deathmetalowej tradycji. Efekt finalny był intrygujący, nawet jeśli w swojej konstrukcji był schematyczny. Na pewno o schematyczności nie może być mowy przy okazji „” Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”. Panowie każdym aspekcie usprawnili swój warsztat coraz mocniej określając to co chcą grać. A chcą grać death metal – niebanalny, nie stroniący zarówno od prostych, wręcz troglodyckich motywów jak i od bardziej wysublimowanych i odrealnionych pejzaży. W tej muzycy nie brakuje przestrzeni i oddechu, ale przede wszystkim nie brakuje pomysłów. Głównym narzędziem do kreowania krajobrazów niestworzonych w przypadku Wharflurch jest wszelkiej maści elektronika, ale i w partiach gitar nie brakuje nawiązań do progrockowych czy nawet artrockowych klasów, którzy nie bali się subtelności i rozmarzonych akordów sześciu strun. Inspiracji w przypadku Wharflurch można przytaczać bardzo dużo, ale największą ich siłą jest umiejętność sklejenia tego w bardzo intrygującą i angażującą całość. W częściach składowych, zwłaszcza w tej części deathmetalowej nie jest to granie, które aspiruje do wybitności. Powiedziałbym nawet, że w tych najbardziej topornych i prostych fragmentach panowie gubią gdzieś dynamikę, muzyka robi się tępa i trochę nudna, ale to tylko jeden z wielu środków artystycznych, którymi dysponują. W bardziej zagmatwanych fragmentach panowie stawiają na czytelność, podpierając się niejednokrotnie bardziej melodyjnym fragmentem. Żaden to zarzut, ale odniesie szukałbym raczej nie w klasyce,a bardziej w nowszych zespołach, które z undergroundu jedną nogą próbują wyjść na szerszą wodę. Taki też potencjał słyszę w Wharflurch – tam są naprawdę ogromne pokłady kreatywności, przeważnie wykonane lepiej, rzadziej gorzej. Nie ukrywam, że zajęło mi chwilę, żeby się z do tego materiał przekonać, ale muzyka obroniła się sama – materiał wciągnął na tyle, że dał mi czas na oswojenie się z nim i poznanie smaczków skrywających się w tych dźwiękach. Ja szczerze polecam to wydawnictwo, zwłaszcza tym bardziej otwartym słuchaczom, którzy nie boją się muzycznych eksploracji.

                   Harlequin




piątek, 21 sierpnia 2026

Recenzja Azatoth „Carnal Lust of Blasphemy”

 

Azatoth

„Carnal Lust of Blasphemy”

Extremely Rotten Prod. 2026

Z fińskim Azatoth miałem okazję poznać się po raz pierwszy przy okazji drugiej edycji Death Is Not The End w Gdańsku. Chłopaki byli wówczas jeszcze na etapie demówkowym, zaznaczając jednak, podczas prywatnej rozmowy, iż materiał na pełnometrażowy debiut już się kręci. I się ukręcił, bo właśnie z głośników płynie u mnie „Carnal Lust of Blasphemy”. To niemal czterdzieści minut muzyki, za którą dałbym się pociąć za młodu, i za którą dałbym się pokroić dziś. Czysty, oldskulowy metal śmierci, grany przez młodych ludzi w sposób świadczący o tym, że nauki profesorów kreujących onegdaj rzeczony gatunek nie są im obce. Co ja gadam, obce… Oni na wykłady chodzili chyba z dyktafonem, skrzętnie odnotowując później w domu każde słowo, każdą poradę biorąc sobie głęboko do serca, a następnie wykuwali z tego twórczość własną. Może nie będącą do końca oryginalną, ale złożoną ze składników, które w dobrych rękach nigdy się nie przeterminują, i zawsze przywołają przynajmniej to wspomnienie świeżo upieczonego chleba, który wpierdalało się zanim jeszcze donieśliśmy go ze sklepu go do domu. Tak, z tej fińskiej mąki zdecydowanie jest chleb! Czegoż tu nie ma… Są wspaniałe, na wskroś staroszkolne riffy, przy których wracają wspomnienia. Riffy, z których każdy ma swój wyraz, i bynajmniej nie jest jedynie wypełniaczem. Jest ten klimat z lat dziewięćdziesiątych, ten dreszczyk, powodujący mentalny wzwód u nastolatka podczas odsłuchu kolejnego albumu ulubionego wykonawcy. Jest to wyczucie, rozumienie idei towarzyszącej narodzinom gatunku. Jest  ta naturalna umiejętność balansowanie tempem, czy wplatania solówek, nie tylko dlatego, że tak wypada. Tutaj wszystko wypływa z siebie w stu procentach naturalnie, z niebywałą swobodą. I dlatego, mimo iż materiał ten powstał niemal czterdzieści lat „po terminie”, można go ustawić na jednej półce z największymi klasykami. Nie będę tu pisał o brzmieniu, bo wiadomo, że wszystko się zgadza. Nie będę też wytłuszczał któregokolwiek z tytułów, bo płyta jest równa jak blat stołu. Powiem tylko jedno. Każdy, ale to absolutnie każdy maniak staroszkolnego death metalu ma jebany obowiązek zapoznać się z tym materiałem. Bo młodzi dają radę, i to bardziej niż niejeden z was by mógł się spodziewać. Aha, i jeszcze jeden drobiazg.  Wyjątkowo dobre intro i outro. Takie jak kiedyś. Miazga!

- jesusatan