czwartek, 19 marca 2026

Recenzja Transilvania „Magia Posthuma”

 

Transilvania

„Magia Posthuma”

Invictus Prod. 2026

Tych herbatników znać raczej powinniście. Zwłaszcza jeśli scenę blackmetalową śledzicie na bieżąco. Austriacy wydali właśnie przed chwilą swój trzeci krążek, ponownie pod banderą Invictus Productions. Znajdziemy na nim kontynuację tego, co panowie prezentowali na „The Night of Nights” i „Of Sleep and Death”. Kontynuację, ale bardzo pomyślnie rozwiniętą, bowiem bardowie z kraju, w którym urodził się Adolf, z płyty na płytę swój styl sukcesywnie rozwijają i udoskonalają. Jeśli jednak powyższa nazwa nie jest wam znana, to spieszę donieść, iż Transilvania tworzą black metal będący mieszanką starej szkoły, sięgającej nawet pierwszej fali, z melodyjną odmianą fali drugiej. Jeśli w tym momencie przyjdą wam na myśl takie nazwy jak Tormentor, Bathory, i dodajecie do tego sporą szczyptę Dissection, to brawo, brawo, jesteście na odpowiedniej ścieżce dedukcyjnej. Tego ostatniego zresztą, jest tym razem jeszcze więcej niż dotychczas. „Magia Posthuma” nie wnosi do gatunku praktycznie niczego nowego, jednak jest wyśmienitą mieszanką wszystkiego co w wyżej wspomnianym temacie najlepsze. Jak tak sobie myślę, to elementy obu fal, w tak znamienity sposób, jest w stanie łączyć ze sobą tylko kilka zespołów. Malokarpatan, Negative Plane, może Funereal Presence… Ten album charakteryzuje przede wszystkim riffowanie i wspomniana wcześniej melodia. Ale melodia będącą synonimem trucizny, a nie lukru na tłusoczwartkowym pączku. Jednocześnie będąca mocno uzależniającą, bo wkręcającą się w głowę i nie dająca spokoju, jeszcze na długo potem, jak wybrzmiewa ostatni takt „The Faustian Bergain”, utworu z końcówką w stylu Immolation (nawet jeśli to nie ten gatunek muzyczny), zdecydowanie wolniejszą, teoretycznie wyciszającą. Kompozycje Transilvanian tradycyjnie mają w sobie tą chwytliwość, nie przekraczającą cienkiej linii, za którą stoi cała brygada zespołów mainstreamowych. Black metal w wydaniu Austraiaków jest takim black metalem, jakiego po prostu chce się słuchać. Klasyczne brzmienie, surowy wokal (przy okazji kilka pogłosów, czy wejść w wyższe rejestry) są tu uzupełniającymi całość elementami układanki. Może i znanej, ale na pewno lubianej. No chyba, że jest się ignorantem, tudzież innym malkontentem. Dla mnie nowy materiał Transilvania to wyśmienite danie na zasadzie, może o w tym temacie jestem nudny do obrzygania, schabowego. Ale ja, naprawdę, zawsze i wszędzie.

- jesusatan




Recenzja Feversea „Wormwood in the Veins of the World”

 

Feversea

„Wormwood in the Veins of the World” E.P.

Dark Essence Records 2026

Nigdy wcześniej bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek i z taką siłą uderzy we mnie post-metalowa produkcja. Tak, właśnie ten gatunek uprawiają członkowie, pochodzącej z Oslo Feversea, która w zeszłym roku wydała swój debiutancki krążek, a szóstego marca wróciła z najnowszymi, czterema kawałkami w postaci tej epki. W sumie to jednoznaczne skategoryzowanie muzyki Norwegów nie jest do końca możliwe, bo części składowych jest w niej kilka. Feversea używają zabiegów znanych z takich gatunków jak sludge, post-punk, blackgaze, industrial czy rock alternatywny. Połączenie tych pierwiastków wygenerowało muzę o mocnym wyrazie, w której niepokojące tremolo przeplatają się z dysonansowymi akordami, przechodzącymi w typową dla shoegaze ścianę dźwięku, ocierającą się momentami o noise. W większej części materiał ten, to agresywne granie odznaczające się niebywałą dynamiką, ale potrafiące zatrzymać się na chwilę i przejść w spokojniejsze rytmy, racząc mrocznym romantyzmem w gotyckim stylu, na podobę tego, co niegdyś na albumie „Garlands” zaprezentowało Cocteau Twins. Norwedzy tworzą oryginalną i nieco awangardową muzykę, której mimo jej dusznego i dobitnego charakteru, dobrze się słucha, ponieważ w tutejszych, brutalnych i niezwykle klimatycznych zawiłościach, znajduje się również sporo melodyjnych, post-rockowych tekstur. Nie są to jednak słodkie czy melancholijne harmonie, bo swym ponurym usposobieniem, niosą ze sobą złowrogą i przesiąkniętą czernią aurę. Feversea komponuje swoje utwory z niezwykłą pieczołowitością, dbając o każdy szczegół i wysoki poziom stylistyczny, którego próżno szukać u innych wykonawców spod znaku post-metalu. To oryginalne ujęcie, pachnące powiewem świeżości, pozbawione banalnych cech i niczego nie udające. Ekscytuje swym naturalizmem i zmiennością oblicz, które serwują całą gamę emocji. Czysto wyprodukowane, ale o szorstkim brzmieniu gitar i nisko zawieszonej sekcji rytmicznej, a to co wyczynia wokalistka jest majstersztykiem. Ja od „Wormwood in the Veins of the World” nie mogę się oderwać. Zjawiskowa rzecz, którą zarekomendować mi tylko w pełni wypada.

shub niggurath




Recenzja Doodswens „Doodswens”

 

Doodswens

„Doodswens”

Svart Rec. 2026

 


Zespół, którego nazwę można przetłumaczyć na nasze jako „Życzenie Śmierci”, pochodzi z Holandii, a samozatytułowany krążek, którym delektuję się od dobrych dwóch tygodni, jest ich drugim w biografii pełniakiem. Jedynki nie znam, ale po tym, co to trio prezentuje na najnowszym wydawnictwie, czuję pilną potrzebę nadrobienia zaległości. Zacznijmy od tego, że Doodswens to black metal. I to black metal jak za starych, dobrych lat. Dodatkowo z gatunku tych, którym nie przykleja się od razu bezpośredniej łatki w temacie inspiracji, bo nawet jeśli zespół czerpie garściami ze spuścizny lat dziewięćdziesiątych, to wszelkie najlepsze wzorce przekuwa bezpośrednio na swój sposób. Nie będę ściemniał, i od razu na początku powiem, że jestem pod wielkim wrażeniem tego, co dzieje się na tej płycie w sferze wokalnej. Nie, nie dlatego, że spotykamy się z awangardowym sposobem operowania głosem, ale dlatego, że za krzyki na albumie tym odpowiada pani. A wiecie, że u mnie w tym temacie, to letko nie ma. Co ciekawe, kiedy się wsłuchać, to faktycznie można dostrzec ową kobiecą manierę, lecz w przypadku Inge (która zresztą w zespole również bębni, także podczas występów na żywo) chropowatość i moc strun głosowych porównać można do naszych rodzimych dziewczyn, JRMR czy Hekte Zaren. Ma kobitka zdrowie, trzeba przyznać. Wracając do muzyki, twórczość Dooswens zdecydowanie odzwierciedla to, co działo się na scenie północnej w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie jest to co prawda totalna surowizna brzmieniowa, jednak słychać, że prawidła starej szkoły także tutaj zostały zachowane. Same melodie są zadziorne, chłodne niczym styczniowy wiatr od morza, oparte raczej na niewyszukanych akordach, jednocześnie nie pozbawione chwytliwości czy doskonale wyważonej melodii. Pod tym względem najbardziej wpadającym w ucho jest chyba drugi na płycie „Verrot”, z wgryzającym się w głowę „refrenem”. Pod względem tempa mamy tutaj spory rozstrzał, od nieco bardziej nastrojowego „She Carries the Curse”, przez prędkości średnie, po rytmy konkretniejsze (acz do klasycznych blastów nie dochodzące). Muzycy zdecydowanie bardziej stawiają jednak na zimowy klimat swoich kompozycji niż bicie jakichś rekordów, czy zawijanie i łamanie aranży dla samej zasady. Tutaj niejednokrotnie większą krzywdę wyrządzają zapętlone harmonie, kłujące niczym napierający z naprzeciwka blizzard, pokazujące prawdziwą siłę black metalu, bezkompromisowego (bo nawet pospolitych „przeszkadzajek” na „Doodswens” nie znajdziemy. No chyba, że ktoś za takową nazwie akustyczny wstęp do „These Wounds Never Healed”), pierwotnego i oddanego Diabłu. Zanim w ogóle siadłem, by napisać o „Doodswens” kilka słów, wracałem do tej płyty wiele razy. Choćby dlatego, żeby sprawdzić, czy mój entuzjazm nie jest aby przesadzony. Nie jest. Panowie, i pani, nagrali naprawdę wyśmienity blackmetalowy (ileż to razy te słowa padły w powyższym tekście?) krążek, który jak się wkręci w głowę, to nie ma zlituj. Ode mnie najwyższa rekomendacja.

- jesusatan




Recenzja Diatribes „Degenerate”

 

Diatribes

„Degenerate”

Brutal Records 2026

Nic bliżej o Diatribes nie wiadomo, poza tym, że pochodzą z Brazylii i dwudziestego marca wydadzą swój debiutancki album. To trzynaście utworów, które można zdefiniować jako thrash-death metal z naciskiem na ten pierwszy człon. To żywiołowa muzyka, która brzmieniem i kostkowaniem nawiązuje do lat osiemdziesiątych i głównie thrashu w ujęciu niemieckim. Mi osobiście, „Degenerate” mocno zalatuje Sodom z okresu pomiędzy „Persecution Mania”, a „Better off Dead”, ale pewnych podobieństw do Protector czy Kreator również bez trudu można się dosłuchać. Króluje tutaj dość ostry i twardy strój gitar, który jest niebywale naturalny i w pełni koresponduje ze wspomnianym, złotym okresem metalowej naparzanki. Chociażby dlatego nie da się rozpatrywać tego materiału jako mainstreamowy thrash, bo panowie grają agresywnie i brudno. To speed metalowe akordy i boleśnie biczujące riffy, które przechodzą w bujające, średnio-tempowe zwolnienia, a spomiędzy wszystkiego wyłażą, krótkie, uwierające swoją piskliwością zawijasy.Wiosła chodzą tutaj perfekcyjnie, Brazylijczycy wycinają na nich naprawdę mocarne nuty, które wżynają się między zwoje mózgowe na długo. Razem z sekcją rytmiczną i szorstkimi wokalami, napierdalają jak ta lala, i jak w tamtych czasach powodują, że normalnie sramy w gacie. Na „Degenerate” jest tak intensywnie i łobuzersko jak tylko mogło być w przedostatniej dziesięciolatce, XX wieku. Diatribes nie patyczkują się wcale i nie raczą szczególnie jakimiś, złożonymi aranżacjami. Nie umizgują się również do słuchaczy żadnymi, wymuskanymi melodiami, bo choć ta płyta jest chwytliwa, to zdecydowanie kopie w dupę i chłoszcze po plecach. Jej szatański pęd i jadowitość są zupełnie nie do okiełznania. Muzyka cięta jak osa i w chuj arogancka, która furiacko prze do przodu, nie biorąc jeńców. Dźwiękowa przemoc, o surowym obliczu, brzydka i brutalna jak niegdyś. Okresowo dociążona poprzez krótkie skręty w stronę śmierć metalowego rzępolenia, tnie jak tępy brzeszczot. Taki thrash to ja lubię.

shub niggurath




Recenzja Leila Abdul-Rauf „Andros Insidium”

 

Leila Abdul-Rauf

„Andros Insidium”

20 Buck Spin (2026)

 


Nie jest czymś niepopularnym, że muzycy metalowych formacji niejednokrotnie próbują sił w graniu innych, często lżejszych gatunków muzyki, sygnując je swoim nazwiskiem, bądź opatrując jakąś skromną kolaborację nową nazwą. Z głośniejszych przykładów przytoczę tylko Karla Sandarsa ze swoimi egipskimi fascynacjami, Steve’a Von Tilla ze swoim umęczonym bardowaniem, czy z nowszych rzeczy – ambientowe fascynacje Paula Riedla czy eteryczny projekt Dream Unending, za którym kryją się muzycy Tomb Mold i Innumerable Forms. Teraz na drogę ścieżki solowej kariery wkracza znana z Vastum i Hammers of Misfortune Leila Abdul-Rauf i jak nietrudno się domyślić, z metalem na muzyka nie ma nic wspólnego. „Andros Insidium” to pokaz prywatnej fascynacji muzyką bliskowschodnią i arabską i nie ukrywam, że mi do tej fascynacji jest bardzo daleko. Jest to kompletnie nie moje granie i nie moja melodyka. Na domiar złego Leila nie unika orkiestracji i kierowania dźwięków w bardziej rozmaszyste i epickie rewiry i tonacje. Czasem przypomina to te bardziej folkowe fragmenty muzyki Nile, ale tutaj, odarte deathmetalowego kontekstu oraz emocjonalnego i nastrojowego kontrastu wywołują we mnie skręt kiszek. Trochę lepiej jest w tych bardziej wyciszonych i spokojnych fragmentach, gdy dźwięki te sprowadzają się do muzyki tła – wtedy jest to dla mnie strawne, choć wciąż obojętnie. Rozumiem chęć i potrzebę rozwoju muzyków, próbowania sił z czymś nowym i na pewno muzyka taka znajdzie swoich adresatów, bo wykonawczo niewiele jej można zarzucić. Ja tym razem adresatem nie jestem, uznam, że listonosz pomylił paczki, albo operator skrzynki mailowej coś źle pokierował. Ja podziękuję, ale jeśli ktoś lubi klimaty arabskie to śmiało można słuchać.       


                                                                            Harlequin




środa, 18 marca 2026

Recenzja Skaphos „The Descent”

 

Skaphos

„The Descent”

Les Acteurs de l’Ombre Productions 2026

Nie rozumiem, nigdy nie rozumiałem, i zapewne w swoim życiu już nie zrozumiem tego typu zabiegów. Jakieś „TheBestOf”-y, albo nagrywanie ponownie starych numerów, bo brzmiały słabo, albo „a może zarobimy po raz drugi” – patrz Cavalera wzorem Modern Talking… Dajcie spokój! Jakiekolwiek by były pobudki, każda płyta zespołu jest jego integralną historią, śladem odciśniętym „tu i teraz”, i poprawianie jej po latach, bo coś nam się w głowie aranżacyjnie udoskonaliło, jest po prostu bezcelowe. Tak właśnie zrobili Francuzi z Skaphos. Wzięli się i nagrali po cztery kawałki z „Bathyscaphe” i „Thooï” w wersjach 2.0, i dumnie ogłosili, że oto nadchodzi czwarty krążek. Stary / nowy. Powiem szczerze, że siadłem do „The Descent” tylko i wyłącznie dlatego, że zespołu wcześniej nie znałem. I ku mojemu zaskoczeniu, dostałem naprawdę nieźle po mordzie. Bo Skaphos tworzą muzykę black / death metalową na wysokim poziomie. Te osiem numerów to taka mieszanka francuskiego bleka, z charakterystycznymi dla gatunku dysonansami i robiącymi nieco zeschizowany klimat tremolo, z wpływami pobocznymi. Odniesień do twórców rzeczonego odłamu jest tu chyba najwięcej, ale nie na zasadzie bezczelnego zrzynania, lecz dobrze odrobionych lekcji. To jednak tylko rdzeń, bowiem panowie z Lyon wrzucają do swoich kompozycji także garść Inquisition, Marduk czy Emperor (że się tak bezczelnie od razu posłużę nazwami). Czyli melodii jest na tym wydawnictwie całkiem sporo, zagranej zazwyczaj na pełnej prędkości, jadowitej i zwodniczej. Jak już o prędkości... Z sekcją rytmiczną (konkretnie z perkusją) mam mały problem. Bo o ile kolega Nathan naprawdę napierdala jak cyborg, wrzucając tu i ówdzie bardziej techniczne momenty, tak drażni mnie zbyt wypolerowane brzmienie tego instrumentu (zwłaszcza centrale, które notabene śmigają na pełnej prędkości nawet w chwilach, gdy zespół zwalnia). Do tego jednak można się z czasem przyzwyczaić, a „album” ten plusów ma zdecydowanie więcej niż wad. Bo nie wspomniałem jeszcze, iż zespół, poza klasykami blackmetalowymi, czerpie też z deathmetalowych mistrzów. W kilku miejscach bardzo wyraźnie można usłyszeć nawiązania do Dead Congregation czy Immolation, co jeszcze bardziej wzbogaca, i tak już mocno zróżnicowane, utwory. Skaphos jawi się zatem tworem wartym uwagi, bo ich amalgamat wspomnianych gatunków jest zdecydowanie wysokiej jakości. Co nie zmienia faktu, że nadal twierdzę, iż tego rodzaju „poprawki historii” są swoistym wybrykiem natury. Ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Chcecie to sprawdzicie, choć ja bardziej bym poleciał po dyskografii od początku, bo zdaje się, że warto.

- jesusatan


https://ladlo.bandcamp.com/album/the-descent

Recenzja Aurora Disease „Epitaph”

 

Aurora Disease

„Epitaph”

Purity Through Fire 2026

Aurora Disease to projekt, który powstał w 2015 roku na terenie Niemiec. Początkowo było to przedsięwzięcie jednego artysty, do którego po czasie dołączyło trzech innych. Niestety przedawkowania, zgony i rozstania spowodowały, że na ten czas, Aurora Disease znów jest jednoosobową kapelą. To co można usłyszeć na „Epitaph”, będącym trzecim albumem tego one-man bandu, jest czymś w rodzaju post-black metalu. W dużym skrócie, to muzyka, która częściowo ma coś wspólnego z diabelszczyzną, co objawia się podczas zimnych i dość zadziornych tremolo i desperackich wokaliz, bo w gruncie rzeczy wydźwięk tego krążka jest refleksyjno- depresyjny. Neurotyczne elementy kompozycji to gotyckie melodie, wygrywane na gitarze klasycznej i fortepianie, a wszystko dopełniają syntezatorowe pasaże, saksofonowe wtręty oraz czyste, żeńskie i męskie wokale. To awangardowa mieszanka wpływów mrocznego, a może bardziej sentymentalnego rocka, black metalu i modernistycznych rozwiązań. Momentami siecze ostro, aby w innych chwilach zalać nas cierpiętniczym deszczem, ckliwych chwytliwości i na dokładkę poczęstuje progresywnymi akordami, zapętlając odrobinę. Okresowo zabrzmi jak rasowy bleczur, innym razem jak produkcje spod znaku 4AD, a niekiedy jak progresywny rock w przebojowym wydaniu. Pomimo bardzo dużych rozbieżności między poszczególnymi elementami tej układanki, o dziwo, wszystko do siebie pasuje i płynnie wynika z jednego w drugie, ale cóż, to zupełnie nie moja bajka. Bajka, która owszem, wykorzystuje black metalowe środki stylistyczne, ale to nie uprawnia jej do określania tego materiału jako ten właśnie gatunek, gdyż więcej tutaj landrynkowego czy też teatralnego melodramatyzmu niż czarciego i szorstkiego smagania. Aurora Disease już na samym wstępie, w pierwszym kawałku strzela sobie w kolano, bo czy ktoś słyszał kiedyś, nawet w jakiejś post-black metalowej produkcji, że pan przy mikrofonie nuci sobie rozmarzone „na-na-na”? Dobra, kończę, bo ja pierdole… ręce opadają.

shub niggurath