Qwälen
„Veri Virtaa Edelleen”
Time To Kill 2026
Ten fiński kwintet gościł już wcześniej na łamach
Apocalyptic Rites. Było to circa trzy lata wstecz, kiedy to ich drugi album
mocno mnie przemeblował, i poczułem nagłą potrzebę uzewnętrznienia swoich
traumatycznych uczuć. Dziś mam na tapecie pełniaka numer trzy, o widocznym
powyżej tytule. No i przemeblowania komórek mózgowych ciąg dalszy. Oczywiście
mówię tu o takim prostym zabiegu, z użyciem młotka i innych narzędzi tępych,
nie o jakiejś chirurgicznej, precyzyjnej operacji. Panowie z Oulu tworzą bowiem
muzykę prostą. Nie powiem, że banalną czy minimalistyczną, ale na pewno daleką
od artystycznej finezji. „Veri Virtaa Edelleen” to prosty koktajl, zrobiony na
szybko, w przypływie napadu głodu. Coś na zasadzie banan + mleko + szczypta cynamonu i pijemy. W przypadku Qwälen jest to black metal + punk, i jedziemy ostro
z koksem. Jakie połączenie, zwłaszcza jeśli wykonane z odpowiednim wyczuciem,
dają te dwa składniki, raczej wiadomo. Do tańca zachęcać nikogo nie trzeba, bo
nogi same ostro przebierają po parkiecie, a dynia giba się we wszystkie strony
świata. Jako iż rzeczony band pochodzi z Finlandii, to w takich przypadkach
jakoś zawsze na myśl przychodzi mi w pierwszej kolejności Impaled Nazarene,
nawet jeśli, obiektywnie rzecz ujmując, twórczość Qwälen nie do końca
odzwierciedla poczynania ekipy braci Luttinenów. Nie mniej jednak te same gatunki muzyczne ich
inspirują, w tym samym języku śpiewają, no to co ja poradzę, że jestem
ograniczony? Te trzy kwadranse to w większości jazda na pełnej, ze sporą
ilością chwytliwych momentów, odpowiednią dawną niezłych melodii, i totalnie „wyjebongo
na trendy” feelingiem. Niemniej jednak, by nie było monotematycznie, to są na
tym krążku też numery, stojące, przynajmniej pod względem tempa, w kompletnej
opozycji do reszty, a mam na myśli „Kahleet” i „Veri Vastaa”. Kontrastują one
na tyle, że w odniesieniu do całej płyty można je uznać niemal za doomowe
walce. Tak po prawdzie, to wolałbym jednak, by Qwälen cały czas napierdalali,
ale z drugiej strony te piosenki też nie są złe, a na pewno nie zaniżają znacząco
poziomu całości. Kurwa, zajebiście się tego słucha, bo pod każdym względem to
muzyka szczera do bólu, zagrana przez totalnych maniaków, bynajmniej nie dla
sławy czy poklasku. Jeśli dotychczas nie spotkaliście się z tymi herbatnikami,
to zalecam nadrobienie zaległości. Niby nic przełomowego, nic ponadczasowego, a
satysfakcji daje tyle, co poranny lodzik. Ja lubię.
-
jesusatan






