piątek, 6 marca 2026

Recenzja Barbaric Oath „Sword, Sorcery, Vengeance”

 

Barbaric Oath

„Sword, Sorcery, Vengeance”

Caligari Rec. 2026

Kolejną pozycją która właśnie ukazała się nakładem Caligari Records jest EP-ka niemieckiego Barbaric Oath.  Zespół to dość świeży, choć ludzie za nim stojący dali już o sobie znać, i to niejednokrotnie w bardzo zasadniczy sposób. Wystarczy chyba, że wymienię takie dwie nazwy jak Nekus czy Putridarium, które każdy maniak podziemia znać powinien. Pod nowym szyldem panowie G. i L. prezentują nam dwadzieścia minut bezkompromisowego death metalu na starą nutę. Czyli jest to death metal taki, jak się go grało na początku, i nadal grać powinno, zamiast wymyślać fantazyjne melodyjki czy romansować z gatunkami stojącymi na co dzień w sklepie muzycznym na zupełnie innej półce. Numery Barbaric Oath są gęste, masywne i zazwyczaj rozwścieczone do granic możliwości. Na tyle, że w niektórych momentach panowie zbliżają się, i to bardzo, do estetyki warmetalowej, zwłaszcza gdy typowe gradobicie przeplatane jest zwolnieniem do marszowego rytmu. Praktycznie lawa leje się z nieba zamiast deszczu. Kiedy muzycy nieco zwolnią, to temperatura wcale nie spada, bowiem nadal prym wiodą potężne riffy, swoją wagą, acz melodyką już niekoniecznie, oscylujące w rejonach choćby Bolt Thrower. Często harmonie serwowane przez Niemców są mocno siłowe, w tym sensie, że przypominają nacierającą na nas machinę wojenną, o donośnie, rytmicznie warczącym silniku. Główna w tym zasługa pracy sekcji rytmicznej, zwłaszcza pałkera, który  przez większość czasu utrzymuje tempo blastowe, lub przynajmniej pod blasty podchodzące. Nie gorzej jest w temacie wokali. Te zalewają nas żółcią z najgłębszych zakątków żołądka, a nawet zaległościami z okrężnicy. Nie ma tutaj zabawy w odkrywanie nowych lądów, tylko czysta anihilacja wszelkiego życia, i to z manierą najgorszego zwyrodnialca. Można powiedzieć w skrócie, że jak na Caligari przystało, także i tym razem label ten nie zawodzi, dostarczając śmierć metal wysokiej jakości, który każdemu szalikowcowi gatunku powinien wejść gładziutko, niczym nóż w masełko. Sprawdźcie sobie „Sword, Sorcery, Vengeance”, bo zdecydowanie warto.

- jesusatan




Recenzja Funelore „The Dissolution of Consciousness”

 

Funelore

„The Dissolution of Consciousness”

Me Saco Un Ojo 2026

Funelore to kanadyjski duet, o którym niezbyt dużo wiadomo, ale właśnie Me Saco Un Ojo wydaje ich debiutancką epkę. Zawiera ona dwa kawałki death-doom metalu, który wykreowany został na ziarnistych gitarach, których gęstą strukturę podbija, bulgoczący bas, surowa perkusja i głębokie growle. Muza w tych dwóch numerach płynie leniwie, co nie oznacza, że brak jej siły wyrazu. To ciężkie akordy, z których snują się ponure melodie, podkreślone przez budzące grozę syntezatory. Materiał ten charakteryzuje się upiorną i zarazem przytłaczającą atmosferą. Mieszanka bagiennych i przerażających riffów, które okresowo kierują się w funeralne strony. Miażdży, przeraża i zatruwa duszę grobową aurą, która swą lepkością szczelnie zamyka odbiorcę w swoim świecie. Dodatkowym plusem tego krążka jest szczególna rejestracja dźwięku, ponieważ jest on mocno przybrudzony. Efektem jest undergroundowe brzmienie. Organiczne i momentami nieczytelne, rozpływające się lub dudniące, budzi obrzydzenie i przygniata do podłogi jednocześnie powodując ścisk czaszki. Funelore mozolnie prze do przodu i niezbyt często porywa się na zmianę tempa, a przejścia między akordami są tutaj niezwykle rzadkie. Panowie stawiają przede wszystkim na budowanie wypełnionej mrokiem i udręką atmosfery, która wylewa się z głośników niczym gorąca smoła, która zabiera powietrze i pożera światło, pozostawiając w zamian jedynie śmierć. Przepastny i jednostajny death-doom metal, który odznacza się prostą konstrukcją i wymownym wydźwiękiem. W przypadku dwóch utworów łatwo strawny, ale przy dłuższym wydawnictwie może być z tym trochę gorzej, chyba że Kanadyjczycy nieco urozmaicą swoje przyszłe, walcowate aranżacje.

shub niggurath




środa, 4 marca 2026

Podwójna recenzja Via Doloris „Guerre et Paix”

 

Via Doloris

„Guerre et Paix”

Season of Mist 2026

 


Za nazwą Via Doloris stoi Gildas Le Pape, który swego czasu udzielał się jako muzyk sesyjny i koncertowy w Satyricon. Niebawem, bo dwudziestego marca, ukaże się jego debiutancka płyta. „Guerre et Paix” to siedem kawałków black metalu, pod który bębny podłożył sam Frost, ale nie wydaje mi się, żeby to jakoś znacząco wpłynęło na efekt końcowy. To wygładzony black metal, w którym mieszają się norweskie wpływy, folkowe odloty i dysonansowe plecionki. Mknie to w zmiennych tempach, na przemian racząc zimnymi blizzardami, nieco ckliwą cepelią, odrobinę dusznymi, atonalnymi akordami oraz melancholijnymi wyciszaczami. Dźwiękowy pejzaż, wypełniony pogańskim klimatem, północnoeuropejskim romantyzmem, który okresowo zamienia się w siarczystą diabelszczyznę. Fuzja kilku ujęć, która momentami całkiem nieźle żre i zsyła sporo mrocznej aury. Niestety zbyt duży wachlarz inspiracji, jak na mój gust, totalnie rozmywa ten materiał. Nie wiem, czy połączenie złowrogich riffów, subtelnych zagrywek, wikińskiej atmosfery w stylu Bathory i epickich harmonii w tym przypadku jest do końca spójne. Słuchając tego krążka, tak naprawdę musiałem się chwilami zastanowić z czym w ogóle mam do czynienia. Czy z mizantropijną norweszczyzną, czy z pogańskimi bujankami, czy może z francusko brzmiącym modernizmem. Via Doloris, korzystając z dorobku nordyckiego i nie tylko, black metalu, upchnął na „Guerra et Paix” sporą ilość zabiegów, które pozwoliły stworzyć dzieło, zbudowane na kontrastach. Niektóre z umieszczonych tu rozwiązań robią wrażenie, aby za chwilę spowodować, pojawienie się nad głową znaku zapytania. Trochę mroku, odrobina introspekcji, momentami agresywnie, momentami sentymentalnie. Jak dla mnie zbyt duży miszmasz, ale sprawdźcie, nie zaszkodzi i może wam się bardziej spodoba.

shub niggurath



Via Doloris to projekt pomysłu Gildasa Le Pape, Francuza, który to swego czasu uzupełniał skład koncertowy Satyricon. Facet na co dzień zaangażowany jest muzycznie bardziej w jazz, ale widać ciągnęło wilka do lasu, bowiem postanowił podłubać gdzieś na boku, i wydać swoje osobiste blackmetalowe opus magnum. No cóż, takie historie często mnie śmieszą, ale w tym przypadku wyszedł facetowi naprawdę solidny krążek. Dość zróżnicowany, i na pewno nie nudny. Co prawda, i wspomnę o tym już na samym początku, brzmieniowo zdecydowanie bliżej tutaj do mainstreamu niż do piwnicy, bo wszystko jest mocno wygładzone, a poszczególne instrumenty solennie wyeksponowane, ale nagrania te nie są raczej skierowane do mieszkańców najgłębszego undergroundu. A że ja też czasem lubię z nory łeb wyściubić i posłuchać czegoś bardziej „przystępnego”, to sobie z „Guerre et Paix” (po naszemu „Wojna i Pokój”) kilka okrążeń zrobiłem. Jak już przetłumaczyłem tytuł na nasze, to wspomnę jeszcze, że teksty na tym krążku napisane są w trzech językach, po francusku, angielsku i norwesku. Na pewno nie brak tutaj ciekawych kompozycji, i to o bardzo szerokim spektrum. Jest na przykład mocno Satyriconowy otwieracz pod postacią „Communion” (w sumie chyba najlepszy numer na płycie, bo najagresywniejszy), jest zdecydowanie wolniejszy, zawierający kapkę folkowych dodatków „Omnipresents”, marszowy „Ultime Tourment”, w którym chwilami nieco zajeżdża Bathory (choć nie tylko tu), czy bardziej melodyjny, też na folkową nutę, dwuczęściowy „Visdommens Vei I / II”. Słychać, że facet talent do aranżacji ma, bo próżno szukać w tych siedmiu numerach mielizn. Zwłaszcza pod względem instrumentalnym, co oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż Francuza przy pracy wspomógł sam Frost. No i bębny tutaj to czyste złoto, a Norwegowi należą się osobne oklaski. Jeśli lubicie współczesny black metal pokroju Enslaved, Moonsorrow czy przede wszystkim Satyricon, i chcecie sprawdzić, czy były gitarnik tych ostatnich solowo daje radę, to premiera „Guerre et Paix” już niedługo. Natomiast ortodoksi mogą sobie odpuścić, bo dla nich będzie tu za sterylnie, za tanecznie, i zbyt komercyjnie.

- jesusatan

Recenzja Dionysiaque „La Tourbe Des Reves”

 

Dionysiaque

La Tourbe Des Reves

I, Voidhanger Records (2026)

 


Jakoś debiutancki album Francuzów, choć wydany w barwach lubianej przeze mnie I, Voidhanger Records mnie ominął. Podchodząc do odsłuchu nadchodzącego wydawnictwa zatytułowanego „La Tourbe Des Reves” spodziewałem się okołoblackowej awangardy do której włoski label nas przyzwyczaił. Jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałem kilka pierwszych minut tego wydawnictwa. Klasyczny doom metal, lekko skąpany w awangardzie odrobinie bardziej wyrafinowanych aranżacji skutecznie przykuł moją uwagę na dłużej. Tego typu granie to nie jest kompletnie mój target, ale muzycy Dionysiaque za sprawą tego wydawnictwa zrobili mi całkiem spore kuku. Zacznę od kwestii, które mnie najbardziej zachwyciła – brzmienie. Potężne, organiczne, masywne, brudne. Zupełnie jakby wyjęte z lat 80., z tym tłustym, pełnym i analogowym brzmieniem gitary wspaniale dudniącą perkusją. Tak się teraz nie nagrywa i dawno już  nie miałem takiego jawdropa jeśli chodzi o aspekt realizatorski. Na szczęście warstwa muzyczna idzie również w parze z produkcją. Punkt wyjścia w postaci Candlemass czy nawet Solitude Aeturnus skutecznie przeprawia nas przez heavymetalową klasykę (skojarzenia z ich kamratami z ADX są tu jak najbardziej na miejscu), po okazjonalne wygibasy i ambitne wkrętki, zwłaszcza zauważalne w pracy sekcji rytmicznej. Wisienką na torcie są wokalizy – bardzo teatralne, balansujące gdzieś na pograniczu pastiszu i opery, nasuwające bardzo mocne skojarzenia Garmem z czasów jego współpracy z Arcturus. Jest to element, które na pewno będzie budził skrajne emocje i nijakość na pewno jest ostatnim słowem, którym owe wokalizy można określić. Sześć kompozycji tu zamieszczonych wciąga, intryguje i frapuje. Nie jest to bezkształtna masa. Ba, w katalogu włoskiej wytwórni może to być jedna z najbardziej poukładanych, „piosenkowych” i zapadających w pamięć płyt, co należy uznać za bardzo duży atut. Francuska ekipa to grupa naprawdę dobrych, świadomych i zdolnych kompozytorów, a „La Tourbe Des Reves” tylko to potwierdza. Bardzo możliwe, że jest to jedna z najlepszych pozycji w ich bardzo obszernym portfolio. Ja kurewsko mocno polecam ten album.

                         Harlequin




wtorek, 3 marca 2026

Recenzja Belith „Hounds of Hell”

 

Belith

„Hounds of Hell”

Godz ov War 2026

Oho! Chyba Pan Grzegorz wziął się na serio za panienki. Bo chwilę temu była Visteria, ale widać jedna dziewoja to za mało, bo teraz mamy Belith. A tu muzykantek jest aż trzy! No cóż, jak to się mówi, głowa siwieje, dupa szaleje. Ale żarty na bok, bo znów ktoś o mnie napiszę, że jestem knurem i wszystko kojarzy mi się z jednym. Belith, jak już wspomniałem, tworzą trzy dziewczyny. Nie napiszę, że obsługujące wszystkie instrumenty, bo: patrz wyżej. No ale gitara, bas i perkusja to działka płci piękniejszej, a jedynym rodzynkiem w całym towarzystwie jest piosenkarz Andrzej. „Hounds of Hell” to debiutancka EP-ka zespołu, zawierająca poczerniały thrash metal. O ile przy pierwszym odsłuchu nieco ziewnąłem, to już przy drugim podejściu (dałem im szansę, w końcu to tylko czternaście minut), i następnych, nagrania te zaczęły u mnie nieco rosnąć. Taki stan rzeczy wyniknął prawdopodobnie z tego, że po łatce „black / thrash” oczekiwałem jednak zdecydowanie większego pierdolnięcia. I w żadnym stopniu zdania tutaj nie zmieniam, bo faktycznie, o rasowe zrywy w niektórych momentach aż się prosi. Możliwe, że to kwestia umiejętności, i dziewczyny się jeszcze rozkręcą, bo potencjał, mimo wszystko, na ich debiucie słychać. Przejawia się on zwłaszcza w niebanalnych melodiach, może będących takim lekkim policzkiem zamiast ciosem zaciśniętą pięścią w twarz, ale niezaprzeczalnie nawiązujących do klasyki metalowego grania. Poza tym, nawet gdybym chciał się na siłę przypierdalać, to tutaj naprawdę nie ma riffów upchniętych na siłę, na zasadzie „przeczekalni”. Całość jest bardzo spójna i poukładana. A że bliżej Belith do Hellripper niż do Sodom czy Kreator, to… może właśnie tak miało być. Tym bardziej, że wokale dopasowują się do całości, i o Andrzeju na pewno nie można powiedzieć, że zjada żyletki na śniadanie, choć krzyczeć potrafi. Brzmieniowo marudzić nie można, ale biorąc pod uwagę, że przy nagraniach pomagał Eryk Kula, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Summa summarum „Hounds of Hell” jest przyzwoitym pierwszym krokiem, i chętnie sprawdzę, czy dziewczyny będą dalej grały nieco zachowawczo, czy jednak się rozpędzą. Drugi materiał powinien dać odpowiedź, czy z tej mąki będzie chleb, czy ostatecznie wyjdzie zakalec.

- jesusatan




Recenzja Antrisch „Expedition III: Renitenzpfad”

 

Antrisch

„Expedition III: Renitenzpfad”

AOP Records 2026

Nigdy z muzyką tego kwintetu się nie spotkałem, choć o dziwo pochodzą z miasta, które dość dobrze znam. Cóż, nigdy nie jest za późno. Ci Niemcy grają razem już sześć lat, a „Expedition III: Renitenzpfad” jest ich drugim pełniakiem. Antrisch szyje black metal, który mocno kojarzy mi się z poczynaniami ich rodaków z Kanonenfieber, z tym, że jest u nich mniej wojennie, a bardziej malowniczo, bo każda z produkcji tej kapeli opowiada jakąś dramatyczną historię. W tym przypadku chodzi o wyprawę w głąb amazońskiej dżungli Lope de Aguirre. Jeśli ktoś widział film Wernera Herzoga „Aguirre gniew boży” wie jak ta wędrówka się skończyła. Najnowszy album od tej brygady jest równie ekspresyjny co wspomniany obraz. Panowie za pomocą instrumentów i zajadłego wokalu, opisują tą historię z rozmachem i kunsztem kompozytorskim. Przy użyciu black metalowych, doomowych, ambientowych oraz djentowych form przedstawiają fatalne skutki ekspedycji, która pozwoliła uwolnić w ludziach najgorsze instynkty. Każdy z tutejszych utworów to gęsty zbiór tremolo i riffów, o zmiennych tempach i rytmice, które swym falującym natężeniem, doskonale przedstawiają brutalne realia tamtych wydarzeń. To agresywne akordy, tworzące monumentalną ścianę dźwięku, która płynnie przechodzi w spokojniejsze kostkowanie. Całość nieustannie się zmienia, kreując urozmaicony black metal pod każdym względem. Wypełniony po brzegi sposobami na szarpanie strun, surowymi uderzeniami i melodyjnymi zwolnieniami. Do tego dochodzą również ambientowe przerywniki i melodeklamacyjne wstawki, które dokonują uzupełnienia tego kasandrycznego materiału. Antrisch stworzył i zarejestrował wydawnictwo o mocnej sile wyrazu, które stanowi dość barwne doświadczenie muzyczne. Funduje ono nie tylko diaboliczne emocje, ale także zabiera słuchacza w sam środek amazońskiej gęstwiny. Muzyka, która dzięki swojej różnorodnej i nieustannie zaskakującej budowie, pozwala poczuć na własnej skórze duchotę i żar południowoamerykańskiej dżungli oraz dramaturgię historii szalonego konkwistadora. Black metal w rozpasanym ujęciu, co w tym przypadku uznać można za plus. Przeraża i fascynuje, powodując, że nie można się od niego oderwać.

shub niggurath




Recenzja The Oldest House “The Art of Abysswalking”

 

The Oldest House

“The Art of Abysswalking”

I, Voidhanger Rec. 2026

The Oldest House to solowy projekt z Hiszpanii, a odpowiedzialny za niego pan udziela się także w kilku innych, których nazw nie będę przytaczał, bo pewnie i tak nic nikomu nie powiedzą. „The Art. Of Abysswalking” jest debiutanckim pełniakiem, zawierającym czterdzieści sześć minut muzyki, która powinna spodobać się przede wszystkim fanom ciężkiego grania pod Neurosis. Ale nie tylko. Bo o ile faktem pozostaje, że przez większość albumu męczeni jesteśmy masywnymi, niespiesznymi akordami, najczęściej płynącymi w tempie maszerujących zombie, to materiał ten na pewno nie jest jednowymiarowy. Poza owym charakterystycznym, często wpadającym nawet w stonerowy odcień bujaniem, pojawiają się tu przyspieszenia, klasyfikujące się swobodnie jako deathmetalowe. Z drugiej strony nie brak na tych nagraniach totalnych dołów i zwalniania niemal do zera, a wtedy, gdzieś tam zza kotary głowę wychyla nawet klasyczny Winter. W kilku miejscach pojawia się też prosty d-beat. Poza tym, znajdziemy tu też pomniejsze dodatki, choćby pod postacią instrumentalnych, ambientowych wstawek. Dzięki tej różnorodności sporo się na debiucie Hiszpana dzieje, przede wszystkim w dwóch najdłuższych, trwających odpowiednio dwanaście i dziewięć minut, mocno rozbudowanych kompozycjach. Trzeba przyznać, że całość prezentuje się dość ciekawie, a na pewno solidnie dociska do gleby, bo brzmienie zostało dopasowane do całości proporcjonalnie do masy składających się na nią sześciu piosenek. Jest to materiał, którego najlepiej słucha się w samotności, najlepiej w odcięciu od codziennego zgiełku, bo wcale nie jest on taki łatwy, i zawiera sporo ciekawych momentów. Z drugiej strony, nowych trendów nie wyznacza, ale nie zawsze przecież o awangardę chodzi, nawet jeśli jest się częścią takiego labelu jak I, Voidhanger Records. Bardzo solidne wydawnictwo, na pewno warte spędzenia z nim tych trzech kwadransów. A jestem przekonany, że wielu zostanie  przy „The Art. Of Abysswalking” na dłużej.

- jesusatan