Regent Death
“Hermetic Vibrations of the
Cosmos”
Mara Prod. 2026
Regent Death to nowy twór na scenie hiszpańskiej,
choć wchodzący w skład zespołu muzycy zaznaczyli już, i to niejednokrotnie,
swoją obecność w innych projektach, których jest na tyle sporo, że nie będę ich
tu wymieniał. Zwłaszcza, że pewnie i tak nazwy większości z nich niewiele wam
powiedzą. Pod nowym szyldem panowie zarejestrowali uprzednio pięciootworową EP-kę,
by teraz uderzyć pełnowymiarowym debiutem. Wspomniałem, że zespół pochodzi z
Hiszpanii, jednak muzykę grają na wskroś szwedzką. Jest to black metal mocno
osadzony w standardach lat dziewięćdziesiątych, zarówno pod względem czysto
muzycznym, jak i brzmieniowym. Z gitar wieje zatem północnym chłodem, ale
produkcja tego materiału jest na tyle czytelna, że absolutnie nic nam po drodze
nie ucieka. Sama treść to dość spory przekrój. W większości mamy tutaj
podkręcone tempo z odpowiednio ostrym riffowaniem, nie pozbawionym jednocześnie
tej mroźnej melodii i zadziorności. Można w tym przypadku rzucić choćby takimi
nazwami jak Marduk czy Setherial, zwłaszcza w momentach, kiedy panowie
rozpędzają się niemal do maksimum. I tu dość ciekawa sprawa, bo słuchając niektórych
kompozycji, kiedy wydawało mi się, że siarka i szron i tak mocno buzują tworząc
swojego rodzaju trujący blizzard, panowie w pewnym momencie jeszcze bardziej
dorzucali do pieca (coś na zasadzie pierwszych fragmentów „Ye Entrancemperium”
Emperora). Poza tymi szarżującymi partiami nie brak na tej płycie fragmentów
bardziej stonowanych (nawet akustycznych), przekładających równoważnię w
kierunku większej melodii. Wówczas można do wspomnianych już przed chwilą nazw
dorzucić także Sacramentum czy Dawn. Takie balansowanie wychodzi muzykom,
trzeba to przyznać otwarcie, nad wyraz dobrze, bo poszczególne kompozycje, mimo
iż dość zróżnicowane, bardzo płynnie zmieniają bieg i bynajmniej nie nudzą.
Natomiast wspomniane melodie nie należą do gatunku przesłodzonych, bo mimo
wszystko na „Hermetic Vibrations of the Cosmos” panuje klimat mocno zimowy. Nie
jest to zapewne krążek, który zagości w waszych podsumowaniach roku, bo do
wybitnych raczej nie należy. Natomiast zdecydowanie poleciłbym go maniakom
Szwecji z lat rozkwitu drugiej fali, bo to bardzo dobra kontynuacja tamtejszego
stylu. Silny debiut.
-
jesusatan






