czwartek, 8 października 2026

Recenzja Nekus / Bloodsoaked Necrovoid “Funerary Rites of Ancient Doom”

 

Nekus / Bloodsoaked Necrovoid

“Funerary Rites of Ancient Doom”

Caligari Rec. 2026

Znacie to uczucie, kiedy na widok zapowiedzi jakiegoś wydawnictwa rączki same klaszczą, nóżki przeskakują z niecierpliwością, a na twarzy maluje się nienaturalny wręcz grymas radości? U mnie owe symptomy objawiły się jak tylko znalazłem w skrzynce odbiorczej split dwóch uwielbianych przeze mnie kapel. Nie tracąc zatem ani chwili, rzuciłem się na to wydawnictwo, rządny gruzu, smoły, i wdzierającego się w nozdrza pyłu z trzęsących się ścian. Na pierwszy ogień mamy Niemców. Serwują oni tylko jeden kawałek. I co z tego, skoro trwa niemal dwadzieścia minut, i jest w nim wszystko, czego opętanej death metalem duszy potrzeba. Kto zespół zna, doskonale wie, że tutaj nie ma półśrodków. Jest przygniatanie, pozbawianie oddechu powolnymi akordami, na zasadzie zasypywania wilgotną glebą za życia. Owszem, pojawiają się w tej kompozycji także sezony burzowe, głównie w pierwszej części, jednak to właśnie te najwolniejsze partie zawsze stanowiły o sile i tonażu Nekus. W przypadku „Dakhma” owe doły są jakby bardziej nastrojowe niż dotychczas. Momentami przywodzą na myśl nawet klasyków pokroju Disembowelment, nawet jeśli same aranże nie są ubrane w to typowe dla Australijczyków brzmienie, tylko zdecydowanie bardziej przybrudzone i przyćmione czarnym, gęstym dymem. Pozostałe składowe tego numeru to klasyka Nekus. Charczące wokale, gęste gitary, mięsiste akordy. Dokładnie to, czego bym po chłopakach oczekiwał. Wyborność! Bloodsoaked Necrovoid swoją część splitu podzielili na trzy etapy, łącznie nieco ponad kwadrans… gruzu. No kto by się spodziewał, nie? I pierwsze co mi przyszło na myśl, to to, że i tym gentlemanom poszło się nieco bardziej w „klimat”, czego dowodem bardzo intrygujące, mroczne intro. Powiem wam szczerze, że jest to jedna z lepszych introdukcji, jakie słyszałem na przestrzeni ostatnich lat, choć kompletnie nieodkrywcza. Kolejne dwa „czaptery” to już autentyczne znęcanie się nad naszym marnym żywotem. Mozolne, niemal sadystyczne. Nie wiem czy Bloodsoaked Necrovoid zwolnili kiedykolwiek wcześniej aż tak bardzo jak na „The Unreachable Exaltation of Consumption”. Tutaj pierwsza część utworu ociera się o Winter. Podobnie jest w wieńczącym całość „A Respite from the Swallowing of Existence”, który rozgniata trzewia na brunatno czerwoną maź. A jest to walec niemal dziewięciominutowy, który dopiero pod koniec zaczyna zjeżdżać z górki. Biorąc rzecz za całość, można stwierdzić jedno. Ten split jest niczym szesnastotonowy odważnik spadający na głowę, niczym z skeczu Monty Pythona. Tylko że w tym przypadku nie jest to żart, a potężny cios, po którym nikt się nie podniesie. Ja powstać nie potrafię.

- jesusatan







Recenzja Nekro Cvlt Desecration „Purification in the Witchcraft Flames”

 

Nekro Cvlt Desecration

„Purification in the Witchcraft Flames”

Iron Blood and Death Corporation 2026

 


Powrót po dziesięciu latach tych szalonych Wenezuelczyków, uważam za udany. Tyleż samo, co lat przerwy od ostatniego albumu, tutejszych numerów klasycznego trasz-bleka robi naprawdę dobrze. Zgrabnie, lecz po staremu poprowadzone zajadłe riffy na podobę wczesnego Bathory, sporo d-beatów w stylu brytyjskiego punka, trochę zakręconego i nie do końca oczywistego kostkowania jak na „Obsessed by Cruelty” oraz odrobina demonicznych blastów, zalatujących Sarcofago. Ostre brzmienie, surowa sekcja rytmiczna i krzykliwie zadziorne wokalizy. Całość obdarzona prostotą wykonania, szorstkim charakterem i buńczuczną postawą, tworzy zajadły i przesiąknięty diabelską atmosferą metal, który wali po głowie i plecach, nie przejmując się czy boli. Szybka i nieokiełznana jazda w tradycyjnej formie, która może jest zgrana do bólu, czy jak kto woli, wylizana do kości, ale nie sypie się jak stare budownictwo, tylko daje tęgie lanie i przy okazji zaprasza do piekła, a tam przenosi w mgnieniu oka. To żywiołowa, kipiąca energią muza, która zapamiętale prze do przodu i nie bierze jeńców. Nie umizguje się do nikogo fałszywymi sztuczkami i plastikowymi koronkami. Nie puszy się wirtuozerią i modernistycznymi wywijasami. Furiacko kopie dupy i pierzę skórę, emanując staromodnym duchem, odzianym w skóry, łańcuchy i gwoździe. Chropowata, nieco przybrudzona produkcja oraz wkurw i klasyczna finezja, kreujące metal o autentycznie, satanicznym anturażu. Może to już było, ale co jakiś czas wracając, cieszy jak zawsze. Polecam. Wpierdol gwarantowany.

shub niggurath




wtorek, 6 października 2026

Recenzja Morgue „Herald the Dawn”

 

Morgue

„Herald the Dawn”

Godz ov War 2026

Morgue po raz szósty. A piąty po reaktywacji w dwa tysiące dwunastym. Nie jest to może intensywność wydawnicza powalająca na podłogę, ale przyznać trzeba, że przynajmniej trzy ostatnie krążki wychodzą wyjątkowo regularnie. To pewnie było zapisane drobnym druczkiem w kontrakcie z Godz ov War, bo Grzesiek to podstępny, stary lis. Jak by jednak nie było, trzeba bez krzyżowania palców za plecami przyznać, że wydawnictwa pod szyldem naszego labelu należą do bardzo udanych. I natychmiast dodać, że trzymają poziom, choć są w zasadzie każde się od siebie różni. Nie wiem czy Francuzi znaleźli jakiś złoty środek, czy taki właśnie ukształtowali sobie, nieco kameleonowy styl, ale mieszanie gatunków wychodzi im od sześciu lat wyjątkowo udanie. Nowy album nie da się sklasyfikować ściśle gatunkowo. Można natomiast powiedzieć o nim jedno. Jest brutalny. Tylko że owa brutalność niejedno ma tu oblicze. Bo, owszem, usłyszymy na tym krążku zaległe, sięgające początków istnienia Morgue elementy grindowe, przejedziemy się deathmetalowym rollercoasterem (a bo to raz bardziej technicznie, gdzie indziej prosto w mordę), ale przemierzymy też pokryte śniegiem górskie szczyty skandynawskie. Podczas owej podróży będziemy mieli okazję pomachać sobie rytmicznie owłosieniem głowowym, potupać nóżką niczym stary dziad na koncercie, co to chciałby ruszyć w tan, ale już reumatyzm nie pozwala, albo pomachać w powietrzu zaciśniętą piąstką, że tam niby się komuś odgrażamy. „Herald the Dawn” zawiera tyleż brutalizy co i chwytliwej melodii. Nie sposób bowiem zarzucić tym kompozycjom, że są po prostu wpadające w ucho. Oczywiście, żeby sprawa była jasna, nie mówimy tutaj o In Flames czy jakichś groove metalach, tylko o melodii mającej swój odpowiedni ciężar wagowy. Zresztą mamy jej w tych ośmiu kompozycjach kilka odłamów, od amerykańskiej po francuską czy nawet islandzką. Niby przez trzydzieści pięć minut nie znajdziecie na tym wydawnictwie nowych środków, a mimo to „Herald the Dawn” brzmi świeżo, intensywnie, na swój sposób oryginalnie. Dzięki temu słucha się go bardzo dobrze, lepiej, jeszcze lepiej, przy kolejnych odsłuchach. Pod względem brzmienia nie będę się produkował, bo w przypadku tego bandu jest to sprawa wiadoma. Wszystko cyka tu prawilnie, jak cykać powinno. Zresztą panowie zaznaczyli, iż żadne poprawki na pierwotną wersję nagrań nie zostały nanoszone, zatem możecie sobie wyobrazić jak organicznie to chodzi. Dobry album. Jak komuś podeszły przynajmniej poprzednie dwa, to ten może kupować w ciemno.

- jesusatan




Recenzja Lydiga „Bound to the Doomed Reign”

 

Lydiga

„Bound to the Doomed Reign”

Iron Blood and Death Corporation 2025

Lydiga pochodzi z Meksyku i poza paroma singlami w wersji digital, na swoim koncie posiada tą epkę, wydaną w grudniu roku poprzedniego przez Iron Blood and Death Corporation. Materiał w końcu dotarł do Polski więc kilka słów o nim wypada napisać. To sześć kawałków atmosferycznego black metalu w ujęciu raw. Nie znaczy to jednak, że Meksykanie raczą nastrojową wersją tego gatunku, serwując melancholijne, depresyjne bądź baśniowe akordy, podsycone klawiszowym podkładem. Jeżeli o syntezatory i akordy chodzi, to są one oczywiście tutaj obecne, lecz ich forma jest zgoła inna, bowiem to piwniczne lub jaskiniowe dźwięki posłużyły Lydiga do wykreowania „Bound to the Doomed Reign”. Meksykanie grają na wysoko nastrojonych gitarach, którym akompaniuje wycofana sekcja rytmiczna i elektroniczne pasaże. Całość obdarzona jest surowym brzmieniem, tak żeby sprawiała wrażenie, że muzyka dochodzi do nas jakby z katakumb, co potęgują upiorne i wsparte pogłosem wokalizy. To posępna i przesiąknięta złem gędźba, która liryzmem i nostalgią nie zachwyca, ponieważ królują w niej mroczne i złowieszcze riffy, którewraz z lodowatymi tremolo swoją przyswajalnością nie rozpieszczają. Płyną one w spokojnych, wręcz jednostajnych tempach, hipnotyzując i z cierpliwością infekując odbiorców, którzy wiedzeni, sączącymi się z tego krążka nutami, brną za nimi w pozbawioną światła otchłań. Muzyka Lydiga to surowy black metal o klimatycznym usposobieniu, lecz w odróżnieniu od zwyczajowego, szerzej znanego, atmosferycznego ujęcia, jest on skrajnie mizantropijny i przytłaczający. Jego zdeformowane przez szumy i wysokie rejestry brzmienie, bez trudu przyciągnie do siebie fanów podziemia, do którego wielbiciele mainstreamu nigdy wejść nie zdołają.

shub niggurath


https://ironbloodanddeath.bandcamp.com/album/bound-to-the-doomed-reign

poniedziałek, 5 października 2026

Recenzja The Lovecraft Sextet „Penance”

 

The Lovecraft Sextet

„Penance”

Debemur Morti 2026

 


The Lovecraft Sextet to twór teoretycznie leżący poza moim zasięgiem zainteresowań. Teoretycznie, bowiem jeśli ktoś uważny, spostrzeże, że ów projekt Jasona Köhnena pojawiał się uprzednio na Apocalyptic Rites już dwukrotnie, i zawsze oceniany był przeze mnie w samych superlatywach. No ale jakże mogłoby być inaczej, skoro facet, nawet stosując niekonwencjonalne środki, trafia mnie w czuły punkt. Projekt ten jest o tyle ciekawy, że za każdym razem swoje wydawnictwa opiera o konkretną inspirację. I tak, był już Psalm 51, opowieści H.P. Lovecrafta, czy stare kino. Tym razem nadszedł czas na czerpanie pomysłów z obrazu. A konkretnie siedemnastowiecznego malowidła Jana de Baena, przedstawiającego zmasakrowana ciała braci De Witt. Muzycznie płyniemy nadal w podobnym kierunku, a kompozytor bynajmniej nie ułatwia nam zadania. „Penance” to nadal muzyka złożona, niekonwencjonalna, chwilami przypominająca czystą improwizację (zwłaszcza we fragmentach bardziej intensywnych, w których pojawiają się także elementy black metalu, choć w bardzo ogólnym tego gatunku pojęciu). Z drugiej strony, to chyba najbardziej emocjonalne wydawnictwo jakie się pod rzeczonym szyldem ukazało. Mnóstwo tutaj wolnych partii, pełnych lamentu, pogłębianego przez dźwięk trąbki, która zawsze jakoś wpływała na mnie dołująco. Bardzo dużo też kobiecych, monumentalnych wokali, za które odpowiada sopranistka Lilian Tong. Zaprawdę powiadam wam, jej głos potrafi oczarować. I dodać płycie czegoś na kształt rytualnego obrządku, czy religijnego uniesienia. Piąty album The Lovecraft Sextet to album może nie będący redefinicją dark jazzu, jednak chyba najbardziej ze wszystkich dotychczasowych wydawnictw zachowany w jego klimacie. Jeśli gustujecie w muzyce niestereotypowej, będącej mieszanką różnych stylistyk, mrocznej a jednocześnie podniosłej, to ten krążek jest dla was. I rozkładanie poszczególnych jego partii na czynniki pierwsze nie ma sensu, bowiem stanowi on jednolita całość, tak samo jak wspomniany obraz, którym został zainspirowany. Rzadko się zdarza, że zanurzam się głębiej w okołomuzycznej otoczce, jednak dźwięki „Penance” skłoniły mnie do bardziej kulturalnego riserczu. Zatem nie dość, że odbyłem pewnego rodzaju mentalną podróż (którą chętnie niejednokrotnie powtórzę), a nawet swoisty reset mózgu, to kilku ciekawych rzeczy się nauczyłem. Bardzo wartościowe wydawnictwo, bez dwóch zdań.

- jesusatan




Recenzja The Bleeding „Godless Communion”

 

The Bleeding

„Godless Communion”

Redefining Darkness 2026

„The Bleeding” to czwarty album Cannibal Corpse. Tak się akurat składa, że londyński The Bleeding wydaje swoją czwartą płytę (a pierwszą, z którą się stykam). Ot taka koincydencja, zupełnie nie mająca nic wspólnego z zawartością albumu, który właśnie się u mnie kręci. Choć, stop! Coś ma, ale o tym za chwilę. Brytole grają wspólnie od piętnastu lat, a ich twórczość określić można jako amalgamat death i thrash metalu, z niewielkim naciskiem na człon pierwszy. „Godless Communon” to dziesięć kawałków niezłego mordobicia mającego swoje inspiracje w klasyce obu gatunków z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Trzeba przyznać, że panowie bardzo zgrabnie łączą ze sobą śmiertelne zagrywki z thrashową prędkością i ostrością. Bo nie można powiedzieć, że jest to granie typu proto-death, także przecież mocno skażone thrashem, lecz świadome przeplatanie wspomnianych odłamów. Niech dowodem na to będą choćby pierwsze dwa numery na „Godless Communion”. W pierwszym z nich otrzymujemy po mordzie w bardziej florydzkim stylu (kłania się tutaj Deicide czy Death), by zaraz potem panowie nieco przyspieszyli, i zaczęli serwować klasykę pod Sepulturę czy Demolition Hammer. I tak jest na całej płycie. Ciężkie akordy, niejednokrotnie przypominające ekipę Bentona, czy nawet Treya z wczesnych lat, idealnie miksują się z jadem i buchającą energią klasyków gatunku wcześniejszego. Nie brak na tej płycie blastów, nie brak wysokiej jakości solówek, plującego wściekłością wokalu, czy też eksplodującej w kolejnych kompozycjach czystej energii. Sposób w jaki panowie budują swoje kompozycje zdaje mi się stuprocentowo naturalny, swobodny i umiejętny. Nie sposób bowiem zarzucić im próby naśladowania kogokolwiek, mimo naprawdę licznych, słyszalnych inspiracji. Dlaczego? Bo ta muzyka po prostu spuszcza niezły wpierdol, ma niezły groove, i nie nudzi. A czegoś takiego na siłę, czy dla poklasku, nagrać się nie da. Mało na tym krążku zwolnień, ale jest za to numer akustyczny, całkiem zresztą fajny. No i jest wspomniany Cannibal Corpse. Może nie jako przewijający się w akordach duch, ale jako cover. Na zakończenie panowie serwują bowiem „Born in a Casket” z debiutu Amerykanów. Dobra to płyta. Pełna autentycznej pasji i oddania starej szkole. Jeśli nie znacie kapeli, to nadróbcie zaległości. Myślę, że warto.

- jesusatan




Recenzja Arckanum „Beswærilsin”

 

Arckanum

„Beswærilsin”

Darkness Shall Rise Productions 2026

W czerwcu była epka, która swoją jakością zapowiadała, kolejny, dziesiąty już album tego szwedzkiego projektu. Teraz jest właśnie i płyta, która nie zawiodła moich oczekiwań, choć ostateczny jej wydźwięk do najgłębiej w podziemiu osadzonych nie należy. To materiał odznaczający się dobrą produkcją oraz teatralnością, które odwodzą go od skrajnie szatańskich wykwitów. Zapewne spowodowane jest to tematyką jaką zajmuje się Arckanum, która związana jest między innymi ze starożytną, czarną magią szwedzkich terenów. To zimny black metal o wyraźnej atmosferyczności i rytualizmie, które pochodzą wprost z praktyk Thursatru. Jest więc tutaj złowrogo i poważnie, bolodowate tremolo i melodyjne akordy mieszające się z surowym kostkowaniem, nie pozostawiają złudzeń co do istoty tej diabelszczyzny i podejścia do niej samego twórcy. To równieżsporo elementów zapożyczonych z pogańskiego folku i mrocznego ambientu, które wzbogacono o odgłosy przyrody, które złożone z gitarowymi riffami i różnorakimi wokalizami w całość, świadczą o dostojności „Beswærilsin”. Najnowsza płyta Arckanum to dobrej jakości bleczur, którego posępność i majestatyczność jest niepodważalna. Do tego trzeba dołożyć niezwykłe zaangażowanie kompozytora, które przekłada się na dość duży ładunek emocjonalny, zawarty w tutejszych aranżacjach, wynikający bezpośrednio z tematyki, bardzo ważnej dla Shamaatae. Wszystkie te aspekty kreują atrakcyjny dla ucha black metal, który mimo to, nie jest plastikową papką, ponieważ poza przyciągającą klimatycznością posiada także spore pokłady satanicznej złośliwości.

shub niggurath