niedziela, 25 października 2026

Recenzja Grób „Ikonoklasta”

 

Grób

„Ikonoklasta”

Putrid Cult 2026

Grób w zasadzie regularnie pojawia się na łamach Apocalyptic Rites, zatem każdy kto w miarę na bieżąco śledzi nasz przekaz, powinien doskonale wiedzieć, kto zacz. Zespół ma na liczniku dwie demówki, dwie EP-ki i splita, to chyba w końcu czas na pełniaka, nieprawdaż? Jest zatem i on, czyli „Ikonoklasta”. Czterdzieści minut brudnego grania dla tych, którzy w brudzie gustują. Zespół nie wykracza bowiem poza ramy gatunków, z których czerpał dotychczas. Wrocławianie nadal dostarczają mieszankę death metalu z punkiem, thrash’em, kapką hard core’a, sludge’a, tudzież, miejscowo, naleciałościami black metalowymi (z okolic pierwszej fali). Natomiast sposób, w jaki muzycy blendują ze sobą wspomniane gatunki dowodzi, że bynajmniej nie zależy im na poszerzaniu grona szalikowców, czy puszczaniu oka do bardziej tolerancyjnego odbiorcy. Nie, to jest, jak wspomniałem, muzyka dla sonicznych brudasów. Struktura kompozycji jest na tym albumie w wielu przypadkach… banalna. Zero zabawy w łamanie riffów czy techniczne popisówki. Jawohl, kilka solówek gdzieś tam śmignie, ale i one raczej nie mogą konkurować z dokonaniami Satrianiego. Sekcja rytmiczna jest w kolei tak prosta, że niektórzy mogliby uznać ją za żart. Pałker często wchodząc z d-beat nie może się od niego uwolnić do końca kompozycji, no chyba że się pomyli, i wyjdzie my niechcący szybkie przejście. Poza piosenkami „punkowymi” (a takich tu najwięcej), panowie czasem zwalniają do tempa praktycznie doomowego (choćby „Rozmawiałem ze złem” albo „Pręgież”), ale nigdy nie są w stanie utrzymać w sobie gromadzącej się wówczas energii, i ostatecznie wolno rozpoczęte wątki ostatecznie kończą się powrotem do prostej skoczności. Antagoniści mogliby pewnie zarzucić utworom na „Ikonoklaście” zbytnią powtarzalność i schematyczność. Może i faktycznie mieliby nieco racji, ale do mnie ta formuła gada (zresztą, tradycyjnie, po polsku i bez wyszukanych fraz), i ja ją łykam. Tym bardziej, że, podobnie jak w przypadku „Mięsożercy” czy „Misophonii”, po trzech rundkach z „Ikonoklastą” nie mogę się od tego prymitywnego łupania oderwać. Bo taki jest ten Grób. Pozornie nudny i wtórny, ale jeśli się w niego wgryźć głębiej, to potrafi zadziałać jak narkotyk. Po raz kolejny polecam.

- jesusatan




Recenzja Crucivore „Desecration”

 

Crucivore

„Desecration”

Testimony Records 2026

 


To młoda kapela z Lizbony, choć grający w niej muzycy na gówniarzy nie wyglądają, a i jakąś przeszłość metalową mają już za sobą. Niedługo, bo trzynastego listopada ukaże się ich debiut. Znajdziecie na nim dwanaście kawałków death metalu o europejsko-amerykańskim pochodzeniu, który leci sobie w mocno pokręconym stylu, ale klasycznych elementów w nim nie brakuje. Nie brakuje, ponieważ składa się on z typowych dla metalu śmierci akordów, do których Crucivore dokooptował sporo brutalizmu oraz zabiegów znanych szerzej jako slam. Wyszła z tego intensywna muza, która atakuje gwałtownymi blast-beatami czy wręcz grindowymi, sonicznymi lawinami. Oprócz napastliwości proponuje także całe szeregi chromatycznych riffów, sporo palm mutingu i oczywiście tyle samo breakdown’ów. Materiał ten buja nieźle, niszczy okrutnie i przygniata swym ciężarem artystycznie. Soczyste brzmienie gitar, które zostało podkreślone monumentalną sekcją rytmiczną i rzygowo-wrzaskliwymi wokalizami. Całość nie pozwala się nudzić, bo zmian riffowania, rytmiki i prędkości jest na „Desecration” mnóstwo. Do tego Portugalczycy urozmaicają miejscami swoje aranżacje elektroniką, która wcale nie wydaje się typowa, gdyż to dość oryginalne dźwięki. Nadają one temu albumowi nierzeczywistego klimatu, rodem z horrorów science-fiction, poszerzając tym samym siłę i impet z jakimi uderzają w błony bębenkowe tutejsze kompozycje. Zestawienie kilku ujęć death metalowego grania, okraszona odrobiną modernizmu. Wyraźnie nowoczesna rzecz, lecz nie do przesady. Krwistego mięsa dostarcza, tyle że w wersji fusion.

shub niggurath




piątek, 23 października 2026

Recenzja Vér „A Féreg Pusztulása”

 

Vér

„A Féreg Pusztulása”

Me Saco un Ojo Rec. 2026

Tak sobie myślę, że dobrze, iż panowie postanowili nazwać zespół w swoim narodowym języku, bo Blood’ów było już przynajmniej kilka. A tak tamy „krew” po węgiersku. Zresztą nie tylko krew, bo i wszystko inne. Z kraju naszych bratanków zbyt wielu klasyków się na przestrzeni dekad nie doczekaliśmy. Owszem, wypada wymienić tutaj choćby kultowy Tormentor, ale na podobny poziom jakoś nikt inny z kraju nad Dunajem się nie wspiął. Nie wespnie się też pewnie Vér, ale akurat tym załogantom wypada oświęcić przynajmniej kilka słów. Dlaczego? Bo mimo iż nowinek w ich twórczości nie uświadczymy, to debiutancki album owego zespołu naprawdę niejednemu może sprawić mnóstwo radości. Panowie obracają się w klimatach staroszkolnego death metalu, czerpiąc inspiracje z klasyków lat dziewięćdziesiątych. Nie obierają jednak azymutu na jeden konkretny cel, a rozglądają się w zasadzie na wszystkie strony świata. Dzięki temu możemy na „A Féreg Pusztulása” usłyszeć echa kilku ekip ze Stanów (od Incantation po Massacre), Europy (Morgoth), po zakątki północne (w bardziej klimatycznych momentach Utumno, czy Gorement). To oczywiście takie szybkie skojarzenia, i trochę rozbieranie twórczości Węgrów na czynniki pierwsze, bo te pół godziny to, jako całość, solidna podróż w przeszłość, ale na własnych, ustalonych przez zespół zasadach. To coś na kształt czytania młodemu adeptowi sztuki metalurgistycznej definicji z pożółkłej księgi, przedstawiającej środków, za pomocą których starzy nauczyciele, dziś najczęściej czeszący posiwiałą brodę, tworzyli gatunek wiecznie żywy, nawet jeśli zwierający słowo „śmierć” w nazwie. Nasze bratanki w sposób wzorowy kultywują tradycje lat minionych, stosując naprawdę kolorowy wachlarz środków bezpośrednich, albo bardziej wyszukanych (jak na tamte czasy) trików. Ciężko się na tej płycie doszukiwać jakichś wybijających się ponad poziom fragmentów, bo całość jest cholernie spójna i równa. Biorąc natomiast pod uwagę fakt, iż materiał ten został opatrzony organicznym brzmieniem, niczym nie ustępującym najlepszym współczesnym naśladowcom starego stylu (przecież nie napiszę, że to Floryda z roku dziewięćdziesiątego pierwszego, bo mnie ktoś śmiechem zabije), to tym piosenkom nie da się kompletnie nic zarzucić. Te nagrania to, po raz kolejny, odgrzanie kotleta na mój ulubiony sposób. „A Féreg Pusztulása” wyjdzie na świat dopiero w pierwszych dniach grudnia, i normalnie poczekałbym z tą recenzją jeszcze jakiś czas. Biorąc jednak pod uwagę, że chłopaki niedługo zagrają u nas koncert, postanowiłem opublikować te kilka słów nieco wcześniej. I, nie, wcale nie dostanę za to darmowej wejściówki, czy nawet gratisowego piwa od organizatora. Szczerze zachęcam do zapoznania się z muzyką Węgrów, bo chłopaki mają smykałkę do starych piosenek. Jestem przekonany, że na żywo będzie to cios wagi ciężkiej.

- jesusatan




 

Recenzja Phlefonyaar „Encyclopaedia Sociopathica”

 

Phlefonyaar

„Encyclopaedia Sociopathica”

Independent Release 2026

Jest to kapela ze Zjednoczonego Królestwa, która muzykuje już sobie od 1996 roku. Jakoś często się nie udzielają, bo od momentu powstania do dzisiaj, uzbierali cztery demosy, dwa albumy i razem z „Encyclopaedia Sociopathica”, dwie epki. Niniejsza, to sześć kawałków muzyki, która powinna spodobać się wielbicielom ciężkiego core’a, pomieszanego z industrialnymi rytmami i odrobiną brudnego, diabelskiego rocka. W dużym skrócie, taki miks stworzony z dajmy na to Crowbar, Godflesh i Rob’a Zombie. Zatem całkiem fajna i trochę inna napierdalanka, która niczym kafar wbija w glębę, ale nie tylko, bo także nieźle buja. Ciężkie żużlowate brzmienie, słoniowata sekcja rytmiczna i ordynarne, jakby od niechcenia, wydobywające się z gardła gościa przy mikrofonie wokalizy. Gęsto tu i duszno jak cholera, lecz i delikatnie skocznie, bo oprócz zawiesistych i śmierdzących bagiennym rozkładem riffów, sporo na tym materiale jest groove’u. Dlatego pomimo swojej słusznej wagi, zwartej struktury i braku powietrza, gdyż trujące miazmaty to tutaj przewaga, „Encyclopaedia Sociopathica” wchodzi gładko, wciągając do swego świata. Krainy pełnej brudu, rozkładu i wszelkich obrzydliwości, pochodzących z chorej wyobraźni człowieka. Hipnotyzując i miażdżąc zarazem, zasypuje niszczącymi riffami, które wraz bębnami i zdartym wokalem, przypominają pokrytą smarem, skrzypiącą machinę rodem z „Mad Max’a”. Maszyneria, która nie zatrzyma się przed nikim, ani niczym. Sypiąc mułem, piachem z rdzy i ciągnąc za sobą smród spalonego leju, prze do przodu. Mozolnie, ale skutecznie osiągając swój cel, którym jest destrukcja, której dokonuje nienagannie, kołysząc biodrami. Wydawnictwo bardzo dobre. Mroczne i jednocześnie syfiaste. Pycha mówię wam.

shub niggurath




 

czwartek, 22 października 2026

Recenzja Temple Nightside „Cenotaph Severance”

 

Temple Nightside

„Cenotaph Severance”

Iron Bonehead Prod. 2026

Tak się zastanawiałem, jaki będzie następny album Temple Nightside po oczyszczeniu składu z człowieka, którego niestety znałem osobiście, a który okazał się przywołującym mdłości zboczeńcem z gatunku tych, którymi brzydzę się najbardziej. Jeszcze przed wyjściem szydła z worka ów członek (że tak to delikatnie ujmę) zapewniał mnie, iż spora część muzyki Temple Nightside jest jego autorstwa. Słuchając „Cenotaph Severance” muszę stwierdzić, że albo, opcja pierwsza, tym razem nie kłamał, albo Bjornowi, o ile to jednak on jest głównym riffotwórcą, przetasowały się standardy. Piąty krążek Australijczyków jest bowiem mocno inny od poprzednich. Nie dość że inny, to też nierówny. Zmieniło się sporo. Przede wszystkim niemal całkowicie wywieziono gruz, którego na tym krążku są zaledwie ostatki. Przy okazji wyczyszczono brzmienie i skierowano azymut bardziej na tradycyjny, północny black metal. Może nie do końca, ale wyraźnie. Ponadto wpuszczono w nowe kompozycje zdecydowanie więcej melodii, która już totalnie kłóci mi się z tym, za co Temple Nightside kochałem. Owe melodie mają czasami wyraz nawet nieco thashowy, gdzie indziej typowo nordycki, a chwilami nawet amerykański (są tu momenty kapkę zajeżdżające Immolation). Jakby jednak na to nie patrzeć, są to kompozycje bardziej przystępne i uczesane. Tak naprawdę, to słuchając tej płyty cały czas drapię się w głowę i zastanawiam, co tutaj się podziało. Bo przyznać trzeba, że momenty są, jak choćby w „The Slow Embalming of the Will”, gdzie gnieceni jesteśmy niezłym walcem (choć, znów, w mocno wysterylizowanej z brudu formie), ale już taki „Within Sepulchral Walls” to kawałek oparty na trzecioligowym, nudnawym riffie osiedlowego zespołu dopiero rozpoczynającego swoją przygodę z death / black metalem, który takim wyjadaczom jak Temple Nightside splendoru bynajmniej nie przynosi. A biorąc pod uwagę iż rzeczony kawałek w drugiej części przechodzi w typową skandynawską tremolandę, tylko potęguje mój niesmak. Wokale… Także one są na tym wydawnictwie pozbawione mocy. Są poprawne, ale łagodniejsze, przeplatane szeptami, bynajmniej nie kryptowymi, kompletnie nie pasujące mi do obrazu Kangórów. Kurwa, no rozczarowany jestem, i to mocno. Oczekiwałem lawy, przynajmniej smoły, kapiącej z trzęsącego się w posadach sufitu. Dostałem poprawny, średniej jakości black / death z momentami. Dla mnie za mało.

- jesusatan




Recenzja Assumption „Paradox of the Arrow”

 

Assumption

„Paradox of the Arrow”

20 Buck Spin 2026

Minęły cztery lata, no i jest… czwarta płyta od włoskiego Assumption. Sześć numerów, które są kontynuacją mozolnego grania sycylijczyków, czyli kolejne kilkanaście minut spędzone na słuchaniu death-doom metalu. Nie będzie to zmarnowany czas, bo kwartet ten doskonale sobie radzi z tematem i zapodaje swoją ciężką muzę z gracją. Jeśli oczywiście można tak określić wylewanie ołowiu przez blisko trzy kwadranse. Niemniej jednak Włosi potrafią przyciągnąć do swoich ciężkich rytmów.Jak i poprzednio, tak i na „Paradox of the Arrow” robią to bez trudu, zalewając nas gęstymi riffami o mocno doomowym charakterze, ponieważ to powolne mielenie niesie ze sobą niepokojącą atmosferę. Okresowo zwalnia do granic absurdu, zamieniając się w funeralne tony. Dźwięki wiszą wtedy w przestrzeni bądź wiją się jak węże, roztaczając dysonansowe lub rozwleczone nuty, niemalże zatrzymując czas i wpędzając słuchacza w stupor. Gdy mają już dość tego swoistego stanu nieważkości, przyspieszają do ociężałego kłusu, rozpędzając się momentami w szalone blasty, rodem z rasowego death metalu na podobę chociażby takich kapel jak Incantation. Na stylistyczną nudę nie ma u Assumption miejsca, bo panowie lubią się pobawić także nowoczesnymi zabawkami i rozwiązaniami, uzupełniając swoje kompozycje o ambientowe wstawki. Na tym nie poprzestają, dokładając do swojego osowiałego i tego nieco brutalniejszego kostkowania, psychodelicznych i nieoczywistych akordów, które objawiają się w formie wysokotonowych zagrywek bądź wibrujących, ornamentalnych wtrętów, funkcjonujących pośród głównych, sękatych tekstur. Świetnie się tego słucha, unosząc się na powierzchni muzyki Włochów, ponieważ wyporność ma dość dużą. Bardzo dobry death-doom metal, monumentalny i zaskakujący, którego polecić trzeba.

shub niggurath




Recenzja Wyrm Chasm „Wyrm Chasm”

 

Wyrm Chasm

„Wyrm Chasm”

Independent 2026

Zapraszam dziś na kolejny odcinek dywagacji pod tytułem „czy Amerykanie potrafią w black metal” tudzież „Czy debiuty wydawana własnym sumptem są cokolwiek warte”. Zresztą co tam, dywagacji… Pomińmy tę część zasadniczą, i od razu odpowiedzmy na oba, jakże mocno frapujące nas pytania.  W dziewięćdziesięciu procentach: nie! W przypadku Wyrm Chasm mamy combo, bo „Wyrm Chasm”, ośmioodcinkowy album, który panowie właśnie puszczają w świat, jest faktycznie debiutem, a muzycy mieszkają za Wielką Kałużą. Cóż można napisać o tych czterdziestu, z haczykiem, minutach muzyki. Ano to, że jest boleśnie wręcz wtórna, nijaka, schematyczna, i kompletnie bezduszna. Ale ja wiedziałem, że taka będzie jeszcze zanim włączyłem pierwszą piosenkę. Bo jeśli na zdjęciu promocyjnym widzę czterech brodaczy, o sympatycznych mordkach, nawet lekko uśmiechniętych, to można domniemywać, że będzie to albo jakaś solidna awangarda, albo rzadka kupa. Awangardy nie ma tu za jotę, a black metalu tym bardziej. Chociaż nie, przepraszam. Technicznie to on jest, bo kompozycje Wyrm Chasm to poprawnie zagrane popłuczyny po Emperor (acz klawiszy zdecydowanie brak), Satyricon, czy innych norweskich klasykach.  Rzecz w tym, że brzmi to bardzo marnie, a w połowie płyty nawet zaczyna lekko wkurwiać. Naśladowców Półwyspu Skandynawskiego na amerykańskiej ziemi było już wielu. Jedni bardziej (w zdecydowanej mniejszości), inni mniej (w srogiej przewadze) godni uwagi. Wyrm Chasm zdecydowanie, i bez wahania wrzucam do worka numer dwa. Jeśli mam się na siłę doszukiwać w tej muzyce jakichś plusów, to napiszę, że jest poprawnie wyprodukowana, że nie ma na tym krążku żadnych wywołujących salwy śmiechu kiksów, że chwilami trafiają się nawet riffy i melodie trzeciej kategorii, że wokal jest, w dolnej bo dolej, ale granicy przyzwoitości. Ale to troszkę za mało, by zmusić mnie do odsłuchu numer dwa. Tym bardziej, że nawet ten komputerowo wygenerowany smok z okładki odstrasza, i dobitnie świadczy o guście artystycznym panów z Teksasu. Dajcie sobie z tym spokój i nawet nie sprawdzajcie, bo każda sekunda z „Wyrm Chasm” mogłaby być lepiej przez was spożytkowana. Na przykład na dłubanie w nosie.

- jesusatan