piątek, 23 października 2026

Recenzja Vér „A Féreg Pusztulása”

 

Vér

„A Féreg Pusztulása”

Me Saco un Ojo Rec. 2026

Tak sobie myślę, że dobrze, iż panowie postanowili nazwać zespół w swoim narodowym języku, bo Blood’ów było już przynajmniej kilka. A tak tamy „krew” po węgiersku. Zresztą nie tylko krew, bo i wszystko inne. Z kraju naszych bratanków zbyt wielu klasyków się na przestrzeni dekad nie doczekaliśmy. Owszem, wypada wymienić tutaj choćby kultowy Tormentor, ale na podobny poziom jakoś nikt inny z kraju nad Dunajem się nie wspiął. Nie wespnie się też pewnie Vér, ale akurat tym załogantom wypada oświęcić przynajmniej kilka słów. Dlaczego? Bo mimo iż nowinek w ich twórczości nie uświadczymy, to debiutancki album owego zespołu naprawdę niejednemu może sprawić mnóstwo radości. Panowie obracają się w klimatach staroszkolnego death metalu, czerpiąc inspiracje z klasyków lat dziewięćdziesiątych. Nie obierają jednak azymutu na jeden konkretny cel, a rozglądają się w zasadzie na wszystkie strony świata. Dzięki temu możemy na „A Féreg Pusztulása” usłyszeć echa kilku ekip ze Stanów (od Incantation po Massacre), Europy (Morgoth), po zakątki północne (w bardziej klimatycznych momentach Utumno, czy Gorement). To oczywiście takie szybkie skojarzenia, i trochę rozbieranie twórczości Węgrów na czynniki pierwsze, bo te pół godziny to, jako całość, solidna podróż w przeszłość, ale na własnych, ustalonych przez zespół zasadach. To coś na kształt czytania młodemu adeptowi sztuki metalurgistycznej definicji z pożółkłej księgi, przedstawiającej środków, za pomocą których starzy nauczyciele, dziś najczęściej czeszący posiwiałą brodę, tworzyli gatunek wiecznie żywy, nawet jeśli zwierający słowo „śmierć” w nazwie. Nasze bratanki w sposób wzorowy kultywują tradycje lat minionych, stosując naprawdę kolorowy wachlarz środków bezpośrednich, albo bardziej wyszukanych (jak na tamte czasy) trików. Ciężko się na tej płycie doszukiwać jakichś wybijających się ponad poziom fragmentów, bo całość jest cholernie spójna i równa. Biorąc natomiast pod uwagę fakt, iż materiał ten został opatrzony organicznym brzmieniem, niczym nie ustępującym najlepszym współczesnym naśladowcom starego stylu (przecież nie napiszę, że to Floryda z roku dziewięćdziesiątego pierwszego, bo mnie ktoś śmiechem zabije), to tym piosenkom nie da się kompletnie nic zarzucić. Te nagrania to, po raz kolejny, odgrzanie kotleta na mój ulubiony sposób. „A Féreg Pusztulása” wyjdzie na świat dopiero w pierwszych dniach grudnia, i normalnie poczekałbym z tą recenzją jeszcze jakiś czas. Biorąc jednak pod uwagę, że chłopaki niedługo zagrają u nas koncert, postanowiłem opublikować te kilka słów nieco wcześniej. I, nie, wcale nie dostanę za to darmowej wejściówki, czy nawet gratisowego piwa od organizatora. Szczerze zachęcam do zapoznania się z muzyką Węgrów, bo chłopaki mają smykałkę do starych piosenek. Jestem przekonany, że na żywo będzie to cios wagi ciężkiej.

- jesusatan




 

Recenzja Phlefonyaar „Encyclopaedia Sociopathica”

 

Phlefonyaar

„Encyclopaedia Sociopathica”

Independent Release 2026

Jest to kapela ze Zjednoczonego Królestwa, która muzykuje już sobie od 1996 roku. Jakoś często się nie udzielają, bo od momentu powstania do dzisiaj, uzbierali cztery demosy, dwa albumy i razem z „Encyclopaedia Sociopathica”, dwie epki. Niniejsza, to sześć kawałków muzyki, która powinna spodobać się wielbicielom ciężkiego core’a, pomieszanego z industrialnymi rytmami i odrobiną brudnego, diabelskiego rocka. W dużym skrócie, taki miks stworzony z dajmy na to Crowbar, Godflesh i Rob’a Zombie. Zatem całkiem fajna i trochę inna napierdalanka, która niczym kafar wbija w glębę, ale nie tylko, bo także nieźle buja. Ciężkie żużlowate brzmienie, słoniowata sekcja rytmiczna i ordynarne, jakby od niechcenia, wydobywające się z gardła gościa przy mikrofonie wokalizy. Gęsto tu i duszno jak cholera, lecz i delikatnie skocznie, bo oprócz zawiesistych i śmierdzących bagiennym rozkładem riffów, sporo na tym materiale jest groove’u. Dlatego pomimo swojej słusznej wagi, zwartej struktury i braku powietrza, gdyż trujące miazmaty to tutaj przewaga, „Encyclopaedia Sociopathica” wchodzi gładko, wciągając do swego świata. Krainy pełnej brudu, rozkładu i wszelkich obrzydliwości, pochodzących z chorej wyobraźni człowieka. Hipnotyzując i miażdżąc zarazem, zasypuje niszczącymi riffami, które wraz bębnami i zdartym wokalem, przypominają pokrytą smarem, skrzypiącą machinę rodem z „Mad Max’a”. Maszyneria, która nie zatrzyma się przed nikim, ani niczym. Sypiąc mułem, piachem z rdzy i ciągnąc za sobą smród spalonego leju, prze do przodu. Mozolnie, ale skutecznie osiągając swój cel, którym jest destrukcja, której dokonuje nienagannie, kołysząc biodrami. Wydawnictwo bardzo dobre. Mroczne i jednocześnie syfiaste. Pycha mówię wam.

shub niggurath




 

czwartek, 22 października 2026

Recenzja Temple Nightside „Cenotaph Severance”

 

Temple Nightside

„Cenotaph Severance”

Iron Bonehead Prod. 2026

Tak się zastanawiałem, jaki będzie następny album Temple Nightside po oczyszczeniu składu z człowieka, którego niestety znałem osobiście, a który okazał się przywołującym mdłości zboczeńcem z gatunku tych, którymi brzydzę się najbardziej. Jeszcze przed wyjściem szydła z worka ów członek (że tak to delikatnie ujmę) zapewniał mnie, iż spora część muzyki Temple Nightside jest jego autorstwa. Słuchając „Cenotaph Severance” muszę stwierdzić, że albo, opcja pierwsza, tym razem nie kłamał, albo Bjornowi, o ile to jednak on jest głównym riffotwórcą, przetasowały się standardy. Piąty krążek Australijczyków jest bowiem mocno inny od poprzednich. Nie dość że inny, to też nierówny. Zmieniło się sporo. Przede wszystkim niemal całkowicie wywieziono gruz, którego na tym krążku są zaledwie ostatki. Przy okazji wyczyszczono brzmienie i skierowano azymut bardziej na tradycyjny, północny black metal. Może nie do końca, ale wyraźnie. Ponadto wpuszczono w nowe kompozycje zdecydowanie więcej melodii, która już totalnie kłóci mi się z tym, za co Temple Nightside kochałem. Owe melodie mają czasami wyraz nawet nieco thashowy, gdzie indziej typowo nordycki, a chwilami nawet amerykański (są tu momenty kapkę zajeżdżające Immolation). Jakby jednak na to nie patrzeć, są to kompozycje bardziej przystępne i uczesane. Tak naprawdę, to słuchając tej płyty cały czas drapię się w głowę i zastanawiam, co tutaj się podziało. Bo przyznać trzeba, że momenty są, jak choćby w „The Slow Embalming of the Will”, gdzie gnieceni jesteśmy niezłym walcem (choć, znów, w mocno wysterylizowanej z brudu formie), ale już taki „Within Sepulchral Walls” to kawałek oparty na trzecioligowym, nudnawym riffie osiedlowego zespołu dopiero rozpoczynającego swoją przygodę z death / black metalem, który takim wyjadaczom jak Temple Nightside splendoru bynajmniej nie przynosi. A biorąc pod uwagę iż rzeczony kawałek w drugiej części przechodzi w typową skandynawską tremolandę, tylko potęguje mój niesmak. Wokale… Także one są na tym wydawnictwie pozbawione mocy. Są poprawne, ale łagodniejsze, przeplatane szeptami, bynajmniej nie kryptowymi, kompletnie nie pasujące mi do obrazu Kangórów. Kurwa, no rozczarowany jestem, i to mocno. Oczekiwałem lawy, przynajmniej smoły, kapiącej z trzęsącego się w posadach sufitu. Dostałem poprawny, średniej jakości black / death z momentami. Dla mnie za mało.

- jesusatan




Recenzja Assumption „Paradox of the Arrow”

 

Assumption

„Paradox of the Arrow”

20 Buck Spin 2026

Minęły cztery lata, no i jest… czwarta płyta od włoskiego Assumption. Sześć numerów, które są kontynuacją mozolnego grania sycylijczyków, czyli kolejne kilkanaście minut spędzone na słuchaniu death-doom metalu. Nie będzie to zmarnowany czas, bo kwartet ten doskonale sobie radzi z tematem i zapodaje swoją ciężką muzę z gracją. Jeśli oczywiście można tak określić wylewanie ołowiu przez blisko trzy kwadranse. Niemniej jednak Włosi potrafią przyciągnąć do swoich ciężkich rytmów.Jak i poprzednio, tak i na „Paradox of the Arrow” robią to bez trudu, zalewając nas gęstymi riffami o mocno doomowym charakterze, ponieważ to powolne mielenie niesie ze sobą niepokojącą atmosferę. Okresowo zwalnia do granic absurdu, zamieniając się w funeralne tony. Dźwięki wiszą wtedy w przestrzeni bądź wiją się jak węże, roztaczając dysonansowe lub rozwleczone nuty, niemalże zatrzymując czas i wpędzając słuchacza w stupor. Gdy mają już dość tego swoistego stanu nieważkości, przyspieszają do ociężałego kłusu, rozpędzając się momentami w szalone blasty, rodem z rasowego death metalu na podobę chociażby takich kapel jak Incantation. Na stylistyczną nudę nie ma u Assumption miejsca, bo panowie lubią się pobawić także nowoczesnymi zabawkami i rozwiązaniami, uzupełniając swoje kompozycje o ambientowe wstawki. Na tym nie poprzestają, dokładając do swojego osowiałego i tego nieco brutalniejszego kostkowania, psychodelicznych i nieoczywistych akordów, które objawiają się w formie wysokotonowych zagrywek bądź wibrujących, ornamentalnych wtrętów, funkcjonujących pośród głównych, sękatych tekstur. Świetnie się tego słucha, unosząc się na powierzchni muzyki Włochów, ponieważ wyporność ma dość dużą. Bardzo dobry death-doom metal, monumentalny i zaskakujący, którego polecić trzeba.

shub niggurath




Recenzja Wyrm Chasm „Wyrm Chasm”

 

Wyrm Chasm

„Wyrm Chasm”

Independent 2026

Zapraszam dziś na kolejny odcinek dywagacji pod tytułem „czy Amerykanie potrafią w black metal” tudzież „Czy debiuty wydawana własnym sumptem są cokolwiek warte”. Zresztą co tam, dywagacji… Pomińmy tę część zasadniczą, i od razu odpowiedzmy na oba, jakże mocno frapujące nas pytania.  W dziewięćdziesięciu procentach: nie! W przypadku Wyrm Chasm mamy combo, bo „Wyrm Chasm”, ośmioodcinkowy album, który panowie właśnie puszczają w świat, jest faktycznie debiutem, a muzycy mieszkają za Wielką Kałużą. Cóż można napisać o tych czterdziestu, z haczykiem, minutach muzyki. Ano to, że jest boleśnie wręcz wtórna, nijaka, schematyczna, i kompletnie bezduszna. Ale ja wiedziałem, że taka będzie jeszcze zanim włączyłem pierwszą piosenkę. Bo jeśli na zdjęciu promocyjnym widzę czterech brodaczy, o sympatycznych mordkach, nawet lekko uśmiechniętych, to można domniemywać, że będzie to albo jakaś solidna awangarda, albo rzadka kupa. Awangardy nie ma tu za jotę, a black metalu tym bardziej. Chociaż nie, przepraszam. Technicznie to on jest, bo kompozycje Wyrm Chasm to poprawnie zagrane popłuczyny po Emperor (acz klawiszy zdecydowanie brak), Satyricon, czy innych norweskich klasykach.  Rzecz w tym, że brzmi to bardzo marnie, a w połowie płyty nawet zaczyna lekko wkurwiać. Naśladowców Półwyspu Skandynawskiego na amerykańskiej ziemi było już wielu. Jedni bardziej (w zdecydowanej mniejszości), inni mniej (w srogiej przewadze) godni uwagi. Wyrm Chasm zdecydowanie, i bez wahania wrzucam do worka numer dwa. Jeśli mam się na siłę doszukiwać w tej muzyce jakichś plusów, to napiszę, że jest poprawnie wyprodukowana, że nie ma na tym krążku żadnych wywołujących salwy śmiechu kiksów, że chwilami trafiają się nawet riffy i melodie trzeciej kategorii, że wokal jest, w dolnej bo dolej, ale granicy przyzwoitości. Ale to troszkę za mało, by zmusić mnie do odsłuchu numer dwa. Tym bardziej, że nawet ten komputerowo wygenerowany smok z okładki odstrasza, i dobitnie świadczy o guście artystycznym panów z Teksasu. Dajcie sobie z tym spokój i nawet nie sprawdzajcie, bo każda sekunda z „Wyrm Chasm” mogłaby być lepiej przez was spożytkowana. Na przykład na dłubanie w nosie.

- jesusatan




Recenzja Nail by Nail „Internal Inferno”

 

Nail by Nail

„Internal Inferno”

War Anthem Records 2026

Jakiś czas temu, ponieważ pod koniec września pojawił się drugi krążek, niemieckiego kwintetu Nail by Nail. Poza intro i interludium, to sześć kawałków black metalu takiego akuratnego, bo skierowanego do szerszego grona odbiorców, którego charakter można powiązać z takimi grupami jak chociażby Watain. To typowo teutońskie podejście do diabelszczyzny, w której epicką klimatyczność łączy się z agresją. Zwyczajowa mieszanka tremolo i klasycznego kostkowania, która mknie w eter dość szybko, co nie oznacza, że wolniejsze momenty są tej kapeli obce, gdyż w drugim wałku „Katharsis”, szóstym „Above the Black Tower” i zamykającym ten album „The Valley of Sorrow”, dominują średnie i wolne tempa. Kreują one wraz z akordami, chmurne i jednocześnie refleksyjne melodie. Reszta kompozycji poczyna sobie wyraźnie żwawiej, serwując zamiecie i zawieje, a i gołoledzią też potrafią poczęstować. Black metal stworzony zgodnie z prawidłami sztuki, bo i zimne gitary tu są, wycofana sekcja rytmiczna oraz siarczyste wokalizy, które rozmawiają sobie czasami z tymi bardziej niskimi, formując atrakcyjnie brzmiący dialog. Nail by Nail nic nowego nie wnoszą do tego gatunku i grają po prostu swoje, blendując atmosferyczność z mrozami północy oraz dokładając do wszystkiego sporo melancholii, która w połączeniu z dobrze poprowadzonymi tremolo, może czasami i Mgłę przypominać, a w chwilach, gdzie słychać klawisze, to i wczesnym Emperor zapachnie. Materiał poprawny, dla raczej grzecznego odbiorcy.

shub niggurath




wtorek, 20 października 2026

Recenzja / A review of Casket Dweller „River of Slumber”

 

 - FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Casket Dweller

„River of Slumber”

Nuclear Winter Rec. 2026

Kurcze, był już jakiś Asphyx z Grecji? Nie? No to już jest. Nie, no może trochę sprawę upraszczam i od razu wykładam wszystko na talerzu, ale tak mi się jakoś wymsknęło. Casket Dweller to helleńska świeżynka, i kolejna doskonała pozycja w katalogu rosnącej u mnie do miana jednej z ulubionych wytwórni Nuclear Winter Records. „River of Slumber” to trzydzieści trzy minuty starego, klasycznego śmierć metalu, głównie o europejskim rodowodzie. Można powiedzieć, że podstawą całości jest w tym przypadku szwedzizna. Co prawda samo brzmienie to niekoniecznie piach pod tytułem HM-2, bo zdecydowanie więcej tutaj choćby brytyjskiej stali, jednak same harmonie, czy przewijające się bardzo często d-beaty wskazują ewidentnie na północną szkołę metalizacji. Drugim najbardziej słyszalnym składnikiem jest tu z kolei Holandia. Trochę wczesnopestilence’owa, ale przede wszystkim Asphyxowata. Choćby pod względem wspomnianych, wojennych riffów, jak i, chyba w głównej mierze, w sferze wokalnej. Głos Vangelisa (nie, nie tego od „Conquest of Paradise”), który w zespole także bębni, jak żywo przypomina mieszankę Marca Grewe i Martina van Drunena. Kompozycje na tym krążku nie są specjalnie zróżnicowane pod względem tempa, przynajmniej w tym znaczeniu, że raczej nie doświadczymy tutaj sinusoidy i tasowania zwolnieniami / wejściami w blasty. Owszem, całość toczy się w tempie słusznym, ale zdecydowanie większy nacisk muzycy kładą na agresywne, choć poniekąd chwytliwe melodie. Niektóre z nich są tak klasyczne, że naprawdę można zwątpić, który mamy rok. Z drugiej strony o żadnym zrzynaniu nie ma tutaj mowy. To najlepszy przykład zastoju w ewolucji, bowiem panowie najwyraźniej stanęli okoniem w połowie lat dziewięćdziesiątych, i niczym osioł, nie mają zamiaru postawić ani kroku wprzód. Co najwyżej do tyłu, czego świadectwem wyborna heavymetalowa solówka w „Burnt at the Stake”. Zresztą o tym, że najbardziej inspirują ich starocie najdobitniej świadczy już samo intro, gdzie przy dźwięku projektora kinematograficznego niski głos zaprasza nas do wysłuchania najbardziej przerażającego filmu jaki kiedykolwiek powstał. I mam tylko nadzieję (na chwile obecną niestety nie jestem w stanie tego stwierdzić), że faktycznie wkładka płyty bogata jest w czarno-białe lub sepiowe obrazki. „River of Slumber” to wyśmienita płyta, której słucha się od początku do końca z podwyższonym pulsem. Gdyby te nagrania ukazały się trzydzieści lat temu, byłyby dziś klasykiem równie istotnym, jak te, do których /grecy na swojej płycie nawiązują. Pełna rekomendacja!

- jesusatan

 

Casket Dweller

“River of Slumber”

Nuclear Winter Rec. 2026

 

Geez, has there been an Asphyx from Greece before? No? Well, there is now. No, maybe I’m oversimplifying things a bit and laying everything out on a silver platter right away, but it just kind of slipped out. Casket Dweller is a fresh Hellenic act, and another excellent addition to the catalog of Nuclear Winter Records,a label that’s quickly becoming one of my favorites. “River of Slumber” is thirty-three minutes of old-school, classic death metal, primarily of European origin. You could say that the foundation of the whole thing in this case is Swedish influence. Admittedly, the sound itself isn’t necessarily pure HM-2,there’s definitely more of a British steel here, but the harmonies and the frequently recurring d-beats clearly point to the Nordic school of metal. The second most audible influence here is the Netherlands. It’s a bit reminiscent of early Pestilence, but above all, it’s very much in the vein of Asphyx. This is evident not only in the aforementioned war-like riffs but also, perhaps most notably, in the vocals. Vangelis’s voice (no, not the one from “Conquest of Paradise”), who also plays drums in the band, vividly resembles a mix of Marc Grewe and Martin van Drunen. The compositions on this album aren’t particularly varied in terms of tempo, at least in the sense that you’re unlikely to find a sinusoidal pattern here or a mix of slowdowns and blast beats. Yes, the whole thing moves at a good pace, but the musicians definitely place greater emphasis on aggressive, yet somewhat catchy melodies. Some of them are so classic that you really start to wonder what year it is. On the other hand, there’s no question of copying anyone here. This is the best example of stagnation in evolution, as these guys clearly got stuck in the mid-nineties and, like a stubborn donkey, have no intention of taking a single step forward. If anything, they’re moving backward, as evidenced by the exquisite heavy metal solo in “Burnt at the Stake.” In any case, the fact that they’re most inspired by old-school stuff is most clearly demonstrated by the intro itself, where, to the sound of a movie projector, a deep voice invites us to listen to the most terrifying movie ever made. And I can only hope (though, unfortunately, I’m not in a position to say for sure at the moment) that the album’s insert is indeed filled with black-and-white or sepia-toned images. “River of Slumber” is an excellent album that keeps your heart racing from start to finish. If these recordings had been released thirty years ago, they would be just as significant a classic today as the ones the band references on their album. Highly recommended!

- jesusatan