Crucifixor
“Enalteciendo los Antiguos
Principios de la Rebelión”
Iron, Blood and Death Corporation 2026
Crucifixor to duet z Kolumbii, a jego członkowie to
dość aktywni muzycznie grajkowie, udzielający się, obecnie i w przeszłości, w
przynajmniej kilku innych projektach. Nazwy ich jednak niewiele mi mówią, więc
może odpuszczę sobie wyliczankę, i przejdę od razu do rzeczy. Mimo iż „Enalteciendo
los Antiguos Principios de la Rebelión” jest debiutanckim albumem zespołu, twór
ten datuje swoje początki na wczesne lata dwutysięczne. Coś pewnie zatem nie
pykło, że na pełnowymiarowe wydawnictwo panowie musieli czekać aż dwie dekady. Z
drugiej strony, szanuję, że kolejność pod tytułem „demo / EP-ka / split”
została przez kolesi utrzymana, a na duży materiał przyszedł czas dopiero
teraz. Te czterdzieści minut muzyki to naprawdę konkretny czarci metal.
Czerpiący zarówno ze szkoły skandynawskiej, jak i pozostałych zakątków Europy i
świata. Sam sposób riffowania jest tutaj bardzo ciekawy, bo niby przeważają
tradycyjne północne tremolo, ale pod względem brzmienia bliżej tym nagraniom do
Włoch czy nawet Grecji. Poza tym panowie dość mocno sobie z liniami gitarowymi
kombinują, nie trzymając się ściśle zapętlonego motywu, tasując harmoniami,
zmieniając melodie, czy tempo, dzięki czemu ich kawałki nie są takie oczywiste
jak by się mogło pierwotnie wydawać. Pewnie, że ja też bym mógł zacząć tasować,
nazwami zespołów, które mi przemknęły przez głowę podczas kilku sesji z „Enalteciendo
los Antiguos Principios de la Rebelión”, od Immortal, po Ancient Rites, Absu
czy Varathron, ale po co? Starczy powiedzieć, że Crucifixor czerpią ze
spuścizny black metalu lat dziewięćdziesiątych, koniec, kropka. Bez wytykania
konkretnych momentów, tym bardziej, że biorąc pod uwagę album jako całość, nie
brzmi on jak którykolwiek z prekursorów. Podoba mi się na tej płycie sekcja
perkusyjna, a konkretnie jej monotonność, która chwilami wkrada się w nagrania.
Nie wiem, czy celowa, ale dla mnie jest niczym uderzenia młota, wbijającego
gwoździe w dłonie Nazareńczyka. Podobają mi się też melodie, bo chwilami są
chwytliwe, niemal punkowe (jak w „Incorporeal Opulence Procastination”), gdzie
indziej trochę rock’n’roll’owe, ale absolutnie nie nachalne i nie przesłodzone.
No i fajnie, że panowie na koniec zacoverowali mój ulubiony numer Dark Angel, i
zrobili to po swojemu, a nie tylko odegrali. Nie jest to może album, który rzuca
o glebę, ale zdecydowanie warto sobie zrobić z nim kilka rundek.
-
jesusatan






