Dziś mała wycieczka do roku ubiegłego. W
październiku ukazał się bowiem drugi duży krążek Infrahumano, jednak wydawca
nieco zaspał, i materiał ten wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej dopiero kilka
dni temu. Skoro jednak płyta do mnie
dotarła, to wypadało rzucić uchem, co nie? Zespół pochodzi z Galicji, ale
gdybym o tym nie wiedział, zapewne celowałbym gdzieś za ocean. Najbardziej
chyba do Baltimore, skąd chorobę rozsiewa Umierający Płód, ewentualnie na Nowy
York, miasto filarów śmierć metalu, czyli Uduszenia, tudzież Samospalenia. Heh,
tak sobie kiedyś gaworzyliśmy z ziomkami, co, jeśli to język polski byłby
wiodącym na świecie, i z szyldami pokroju „Nieświęte Jebanie Kozy” bylibyśmy za
pan brat. Ciężko byłoby utrzymać powagę słuchając takich płyt. No ale wracając
do meritum… „Głębiny Cierpienia” to niecałe czterdzieści minut w dziewięciu
odsłonach. Odsłonach brzmiących, jak wspomniałem, na wskroś amerykańsko. Przede
wszystkim sporo na tym albumie momentów „mielonych”, z mocarnym riffem, kilkukrotnie
powtarzanym, tworzącym wrażenie jak byśmy byli wbijani w ziemię przy pomocy
spadającego na łeb kafara. Sporo też bardziej technicznych zagrywek w nieco
Vignowym stylu, acz niekoniecznie takich bezpośrednich, jak to się zdarza w
wielu przypadkach. Ta Immolationowa nuta jest w tym przypadku nieco
przypudrowana, albo może trochę schowana w tle. No i bardzo dużo tu ciężaru,
pod tytułem „cios boksera wagi ciężkiej”. Te elementy zmieszane razem w jedną
masę tworzą naprawdę mocarny ładunek wybuchowy. Skonstruowany może i metodą
chałupniczą, jednak równie groźny, co obecna na polu walki od dawien dawna mina
przeciwpiechotna, po stanięciu na której nie da się już chodzić piechotą.
Hiszpanie chyba niezbyt mają na uwadze oryginalność. Choć, w sumie wymienione
przeze mnie wcześniej, słyszalne inspiracje, są tu faktycznie obecne, to
bardziej na zasadzie lekkich porównań, a nie znaków równości. Chodzi mi o to,
że Infrahumano nie tworzą metodą kopiuj / wklej, lecz starają się owe wzorce
odegrać na swój własny sposób. I chyba w tym największa zaleta „Depths of
Suffering”. To staroszkolny death metal, odświeżony (chuj z tym, że po raz
tysięczny) na własny sposób. Z zachowaniem wszelkich odstawowych wytycznych
(wokale, brzmienie), ale jednak po swojemu, I, co najważniejsze, na wysokim
poziomie. Tego typu płyty nie wymagają dogłębnej analizy. O nich mówi się albo,
że zadanie wykonane zostało dobrze, albo zostało spisane od kolegi, albo uczeń
napisał bzdury i totalnie się pogubił, tudzież nie zrozumiał. Infrahumano
zrozumieli bardzo dobrze, i do swoich nagrań się przyłożyli. Nawet jeśli ten
album to nic powalającego, to jest a tyle dobry, że warto dać mu szansę.
Światowego poziomu na pewno nie zaniża.
To
kapela, która uformowała się w 2024 roku i od tamtego czasu wydała demo, i epkę
„Odwieczny zew agresji”. Dziesiątego kwietnia pojawi się jej debiutancki album
z dziewięcioma utworami, hołdującymi tradycyjnej szkole black metalu. Równie
dobrze „Naturalna nietolerancja” mogłaby ukazać się w latach
dziewięćdziesiątych, bo doskonale wpisuje się swą wymową w ówczesny kanon,
który według wielu fanów tego gatunku, powinien pozostać niezmienny. Taką też
pozycję przybierają członkowie Bezkresu, ponieważ diabelszczyzna w ich wydaniu
to klasyczne ujęcie, zagrane na szorstkich gitarach o twardym stroju, które
sieją na przemian tremolo i biczującymi riffami, których nieprzyjazną ekspresję
skutecznie podkreślają, dobrze słyszalne linie basu oraz perkusja. Całości, rzecz
jasna, towarzyszą złowieszcze wokale, które zapodane są w języku polskim i
tematyką oraz barwą doskonale wpasowują się w płynące z tego krążka dźwięki. Zielonogórzanie
koncentrują się na średnich i lekko przyspieszonych tempach, gdzie akordy
kreują bezkompromisowy klimat swoim agresywnym i posępnym usposobieniem. Bezkres
postawił na zdecydowane podejście do black metalu i wykorzystanie patentów
znanych z twórczości Helhammer, co powoduje, że mocno mi tu zajeżdża Darkthrone
z okresu „albumów bliźniaków” czyli „Ravishing Grimness” i „Plaguewielder”.
Słychać to głównie w zwolnieniach i średnich tempach, podczas których duet ten
wbija topornie do głowy słuchacza poszczególne frazy, nie pozostawiając miejsca
na wybór, bo po prostu musisz tego słuchać i basta. Proste struktury utworów,
mizantropijne harmonie, lodowate przyspieszenia i ogólna niechęć do otaczającej
rzeczywistości. Panowie nagrali black metal, który posiada niewyszukane, ale
skuteczne usposobienie. Jest tym, czym powinien być. Muzyka, która emanuje złem
i wrogością. Arogancko stoi naprzeciw trendom i redefiniowaniu gatunku. Smaga
mrozem i bardzo dobrze buja. Tak trzymać. Polecam.
Chcecie egzotyki? Proszę bardzo. Jedziemy na Sri
Lankę. Kraina to dzika, i bynajmniej nie kojarzona szerzej z metalowym graniem.
Stamtąd jednak pochodzi Sura’sura. Banda zwyroli, która chwyciła za
instrumenty, i nagrała debiutancką, niespełna dwunastominutową EP-kę,
składającą się z czterech kompozycji. Kompozycji… Wysublimowane to w tym
przypadku słowo. Cztery (a właściwie
trzy, bo na początku gra intro) strzały w pysk, cztery wyrzygi, cztery wulgarne
wysrywy z gatunku prostackiego, niczym wystawienie środkowego palca gestu.
Chłopaki nie pierdolą się w tańcu, tylko prą przed siebie w sposób bardzo
bezpardonowy, hałasują i łomoczą niczym rasowe Neandertale. Zawsze lubiłem tego
typu ciekawostki geograficzne, nawet jeśli prezentowany przez wiele zespołów
poziom odbiegał, i to czasem znacznie, od tego najwyższego. Bo nadal fascynuje
mnie, mimo iż w metalu siedzę już niemal cztery dekady, że gdzieś tam, na
zadupiu świata, nagle pojawia się kilku maniaków molestujących instrumenty tak
intensywnie, z taką pasją, że momentalnie stają mi przed oczami czasy wczesnego
Sarcofago, Sadistik Exekution czy Blasphemy. Przecież na tej EP-ce mamy czysty
kult przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w temacie death /
black metalu! Garażowe brzmienie, niewysublimowane linie gitarowe, wokale na
zasadzie prostackiego darcia mordy, że o ścieżkach sekcji rytmicznej nie
wspomnę, bo ocierają się o minimalizm. Sura’sura serwują bardzo proste harmonie,
bez chwytliwych melodii, bez standardowych aranży pod tytułem zwrotki i
refreny, oni, mówiąc kolokwialnie, po prostu napierdalają do krwi. I chyba nie będę się nad tym materiałem rozpisywał
ponad miarę, bo sensu w tym tyle, co w analizie budowy pantofelka. Nikomu to do
życia niepotrzebne. „Warfare Metal” też pewnie nikomu życia nie odmieni, ale na
pewno jest czymś na zasadzie pokazu siły militarnej niewielkiego państewka,
które właśnie skończyło, z powodzeniem, prace nad produkcją broni jądrowej. Jak
lubicie ciekawostki, to sprawdzajcie. Ta akurat jest warta uwagi.
Fire
Magic to duet z kraju, który Persowie zwą „Wielkim Szatanem”. Może między
innymi dlatego grają oni black metal. Swoją przygodę pod tym szyldem zaczęli w
2020 roku i od tamtego czasu na koncie uzbierali demówkę, debiutancki krążek i
najnowszego długograja w postaci „Memories of Fire”. To siedem numerów, które
lecą sobie nieco ponad pół godziny, ale to i tak (jak dla mnie) trochę za
długo. Amerykanie szyją typową diabelszczyznę, opartą na drugofalowych
wzorcach. Każdy z utworów to połączenie świdrujących tremolo z klasycznymi
riffami w towarzystwie, cholernie dudniącej sekcji rytmicznej i delikatnie
wycofanych wokaliz, które w kulminacyjnych momentach z „czarcich” powarkiwań,
przechodzą w epickie okrzyki. W ogóle, black metal od Fire Magic wypełniony
jest bajeranckimi melodiami, które jednoznacznie kojarzą się z power-metalowymi
produkcjami. Zatem za pośrednictwem „Memories of Fire” mamy do czynienia z
rogacizną, która nasycona jest do bólu bajkowymi i ciut infantylnymi
chwytliwościami, próbującymi nawiązywać do średniowiecznych przygrywek lub
udawać jakieś homeryckie harmonie. Całość zalatuje banałem więc na dłużej do
siebie nie przyciąga. Generyczność tego wydawnictwa jest wysoka. Muzyka płynie
w zmiennych tempach, racząc na przemian szybkimi melodyjkami, klimatycznymi
zwolnieniami oraz tradycyjnymi solówkami. Niestety nic szczególnego tutejsze
struktury nie wnoszą ani nie potrafią czymś do siebie przyciągnąć. Fuzja heavy
i black metalu, upstrzona naiwną melodyką, która jest totalnie przewidywalna, a
po odsłuchu zupełnie nie pozostaje w pamięci. Rządzą tutaj typowość i gatunkowa
nieporadność. Cóż, najnowsza produkcja od Fire Magic to takie „imieniny Ani”,
czyli ani diabła, ani mroku, ani agresji, ale o mdłości przyprawia bez
problemu. Nie polecam.
Goatpsalm
pochodzą z Rosji. Jest ich trzech, a “Beneath” to czwarty
(po dziesięcioletniej przerwie, podczas której muzycy uaktywnili się jedynie na
czas kolaboracji z Horthodox) album sygnowany tą konkretną nazwą, bo innych
zespołów i projektów pobocznych muzycy mają jeszcze kilkanaście. Jednocześnie
jest to kolejny twór wymykający się sztywnym ramom gatunku, czy też gatunków.
Bo nawet jeśli tym razem trzon muzyki Goatpsalm jest dość wyraźnie określony,
to sposób w jaki panowie go ozdabiają, czy też przekształcają, zdecydowanie
wybiega poza ogólnoprzyjęte standardy. Zresztą Aesthetic Death nie byliby sobą,
gdyby wypuścili album bez własnego oblicza. „Beneath” można skategoryzować jako
funeral doom. Bo rzeczywiście podstawą zawartej na krążku muzyki są ciężkie
akordy, pełzające w gnilnym stylu melodie, i głębokie, growlujące wokale. Z
tym, że do każdego z wymienionych elementów niezbędny jest dodatkowy komentarz,
by zbytnio owego opisu nie upraszczać. Przede wszystkim riffy pojawiają się
tutaj w dwóch wymiarach. W wersji ciężkiej na pierwszym planie, oraz czasami
pod postacią majaczącej, nieco schowanej w tle. Ta drugoplanowa melodia może
dość mocno kojarzyć się choćby z fińskim Dolorian, zarówno pod względem
brzmienia gitary jak i snutej melodii. Panowie grają powoli, z czasem wręcz się
zatrzymując, albo raczej przechodząc w mroczne klimaty ambientowe (druga połowa
siedemnastominutowego „Exequires”, tocząca się jakby w zwolnionym tempie), czy
też rytualno – etniczne (zagrany na instrumentach ludowych, z dodatkiem jedynie
gitary basowej, „Kalbas Whispers of Death”). W tychże kompozycjach pojawiają
się też różne wariacje wokalne typu szepty, jęki, jakieś majaczenia. Niebanalna
jest konstrukcja tego albumu. Pierwsza jego połowa to, eksperymentalny, ale
jednak, wspomniany funeral doom. Z czasem dryfujący w tajemnicze rejony z
muzyką metalową mające niewiele wspólnego. Jednocześnie nie mniej, a nawet
bardziej, mroczne i fascynujące. Można odnieść wrażenie, jakby z cmentarza
przechodziło się ścieżką pełną kości i resztek truchła w tajemniczy las, tak
gęsty, że strach staje się momentalnie najbliższym nam towarzyszem.
Jednocześnie napięcie wzrasta proporcjonalnie do wyostrzających się człowiekowi
w przedstawionej sytuacji zmysłów, i zaczyna działać wyobraźnia. Całość trwa
trzydzieści pięć minut, i jest naprawdę niecodziennym doświadczeniem. Ukryty w
tej muzyce niepokój i dreszcz emocji jest tak silnie uzależniający, że chce się
do tych nagrań wracać wielokrotnie, niczym do ulubionej książki typu horror /
thriller. Doskonale obraz malowany muzyką uzupełniają grafiki zdobiące to
wydawnictwo. Jakieś laleczki Voodoo, kurze stópki, koraliki, wypełnione
tajemniczą miksturą flakony, świeczki i kości… „Beneath” to niebanalna,
intrygująca płyta, niesamowicie wciągająca i infekująca umysł. Czy muszę pisać,
że polecam?
-
jesusatan
Goatpsalm
“Beneath”
Aesthetic Death 2026
Goatpsalm hail
from Russia. There are three of them, and “Beneath” is the fourth album
(following a ten-year hiatus during which the musicians were active only for
the duration of their collaboration with Horthodox) released under this
specific name, as the musicians have a dozen or so other bands and side
projects. At the same time, this is yet another work that defies the rigid
boundaries of a genre, or genres. For even if the core of Goatpsalm’s music is
quite clearly defined, the way the band embellishes or transforms it definitely
goes beyond generally accepted standards. Besides, Aesthetic Death wouldn’t be
themselves if they released an album without its own distinct identity.
“Beneath” can be categorized as funeral doom. For indeed, the foundation of the
music on this record consists of heavy chords, melodies creeping along in a
putrid style, and deep, growling vocals. However, each of these elements
requires further elaboration to avoid oversimplifying the description. First
and foremost, the riffs appear here in two dimensions: in a heavy, foreground
version, and sometimes as a hazy, somewhat recessed background melody. This
background melody may strongly evoke, for instance, the Finnish Dolorian, both
in terms of guitar tone and the melody itself. The band plays slowly, at times
even coming to a halt, or rather shifting into dark ambient atmospheres (the
second half of the seventeen-minute “Exequires,” which unfolds as if in slow
motion), or ritualistic-ethnic sounds (played on folk instruments, with only a
bass guitar added, “Kalbas Whispers of Death”). These compositions also feature
various vocal variations such as whispers, moans, and some kind of “hallucinations”.
The structure of this album is remarkable. Its first half is experimental, yet
still the aforementioned funeral doom. Over time, it drifts into the secret
realms, having little in common with metal music. At the same time, it is no
less, and perhaps even more, dark and fascinating. One gets the impression of
walking from a cemetery along a path strewn with bones and carcass remains into
a mysterious forest, so dense that fear instantly becomes our closest
companion. At the same time, the tension rises in proportion to the sharpening
of one’s senses in this situation, and the imagination begins to run wild. The
whole thing lasts thirty-five minutes, and it is truly an extraordinary
experience. The anxiety and thrill hidden in this music are so addictive that
you want to return to these recordings time and again, just like to a favorite
horror or thriller book. The imagery painted by the music is perfectly
complemented by the artwork adorning this release.Voodoo
dolls, chicken feet, beads, vials filled with a mysterious potion, candles, and
bones… “Beneath” is an original, intriguing album, incredibly captivating and
mind-bending. Do I even need to say I recommend it?
Nie
wiem, jak było wcześniej, bo nigdy Ildfar nie wpadł do mojego odtwarzacza, ale
najnowszy, czwarty już album tego solowego projektu, to różnorodna muzyka.
Całość obraca się oczywiście w black metalowych ramach, które w poszczególnych
aranżacjach ten zdolny Norweg, przedstawia w odmiennych ujęciach. Część
utworów, to coś, co można przyrównać do twórczości Fenriza pod szyldem
Isengard. Są to kawałki, w których Ildfar łączy folkowe czy też pogańskie
melodie z zadzierżystymi riffami, stosując również zmienne wokale, złowrogo
warcząc i śpiewając czystym, zalatującym epickością głosem. Kolejną grupę
kompozycji stanowią te, które odlatują nieco od poprzedniego kanonu,
koncentrując się, na ocierającej się o blackgaze ścianie dźwięków. To spokojne,
pływające akordy, które mieszają się z tradycyjnymi tremolo, kreując wraz z
niemalże gotyckimi wokalizami, melancholijną i depresyjną atmosferę, mocno
zalatując manierami Varga. Obydwa, równolegle funkcjonujące na „Der ligger et
land” podejścia do diabelszczyzny, korzystają z dobrodziejstw gatunku, co
słychać w zimnym i ziarnistym brzmieniu, użytych formach kostkowania i
mizantropijnym wydźwięku całości. Na przemian raczą agresywnym riffowaniem,
nastrojowymi tremolando i podniosłymi, wikińskimi harmoniami. To do szpiku
kości przesiąknięty nordycką tradycją krążek, z którego w każdym momencie jego
trwania, sączy się skandynawska nostalgia, ból, gorycz i wściekłość. Muzyka
płynie tutaj w stonowanym tempie, kreśląc hipnotyczne i podszyte mistycyzmem
nuty. Wyprodukowana w brudny, bliski garażowemu sposób, w którym obecny szum,
odgrywa niewątpliwie znaczącą rolę. Mnie jednak na „Der ligger et land” razi
trochę dualizm, co wskazuje na niezdecydowanie ildfar w jakim kierunku ma iść.
Czy podążać ścieżką wytyczoną przez Isengard i Burzum, czy uderzać we
współczesne, rozmywające black metal tony.
Unfold, Pando... A na dokładkę Hivemind. Co owe
projekty mają ze sobą wspólnego? No, poza sprawą oczywistą, czyli wydawaniem
dla tej samej wytwórni, Cave Dweller to kolejne wcielenie Adama Bryanta muzyka odpowiedzialnego
za pierwsze z dwóch wymienionych. Idąc tym tropem, wiadomo zatem, że i w Cave
Dweller nie tworzy on muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej. Zresztą, jeśli ktoś
pamięta, dałem temu wyraz pisząc kilka słów na temat wydanego ponad trzy lata
temu „Invocations”, autorstwa rzeczonego gentlemana. „Showing Teeth” jest
albumem… cięższym i dziwniejszym niż poprzednik. Pod słowem „cięższy” nie kryje
się jedynie kryterium samego dźwięku, który często jest dudniący, wręcz
przytłaczający, zwłaszcza w chwilach, gdy rolę przewodnią przejmuje mocno
przesterowany bas, ale i pod odbiorem poszczególnych utworów. Bo te pięć
kompozycji, zazwyczaj trwających pod dziewięć / dziesięć minut, naprawdę wymyka
się łatwej kategoryzacji. To w przeważającej większości swobodne wariacje
muzyczne, niemal czyste improwizacje, na temat neo flolku, ambientu, muzyki
filmowej, po elementy doom metalowe (w bardzo umownym tego terminu znaczeniu),
czy wręcz drone’owe. Po raz kolejny muzyk serwuje nam danie trudne w odbiorze,
bo wyrywające się wszelkim podstawowym schematom, a jego ogarnięcie nie jest
kwestią jednego odsłuchu. Choć nie zdziwię się, jeśli wielu tylko po jednym
poleganie, tudzież nie dotrwa nawet do końca. Akcja na tej płycie toczy się
niespiesznie, a poszczególne partie potrafią
zapętlać się, dręczyć, by nagle totalnie czymś zaskoczyć. Przykładem tego niech
będzie „Sunirse Offering (The Valley as an Altar)”, gdzie przez ponad siedem
minut wystawieni jesteśmy na mamrotany charczącym głosem monolog przy dźwiękach
przypominających przewalające się w zardzewiałej rurze ściekowej kawałki
blachy, tudzież innego gruzu, by pod koniec usłyszeć dzwoneczki, piszczałki i
indiańskie grzechotki, wybijające rytmy w klimacie szamańsko rytualnym. Z kolei
„Amanita Bisporigera” to wielki, chaotyczny dysonans, utwór, w którym
praktycznie każdy pojawiający się nowy instrument gra sam sobie, niczym w
jakiejś komedii absurdów. Chyba takim najbardziej możliwym do jakiegokolwiek
zanucenia jest „Apallachian Alchemy”, dzięki prowadzącej ścieżce basu i
najbardziej klasycznej strukturze. Natomiast zaznaczyć należy, że album ten
opleciony jest czymś w rodzaju klamry, dwoma kompozycjami w których ważniejszy
zdaje się przekaz słowny niż muzyczny. To coś na zasadzie prezentacji utworów
poetyckich, w których głosu udzielił Stuart Harris, ze wspomnianego na początku
Hivemind, do nieprzeszkadzającego zbytnio podkładu muzycznego w tle. Trudny to
w odbiorze materiał, ale Aesthetic Death do takich zdążyli mnie już
przyzwyczaić. Chcecie czegoś innego, pokręconego, stojącego daleko od metalu, a
jednocześnie cholernie mrocznego? No to polecam Cave Dweller. Choć i tak
zakładam, że większość z was się od tego jednak mocno odbije.
- jesusatan
Cave Dweller
“Showing Teeth”
Aesthetic Death
2026
Unfold, Pando...
And to top it off, Hivemind. What do these projects have in common? Well, apart
from the obvious fact that they are released by the same label, Cave Dweller is
another incarnation of Adam Bryant, the musician responsible for the first two mentioned
above. Following this line of thought, it is clear that Cave Dweller doesn’t
create here light, easy, or pleasant music either. If anyone remembers, I
expressed this when I wrote a few words about “Invocations”, released over
three years ago, by the aforementioned gentleman. “Showing Teeth” is an album
that is... heavier and stranger than its predecessor. The word “heavier”
doesn’t only refer to the sound itself, which is often rumbling, even
overwhelming, especially in moments when the heavily distorted bass takes the
lead, but also to the reception of the individual tracks. These five
compositions, usually lasting up to nine or ten minutes, are really difficult
to categorize. They are mostly free musical variations, almost pure
improvisations, on the themes of neo-folk, ambient, film music, with elements
of doom metal (in a very inconventional sense of the term), or even drone. Once
again, the musician serves us a dish that is difficult to digest, because it
breaks all the basic patterns, and understanding it is not a matter of one
listen. Although I won't be surprised if many people give up after just one
listen, or don't even make it to the end. The action on this album unfolds
slowly, and individual parts can loop and torment, only to suddenly surprise
with something completely unexpected. An example of this is “Sunirse Offering
(The Valley as an Altar),” where for over seven minutes we are exposed to a
monologue muttered in a raspy voice, accompanied by sounds reminiscent of
pieces of sheet metal and other debris rolling around in a rusty sewer pipe,
only to hear bells, pipes, and Indian rattles at the end, beating out rhythms
in a shamanic ritual atmosphere. In turn, “Amanita Bisporigera” is a great,
chaotic dissonance, a piece in which practically every new instrument that
appears plays on its own, as if in some comedy of the absurd. Probably the most
hummable track is “Apallachian Alchemy,” thanks to its leading bass line and
most classical structure. It should be also noted, that the album is intertwined
with a kind of bracket, two compositions in which the verbal message seems more
important than the musical one. It's something like a presentation of poetic
works, with Stuart Harris from the aforementioned Hivemind providing the voice,
accompanied by unobtrusive background music. It's difficult material to take
in, but Aesthetic Death has already gotten me used to that. Want something
different, twisted, far removed from metal, yet damn dark? Then I recommend
Cave Dweller. Although I assume most of you will still be put off by it.