wtorek, 23 czerwca 2026

Recenzja Deathstorm „The Highest Predator”

 

 Deathstorm

„The Highest Predator”

Animate Rec. 2026

Deathstorm gościł już w tym roku na stronach Apocalyptic Rites. Z tym, że ten austriacki. To teraz czas na polski. Zespół kojarzę bardziej z niezłej okładki poprzedniego wydawnictwa, pod banderą Putrid Cult, niż samej muzyki, i tylko teraz nie pamiętam, czy mi się średnio podobała, czy po prostu zapomniałem owego albumu posłuchać. No dobra, ale uzupełniając myśl, chłopaki na koncie mają demo, dwa pełniaki, i wydaną dosłownie kilka dni temu, tym razem dla niemieckiego labelu, czterootworową EP-kę, którą to właśnie mielę na zapętleniu. Krótki to materiał, ale treściwy. I fantastycznie się rozpoczyna, bo z ostrego kopnięcia, momentalnie kojarzącego mi się ze szwedzkim Mylingar (choć to chyba bardziej przez manierę wokalną i intensywność niż sam sposób kostkowania). Idąc jednak dalej, wcale nie ma lekko. Po pierwszym, zagranym na pełnych obrotach „We Won’t See It Coming”, chłopaki nieco zwalniają w „The Golden Calf”, by zahaczyć stylistycznie o bliższe nam czasowo wzorce pokroju Dead Congregation, Morbid Angel czy Antiversum. Choć w sumie doszukiwanie się tak odległych od siebie inspiracji to trochę dzielenie włosa na czworo. Grunt, że jest tutaj i odpowiednia melodia, jest trochę rytualnego posmaku, ale i sporo wściekłości. „Total Eclipse” i numer tytułowy, to znów mocniejsze wciśnięcie pedału gazu, z gęstym riffowaniem, fantastyczną pracą perkusji i wokalami, niby mieszczącymi się w klasycznych ramach, ale tak przepełnionymi robactwem, że można dostać mdłości. Jak tak sobie słucham tych czterech numerów, to w zasadzie zastanawiam się, do czego mógłbym się ewentualnie przyczepić, ale… nic takiego nie znajduję. To naprawdę dobre, zróżnicowane aranżacje, przemyślane, nieschematyczne, i ubrane w fantastyczne brzmienie. Gdybym miał podsumować w jednym zdaniu, powiedziałbym „Posłuchajcie tego mini, bo nawet jeśli nie zawiera kompletnie niczego, czego byście dotychczas nie znali, to i tak skopie wam dupsko i bezlitośnie ukręci łeb”. Kto lubi death metal w wersji klasycznej, bez zbędnych udziwnień, będzie wiedział co robić. No i chyba tyle w temacie.

- jesusatan




Recenzja Saasta „Cesspool”

 

Saasta

„Cesspool”

Inverse Records 2026

Saasta muzykuje sobie od niedawna, bo od uformowania się składu minęło zaledwie sześć lat. Niemniej jednak panowie mają już na koncie debiutancką płytę, która gdzieś tam zniknęła w odmętach metalowego oceanu, ale Finowie są jak tsunami i wracają z drugim, pełnym materiałem. Ukazał się on ósmego maja z małym poślizgiem trafiając do mojej skrzynki, no i jest. Krążek zawiera dwanaście numerów muzyki, którą określić można jako black-death metal, bo na „Cesspool” jest ciężko i zarazem diabelsko. Początkowo dziwnie mi się tego słuchało, ponieważ kompozycje Saasta częściowo przypominały mi Khold, a to za sprawą charakterystycznie poprowadzonych riffów oraz wysuniętego do przodu, dźwięcznego basu. Do złudzenia chwile te przypominają twórczość Norwegów, zwłaszcza z początkowego okresu, tyle że jest ona w tym przypadku mocno zagęszczona. Do tych rytmicznych akordów Finowie dokładają sporo ciężkiego kostkowania, które kreuje duszną i posępną atmosferę. To połączenie śmierć metalowego mielenia w średnim tempie z doomowym gnieceniem, które zsyła całe pokłady zgnilizny i mroku, a ich nieprzyjazna melodyka oraz dość upiorne, gitarowe zawijasy, do cna podszyte są okultyzmem. Saasta ubrała całość w surowe i zwarte brzmienie, które potrafi zmęczyć, ale nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo, a podobno „metal to nie rurki z kremem” więc nie ma co marudzić. Black-death metal w wykonaniu tego kwartetu to szorstka i niekiedy uwierająca muza, która intensywnie oddziałuje na zmysły, niepokojąc swym satanicznym usposobieniem. Uderza z siłą i rujnuje spokój, który po przesłuchaniu tego albumu nie wraca zbyt szybko. Dynamiczna, choć bardzo ciężka i chwilami mozolna płyta, która niewątpliwie odznacza się, jak przystało na ten typ rzępolenia, odstręczającymi cechami. Tak. Ma być chropowato, brzydko i boleśnie. Bardzo dobry, gęsty i lepki materiał.

shub niggurath




niedziela, 21 czerwca 2026

Recenzja Savage „Septic Tomb”

 

Savage

„Septic Tomb”

Dawnbreed Rec. / Necrolatry Rec. 2026

Taką Szwecję kocham bezgranicznie! Jeśli sobie przypominacie, to debiutanckie demo holenderskiego Savage rozpirzyło mnie w drobny mak. OK., może trochę przez element zaskoczenia, bo nie spodziewałem się po nieznanej nazwie aż takiego ciosu. Dlatego też po „Septic Tomb” sięgałem będąc już w pełni świadom na ciele i umyśle. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że kiedy wspomniany element zaskoczenia zniknie, muzyka nie będzie już miała takiego kopa jak „z partyzanta”.  A tu, chuja! Po raz kolejny leżę na glebie rozłożony na łopatki. Nie, no trochę kłamię, bo w rzeczywistości pląsam po pokoju, wymachując zaciśniętą pięścią, i robiąc z siebie debila. Całe szczęście, że nikt nie patrzy. Co ja mogę napisać nowego o szwedzkim death metalu? Przecież w tym temacie powiedziano już wszystko, i co najwyżej można powtarzać w kółko stare, wyświechtane frazy. No to będę, bo skoro Savage potrafią w tym temacie odgrzewać kotleta tak smakowitego, to ja go opierdolę nawet jeśli kilkudniowy. Chłopaki nie dbają o oryginalność. Kurwa, o czym ja mówię, popatrzcie tylko na tą totalnie minimalistyczną okładkę. Chwilami wręcz kopiują znane patenty (posłuchajcie sobie choćby kilku pierwszych sekund „Revulsion” – skojarzenia oczywiste), ale robią to z taką pasją i polotem, że mi ów brak innowacji kompletnie nie przeszkadza. Na tej EP-ce jest wszystko, z czego Szwecja słynie. Zapiaszczone gitary, charakterystyczne melodie, ten groove (w tym przypadku idealnie wyważony, i nie przesadzony, jak choćby w przypadku Feral), klasyczne solówki, rytmy o punkowym rodowodzie, oraz staroszkolny, pozbawiony jakichś bezsensownych udziwnień wokal. Bez wycieczek w blasty, w tempie średnim, z tymi, jakże dociążającymi, zwolnieniami. Może i trochę schematycznie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Największą zaleta tego materiału jest to, iż jest on kurewsko równy. Tutaj żaden kawałek nie odstaje od reszty, dzięki czemu banan nie znika w twarzy przez całe dwadzieścia cztery minuty. Nie będę zatem polecał „Septic Tomb”, bo jak ktoś przeczytał co napisałem, sam będzie wiedział, co z tym fantem zrobić. Savage to jeden z najbardziej uzdolnionych zespołów młodego pokolenia w teoretycznie wyeksploatowanym do granic możliwości odłamie śmierć metalu. Takie jest moje zdanie.

- jesusatan




Recenzja Coprolith „Putrescence”

 

Coprolith

„Putrescence”

Me Saco Un Ojo/Rotted Life (2026)

 


Francuska Kanada i death metal. Już to powinno być wystarczającą rekomendacją, żeby sięgnąć po debiut pochodzącego z Toronto Coprolith. Zdziwi się jednak ten, kto będzie tu szukał klasycznego, technicznego, intensywnego metalu śmierci, z którym ta scena jest przeważnie kojarzona. „Putrescence” to death metal skrojony idealnie pod panujące trendy, balansujący gdzieś na pograniczu z doom metalem. Można w ciemno mówić „ale przecież takiego granie teraz pełno na rynku” i nie będzie to w żadnym wypadku nadużyciem, ale niewiele jest wydawnictw prezentujących taką jakość jak Kanadyjczycy. Ci kolesie przez 35 minut gniotą zwoje słuchacza nie oglądając się na nikogo, ich death/doom jest tłusty, potężny, masywny, niosący za sobą piwniczny fetor, którego wielu wydawnictwom teraz brakuje. Premierowy pełniak Coprolith jest jak owoc romansu Mortiferum i Fetid, przemycający wyrafinowanie pierwszych i bezpośredniość drugich. To jest właśnie ta estetyka, ta konwencja, te wibracje. Oryginalnością może ci goście nie grzeszą, ale każdorazowe dalekie „Putrescence” kończyło się pełnym okrążeniem i oblizywaniem uszu. Nie jest to granie tak europejskie (a w zasadzie fińskie) jak to ma miejsce w Mortiferum, nie jest też tak neandertalskie jak to co przed laty oferował Fetid, ale wszystkie te nazwy łączy wspólny mianownik w postaci potężnego brzmienia i zatęchłego, namacalnie odrażającego klimatu. Wykonawczo i realizatorsko tutaj nie ma się do czego przyczepić, a jakość samej muzyki jest bardzo wysoka. Owszem, ta płyta niczego nie zmieni i niczego świeżego nie wnosi do obecnie istniejącej sceny, ale wszystkie nuty na „Putrescence” nakazują twierdzić, że Coprolith to nowa siła, z którą już bardzo niedługo trzeba będzie się liczyć. Jest to album, który powinien spodobać się nawet tym, którzy już trochę kręcą nosem na propozycje wydawnicze w tej niszy w ostatnim czasie. Ja jestem bardzo zadowolony.

                                                                                                        Harlequin




Recenzja One Must Forget “Pillars of Shame”

 

One Must Forget

“Pillars of Shame”

ant-zen 2026

To, że muzyk przez dłuższy czas milczy, nie znaczy, że nic nie robi. Neithan, człowiek orkiestra, odpowiedzialny między innymi za takie twory jak Whalesong, Nothing Has Changed, Useless, czy ostatnio przedstawiany tu przeze mnie Lifeless Gaze, nie raczył nas swoimi projektami przez dobrych kilka lat. Najwyraźniej się przebudził, bo po wspomnianym „Death” serwuje kolejny, debiutancki album nowego projektu o nazwie One Must Forget. A w zanadrzu ma jeszcze kilka innych, ale to temat mniej lub bardziej odległy. „Pillars of Shame” to po raz kolejny muzyka do… słuchania na leżąco. Jakkolwiek zabawnie by to nie zabrzmiało, takie są fakty. Kiedy po raz pierwszy podchodziłem do „Pillars of Shame”, wykonując w międzyczasie inne obowiązki, materiał ten przeleciał mi przez uszy w zasadzie niezauważony. Zapomniałem najwyraźniej o charakterystycznym stylu autora. Dopiero kiedy wrzuciłem te nagrania na słuchawki, kładąc się wieczorową porą do łóżka, dotarły one do mnie z pełną mocą. W czym szkopuł? W tym, że nie jest to, po raz kolejny, muzyka łatwa. One Must Forget to industrial / noise. W zasadzie prosty i oparty na staroszkolnych wzorcach, bo specjalnych fajerwerków, czy awangardy tutaj nie uświadczymy. To dwanaście kompozycji, trwających łącznie ponad pięćdziesiąt minut, budowanych za pomocą hipnotyzujących zapętleń, przenikających się elektronicznych dźwięków i sampli. Wokalu sensu stricte tu nie uświadczymy. Sama muzyka jest za to niesamowicie zasysająca. Na tyle, że te pięćdziesiąt minut mija zanim zdążymy złapać trzeci oddech. Wciąga to i pozbawia poczucia czasu niczym wahadełko hipnotyzera, co zresztą znajduje swoje odbicie w powtarzającym się, często pulsującym rytmie kolejnych utworów. Podobnie jak w przypadku Lifeless Gaze, akcja toczy się na tym krążku powoli. Różnica w klimacie jest jednak znaczną. Tutaj nie ma tego pierwiastka przerażenia, jest za to mechaniczny, cybernetyczny chłód. To coś w rodzaju podprogowego przekazu ze strony zbuntowanych maszyn, omamiające dźwięki mające prowadzić ludzkość na skraj upadki, coś jak futurystyczna wersja flecisty z Hameln. Przy okazji muzyka niesamowicie działająca na wyobraźnię i pobudzająca zmysły. Nie dla każdego, jednak ci, którzy lubią taki mroczny trip bez zażywania narkotyków, zdecydowanie powinni po ten album sięgnąć. Niezła schiza.

- jesusatan




Recenzja Temple ov Ahriman „Heretics of Consensual Reality”

 

Temple ov Ahriman

„Heretics of Consensual Reality”

Independent 2026

Za Temple ov Ahriman stoi Teksańczyk, niejaki Justin Mundell tutaj zwany Thornicator’em. Powołał on do życia ten projekt pięć lat temu i w końcu udało mu się zarejestrować debiutancką płytę, którą wydał własnym sumptem. Patrząc na zdjęcia, dołączone do tego materiału, spodziewałem się trochę czegoś innego, bo gość w kapturze, świece, kozie czaszki i figurka Bafometa wskazują raczej na coś rytualnego. No nie, ponieważ black metal w wykonaniu tego Amerykanina, to muzyka drugiej fali tego gatunku o norweskiej proweniencji z domieszką fińskiej melodyki i dużą ilością d-beatów. Jeżeli chodzi o norweskość, to chwilami ten materiał przypomina mi wczesny Satyricon, gdyż mocno buja w ichnim stylu, częstując ostrymi riffami, połączonymi z charakterystycznymi dla ekipy Satyra chwytliwościami. Gdy Thornicator zdecyduje się przejść w punkowe rytmy jest również całkiem dobrze, bo to zdecydowane akordy, które wraz z sekcją rytmiczną dają nieźle popalić. W bardziej melodyjnych i co za tym idzie nieco roztargnionych chwilach jest trochę gorzej, bowiem zmieniają one stanowczość „Heretics of Consensual Reality” w rozmytą, melancholijną rogaciznę, której nie cierpię. W black metalu od Temple ov Ahriman dostajemy także nawiązujących do wspomnianych fotek, okultystycznych motywów, które dość apetycznie gniotą i zsyłają odrobinę mistycznej atmosfery. Amerykanin nie stroni również od kilku modernistycznych zagrywek, wprowadzając od czasu do czasu, do swego klasycznego grania, ociupinkę nowoczesności w postaci połamanych i dysonansowych zabiegów, ale to tylko kilka punktów zwrotnych, które stanowią małe urozmaicenie tradycyjnego, dominującego na tym albumie podejścia. Na początku i niestety, dzięki dużemu zróżnicowaniu debiut Temple ov Ahriman jawi się jako zbiór posklejanych ze sobą, dobrze znanych elementów z kilku odmiennych ujęć diabelszczyzny. Jednakże z każdym, kolejnym odsłuchem efekt ten znika i muszę przyznać, że całościowo żre to diabelsko, zlewając się w poukładany produkt, o ostatecznie szorstkim usposobieniu. Popracowałbym nad wokalami, bo ich skrzekliwość, podobnie jak żeńskie śpiewy w pierwszym kawałku, nie do końca pasują do reszty. Udany debiut, choć nie pozbawiony zgrzytów.

shub niggurath




sobota, 20 czerwca 2026

Recenzja Eutanor „Automatokrata”

 

Eutanor

„Automatokrata”

Piekłoniebo 2026

Bardzo ucieszyłem się, kiedy w paczuszce znalazłem nowy krążek rodzimego Eutanor. Ich debiut niemiłosiernie bowiem przetrzepał mi swoje mózgowe, i był jednym z najciekawszych, i najbardziej oryginalnych materiałów jakie w tamtym czasie słyszałem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie kolejne trudne wyzwanie. Twórczość Atamana  i Eveq’a do łatwych bowiem nie należy. Prędzej można o niej powiedzieć, że komponowana jest tak, by maksymalnie utrudnić odbiór potencjalnemu słuchaczowi. Oczywiście się nie myliłem (geniusz, no, kurwa, geniusz!). Te trzy kwadranse to jest poplątanie z pomieszaniem, i to we wszystkich możliwych kierunkach. Już samo zdefiniowanie muzyki autorstwa Eutanor jest praktycznie nierealne. Ale i bezzasadne, bo co to za różnica jak ją nazwiemy. Rozbierając ją na części pierwsze znajdziemy w niej elementy metalowe (w szerokim tego słowa rozumieniu), djentowe, sludgeowe, jazzowe, ambientowe, filmowe, kurwa, chuj wie jakie jeszcze. Chyba ajłatwiej po prostu powiedzieć, że Eutanor grają muzę na wskroś popierdoloną i mocno eksperymentalną. Nawet ciężko wymieniać, co tu się dzieje. A to zapętli się w tle jakiś fragment i wyje niczym system alarmowy, a to wjedzie najczystsza improwizacja rodem z podziemnego jazzu, tu i tam śmigną sample z jakimś odliczaniem, przygniecie nas motyw stonerowy, wszystkie instrumenty zaczną nagle grać każdy sobie, tylko po to, by za kilka chwil dokładnie się zsynchronizować…. Tam jeszcze jakiś drum’n’bass… Jeden kawałek trwa niecałe dwie minuty, inny, kurwa, ponad dziesięć (i to praktycznie bez wokali)… Istny dom wariatów. Co prawda, w porównaniu z „Assembling Tomorror”, „Automatokrata” i tak zdaje mi się tworem bardziej „uczesanym”, poukładanym, ale do tradycyjnego schematu pisania utworów mu tyle, co stąd do Chicago. I z powrotem. Ale wciąga to cholerstwo niesamowicie. Podobnie jak w przypadku debiutu, zacząłem rozumieć te kompozycje dopiero gdzieś na etapie piątego odsłuchu, ale potem poszło już z górki. Co mogę wam powiedzieć, to to, iż do tego krążka należy podchodzić z wielką cierpliwością. Tutaj się nie da na skróty. Dajemy żonie, czy tam kogo macie pod ręką, całusa na dobranoc, gasimy światło, zakładamy słuchawki na uszy i teleportujemy się do przytułku dla obłąkanych, w którym, niczym dobry pielęgniarz, poznajemy, pomału i dogłębnie, historię choroby każdego z ośmiu podopiecznych. Lubicie wyzwania? Lubicie, żeby było ciężko? Łapcie „Automatokratę” i sprawdźcie, jakie z was cwaniaki. Jak zdacie test i się przegryziecie, muzyka wynagrodzi wasz trud z nawiązką.

PS. Aha, a jak komuś brakuje tych cudownych kolorków z debiutu na okładce, to niech se zajrzy do wnętrza digipacka.

- jesusatan