poniedziałek, 31 sierpnia 2026

A review of Skumstrike “Flawless Intrigue from Hell”

 

Skumstrike

“Flawless Intrigue from Hell”

Dying Victims Prod. 2026

 

I was pretty sure I’d come across the name Skumstrike before. And indeed, it was at the EP called “Execution Void” which quickly kicked my hairy ass. I missed their full-length debut, even though it was released by a label right here in our backyard, but I did sit down to listen to their second album. Well, stylistically, not much has changed for these Canadians. It’s still a wild ride full steam ahead, often with eyes closed. An old-school ride, of course. Maybe there’s definitely less punk here than on their earliest recordings, or maybe the guys have simply learned to handle their instruments better over time. But the backbone of this music is undeniably thrash. And it’s thrash that’s absolutely brimming with energy, bubbling over in every track. That doesn’t mean, however, that the album relies solely on blast beats. There are plenty of those here for sure, but the center stage, take the riffs! And that’s why I mentioned the noticeable improvement in the musicians’ skills, because whether they’re flooring the gas pedal or only slightly exceeding the speed limit, listening to the melodies flowing from “Flawless Intrigue from Hell” feels like being whipped. And the lashes falling on our backs hurt more and more with every passing moment, each one seems stronger, and each one hits the mark perfectly. What’s more, Skumstrike’s music has this incredible, aggressive, thrash-style groove that makes you want to dance with your fist clenched, or even punch someone in their ugly face. The only element here that strays from the main genre’s framework is the vocals, which are more screeching and black metalesque than in the classics. The sound is also “blacker”, though the overall vibe remains the same. These guys clearly love the genre’s classics from the ’80s and ’90s, as evidenced by their cover of Abigail’s song for “goodbye”, and they perfectly capture the spirit of those times in their music. In fact, the title of the cover perfectly defines Skumstrike’s work itself. So please stand up, raise your hands in the air, make the devil’s sign, and sing together: Satanic Metal Fucking Hell! Satanic Metal Fucking Hell!

- jesusatan




sobota, 29 sierpnia 2026

Recenzja Intubation „Hallucinations”

 

Intubation

„Hallucinations”

Morbid chapel Rec. 2026

Dziś zajmiemy się medycznym przypadkiem halucynacji podczas intubacji, czyli nową EP-ką z Morbid Chapel Records. Panowie pochodzą z Fin, i popełnili wcześniej dwie demówki, które ukazały się najpierw w wersji cyfrowej, a potem na kasecie jako kompilacja. Patrząc na zdjęcie, to chłopaki chyba dopiero skończyli podstawówkę, a na pewno nie osiągnęli jeszcze pełnoletniości. Nie przeszkadza im to w tworzeniu muzyki, która swój rodowód ma w latach młodości ich rodziców. Biorąc pod lupę nazwę zespołu, tytuł i okładkę, nie trzeba być Einsteinem, by domyśleć się, iż jest to śmierć metal. I tu musimy podzielić to wydawnictwo na dwie części. „Hallucinations” to materiał skomplikowany, niezbyt różnorodny, oparty na starych wzorcach, głównie z kraju, z którego młodzież ta pochodzi. Całość otwiera intro, a potem mamy cztery, utrzymane w średnim tempie numery. Całkiem solidne, bez wałkowania w kółko tego samego tematu, osobiście przypominające mi wczesny Convulse, może trochę Funebre albo Abhorrence. Technicznie jest zatem raczej na poziomie podstawowym, choć swoistej melodii kompozycjom tym nie brakuje. A to i jakaś solówka się przewinie, a to harmonie bardziej wpadające w ucho. Podstawą jest tutaj jednak tej oldskulowy klimat, który towarzyszył wczesnym latom gatunku, czyli ma być ciężko, brudno, i ma walić trupem. Słychać w tych dźwiękach nieco młodzieńczej naiwności, ale z drugiej strony oczywistym jest, że piosenki te stworzone i nagrane zostały z pasji. Nie jest to jeszcze żadne mistrzostwo świata, czy też nawet czubek drugoligowej tabeli, ale jak na początki brzmi to naprawdę bardziej niż przyzwoicie. A jak już o brzmieniu, to mamy tu czysty analog, nawet lekko niedopieszczony, co akurat uznaję za wartość dodatnią. Natomiast „Undifferentiated Malignancies”, czyli najnowsza EP-ka, dorzucona do CD na zasadzie bonusa, to lekkie poszerzenie kursu. Lekkie, bo to nadal stary death metal, ale jakby bardziej w Carcass’owym stylu (zwłaszcza „Neurological Brain Carnage”). Jest szybciej, lepiej technicznie, i bardziej melodyjnie, acz brzmienie nadal pozostaje brudne i demówkowe. Trochę więcej też dzieje się na drugiej gitarze w tle, czyli chłopaki jednak uczą się harmonie mieszać, czy też na siebie nakładać. No i ładnie, bo widać, że nie zamknęli się w szklanej kuli, tylko swoje wizje rozwijają. Daje to nadzieję na sprawienie w niedalekiej przyszłości jakiejś małej niespodzianki. Na co szczerze liczę.

- jesusatan




Recenzja TrenchWarfare „Achtung! Destroy the Weak”

 

TrenchWarfare

„Achtung! Destroy the Weak”

Conjuring Records 2026

TrenchWarfare jest tercetem z Teksasu, gdzie zainicjował on swoją działalność w 2015 roku, wydając demo „Perversion Warfare”. Najnowszy krążek „Achtung! Destroy the Weak” jest ich drugim albumem, który ukazał się dziesiątego sierpnia więc maniakom bezkompromisowej napierdalanki, powinien być już znany. Ci, którzy lubują się w war metalowych dźwiękach, powinni wiedzieć, że Amerykanie grają trochę odchudzoną i mniej gęstą wersję tego gatunku. Owszem, jest tutaj szybko i mało melodyjnie, ale brzmienie zbliżone jest nieco do szwedzizny z lat dziewięćdziesiątych, a niektóre riffy mogą przypominać wczesny Morbid Angel. W ogóle granie tej trójki, zalatuje wojennymi rytmami tylko podczas jednostajnych galopad w ekspresowej formie, które nie dają zbyt dużo czasu na wytchnienie. To hipnotyczne ściany sonicznego ataku, które napastują sumiennie i z niezwykłą cierpliwością, drążąc dziurę w mózgu, zamieniając go w papkę. Od czasu do czasu przecinają je odjechane i tym samym mocno popierdolone solówki, bądź nieliczne zwolnienia, w których właśnie mocno słychać maniery rozpowszechnione przez ekipę Trey’a. Do muzyki TrenchWarfare bardziej pasuje określenie black-death, bo i kilka dzikich tremolando można na tym materiale znaleźć, barwa instrumentów oraz zwartość kostkowania odbiega od zwyczajów z Ross Bay, a i ograniczona szybkość, która nie jest zestawiona z nagłymi, rytmicznymi zwolnieniami i zjazdami po gryfie, nie jest gorącym, nuklearnym podmuchem. Nie ma jednak co narzekać, ponieważ panowie Teksańczycy grzeją ostro i zapamiętale, gardząc trendami i świętością wszelaką. Brutalny, bluźnierczy metal, który dewastuje skutecznie. Tylko dla fanów rzezi.

shub niggurath




piątek, 28 sierpnia 2026

Recenzja Bacht’n de Vulle Moane “Verdwazing Der Dwazen”

 

Bacht’n de Vulle Moane

“Verdwazing Der Dwazen”

Into Endless Chaos Rec. / De Pankraker Rec. 2026

No, bardziej finezyjnej i trudniejszej do zapamiętania nazwy to sobie panowie wymyśleć nie mogli. To ja już może skorzystam z dobrodziejstw Internetu, i zapamiętam sobie polskie tłumaczenie: Niech Będzie Błogosławiona Pełnia Księżyca (a no tak, Vulle Moane – Full Moon, ale ja głupi). Prawda, że ładniej? Dobra, ale nazwa nazwą, natomiast postanowiłem napisać kilka słów o debiucie Belgów z konkretnego powodu. Lubię, jak ludzie łączą ze sobą różne, zwłaszcza kontrastujące ze sobą, style. W notce prasowej stoi, że panowie (a jest ich dwóch) grają „experimental elektro black metal”. Już sobie wyobrażałem taneczny black przy akompaniamencie syntezatorów rodem z Perturbator. A tu… chuja prawda! Ale po kolei. Jest tutaj trochę surowego, i to takiego niemal minimalistycznego black metalu. Choćby w pierwszym kawałku. Jest też sporo elektroniki, acz bardziej na zasadzie elektro-goth niż techno napierdalawy. Ale jest sporo grania praktycznie punkowego. Z tym, że ubranego właśnie w klawiszowe szaty, skocznego na bardzo prosty, prymitywny sposób. Są na tym krążku też elementy czysto ambientowe, jak choćby pod koniec wspomnianego otwieracza. Im dalej jednak idąc w las, bardziej zastanawiam się, gdzie tu ten jebany black metal? Że wokale trochę na podobę? Że czasem zajedzie mechaniczną kanonadą na automat perkusyjny mogącą (przy odrobinie fantazji) kojarzyć się z Mysticum? Albo że pojawią się, na zasadzie ściany dźwięku w tle, surowe, niżej strojone gitary? No, kurwa, nie! Tym bardziej, że i tym składowym towarzyszy bezustannie albo wspomniany elektro goth, albo pełna elektronika. A jak komuś jeszcze jest mało, to w ostatnim na liście „Angstenzuur (Ten oorlog tegen de wereld)” wjeżdża totalnie mroczny, powodujący mrowienie na karku industrial. Nie wiem jakie leki biorą Belgowie, nie wiem co u nich zdiagnozowano, ale schizofrenia to zapewne najlżejsza z dolegliwości. Nawalili na „Verdwazing Der Dwazen” teoretycznie randomowych pomysłów, mogących być podstawą do stworzenia kilku oddzielnych projektów zupełnie z innej beczki, ale… Cholera! Podoba mi się to. Bo jest inne, bo jest „jakieś”, bo jest, mimo wszystko, w pewnie sposób spójne. Zatem, jak wspomniałem na wstępie… Jak ktoś lubi pojebane, inne od codzienności granie, i lubi wymienione w tekście gatunki, niech sprawdza. Nie gwarantuję satysfakcji, ale szanse są.

- jesusatan




Recenzja Miscreance „Reminiscence”

 

Miscreance

„Reminiscence”

Season of Mist 2026

Właśnie z nowym albumem wrócili Włoscy specjaliści od technicznego thrashu z małą domieszką deta, czyli Miscreance. Tym razem jest to dziewięć numerów w wymienionym wyżej gatunku, które przede wszystkim czarują partiami solowymi oraz karkołomnymi zapętleniami. To co wyczynia gitarzysta, który kreśli swoje solóweczki, udowadnia, że z pewnością skalę pentatoniczną ma on w paluszku, a artykulację i wyczucie rytmu we krwi. Podobnie rzecz ma się z wirtuozerskimi wygibasami, które zapodają połamane i zakręcone akordy, bo kostkując i zapierdalając na gryfie jeden z członków tej kapeli, niewątpliwie potrafi i to bardzo. Wokalista także umie krzyknąć do mikrofonu i tym samym zaostrzyć ten materiał, przypominając barwą głosu i manierą Martina Van Drunena. No i to tyle, ponieważ reszta kompozycji, to typowe, nieco nużące galopady, trochę rytmicznych riffów w średnim tempie i klika modernistycznych wstawek w towarzystwie dziwnych wokaliz. Te pozostałe elementy w zestawieniu z technicznymi fikołkami, wypadają niestety banalnie i wręcz nudzą swoją normalnością. Jako całość „Reminiscence” jawi się jako płyta, która zmierza donikąd, poza technicznymi umiejętnościami jej twórców, serwując przeciętne granie i muzyczne dłużyzny. Owszem, Włosi starają się jak mogą, aby przełamywać swoje aranżacje i bawić nimi odbiorców, ale nie do końca im to wychodzi, bo w każdym kawałku wpadają w nudne spirale, z których z trudem momentami udaje im się wyjść. Wiele do życzenia pozostaje również produkcja tego krążka, która jest oczywiście selektywna, lecz brakuje jej mięsa, co spłaszczyło tony i spowodowało, że instrumenty brzmią nazbyt plastikowo. Pewnie miało być ostro i siarczyście, a wyszło dość sztucznie. Cóż, jeśli szukacie kolejnej kapeli, nawiązującej do Atheist, Pestilence czy Sadus i nie przeszkadza wam kolejne oraz niezbyt porywające ich wcielenie to bierzcie. Reszta może sobie odpuścić.

shub niggurath




czwartek, 27 sierpnia 2026

Recenzja Magic Cross „Magic Cross”

 

Magic Cross

„Magic Cross”

Caligari Rec. 2026

Jak tylko zobaczyłem fotkę promocyjną Magic Cross, wiedziałem, że muszę tego posłuchać. Hellhammer w dresie, Inspektor Gadget, kolo z wąsem na Adolfa, i gruby pokazujący faka, stojący w jakimś minikraterze (zapewne przed chwilą podskoczył). Dobra, żarty żartami, pośmiać się można (sam się z siebie często narywam), ale pod względem muzycznym to już powodu do żartów nie ma. Chłopaki zawiązali się nieco ponad dwa lata temu, i właśnie wypuszczają swoje debiutanckie demo, zawierające cztery kawałki punkowego black metalu. Czyli coś totalnie dla mnie. Kompletnie nieodkrywczego, nieskomplikowanego, do potupania nóżką. Wiadomo, że oba wymienione gatunki pasują do siebie jak pieprz i sól, i jeśli tylko czuje się przysłowiowego bluesa, można na podstawie starych i sprawdzonych wzorców kombinować, czy tez raczej dokonywać wariacji, w nieskończoność. Tempo tych czterech piosenek jest raczej średnie, idealne do wspomnianego przytupywania, jeśli zmieniające się na szybsze, to co najwyżej do d-beatu. Brzmienie jest piwniczne, osadzone w mocno prymitywnym tonie, i idealnie pasuje do gitarowych harmonii, mogących kojarzyć się po trochu z Darkthrone, a nawet Celtic Frost, po trochu z GG Allinem (u którego przecież też grał kolo z wąsem, a nawet w jakimś niemieckim hełmie, czy cuś) i tym podobnym brudem. W każdym bądź razie, głębszego dna w tych numerach raczej nie znajdziemy. Wokale to tradycyjny, drugofalowy krzyk, i w zasadzie tutaj sprawa się dopina. Bo nie wiem czy jest sens pisania czegokolwiek więcej. Jak ktoś lubi choćby fiński Qwälen (by nie rzucać nazwami klasyków), to Magic Cross jest dla niego. Bardzo dobre demo, kompletnie nic nie wnoszące do kanonu gatunku, sprawiające za to kupę radochy.

- jesusatan




Recenzja Rahaty „Bestial Lustmord”

 

Rahaty

„Bestial Lustmord”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Rahaty to kapela z Białorusi, za którą stoi muzyk, odpowiadający za inny projekt, a mianowicie Pa Vesh En. Jak wiadomo pod macierzystym szyldem, tworzy czarcią surowiznę, natomiast tutaj robi coś podobnego, tyle że w death metalowym tonie. To co płynie z głośników, po włączeniu tego debiutanckiego albumu od Rahaty, to tony gruzu, piachu i żużlu, bowiem w przypadku „Bestial Lustmord” mamy do czynienia z brudnym, jaskiniowym deciorem, który pozwala sobie na wiele, choć nie nawiązuje do standardowego grania w tym stylu. Jest to brutalna i bluźniercza odmiana death metalu, która wypełzła z piekielnych czeluści. Bez zażenowania raczy ona siermiężnymi riffami, zgrzytliwymi tremolo i chorobliwymi sprzężeniami. Ten białoruski twórca wygenerował swoje szataństwo za pomocą gitar o chropowatym brzmieniu i sękatej sekcji rytmicznej, a wszystko w odpowiednio gęstej i ciężkiej tonacji, którą wspomagają wulgarne growle i schizofreniczne wrzaski. Całość płynie głównie w średnim tempie, ale okresowo potrafi także przyspieszyć, uderzając w nieco chaotyczne kostkowanie. Jednakże fundamentem tego materiału są, hipnotyzujące swą jednostajnością akordy, pomiędzy które wpleciono sporo pogmatwanych zagrywek. Rahaty nie umizgując się do nikogo, spuszcza wpierdol i sieję bezbożną zarazę. Każde szarpnięcie strun, każde uderzenie w bębny oraz dźwięki wydobywające się z gardła tego gościa, przesiąknięte są zgnilizną i śmiercią, która tu bezwstydnie przechadza się z Szatanem pod rękę, kreując zepsutą do cna atmosferę. Album, który jest wyrazem skrajnej obsceniczności i zbezczeszczenia. Wypełniony szaleństwem i potwornościami, udowadnia, że podziemna młócka ma się dobrze i chce pozostać ze swoimi, chorymi odchyleniami tam, gdzie się znajduje, uskuteczniając swój gorący i rytmiczny podmuch dla nielicznych. Na moje gumowe ucho mocno tu zalatuje Ritual Death i jedynką Akolyth, tyle, że w zwartej i dociążonej formie. Makabryczna muzyka, którą polecić trzeba, aby ta diabelska dżuma rozlała się jak najszerzej. Jak dla mnie, majstersztyk, po którym nie mogłem się długo otrząsnąć.

shub niggurath


https://sentientruin.bandcamp.com/album/bestial-lustmord