niedziela, 19 lipca 2026

Recenzja Altarage „Cogwheel”

 

Altarage

„Cogwheel”

Sentient Riun Laboratories 2026

Altarage po „Succumb” jakoś kompletnie zniknął mi z radaru. Z zaskoczeniem zatem przyjąłem fakt, iż Hiszpanie od tamtego czasu nagrali już dwie duże płyty, i właśnie wydają trzecią. Jako iż ich stylistyka onegdaj przypadała mi do gustu, z chęcią sprawdziłem, co się u nich dzieje. A dzieje się… w zasadzie to samo co zwykle. Gruz, smoła i kilotony betonu. Ale po kolei. „Cogwheel” już na początku mnie odstraszył. Licznik wskazał bowiem czas trwania płyty na niemal siedemdziesiąt pięć minut. Czy przy owej estetyce nie jest to aby zbyt wiele? Pocieszałem się, że przecież Mitochondrion nagrali album jeszcze dłuższy, a wszedł mi jak drzazga w tyłek. Jest jednak takie powiedzenie „Gdzie Rzym, a gdzie Krym”, które się w tym przypadku idealnie sprawdza. Mitochondrion należą do zespołów wybitnych. Altarage jedynie do dobrych (chwilami nawet bardzo dobrych) wyrobników. Nowy materiał niewiele wnosi do stylistyki, którą każdy fan zespołu doskonale zna. Większość kompozycji, tym razem zazwyczaj dziesięciominutowych, i dłuższych, opiera się na zapętlonym mieleniu o ciężarze tankowca, z charakterystycznymi dla zespołu Portalowymi przyspieszeniami. Linie gitar także na wskroś wskazują na inspiracje z Antypodów. Co prawda przerobione na styl własny, ale też, ponownie, niczym nie zaskakujące. Można powiedzieć, że Altarage są niezwykle konsekwentni w swoim działaniu, bo prą w obrany na horyzoncie punkt z uporem maniaka. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych, niestety w tym dla mnie, wada. Mam wrażenie, że zespół zaczął się powtarzać i trochę zjadać własny ogon. Gdyby taka „Cogwheel” była albumem debiutanckim, maksymalnie drugim, to pewnie strasznie bym się tymi nagraniami podniecał. W zaistniałej sytuacji, dwukrotne przesłuchanie tych piosenek w zupełności mi wystarcza. Żeby jednak być sprawiedliwym, nadmienić muszę, dwie rzeczy. Materiał ten faktycznie ma gęstą niczym lawa atmosferę. Jest mroczny, niebanalnie ciężki i przytłaczający. Rzecz druga, że Hiszpanie w pewnym momencie jednak skusili się na drobne urozmaicenie, a mam konkretnie na myśli „Ichor”, kawałek z czystymi wokalami, trochę bardziej rozbudowany, z ciekawszymi teksturami. To jednak zbyt mało by mnie do siebie przekonać. No chyba, że całość trwałaby, powiedzmy, czterdzieści minut. Po tym czasie bezceremonialnie bowiem wkrada się tu nuda, zwłaszcza przy ambientowych „zapchajdziurach”. Jeśli macie na półce wszystkie wydawnictwa Altarage, to pewnie i to sobie przytulicie. Mi pierwsze cztery w zupełności wystarczą, a i tak najczęściej wracam do debiutu. „Cogwheel” to płyta dobra, ale z wyraźnymi wadami.

- jesusatan




Recenzja Serpent Lord „The OnceForgotten Ways of Old”

 

Serpent Lord

„The OnceForgotten Ways of Old”

Eisenwald 2026

Serpent Lord jest projektem gościa z Uada, który zdaje się być tam muzykiem napędowym. Pod „wężowym” szyldem pogrywa już od 2003 roku, ale na początku zarejestrował trzy demosy i dał sobie siana. Teraz wraca po ponad dwudziestu latach z albumem debiutanckim, który zawiera sześć utworów, utrzymanych w black metalowym tonie.To chwytliwa diabelszczyzna, której atmosferyczność mocno pachnie klimatami fantasy. Zresztą sam twórca w cosplay potrafi doskonale, wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Cóż, rządzi tutaj mistyczna aura, która niesie ze sobą sporo melodyjek, jawiących mi się jako greckie lub są one mocno do nich zbliżone, ale Serpent Lord potrafi także trochę przysolić. Weźmy na przykład drugi utwór „Constrictor”, toż to czysta i nieprzychylna wszystkiemu co żyje norweszczyzna, która powraca w piątym wałku „A Pagan-s Spell”. W tych kompozycjach pachnie siarką, że aż strach. Reszta „The OnceForgotten Ways of Old” to już raczej klimatyczne granie, z którego wieje tajemniczością i rytualizmem w stylu trochę jak z Lovecraft’a. Odrobinę epicko, ociupinkę nastrojowo i chwilami wręcz bajkowo. Płynie to w średnich tempach, zapodając blasty i magiczne bujanki, lecz od monumentalnych podniosłości także nie stroni. Black metal typowy dla Stanów Zjednoczonych, wszystkiego w nim po trochu, ale nie mogąc się zdecydować na konkretny kierunek, wyszło jak to zwykle bywa za wielką wodą. Miło, melodyjnie i mało diabolicznie, a jest sztampowo i filmowo. Ja zostawiłbym wspomniane wcześniej dwa kawałki, a resztę wyrzucił, ale wtedy to musiałby być to singiel, a nie pełny metraż.

shub niggurath




sobota, 18 lipca 2026

Recenzja Chamber of Unlight „Avernus”v

 

Chamber of Unlight

„Avernus”

Werewolf Rec. 2026

Debiutancki album Chamber of Unlight przedstawiałem wam niespełna pięć lat temu. Pamiętam, że mimo swojej „wtórności” strasznie przypadł mi do gustu i przesłuchałem go wielokrotnie, a potem jeszcze nie raz do „Realm of the Night” wracałem. Coś czuję, że podobnie będzie z nowym materiałem Finów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja młotka. Bo to jest zajebisty, staroszkolny symfoniczny black metal zagrany z prawdziwą pasją i wyczuciem. W zasadzie mamy tutaj wszystko to, co czyniło ten gatunek wielkim w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Chwytające za serce melodie (bynajmniej nie przesłodzone, tylko pokryte północnym szronem), drapieżne riffy, klawiszowe tła w klimacie Emperor, solidne, klasyczne wokale i, przede wszystkim, ten niepowtarzalny, chłodny nastrój. W samej muzyce nie ma co doszukiwać się czegokolwiek nowego. Z drugiej strony nie jest to też bezmyślne kopiowanie. Panowie po prostu nasiąknęli klasyką na tyle, że pomysły rodzą im się same, dzięki czemu otrzymujemy materiał godnych spadkobierców nauk mistrzów wybitnych. Czuć w tych nagraniach klimat, który towarzyszył czasom największej eskalacji rzeczonego odłamu, i mam tu na myśli okres wcześniejszy, zanim prawdziwie czarny metal zaczął blaknąć niczym sprana koszulka. Na „Avernus” jest jad, są nastrojowe momenty, przy których w oczach stają pokryte śniegiem szczyty gór, są nawiązania do wspomnianych Norwegów (zdecydowanie najwięcej do „In the Nightside Eclipse”). Nie ma natomiast tandety, i nie ma nudy, bo materiał ten praktycznie sam się odpala ponownie gdy wybrzmi ostatnia nutka. I w zasadzie nie ma się co rozpisywać, bo to jedna z tych płyt, o której nie warto opowiadać, za to warto posłuchać. Co też czyńcie, zwłaszcza jeśli macie na półce wymieniony w tekście album z niebieską okładką przedstawiającą zamek wśród gór i lasów.

- jesusatan




czwartek, 16 lipca 2026

Recenzja Hexorcist „Crucificial Imprecations”

 

Hexorcist

„Crucificial Imprecations”

Invictus Rec. / Godz ov War 2026

Troszkę wody w rzece upłynęło od chwili wydania bardzo dobrego debiutu Amerykanów. Z drugiej strony, te pięć lat minęło jak z chuja strzelił, i oto mamy następcę „Evil Reaping Death”. W międzyczasie zespół przepoczwarzył się personalnie, a konkretnie na wokalach pojawił się Gienek Palubicki, choć zastanawiam się dlaczego pod nazwiskiem własnym, a nie jako Hexorcist V. Myślę, że poniekąd magia nazwiska miała na celu zwiększenie zainteresowania zespołem, zwłaszcza że ten zasłużonej atencji chyba nie osiągnął. No ale przejdźmy do meritum. Hexorcist to twór, który mocno czerpie ze spuścizny Morbid Angel, o czym zresztą wspomniałem przedstawiając wam ich wcześniejsze materiały. „Crucificial Imprecations” jest prostolinijną kontynuacją stylu opartego na wspomnianych stylu. Zaznaczam, że mówimy o rozwijaniu pewnego wzorca, a nie bezpośrednim kopiowaniu, tym bardziej, że na „dwójce” sposób interpretacji własnej znanych klasyków został odrobinę urozmaicony. Poza oczywistymi konotacjami melodycznymi z ekipą Treya i spółki, na nowych nagraniach pojawia się więcej solówek mocniej kojarzących się z Nocturnus. Acz z drugiej strony nie wiem, czy to wrażenie nie jest u mnie spowodowane faktem, iż kilka dni temu odszedł od nas pan Browning, a przy tej okazji jego dyskografię sobie odświeżałem. Drugą sprawą jest brzmienie. Jakby bardziej surowe w porównaniu do debiutu. Nie powiem, że demówkowe, ale noszące takie znamiona. W każdym razie stuprocentowo organiczne, z celowymi chyba drobnymi niedociągnięciami. Pod względem muzyki sprawa jest raczej wiadoma. Zastanawiam się tylko, czy dokooptowany na wokal Gene miał jakiś, choćby drobny wpływ na ostateczny wpływ kompozycji. Osobiście stawiałbym na „tak”, bo „Crucificial Imprecations” ma w sobie też drobne zalążki Angelcorpse, albo może bardziej Perdition temple, czyli stylu będącego wypadkową obu klasycznych ekip. Album ten nie należy do odkrywczych, bardziej odkrywkowych. Nie umniejsza to bynajmniej jego jakości. Moim zdaniem Hexorcist to jedni z najbardziej utalentowanych spadkobierców tego, co zrodziło się na Florydzie jakieś czterdzieści lat temu. Jeśli czerpać od najlepszych, do dokładnie w takim stylu jak oni. A konsekwencję obranego przez zespół stylu widać w tym przypadku nawet po okładce. I to chyba wystarczy za cały komentarz do tej płyty. Bo nad czym się tu niby rozwodzić?

- jesusatan




Recenzja Arkona „Age of Capricorn”

 

Arkona

„Age of Capricorn” (re-issue)

Mara Prod. 2026

To nie pierwsza reedycja Arkony popełniona przez tą wytwórnię. Teraz na tapetę Mara wzięła sobie siódmy album tej kapeli, czyli „Age of Capricorn”. Co by tu nie napisać o tej płycie, to i tak Ameryki się nie odkryje, bo większość ludzi przecież zna ten zespół, a muzykuje on już od 1993 roku. Dla tych co nie słyszeli tego materiału, a są bardzo ciekawi jak on leci, to trzeba powiedzieć, że jest to black metal, który dość dynamicznie prze do przodu, ale nie tylko dzięki intensywnym kanonadom zawdzięcza on swoją siłę. Płynie ona również z dobitnie ustawionego brzmienia, które podbija dobrze naoliwiona sekcja rytmiczna. Black metal na tym krążku to także świetne wokale, które wydobywa ze swojego gardła, ówcześnie nowy śpiewak w Arkonie Dariusz Rauer oraz klawisze. Syntezatory z kolei na „Age of Capricorn” stoją delikatnie w odwodzie w stosunku do poprzednich produkcji. Użyte są oszczędniej, ale nie straciły swojego znaczenia w muzyce grupy. Jednakże ich mniejsza ekspozycja oddaliła nieco black metal Arkony od symfonicznych rejonów w stylu Dimmu Borgir, do których wcześniej zaczynała się ta brygada niebezpiecznie zbliżać. To odrobinę melancholijny, ale też mroczny bleczur, który dostarcza wielu emocji, ponieważ melodie i riffy użyte przy jego komponowaniu są niebywale sugestywne. To bogata w zamaszyste dźwięki pozycja, która spodoba się przede wszystkim fanom okołosymfonicznej diabelszczyzny, częstującej zarówno agresywnymi blastami, nastrojowymi, średnimi tempami i przestrzennymi pasażami. Black metal skonstruowany w sposób profesjonalny, odrobinę ocierający się o mainstream, ale jego specyficzny, ciężki klimat skutecznie go od popularyzacji ratuje. Pierwotnie wydany w 2019 roku, podobnie jak ostatnie wznowienie Besatt, po siedmiu latach udowadnia, że nie stracił daty ważności.

shub niggurath




Recenzja Scordatura „Led Into Oblivion”

 

Scordatura

„Led Into Oblivion”

Everlasting Spew Rec. 2026

Z nazwą Scordatura spotykam się po raz pierwszy, a panowie rzeźbią swoje już niemal dwadzieścia lat. W międzyczasie dorobili się trzech dużych płyt i kilku demówek. Sześciu, żeby być dokładnym. Nowy, czwarty, krążek wypuściła chwile temu włoska Everlasting Spew Records, więc postanowiłem sprawdzić, czy dotychczas zespół nie miał najzwyczajniej szczęścia do wydawców, czy po prostu prezentuje lipę. Jako iż album trwa niecałe pół godzinki, po dwóch okrążeniach wszystko było jasne. Zacznijmy od tego, że Szkoci rzeźbią w mniej przeze mnie uczęszczanym odłamie death metalu. Bo ja najbardziej lubię albo prosto i klasycznie, albo po gruzowemu. Tutaj mamy brutalniejszy odcień śmierci z zacięciem technicznym. Spodziewać się zatem możecie raczej podkręconego tempa, z częstym wejściem w blasty, pokręconych harmonii i połamanych chwytów. Nierzadko linia melodyczna zmienia się tutaj kilka razy na przestrzeni jednego tylko utworu, i to najczęściej mnie w tym odłamie wkurwia. Bo jest robione na pałę, tak jakby ktoś miał dostać sraczki, jeśli za chwilę nie poprzebiera paluchami po gryfie i czegoś nie odwróci. Scordatura o dziwo bardzo zgrabnie radzą sobie z moim problemem. Ich pomysły nie są upchnięte z buta do podróżnej walizki, lecz całkiem logicznie poukładane tak, by jedno wynikało z drugiego, bez potrzebnych przeskoków czy odskoków w bok. Nawet zwolnienia, jakże typowe dla tych wszystkich techniczno – brutalnych onanistów są na tym krążku mniej przewidywalne i faktycznie mocno przyciskające do gleby. W gąszczu pomysłów można wyłowić tu chwilami inspiracje Morbid Angel, Dying Fetus, Cryptopsy czy Dyscarnate (choć ci ostatni tak na dobrą sprawę nagrali tylko jeden wyjątkowo udany krążek).  Rzecz w tym, że oprócz brutalizy i rzygania robalami, można tutaj usłyszeć małą garść niezłych, chwytliwych pomysłów. Żeby nie było wyłącznie różowo, to album ten ma też składowe, które mi się nie podobają, jak choćby wkurwiające sprzężeniowe riffy, które spokojnie można by sobie odpuścić. Jest też kilka melodii oklepanych w chuj, na zasadzie klasycznej patatajni, czy pędzenia donikąd. To jednak zdecydowana mniejszość, bo „Led into Oblivion” jako całość to konkretny, i dobry materiał. Mocarnie brzmi, nie tak sterylnie jak kapele nagrywające na sali operacyjnej, nie nudzi, i nie ma na nim powielanych w kółko schematów. Dla fanów gatunku będzie to prawdziwa uczta. A i ci (mówię sądząc po sobie), którzy za podobnym graniem na co dzień nie szaleją, znajdą tutaj coś dla siebie. Nie wiem, czy wrócę kiedyś do tych nagrań, ale na żywo bym sobie chłopaków zobaczył, bo mógłby być niezły rozpierdol.

- jesusatan




wtorek, 14 lipca 2026

Recenzja Ceremonial Worship „Between Sleep and Death”

 

Ceremonial Worship

„Between Sleep and Death”

Eternal Death 2026

 


Ceremonial Worship po czterech latach wracają ze swoim trzecim krążkiem. Zespół pochodzi z Grecji i gra black metal. Myli się jednak, kto z góry założy, że to kolejni uczniowie Rotting Christ czy Varathron. Wydźwięk kompozycji zawartych na „Between Sleep and Death” jest zdecydowanie bardziej skandynawski. Owszem, da się tutaj wyczuć elementy towarzyszące śródziemnomorskiemu odłamowi gatunku, lecz stanowią one zaledwie promil całości, tonący w morzu inspiracji płynących ze wspomnianego półwyspu. Swoją  twórczość zespół (choć właściwie jest to raczej twór indywidualny niejakiego Spirosa, aka High Priest C.W.’a) opiera na dość melodyjnych harmoniach, mogących kojarzyć się chwilami ze szkołą fińską, w innych momentach ze szwedzka, a nawet norweską. Nie jest to granie surowe, co nie znaczy, że brak tu ostrych akordów. One jak najbardziej występują, nawet stanowią jeden z głównych składników rzeczonego krążka. Rzecz w tym, że brzmienie jest tutaj klasycznie drugofalowe z połowy lat dziewięćdziesiątych. Czyli nie Darkthrone, a raczej Emperor, czy Satyricon. Zresztą myślę, że wiecie co mam na myśli. Co do samych numerów, to trzeba przyznać, że przez te cztery lata muzyk bynajmniej nie spał, tylko sukcesywnie swój styl przekazu rozwijał. Nie mówię, że szukał nowych ścieżek, czy eksperymentów, mam na myśli bardziej poziom kompozytorski. Te numery faktycznie wpadają w ucho, i to zdecydowanie głębiej niż dotychczas. Taki „Where the Shadow Awakes” (ale spokojnie, nie chodzi o „naszego” Shadowa) wbija się w głowę bardzo głęboko, a będąca kręgosłupem tego kawałka melodia wybrzmiewa pod czachą jeszcze długo potem, jak płyta się kończy. Z drugiej strony, żebyśmy się nie zrozumieli źle. Pan Grek nie przesadza ze słodkościami. Czuć w tej muzyce ziąb, nawet jeśli nie jest to zima stulecia. Oczywiście jest to, jak już zresztą wspomniałem, bardziej płyta-hołd niż jakiekolwiek nowatorstwo. Płyta jakich wiele, można powiedzieć. I sporo w tym racji, bo nie wróżę Ceremonial Worship zawojowania świata tym materiałem. Z drugiej strony, niczego mu nie brakuje. Wokale są zadziorne, utwory solidnie poskładane na stary styl, brzmi to dobrze, nie nudzi… Jeśli ktoś ma chwile czasu na nową płytę z jadowicie melodyjnym czarcim metalem, to niechaj to chwyta. Myślę, ze mimo wszystko warto sobie z „Between Sleep and Death” zrobić z dwie rundki, bo to najbardziej dojrzały i najlepszy krążek, jaki wyszedł pod tym szyldem. Jeśli jednak sobie odpuścicie, to życia nie przegracie.

- jesusatan