piątek, 15 maja 2026

Recenzja Bloodsoaked Necrovoid „Bloodsoaked Necrovoid”

 

Bloodsoaked Necrovoid

„Bloodsoaked Necrovoid”

Iron Bonehead 2026

Przez chwilę nie było u nas nic o Bloodsoaked Necrovoid. Ale nie dlatego, że się na nich pogniewaliśmy. Zespół kilka lat po prostu milczał, a zawirowania personalne sprawiły, że lider przeniósł się do Hiszpanii, gdzie dokoptował sobie do składu dwóch nowych  muzyków (zresztą żadnych żółtodziobów, ale nie będę tu rzucał nazwami). W tak odświeżonej formie powstała dwuutoworowa EP-ka, zatytułowana po prostu „Bloodsoaked Necrovoid”. Sprawne oko skauta zapewne wyłapie na okładce, iż przeobrażeniu uległo też logo. Czy poszły za tym także zmiany muzyczne? I tak, i nie. Przede wszystkim, Bloodsoaked Necrovoid to nadal totalna duchota. Zarówno pod względem brzmienia, które bardziej przypomina krawędź krateru, gdzie przy ekshalacjach wulkanicznych ciężko oddychać, ale i samych… melodii? Tak, proszę państwa. O ile dotychczas Bloodsoaked Necrovoid był zbitą bryłą lawy, wszechogarniającym, wciągającym niczym czarna dziura mrokiem, to na nowych nagraniach pojawiło się nieco więcej przestrzeni, klimatu i melodii właśnie. Spieszę natychmiast uspokoić, iż owa transformacja nie jest tych z gatunku rewolucyjnych. Słychać jednak, że zespół nie stanął w miejscu, nabrał sił, i kontynuuje rozbudowywanie swojego własnego stylu. Oczywiście w niszy, którą sobie pan Kostarykańczyk wybrał, ciężko o wielkie eksperymenty. Te dwie kompozycje dowodzą jednak, iż można ewoluować bez odcinania się od własnych korzeni. Zarówno „Pouring Irreversible Agonical Openings”, jak i „The Kindling Within Blackness, Quickening” to kompozycje raczej wolne (z chwilowym jedynie przyspieszeniem w tym drugim kawałku), przepełnione odorem grobowca, i powodujące uczucie zimnego oddechu śmierci na karku. To nadal najwyższej jakości amalgamat death / doom metalowy o klasycznym wydźwięku, posypany wywrotką gruzu i zalany cysterną gęstniejącego betonu. Zakopany zapewne głęboko pod jakąś kryptą, bowiem wokalnie mamy tutaj, po raz kolejny zresztą, wołanie zza światów o charczącym tonie topielca. Nie wiem, czy ta EP-ka sugeruje kierunek, w którym Bloodsoaked Necrovoid skierują się na kolejnej płycie, ale osobiście nie miał bym nic przeciwko. Materiał obowiązkowy do sprawdzenia. Na chwile obecną w postaci kasety, ale jak ktoś woli, to wkrótce pojawić się ma także winylowa siódemka.

- jesusatan




Recenzja Piołun „Exolvuntur”

 

Piołun

„Exolvuntur”

Malignant Voices 2026

Lubię od czasu do czasu zjeść coś gorzkiego, a że to ziele pomaga na niestrawność i wspomaga wątrobę, to tym bardziej byłem ciekawyjak smakuje Piołun z Lublina. Czy najnowsza, druga płyta tej kapeli równie dobrze działa na organizm jak jego roślinny odpowiednik? Ano, wszystko zależy od dawki, bo jak wiadomo zioła tego nie należy stosować zbyt długo, bo staje się trujące i tak też jest w przypadku „Exolvuntur”. Dlaczego materiał ten jest szkodliwy dla zdrowia? Dlatego, że wchodzi bez popitki od samego początku, bo to bardzo nośny, łatwo wkręcający się black metal, który po dłuższym z nim obcowaniu, szybko się nudzi, ale jak wspomniałem wcześniej, wszystko zależy od ostrożnego dozowania. Jeśli już dobierzemy odpowiednią miarkę i będziemy oszczędnie porcjować „Exolvuntur” to starczy na kupę czasu i to bez wpływu na zdrowie. Poza instrukcją obsługi należy stwierdzić, że to typowy, polski bleczur, lecz nic w tym złego. Posiada bardzo dobre brzmienie. Zimne tremolo zmiksowane z tradycyjnym kostkowaniem. Gitary świetnie zagęszczone przez dźwięczne linie basu i ciepło bijącą perkusję. Całość generuje dość chwytliwą muzę, o nostalgicznych i zalatujących naszym rodzimym romantyzmem melodiach. Nie oznacza to jednak, że Piołun nie potrafi przykurwić, a robi to znienacka, przechodząc w szybsze tempo, racząc siarczystymi uderzeniami w struny. Niekiedy hipnotyczne riffy w średniej agogice przełamuje harmonijnymi bujankami, bądź mozolnymi zwolnieniami, a i gustownie kompozycję zakończyć potrafi, jeśli nie niszczącą kanonadą to klimatycznym wyhamowaniem. Wszystkiemu towarzyszą rzecz jasna niezłe wokalizy, które swą barwą w punkt dodają ostrości tej płycie. Za ich pomocą gość przy mikrofonie w szorstkim stylu wypluwa z siebie teksty w języku krajowym, co podbija atrakcyjność tego wydawnictwa, ponieważ teksty jak ich artykulacja idealnie pasują do warstwy muzycznej. Za lirykę należy się duży plus, gdyż słowa są inteligentnie napisane i nie do końca oczywiste. Całkiem niezły black metal wysmażyli Lublinianie, który pomimo zróżnicowanego tempa i kostkowania, leci płynnie, sypiąc szronem i biczując boleśnie. Polecam, ale zalecam stosować się do instrukcji, bo o przedawkowanie w tym przypadku nie jest trudno.

shub niggurath




środa, 13 maja 2026

Recenzja Moros „Cemetery Hallucinations”

 

Moros

„Cemetery Hallucinations”

Morbid Chapel 2026

No to jeszcze jedna nowinka z Morbid Chapel, tym razem w postaci amerykańskiego Moros. Spójrzcie na logo? Co widzicie? Bo mi się skojarzenia z Coffins nasuwają momentalnie. I szybko się okazuje, że nie bezpodstawnie. Panowie gniotą death / doom, przy czym słowo „gniotą” jest tutaj jak najbardziej zamierzone. „Cemetery Hallucinations” to osiem dość siermiężnych kawałków, budowanych na rytmicznym kostkowaniu, przy którym, jak to się klasycznie mówi, nóżka chodzi, główka buja. Ciężar akordów jest tutaj nieprzeciętny, i w pełni rekompensuje jakiekolwiek udziwnienia techniczne, czy wielostrukturowe aranże. Moros prą przed siebie niczym TBM, krusząc wszystko, co stanie im na drodze. Zresztą, kiedy zamknie się oczy, to można sobie wyobrazić, jak każdy muzyk stara się wręcz unicestwić swój instrument, uderzając w niego ciężkim, tępym narzędziem. Sporo robi w tym przypadku klasyczny, sludge’owy sznyt, którym nagrania te są przesiąknięte do szpiku. W nieco szybszych partiach z kolei zdecydowanie bardziej cuchnie tu death metalem, i to chyba głównie takim spod znaku Asphyxopodobnego, a chwilami nawet podchodzącym z lekka pod Bolt Thrower, choć ze zdecydowanie mniejszym natężeniem melodii. Bardziej z krajowego podwórka, poniekąd dobrym porównaniem byłby też Abhorrent Funeral, z zastrzeżeniem, że Moros nie zapędzają się w szybsze, punkowe obszary. Nie, chłopaki mielą na drugim biegu i ani im w głowie wrzucanie „trójki”. Nie znaczy to, że „Cemetery Hallucinations” jest płytą nudną. Wręcz przeciwnie. Konsekwencja, z jaką panowie suną przed siebie wciąga niczym bagno, i ani przez chwilę nie chce się wcisnąć „stop”. Bo w tym z góry ustalonym tempie potrafią mocno różnicować harmonie, serwować różne melodie, i rozgniatać, rozdeptywać i miażdżyć. Wokalnie udziwnień tu nie ma. Jest głęboki jak studnia babci growl, wypluwający z siebie wersety w tożsamym muzyce tempie. Wszystko ubrano w ciężkie szaty, nisko dostrojono, i odpowiednio zagęszczono, tak, że siekierę można powiesić. Czy coś zatem jeszcze komuś trzeba tłumaczyć? Moros to ołowiany kolos, który każdego niewtajemniczonego w annały death / doomowe ćwoka odstraszy pojedynczym warknięciem. A każdego mu przychylnego przytuli, i będzie mruczał, mruczał, aż gałki same wypłyną z oczodołów. Masywna rzecz.

- jesusatan




Recenzja Ivoire „Uragano”

 

Ivoire

„Uragano”

Independent 2026

Ivoire jest kapelą z Włoch, która właśnie wydaje swój debiutancki album. Nie są chyba szerzej znani, bo żadnych, bliższych informacji o nich nie znalazłem, ale też zbyt głęboko nie szukałem. Mniejsza z tym. Panowie grają przytłaczającą fuzję black i sludge metalu, do której dokładają sporo elementów znanych z ujęć typu „post”. Zatem obok zwyczajowego kostkowania dla wszystkich odłamów metalu, dzięki „Uregano” dostajemy również pokaźną ilość atmosferycznych pasaży, które zsyłają gęste pokłady melancholii, a ich głęboki i przytłaczający wymiar może wpędzać w stupor tudzież trans. Reszta muzyki to leniwe i dość ciężkie riffy, które płyną zwolna niekiedy przyspieszając, częstując małymi wybuchami energii, nagromadzonej cierpliwie przez duszne gitarowe pływy. Te masywne i klimatyczne akordy poruszają się w towarzystwie kontemplacyjnych tremolo i posępnych wokali, które wspomagane są przez syntezatorowe tła, dźwięki pianina czy saksofonu, co kreuje introspektywną aurę, o niestabilnej osobowości. Siedem utworów, które serwują nieustanną huśtawkę emocji, wahających się między depresją i totalnym spadkiem energii, a maniakalnym, dźwiękowym wirowaniem, które bynajmniej wygodne w słuchaniu nie jest. To uwierająca i bardzo intensywna muzyka, która pomimo swego niby spokojnego charakteru posiada znaczne oddziaływanie, przygniatając wypełnioną mrokiem i ciągłym napięciem atmosferą. Odmiana metalu nie dla każdego, a jeśli już, to nie na każdą chwilę, bo trzeba być naprawdę w podłym nastroju, aby znieść te siedem kawałków jednym ciurkiem. Najciekawszym wydaje się pierwszy „Le Catene dell’Estro”, który mocno przypomina wczesne dokonania Beyond Dawn, ale przez kolejne także warto przejść.

shub niggurath




Recenzja Varathron “Precreation of the Unaltered Evil”

 

Varathron

“Precreation of the Unaltered Evil”

WolfKult Religion 2026 (re-issue)

Niezmiernie cenię sobie takie małe wytwórnie, jak choćby holenderska WolfKult Religion. Przede wszystkim dlatego, że w dzisiejszym, skomercjalizowanym świecie, wydają materiały kompletnie niszowe, w ściśle limitowanej ilości, bez oglądania się na zyski i straty. Label ten istnieje zaledwie od trzech lat, a jego nakładem ukazało się już niemal siedemdziesiąt pozycji, w większości w formacie kasetowym, lub „siódemek”, zawierających albo kompletnie nieznane światu nowe kapele hołdujące starej szkole i czasom archaicznym, albo wydawnictwa klasyków podziemia, jak choćby Nunslaughter, Acheron, czy właśnie, dziś, Varathron. Nie wiem w sumie, czy komukolwiek trzeba przedstawiać ten materiał. To debiutanckie demo Greków, które było kamieniem milowym przy tworzeniu greckiego brzmienia i greckiego odłamu black metalu. To tylko dwa kawałki, trwające razem niecałe dziesięć minut. To dziesięć minut zapleśniałej piwnicy, analogowego dźwięku, charakterystycznego stroju gitar i klasycznych dziś, posępnych, grobowych melodii. To zapis sesji, od której wszystko się zaczęło. Klimat tych nagrań jest niesamowity, a wszelkie niedociągnięcia, zarówno czysto muzyczne, jak i „produkcyjne”, są tu ich największa zaletą. Bo przecież wtedy nie chodziło o sprzedaż, sławę, ilość kliknięć na Buniu czy polubień na Insta. To były inne czasy, kiedy black metal dopiero się rodził, a jego serce toczyło krew w takich właśnie maniakach jak Necroabyssious czy Mutilator. Teraz, dzięki innemu maniakowi, możemy do tych dni powrócić, i cieszyć się tymi nagraniami, po raz pierwszy wydanymi w formie osobnej, siedmiocalowej EP-ki. I czy tutaj trzeba jeszcze cokolwiek dodawać? Kult!

- jesusatan




Recenzja Necromantic Worship / The Nameless Shrine Split 7” EP

 

Necromantic Worship / The Nameless Shrine

Split 7” EP

WolfKult Religion 2026

To krótki split, prezentujący po jednym kawałku od każdego z tych dwóch projektów. Obydwie kapele pochodzą z Holandii i parają się okultystycznym black metalem, który jednoznacznie kojarzy się z dokonaniami Varathron, Necromantia czy Mortuary Drape. Pierwszy utwór należy do Necromantic Worship, który muzykuje od jedenastu lat i kilka demosów oraz pełniaka ma już za sobą. Jak dla mnie to typowa „Grecja”, lecąca w średnim tempie, w której pierwsze skrzypce gra sekcja rytmiczna w osobie miękkich beczek i znajomo brzmiącego basu. Towarzyszą im jednostajne riffy, które niekiedy zmieniają kierunek bądź formę, a i typowymi dla tego ujęcia metalu melodiami uraczyć nie zapominają. Rzecz jasna całość podkreślają klawisze i tajemnicze wokale, które co do intencji twórców tej kompozycji, złudzeń nie pozostawiają. Drugą aranżację dostajemy od zupełnie mi nie znanego The Nameless Shrine. To niemalże bliźniacza rzecz, różniąca się brzmieniem gitar i nasyceniem całości w produkcji, przez co jest mniej dynamicznie, ale za to zimniej. Klawisze też jakby bardziej sakralne niż kosmiczne, lecz zamysł i cel ten sam. Necromantic Worship i The Nameless Shrine, to holenderscy przedstawiciele mistycznej diabelszczyzny, o wyraźnie greckich konotacjach. Stylistyka, melodyjność, barwa instrumentów oraz specyficznie intonowane wokalizy nie mogą w żaden sposób budzić wątpliwości. Metafizyczny, grecki black metal na sposób holenderski. Kusi swą satanistyczną atmosferą i czymś jeszcze, co zawsze pozostawało w takim graniu zawoalowane. Fani tajemnicy tkwiącej w okultyzmie, jak i hołdującej jej, twórczości z południa Półwyspu Bałkańskiego, powinni sprawdzić ten split.

shub niggurath

wtorek, 12 maja 2026

Recenzja Apollinarix „Misanthropic Transcendence”

 

Apollinarix

„Misanthropic Transcendence”

Morbid Chapel 2026

Co my tutaj mamy… Krąży w ręku złoty pieniądz… A nie, wróć. Wybrzmiewa w uszach amerykański death metal. Apollinarix pochodzą właśnie zza wielkiej wody, konkretnie z miasta nad słonym jeziorem, a grają tak, jak się u nich na kontynencie gra od dekad. I to na bardzo wysokim poziomie. Co uderza od samego początku, to niezwykle masywne brzmienie. Staroszkolne, lecz bardziej z rodzaju tych stuprocentowo selektywnych, dającym słuchaczowi możliwość dostrzeżenia każdego szczegółu. Zwłaszcza beczki brzmią tutaj mocarnie, a biorąc pod uwagę  naprawdę intensywną momentami pracę człowieka siedzącego za zestawem, będące prawdziwym, dobrze naoliwionym silnikiem tego Hummera. To, że Apollinarix nie są żółtodziobami słychać doskonale. Nie będę wymieniał projektów, w których panowie się udzielali (lub udzielają), bo żadne to supergwiazdy, ale niewątpliwie na poziom doświadczenia muzyków wpłynęły. Nie można powiedzieć, że pod nowym szyldem panowie odkrywają swój kontynent na nowo. Tego się zrobić nie da. Da się natomiast czerpać z klasyki, i składać nuty po swojemu. I to właśnie tutaj znajdziemy. Weźmy sobie na warsztat Deicide, Malevolent Creation, Monstrosity i, powiedzmy, Dying Fetus. Zblendujmy, wybierając co lepszej jakości składniki pod tytułem agresywne riffy wagi ciężkiej, oszczędne solówki, głęboko mruczący growl, kapka chwytliwości, ale bez przesadnej melodyki i… koktajl gotowy? Prawie. Bo Apollinarix, zwłaszcza w drugiej części „Misanthropic Transcendence” dokładają kapkę blackmetalowych tremolo i fragmentów spokojniejszych, bardziej klimatycznych. Z jednaj strony czyni to ich muzykę bardziej zróżnicowaną, z drugiej jednak, bardziej podoba mi się kiedy po prostu napierdalają po staroszkolnemu. Na szczęście tego drugiego jest tu nieporównywalnie więcej, a że kompozycje Jankesów momentami aż kipią energią, i co rusz walą z liścia konkretnym akordem, to i trup ściele się gęsto, i ratunku znikąd nie widać. Zresztą trzeba przyznać, że kalejdoskop tempa jest tutaj naprawdę szeroki, ale czy to powolnie, kafarem, czy na blaście, Apollinarix sztukę zabijania opanowali na poziomie uniwersyteckim. Zatem… „American death metal, anyone?”. Proszę się częstować, gwarantuję, że nikomu na żołądku nie stanie.

- jesusatan