wtorek, 22 września 2026

Recenzja Cisza „Untrodden Paths of Satan”

 

Cisza

„Untrodden Paths of Satan”

Independent 2026

Warszawiakom pewnie ta kapela jest znana, bo szerzej to chyba niekoniecznie, choć przypuszczalnie mogła się obić gdzieś tam o uszy, zwłaszcza że Cisza powstała na gruzach innej brygady, a mianowicie heavymetalowego Derisum. Pod tym szyldem ci czterej panowie muzykują od 2017 roku i debiut mają już za sobą. Obecnie wracają z drugim krążkiem, który zawiera siedem kawałków black metalu we współczesnej formie. Nie jest to czyste, diaboliczne granie, bo w swoich poczynaniach skręcające wyraźnie w inne rejony. Jednym z nich jest progresja, wyrażona tutaj szeregiem dysonansowych zabiegów, które sprytnie splecione są z melodyjnymi tremolo czy riffami, tworząc wraz z nimi zawiłe struktury. Drugim kierunkiem jest rockowa ornamentyka, która objawia się w postaci rozbudowanych partii solowych oraz niespotykaną za często w diabelszczyźnie, żonglerką w warstwie tonalnej i rytmicznej, dostarczając temu materiałowi dużej przestrzenności. Trzeci odjazd od głównego nurtu, to wszystko co można by zawrzeć w słowie „post”, co urzeczywistnia się na „Untrodden Paths of Satan” w gitarowych konstrukcjach, przypominających blackgaze’owe pływy i dźwiękowe ściany, które swym liryzmem bez trudu wprowadzają w depresyjny trans. Cóż, muzyka od Ciszy to teraźniejsze ujęcie black metalu, przy komponowaniu którego użyto dużego wachlarza wpływów obcych, co nie zawsze się udaje, ponieważ albo wychodzi z tego pretensjonalna papka lub metal dla anemicznej młodzieży o wiecznie spoconych dłoniach. Nie w przypadku tego materiału, bo tutejsza, gatunkowa fuzja nie zmiękczyła ekspresji ani nie wprowadza słuchacza w muzyczną dezorientację. To wielowymiarowy bleczur, który razi mrokiem na kilku różnych płaszczyznach i pomimo tego, że zbudowany jest chwilami z przeciwstawnych sobie elementów, to inteligentne ich połączenie, powoduje ostatecznie, że razem kreują spójną i charakterną wizję. Cisza nagrała black metalową płytę, która jest do cna współczesnym wyrazem tego gatunku, ale sądzę, że bez większego wysiłku obroni się przed wszelkim malkontenctwem purystów, bo wzbudza odpowiednie emocje, a brzmienie poszczególnych sekcji i wokaliz to niemalże ideał. Polecam.

shub niggurath




poniedziałek, 21 września 2026

Recenzja Purulentum „Promo 2026”

 

Purulentum

„Promo 2026”

Independent 2026

Purulentum to świeżynka na krajowej scenie. W zasadzie zespól nie doczekał się jeszcze nawet wzmianki na Metal Archives. Wiadomo jednak, że chłopaki są ze stolicy, i zagrają na najbliższej edycji Death Is Not The End. Z tejże okazji otrzymałem od organizatora kasetkę z pierwszymi nagraniami zespołu. Owa taśma sama w sobie jest dość, jak na dzisiejsze czasy, nietypowa. To klasyczna „dziewięćdziesiątka” Maxwell, przy czym zagrana w niecałych piętnastu minutach. Chyba coś koło dwunastu. Na prymitywnej wkładce widnieje natomiast adnotacja „ Use rest of this tape to keep the underground alive”. Do tego nabazgrany odwrócony krzyż, kontakt do zespołu… i tyle. No, kurwa, cudownie. Podobnie cudowna jest sama muza. Powiem wam tak… Gdyby każdy młody zespół nagrywał takie demo, to ja bym mógł w zasadzie słuchać tylko i wyłącznie demówek. Bo goście mają wspaniały sposób na odgrzanie przedwczorajszego kotleta po swojemu. Na tych nagraniach nie ma absolutnie nic nowego. Jest za to death metal jak za starych czasów. Śmierdzący głównie Finlandią. Tak pod względem brzmienia gitar, co typowymi dla tego kraju melodiami, charakterystycznie śpiewnymi, nienachlanie wzbogacającymi brutalność metalu śmierci. Brutalność utrzymaną w prawdziwie grobowym klimacie, bez łamania jakichkolwiek barier, choćby pod względem prędkości, taką, za którą kochamy lata dziewięćdziesiąte. Sporo tutaj zmian tempa. Często jest ona na poziomie „medium”, ale trafiają się zwolnienia totalnie miażdżące, niemal funeral doomowe, jak w drugim na liście „Fiendish Delusion of Rabiance”, po których jednak następują dzikie zrywy. Wszystko to brzmi nieco banalnie, ale sprawia od chuja radości. Zwłaszcza osobom, które przy podobnych produkcjach dorastali, a „Promo 2026” jest materiałem, który w stu procentach spełnia wszystkie wymogi i standardy złotej ery death metalu. Czuć w tym młodzieńczą naiwność, co też było elementem charakteryzującym „stare czasy”. Świetne są wokale. Poza klasyczną brutalnością, sporo na nich pogłosu i naprawdę ciekawych, choć minimalistycznych, efektów. Brzmienie tego promo jest naprawdę przyzwoite, bo nic tu nie ginie w ścianie dźwięku, ani się nie rozjeżdża, a mimo to słuchać, że to prawdopodobnie materiał nagrany na setkę w jakiejś brudnej, chłodnej piwnicy. Co jeszcze warte podkreślenia, to fakt, że nawet jeśli Purulentum czerpią garściami z lat dziewięćdziesiątych, to nie sposób dokleić im jakiejś konkretnej nazwy jako inspiracja. Poza wspomnianą Finlandią jest tu trochę Stanów, a nawet Szwecji. Nie, no mają kolesie na siebie „jakiś” pomysł, a ja wyczuwam w nich ogromny potencjał. Czekam na następne nagrania. A na Death Is Not The End vol. 4 na pewno się nie spóźnię!

- jesusatan

Recenzja Ash Magick “Rituals of Anathematic East”

 

Ash Magick

“Rituals of Anathematic East”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2025

Założę się, że powyższa nazwa niewiele komukolwiek mówi. Jest to jednoosobowy wykwit z Turcji, a odpowiedzialna za niego jest niejakia „VI-th”. Z kolei album, który ukazał się w zeszłym roku, jest już trzecim w dorobku tej kobitki. O ile z dystansem podchodzę do takich solowych przedsięwzięć, bo zdecydowana większość z nich nie jest warta funta kłaków, tak tutaj muszę zdjąć czapkę z głowy, bo Turczynka nagrała kawał konkretnego rozpierdolu. Ujmując rzecz ogólnie, jest to amalgamat black metalu z odrobiną deathmetalowego posmaku. Amalgamat w dość gęstej strukturze, ciemnej barwie i odorze siarki pomieszanej z kadzidłem. Jeżeli szukacie w muzyce jadu i surowości, to na tych nagraniach zdecydowanie ją znajdziecie. Jeśli dodatkowo lubicie muzykę odrobinę pokombinowaną, i nie mówię tutaj bynajmniej o jakichś awangardowych zapędach, to też dobrze trafiliście. Z drugiej strony z tą awangardą, to troszkę można dyskutować. Chwilami Ask Magick brzmi bowiem jak Portal na silnych lekach uspokajających. Nie ma tutaj może aż takiego wariactwa, wiru tasujących się akordów, ale wyraźnie słychać, że ta bardziej współczesna szkoła riffowania odcisnęła na twórcy dość mocne piętno. Dla zrównoważenia tejże, na „Rituals of Anathemic East” przewijają się również linie gitarowe mające swój rodowód w drugiej fali black metalu, głównie odłamu norweskiego, i to w szerokim rozstrzale, od Darkthrone po Mysticum. Tworzy to naprawdę mroczną, rytualną mieszankę, w której oparach zdecydowanie tańczy Szatan, stukając z radości kopytem, aż iskry lecą. Niektóre fragmenty oparte są na zapętlonym tremolo, wciągającym niczym czarna dziura, czasem rytm łamie się i zmienia, gdzie indziej mamy wrażenie jak byśmy pędzili na złamanie karku w narkotycznym transie. Podróży tej towarzyszą także dość ciekawe dodatki i smaczki, podkreślające temat przewodni albumu, którym to jest wschodni mistycyzm. Całość trwa niemal trzy kwadranse, ale zlatuje jakby było to dwadzieścia minut. Bardzo dobra, i intensywna to płyta, przy której nudzić się nie sposób. Sprawdzajcie. Zapewniam, że warto.

- jesusatan




Recenzja Sworn „Null Crowned the Infinite”

 

Sworn

„Null Crowned the Infinite”

Self-release / The Circle Music 2026

Kilka kapel o tej nazwie funkcjonuje na scenie metalowej, ale tutaj chodzi o ten norweski Sworn, który komponuje sobie black metal w mieście Bergen od 2005 roku. Panowie nie nagrywają zbyt często, bo najnowszy ich krążek „Null Crowned the Infinite”, jest dopiero ich piątym albumem, a istnieją już 21 lat. Nigdy wcześniej ich nie słyszałem i dobrze, ponieważ Norwedzy grają bardzo zachowawczą diabelszczyznę, która dodatkowo okraszona jest dużą ilością melodyki. W sumie, black metal w wykonaniu Sworn, określany jest jako melodyjny, ale ostatecznie jego chwytliwość nie jest tak oczywista. Owszem harmonijności temu materiałowi nie brakuje, lecz nie są to narzucające się przytupajki, a raczej utrzymane w stonowanej melodyce, typowe dla tego gatunku formy jak tremolo i biczujące kostkowanie. Muzyka od Sworn, to także epickie momenty, przypominające odrobinę późnego Bathory, rozciągnięte i o dużym rozmachu partie solowe, a także mocniejsze akordy, układające się okresowo w agresywne blast-beaty. Wszystko zatem ładnie, a nawet pięknie, tylko jest jeden problem. Niestety bleczur tego kwartetu, poza wspomnianą melodyjnością, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Każdy element jest tutaj typowy do bólu, zgrany do granic i do tego stopnia wygładzony, że ciężko przypisać mu jakiekolwiek cechy. Brzmi jakby był stworzony w ramach, które zostały kulturowo narzucone więc trzeba je wypełnić, nie używając do tego uczuć, co wykreowało suchą, beznamiętną muzę o cyfrowym zabarwieniu i mocno blackgaze’owym wydźwięku. Plastikowa współczesność, która na chwilę zamienia się w prawdziwą norweszczyznę, w połowie czwartego kawałka „Fracture of Aeons”, co świadczy o tym, że panowie ze Sworn Norwegami są z krwi i kości. Co poszło nie tak?

shub niggurath




niedziela, 20 września 2026

Recenzja Crucifixor “Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”

 

Crucifixor

“Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”

Iron, Blood and Death Corporation 2026

Crucifixor to duet z Kolumbii, a jego członkowie to dość aktywni muzycznie grajkowie, udzielający się, obecnie i w przeszłości, w przynajmniej kilku innych projektach. Nazwy ich jednak niewiele mi mówią, więc może odpuszczę sobie wyliczankę, i przejdę od razu do rzeczy. Mimo iż „Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión” jest debiutanckim albumem zespołu, twór ten datuje swoje początki na wczesne lata dwutysięczne. Coś pewnie zatem nie pykło, że na pełnowymiarowe wydawnictwo panowie musieli czekać aż dwie dekady. Z drugiej strony, szanuję, że kolejność pod tytułem „demo / EP-ka / split” została przez kolesi utrzymana, a na duży materiał przyszedł czas dopiero teraz. Te czterdzieści minut muzyki to naprawdę konkretny czarci metal. Czerpiący zarówno ze szkoły skandynawskiej, jak i pozostałych zakątków Europy i świata. Sam sposób riffowania jest tutaj bardzo ciekawy, bo niby przeważają tradycyjne północne tremolo, ale pod względem brzmienia bliżej tym nagraniom do Włoch czy nawet Grecji. Poza tym panowie dość mocno sobie z liniami gitarowymi kombinują, nie trzymając się ściśle zapętlonego motywu, tasując harmoniami, zmieniając melodie, czy tempo, dzięki czemu ich kawałki nie są takie oczywiste jak by się mogło pierwotnie wydawać. Pewnie, że ja też bym mógł zacząć tasować, nazwami zespołów, które mi przemknęły przez głowę podczas kilku sesji z „Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”, od Immortal, po Ancient Rites, Absu czy Varathron, ale po co? Starczy powiedzieć, że Crucifixor czerpią ze spuścizny black metalu lat dziewięćdziesiątych, koniec, kropka. Bez wytykania konkretnych momentów, tym bardziej, że biorąc pod uwagę album jako całość, nie brzmi on jak którykolwiek z prekursorów. Podoba mi się na tej płycie sekcja perkusyjna, a konkretnie jej monotonność, która chwilami wkrada się w nagrania. Nie wiem, czy celowa, ale dla mnie jest niczym uderzenia młota, wbijającego gwoździe w dłonie Nazareńczyka. Podobają mi się też melodie, bo chwilami są chwytliwe, niemal punkowe (jak w „Incorporeal Opulence Procastination”), gdzie indziej trochę rock’n’roll’owe, ale absolutnie nie nachalne i nie przesłodzone. No i fajnie, że panowie na koniec zacoverowali mój ulubiony numer Dark Angel, i zrobili to po swojemu, a nie tylko odegrali. Nie jest to może album, który rzuca o glebę, ale zdecydowanie warto sobie zrobić z nim kilka rundek.

- jesusatan




Recenzja Funeral Witchery „Beyond the Light”

 

Funeral Witchery

„Beyond the Light”

InViMa Records 2026

Funeral Witchery to czterech gości z Arizony, którzy w 2020 roku postanowili grać black metal. Tak też się stało i po wydaniu demosa, kilku cyfrowych singli, nadszedł czas na debiut. Oto on, „Beyond the Light”, zawierający wraz z interludiami dziewięć numerów diabelszczyzny, która mocno kojarzyć się może z późniejszym Immortal czy dość przystępnymi produkcjami od Lord Belial. To black metal, który odznacza się chłodną atmosferą, dużą ilością rytmicznego, thrashowego batożenia oraz sporą dawką wysokotonowych wtrętów i nastrojowych solówek. Obok charakterystycznych dla wspomnianych Norwegów melodii czy specyficznego ich riffowania, to także mnóstwo nieco epickich i wpadających w teatralne maniery akordów na podobę wyżej wymienionych Szwedów w towarzystwie modulowanych wokaliz czy sampli. Jedyneczka od Amerykanów jest bleczurem typowym, który korzystając z różnych dobrodziejstw czasów minionych, doskonale łączy je ze sobą, tworząc stare w odświeżonej formie. Duży plus należy się Funeral Witchery za doskonałą produkcję, która wytłuściła brzmienie, czyniąc je nie tylko lodowatym, ale i mocarnym. Plusik również za wokalizy i starania, aby ten materiał sprawiał wrażenie dzikiego i chaotycznego, bo to chwilami idealnie się temu kwartetowi udaje. Minus za zbyt duże podobieństwo do wspomnianych kapel, czego w sumie do naśladownictwa zaliczyć nie można. Panowie stanęli na wysokości zadania i poza fascynacją skandynawskim ujęciem, wtłoczyli na pięciolinię także trochę swoich pomysłów, co ostatecznie uratowało „Beyond the Light” od ciężaru zrzynki. Jednakże określone wpływy słychać tutaj mocno, co powoduje, że podczas słuchania tego krążka, nie możemy pozbyć się uczucia déjà vu, które w tym przypadku momentami jest uwierające. Posłuchajcie, pomimo kilku wad to niezły średniak, ale o mainstreamowym charakterze.

shub niggurath




piątek, 18 września 2026

Recenzja Doombringer „Ad Compita!”

 

Doombringer

„Ad Compita!”

Nuclear War Now! / Into Endless Chaos Rec. 2026

Trochę chłopakom zajęło nagranie następcy “Walpurgis Fires”. „Jedynie” siedem lat. Biorąc jednak pod uwagę zaangażowanie Sadista w przynajmniej kilka projektów pobocznych, można przymknąć na to oko. Tym bardziej, że jeśli coś ma być dobre, to musi dojrzewać w odpowiednich warunkach, bynajmniej nie cierpiących pośpiechu. Dobra, jest nowy album, i co? No pierwsze co mnie naszło, to fakt, iż Doombringer przeszedł mimo wszystko niesamowitą metamorfozę na drodze od „Primeval Sorcery” do „Ad Compita!”. To w zasadzie zupełnie inny zespół. Dojrzały, świadomy, podążający własną ścieżką. Nie czerpiący już tak wyraźnie z klasyków, ale systematycznie rozwijający własny styl. Powiedziałbym, że nowy album jest kolejnym, śmiałym krokiem wprzód, z jednoczesnym zaznaczeniem, że jest to nadal ta sama ścieżka. Ścieżka, której początek był trochę oczywisty, a która następnie skręciła w miejsca którymi chodzą nieliczni. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że trzecia płyta Doombringer to album, na którym muzycy zaprezentowali najszerszy wachlarz, zarówno pomysłów, jak i umiejętności. Swoistą „wiedźmowatość” muzyki ubrali w jeszcze bardziej podarte szaty, jednocześnie przyozdabiając je starożytnymi artefaktami, pogłębili atmosferę sabatu obecną w praktycznie każdej nutce, i wbili się jeszcze głębiej w atmosferę okultyzmu. Nawet w porównaniu do „The Grand Sabbath”, nowe utwory Doombringer są bardziej wymagającymi, złożonymi, wymagającymi cierpliwości. Słychać w nich oczywiście tą charakterystyczną manierę głównego kompozytora, przez co miejscami można usłyszeć w głowie podszepty pod tytułem Cultes Des Ghoules, jednak moim zdaniem, czym być może narażę się fanatykom tego drugiego zespołu, „Ad Compita!” jest bardziej bezpośredni (mimo swojej złożoności), i treściwy, bliższy „mojemu” pojęciu black metalu. To niby tylko czterdzieści minut, ale ilość smaczków i niekonwencjonalnych zagrywek zdecydowanie przewyższa średnią światową gatunku, przez co słuchanie tych ośmiu kompozycji to proces doświadczania i odkrywania, materiał na dłuższe posiedzenie niż tylko dwie rundki. No i jeszcze wspomnę zdanie o wokalach. Krzyki, wycia, raz paniczne, raz agresywne, desperackie albo przerażające, macie tu całą gamę wszystkiego, co naprawdę wywołuje gęsią skórkę na ludzkim ciele. Fantastyczna jest ta płyta, moim zdaniem najlepsza jaką zespół dotychczas nagrał. Jeśli następna ma być przynajmniej tak samo dobra, to ja poczekam te kolejne siedem, albo i nawet dziewięć, lat (by tendencja odstępów została utrzymana). Bo warto.

- jesusatan