sobota, 3 października 2026

Recenzja / A review of Umus „Voidlit”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Umus

„Voidlit”

Ksenza Rec/ Aesthetic Death 2026

O Umus w sumie wiadomo niewiele. To nowy twór na metalowej mapie, ale nawet wydawca podaje na jego temat lakoniczne informacje. Biorąc jednak pod uwagę, że Ksenza Records to label z Syberii, strzelam, że zespół, przynajmniej częściowo, pochodzi zza naszej wschodniej granicy. Mniejsza jednak o domysły, zajmijmy się muzyką. Tu już domniemywań żadnych nie ma. „Voidlit” to pięć długich funeral doomowych walców. Nie jest to jednak funeral doom jeden z wielu. Przede wszystkim, a co u mnie od razu włączyło czerwoną lapmkę, Umus traktuje muzykę trochę na podobieństwo Esoteric. I od razu zaznaczam, żeby potem ktoś nie płakał, że wprowadziłem w błąd, nie znaczy to w najmniejszym stopniu, że Brytoli kopiują, czy starają się naśladować. Zresztą, nawet gdyby chcieli, to… wielu próbowało. Chodzi mi bardziej o to, że w odróżnieniu od przeciętnego funeral doomowego aktu, Umus nie wałkują w kółko jednego motywu w nieskończoność. Nie zapętlają, nie przedłużają dla zasady. Ich kompozycje ciągle się rozwijają, prą do przodu. Muzycy co chwilę oferują nam coś innego, przeplatając nastrojowe, chwilami nawet akustyczne momenty wulkanami ciężaru. Oczywiście, mamy tutaj potężne akordy, zazwyczaj utrzymane w bardzo niespiesznym tempie. Mamy też perkusistę – śpiocha, co to uderza w swój instrument jakby się dopiero obudził. To klasyka. Poza sprawami oczywistymi mamy też bardzo umiejętnie stosowane efekty, melodie przewijające się w tle, pojawiające się znikąd dodatkowe instrumenty, majaczące linie gitar… I właśnie tu skojarzenia z Esoteric są jak najbardziej na miejscu. Ponadto… wokale. Niezwykle głębokie, z nałożonym efektem, wybrzmiewające równie potężnie co sama muzyka, i podobnie jak ona ewoluujące w trakcie utworów, zmieniające barwę, czy nawet styl ekspresji, od growla po śpiew. Trochę to wszystko toczy się na zasadzie napływających po sobie fal, tych burzowych, niszczących wszystko na swojej drodze, po wyciszacze, dające chwilę na skupienie, zadumę, zagłębienie w samym sobie. Jednocześnie daleki jestem tutaj od użycia przymiotnika „schematyczne”, bo z typowego schematu zespół bardzo zgrabnie się wymyka, tworząc opowieści na swój własny sposób. Nie trzymający się sztywno gatunkowych standardów, a nawet jeśli, to zdecydowanie je rozwijając. Bo z drugiej strony żadnej awangardy na tej płycie nie znajdziemy. Znajdziemy za to zamkniętego w sześćdziesięciu minutach kolosa o twarzy widocznej na okładce. Moim zdaniem niezwykle udanie odzwierciedla ona zawartość „Voidlit”. Na koniec dodam jeszcze jedno zdanie, znów porównując muzykę tego trio do Esoteric. Z każdym kolejnym odsłuchem ta muzyka wsiąka w nas coraz bardziej, coraz bardziej uzależnia i zniewala. Myślę, że to jedno z najlepszych wydawnictw Aesthetic Death od dobrych kilku lat, nawet, a może zwłaszcza, biorąc pod uwagę, iż profil tego labelu bardzo mocno mi podchodzi. Sprawdzajcie koniecznie!

- jesusatan

 

Umus

“Voidlit”

Ksenza Rec/ Aesthetic Death 2026

 

Not much is actually known about Umus. It’s a new entity on the metal scene, but even the label provides only sparse information about it. However, considering that Ksenza Records is a label from Siberia, I’d guess that this musical project, at least in part, hails from beyond our eastern border. But enough with the speculation. Let’s focus on the music. Here, there’s no room for guesswork. “Voidlit” consists of five long funeral doom tracks. However, this isn’t just another run-of-the-mill funeral doom album. First and foremost, and this is what immediately set off a red flag for me, Umus approaches their music somewhat in the vein of Esoteric. And let me make this clear right away so no one complains later that I misled them: this doesn’t in the slightest mean that the guys are copying or trying to imitate the Brits. Besides, even if they wanted to… you know, many have tried. What I mean is that, unlike the average funeral doom band, Umus doesn’t endlessly rehash a single motif. They don’t loop harmonies or drag them out just for the sake of it. Their compositions are constant evolution, pushing forward. The musicians offer us something different every so often, interweaving atmospheric, and at times even acoustic moments, with eruptions of heaviness. Of course, there are powerful chords here, usually played at a very unhurried pace. There’s also a sleepyhead drummer, who hits his instrument as if he’s just woken up. It’s a classic. Beyond the obvious elements, there are also very skillfully applied effects, melodies weaving through the background, additional instruments appearing out of nowhere, and haunting guitar lines. And this is precisely where the associations with Esoteric are most apt. Moreover, the vocals. Incredibly deep, with a slight effect layered over them, resonating just as powerfully as the music itself, and, like the music, evolving throughout the tracks, changing in timbre or even style of expression, from growls to singing. It all unfolds somewhat like waves rolling in one after another, first stormy ones, that destroy everything in their path, followed by calmer ones that offer a moment for focus, reflection, and introspection. At the same time, I’m far from using the adjective “schematic” here, because the band very skillfully breaks free from typical formulas, crafting stories in their own unique way. They don’t rigidly adhere to genre standards, and even if they do, they definitely expand them. On the other hand, you won’t find any avant-garde elements on this album. Instead, you’ll find a colossus, whose face is visible on the cover, contained within sixty minutes of sounds. In my opinion, the picture reflects the content of “Voidlit” exceptionally well. Finally, I’ll add one more thought, once again comparing this trio’s music to Esoteric. With every listen, this music sinks deeper and deeper into you, becoming more and more addictive and captivating. I think this is one of Aesthetic Death’s best releases in quite a few years, even, or perhaps especially, considering that the label’s style really speaks to me. Be sure to check it out!

- jesusatan




 

Recenzja Deathwards „Realms of Sin”

 

Deathwards

„Realms of Sin”

Sepulchral Voice Records 2026

Niedawno, bo chyba jakoś na wiosnę, Sepulchral Voice wypuściło składankę, złożoną z dwóch, pierwszych wydawnictw tych Chilijczyków, a już mamy debiutancką płytę. W sumienie stało się to aż tak szybko, ponieważ wspomniana kompilacja zawiera nagrania z lat 2017-2019 więc parę lat Deathwards zajęło, nagranie albumu. Od tamtej pory panowie nie spuścili z tonu i w dalszym ciągu grają szalonego oraz dociążonego trasza, który zepsuty jest do szpiku kości, znaczy w sensie, że diabelski jest w chuj. Obcowanie z nim, nie należy do najłatwiejszych, zmusza bowiem swojego odbiorcę w słuchanie się w wir wydarzeń jaki kreuje i posklejania jego elementów w jedną całość. To nie jest po prostu szybki i bolesny wpierdol w stylu Kreatora czy Sadus. To bardziej pokręcona nieoczywistością muzyka, która mocno zapętla, łamie, zmienia sposób i szybkość kostkowania, kreując zaklęte rewiry, ale nie na podobę Tadeusza Kurtyki, lecz takich załóg jak wczesny Sodom czy Aura Noir. To dziki, sataniczny thrash, który trochę ciężkości zapożyczył od śmierci, dzięki czemu oprócz mrocznego wpierdolu i smrodem rozkładu raczy. Początkowo może się wydawać nieuporządkowany, ale gdy damy mu czas, to z chaosu wyłoni się określony system, który leci agresywnie, wpadając okresowo w furię lub klimatyczne zwolnienia. Jednakże większość tego materiału to bezkompromisowa młócka, którą zrodził mezalians thrash i speed metalu, któremu błogosławił decior. Kąśliwe wokalizy, zadziorne riffy i niekontrolowane solówki, to składniki generujące na „Realms of Sin” spore napięcie, złowieszczy klimat i obszerne pokłady nieokiełznanego zła. Deathwards komponuje według starodawnych prawideł i nie kazi swoich aranżacji nowoczesnymi wybrykami, opierając się na pierwotnych instynktach, wyczarowuje autentyczne dźwięki o gwałtownym charakterze, które oprócz surowości niosą ze sobą herezję i okultystyczną atmosferę. To nieokrzesany i intensywny krążek, którego włączenie jest jak otwarcie puszki Pandory. Jeśli jesteście gotowi wypuścić na świat wszystkie, największe okropności, to bierzcie „Realms of Sin” i do dzieła.

shub niggurath




piątek, 2 października 2026

Recenzja / A review of Worm Altar “Pillars of Eternal Dusk”

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Worm Altar

“Pillars of Eternal Dusk”

Dawnbreed Rec. / Gurgling Gore 2026

Komu gruzu, komu, bo idę do domu! Mi koniecznie, bo takiego grania nigdy nie mam dość. Worm Altar to nowinka ze Stanów. Chłopaki zawiązali się jakieś cztery lata wstecz, i, jak przykazania oldskulowego metalu nakazują, zarejestrowali dotychczas dwie demówki oraz EP-kę. Za tak obraną ścieżkę już mają u mnie ogromnego plusa. Nadszedł jednak czas na debiut w pełnym wymiarze, za którego zyskują plusa jeszcze większego. Bo to naprawdę konkretna pozycja. Na „Pillars of Eternal Dusk” składa się sześć kompozycji. Utrzymanych w przeważającej większości w tempie średnim, z tendencją do gwałtownych przyspieszeń, oraz następujących po nich silnych wyhamowań. Nie, nie znaczy to bynajmniej, że schemat ten się regularnie powtarza, tylko że muzycy nie trzymają się usilnie jednego tematu, ale umiejętnie nimi tasują. Jeśli natomiast wyznaczyć tej płycie jakiś temat przewodni, to byłby nim wszechogarniający, zalewający uszy szlam. Śmierdzący, gęsty, na potęgę organiczny. Panowie nie bawią się w wynalazki. Ich nagrania oparte są na klasyce deathmetalowej sztuki, zarówno tej najstarszej, jak i nieco bardziej współczesnej. Można sobie zatem łączyć w myślach nazwy takie jak Funebrarum, Temple Nightside, Winter czy nawet Bolt Thrower (ot tak, żeby każda nazwa była z innego kontynentu). Co wyraźnie zespala te wszystkie inspiracje, to niesamowity ciężar, doprawiony odpowiednio, niemal z aptekarską dokładnością, ołowianą, acz gnilną melodią. Tutaj nie ma miejsca dla jakiejkolwiek formy życia. W muzyce  Amerykanów zamieszkała śmierć. Nie taka w kapturze, z kosą, jaką znamy z obrazka, ale taka prawdziwie przerażająca, sama w sobie majestatyczna, gaszącą światło. „Pillars of Eternal Dusk” to nieco ponad pół godziny mozolnego wykopywania się z grobu, walki o oddech, w momencie kiedy Worm Altar zasypują nas każdym riffem, czy też każdą łopatą wilgotnej ziemi, z maniakalną skutecznością, nie dając żadnej szansy na przetrwanie. Miażdży ten album swoją konsekwencją, bo nie ma na nim słabych punktów, miażdży tonażem, miażdży brzmieniem… Nie potrafię wyjść z tej konfrontacji cało. Czuję się rozłożony na łopatki. Fenomenalny debiut, który polecam każdemu maniakowi gęstego rzeźbienia.

- jesusatan

 

Worm Altar

“Pillars of Eternal Dusk”

Dawnbreed Rec. / Gurgling Gore 2026

 

Rubble death metal anybody? I definitely want some, because I can never get enough of this kind of music. Worm Altar is a new band from the States. The guys got together about four years ago, and, as the commandments of old-school metal dictate, they’ve recorded two demos and an EP so far. They already get a huge thumbs-up from me for choosing this path. But now it’s time for their full-length debut, for which they earn an even bigger thumbs-up. Because this is a truly strong release. “Pillars of Eternal Dusk” consists of six tracks. Most of them are mid-tempo, with a tendency toward sudden accelerations followed by sharp decelerations. No, this doesn’t mean by any means that this pattern repeats regularly. Rather, the musicians don’t rigidly stick to a single theme but skillfully shuffle them around. If, however, one were to assign a central theme to this album, it would be the all-encompassing, ear-flooding sludge. Stinking, thick, and intensely organic. These guys aren’t into getting inventive. Their recordings are rooted in the classics of death metal, both the oldest and the slightly more contemporary. So you can mentally link names like Funebrarum, Temple Nightside, Winter, or even Bolt Thrower (just so each name is from a different continent). What clearly unites all these influences is an incredible heaviness, seasoned just right, with almost pharmaceutical precision, with a leaden yet putrid melody. There’s no room here for any form of life. Death has taken up residence in the Americans’ music. Not the hooded, scythe-wielding death we know from pictures, but a truly terrifying one, majestic in its own right, extinguishing the light. “Pillars of Eternal Dusk” is just over half an hour of laboriously digging out of a grave, struggling for breath, as Worm Altar bury us with every riff, or every shovelful of damp earth, with maniacal efficiency, leaving no chance of survival. This album crushes you with its consistency. There are no weak points, it crushes you with its sheer weight, it crushes you with its sound… I can’t emerge from this confrontation unscathed. I feel completely knocked out. A fantastic debut that I recommend to every fan of dense, swampy metal.

- jesusatan




 


Recenzja In Obscurity Revealed „Caustic Maelstrom”

 

In Obscurity Revealed

„Caustic Maelstrom”

Personal Records (2026)

 


Dobrego metalu śmierci nigdy za wiele. Pochodzący z Meksyku In Obscurity Revealed niewątpliwie do tej grupy się zalicza, ale nie sądzę, żeby grono osób pamiętających ich debiut sprzed ośmiu lat było zbyt duże. Ja o istnieniu tej grupy dowiedziałem się dopiero przy okazji anonsowania „Caustic Maelstrom”, ale jako, że lubię meksykańską scenę deathmetalową, to i przesłuchać to wydawnictwo wypadało. I od razu powiem, że nie jest to typowy meksykański death – nie ma tu nić onirycznego, nie czuć tu ducha przedwiecznych, nie ma znamion jakiejkolwiek awangardy. Jest za to wpisujący się we współczesną modę death metal, który bardziej niż mniej czerpie z klasyki gatunku. Fundamentem wydają się tutaj być dokonania Morbid Angel, Deicide czy Sinister - „Caustic Maelstorm” jest naszpikowany plejadą cholernie dobrych riffów, zwolnień, thrashującego szycia i cholernie przyzwoitego songwriterstwa. Cisną mi się tutaj porównania z takimi zespołami jak Ignivomous czy – z bardziej współczesnych – Putrescent, gdzie ten death metal jest gęsty, ale utrzymany w thrashmetalowym tempie, bardziej próbujący poszatkować słuchacza niż wdeptać w ziemię. Oryginalności tutaj za grosz, ale chłoszcze ten materiał bardzo porządnie. I wszystko byłoby bardzo fajnie gdyby nie jeden element, który psuje mi odbiór całości. Ktoś postarał się, żeby najebać tyle pogłosu na wokal i dać go z przodu w mixie, że im dalej w nas tym „Caustic Maelstrom” bardziej męczy, a ja jako słuchacz bardziej skupiam uwagę na tym irytującym pogłosie niż na naprawdę porządnej warstwie instrumentalnej. Na ten moment jest bardziej skłonny powiedzieć, że nie będę chciał wracać do tego albumu, nawet jeśli realnie jest to kapela z potencjałem na przyszłość. Niemniej zachęcam do przesłuchania, bo lipy tutaj nie ma.

Harlequin




czwartek, 1 października 2026

Recenzja Wolfbrigade „Howl from Underground”

 

Wolfbrigade

„Howl from Underground”

Metal Blade Rec. 2026

Mają chłopaki zdrowie. Dwa lata temu ukazał się „Life Knife Death”, dziewiąty, jak dobrze liczę, album Wolfbrigade, w zeszłym roku poszła koncertówka, a teraz szwedzcy crust punkowcy serwują kolejny pełnowymiarowy materiał. Trzydzieści dwie minuty intensywnego szaleństwa z którego słyną. I zanim jeszcze ktoś zapyta, czy na tej płycie jest coś nowego, powiem: nie ma! Uprzedzając natomiast pytanie o to, ileż można w kółko wałkować ten sam temat, odpowiem krótko – zapytajcie Lemmy’ego. W tym cała sztuka, żeby grać dosłownie kilka riffów na krzyż, w konfiguracjach przeróżnych, niby powielając oklepana schematy, obracając się praktycznie niezmiennie w podobnym tempie, a nadal z każdego, dosłownie każdego numeru na płycie zrobić absolutny hicior. „Howl from Underground” to petarda z dopalającym się lontem trzymana w zębach. Co ja gadam, przecież tych petard jest trzynaście. Podobnych do siebie, bo wyjętych z tego samego pudełka, ale tak samo niebezpiecznych dla zdrowia, zarówno tego fizycznego (w chwili odpalenia) jak i psychicznego (zaraz potem). Muzyka crust punk w zasadzie jest w swojej strukturze banalna. D-beatowe ścieżki perkusji można na dobrą sprawę zarejestrować raz, i potem tylko podkładać je do kolejnych kompozycji. Z gitarami jest już inaczej, bo nawet jeśli serwowane przez zespół melodie są do siebie podobne, to jednak nie identyczne. Na tyle odmienne, że zbieram szczękę z podłogi po każdym kolejnym wyprowadzonym przez Wolfbrigade ciosie. Do tego te wściekłe wokale… Jakąż ten album ma nośność, ile w nim nieujarzmionej energii, ile wkurwu, a zarazem autentycznej radochy z grania. Krążki tego klasycznego bandu są jak butelki wódki. Każda smakuje tak samo, a jednak tylko wyczekujesz okazji, by otworzyć następną i po raz kolejny się sponiewierać. Uwielbiam tych gości, są dla mnie na dzień dzisiejszy niekwestionowanymi mistrzami gatunku, i doskonale wiem, że teraz, kiedy już wrzuciłem „Howl from Underground” na tapetę, nie zmienię płyty przez kilka kolejnych dni. Dobrze, że chociaż recenzji mam napisanych „na górkę”, więc nikt nie będzie mnie popędzał. Maniakom Wolfbrigade polecać tych nagrań nie muszę. Wszystkim innym, którzy jeszcze do tej nazwy jakimś cudem nie dotarli, zalecam nadrobienie zaległości w trybie pilnym. Zajebista płyta, co tu dużo gadać…

- jesusatan




Recenzja Deathcult „Cult of the Dog”

 

Deathcult

„Cult of the Dog”

Soulseller Records 2026

Po niemalże dziesięcioletniej przerwie, na horyzoncie pojawili się Norwedzy z Deathcult. Targają ze sobą najnowszy, trzeci krążek, który fanatyków black metalu jaki gra się w tym kraju od lat dziewięćdziesiątych, zawieść nie powinien. Panowie cały czas komponują w tradycyjnym duchu i nie zamierzają zbaczać z obranej ścieżki. To bezkompromisowa diabelszczyzna, skonstruowana z prostych riffów i tremolo, które częstują nie tylko jednostajnym tempem i złowrogimi melodiami, ale odznaczają się także zróżnicowaną dynamiką, nie skazując jej odbiorców na nudę.  Deathcult nie bawi się w żadne umizgi i siecze mizantropijnymi akordami, surowym brzmieniem i nienawistnymi wokalami. Jakby patrzeć na ich twórczość przez pryzmat prekursorów gatunku, to można by stwierdzić, że granie tego tercetu mocno zbliżone jest do Darkthrone z okresu między „Ravishing Grimness” i „Sardonic Wrath” z małymi odjazdami w kierunku jedynki Mayhem i wtrętami w stylu Taake czy Carpathian Forest. Jest tak, bo od „Cult of the Dog” wieje tym samym mrokiem, zalatuje identyczną niechęcią do świata, a wręcz przerażającą obojętnością wieje na kilometr. Norwedzy nie stosują żadnych sztuczek i napierdalają szorstko, a lodowate, lecz mocne brzmienie gitar, podkreślone prze silną sekcję rytmiczną, potęguje wpierdol. Najnowszy krążek tej grupy, to kwintesencja norweskiego black metalu. Black metalu, który pomimo pewnych podobieństw do wcześniej wymienionych brygad, posiada swój niepowtarzalny charakter, ale jest tak samo jak one, nastawiony na określony efekt bez oglądania się na trendy. Autentyczny i gniewny album, na którym podczas odsłuchu żadnych odstępstw od sztuki nie stwierdzono. Polecam, zwłaszcza purystom.

shub niggurath




środa, 30 września 2026

Recenzja Necrocene „Scumocracy”

 

Necrocene

„Scumocracy”

Personal Rec. 2026

Necrocene to kolejny przedstawiciel staroszkolnego death metalu. Zespół na scenie nowy, choć ludzie wchodzący w jego skład swoją obecność w światki metalowym zdążyli już zaznaczyć. Nie będę tu jednak wymieniał konkretnych nazw, gdyż kompletnie nic mi one nie mówią. W każdym razie, ten włoski skład zarejestrował dwa lata temu debiutancką EP-kę, a teraz przyszedł czas na pełen album. Zawiera on intro, interludium w połowie albumu, oraz osiem kawałków, jak już wspomniałem, death metalu o klasycznym wydźwięku. Tym razem nie jest to jednak kolejna wariacja a temat Morbid Angel czy Immolation. Zdecydowanie bliżej tym nagraniom do Obituary, Morgoth czy Death z wczesnego okresu. Same struktury kawałków to klasyk ze wspomnianych lat. Przede wszystkim się tutaj riffuje. Nie zagęszcza niepotrzebnie, nie forsuje niepotrzebnie tempa, nie łamie melodii, nie szpanuje techniką ani przesadnie nie kombinuje. Zresztą najbardziej adekwatnym porównaniem jest tutaj wymienione wcześniej Obituary. Podobnie, Necrocene potrafią zagrać chwytliwy riff, i w jego otoczeniu dobudować resztę utworu. Może się to w zasadzie wydawać nieco schematyczne i siermiężne, i poniekąd takie jest, choć to w tym przypadku żaden zarzut, bo tej odłam death metalu przecież tak właśnie ma. Tutaj ważną rolę odgrywa rytmika, a ta zdecydowanie, w towarzystwie ciężkiego akordu, zachęca do pokiwania głową, albo przynajmniej zrobienia srogiej miny do stojącego obok ziomka. Pod względem brzmienia jest bardzo przyzwoicie, choć według mnie perka stuka ciut za płasko, ale to taki drobny detal. Wokalnie jest „po standardzie”, i w zasadzie jak tak podsumować, to „Scumocracy” niczym szczególnym się nie wyróżnia. Nie jest to materiał zły, czy słaby, jednak dwie  rundki z nim mi całkowicie wystarczą, i nie sądzę abym do tych nagrań kiedykolwiek wrócił. Nie mniej jednak sprawdzić można. A nóż komuś wkręci się bardziej.

- jesusatan