Runaway Devils
“Blood Must Be Shed to
Enchant Your Head”
Godz ov War 2026
Ja pierdolę, litości! Wierzcie mi, podchodziłem do
tego wydawnictwa nawet z pewnymi nadziejami. Bo oto laski zabrały się za granie
czegoś, co wydawca, jak by nie patrzeć, wielce przeze mnie szanowany, określa
jako „Black Raw’n’Roll”. Przyznacie, że dziwny to szyld. Tym bardziej byłem
ciekaw, cóż to takiego, bo ja „raw” to jak najbardziej, a „roll” ostatnimi
czasy nawet mocniej. Po dwóch kawałkach leżałem na podłodze skomląc o litość,
po trzecim, który stanowi cover Cascada „Everytime We Touch” (w tym przypadku
muzykantki zmieniły „touch” na „siege”, co zapewne miało być żartem na poziomie
samego wykonania), chciałem podsumować to wydawnictwo jednym słowem, góra
jednym zdaniem. Ale brnąłem dalej, niczym szambonurek w gównie, nawet jeśli mi
za tą „robotę” nikt nie zapłaci nawet dziesiątej owego fachowca. Co do owego
„coveru” (celowo w cudzysłowie), to jest on zarejestrowany tak chujowo, że
nawet nagrania z próby na Grundigu w latach dziewięćdziesiątych brzmiały
lepiej. Podejrzewam, że to zabieg celowy, i że miał to być element rzeczonego
„żartu”. Na „Blood Must Be coś tam…” owych żartów jest więcej. Jak choćby
pseudodyskotekowy „Four Witches in Four Castles”, nie wiedzieć dlaczego, znów
zarejestrowany w maksymalnie chujowy, przechujowy sposób. Przecież, tu, kurwa,
nic nie słychać! Poza tym, że laska w pewnym momencie śpiewa, że woli „na
górze”, czy cuś. No OK., nie ona jedyna. Słuchanie tego jest bolesne jak
drzazga w chuju. Muzyka ma tutaj taki rozstrzał, że aż mi się w głowie kręci. A
to megasurowy black, a to punk, a to przyśpiewki z remizy (te przeważają), a to
granie chujwieczego na poziomie nawet nie podwórkowym, bo fałsz goni fałsz, i
nic tu się do siebie nie klei. Nie ma myśli przewodniej, jest zbiór pomysłów
uczennic niedzielnej szkółki gitarowej, możliwe, że prowadzonej przez jakieś
zakonnice, choć nawet one nie potrafią równie chujowo grać na gitarze. Ba, co
tam gitary. Nawet outro, klawiszowe, to jest jakieś plumkanie naćpanego
pawiana. Gdyby moja córka w wieku trzech lat tak zagrała, to może byłbym dumny,
ale dorosłe osoby? Niech mnie ktoś obudzi! Tragiczne (choć i to słowo nie jest
tutaj wystarczająco dosadne) są wokale. Jeszcze wrzaski jakoś ujdą, bo krzyczeć
każdy może, ale już te czyste zaśpiewy, czy próby prowadzenia dialogów, to jest
jakiś absurd. Tutaj niemal nie trafia się czysty ton. Nie, kurwa, nie mówcie
mi, że tak właśnie ma być! To jest szczyt niekompetencji i, albo wyraz
samozachwytu (że panie zdecydowały się takie coś opublikować z nadzieją iż
komuś się spodoba), albo skrajnego imbecylizmu i ignorancji. Wspominałem, że
nic się tu nie klei, no to, kto odważny, i przesłucha, to zapewne zauważy, że
nawet brzmienie nie jest na tym „czymś” jednolite. Co to jest, do chuja pana,
jakiś składak najbardziej gównianych nagrań roku dwudziestego szóstego? No, dla
mnie jest! Dawno nie słyszałem takiego gówna. A przynajmniej dawno tak niski
poziom muzyczny nie sprowokował mnie by o tym napisać, bo najczęściej po prostu
wszelki kał spuszczałem w kiblu. Grzesiu, ja Cię, kurwa, szanuje, ale weź ty
zacznij na powrót pić, bo Ci się ostro we łbie popierdoliło, żeś w taki zepsuł
pieniążki zainwestował. No chyba, że masz ich tyle, że nie masz co z nimi
robić, to chętnie przytulę. A za dwukrotny odsłuch Runaway Devils wisisz mi
jakąś solidną rekompensatę. Omijajcie ten krążek szerokim łukiem (ja pierdolę,
właśnie takie słowa sprawią, że wielu czytających popełni życiowy błąd
i straci trzydzieści pięć minut życia). Tutaj nie ma niczego, co pożyteczne dla
zdrowia czy ducha. Naprzeklinałem się wyjątkowo, że aż mi trochę wstyd, ale w
tym momencie znalazłem jeden pozytyw tego wydawnictwa. Potrafi on niesamowicie
podnosić ciśnienie. Szkoda tylko, że w niewłaściwy sposób. Tragedia.
-
jesusatan






