Melting Rot
„Infatuation with
Premeditation”
Hells Headbangers 2026
Nadszedł taki dzień, że zachciało mi się posłuchać
jakiegoś grinda. A na poletko z tym gatunkiem zaglądam raczej sporadycznie. No,
ale za tym, by dać szansę Melting Rot przemawiało przynajmniej kilka czynników.
Po pierwsze – zajebista nazwa. Bo nie, że rozkład, ale wręcz taki obślizgły,
niejednego zapewne przyprawiający o mdłości. Dwa – rymowany tytuł. Czyli
szansa, że będzie niezły groove, czyli tańce hulańce, swawola. Trzy – płytę
wydaje Hellsbangers, czyli label, który najczęściej się nie myli. No i numero
czwarte – okładka. I tu chyba tłumaczyć niczego nie muszę, bo nie chce mi się
tu przytaczać sloganu reklamowego Media Markt. Materiał ten, jak na grind
przystało, krótki. Ot, jedenaście kawałków w siedemnaście minut. Szybki
wpierdol i do domu. W zasadzie jest to klasyka. Tylko tych „klasyk” ów gatunek
ma kilka. Ta konkretna pochodzi z podszufladki, w której możemy też znaleźć takie
twory jak Pigsty czy Insect Warfare. Zatem jednak groove’u tu mało, a sporo
napierdalania, parcia naprzód, na ślepo, bez oglądania się na konsekwencje.
Owszem, przewijają się tu co chwile jakieś bardziej chwytliwe akordy, i chyba
właśnie dzięki temu muzyka ta nie jest jedynie bezkompromisowym nakurwem dla
upośledzonych. Same kawałki są jednak, temu nie da się zaprzeczyć, niemal
bliźniaczo do siebie podobne, przynajmniej aranżacyjnie, z tym mocnym
zastrzeżeniem, że Amerykanie w tym bardzo sztywnym obramowaniu starają się
jednak robić co mogą. I w tym przypadku doskonale rozumiem, dlaczego płyty
grindowe, klasyfikowane jako pełniaki, często nie przekraczają dwudziestu
minut. Bo taka kilkunastominutowa dawka skomasowanego hałasu jest w zasadzie
odpowiednikiem dwu czy trzykrotnie dłuższego albumu z gatunku death, black czy
thrash metalu. A Melting Rot czynią zniszczenie błyskawicznie, będąc faktycznie
takim koncentratem energii. No dobra, ale zespołów podobnego pokroju jest
milion, to czym się ten band wyróżnia na tle całości? Przede wszystkim
nieprzyzwoicie dosadną ilością „świniaków” na wokalu. I o ile zawsze
twierdziłem, że jest to zajebista grindowa wstawka wokalna, ale nie wyobrażałem
sobie, by ktoś jechał jedynie w takich tonacjach, to w przypadku Melting Rot,
którzy rzeczonej maniery używają w chuj często, wcale mnie to nie drażni, a
wręcz przeciwnie. Idealnie pasuje do tego tornada, które chłopaki rozkręcają.
Cóż zatem mam zrobić, jak nie polecić tych pięknych piosenek, nie tylko
maniakalnie oddanym fanom gatunku. Mi ten krótki strzał w pysk zrobił bardzo
dobrze, i, jak bozia da, jeszcze kiedyś sobie do niego wrócę. Klasyka gatunku z
gatunku tych, co to warto znać.
-
jesusatan






