poniedziałek, 2 listopada 2026

Recenzja Exhumed / Nunslaughter / Molder / Traffic Death “4 Way Split”

 

Exhumed / Nunslaughter / Molder /  Traffic Death

“4 Way Split”

Redefining Darkness Rec. 2026

Lubię splity. I lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem. A to wydawnictwo mi to, przynajmniej w większości, zapewnia. Dlatego po nie sięgnąłem. Bez obaw, że mnie rozczaruje, zupełnie jak bym kupował ulubione bursztynowe w sprawdzonym pubie. No to walnijmy cztery szybkie. Najpierw Exhumed. Dwa kawałki w typowym dla siebie Carcassowym klimacie z okresu „Tool of the Trade”. Szybko, prawie że na pełnej, z odpowiednią melodyjnością ale i zadziornością. Można powiedzieć, Total oldschool i tribute dla Brytoli. Wokale, gitary, solówki, harmonie - gdyby Walker i brygada do dziś potrafili tworzyć tak dobre piosenki, byłoby cacy. Idzie im od powrotu nieco ciężej i toporniej, bo chyba sami kopiują siebie, ale nie ma co płakać. W kopiowaniu Amerykanie są o wiele lepsi, czego dowodem te dwa nowe numery. Molder też pewnie większość z was zna. To bardziej standardowy metal śmierci, choć i w tym przypadku nie pozbawiony wpadającego w ucho rytmu, oraz płynnych, naturalnie wchodzących melodii, okraszonych niezłymi partiami solowymi. Asphyxowy wokal, headbangingowe momenty, i ostre pierdolnięcie, jak pionierzy gatunku nakazali. Drugi numer też troszkę zajeżdża Carcassami, i to jest chyba ten element wspólny dla obu pierwszych ekip zza wielkiej kałuży. Mocny konkret. Trzeci cios wyprowadzają załoganci, którzy biją się o rekord pod względem ilości pomniejszych wydawnictw. Nunslaughter grają mniej melodyjnie, za to bardziej diabelsko i agresywnie. Ich dwa strzały to w zasadzie klasyka. Dobre deathmetalowe patatajnie do pomachania głową i postrojenia głupich min, z mocnymi zrywami i zwolnieniami na kieliszek wódki. Zespół w formie, kto lubi (a to można nie lubić?), będzie zadowolony z kolejnych sześciu minut od Dona i spółki. Do zamknięcia tematu wchodzi Traffic Death, który dotychczas znałem jedynie z nazwy. I już wiem, że będę musiał sięgnąć do ich dyskografii nieco głębiej, bo chłopaki napierdalają aż miło. Ostry crossover, chwilami podchodzący pod S.O.D., gdzie indziej sięgający nawet po tematy grindowe („Symphony of Ignorance”). Świetna mieszanka serwowana w czterech krótkich porcjach. Oczywiście wplecione sample, momenty do poskakania w dzikim tańcu, świetne dialogi wokalne (pod tym względem mamy naprawdę szeroki wachlarz), miodzio! Całość trwa w tym przypadku niecałe dwadzieścia dwie minuty, co w sumie pozostawia spory niedosyt, albo, myśląc praktycznie, daje mocnego liścia w ryj, którego każdy może sobie do woli dawkować stosowną do nastroju ilością powtórzeń. Ja dziś mam włączone na repeat, i nawet kolejnych okrążeń nie liczę. Fantastyczna rzecz.

- jesusatan


https://redefiningdarknessrecords.bandcamp.com/album/exhumed-nunslaughter-molder-traffic-death-4-way-split-lp

Recenzja Herzog „Mugwort”

 

Herzog

„Mugwort”

Amor Fati 2026

Po trzech latach przerwy wraca z nowym albumem belgijski Herzog. Panowie wysmażyli na nim sześć numerów, które tak jak poprzednio niosą ze sobą black metal w ujęciu „Herzog”. Rzecz jasna jego podstawą są typowe formy, z których konstruowano tą muzykę przy rozpętywaniu drugiej fali gatunku, wzniecając przy okazji kilka pożarów oraz posyłając parę osób do piachu. Mniejsza z tym, bo to dawno i nie prawda.Belgowie w dalszym ciągu grają rogaciznę, która hipnotycznie kołysze, zapodając jednostajne akordy, które urozmaicane jest okresowo delikatnymi zmianami w rytmice i prędkościach. Panowie nie stronią tutaj również od kilku współczesnych zabiegów w postaci dysonansowych odjazdów, które wprowadzają trochę mistycznego klimatu do przeważającego na „Mugwort” zimnego, mizantropijnego i pasywnie nastawionego do świata kostkowania. Właśnie w tej obojętności jest problem, ponieważ ideologiczna niechęć diabelszczyzny od Herzog, przekłada się na black metal jaki tworzy, montując muzę, która wydaje się zmierzać w niewiadomym kierunku. Brakuje jej również siły wyrazu, a także czegoś co mogłoby przyciągnąć do niej nieco więcej uwagi, czegoś co filmowcy nazywają suspensem i twistem. Nie wystarczy garść solidnych i upiornych fragmentów oraz zastosowanie ponurego dialogu między wokalizami, aby zainteresować odbiorców i pobudzić ich emocje. Mam wrażenie, że Belgowie trochę błądzą i tak jak weszli do tego labiryntu, nagrywając poprzedni krążek, tak na tym nie mogą się z niego wydostać. Jest jednak światełko w tunelu, bo ostatni numer na tej płycie zatytułowany nomen omen „Post-Truth”, jest szansą na wyjście z tej sytuacji. To instrumentalna kompozycja, która posiada swój charakter i celuje nim właśnie w rejony post-black metalowe, wykorzystując także maniery blackgaze’owe. Może to jest ścieżka, którą w przyszłości powinien pójść Herzog, gdyż „Post-Truth” to najciekawszy utwór na „Mugwort”, choć w modernistycznych ujęciach nie gustuję.

shub niggurath




niedziela, 1 listopada 2026

Recenzja Abominablood “Lurking Curse of the Lost Future”

 

Abominablood

“Lurking Curse of the Lost Future”

Putrid Cult 2026

Dziś zaglądamy na kontynent południowoamerykański, a konkretnie do kraju, którego drużyna na ostatnim mundialu zdawała się być bardzo w oczach sędziów uprzywilejowana. Czwarty, a drugi pod banderą Putrid Cult, album Abominablood stał się faktem już jakiś czas temu, więc część z was być może miała już okazję się z nim zapoznać. Tych, którzy jeszcze nie zdążyli, będą mocno zachęcał. Zwłaszcza jeśli lubią opary napalmu, siarki, i śpią w maskach gazowych. Ten jednoosobowy projekt z Rio Negro należy do aktów raczej odtwórczych niż tworzących podwaliny pod historię nowożytną. Na „Lurking Curse of the Lost Future” nie znajdziecie ani grama innowacji. Nawet okruszka. Jest za to moc inspiracji, których przekucie przez L. Warpig Abominator’a na własną modłę, określone środowisko poruszy ze sporą mocą. Płyta co prawda zaczyna się nietypowo, i nawet przez chwilę pomyślałem, że to może pewnego rodzaju podziękowanie dla Morgula za przyjęcie Abominablood pod swoją strzechę. Po krótkim samplu (zwanym introdukcją) zderzamy się bowiem z totalnym walcem pod… Nekkrofukk. I to całkiem niezłym, bo myślę, że i Lord Kaos by się takiej „piosenki” nie powstydził. Potem już wszystko wraca na stare tory, czyli do konkretnej warmetalowej napierdalawy, z rzygającym wokalem, siermiężnymi riffami, charakterystycznymi zwolnieniami i sianiem śmierci w zasięgu wzroku. Co wyróżnia Argentyńczyka z grona innych naśladowców (wcale w tym przypadku nie uważam tego określenia za cokolwiek ujmujące), to zdecydowanie solówki, wymykające się oklepanej konwencji, czasem zahaczające nawet o totalną klasykę. Dobre jest tu też brzmienie, dociążone, przybrudzone, ale z zachowaniem odpowiedniej selektywności, byśmy nawet w tej totalnie wojennej zadymie widzieli kto kogo akurat nabił na bagnet albo usmażył miotaczem płomieni. Do tempa walcowego płyta ta zwalnia jeszcze raz, przy okazji utwory tytułowego. Reszta to ostre bombardowanie w bardzo prymitywnym stylu. Zatem… Dla wspomnianego, wąskiego grona wyznawców wojny, album ten będzie dobrą pożywką. Kogo twory pod Blasphemy znudziły dziesięć lat temu, może sobie iść na kawę. Najlepiej latte, a potem na aerobik. Z „kolegą”.

- jesusatan




Recenzja Hagel „The Veil of Shadows”

 

Hagel

„The Veil of Shadows”

Personal Records 2026

Hagel to damsko-męski skład z Meksyku, który ma trudną historię za sobą, gdyż powstał już dawno, bo w 1995 roku, ale po pewnych kłopotach swoje nagrania objawił światu dopiero pięć lat temu, wydając debiutancką płytę. Obecnie kwintet ten wraca z nową epką, na której kontynuuje wcześnie obrany styl, czyli black-doom metal. W warstwie czysto instrumentalnej jest to nawiązanie do gotycko-doomowych kapel z lat dziewięćdziesiątych, ponieważ tutejsza melodyka jak i przygnębiająco poprowadzone akordy, bez wysiłku kojarzą się z początkami działalności takich brygad jak chociażby Anathema czy My Dying Bride. Z kolei bardziej melancholijne oraz mistyczne chwile w muzyce Meksykanek i Meksykanów, mogą przypominać stary Moonspell oraz Ophthalamia. Do tego Hagel dodaje kilka typowych dla diabelszczyzny tremolo, gitary obdarza zimnym brzmieniem, a wokale ubiera w posępne, szatańskie warkoty. Ostatni przykład w postaci Ophthalamia udowadnia, że z powolnym i grobowym black metalem mamy do czynienia nie od dziś, bo sporo było już zespołów, które rzeźbiły w ten sposób. Hagel podtrzymuje tradycje i zapodaje rogaciznę na smutną nutę, przywracając do świadomości fanów metalu lata dziewięćdziesiąte, udowadniając, że „retro” nie umarło i trzyma się dobrze. W tym przypadku przybiera ono formę ponurego bleka, który połączył się nie tyle z doom metalem, co z gotyckim kreśleniem symboli na pięciolinii. Mi nie do końca to leży, ponieważ trudno mi zestawić rzewną czy depresyjną stylistykę z black metalem, bo bardziej do niego pasuje mi ponura, krucza posępność, która nie ma nic wspólnego z gorzkimi żalami jakie występują na „The Veil of Shadows”. Niemniej jednak epka ta, to ciekawa pozycja, która przywołuje lata minione w nieskazitelnej i wręcz namacalnej formie. Warto się zapoznać, a czy ktoś się zakoleguje z Hagel na dłużej, to już jego sprawa.

shub niggurath




sobota, 31 października 2026

Recenzja Rotheads / Putred “Tales of the Macabre”

 

Rotheads / Putred

 “Tales of the Macabre”

Temniță Rec. 2026

Uwielbiam kanadyjski Slaughter. Chłopaki co prawda zbyt wiele nie nagrali, jednak ich spuścizna to dla wielu współczesnych zespołów stanowi na pewno znaczące źródło inspiracji. Choćby dla pochodzących z Rumunii Rotheads i Putred. Te dwa składy wysmażyły właśnie piękny tribjut dla Kanadoli, który ukazał się w pierwszej połowie bieżącego roku na wydanej w sposób bardzo klasyczny, limitowanej do siedemdziesięciu sztuk taśmie, nakładem rodzimej muzykom wytwórni, dla której wspomniane wydawnictwo jest aktem rozdziewiczenia. Pod względem muzycznym jest to typowe wydawnictwo kolekcjonerskie, skierowane chyba wyłącznie do maniaków Slaughter. Nie znajdziecie na nim bowiem nic poza sześcioma (po trzy sztuki z każdej strony) coverami. W obsadzie mamy takie piosenki jak „F.O.D.”, „Death Dealer”, „Incinerator” czy „One Foot in the Grave”. Zresztą wymienianie tytułów jest tu na dobrą sprawę bezzasadne, z dwóch powodów. Po pierwsze, każdy może sobie ową setlistę sprawdzić w Internetach, a po drugie, Slaughter słabego kawałka nie miał, więc cokolwiek by chłopaki nie zgrali, to i tak jest kult! Kwestia wykonania zatem, bo to ona odgrywa tu najważniejszą rolę. No, powiem wam… żadnych niedociągnięć nie ma. Jest to wspaniale odegrana muzyka z lat dawnych, może w jeszcze bardziej deathmetalowej formie niż pierwowzór, ale przez kilka smaczków, głównie pod tytułem „brzmienie”, zyskująca rumieńców. Na pierwszej stronie, należącej do Putred, wspaniale stuka werbel. Jak odwrócone wiadro, co zwłaszcza w wolniejszych partiach wywołuje u mnie ciary. Z kolei Rotheads, ze swoimi przybrudzonymi błotem gitarami i ghoulowym wokalem nadali prezentowanym wersjom jeszcze większej ilości cmentarnego klimatu. Wykonania tych klasycznych kawałków w takim stylu to jak dolanie benzyny do ogniska. Coś, co już oryginalnie jest wspaniałe i niemal idealne zyskuje dodatkowego doładowania. Wybornie się słucha tych narań, zwłaszcza z formatu analogowego. Nie wiem ile taśm się Rumunom sprzedało, ale jeśli jesteście maniakami Slaughter i chcecie usłyszeć ich podliftingowane szlagiery, to zawsze jest szansa, że gdzieś tam jeszcze się jakaś kopia ostała. Moim zdaniem zdecydowanie warto się o takową postarać, bo ten tribute to absolutny strzał w potylicę.

- jesusatan




Recenzja Eyes of Agony „When They Return”

 

Eyes of Agony

„When They Return”

Awakening Records 2026

Jest to włoski projekt, złożony ze znanych muzyków tamtejszej sceny, który właśnie wydaje swój debiutancki album. Panowie rzępolą metal śmierci, nawiązując do klasycznych wzorców, czerpiąc pełnymi garściami z dokonań takich grup jak Nile, Incantation czy Cannibal Corpse. To zwyczajowe, dość gęste granie, będące połączeniem szybkich riffów i tremolo z palm mutingiem oraz zgrabnymi solówkami. Muza od Eyes of Agony leci w zmiennych tempach, ale najbardziej lubi te przyspieszone, bo może wtedy zasypywać nasze uszy zwalistymi ścianami dźwięku, których monumentalizm, upstrzony technicznymi wywijasami, potrafi boleśnie przygnieść do gleby. Włosi napierdalają żwawego deciora, który uwielbia prężyć muskuły jak i pokazywać swoje gustowne fatałaszki, przypominając w jakiej kondycji był ten gatunek kiedyś. Odtwarzają stare klisze z wirtuozerską precyzją, sypiąc blastami, lawinowymi kanonadami i słoniowatymi zwolnieniami na tłumionym biciu w struny lub zapodając atmosferyczne, wysokotonowe formuły. Materiał nagrany czysto, ale nie do przesady. Gitary posiadają soczyste brzmienie, sekcja łupie jak Gromowładny, zaś wokalista zdziera gardło sumiennie. Z płyty klimacik snuje się diabelsko-trupi więc czego chcieć więcej. Jednakże „When They Return” to nic nowego, ot poprawna przypominajka o przeszłości, która nigdy już nie wróci. Starzy wyjadacze i puryści powinni być zainteresowani, ci którym bliższe są współczesne det metale, mogą sobie odpuścić.

shub niggurath




Recenzja / A review of Boarhammer “III: Instruments of Fungal Intent”

 

 - FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Boarhammer

“III: Instruments of Fungal Intent”

Independent 2026

Debiutancki album Niemców, ten z grzybami w tytule, był dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Nie dlatego, że to była muzyka jakoś specjalnie nowatorska. Wręcz przeciwnie. Panowie zaczerpnęli głęboko ze studni klasyki, robiąc to jednak w sposób wyjątkowo „autorski” i udany. Jeśli pamiętacie, postawiłem ich w jednym szeregu z Hexenbrett, Malokarpatan czy Negative Plane. Drugi krążek zespołu, który wydany zostanie, przynajmniej na tą chwilę, jedynie na kasecie, własnym sumptem, jest w prostej linii kontynuacją wspomnianego debiutu. Jedyną rzeczą jaka się dla mnie zmieniła podczas odsłuchu tego materiału jest brak elementu zaskoczenia. Bo wyjątkowo wysoki poziom muzyczny, czy też kompozytorski, został na nowych nagraniach utrzymany. „III: Instruments of Fungal Intent” to niemal pięćdziesiąt minut muzyki utrzymanej w klimacie proto black metalu, z niewielkimi tylko nawiązaniami do lat późniejszych. A przez lata późniejsze mam na myśli co najwyżej początek drugiej fali. Zdecydowanie więcej w tych nagraniach Venom czy Motörhead (w tym przypadki chyba nawet więcej niż na „II: Chemognosis - A Shortcut to Mushrooms”), albo niemal punkowych rytmów, niż, dajmy na to, wczesnego Mayhem, również tu obecnego. Sporo też psychodeli, ale takiej rodem z lat siedemdziesiątych, a nie tych nowoczesnych wynalazków. Chwilami jest tutaj bardzo skocznie, gdzie indziej melodyjnie, prawie że heavymetalowo, a dla równowagi są chwile gdzie zatapiamy się w silnych oparach marihuany, czy nawet odurzeniu opium. No i bardzo mocno pachnie tutaj pokrytym śnieżnym pyłem lasem. Wszystko to tworzy niesamowicie rytualny klimat. Klimat prawdziwego kultu. Jeśli nawet nie Szatana (choć i Jego imię się na tym krążku w tekstach przewija) czy innych leśnych bóstw, to przynajmniej starego, klasycznego metalu. Odkryjecie to nie tylko w liniach gitarowych, chwilami fantastycznie hipnotyzujących, ale i wokalach. A to śpiewanych, raz bardziej, raz mniej agresywnie, a to rytualnie deklamowanych, takowo mrocznych co podniosłych, głoszących przesłanie solo, czy chóralnie. Boarhammer wymyślili własną formułę, zaklęcie na wskrzeszenie ducha, którego próżno szukać na większość współczesnych płyt. I tą formułę sukcesywnie rozwijają / kontynuują, dla mnie bez znaczenia które słowo sobie przyswoicie, bo konkluzja jest i tak jednoznaczna. Dla mnie to zespół wyjątkowy, a ich płyty to mokry sen każdego maniaka starego grania. Jestem pełen uznania i bije głębokie pokłony. I na koniec smutna konkluzja. Chłopakom chyba nie wyszło z Naturmacht Productions, i najwyraźniej nie znaleźli godziwego wydawcy, który byłby w stanie przedstawić ich szerszej publiczności. Albo po prostu się wkurwili i maja wyjebane. Tym bardziej sprawdźcie ten album, bo to perła w zalewie codziennego gówna. Możecie mi wierzyć.

- jesusatan

 

Boarhammer

“III: Instruments of Fungal Intent”

Independent 2026

 

The Germans’ debut album, the one with “mushrooms” in the title, came as a bolt from the blue for me. Not because the music was particularly innovative. Quite the opposite. The guys drew deeply from the well of classics, but did so in an exceptionally “original” and successful way. If you recall, I placed them in the same league as Hexenbrett, Malokarpatan, and Negative Plane. The band’s second album, which, at least for now, will be released exclusively on cassette at their own expense, is a direct continuation of that debut. The only thing that has changed for me while listening to this material, comparing to the debut, is the lack of an element of surprise. The exceptionally high musical and compositional standard has been definitely maintained on the new recordings. “III: Instruments of Fungal Intent” is nearly fifty minutes of music steeped in the atmosphere of proto-black metal, with only minor references to later years. And by “later years,” I mean, at most, the beginning of the second wave. There’s definitely more of Venom or Motörhead in these recordings (in this case, perhaps even more than on “II: Chemognosis – A Shortcut to Mushrooms”), or almost punk-like rhythms, than, say, early Mayhem, which is also present here. There’s also plenty of psychedelia here, but the kind straight out of the ’70s, not those modern inventions. At times it’s very upbeat, at others melodic, almost heavy metal-like, and to balance it out, there are moments when we’re immersed in thick clouds of marijuana smoke or even the intoxication of opium. And there’s a very strong scent of a forest covered in snow dust. All of this creates an incredibly ritualistic atmosphere. The atmosphere of a true cult. If not of Satan (though His name does appear in the lyrics on this album) or other forest deities, then at least of old-school, classic metal. You’ll discover this not only in the guitar lines, at times fantastically hypnotic, but also in the vocals. Sometimes sung  more aggressively, sometimes less, and at other times ritually recited, as dark as they are solemn, delivering their message solo or in chorus. Boarhammer have devised their own formula, a spell to resurrect the spirit, one that you will not find on most contemporary albums. And they’re steadily developing, or continuing, this formula, it doesn’t matter to me which word you choose, because the conclusion is clear either way. To me, this is an exceptional band, and their albums are every old-school metal fan’s wet dream. I’m full of admiration and bow deeply to the band. And finally, a sad conclusion. It seems the guys didn’t work out with Naturmacht Productions, and apparently they haven’t found a decent label that would be able to introduce them to a wider audience. Or maybe they just got pissed off and don’t give a shit anymore. All the more reason to check out this album. It’s a gem amid the flood of everyday crap. Believe me.

- jesusatan