niedziela, 17 maja 2026

Recenzja The Ruins of Megiddo „Siedem Dni Gniewu”

 

The Ruins of Megiddo

„Siedem Dni Gniewu”

Black Flame Rebellion 2026

The Ruins of Megiddo to projekt poboczny kogoś z Hekatomb. Wstępnie miała to być chyba informacja niejawna, ale i tak szybko stała się tajemnicą poliszynela. Zresztą co to za różnica, skoro i tak nie ma oficjalnego info co do składu twórców „Korosty”. Dlaczego zatem o tym wspominam? Bo jednak, mimo wszystko, pewne podobieństwa między oboma tworami bystre ucho skauta jest w stanie wyłapać. Nie będę jednak bawił się w odnośniki, bo to sobie może zrobić każdy indywidualnie. „Siedem Dni Gniewu” to album (choć na moje to bardziej mini) o tematyce biblijnej. Dość ciekawie złożony, zawierający trzy podstawowe kompozycje przeplecione instrumentalnymi przerywnikami. Z tym zastrzeżeniem, że nie jest to żadne klawiszowe plumkanie, bo, poza końcówką, w głównej roli występują tutaj instrumenty strunowe, przez co ogólny wydźwięk całości nie traci na swojej mocy i spójności. Jeśli chodzi o wspomniane kompozycje „podstawowe”, to mamy tutaj surowy black metal wzorowany na skandynawskiej (chyba najbardziej norweskiej i szwedzkiej) drugiej fali. Wiadomo, że w tym gatunku nic nowego się nie wymyśli. Można za to, czerpiąc z najlepszych wzorców, stworzyć coś, co nie będzie jedynie kopią, lub bezpośrednim nawiązaniem do któregoś z wielkich mistrzów. I dokładnie tego typu materiałem jest „Siedem Dni Gniewu”. Wydawnictwo to cechuje dość oszczędna produkcja. Gitary strojone są na bzycząco a perkusja brzęczy i dudni niczym na próbie w podrzędnej piwnicy. Same linie gitarowe oparte są na szybkim tremolo, i nawet jeśli zawierają w sobie tą mroźną, północną nutę, to są bardzo intensywne i zadziorne. Można tutaj rzucić porównaniem z Marduk, ale bardziej w wersji reh’owej niż studyjnej, i to głównie w tych najszybszych momentach. A blastów na tych nagraniach nie brakuje, choć dość często przeplatane są chwilowymi zwolnieniami na przeładowanie broni. Wspomniałem, że melodie The Ruins of Megiddo są relatywnie proste, co nie znaczy, że nie ukryto w nich kilku smaczków. Jednym z nich jest nutka orientalna wybrzmiewające na drugim planie w „Armilus. (Dzień gniewu pańskiego)”. Ten utwór zresztą, zgodnie z tytułem, jest faktycznie agresywny i przepełniony gniewem, po brzegi wypełniony złem. Osobne słowo należy się także tekstom, jak można wnioskować (zresztą słusznie) po tytule, śpiewanym tutaj po naszemu. Rzadko zdarza się, by muzycy podchodzili do sprawy tak poważnie i ambitnie jak w przypadku The Ruins of Megiddo. Warto poczytać podczas słuchania. Cóż, nie będę zachęcał do zakupu „Siedmiu dni gniewu”, bo z tego co wiem, to nakład kasety już się wyprzedał i wznowienie nie jest na obecną chwilę planowane. Warto jednak zapoznać się choćby z wersją cyfrową, bo na pewno nie jest to materiał przeciętny.

- jesusatan




Recenzja Dauþuz „Todeswerk: Uranium II”

 

Dauþuz

„Todeswerk: Uranium II”

Amor Fati 2026

Na nowym albumie Dauþuz kontynuuje swoje górnicze opowieści, wykorzystując do tego black metalowe dźwięki. Tym razem jest to osiem utworów, które nie oferują niczego nowego, bo są płynną, kolejną odsłoną historii przedstawionej na poprzednim krążku. To tradycyjne dla tego zespołu ujęcie diabelszczyzny w dalszym ciągu oferuje muzę opartą na wzorcach z lat dziewięćdziesiątych. Mieszanka tremolo i thrashowego kostkowania, która płynie w zmiennych tempach, na przemian hipnotyzując i zasypując agresywnymi blastami. Oprócz zwyczajowych dla tego gatunku riffów, dostajemy od Niemców także sporo melodii o epickiej bądź smutnej proweniencji, co ma podkreślać dramatyczne losy górników przy wydobywaniu uranu. Panowie dokładają do całości trochę klawiszy i całe spektrum wokaliz, ponieważ dostajemy tutaj ich całą masę pod postacią wściekłych warknięć, histerycznych wrzasków i heroicznych zaśpiewów. Wydźwięk tej płyty, zresztą jak wcześniejszej jest dość atmosferyczny. Dauþuz sypie jak z rękawa tytanicznymi chwytliwościami, szorstkimi atakami i zimnym, wysokotonowym kostkowaniem, podbijając tu i ówdzie całość syntezatorowym tłem, które dodaje temu materiałowi tragizmu. To black metal o mocnym brzmieniu i katastroficznej wymowie, częstujący pochmurnymi kanonadami, transowymi bujankami w średnich tempach i klimatycznymi zwolnieniami o górskiej nastrojowości, ściśle związanej z umiejscowieniem kopalń tytułowego pierwiastka. Jeśli lubicie Dauþuz i styl w jakim tworzy, wypełniony niemieckim etosem i grozą wydarzeń po drugiej wojnie światowej na Turyngii, to ta płyta jest dla Was. Zaś jeśli zasypialiście przy lekturze „Łyska z pokładu Idy”, to możecie bez żalu sobie odpuścić.

shub niggurath




piątek, 15 maja 2026

Recenzja Eradikated „Wiring of Violence”

 

Eradikated

„Wiring of Violence”

Indie Rec. 2026

Debiutancki krążek Szwedów, z których jeden wygląda jak kalka młodego Schuldinera, przedstawiał wam circa trzy lata temu shub niggurath. Chwilę temu Eradikated wrócili z krążkiem numer dwa. Postanowiłem zatem sprawdzić, czy mój kolega słusznie zabałtycką młodzież chwalił. Jak by tu zatem zacząć… Gówniarze to czasem jednak w starocie potrafią lepiej niż niejedne dinozaury. Zresztą niejednokrotnie dawałem temu wyraz na łamach Apocalyptic’a. Dziś mam okazję po raz kolejny pochwalić przedstawicieli młodego pokolenia za ich uwielbienie dla starej szkoły. Często tak starej, że pewnie nawet ich rodzice jeszcze nie byli jeszcze pełnoletni w chwili, gdy przyświecające młodym zespoły wydawały swoje najlepsze płyty. Eradikated grają thrash metal, z deka podsiąknięty crossoverowym feelingiem. Słychać wyraźnie, że tacy nauczyciele jak Anthrax, Testament, D.R.I. czy klasyczna Metallica i Slayer mieli na muzyków olbrzymi wpływ. Na „Wiring of Violence” aż roi się od zadziornych riffów, wspaniałych, agresywnych melodii, i hardcore’owej skoczności. Tej ostatniej jest tyle, że jeśli zamknie się oczy, można zobaczyć drącego się do mikrofonu kolesia w czapeczce z daszkiem, w krótkich portkach i podkolanówkach. Nawet nie wiem, który kawałek podać wam jako poglądowy, bo w każdym znajdzie się fragment, przy którym chce się podskoczyć niczym dzika małpa, pomachać łbem, w każdym usłyszycie taneczne rytmy i niesamowicie emocjonalne wokale. Te ostatnie to czysta poezja. W oczach stają mi lata osiemdziesiąte, kiedy to thrash metal jeszcze nie uświadczył bardziej charczących wokali niż czysty, wkurwiony śpiew. A takich tutaj najwięcej. Istotną sprawą jest, że młodzi w tak fantastyczny sposób blendują wszystko, co „już było”, nawet w warstwie tekstowej, gdzie rządzą klasyczne rymy, że człowiek w moim wieku momentalnie czuje się te przynajmniej trzy dekady młodszy. Jasna cholera, przecież te nagrania mają w sobie tyle pierwotnego metalowego  pierdolnięcia, że majtki spadają po same kostki. Może i brzmi to wszystko nieco bardziej nowocześnie, ale i pod tym względem facet siedzący za gałkami potrafił zachować wszelkie granice przyzwoitości. Mamy tu jedenaście kawałków, i, wierzcie mi, żaden z nich ani trochę nie odstaje od reszty, każdy powoduje natychmiastowy przypływ adrenaliny, i każdy jest potencjalnym koncertowym killerem Wyśmienity album nagrali nasi północni sąsiedzi. Takiego thrashu aż chce się słuchać. Indie Recordings rzadko trafiają swoimi wydawnictwami w mój gust, ale tym razem zbili mnie z planszy. Sprawdzajcie, bo warto!

- jesusatan






Recenzja Nocturnal Departure „Spiritual Cessation”

 

Nocturnal Departure

„Spiritual Cessation”

Hells Headbangers 2026

To już trzeci długograj w karierze tego kanadyjskiego kwartetu. Na najnowszym „Spiritual Cessation” Nocturnal Departure kontynuuje tworzenie black metalu, ale w stosunku do poprzedniego wydawnictwa, w muzykowaniu Kanadyjczyków można dostrzec pewne zmiany. Zapewne jest to spowodowane tym, że w grupie pojawiło się dwóch nowych załogantów, którzy wnieśli do diabelszczyzny tej brygady mały powiew świeżości. Jej postać to głównie większa melodyjność kompozycji jak i poszerzenie dotychczasowych sposobów na kostkowanie o inne jego formy, które okresowo urozmaicają aranżacje oraz wprowadzają nieco klasycznych i klimatycznych wpływów. Wyraźnie odstąpiono także od odjazdów w kierunku war metalowym, przez co barbarzyńskość i stęchły zapach znad Ross Bay, stał się mniej wyczuwalny.  Reszta to już zwyczajowe granie dla Nocturnal Departure, na które składają się thrashowe riffy, zimne i coraz częściej chwytliwe tremolo, a także szalone blasty. Nie brakuje tutaj również powykręcanych solówek i tradycyjnych, black metalowych bujanek, świadczących o tym, że skandynawski sznyt i dziedzictwo nie są tym panom obce. W dalszym ciągu Nocturnal Departure hołduje surowemu stylowi, rzępoląc na twardo i wysoko nastrojonych gitarach, wspomaganych przez dudniącą sekcję rytmiczną i szatańskie wrzaski, które niekiedy przeistaczają się w całkiem niskie growle. Jednakże tym razem jest jakby subtelniej, mniej agresywnie i wojowniczo. Za to kawałki obdarowane zostały większą dbałością o szczegóły, płynniejszymi zmianami między akordami i ich rytmem oraz różnorodnością tychże. Czy obecne oblicze black metalu od Nocturnal Departure przypadnie fanom tej kapeli do gustu, nie wiem. Kilka dobrych momentów można tu znaleźć, lecz jako całość, mi średnio wchodzi. Sprawdźcie, bo to cały czas solidna „czarnina”, tyle że na słodko, a ja wolę jednak kwaśną.

shub niggurath




Recenzja Bloodsoaked Necrovoid „Bloodsoaked Necrovoid”

 

Bloodsoaked Necrovoid

„Bloodsoaked Necrovoid”

Iron Bonehead 2026

Przez chwilę nie było u nas nic o Bloodsoaked Necrovoid. Ale nie dlatego, że się na nich pogniewaliśmy. Zespół kilka lat po prostu milczał, a zawirowania personalne sprawiły, że lider przeniósł się do Hiszpanii, gdzie dokoptował sobie do składu dwóch nowych  muzyków (zresztą żadnych żółtodziobów, ale nie będę tu rzucał nazwami). W tak odświeżonej formie powstała dwuutoworowa EP-ka, zatytułowana po prostu „Bloodsoaked Necrovoid”. Sprawne oko skauta zapewne wyłapie na okładce, iż przeobrażeniu uległo też logo. Czy poszły za tym także zmiany muzyczne? I tak, i nie. Przede wszystkim, Bloodsoaked Necrovoid to nadal totalna duchota. Zarówno pod względem brzmienia, które bardziej przypomina krawędź krateru, gdzie przy ekshalacjach wulkanicznych ciężko oddychać, ale i samych… melodii? Tak, proszę państwa. O ile dotychczas Bloodsoaked Necrovoid był zbitą bryłą lawy, wszechogarniającym, wciągającym niczym czarna dziura mrokiem, to na nowych nagraniach pojawiło się nieco więcej przestrzeni, klimatu i melodii właśnie. Spieszę natychmiast uspokoić, iż owa transformacja nie jest tych z gatunku rewolucyjnych. Słychać jednak, że zespół nie stanął w miejscu, nabrał sił, i kontynuuje rozbudowywanie swojego własnego stylu. Oczywiście w niszy, którą sobie pan Kostarykańczyk wybrał, ciężko o wielkie eksperymenty. Te dwie kompozycje dowodzą jednak, iż można ewoluować bez odcinania się od własnych korzeni. Zarówno „Pouring Irreversible Agonical Openings”, jak i „The Kindling Within Blackness, Quickening” to kompozycje raczej wolne (z chwilowym jedynie przyspieszeniem w tym drugim kawałku), przepełnione odorem grobowca, i powodujące uczucie zimnego oddechu śmierci na karku. To nadal najwyższej jakości amalgamat death / doom metalowy o klasycznym wydźwięku, posypany wywrotką gruzu i zalany cysterną gęstniejącego betonu. Zakopany zapewne głęboko pod jakąś kryptą, bowiem wokalnie mamy tutaj, po raz kolejny zresztą, wołanie zza światów o charczącym tonie topielca. Nie wiem, czy ta EP-ka sugeruje kierunek, w którym Bloodsoaked Necrovoid skierują się na kolejnej płycie, ale osobiście nie miał bym nic przeciwko. Materiał obowiązkowy do sprawdzenia. Na chwile obecną w postaci kasety, ale jak ktoś woli, to wkrótce pojawić się ma także winylowa siódemka.

- jesusatan




Recenzja Piołun „Exolvuntur”

 

Piołun

„Exolvuntur”

Malignant Voices 2026

Lubię od czasu do czasu zjeść coś gorzkiego, a że to ziele pomaga na niestrawność i wspomaga wątrobę, to tym bardziej byłem ciekawyjak smakuje Piołun z Lublina. Czy najnowsza, druga płyta tej kapeli równie dobrze działa na organizm jak jego roślinny odpowiednik? Ano, wszystko zależy od dawki, bo jak wiadomo zioła tego nie należy stosować zbyt długo, bo staje się trujące i tak też jest w przypadku „Exolvuntur”. Dlaczego materiał ten jest szkodliwy dla zdrowia? Dlatego, że wchodzi bez popitki od samego początku, bo to bardzo nośny, łatwo wkręcający się black metal, który po dłuższym z nim obcowaniu, szybko się nudzi, ale jak wspomniałem wcześniej, wszystko zależy od ostrożnego dozowania. Jeśli już dobierzemy odpowiednią miarkę i będziemy oszczędnie porcjować „Exolvuntur” to starczy na kupę czasu i to bez wpływu na zdrowie. Poza instrukcją obsługi należy stwierdzić, że to typowy, polski bleczur, lecz nic w tym złego. Posiada bardzo dobre brzmienie. Zimne tremolo zmiksowane z tradycyjnym kostkowaniem. Gitary świetnie zagęszczone przez dźwięczne linie basu i ciepło bijącą perkusję. Całość generuje dość chwytliwą muzę, o nostalgicznych i zalatujących naszym rodzimym romantyzmem melodiach. Nie oznacza to jednak, że Piołun nie potrafi przykurwić, a robi to znienacka, przechodząc w szybsze tempo, racząc siarczystymi uderzeniami w struny. Niekiedy hipnotyczne riffy w średniej agogice przełamuje harmonijnymi bujankami, bądź mozolnymi zwolnieniami, a i gustownie kompozycję zakończyć potrafi, jeśli nie niszczącą kanonadą to klimatycznym wyhamowaniem. Wszystkiemu towarzyszą rzecz jasna niezłe wokalizy, które swą barwą w punkt dodają ostrości tej płycie. Za ich pomocą gość przy mikrofonie w szorstkim stylu wypluwa z siebie teksty w języku krajowym, co podbija atrakcyjność tego wydawnictwa, ponieważ teksty jak ich artykulacja idealnie pasują do warstwy muzycznej. Za lirykę należy się duży plus, gdyż słowa są inteligentnie napisane i nie do końca oczywiste. Całkiem niezły black metal wysmażyli Lublinianie, który pomimo zróżnicowanego tempa i kostkowania, leci płynnie, sypiąc szronem i biczując boleśnie. Polecam, ale zalecam stosować się do instrukcji, bo o przedawkowanie w tym przypadku nie jest trudno.

shub niggurath




środa, 13 maja 2026

Recenzja Moros „Cemetery Hallucinations”

 

Moros

„Cemetery Hallucinations”

Morbid Chapel 2026

No to jeszcze jedna nowinka z Morbid Chapel, tym razem w postaci amerykańskiego Moros. Spójrzcie na logo? Co widzicie? Bo mi się skojarzenia z Coffins nasuwają momentalnie. I szybko się okazuje, że nie bezpodstawnie. Panowie gniotą death / doom, przy czym słowo „gniotą” jest tutaj jak najbardziej zamierzone. „Cemetery Hallucinations” to osiem dość siermiężnych kawałków, budowanych na rytmicznym kostkowaniu, przy którym, jak to się klasycznie mówi, nóżka chodzi, główka buja. Ciężar akordów jest tutaj nieprzeciętny, i w pełni rekompensuje jakiekolwiek udziwnienia techniczne, czy wielostrukturowe aranże. Moros prą przed siebie niczym TBM, krusząc wszystko, co stanie im na drodze. Zresztą, kiedy zamknie się oczy, to można sobie wyobrazić, jak każdy muzyk stara się wręcz unicestwić swój instrument, uderzając w niego ciężkim, tępym narzędziem. Sporo robi w tym przypadku klasyczny, sludge’owy sznyt, którym nagrania te są przesiąknięte do szpiku. W nieco szybszych partiach z kolei zdecydowanie bardziej cuchnie tu death metalem, i to chyba głównie takim spod znaku Asphyxopodobnego, a chwilami nawet podchodzącym z lekka pod Bolt Thrower, choć ze zdecydowanie mniejszym natężeniem melodii. Bardziej z krajowego podwórka, poniekąd dobrym porównaniem byłby też Abhorrent Funeral, z zastrzeżeniem, że Moros nie zapędzają się w szybsze, punkowe obszary. Nie, chłopaki mielą na drugim biegu i ani im w głowie wrzucanie „trójki”. Nie znaczy to, że „Cemetery Hallucinations” jest płytą nudną. Wręcz przeciwnie. Konsekwencja, z jaką panowie suną przed siebie wciąga niczym bagno, i ani przez chwilę nie chce się wcisnąć „stop”. Bo w tym z góry ustalonym tempie potrafią mocno różnicować harmonie, serwować różne melodie, i rozgniatać, rozdeptywać i miażdżyć. Wokalnie udziwnień tu nie ma. Jest głęboki jak studnia babci growl, wypluwający z siebie wersety w tożsamym muzyce tempie. Wszystko ubrano w ciężkie szaty, nisko dostrojono, i odpowiednio zagęszczono, tak, że siekierę można powiesić. Czy coś zatem jeszcze komuś trzeba tłumaczyć? Moros to ołowiany kolos, który każdego niewtajemniczonego w annały death / doomowe ćwoka odstraszy pojedynczym warknięciem. A każdego mu przychylnego przytuli, i będzie mruczał, mruczał, aż gałki same wypłyną z oczodołów. Masywna rzecz.

- jesusatan