piątek, 24 lipca 2026

Recenzja My Minds Mine “Between Soothing Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete Annihilation of This Planet”

 

My Minds Mine

“Between Soothing Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete Annihilation of This Planet”

Selfmadegod Rec. 2026 (re-issue)

 



Nazwa My Minds Mine jest mi doskonale znana, nawet jeśli nie jestem jakimś wielkim fanem grindcore’a. Z muzyką zresztą też kiedyś się spotkałem, pewnikiem na jakimś spotkaniu towarzyskim przy napojach wyskokowych. Wrażenia miałem pozytywne. Dziwnym nie jest. Bo raz, że procenty mieszające się z krwią pobudzają zmysły, a dwa, albumy tych holenderskich napierdalaczy do najdłuższych nie należą, więc takie krótkie wybuchy energii totalnej są niczym przypływ adrenaliny. Wczoraj w mojej skrzynce odbiorczej zameldowały się dwa materiały promocyjne ze stajni Pana Karola, oba dotyczące wznowień rzeczonego bandu. Postanowiłem zatem odpalić piwo, i przysiąść do tych wzruszających piosenek raz jeszcze. Jednocześnie, biorąc pod uwagę, że oba albumy zespołu trwają łącznie coś koło trzydziestu sześciu minut, i nie różnią się stylistycznie, nie rozbijałem moich odczuć na dwa osobne tematy, tylko zawarłem je we wspólnym nawiasie. Wynik moich doznań jest jednoznaczny. Wiadomo jaki profil ma Samozwańczy Bóg. My Minds Mine pasuje do niego idealnie, niczym kutas w pipkę. Chłopaki są bezpośrednimi spadkobiercami wczesnego Napalm Death i zespołów podobnych. Ich kompozycje to szybkie, albo raczej mega szybkie strzały na ryj. Zazwyczaj oparte na maksymalnym blaście, wspartym równie wartkim riffowaniem, mającym w sobie tyleż melodii co pierdnięcie pod kocem. Przy okazji tychże neandertalskich wybuchów wkurwu, doświadczamy darcia ryja na potęgę. Na wskroś klasycznego, czyli wrzaski obdzieranego ze skóry przeplatają się chwilami z głębszym, bardziej deathmetalowym growlem. Oczywiście większość numerów jest bliźniaczo do siebie podobnych, i pół królestwa oraz ręka księżniczki temu, kto rozpozna je po siedmiu nutkach, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż część z nich kończy się na pięciu. Na szczęście reguła ta jest czasem przełamywana, i pojawiają się bardziej zapamiętywalne riffy, cały czas na kształt Napalmów, ale tych o wiele późniejszych. Tak sobie tego słucham, i troszkę to śmieszne, troszkę fajne, bo takie sentymentalne. Ja się taką muzyką znudziłem dawno temu, ale od czasu do czasu powrócić do niej warto. Choćby po to, by przypomnieć sobie stare dzieje, tudzież sprawdzić, jak ów gatunek funkcjonował w latach późniejszych. A, jak widać, funkcjonował równie konsekwentnie jak inne, które za powtarzanie pierwowzorów szanuję w opór. Powiem zatem tak… Fani gatunku tymi wznowieniami powinni być wpiekłowzięci, bo to doskonała kontynuacja pierwotnej mikstury na najwyższym poziomie. No i domyślam się, że nakład poprzednich wydań się wyprzedał, więc kto tych płyt na półce nie ma, będzie mógł je zdobyć za relatywnie niewielkie pieniążki. Myślę, że warto nabyć, bo mimo wszystko mi się ta retrospekcja bardzo podobała.

- jesusatan




czwartek, 23 lipca 2026

Recenzja F.A.M. „Pleasure of Torture”

 

F.A.M.

„Pleasure of Torture”

Selfmadegod Records 2026

Pewnie znacie tą wrocławską kapelę, ponieważ rzępoli nie od dziś, bo od 2005 roku. Dużo w sumie przez te dwadzieścia jeden lat nie nagrali, gdyż „Pleasure of Torture” jest ich dopiero czwartym albumem, ale kto by tam liczył. Jest nowa płyta i to się zgadza. Wraz z coverem utworu „Ofiara” grupy Necrophil to jedenaście kawałków krwistego mięsa, flaków i ekskrementów, które rzucane są w naszą stronę przez jakieś trzydzieści minut. Ciężkie, plazmowate brzmienie gitar, zagęszczone przez sekcję rytmiczną o słusznej wadze i rzygające wokalizy Jakuba Kobylskiego, to kwintesencja death-gore’a Wrocławian. Prosto, bez wymyślnych rozwiązań konstrukcyjnych, zbudowana maszynka do mielenia mięsiwa, która robi to w jednostajnym tempie, czasami pozwalając sobie na przejścia między akordami, zmieniając rytm, prędkość czy sposób na kostkowanie. Wygrywa ona ponure melodie, rodem ze śmierdzących zepsutymi wnętrznościami kazamatów bądź zalewa wiadrem pomyj w postaci grindcore’owych blastów. Niekiedy da chwilę na wytarcie gęby z tej błotnistej i cuchnącej mazi, zwalniając na moment, po czym wraca do tortur i chuj. To gęsta i brutalna muza w klasycznym stylu, która może okresowo wydawać się monotonna, ale nie jest to jej wadą. Tradycyjnie skomponowany death-grind, od którego wymagać szczególnych wygibasów się nie da. Ma być przede wszystkim krwiście i barbarzyńsko. Te dwa podstawowe przymioty krążek ten zawiera. Zwyczajowe dla tego gatunku wydawnictwo, fanom surowego i pieczystego będą soki po brodzie lecieć.

shub niggurath

środa, 22 lipca 2026

Recenzja Nachtheem „ Waan van de Leegte”

 

Nachtheem

„ Waan van de Leegte”

Terretur Possessions 2026

Dziś na rozpisce mamy przedstawiciela black metalu z Holandii. Twór to dość świeży, bo działający zaledwie od lat dwóch, i mający na koncie demo i dwa splity.  Bardzo mi się to podoba, że chłopaki (choć w sumie nie wiadomo kto zespół tworzy, bo nie ma o tym żadnych informacji, więc może i dziewczyny) trzymają się staroszkolnej, prawilnej tradycji, i wydają kolejne nagrania podług pierwotnego wzorca. Debiutancki album zawiera pięć kompozycji z gatunku black metalu bardziej atmosferycznego. Nie mylić z symfonicznym, bo to nie ta ścieżka. Klawiszy tutaj niewiele, a owa atmosferyczność budowana jest głównie za pomocą podstawowego instrumentarium, w sposób zarówno tradycyjny, co i wyjątkowo udany. Podstawę muzyki Holendrów stanowią wzorce z okresu drugiej fali, acz nie tylko. Takimi dwoma nazwami, które najbardziej cisną mi się na usta, a do których mógłbym odnieść twórczość Nachtheem, są Enslaved (ten troszkę późniejszy) i Vemod. Czyli czuć w tych dźwiękach mróz, chwilami nawet siarczysty, ale są też chwile na przycupnięcie przy ognisku i wspólne opowiadanie legend oraz śpiewy. Na pewno nie brak na tym krążku płynących swobodnie, i równie łatwo wciągających melodii opartych na klasycznym tremolo. Chwilami szybszych, mknących niczym górski potok, w innych miejscach zwalniających, a nawet przechodzących w granie czysto akustyczne. W tych spokojniejszych pojawiają się też czyste wokale, przenoszące nas świat baśni. W „De Ontwalking” towarzyszą im nawet trąbki, przez co muzyka Nachtheem zaczyna bardzo intensywnie pachnieć lasem. Pod tym względem trzeba zespołowi oddać, że naprawdę potrafią zbudować odpowiedni nastrój, nie zahaczając przy okazji o tak pospolitą w tym gatunku kiczowatość. Niebagatelną sprawą jest tutaj także produkcja, totalnie nawiązująca do standardów lat dziewięćdziesiątych. Przy tej okazji podkreślić muszę dwa elementy, które wyjątkowo wpadły mi w ucho. Brzmienie gitar, w niektórych miejscach mocno przypominające Negative Plane (zwłaszcza na otwarciu), oraz perkusji, w najszybszych partiach brzmiącej głęboko, niemal jak na debiucie Mayhem. „Waan van de Leegte” to niemal czterdzieści minut naprawdę dobrego atmosferycznego grania. Weszła mi ta płyta już po jednym odsłuchu, i zagościła w moim playerze na dobrych kilka rundek. Myślę, że warto sobie sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Profane Burial „Desolate Echoes of Turmoil”

 

Profane Burial

„Desolate Echoes of Turmoil”

These Hands Melt 2026

Na swojej najnowszej płycie, Profane Burial kontynuuje pochód poprzez labirynt progresywnego black metalu, tworząc rozległe i dość skomplikowane aranżacje. Panowie nie osiedli na laurach i postanowili pójść jeszcze dalej w modernistyczne tony. Tym razem do symfonicznych i połamanych akordów, dołożyli jeszcze więcej wirtuozerskich popisów, improwizacji i eksperymentalnie brzmiących zagrywek. Zaowocowało to black metalem, którego odbiór nie przychodzi łatwo, bo to wysoce nieliniowe utwory, w których mieszają się zwyczajowe formy gatunku z tymi reformatorskimi wpływami, a to do końca dla purystów może nie być zrozumiałe. Swoboda muzycznej wypowiedzi Profane Burial nie jest jednak pozbawiona sensu. Wystarczy dać sobie czas, aby wtapiając się w tworzone przez Norwegów dźwięki, wydobyć z ich zmiennych struktur i nietypowych metrum, niezwykle ekspresyjną muzykę. Muzykę, która oprócz rozbudowanych kompozycji, kipiących od stale zmieniających się melodii, agresywnych uderzeń czy bardziej wysublimowanych środków wyrazu, posiada także w sobie pokaźną ilość mroku i diabolicznej złośliwości. To osobliwy i drapieżny black metal, który potrafi również zadziwić finezyjnymi rozwiązaniami, które wraz z satanicznym i orkiestralnym anturażem, kreują nieprzewidywalną diabelszczyznę. Nieustannie zmienną, zaskakującą i momentami wręcz uciążliwie pulsującą swymi nieoczekiwanymi zmianami tempa, sposobem na kostkowanie oraz wybuchającymi nagle, nieoczywistymi pomysłami. Album wypełniony efektowną i dramatyczną muzyką, która zawiera w sobie również spory pierwiastek grozy i zła. Black metal nowoczesny i wymagający. Nieprzewidywalny i o wielu twarzach, które potrafią przerazić. Krążek nie dla wszystkich, ale warto się z nim zapoznać, ponieważ jego osobliwość jest zadziwiająca i przyciąga jak magnes.

shub niggurath




wtorek, 21 lipca 2026

Recenzja Necromonger “Emanation of the Dying Perceptions”

 

Necromonger

“Emanation of the Dying Perceptions”

Xtreem Music 2026

Do Bułgarii to jeździło się na wywczasy w okresie PRL-u? Pamiętacie? Chuja tam, pewnie większość nie wie o czym rozmawiam. Ale żeby tam grali death metal? Od wielkiego dzwonu. Takim jednak dzwonem jest Necromonger, którego to debiutancki album ukazał się chwilę temu pod banderą Xtreem Music. Label ten, oczywiście w moim mniemaniu, do potentatów rynkowych nie należy, ale czasem ma przebłyski. Czy do takich należy rzeczony band? Niekoniecznie. „Emanation of the Dying Perceptions” to dość siermiężne granie. Będące połączeniem wspomnianego death metalu z gore’owym bratem. Jeśli w tym momencie przyjdą wam na myśl konotacje z Haemorrhage, Exhumed czy Regurgitate, to jesteście na jak najlepszej ścieżce. Wydawnictwo to zawiera dwanaście kawałków, z czego dwa ostatnie są utworami bonusowymi na wersję CD. Razem czyni to jakąś godzinę z kawałkiem. Biorąc pod uwagę dość mocną powtarzalność i schematyczność piosenek Necromonger, jest to chyba kapkę za wiele. Gdyby to był materiał o połowę krótszy, jeszcze jakoś by się bronił. Ale co za dużo, to i krowa nie zeżre, czy jakoś tak. No ale do rzeczy. Chłopaki gęszczą mocno, to fakt. Tłuszcz i posoka wyciekają z tych nagrań dość obficie. Odpowiedni ciężar też jest utrzymany, zwłaszcza przez mocno podbijający całość bas i wszechobecne głębokie wokale. Rytmika z kolei stoi tu na poziomie silnie ograniczonym. Takie typowe umpa-umpa, przy którym przypomina mi się tańczący ze sztuczną kończyną Fernando ze wspomnianego wcześniej hiszpańskiego wzorca, i nic więcej. Biorąc pod uwagę pojedyncze kompozycje, da się żyć. Bo gniotą one dość solidnie, nawet jeśli sama ich budowa kompletnie nie odbiega od znanych wszem i wobec wzorców. Bo generalnie dobry schemat nie jest zły. Przy tego rodzaju twórczości staje się on jednak z czasem dość nużący. Można odnieść wrażenie, jakby słuchało się w kółko tego samego utworu, ewentualnie wzbogaconego drobnym niuansem. Zespołów w tym odłamie gatunku jest sporo. Jedne lepsze, inne kompletnie beznadziejne. Umieszczając Necromonger w szeregu, powiedziałbym, że stoją gdzieś pośrodku. Bo tak naprawdę wszystko jest tutaj średnie do bólu. Żeby nie przynudzać, płyta na jeden odsłuch. Potem można się rozejść.

- jesusatan




poniedziałek, 20 lipca 2026

Recenzja Reekmind „Glints from the Crematorium”

 

Reekmind

„Glints from the Crematorium”

Night Terrors Rec. 2026

Piętnaście miesięcy po debiutanckim “Mired in the Reek of Grief” powraca australijski Reekmind. Tym razem panowie przypominają o sobie przy pomocy trzyotworowej EP-ki, zawierającej łącznie dwadzieścia pięć minut muzyki. Ujmując rzecz precyzyjnie, są to dwie studyjne kompozycje, plus, jako bonus, nagranie live, z tegoż jednak samego studio, zatem różnice w dźwięku są minimalne. Jeśli lubicie taplać się w szlamie, to ta przystawka idealnie wpasuje się w wasz gust. Panowie z Antypodów grają powoli, a chwilami bardzo powoli. Zdecydowany nacisk (i w zasadzie jest to także słowo-klucz) kładziony jest tutaj na masywność akordów i przytłaczający, grobowy klimat. To taka idealna mieszanka śmierć-doom’u z naleciałościami sludge’owymi. Akcja toczy się zatem niespiesznie, a same harmonie ulegają zapętleniu, przez co możemy poczuć się jakby przejeżdżał po nas czołg. Miejscami następują tu też chwilowe wyciszenia, przy których możemy złapać, no może nie cały, ale przynajmniej pół oddechu. Wspomnianą duchotę potęguje na tych nagraniach odpowiednio zamulone brzmienie oraz złowieszcze wokale. Melodii w tych kompozycjach niewiele, a na pewno nie takich do ponucenia. Panowie głównie mielą, systematycznie i sukcesywnie, poruszając się naprzód niczym stado wypełzłych spod nagrobka zombiaków, częściowo zresztą niekompletnych w wyniki kilkumiesięcznej pracy robali. W temacie oryginalności zbyt wiele powiedzieć tu się Ne da. Ten materiał nie jest ani specjalnie wybitny, ani nowatorski. Ma jednak coś, co mimo wszystko mi się podoba. Wspomniany gnilny nastrój, którym to panowie nadrabiają wszelkie inne niedociągnięcia. Tak po prawdzie, pełniak podobał mi się bardziej, bo „Glints from the Crematorium” brzmi jak odrzuty z tamtej sesji, ale i tak lipy nie ma. Komu zatem z rozkładem po drodze, temu Reekmind.

- jesusatan




Recenzja Bestia Arcana „Holókauston”

 

Bestia Arcana

„Holókauston” (re-issue)

Debemur Morti Productions 2026

Bestia Arcana jest kapelą z USA, a dokładnie ze stanu Kolorado. Grają już od 2008 roku, a swój debiut „To AnabainonektesAbyssu” wydali w 2011. „Holókauston” to reedycja, bo pierwotnie ukazał się on w 2017 roku, a teraz wzięła go na warsztat Debemur Morti. To cztery, okazałe utwory, ponieważ łącznie trwają ponad czterdzieści minut więc jest nad czym się skupić. Amerykanie tworzą szczególną odmianę black metalu, która odznacza się rozmachem i okultystyczną atmosferą. Trzy z tutejszych kawałków to gęsta i dość szybka kanonada zwalistych akordów oraz powykręcanych tremolo, które płyną w przestrzeń w towarzystwie klawiszowych pasaży i dronowych podkładów. To duszna muzyka, która jest niczym gorący podmuch, natchnionej satanizmem furii. To potężnie i przerażająco brzmiąca diabelszczyzna, która oprócz miażdżącego szumu, dostarcza także mnóstwo rytualnych doznań. Ten kakofoniczny chaos, będący wyrazem kultu dla sił nieczystych, przeplata się z ciężkimi zwolnieniami i ambientowymi wstawkami, które dodają mu wagi. Trzeci numer „Howling” odstaje od reszty, gdyż charakteryzuje się w pełni doomowym usposobieniem. To funeralny, apatyczny pochód wykreowany za pomocą rozwleczonych riffów i mrocznej, zaciskającej się na szyi elektroniki. „Howling” przygniata i tłamsi, ale jest równie parzący co jego trzej towarzysze. Materiał intensywny, bezkompromisowy i bestialsko atakujący zmysły. Poza niezaprzeczalnie diabelskim klimatem, posiada również przysadziste brzmienie, podbite przez nieprzejednanie dudniącą sekcję rytmiczną, a niesamowitej aury dostarczają mu, mające narracyjny charakter wokale i atmosferyczne syntezatory. Fanom gęstych, dusznych i nieco dysonansowych wykwitów wejdzie bez popitki.

shub niggurath