Wisielec
„Martwe
Spojrzenie”
Independent 2026
Wisielec to kolejny przedstawiciel krajowego
blackmetalowego podziemia, Chłopaki muzykują już jakiś czas, i zdążyli nagrać
demo, oraz EP-kę, którą to circa pięć lat temu opisywałem na łamach Apocalyptic
Rites. Teraz przyszedł czas na debiut, wydany ponownie własnym sumptem. Ukazał
się on co prawda już jakiś czas temu (dokładnie przed rokiem), jednak dopiero
teraz doniósł mi go listonosz. Może szedł okrężną drogą, przez mokradła. I co
można o tym materiale powiedzieć? Na pewno to, że panowie tych czterech lat od
„Prologu” nie przespali. Nowe nagrania na pewno są, małym bo małym, ale
kroczkiem wprzód. Słychać, że kompozycje na „Martwym Spojrzeniu” są bardziej
dopracowane, a przede wszystkim utrzymane na zbliżonym poziomie. A to,
poprzednio troszkę kulało. Stylistycznie wielkich zmian nie zauważam. Wisielec
nadal obraca się w klimatach drugofalowego black metalu. A przynajmniej gatunek
ten stanowi zdecydowaną podstawę twórczości Świebodziczan. Nie jest to jednak
typowy, nordycki, brzęczący klon. Tutaj zdecydowanie więcej tradycyjnego
kostkowania, chwilami nawet lekko zahaczającego o poletko deathmetalowe.
Gdzieniegdzie pojawi się także jakiś dysonans, czy inne nawiązanie do szkoły
bardziej współczesnej. Materiał utrzymany jest głównie w średnim tempie
(zwłaszcza do pewnego momentu), z mniej licznymi zrywami do blastów. Biorąc pod
uwagę, że teksty na tym albumie śpiewane są w języku polskim, można bez
przymiarki powiedzieć, że Wisielec idealnie wpisuje się w nasz krajowy odłam
czarciego metalu. I na pewno jest jego solidnym przedstawicielem. Gdyby pokusić
się o porównania, to można rzucić takimi nazwami jak późniejszy Satyricon czy
Immortal, acz są tu też momenty bardziej motoryczne, wymykające się norweskiej
koncepcji. Może to jakaś zmyłka, ale chwilami czuję tu też nawiązanie do
Polskiej sceny deathmetalowej z lat dziewięćdziesiątych i zespołów pokroju Dies
Irae czy Yattering. Dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części płyty, gdzie
panowie jakby bardziej się rozpędzają. Na sam koniec serwują natomiast
najbardziej chyba przebojowy (o ile tego słowa można tu użyć), i najdłuższy,
„Kurhan”, który przy trzech wcześniejszych kompozycjach jest najjaśniejszym
elementem „Martwego Spojrzenia”. Podsumowując… Wisielec nagrali płytę, która
dozuje napięcie stosownie do rozwoju sytuacji, a której słucha się bez
najmniejszego ziewania. Wręcz przeciwnie, kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk,
chętnie wciska się „play” po raz kolejny. Cieszę się, że zespół nie utonął w
nijakości, i wyciągnął poprawne wnioski z popełnionych wcześniej błędów. Stąd
też mogę debiutanckiego pełniaka, zwłaszcza maniakom rodzimego black metalu,
polecić bez obaw, że ktoś mnie zaciuka kozikiem za wprowadzenie w błąd.
-
jesusatan






