poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Recenzja Atomic Aggressor „The Occult Forces”

 

Atomic Aggressor

„The Occult Forces”

Hells Headbangers 2026

No i jest też nowy Atomic Aggressor. Nagranie drugiej płyty zajęło Chilijczykom, bagatela, dwanaście lat. Była co prawda po drodze EP-ka, ale to też dobre siedem lat wstecz. No i co z tego, skoro na sam debiut czekać trzeba było niemal dwie dekady, zapytacie? Ano nic, bowiem w temacie muzycznym niewiele się u chłopaków zmieniło. „The Occult Forces” to circa czterdzieści minut muzyki takiej, do której panowie, mimo bardzo powolnego trybu pracy, nas przyzwyczaili. W zasadzie mamy tutaj samą klasykę death metalu, z niewielkim thrashowym nalotem. Lata dziewięćdziesiąte kłaniają się w pas, a nazwy takie jak Sadistic Intent, Morbid Angel czy Possessed same się cisną na usta. Atomic Agressor jest kolejnym przedstawicielem gatunku, którego narodzin, albo przynajmniej najwcześniejszego etapu, muzycy doświadczali osobiście. A że czas im się wówczas zatrzymał, to i nie poszukują skarbów na ziemiach nieodkrytych, tylko jadą po staremu, na wskroś archaicznie, w duchu tego, co mnie w muzyce deathmetalowej rozkochało. W tych ośmiu kawałkach jest tyle chwytających za serce melodii, tyle ostrych riffów, tyle wyśmienitych solówek, że paluszki lizać. A owe odwołania do wspomnianych powyżej prekursorów, nawet jeśli obecne w każdej niemal chwili, nie ograniczają się bynajmniej do zwykłego kopiowania. Atomic Aggressor potrafią komponować swoje piosenki z wyczuwalną łatwością, w sposób naturalny, niewymuszony, a odnośniki w nich zawarte są po prostu tym, co im w sercu wybrzmiewa. Ponadto da się tutaj wyczuć ten południowoamerykański sznyt, który dodaje metalowi śmierci ze wspomnianego zakątku globu charakterystycznego posmaku. Słychać, że nie jest to muzyka tworzona przez laików, że panowie z deathmetalowego pieca niejeden chleb opędzlowali. Dlatego może słucha się „The Occult Forces” z podniesionym ciśnieniem i wielkim uśmiechem na twarzy. Nie będę zatem bił piany, tylko powiem krótko. Sprawdzajcie ten krążek, bo chuj wie, ile będziemy musieli czekać na kolejny, albo czy w ogóle się doczekamy. Bardzo dobre staroszkolne granie.

- jesusatan




 

Recenzja Vulgar Mephitis „From Dust”

 

Vulgar Mephitis

„From Dust”

Willowtip Records (2026)

 


Willowtip Records już niejednokrotnie pokazywała, że ma smykałkę do wyszukiwania niebanalnych zespołów, nie oglądając się na podgatunku metalu. Nie inaczej jest w przypadku Vulgar Mephitis, kwartetu z Pensylwanii, który niedługo zadebiutuje albumem „From Dust” w barwach lokalnej wytwórni. A cóż ten album przynosi? Już sama okładka zdradza, że będziemy mieli do czynienia z dość klinicznym death metalem, czyli zapewne dość brutalnym. I tak też jest w rzeczywistości – Vulgar Mephitis po wstępnym flircie z melodyjkami i uśpieniu czujności słuchacza atakuje technicznym, brutalnym, ale i dość klasycznym metalem śmierci. Cisną się tutaj porównania z Dying Fetus czy z nieco nowszymi bandami pokroju Unfathomable Ruination. Zwraca uwagę intensywność, gęstość i bardzo wysoki poziom wykonawczy. Muzykom Vulgar Mephitis nie można w tym departamencie niczego zarzucić. Okazjonalne flirty z melodią dla jednych mogą być zgrzytem, dla innych zaletą, ale w ogólnym rozrachunku nie znalazłem tu niczego co by wywoływało konwulsje czy chociażby poczucie niezręczności. Od strony produkcyjnej też nie można powiedzieć tutaj złego słowa – materiał jest ciężki, masywny, jakby zdradzający pewne fascynację sceną HC. Trudno mi natomiast znaleźć w tych dźwiękach zręby własnego stylu, czy chociażby próbę poszukania własnej tożsamości. Dla mnie to brzmi dosłownie jak skrzyżowanie wspomnianych dwóch wcześniej zespołów plus szczypta melodii. Na debiut może i wystarczy, ale zastanawiam się, gdzie tu jest ta furtka na coś więcej. „From Dust” to bardzo rzemieślnicza płyta. Solidnie, a nawet bardzo solidnie wykonana, ale trochę mało atrakcyjna dla oka i ucha, bo niespecjalnie się czymś wyróżnia. Brakuje odcieni, brakuje tego „czegoś”. Ale to wciąż album na tyle dobry, że warto go posłuchać.

Harlequin




niedziela, 16 sierpnia 2026

Recenzja Solystalgia „Solystalgia”

 

Solystalgia

„Solystalgia”

Nameless Grave 2026

 


Solystalgia to nowy zespół zza Wielkiej Kałuży, ale od razu zaznaczam, że wcale nie jest to kolejny twór deathmetalowy. Tym razem trafia nam się trio, które preferuje smutki i tęsknoty. Nie będę kłamał, iż jest to jeden z moich ulubionych gatunków. Owszem, kiedyś też trochę skutkowałem, ale było to raczej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, i dość szybko mi przeszło. Może dlatego, że gatunek który zrodził się w umysłach muzyków Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema dość szybko się wypalił i skręcił mocno w nieco luźniejszym kierunku. Tenże właśnie odłam kontynuują Amerykanie. Owszem, wspomniane pierwowzory są chwilami słyszalne w ich twórczości. Trochę w melodiach, częściej w solówkach, momentami w melancholijnym sposobie śpiewania. Powiem tak… Nie jest to album zły. Wręcz przeciwnie, pod względem wspomnianej estetyki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Choćby dlatego, że muzycy potrafią budować przytłaczającą, łzawą atmosferę swoich kompozycji nie tylko za pomocą smutnych harmonii, ale i dość ciekawej budowie całości. Główne utwory, w których oczywiście króluje powolne i pogrzebowe granie z dużą dozą rozpaczy, bez przesadnych zepętleń, przeplatają instrumentalnymi przerywnikami, jeszcze bardziej pogłębiające w słuchaczu negatywne uczucia. Co warto zaznaczyć, nie są to upchnięte na siłę interludia, wrzucone na płytę tylko dlatego, by utrzymać wspomniany schemat, ale utwory mocno spinające całość, będące jakby drzwiami do kolejnej sali smutku w tworzonym przez zespół muzeum. Wokalnie na szczęście też jest nieźle. Nie ma przesadnego balansowania w kierunku czystego smęcenia, przeważają raczej growle, co akurat dla mnie stanowi wielki plus. Pod względem brzmienia też jest przyzwoicie, choć brakuje mi nieco więcej ciężaru na gitarach, brzmiących w tym przypadku bardziej Katatoniowato niż wspomniane na wstępie pierwowzory (zwłaszcza w początkowym okresie). Same kompozycje nie nudzą, a chwilami nawet pozytywnie zaskakują. Jak choćby ostatni, odstający nieco od całości (o dziwo!) lżejszym klimatem, akustyczny „Acceptance”. Jeśli ja nie wyrzuciłem tego materiału po trzech minutach do kosza, to już jest jakaś pozytywna rekomendacja. A jak powiem, że odsłuchałem go trzy razy bez ziewania, to jest to już rekomendacja spora. Fani Novembers Doom, October Tide czy innego Swallow the Sun powinni być “Solystalgią” zachwyceni. I w sumie nie będę się im dziwił.

- jesusatan




 

Recenzja Jehovah on Death „Lágrimas de Oro”

 

Jehovah on Death

„Lágrimas de Oro”

I, Voidhanger Records 2026

 


Jeśli macie czasami ochotę posłuchać czegoś lżejszego, to sięgnijcie po Jehovah on Death. To kapela, która pochodzi z Aten, gdzie komponuje i nagrywa od 2020 roku. Po wydaniu kilku epek w lipcu ukazał się ich debiutancki album „Lágrimas de Oro”. Zawiera on dziewięć kawałków, które utrzymane są w tonie psychodelicznego rocka i proto-metalu, o okultystycznym usposobieniu. Jeśli znajome są wam takie kapele jak Blue Öyster Cult, Coven czy bardziej współczesne rzeczy jak chociażby Sabbat Assembly, Blood Ceremony i The Devil’s Blood, to już wiecie, jak leci muza od Greków. To muzyka przesiąknięta mistyką, tajemniczością i diaboliczną aurą. Wygenerowana za pomocą klasycznych i okresowo, wpadających w doomowe tony riffów, które okraszone zostały mroczną melodyką, płomiennymi solówkami i co najważniejsze, wspaniałymi wokalami żeńskiej części zespołu w osobie Señory Dolorosy. Wydobywa ona ze swoich strun głosowych mocne, powabne i kuszące dźwięki, które podkreślają diaboliczny charakter płyty i podbijają chwilami jej dramatyzm. Jehovah on Death urzeka swoją muzyką, która wypełniona jest formami znanymi z bluesa, posępnego rocka i proto-metalu, kreślącymi religijne i ponure pejzaże. Spotykają się w nich niezwykle nastrojowe akordy z żywotnymi, żarliwymi partiami, które oprócz sugestywnej rytmiki i atmosferyczności, potrafią także nieźle przysolić. Wydawnictwo inteligentnie zaaranżowane, które fascynuje satanistycznym klimatem rodem z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, który Ateńczycy oddają w autentyczny sposób. Polecam, bo świetnie i zarazem niezobowiązująco się tego słucha, a i wrażeń odpowiednich dostarcza.

shub niggurath




sobota, 15 sierpnia 2026

Recenzja Emptiness „Nowhere Speaks”

 

Emptiness

„Nowhere Speaks”

Season of Mist 2026

 


Emptiness to dla mnie nazwa kompletnie nieznana. A przecież zespół ma w dorobku już sześć płyt, a tworzący zespół ludzie z niejednego pieca chleb jedli, żeby wymienić choćby takie twory jak Enthroned, Abysmal Descent, Putrid Offal, Necromantic Worship czy Possession. Zatem najwyższy czas nadrobić zaległości, i sprawdzić, czym to smakuje. Okazuje się, że smaków tutaj co nie miara, na pewno więcej niż w najpopularniejszym chińskim daniu z kurczaka. Już po kilku minutach można bowiem stwierdzić, że nie jest to album na jeden odsłuch. Nie jest to też album typowy, który można przypisać do jednego gatunku, czy porównać do konkretnego zespołu. Belgowie dość mocno kombinują i mieszają w swoim garnku rozmaitości. Najogólniej można powiedzieć, że „Nowhere Speaks” to mroczny, bardzo nastrojowy doom / black metal o silnie awangardowym zabarwieniu. W zasadzie panowie nie wykraczają poza tempo średnie, zdecydowanie częściej zwalniając, albo wplatając między dłuższe utwory krótkie instrumentalne przerywniki. Występuje tu bardzo bogate instrumentarium. Albo może inaczej, sporo fragmentów odgrywanych jest jedynie przez część całej „orkiestry”. Gitarowe tremolo gdzieniegdzie milkną, ustępując miejsca, na przykład, jedynie perkusji z akompaniamentem basu. Gdzie indziej rolę przewodnią przejmują klawiszowe pasaże, ambientowe wstawki, albo momenty akustyczne, a wszystkiemu towarzyszą bardzo nietypowe, bo głównie szeptane (śpiewane szeptem?) wokale. Sporo tu odniesień do black metalu z Islandii, Francji, ale także do twórczości Howls of Ebb czy Blut Aus Nord. Nie brakuje także elementów wykraczających daleko poza metalowe ramy. Dość ciekawym zabiegiem jest także nagłe urwanie końcówki w dwóch ostatnich kompozycjach. Brzmi to na tyle dziwnie (głównie dlatego, że zabieg ten się powtarza), że aż musiałem sprawdzić, czy aby moja promówka nie posiada błędów. Wszystkie stosowane przez Emptiness zabiegi tworzą bardzo kolorowy i bogaty obraz muzyczny, który ogląda się kawałek po kawałku, co chwilę znajdując na nim jakieś drobne, skrzętnie ukryte detale. Całość trwa niewiele ponad czterdzieści minut, i naprawdę zlatuje nim mrugniemy okiem. Ale wciąga na tyle, że zaraz się chce „Nowhere Speaks” włączyć ponownie. Fajna, dziwna i intrygująca płyta.

- jesusatan




Recenzja EPITAPHE "III"

Epitaphe

„III”

Aesthetic Death (2026)

Francuscy death/doomowcy po czterech latach przerwy wracają ze swoim trzecim albumem zatytułowanym po prostu „III”, którego wydawcą będzie ten sam label co wcześniej – brytyjski Aesthetic Death. Również w obszarze muzycznym radykalnych zmian nie ma, niemniej mam poczucie, że omawiane tu wydawnictwo najbardziej trafia w mój gust z dotychczasowej twórczości Francuzów. Przede wszystkim fascynacja Opeth i wszelkiej maści eteryczno-klimatyczno-akustycznymi fragmentami i interludiami została trochę okrojona. Mam wrażenie, że im starszy się robię tym moja tolerancja na tego typu klimaciki jest mniejsza. I podobnie jest w tym przypadku – gdy muzycy Epitaphe zapędzają się w te rewiry próbując zrobić „różnicę” i rozładować trochę nastrój misternie budowany kolejnymi minutami frapującego death-doomu, robi się zwyczajnie nudno i mdło. I jest to jedyny mankament „III”. Pozostała muzyczna treść to cholernie dobrze zagrany i napisany kawałek muzyki z mnóstwem zmian tempa i motywów, galerią świetnych riffów i kanonad perkusyjnych, czy po prostu zajebiście dobrze prowadzonych kompozycji (nie licząc wspomnianych ucieczek w spokojne frazy). Uroku dodaje też produkcja – bardziej surowa niż na „II”, zdecydowanie bardziej kłaniająca się klasyce gatunku. Czas pokazał, że po nieco dłuższej niż zazwyczaj fascynacji albumem „II” przestałem po postu do niego wracać. Mam poczcie, że z „III” będzie podobnie, bo mimo wszystko to wciąż jest granie utrzymane w tej samej konwencji i stylistyce – zmieniły się tylko proporcje. Może, gdy muzyce Epitaphe całkiem zrezygnują z fascynacji ekipą Akerfeldta osiągną swój artystyczny szczyt, a może po prostu będą powielać swoje pomysły. Nadal bardzo dobrze, ale mam wrażenie, że pomimo że „III” jest lepszym albumem niż „II” to mój entuzjazm jest trochę mniejszy. Może przez te cztery lata wniosłem więcej nowego do swojego muzycznego gustu niż Francuzi do swojej muzyki? A może po prostu inaczej te dźwięki odbieram. Niemniej bardzo mocno polecam. 

Harlequin




 

 

piątek, 14 sierpnia 2026

Recenzja Godslut „The Art of Deconstruction”

 

Godslut

„The Art of Deconstruction”

Selfmadegod Rec. 2026

 


Kiedy tak sobie skanowałem na szybko Internety w poszukiwaniu czegoś na temat Godslut, natknąłem się na informację, iż zespół ten, po wydaniu debiutu, trzy lata temu, u tego samego wydawcy, okrzyknięty został przez niektórych „nową nadzieją polskiego death metalu”. Uuu, grubo! Trzeba było sprawdzić, bo przecież, co jak co, ale death metal to ja kocham od dziecka, trochę znam, i coś tam się orientuję. Hmm… nie wiem jak to wyglądało na debiucie, i czy aby nazwisko widniejącego wówczas w składzie bandu muzyka nie przyczyniło się kapkę do sukcesu marketingowego, ale to, co słyszę na „The Art of Deconstruction” to… taki Decapitated 2.0. I to porównanie wali mnie po uszach w zasadzie od pierwszej nutki do przedostatniego taktu (o ostatnim później). Owszem jest to death metal. Bardzo przykładnie (dla mnie ZBYT przykładnie) wyprodukowany, wyczyszczony tak, by każde pryknięcie stopy, czy plumkniecie basu było doskonale słyszalne, i żeby przypadkiem żaden paproszek się gdzieś na strunie nie osadził. Owszem, z zachowaniem odpowiedniego ciężaru i masy, żeby nie było niedomówień, acz bardziej typowego dla djentu. Samo granie Godslut to taki polski death metal z okresu późniejszego niż złota era. Czyli czasów, kiedy to poprzez narastający w kompozycjach poziom groove’u, pewnego rodzaju przebojowość i chwytliwość, wprowadzanie elementów z bardziej komercyjnych gatunków pobocznych trochę ten pierwotny metal śmierci poprowadziły z głębokiego undergroundu ku szerszej publiczności. Kojarzycie pewnie Fear Factory i ich „kultowy” „Demanufactured”. Na nowym krążku Godslut są momenty wzorowane chyba na owym wydawnictwie. Zresztą potwierdza się to liniach wokalnych, nierzadko wychodzące poza sferę klasycznego growla. Są też akordy o rodowodzie hard core’owym, jest też (o ja pierdolę, i to już jest gwóźdź do trumny) akustyczna balladka, i to z partiami wokali żeńskich! Na szczęście jest to już ostatni numer na płycie (kurwa, tytułowy haha!), ale powiem szczerze, jak dewotka na spowiedzi. Przez tą piosenkę nie chciało mi się włączać „The Art of Deconstruction” po raz drugi. Pomijając ten straszny babol, reszta materiału to solidny death metal dla fanów bardziej przystępnego oblicza gatunku, w którym osobiście niezbyt gustuję. Fanom wspomnianego Decapitated powinno się jednak spodobać. „Nadzieja polskiego death metalu”? Błagam… Nawet Mystic na początku działalności by chyba tego nie wymyślił.

- jesusatan