piątek, 13 lutego 2026

Recenzja Hag „Demo MMXXV”

 

Hag

„Demo MMXXV”

Ancient Dead Prod. 2026

Tak, kurwa, tak! To jest dokładnie taki black metal, jaki kocham ponad życie! Kiedy przypomnę sobie wczesne lata dziewięćdziesiąte, i tą graniczącą z ekstazą podnietę, gdy  trafiały w moje ręce kolejne wydawnictwa Burzum, Mayhem, Emperor czy Darkthrone, to myślę, że były to jedne z najwspanialszych chwil w moim życiu. Kształtujące nie tylko mój gust muzyczny, ale i mnie samego jako człowieka. Dziś, ponad trzy dekady później, odtworzenie tamtych chwil w stu procentach jest praktycznie niemożliwe. Ale wierzcie mi, kiedy trafia do mnie takie demo jak to poznańskiego Hag, to czuję się niczym klient agencji Rekall Incorporated, który wykupił właśnie nowe, świeże wspomnienia z wieku dorastania. Wspomniany zespół to nowy projekt muzyków Mental Funeral i Nihilvm, i mam nadzieję, że nie projekt jednorazowy, bowiem zawartość „Demo XXMMV” to czyste złoto. Te nagrania, poza nieco bardziej obrobionym (ale o tym za chwilę) brzmieniem, mogłyby być jakąś zapomnianą demówką z czasów, kiedy Darkthrone nagrywali, dajmy na to, trzecią / czwartą płytę. Bezkompromisowy, surowy, agresywny i kurewsko wyrazisty black metal. I słowa wyrazisty używam celowo, bowiem mimo ewidentnych inspiracji, muzycy odegrali te stare i uwielbiane piosenki w taki sposób, że nie śmierdzą ani kiczem, ani plagiatem. Powodują natomiast wielki, niemal erupcyjny przypływ adrenaliny, graniczący z uczuciem po zażyciu jakiejś dobrej piguły. Mamy tu cztery numery, głównie w średnim tempie. Charakteryzują je fantastyczne riffy pochodzenia Hellhammerowo / Darkthronowego, najwyższej klasy wokale, niby nie wykraczające poza ramy gatunku, ale tak emocjonalne i silne, że można dostać gęsiej skórki, proste, często punkowe rytmy perkusyjne (choć tu chwilami pojawiają się fragmenty nie tak oczywiste, jak można by przypuszczać), i, co najważniejsze, ten mroźny, nordycki klimat, śmierdzący przedsionkiem piekła. Wspomniałem wcześniej o produkcji. Jak tu fantastycznie brzmią gitary! Jak zajebiście biją bębny! Nawet bas chodzi wyjątkowo, jak na ten gatunek, wyraźnie. Można powiedzieć, że poznaniacy w sposób perfekcyjny zrenowowali stary, norweski sound, dodając mu nieco więcej głębi, ale nie tracąc przy tym oryginalnych intencji klasyków. No i jeszcze ta niesamowita, oldskulowa okładka… Nie, kurwa, ja nie mam żadnych pytań. Jestem porozkładany na cząstki pierwsze, zamieciony i kompletnie otumaniony. Dodam na koniec tylko to, że jak odpaliłem „Demo MMXXV” po raz pierwszy, to potem leciało na zapętleniu ponad dwie godziny, aż nauczyłem się go na pamięć. Ale nadal nie mogę przestać go słuchać. Dla mnie rewelacja!

- jesusatan




czwartek, 12 lutego 2026

Recenzja Vide „Aux enfantes des ruines”

 

Vide

„Aux enfantes des ruines”

Antiq 2026

W tym przypadku chodzi o francuski, jednoosobowy projekt, który w 2022 roku wydał trzy epki, aby na cztery lata zamilknąć i obecnie, pod koniec lutego wrócić z debiutanckim albumem. Hylgaryss, bo tak brzmi artystyczne imię twórcy odpowiedzialnego za „Aux enfantes des ruines”, komponuje atmosferyczny black metal. To ponura i melancholijna muzyka, która płynie w zmiennych tempach, racząc depresyjnymi zwolnieniami, hipnotycznymi tremolo w średniej agogice i szybszymi atakami, z których wieje chłodem. Wszystko okraszone smutną melodyką, którą wspomagają rozległe, klawiszowe pasaże i dziecięcy chór, przypominający odrobinę gregoriańskie zaśpiewy. Materiał brzmi dwojako, bo z jednej strony dostajemy chwytliwy, lecz dość zadzierżysty black metal, który nie dosyć, że biczuje chłodnymi akordami, to także potrafi wpaść w nieco piwniczne klimaty, o dość niepokojącym charakterze. Z drugiej zaś, rozczula i wpędza w trans, żałobnymi przerywnikami, pełnymi bezsilności i żalu wybuchami, a także zasypuje dramatycznym kostkowaniem, które wraz ze złowieszczymi wokalami wyraża chyba wszystkie negatywne emocje jakie tylko można sobie wyobrazić. Jest to surowa diabelszczyzna, która tnie swoim zimnym brzmieniem do krwi i pełnymi goryczy melodiami wpędza w załamanie nerwowe. Skonstruowana z wielowarstwowych tremolo, których wysokie dźwięki zagęszcza perkusja z dobrze słyszalnym basem. Całość dopełniają przestrzenne syntezatory, które podczas zwolnień wchodzą na tereny bliskie ambientowi. Niezwykle emocjonalny black metal, w którym mieszają się mrok, agresja, smutek i wściekłość. Majestatyczne i zarazem ostre wydawnictwo, choć momentami zbyt ckliwe, ale fanom atmosfery wejdzie bez popitki, ponieważ w swoim przedziale gatunkowym to bardzo dobry bleczur.

shub niggurath




Recenzja Kadavereich „Perversa Mysteria”

 

Kadavereich

„Perversa Mysteria”

Godz ov War 2026


No proszę, chciałem to mam. Jeśli pamiętacie, jakieś pięć lat temu Godz ov War wydało EP-kę tego rosyjsko - ukraińskiego tworu, którą to zresztą mocno tutaj polecałem, mając nadzieję, że kolejnym uderzeniem zespół potwierdzi swoją wartość. W międzyczasie panowie przenieśli się za naszą zachodnią granicę, być może z powodów politycznych, ale ostatecznie słowo ciałem się stało, i ponownie nakładem krajowego wydawcy, światło dzienne ujrzy pełen materiał Kadavereich. Jest on w prostej linii kontynuacją stylu znanego z „Radiance of Doom”. O ile w tematyce deathmetalowej wszystko w zasadzie zostało już powiedziane, to jednak co jakiś czas pojawiają się zespoły, które potrafią zagrać „piosenki znane i lubiane” po swojemu. I nie chodzi mi w tym przypadku o kopiowanie, w nawet niewiadomo jak udany sposób, któregokolwiek z klasyków, czy nawet odłam, a twórczość opartą na wielu wzorcach. Kadavereich to taki potwór, który niejedno pożarł, i właśnie tym wszystkim na nas rzyga. Już sam wstęp do otwierającego album „Perversion of the Mysteries” wiele mówi. Niby marszowe rytmy, sugerujące, że za chwilę spadnie nam na głowę tona napalmu, a jednak okraszone melodią z zupełnie innej bajki. To jedynie mała zapowiedź, bo na „Perversa Misteria” namieszane zostało z rozmachem. Chwilami wystawieni jesteśmy na typowo warmetalowe kanonady, gdzie tynk się sypie ze ścian, i nigdzie nie widać ratunku, by za chwilę linie gitarowe kompletnie nas przestroiły nutą na podobieństwo Impetuous Ritual czy Portal. Zresztą sposobów kostkowania usłyszycie tutaj co najmniej kilka. Poza wspomnianymi, bezlitosnymi harmoniami, wymyślonymi onegdaj przez Blasphemy, przez australijskie zawijasy, mocarne, rytmiczne akordy a’la Funebrarum, po zaciągi z Florydy, Nowego Yorku i okolic. A to wszystko tak umiejętnie scalone w nierozerwalny monolit, tak soczyście polane smołą, tak genialnie poskładane, że nic tylko przyklasnąć. Gęstość tych dźwięków to prawdziwa lawa, i bynajmniej różnicy żadnej nie czyni, czy panowie akurat gnają przed siebie na pełnej prędkości, czy zwolnią ostro niczym przestrzegający przepisów drogowych kierowca przed znakiem „stop”, ale bynajmniej nie zlewająca się jedynie w parującą masę. Jeśli bowiem chodzi o selektywność, to wszystko tutaj jest idealnie wręcz selektywne. Oczywiście w stylu organicznym, nie szpitalnym. Do tego wszystkiego dorzucono naprawdę potężne wokale, pogłębiające przesączającą całość grozę. Znalazło się tu miejsce także dla kapki klawiszy, użytych jednak bardzo oszczędnie, i nie jako pozytywka w tle, a budującego napięcie instrumentu, wybrzmiewającego gdzieś w oddali niczym syrena alarmowa. Cholernie mocny album nagrali panowie z Kadavereich. O ile EP-ka dawała jeszcze jakieś szanse na przetrwanie, tak tutaj, kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk, żywej duszy nie widać po sam horyzont. Wszędzie tylko ogień, dym, zgliszcza i przenikające wszystko promieniowanie. Totalna zagłada.

- jesusatan




Recenzja Misotheist „De Pinte”

 

Misotheist

„De Pinte”

Terratur Possession 2026

Oczywiście w tym przypadku chodzi o ten norweski Misotheist, który pochodzi z Trondheim i dwudziestego lutego powróci z czwartą płytą. Kapela ta chyba od zawsze grała w odmiennym stylu niż większość jej kolegów z tamtejszej sceny, racząc dźwiękami na podobę Deathspell Omega. Na „De Pinte” nie jest inaczej, bo kontynuują oni co zaczęli w 2018 roku na debiutanckim albumie. Dwa pierwsze kawałki to gęsta i duszna jazda, złożona z dysonansowych akordów, które tworzą zwarte struktury o dość kakofonicznym charakterze. Z tego „zgiełku”, tu i ówdzie, wyłaniają się tajemnicze wysokotonowe zagrywki, nadające mu okultystycznego i delikatnie, kosmicznego klimatu. Muza płynie tutaj szybko, atakując blastami, agresywną ścianą dźwięku, która potrafi też zwolnić i zapodać trochę spokojniejszych i hipnotycznych riffów o melancholijnym usposobieniu. Trzeci numer, to zejście w depresyjne i rytualne pływy, które toczą się z mozołem, kreując przygnębiającą i ceremonialną atmosferę. Leci on w żółwim tempie, częstując prostymi chwytliwościami, buduje klimat wypełniony bólem i tęsknotą, co podkreślają, nasiąknięte bezsilnością melodeklamacje wokalisty. Kompozycja ta płynnie przechodzi w wieńczący to wydawnictwo utwór, który trwa 21 minut i jest taką black metalową epopeją, która rozwija się powoli. Misotheist cierpliwie, bez pośpiechu formuje jego przebieg. Od odrobinę relaksującego, ale i monumentalnego wstępu do silnego uderzenia „galaktycznej” diabelszczyzny. W tej kompozycji wracają dysonansowe nuty, które Norwedzy przeplatają z nastrojowymi separatorami. Wyciszają one brutalizm wcześniejszych akordów i przygotowują na kolejną dawkę, demonicznego kostkowania. „De Pinte” to produkcja, która mocno kojarzy się z ujęciem francuskim, a zwłaszcza ze wspomnianą wcześniej brygadą, będącą „synonimem” takiego właśnie grania. Mroczny i „stelarny” black metal o magicznej atmosferze, który przez Misotheist doprawiony został również skandynawskim pierwiastkiem. Fani tego ujęcia rogacizny oraz tego zespołu powinni być zadowoleni. Mi natomiast jedna Deathspell Omega w zupełności wystarczy… i to z nawiązką.

shub niggurath




wtorek, 10 lutego 2026

Recenzja In Aeternum “…of Death and Fire”

 

In Aeternum

“…of Death and Fire”

Soulseller Rec. 2026

W dziesięć lat po wydaniu EP-ki „The Blasphemy Returns”, z czwartą płytą powraca szwedzki In Aeternum. Jednocześnie jest to pierwsze pełne wydawnictwo zespołu od, no kurcze, jak by nie liczyć, dwudziestu jeden lat. Skład w międzyczasie dość mocno się zmienił, i na placu boju, z oryginalnych członków, pozostał jedynie David Larsson. Sama muzyka natomiast, przynajmniej w porównaniu do tego, co z wcześniejszych płyt pamiętam, pozostała mniej więcej podobna. Czyli mamy tutaj prawie trzy kwadranse melodyjnego death / black metalu. No a szwedzki melodic death / black to wiadomo, Sacramentum, Necrophobic, Unanimated, te rzeczy. In Aeternum w zasadzie grają, jakby nadal tkwili w czasach, kiedy rzeczony trend się rozwijał. Trochę obawiałem się, czy aby nie będzie tu zajeżdżało nudą i geriatrią, ale po kilku rundkach z „…of Death and Fire” jakoś nie ziewałem. Z drugiej strony, nagrania te absolutnie nie wybijają się jakoś szczególnie ponad określony poziom, stąd wniosek, że album ten przeznaczony jest głównie dla fanów tego typu melodyjniejszego grania. Bo melodii w tych kompozycjach pod dostatkiem. Fakt, niektóre dość mocno osłodzone, ale nie brakuje też mocniejszych harmonii, bardziej kojarzących się z klasycznym śmierć metalem. A w przypadku „Spirits of the Dead” czy „The Vile God of Slime” usłyszymy nawet klasyczne riffowanie pod Morbid Angel (ten z Tuckerem). Żeby nie było za mało, to Szwedzi momentami zapędzają się w granie bardziej połamane i techniczne, czego przykładem może być kilka wersetów gitarowych w „Bow to None”. A w kończącym płytę „To Those Who Have Rode On” (a nie powinno być czasem „ridden” panowie?) mamy z kolej praktycznie zrzynkę aranżacyjną z „One Rode to Asa Bay”, choć patrząc na tytuły, a nawet na pewien szczegół z okładki, być może zamierzoną. Tylko po co? Oceniając te nagrania z perspektywy ogólnej, nie ma się za bardzo do czego przyczepiać. Ja do tych piosenek wracał nie będę, ale podejrzewam, że koneserzy wiadomej stylistyki będą ukontentowani. I tyle, bo co tu więcej drążyć.

- jesusatan




Recenzja Mactätus „Blot”

 

Mactätus

„Blot” (reissue)

ATMF 2026

Między latami 1989-1993 sekstet ten funkcjonował jako Blasphemy, aby następnie przekształcić się w Mactätus. „Blot” jest ich debiutem, którego odświeżoną wersję zdecydował się przypomnieć ten włoski label. Norwedzy wydali go pierwotnie w 1997 roku, czyli wtedy, kiedy ten gatunek zaczął mocno pikować w dół. Niestety nawet po latach to słychać, ponieważ to typowe, symfoniczne bądź atmosferyczne ujęcie black metalu dla ówczesnego okresu. Zbiór zadzierżystych riffów, które doprawiono sporym ładunkiem zimnych tremolo i wzmocniono silną sekcją rytmiczną. Całości oczywiście towarzyszą zaciekłe wokale i syntezatorowe pasaże, które nadają temu materiałowi dzikości i północno-europejskiej baśniowości. To w gruncie rzeczy swego rodzaju fuzja, która łączy w sobie, leśno-sataniczną agresywność z norweskim monumentalizmem. Pierwsza objawia się we wspomnianych zadzierżystościach, które zsyłają trochę szronu i bujają we właściwy dla tamtego rejonu sposób. Jest wtedy mrocznie i diabolicznie, ale nie do przesady. Ta druga cecha wyłazi podczas melodyjnych fragmentów, w których dominują bajkowe chwytliwości, podbite klawiszowym podkładem. Brzmi on trochę jak w epickich filmach i chwilami przechodzi w dungeon-synth, co bywa nie do zniesienia. Cóż, Mactätus na „Blot” wyraźnie nawiązywał do wczesnego Satyricon i Dimmu Borgir, tworząc skondensowaną mieszankę tych dwóch, co mogło się wtedy podobać. Pomijając gusta, mogę jedynie stwierdzić, że nie przetrwał próby czasu. Nieustannie płyta ta jest stereotypowym wydawnictwem z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, które nie odznacza się niczym szczególnym. Jest to dość ugrzeczniona diabelszczyzna, która puszcza oczko do całego spektrum odbiorców. Nikomu krzywdy nie czyniąc sypie śniegiem i rozczulającymi melodiami. Będąc ani zbytnio bombastycznym, ani nazbyt dzikim materiałem, doskonale wpisywał się w tamten trend i tak też czyni dzisiaj. Bez wyraźnego charakteru, nie narzucając się, spokojnie płynie w przestrzeń, przypominając o „zmierzchu bogów”.

shub niggurath




poniedziałek, 9 lutego 2026

Recenzja Chaospiracy „Infecting Grotesque Decay”

 

Chaospiracy

„Infecting Grotesque Decay”

Morbid Chapel Rec. 2026

Chaospiracy to włoskie trio z Mediolanu, a “Infecting Grotesque Decay” jest ich debiutancką EP-ką. Materiał ten co prawda ukazał się we wrześniu ubiegłego roku w formie cyfrowej, a miesiąc później na kasecie nakładem Unholy Domain Records, natomiast kilka dni temu w formie CD trafił na rynek dzięki Morbid Chapel Records. Wydawnictwo to zawiera cztery kompozycje z gatunku death metal. Jest to granie raczej z gatunku tych nieskomplikowanych, bowiem makaroniarze budują swoje numery na prostych, siermiężnych akordach, zazwyczaj utrzymanych w tempie wolnym, co najwyżej średnim. Zdecydowanie bardziej zatem możemy poczuć przy tych dźwiękach uderzenie obuchem niż techniczne rozpracowywanie przeciwnika wschodnimi sztukami walki. Można powiedzieć, że przez większą część EP-ce tej towarzyszy pewien schemat, polecający na powolnym uderzaniu w struny i utrzymywania tempa bujanego, co zdecydowanie wpływa na pracę naszej nóżki, a konkretnie na jej przytupywaniu. To w chwilach tych „szybszych”, bo kiedy Chaospiracy zwolnią, a czynią to nader często, to w powietrzu pojawia się wisielcza zawiesina, i robi się duszno. Rzadko  pojawia się tu melodia, którą da się zanucić. Niemniej można chwilami tą muzykę porównać do ubogiego brata Bolt Thrower. Takie pancerne harmonie, zdecydowanie jednak mniej „śpiewne” niż u Brytoli, pojawiają się kilkakrotnie, choćby w końcówce „Tears of Scorching Chaos” czy „Lustful Abyss”. Muzyce towarzyszy grobowy, głęboki growl, słusznie pozbawiony wszelkich odstępstw od deathmetalowej maniery. Całość brzmi na tyle masywnie, że z „Infecting Grotesque Decay” na słuchawkach na zamarznięte jeziorko raczej bym nie wchodził, bo mógłby to być mój ostatni spacer. Całościowo nagrania te to w sumie nic nowego czy odkrywczego, lecz słucha się ich naprawdę nieźle. Jak lubicie toporny, bujający metal śmierci, to dajcie Włochom szansę. To tylko dwadzieścia minut, zatem nic nie tracicie.

- jesusatan