Enterocolis
„Silence of Divinity”
Independent 2026
Czasy, kiedy Decapitated wywołali pewnego rodzaju
szok na krajowym rynku wydawniczym, nagrywając płytę w chwili, kiedy większość
członków zespołu nie była jeszcze pełnoletnia, dawno odeszły do lamusa. To, co
kiedyś było ewenementem, dziś nikogo już nie dziwi. Enterocolis to kolejny
przedstawiciel polskiego młodego pokolenia. Panowie mają po naście lat, i
właśnie wypuścili, zresztą własnym nakładem, pełnometrażowy debiut. „Silence of
Divinity” to dziewięć, zamykających się w trzydziestu trzech minutach, numerów
z gatunku śmierć metal, utrzymanego w staroszkolnym stylu. W sumie niby nic
odkrywczego, nic co by w najmniejszym choć stopniu wyrywało się z ram, a jednak
gęba się cieszy słuchając jak nasza młodzież potrafi czerpać inspiracje ze
starej, zakurzonej książki napisanej onegdaj przez mistrzów. Co mi się w tym
przypadku podoba najbardziej, to fakt, iż chłopaki nie uwzięli się na
konkretnego profesora, tylko inspiracje zaczerpnęli od całego grona
pedagogicznego, także od tych, co już dawno są, albo powinni być, z racji
wieku, na emeryturze. W zasadzie gdyby powbijać w globus znaczniki, w miejscach
na świecie na które muzycy zerkali w trakcie procesu twórczego, to byłby on
naszpikowany niczym jeż. Najgęściej chyba, co nikogo nie zdziwi, w okolicach
Florydy, ale i Skandynawii, czy środkowej części Starego Kontynentu. Bo jest tu
i odpowiedni ciężar, jest idealnie wyważona melodia, i chwilami ołowiane
buciki, i kilka kilogramów blastu. A wszystko to pięknie zamieszane i wyrobione
na jednolitą, betonową masę. Żeby było jeszcze bardziej po staremu, to w kilku
miejscach, i wcale nie tak rzadko, słuchać w tej muzyce echa starego
teutońskiego thrashu, co sprawia, że „Silence of Divinity” brzmi bardziej na
okres proto deathmetalowy niż na połowę lat dziewięćdziesiątych (niech
przykładem na to będzie choćby „God Won’t Have My name”, z ostrymi jak brzytwa
riffami). Sprzyja temu także brzmienie, zwłaszcza gitar, które śmigają tutaj
bardziej z gracją baleriny niż porażają pleśnią, rdzą i piachem. Swoje robi
także perka, bo jej stukanie jest chwilami tak kwadratowe, że lata
osiemdziesiąte aż się same cisną na uszy. No i do tego solidny wokal, któremu
zarzucić niczego się nie da. Owszem, brzmi to trochę jak młodzieńcza naiwność,
ale czy właśnie nie tym charakteryzowała się kiedyś w wielu przypadkach muzyka
metalowa? Enterocolis nie nagrali może płyty, która znajdzie się w
podsumowaniach roku, ale materiał ten zrobił na mnie na tyle spore wrażenie, że
odsłuchałem go chyba z dziesięć razy z rzędu. Sprawdźcie ich, bo to naprawdę
solidne granie, i niezwykle obiecujący debiut.
-
jesusatan






