sobota, 8 sierpnia 2026

Recenzja Miasmes „Violence, Blasphème et Pourriture”

 

Miasmes

„Violence, Blasphème et Pourriture”

Les Acteurs de l'Ombre Productions 2026

“Przemoc, bluźnierstwo i zepsucie”. Tak tłumaczy się na nasze tytuł drugiego krążka tego francuskiego komando. Pierwszy ukazał się jakieś trzy lata temu, i niestety jakoś mnie ominął. Na pewno jednak przy najbliższej okazji nadrobię zaległości, bo to, co znalazłem na nowym albumie Miasmes to miód na moje uszy. W zasadzie materiał ten to sama klasyka, a jednocześnie posklejana w sposób trochę inny niż w większości przypadków. Bo powiedzieć o „Violence, Blasphème et Pourriture” że to mieszanka Darkthrone i Impaled Nazarene to bardzo spore uproszczenie. Acz nie zmienia to faktu, że przy pierwszym odsłuchu właśnie te dwa zespoły najbardziej cisną się na uszy. Finowie ze względu na serwowane często przez Miasmes blastujące tempa z charakterystyczną chwilami dla Finów melodyką. Gdzie indziej te najszybsze momenty mogą kojarzyć się z pancernym obliczem Marduk. No ale to tylko blasty. Wspomnany Darkthrone to surowe akordy, mocno inspirowane Celtic Frost (jest nawet klasyczne „Ugh!”, a jak!) i teutońskim thrash  metalem spod znaku wielkiej trójcy. Do tego panowie dorzucają jeszcze kapkę punka i wszelkich odcieni jego prostoty, co jest swoistym dopalaczem agresji dla zawartych na tym krążku piosenek. Cholera, tak na dobrą sprawę tu jest sam ogień i dzika, niczym nie hamowana wulgarność, wystawianie środkowego palca wszelkim modom i sranie na dobre obyczaje. Zresztą, co ja tu będę tłumaczył, spójrzcie na okładkę. Po stokroć tandetną, jednak wyrażającą dosadnie poglądy Francuzów i ich podejście do muzyki. Powiem wam tak… Gdyby banda podchmielonych punków nasłuchała się na imprezie z metalami klasycznych płyt, to na drugi dzień, zaraz po kliniku, nagrali by właśnie te piosenki. Kopiując przy okazji kilkusekundowe fragmenty, inne wymyślając na spontanie albo pożyczając z zespołów ze swojej stylistyki. Całość trwa niespełna trzydzieści pięć minut, ale ma w sobie tyle oktanów, że w zupełności starczy do podpalenia jakiegoś lokalnego kościoła i zdewastowania pobliskiego cmentarza. Do premiery jeszcze chwila, ale dobrze wam radzę, zapamiętajcie sobie tą nazwę, albo najlepiej wpiszcie przypominajkę do telefonu, bo wiem, że we współczesnym świecie bez tego ani rusz. Kurcze, i jeszcze ten fantastycznie zagrany cover Motörhead na zakończenie. Absolutnie wyskokowy album, dobry jak butelka wódki.

- jesusatan




Recenzja Horrifier „Revelations of Gore”

 

Horrifier

„Revelations of Gore”

Personal Rec. 2026

Trzy i pół dekady temu, kiedy to w Norwegii zapłonęły kościoły, a druga fala black metalu zaczęła infekować resztę kontynentu, czy też nawet świata, w kraju tym praktycznie nikt nie grał metalu śmierci. Oczywiście zdarzały się wyjątki pokroju bardzo dobrego Molested, ale na dobrą sprawę wszystkie nowe kapele chciały wtedy bzyczeć pod Darkthrony, Burzumy i inne Mayhemy. Z biegiem lat wszystko się nieco wyrównało, ale czegoś w stylu „norweskiego death metalu” nigdy się nie doczekaliśmy. Pojawiło się za to sporo zespołów hołdujących klasycznemu odłamowi gatunku, czy to amerykańskiemu, czy tego zrodzonego na Starym Kontynencie. Horrifier powołany do życia został zaledwie cztery lata temu, ale widać panowie nie próżnują, bo „Revelations of Gore” jest ich drugim pełniakiem (a po drodze było jeszcze demo, EP-ka i dwa splity). Materiał ten to intro plus osiem kompozycji oldskulowego death metalu. Bardziej amerykańskiego, bo inspiracje Autopsy, zwłaszcza, są tu nad wyraz słyszalne. Nie jest to jednak granie monotematyczne. Osobiście słyszę w tych dźwiękach także sporo Pungent Stench, Repulsion, a nawet odrobinę szwedzizny. Ciężko jednak tworzyć muzykę, która ma już kilka dekad, bez odniesienia do filarów gatunku, Sztuką jest jednak poskładać stare patenty w sposób choćby odrobinę autorski. Nie mówię, że Horrifier znaleźli jakiś złoty środek. To nadal w głównej mierze odgrywanie znanych i lubianych melodii, jednak poziom twórczy jest u Norwegów na zdecydowanie wysokim poziomie. Bez wyścigów ze strusiem, bez niepotrzebnego technicznego kombinowania, bez zbędnych mariaży z gatunkami podocznymi, czy bardziej odległymi, panowie rzeźbią swoją cuchnącą grobem muzę z autentyczną pasją i znajomością tematu. Czuć w tych nagraniach energię, szczerość i autentyczność, a sposób w jaki łączą się tutaj patenty z lat dziewięćdziesiątych z odniesieniem do protoplastów gatunku jest w tym przypadku wyjątkowo udany. Ponadto… brzmienie. Jak to śmierdzi kompostownikiem, to aż by się chciał człowiek głęboko zaciągnąć i nie wypuszczać do utraty przytomności. Ten cudownie chodzący w tle bas, te brudne gitary i nieco rozklekotane beczki, no fantastyczne! Chłopaki wiekiem nie dobili jeszcze do trzydziestki, ale metal śmierci najwyraźniej zainfekował ich jeszcze w łonie matki, bo są nim przesiąknięci na wskroś. Takich płyt można słuchać na zapętleniu, bo nigdy się nie znudzą. Kto łaknie cmentarnego rozkładu, niech sięga po „Revelations of Gore” bez wahania. Odpowiednie wrażenia gwarantowane.

- jesusatan




Recenzja Heretic Cult Redeemer „In Oculum Chaos”

 

Heretic Cult Redeemer

„In Oculum Chaos”

Serpent Sun Records 2026

To już czwarte, długogrające wydawnictwo od tej greckiej kapeli. Najnowsza płyta, tak jak poprzednia, dostarcza potencjalnemu odbiorcy dziewięć kawałków. Jak na Heretic Cult Redeemer przystało jest to udziwniony black metal, który znów niesie ze sobą nudy na pudy, bo męczy okrutnie swoimi szybkimi uderzeniami, dysonansowymi kanonadami i mistycznymi zwolnieniami. W sumie toziewanie nie jest aż takie potężne jak na poprzednim albumie, ponieważ na „In Oculum Chaos” jest więcej modernistycznych wygibasów, okultystycznych skrętów i kosmicznych klimatów więc zasnąć nie ma szans, gdyż mętlik w głowie od stale zmieniających się szybkości kostkowania, sposobów na nie oraz okresowo, pojawiającego się grochu z kapustą, jest niemały. Niestety, słuchając tego krążka, odnoszę wrażenie, że panowie zbyt głęboko popadają w jazzową improwizacyjność, która najzwyczajniej w świecie wydaje się być nieco wymuszona. To zbiorowisko schizoidalnych dźwięków, które kłębią się bez celu. Niezrozumiała masa riffów, tremolo i atonalnych zabiegów w towarzystwie obłąkańczych wokaliz, która bezsprzecznie spodoba się fanom nowoczesnych sposobów na black metal. Black metal, który swoim awangardowym usposobieniem i na każdym kroku, zaskakującą spontanicznością mnie męczy okrutnie, ale im z pewnością wejdzie bez popitki. Ostatecznie „In Oculum Chaos” jest ciekawszą pozycją od swojego poprzednika, choć bardziej osobliwą, w której, jeśli sił komuś starczy, to odnajdzie spore pokłady mroku i diabolicznego szaleństwa.

shub niggurath




czwartek, 6 sierpnia 2026

Recenzja Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

 

Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom

“Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026

I jeszcze jeden split nadesłany z Murder Records. Tym razem dzielony na trzy części, choć trwający razem jedynie siedemnaście minut. Najpierw Hessian. Amerykanie nie pierdolą się w tańcu. Oni generalnie tak jak zeszli do podziemia, tak w nim tkwią, i ani myślą łba wyściubić. Pięć minut surowego black metalu na blaście. W tym przypadku brzmienie jest nawet stosunkowo czyste (jak na Hessian), choć i tak osadzone w standardach undergroundowych. „The Invocation of Attiga” to taki trochę hołd dla „Panzer Division Marduk”, bo przerwy na odpoczynek tutaj nie ma najmniejszej. Jest za to wkręcająca się w głowę, zapętlona melodia, która nagle gaśnie w objęciach czegoś na kształt ostatniego tchnienia. I wokalny dialog między wrzaskiem o growlem, niczym padające z dwóch stron komendy do ataku. Bardzo dobry numer. Drugi zresztą niewiele gorszy, będący poniekąd kontynuacją pierwszego, czyli ponownie galop, w tym przypadku jednak w krótkimi przerwami na złapanie oddechu. I świetnie brzęczącymi blachami.  Immortal Flame są (a właściwie „jest”, bo to solowy projekt kolejnego muzyka z ADHD) ze Szwecji. Od niego też dwie piosenki, co ciekawe trwające dokładnie tyle samo, czyli dwie minuty i czterdzieści siedem sekund. Podobnie jak u Amerykanów, jest to surowy black metal, oparty na nieskomplikowanych chwytach, o piwnicznym brzmieniu i klimacie, z mocno zasyfionymi gitarami i wyraźnym basowym podbiciem. Trochę więcej tu wpływów pierwszej fali, szczególnie w „Here Rests Knowledge”, kawałku przypominającym nieco dokonania Venom. I na koniec Teufelsdom, czyli sataniści z Rosji. Tylko jeden utwór, za to aż sześciominutowy. Prosty jak konstrukcja cepa, czy  tam sierpa, trochę wolniejszy niż u poprzedników, lecz nie mniej surowy. Trochę to może przypominać początku black metalu z Norwegii, zwłaszcza spod znaku Darkthrone czy Burzum, ale w wersji mocno uproszczonej. Nieco inne są tutaj wokale, niby blackmetalowe, ale kapkę niższe, dochodzące jakby z jakiejś jamy. I za to akurat duży plus. Sam kawałek idealnie na ten split pasuje, bo poza ramy lo-fi się niespecjalnie wybija.  “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness” to kolejna pozycja wyłącznie dla maniaków surowizny. Fani bardziej mainstreamowego ujęcia gatunku mogą sobie to wydawnictwo z czystym sumieniem odpuścić.

- jesusatan




 

Recenzja Torpor „Ðungeon Ðescent”

 

Torpor

„Ðungeon Ðescent”

Dying Victims 2026

Torpor to warszawska kapela, której członkowie byli kiedyś związani z formacją Armagh. Jakiś czas temu, bo pod koniec lipca, ukazał się ich debiutancki album. Zaskoczenia nie ma, ponieważ to klasyczne granie, które jest fuzją epickiego heavy metalu i diabelskich dźwięków w stylu Venom czy bardzo wczesnego Bathory. Płyta ta, to siedem kawałków, stanowiących mieszankę heroicznych riffów, podniosłych melodii i agresywnych ataków. Do tego panowie dokładają sporo garażowo brzmiących solówek, black’n’rollowych bujanek i thrashowych akordów, a wszystkiemu towarzyszą czyste, klimatyczne śpiewy wokalisty i idealnie podbijająca dynamikę sekcja rytmiczna. To do bólu tradycyjne granie, które wyrasta z końcówki lat siedemdziesiątych i pierwszej połowy następnej dziesięciolatki, o atmosferycznym obliczu. Zadziwiające kojącymi i wzniosłymi chwytliwościami oraz zadzierżystością na starą modłę. Wchodzi to bez popitki i pozwala pławić się w swych nutach, tak jak degustator robi to pijąc wytrawną whisky. Tak jak można nie lubić tego trunku, tak też można nie gustować w muzyce, która łączy w sobie heavy i black metal i do tego udekorowana jest dość dużą dozą melodyki. Jednakże materiał ten jest skierowany nie do wszystkich, bo nie dla każdego są nastrojowe i zarazem mroczne kompozycje, które przypominają granie w rodzaju „Sword & Sorcery”, kojarzące się z Manowar tyle, że skonstruowane prościej i z mniejszym rozmachem. Cóż, wyraźnie majestatycznie, mocno piwnicznie i ze skrajnie staromodnymi manierami. Surowe brzmienie, przydymiona produkcja i tajemniczy klimacik. Mi robi to dobrze. Sprawdźcie, może wam też podejdzie.

shub niggurath




 

środa, 5 sierpnia 2026

Recenzja Black Witchcraft “Ex Ossibus Templum Ei Erigemus”

 

Black Witchcraft

“Ex Ossibus Templum Ei Erigemus”

Under the Sign of Garazel 2026

Toruński Black Witchcraft swoim zeszłorocznym debiutem doprowadził mnie momentalnie do pionu. Według mnie było to jedno z najlepszych wydawnictw Garazela w, bogatym przecież, katalogu. Kiedy dotarła do mnie nowa płyta zespołu, zastanawiałem się mocno, czy był to jedynie jednorazowy wybryk, czy chłopaki na poważnie zaznaczą swoją obecność w czołówce rodzimej sceny blackmetalowej. No to może od razu powiem krótko, młodzieżowym slangiem. Panowie dowieźli. I to, kurwa, jak! „Ex Ossibus Templum Ei Erigemus” jeśli nie jest płytą jeszcze lepszą niż „Stare into the Blackest Depths of Hell”, to przynajmniej jej dorównującą. Choć osobiście skłaniałbym się do opcji pierwszej. Naprawdę niewiele było do udoskonalania na debiucie, ale jeśli jakieś minimalne, niegodne uwagi, mankamenty tam się zauważało, tak teraz ciężko mi szukać dziury w całym. Black Witchcraft to jeden z najzdolniejszy uczniów norweskich profesorów. Słychać, że najczęściej uczęszczali na wykłady Pana Fenriza, Satyra czy Euronymousa. Zatem pisanie na temat tych nagrań jakichkolwiek rzeczy odkrywczych, tudzież rozkładanie ich na składniki pierwsze, mija się z celem, i nie sądzę, by Toruńczyki by się z tego powodu obrazili. Tym bardziej, że wytykanie im wspomnianych wzorców bynajmniej nie jest z mojej strony zarzutem. Powiem więcej. O ile taki Terrestrial Hospice potrafi czerpać z podobnych źródeł, a jednocześnie tworzyć dźwięki wprawiające każdego maniaka starej szkoły w ekstazę, to Black Witchcraft mogą stawać z nimi w szeregu. Podobne podejście do agresji, wręcz kipiącej z muzyki, podobne łączenie wścieklizny z melodią, niemal identyczne wzorce aranżacyjne, czyli wiele się dzieje, bo riff goni riff, ale z utrzymaniem pierwowzorów, oraz brzmienie… Surowe, zimne jak kostka lodu wrzucona do drinka, zarazem czytelne i pozwalające cieszyć się każdym detalem. Na dokładke wokale – niezwykle jadowite i pełne pasji, w niektórych momentach wchodzące też w rejony wikińskich zaśpiewów. No i nie zapominajmy o szybkości. Tak samo jak chłopaki z Gdańska, Black Witchcraft grzeją na potęgę, zwalniając jedynie w nielicznych momentach, będących idealnym uzupełnieniem owego galopu. Ich black metal to okuty but na ryj chrześcijaństwa, splunięcie w twarz zdychającemu na krzyżu, to wszelkie pierwotne ideały towarzyszące narodzinom drugiej fali. Bez dwóch zdań hord ten potrafią komponować numery, które naprawdę mogły by stać w silnej konkurencji dla sceny lat dziewięćdziesiątych. I to w zasadzie wszystko co mam do powiedzenia. Mnie „Ex Ossibus Templum Ei Erigemus” rozkłada na czynniki pierwsze, przywołuje wspomnienia, przyspiesza tętno do stanu przedzawałowego. Fenomenalny album. Dziękuję, do widzenia.

- jesusatan




Recenzja Scattered Remnants „Procreating Mass Carnage / Inherent Perversion / Destined to Fail”

 

Scattered Remnants

„Procreating Mass Carnage / Inherent Perversion / Destined to Fail”

Redefining Darkness Records 2026

To może być nie lada gratka dla wielbicieli klasycznego death metalu w wersji brutalnej. Stara kapela z USA wydaje swoje, wybrane trzy materiały, czyli demówkę, epkę oraz debiutanckiego longa, które pierwotnie ukazały się w latach dziewięćdziesiątych. To soczyste i barbarzyńskie granie, które leci przed siebie bez udziwnień, częstując sowicie łamiącymi kości kanonadami, miażdżącymi zwolnieniami i chwytliwymi, lecz piekielnie ciężkimi średnimi tempami. Zbiór tradycyjnego kostkowania, blastów, tłumienia strun i tremolo. Został on wygenerowany za pomocą gęstego brzmienia, które podbijają łomocząca perkusja i ultramięsisty bas, a towarzyszą wszystkiemu, rzygające growle. Scattered Remnants napierdala brutal-death metal, do którego wplata sporo elementów znanych ze slam metalu, zatem oprócz blast beatów, gniotących bujanek, dostajemy także pokaźną ilość rytmicznych riffów, breakdown’ów i palm mutingu z wychodzącym okresowo na pierwszy plan basem, i bulgoczącymi wokalami. Agresywna i brutalna muza odznaczająca się niezwykłą chropowatością oraz ciężkością. Niosąca ze sobą bestialskie dźwięki, które delikatniejszym uszom będą zapewne wydawać się zbyt wstrętne, aby ich słuchać. Przeznaczona do dewastacji produkcja, która nieustannie dudni, wpędza w szaleństwo i rani zgrzytliwymi akordami. Jeśli komuś połączenie Suffocation z wczesną Pyrexia i takim też Cryptopsy, to będzie się pławić w zachwycie, słuchając tego wydawnictwa. Do tego dorzućmy odrobinę Exhumed, Infester z Incantation i danie gotowe. Smacznego. Świetne przypomnienie tego co dawno zostało zapomniane.

shub niggurath