środa, 9 września 2026

Recenzja Evil Ejaculation „The Royal Ritual Ceremony”

 

Evil Ejaculation

„The Royal Ritual Ceremony”

Rex Diaboli Death Syndicate 2026

Evil Ejaculation to dwóch Boliwijczyków, raczej młodych, bo choć udzielali się uprzednio w raczej nieznanych szerszemu gronu projektach, to było to stosunkowo niedawno. Na początku zeszłego roku wydali natomiast, sumptem własnym, debiutancką taśmę demo, którą to obecnie wznowić zdecydował się nasz rodzimy label. No i chwała mu za to, bo te cztery kompozycje to zaprawdę istny Wytrysk Zła. Na tej taśmie jest wszystko, za co kocham Amerykę Południową. Począwszy od garażowego brzmienia, na wskroś przeszytego klimatem tamtego zakamarka globu, poprzez samą treść muzyczną. Ileż w tych trzynastu minutach jest wściekłości, młodzieńczego buntu (takiego szczerego, rodem z początków lat dziewięćdziesiątych), odoru siarki i Diabła, to trzymajcie mnie wszyscy święci! Niechlujnie strojone gitary, chwilami nieco chowająca się w tle perkusja, podrasowane odpowiednim pogłosem wokale, rzygające na wszelkie świętości z maniakalną wręcz zawziętością, i wszechobecne zło. Muzycy nie silą się na jakieś eksperymenty czerpiąc pełnymi garściami z klasyki gatunku, czyli nagrań z naklejką Sarcofago, Masacre, Sepultura czy nawet  demówkowa Necromantia (to głownie za sprawą tłusto polanego basem brzmienia, i chwilami sposobu kostkowania). Co prawda  jeden z akordów w „Gate to the Dark Truths” bardziej podjeżdża klimatem pod szkołę nowocześniejszą, ale to taki mały ozdobnik, stanowiący mikron w obrazie całości. Te cztery numery to klasyka klasyki black / death metalu, materiał absolutnie nienowatorski, za to sprawiający „starym dziadom” od cholery radochy. Aż się przypominają lata szczenięce, i tylko odbicie w lustrze trochę nieadekwatne do stanu ducha. Bez owijania w bawełnę, powiem wam krótko. Kupujcie tą kasetkę (wydanie równie staroszkolne co sama muzyka), bo każda złotówka na nią wydana w obliczu doznań muzycznych jest naprawdę niczym. Jeszcze ta okładeczka i logo, a wszystko w trzech obowiązkowych kolorach. Nie mam, kurwa, żadnych pytań!

- jesusatan





Recenzja Carnation „Symphony of Flesh”

 

Carnation

„Symphony of Flesh”

Redefining Darkness Records / Self-Released 2026

Jeśli lubicie szwedzki death metal z początku lat dziewięćdziesiątych, to sięgnijcie po najnowszy, a czwarty już w karierze krążek Carnation. Kwintet ten gra go na belgijską modłę, bo z tego kraju pochodzi. Panowie jadą przed siebie w staroszkolnym stylu, wykorzystując patenty z tamtych lat. Bardzo podobne brzmienie, cięte i krwiste riffy, znajoma rytmika, czyli d-beaty oraz mięsiste, ale dobrze bujające kostkowanie. Zapiaszczone gitary, dźwięczny bas i idealnie działająca perkusja wraz z soczystymi growlami, robią milusią atmosferę. Atmosferę, którą Belgowie podbijają za pomocą klawiszy, użytych oczywiście w odpowiednich momentach. Klimacik podkreślany jest również przez, tu i ówdzie umieszczone nastrojowe rozbiegówki, spowolnienia w średnich tempach i solówki. To właśnie ta tajemnicza aura, towarzysząca, mielącym w ponurym nastroju akordom, odróżnia trochę Carnation od Dismember czy Entombed. Panowie także częściej kierują się w typowe rejony dla kontynentalnego death metalu, dociążając i zagęszczając aranżacyjne struktury, gniotąc mocniej niż ówczesna szwedzizna. Tak samo jest pod względem atmosferycznym, bo tutaj jest mroczniej i bardziej przygnębiająco, gdyż Carnation nie tylko o ten charakterystyczny groove chodzi, ale również o mrok i zgniliznę, które snują się z tego materiału i bezlitośnie osaczają jaźń. Surowy i klasyczny decior, który wchodzi gładko, ale swą energią i brutalnością, udowadnia, że nie tylko czarować syntezatorami potrafi.

shub niggurath






wtorek, 8 września 2026

Recenzja Venomous Echoes “Ŋvęŧş: Violator of Mater”

 

Venomous Echoes

“Ŋvęŧş: Violator of Mater”

I, Voidhanger Rec. 2026

Jak tak sobie spojrzeć, to Ben Vanweelned, bo to on kryje się za tym jednoosobowym projektem, jest w swoich poczynaniach niemal matematycznie obliczony i konsekwentny. To już czwarty krążek Venomous Echoes, i trzeci wydany niemal dokładnie w rok po poprzednim. Podobna systematyczność towarzyszy jego zawartości muzycznej, choć w tym przypadku z matematycznym obliczaniem ma ona niewiele wspólnego. Można by wręcz powiedzieć, że jest jej zaprzeczeniem. Kto czytał recenzje dotyczące „Split Formations and Infinite Mania”, czy „Dysmor”, ten wie mniej więcej czym są dźwięki Amerykanina z Ohio. Są wirem, centrum tornada, okiem cyklonu, albo, jak głosi tytuł najnowszego krążka – burzycielem materii. To death / black metal oparty na ciągłych zmianach. Zarówno w sposobie kostkowania, dozowaniu napięcia, linii melodycznych i tempa. W jednej chwili wystawieni jesteśmy na niesamowitą, chaotyczną wręcz nawałnicę, ekstremalne gradobicie w wyładowaniami atmosferycznymi, by niespodziewanie przenieść się w oazę spokoju, przynajmniej teoretycznego. Sposób w jaki Ben składa ze sobą poszczególne fragmenty, jak wspomniałem, przeczy logice. Można powiedzieć, że to nie ten sam zestaw klocków, że autor pomieszał przynajmniej cztery zestawy. Bo gitary grają swoje opętańcze melodie (nadal najmocniej kojarzące się chyba z Morbid Angel), perkusja wybija niejednokrotnie rytm całkowicie nie po ich linii, w tle pojawiają się klawisze pasujące tu jak pięść do nosa, a wokale wyrzygują teksty jakby z zupełnie innej piosenki. Trochę to może przypominać podobny projekt z tej samej stajni, a mianowicie francuski Esoctrilihum, do którego już chyba kiedyś Venomous Echoes porównałem, ale tym razem owe konekcje zdają mi się jeszcze silniejsze. Mniej niż zwykle na tej płycie elementów ambientowo noise’owych, więcej „gęstego”. Jednak, tak samo jak poprzedniczki, „Ŋvęŧş: Violator of Mater” jest materiałem równie ciężko przystępnym, i w sumie wymagającym sporego samozaparcia. Bo rozgryzienie wszystkiego co się tutaj dzieje w pełni, możliwe jest dopiero po kilku(nastu?) odsłuchach. Wytrwałym polecam, mniej cierpliwym odradzam.

- jesusatan




Recenzja Massteron „Second in the Spheres”

 

Massteron

„Second in the Spheres”

ATMF 2026

Na wstępie małe sprostowanie. Przedstawiając wam chwilkę temu demówkę Äxe, nadmieniłem, iż zespół pochodzi z Wysp. Moje koślawe oko przegapiło jednak fakt, iż jednym z członków Topora jest nasz krajan. Dlaczego wspominam o tym akurat teraz? A dlatego, że to właśnie on zdaje się być mózgiem Massteron, tworu, który w drugiej połowie września uraczy nas swoim debiutem. Zresztą to nie jedyne, co obie kapele łączy. Drugą, i chyba nawet ważniejszą sprawą jest to, że obie grają „po staremu”. Co prawda Massteron to nie speed thrash, lecz, nazwijmy to - okres nieco późniejszy, kiedy to zaczęły rodzić się, lub przeżywały lata świetności, takie gatunki jak black i death metal. Samo podejście do tematu, oraz sposób czerpania inspiracji z dekad minionych jest jednak podobny. Przede wszystkim sposób nagrania i realizacji „Second in the Spheres”. Materiał nagrany na setkę, obrobiony jedynie pobieżnie, by brzmiał poniekąd demówkowo, a na pewno na wskroś organicznie. Zresztą, przyznać muszę, że brzmienie jakie udało się naszym rodakom uzyskać, dość znacznie cuchnie pierwszą połową lat dziewięćdziesiątych w polskim wydaniu. Co do samej muzyki, to z kolei przychodzi mi na myśl inne porównanie. Może nie bezpośrednie, bo nazw klasyków wymieniać tutaj nie zamierzam, ale bardziej odnoszące się do sposobu czerpania z ich spuścizny. Podoba wam się, w jaki sposób do tematu podchodzą chłopaki z Omegavortex? Massteron chwilami, zwłaszcza w momentach bardziej chaotycznych mogą Niemców nieco przypominać. Oczywiście nie jest to aż taki wulkan energii, ale elementów wspólnych kilka znajduję. Inna sprawa, że „nasi” trochę bardziej hołdują czystemu thrash metalowi, kładąc większy nacisk na chwytliwość riffów oraz rytmikę. Ich kompozycje są bardziej tradycyjne i ułożone, aczkolwiek, jak wspomniałem, chwilami próbują wyrywać się twórcom z lejców.  Podoba mi się jednak to mieszanie w starym kotle swoja własną łyżką. Podoba mi się, jak panowie tasują staroszkolnymi riffami, jak zgrabnie wrzucają w odpowiednim miejscu wysokiej klasy solówkę, jak ubarwiają miejscowo oldskulowym smaczkiem, bez zbytnich eksperymentów, czy odkrywania nieznanego. Na swoim debiucie Massteron zawarli w zasadzie wszystkie podstawowe składniki do upichcenia „dziadkowej zupy”. I wyszło im to ponadprzeciętnie dobrze. Notka promocyjna mówi o wczesnym Azarath, Inquisition, Aura Noir… Polemizowałbym, ale niech im będzie, bo w ogólnym rozrachunku daje to jakieś wyobrażenie tego, co na „Second in the Spheres” znajdziecie. Lubicie thrash / death / black po staremu? No to na co jeszcze czekacie?

- jesusatan




Recenzja Leadbelcher „Heaven’sBloated Corpse”

 

Leadbelcher

„Heaven’sBloated Corpse”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Pierwszy album w karierze tych Irlandczyków, to osiem kawałków death metalu, który nosi w sobie znamiona brytyjskiej szkoły. Jednakże Leadbelcher mocno go unowocześnia, wprowadzając do swojego metalu śmierci spore pokłady groove’u i elementów znanych z grindu, co powoduje, że z tej muzyki mocno wieje współczesnością. Nie umniejsza to jednak jej brutalności i ciężkości, bowiem panowie gęste i rytmiczne kostkowanie mają opanowane. Przećwiczone do granic możliwości mają także zwaliste ataki, które bez wysiłku kruszą kości, więc z mieleniem mięsa nie mają żadnego problemu. To co serwuje Leadbelcher to mieszanka agresywnych riffów i tremolo, połamanego, tłumionego bicia w struny oraz całe pokłady schizoidalnych, świdrujących zagrywek. Do tego dokładają trochę sludgeowego szlamu i kilka odjazdów w dysonanse. Całość skutkuje duszną i szaloną muzą, która zsyła pokaźną dawkę odpychającego brudu, smrodliwej woni rozkładu i gniewu. Materiał ten do death metal o wielorakiej osobowości, z których każda jest plugawa i zainfekowana trądem. Irlandczycy komponują swoje miazmatyczne dźwięki z lekkością zatem „Heaven’s Bloated Corpse” wchodzi z łatwością. Bez problemu można delektować się tą nośną, lecz i bezwzględną płytą, która spodobać się powinna fanom death metalu w nieoczywistej formie. Na wskroś teraźniejsze ujęcie, ale nie tak znowu bardzo odbiegające od głównego czy też tradycyjnego nurtu. Ciekawe wydawnictwo, o dużej sile rażenia i co najważniejsze, nudzić się przy nim nie można. Polecam.

shub niggurath




poniedziałek, 7 września 2026

Recenzja प्रलय (Pralaya) „Inferno”

 

प्रलय (Pralaya)

„Inferno”

Independent 2026

Minął nieco ponad rok od wydania wyśmienitego, debiutanckiego krążka Pralaya. Panowie stwierdzili zatem, że wypadałoby przypomnieć szalikowcom (a wiem, że tych dzięki „Beyond the Tattered Curtain of Unspeakable Madness” zyskali całkiem liczną grupę) o swoim istnieniu. Doskonałą okazją ku temu zdaje się siódma edycja Bestial Laceration, na której to materiał ten będzie miał swoją oficjalną premierę. To trzy kawałki, trwające razem nieco ponad dwadzieścia minut, a będące w prostej linii kontynuacją tego, czym zespól częstował na wspomnianym pełniaku. Smoła, opary siarki, kapiąca z sufitu lawa i plugastwa oraz bluźnierstwa maści wszelakiej. Czyli w skrócie – gruz po pachy. Nie będę ukrywał, że twórczość Demoniaca, do spółki z bębniarzem „spoza tego świata”, to totalnie moje granie. To muzyka kompletnie antykomercyjna, nie kłaniająca się modom, będąca amalgamatem wszelkich cech czyniących metal metalem. Bo tak to chyba można najprościej opisać. Gęsto tu jak w świeżo rozrobionym betonie, brudno jak w chlewie, ciemno i straszno jak w zapleśniałych katakumbach. Bez wymyślania nowych teorii, stosowania sztuczek technicznych, naciągania tempa, czy zabiegów awangardowych, Pralaya gniotą i duszą swoim dźwiękiem skuteczniej niż rozjeżdżający nas walec drogowy. Masywne harmonie, dokonujące anihilacji ścieżki bębnów, na zmianę, zwalniające albo przechodzące w tempo Cekaemu, wyrzygiwane niczym zza kotary wokale, miejscowo przechodzące w tony męczenne, i zalewający wszystko bas… Plus kilka efektów i sampli. Znamy taki przepis? No znamy. Tylko, że, kurwa, nie każdy potrafi tak mocarnie rozgniatać na miazgę każdą nutką jak czynią to ci dwaj zwyrodnialcy. Jeśli jeszcze nie spotkaliście się z powyższą nazwą, ale gdzieś tam na półce macie pozycje z katalogu Upon the Altar czy Teitanblood, to zalecam bardzo szybkie nadrobienie zaległości. I nie będę się rozpisywał tym razem w detalach, tudzież argumentował „dlaczego”. Bo kumaci od razu złapią ideę stojącą za tą muzyką, i doskonale będą wiedzieli, co z tą wiedzą zrobić. Tym, którzy Pralaya już znają, polecać nie trzeba. Oni sobie tą EP-kę kupią w ciemno, bo doskonale wiedzę, iż zespół gwarantuje jakość. No to chyba już nic tu po mnie. Idę topić się w tym szlamie…

- jesusatan


https://desecrationcommand.bandcamp.com/album/inferno

Recenzja Immiserator „Blight of Subsistence”

 

Immiserator

„Blight of Subsistence”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Immiserator to jednoosobowy projekt nowozelandzkiego muzyka Harrison’a McKenzie, który na co dzień udziela się w black metalowym zespole Olde Throne, poruszającym się po rejonach atmosferycznego black metalu. Jako solowy twórca nagrywa eksperymentalną wersję fuzji death i black metalu, do której dołącza także kilka innych elementów. Zaowocowało to debiutanckim krążkiem, który zawiera dziewięć utworów o bardzo ciekawym charakterze. Interesującym, bo Harrison z pomysłem scala ze sobą w swych kompozycjach ciężkie śmierć metalowe akordy, diabelskie tremolo i industrialne riffy. Do tego dokłada sporą ilość awangardowych sztuczek w postaci dysonansów, nieoczywistych, modernistycznych zagrywek, post-metalowych wypełniaczy oraz klimatycznej elektroniki. Wszystko to buduje niezwykle przemyślane struktury, które nieustannie zaskakują miażdżącymi, marszowymi rytmami, brutalnymi blastami czy lodowatymi tremolando. W główne tekstury, Immiserator wplata również wężowate solówki, syntezatorowe podkłady, ambientowe przerywniki, a w kończącym ten album, tytułowym numerze pojawia się nawet saksofon. Pomimo dość dużej złożoności tutejszych aranżacji, słucha się ich z łatwością, gdyż w stale zmieniających się tempach i sposobach na kostkowanie, Nowozelandczyk nie umieścił nic, co można by posądzić o pretensjonalność czy nachalną i przypadkową improwizację. Na „Blight of Subsistence” nic nie jest sztucznym zbiegiem okoliczności. To doskonale wykreowany system, który bezustannie ewoluując, zmienia swoje formy w sposób płynny, lecz nie niezauważalny. Precyzyjny materiał, obdarzony mechanicznym brzmieniem, podbitym przez idealnie naoliwioną sekcję rytmiczną i o chłodnym usposobieniu, różnorakie wokalizy. Atakuje brudem, zautomatyzowanym zimnem, ponurą i duszną atmosferą, a jego okresowy nihilizm wręcz poraża. Polecam. Bardzo dobra płyta.

shub niggurath