wtorek, 8 września 2026

Recenzja Venomous Echoes “Ŋvęŧş: Violator of Mater”

 

Venomous Echoes

“Ŋvęŧş: Violator of Mater”

I, Voidhanger Rec. 2026

Jak tak sobie spojrzeć, to Ben Vanweelned, bo to on kryje się za tym jednoosobowym projektem, jest w swoich poczynaniach niemal matematycznie obliczony i konsekwentny. To już czwarty krążek Venomous Echoes, i trzeci wydany niemal dokładnie w rok po poprzednim. Podobna systematyczność towarzyszy jego zawartości muzycznej, choć w tym przypadku z matematycznym obliczaniem ma ona niewiele wspólnego. Można by wręcz powiedzieć, że jest jej zaprzeczeniem. Kto czytał recenzje dotyczące „Split Formations and Infinite Mania”, czy „Dysmor”, ten wie mniej więcej czym są dźwięki Amerykanina z Ohio. Są wirem, centrum tornada, okiem cyklonu, albo, jak głosi tytuł najnowszego krążka – burzycielem materii. To death / black metal oparty na ciągłych zmianach. Zarówno w sposobie kostkowania, dozowaniu napięcia, linii melodycznych i tempa. W jednej chwili wystawieni jesteśmy na niesamowitą, chaotyczną wręcz nawałnicę, ekstremalne gradobicie w wyładowaniami atmosferycznymi, by niespodziewanie przenieść się w oazę spokoju, przynajmniej teoretycznego. Sposób w jaki Ben składa ze sobą poszczególne fragmenty, jak wspomniałem, przeczy logice. Można powiedzieć, że to nie ten sam zestaw klocków, że autor pomieszał przynajmniej cztery zestawy. Bo gitary grają swoje opętańcze melodie (nadal najmocniej kojarzące się chyba z Morbid Angel), perkusja wybija niejednokrotnie rytm całkowicie nie po ich linii, w tle pojawiają się klawisze pasujące tu jak pięść do nosa, a wokale wyrzygują teksty jakby z zupełnie innej piosenki. Trochę to może przypominać podobny projekt z tej samej stajni, a mianowicie francuski Esoctrilihum, do którego już chyba kiedyś Venomous Echoes porównałem, ale tym razem owe konekcje zdają mi się jeszcze silniejsze. Mniej niż zwykle na tej płycie elementów ambientowo noise’owych, więcej „gęstego”. Jednak, tak samo jak poprzedniczki, „Ŋvęŧş: Violator of Mater” jest materiałem równie ciężko przystępnym, i w sumie wymagającym sporego samozaparcia. Bo rozgryzienie wszystkiego co się tutaj dzieje w pełni, możliwe jest dopiero po kilku(nastu?) odsłuchach. Wytrwałym polecam, mniej cierpliwym odradzam.

- jesusatan




Recenzja Massteron „Second in the Spheres”

 

Massteron

„Second in the Spheres”

ATMF 2026

Na wstępie małe sprostowanie. Przedstawiając wam chwilkę temu demówkę Äxe, nadmieniłem, iż zespół pochodzi z Wysp. Moje koślawe oko przegapiło jednak fakt, iż jednym z członków Topora jest nasz krajan. Dlaczego wspominam o tym akurat teraz? A dlatego, że to właśnie on zdaje się być mózgiem Massteron, tworu, który w drugiej połowie września uraczy nas swoim debiutem. Zresztą to nie jedyne, co obie kapele łączy. Drugą, i chyba nawet ważniejszą sprawą jest to, że obie grają „po staremu”. Co prawda Massteron to nie speed thrash, lecz, nazwijmy to - okres nieco późniejszy, kiedy to zaczęły rodzić się, lub przeżywały lata świetności, takie gatunki jak black i death metal. Samo podejście do tematu, oraz sposób czerpania inspiracji z dekad minionych jest jednak podobny. Przede wszystkim sposób nagrania i realizacji „Second in the Spheres”. Materiał nagrany na setkę, obrobiony jedynie pobieżnie, by brzmiał poniekąd demówkowo, a na pewno na wskroś organicznie. Zresztą, przyznać muszę, że brzmienie jakie udało się naszym rodakom uzyskać, dość znacznie cuchnie pierwszą połową lat dziewięćdziesiątych w polskim wydaniu. Co do samej muzyki, to z kolei przychodzi mi na myśl inne porównanie. Może nie bezpośrednie, bo nazw klasyków wymieniać tutaj nie zamierzam, ale bardziej odnoszące się do sposobu czerpania z ich spuścizny. Podoba wam się, w jaki sposób do tematu podchodzą chłopaki z Omegavortex? Massteron chwilami, zwłaszcza w momentach bardziej chaotycznych mogą Niemców nieco przypominać. Oczywiście nie jest to aż taki wulkan energii, ale elementów wspólnych kilka znajduję. Inna sprawa, że „nasi” trochę bardziej hołdują czystemu thrash metalowi, kładąc większy nacisk na chwytliwość riffów oraz rytmikę. Ich kompozycje są bardziej tradycyjne i ułożone, aczkolwiek, jak wspomniałem, chwilami próbują wyrywać się twórcom z lejców.  Podoba mi się jednak to mieszanie w starym kotle swoja własną łyżką. Podoba mi się, jak panowie tasują staroszkolnymi riffami, jak zgrabnie wrzucają w odpowiednim miejscu wysokiej klasy solówkę, jak ubarwiają miejscowo oldskulowym smaczkiem, bez zbytnich eksperymentów, czy odkrywania nieznanego. Na swoim debiucie Massteron zawarli w zasadzie wszystkie podstawowe składniki do upichcenia „dziadkowej zupy”. I wyszło im to ponadprzeciętnie dobrze. Notka promocyjna mówi o wczesnym Azarath, Inquisition, Aura Noir… Polemizowałbym, ale niech im będzie, bo w ogólnym rozrachunku daje to jakieś wyobrażenie tego, co na „Second in the Spheres” znajdziecie. Lubicie thrash / death / black po staremu? No to na co jeszcze czekacie?

- jesusatan




Recenzja Leadbelcher „Heaven’sBloated Corpse”

 

Leadbelcher

„Heaven’sBloated Corpse”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Pierwszy album w karierze tych Irlandczyków, to osiem kawałków death metalu, który nosi w sobie znamiona brytyjskiej szkoły. Jednakże Leadbelcher mocno go unowocześnia, wprowadzając do swojego metalu śmierci spore pokłady groove’u i elementów znanych z grindu, co powoduje, że z tej muzyki mocno wieje współczesnością. Nie umniejsza to jednak jej brutalności i ciężkości, bowiem panowie gęste i rytmiczne kostkowanie mają opanowane. Przećwiczone do granic możliwości mają także zwaliste ataki, które bez wysiłku kruszą kości, więc z mieleniem mięsa nie mają żadnego problemu. To co serwuje Leadbelcher to mieszanka agresywnych riffów i tremolo, połamanego, tłumionego bicia w struny oraz całe pokłady schizoidalnych, świdrujących zagrywek. Do tego dokładają trochę sludgeowego szlamu i kilka odjazdów w dysonanse. Całość skutkuje duszną i szaloną muzą, która zsyła pokaźną dawkę odpychającego brudu, smrodliwej woni rozkładu i gniewu. Materiał ten do death metal o wielorakiej osobowości, z których każda jest plugawa i zainfekowana trądem. Irlandczycy komponują swoje miazmatyczne dźwięki z lekkością zatem „Heaven’s Bloated Corpse” wchodzi z łatwością. Bez problemu można delektować się tą nośną, lecz i bezwzględną płytą, która spodobać się powinna fanom death metalu w nieoczywistej formie. Na wskroś teraźniejsze ujęcie, ale nie tak znowu bardzo odbiegające od głównego czy też tradycyjnego nurtu. Ciekawe wydawnictwo, o dużej sile rażenia i co najważniejsze, nudzić się przy nim nie można. Polecam.

shub niggurath




poniedziałek, 7 września 2026

Recenzja प्रलय (Pralaya) „Inferno”

 

प्रलय (Pralaya)

„Inferno”

Independent 2026

Minął nieco ponad rok od wydania wyśmienitego, debiutanckiego krążka Pralaya. Panowie stwierdzili zatem, że wypadałoby przypomnieć szalikowcom (a wiem, że tych dzięki „Beyond the Tattered Curtain of Unspeakable Madness” zyskali całkiem liczną grupę) o swoim istnieniu. Doskonałą okazją ku temu zdaje się siódma edycja Bestial Laceration, na której to materiał ten będzie miał swoją oficjalną premierę. To trzy kawałki, trwające razem nieco ponad dwadzieścia minut, a będące w prostej linii kontynuacją tego, czym zespól częstował na wspomnianym pełniaku. Smoła, opary siarki, kapiąca z sufitu lawa i plugastwa oraz bluźnierstwa maści wszelakiej. Czyli w skrócie – gruz po pachy. Nie będę ukrywał, że twórczość Demoniaca, do spółki z bębniarzem „spoza tego świata”, to totalnie moje granie. To muzyka kompletnie antykomercyjna, nie kłaniająca się modom, będąca amalgamatem wszelkich cech czyniących metal metalem. Bo tak to chyba można najprościej opisać. Gęsto tu jak w świeżo rozrobionym betonie, brudno jak w chlewie, ciemno i straszno jak w zapleśniałych katakumbach. Bez wymyślania nowych teorii, stosowania sztuczek technicznych, naciągania tempa, czy zabiegów awangardowych, Pralaya gniotą i duszą swoim dźwiękiem skuteczniej niż rozjeżdżający nas walec drogowy. Masywne harmonie, dokonujące anihilacji ścieżki bębnów, na zmianę, zwalniające albo przechodzące w tempo Cekaemu, wyrzygiwane niczym zza kotary wokale, miejscowo przechodzące w tony męczenne, i zalewający wszystko bas… Plus kilka efektów i sampli. Znamy taki przepis? No znamy. Tylko, że, kurwa, nie każdy potrafi tak mocarnie rozgniatać na miazgę każdą nutką jak czynią to ci dwaj zwyrodnialcy. Jeśli jeszcze nie spotkaliście się z powyższą nazwą, ale gdzieś tam na półce macie pozycje z katalogu Upon the Altar czy Teitanblood, to zalecam bardzo szybkie nadrobienie zaległości. I nie będę się rozpisywał tym razem w detalach, tudzież argumentował „dlaczego”. Bo kumaci od razu złapią ideę stojącą za tą muzyką, i doskonale będą wiedzieli, co z tą wiedzą zrobić. Tym, którzy Pralaya już znają, polecać nie trzeba. Oni sobie tą EP-kę kupią w ciemno, bo doskonale wiedzę, iż zespół gwarantuje jakość. No to chyba już nic tu po mnie. Idę topić się w tym szlamie…

- jesusatan


https://desecrationcommand.bandcamp.com/album/inferno

Recenzja Immiserator „Blight of Subsistence”

 

Immiserator

„Blight of Subsistence”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Immiserator to jednoosobowy projekt nowozelandzkiego muzyka Harrison’a McKenzie, który na co dzień udziela się w black metalowym zespole Olde Throne, poruszającym się po rejonach atmosferycznego black metalu. Jako solowy twórca nagrywa eksperymentalną wersję fuzji death i black metalu, do której dołącza także kilka innych elementów. Zaowocowało to debiutanckim krążkiem, który zawiera dziewięć utworów o bardzo ciekawym charakterze. Interesującym, bo Harrison z pomysłem scala ze sobą w swych kompozycjach ciężkie śmierć metalowe akordy, diabelskie tremolo i industrialne riffy. Do tego dokłada sporą ilość awangardowych sztuczek w postaci dysonansów, nieoczywistych, modernistycznych zagrywek, post-metalowych wypełniaczy oraz klimatycznej elektroniki. Wszystko to buduje niezwykle przemyślane struktury, które nieustannie zaskakują miażdżącymi, marszowymi rytmami, brutalnymi blastami czy lodowatymi tremolando. W główne tekstury, Immiserator wplata również wężowate solówki, syntezatorowe podkłady, ambientowe przerywniki, a w kończącym ten album, tytułowym numerze pojawia się nawet saksofon. Pomimo dość dużej złożoności tutejszych aranżacji, słucha się ich z łatwością, gdyż w stale zmieniających się tempach i sposobach na kostkowanie, Nowozelandczyk nie umieścił nic, co można by posądzić o pretensjonalność czy nachalną i przypadkową improwizację. Na „Blight of Subsistence” nic nie jest sztucznym zbiegiem okoliczności. To doskonale wykreowany system, który bezustannie ewoluując, zmienia swoje formy w sposób płynny, lecz nie niezauważalny. Precyzyjny materiał, obdarzony mechanicznym brzmieniem, podbitym przez idealnie naoliwioną sekcję rytmiczną i o chłodnym usposobieniu, różnorakie wokalizy. Atakuje brudem, zautomatyzowanym zimnem, ponurą i duszną atmosferą, a jego okresowy nihilizm wręcz poraża. Polecam. Bardzo dobra płyta.

shub niggurath




niedziela, 6 września 2026

Recenzja Garota „Strąceni w Ciemność”

 

Garota

„Strąceni w Ciemność”

Godz ov War 2026

Jak dobrze patrzę, to Garota gościła na naszych łamach już cztery razy (nie licząc relacji z ich bardzo dobrego koncertu w Bydgoszczy w ramach The Last Words of Death). Z różnych zresztą perspektyw, bo pisał o nich i Hatzamoth, i shub niggurath, a nawet i ja coś wspomniałem. No to teraz znów ja, cały na biało. „Strąceni w Ciemność” to nowa EP-ka zespołu. Pięć kawałków, dwadzieścia jeden minut muzyki. Muzyki, z której Garota są znani w zasadzie od początku. Czyli mieszanka black i thrash metalu, wrzuconego do kotła mniej więcej w podobnych proporcjach. Choć może jednak ten czarny gatunek przemawia w tym przypadku wyraźniej, przynajmniej pod względem struktur kompozycji, opartych w większej mierze na nordyckim tremolo, i ubranym w drugofalowe brzmienie. Zresztą wystarczy posłuchać otwieracza, „Soli Mort Gloria” (tak chyba dla zmyłki zatytułowanego po łacinie, bowiem panowie śpiewają po naszemu), by wyczuć wyraźne inspiracje norwesko – szwedzkie. Jest w tej muzyce spory ładunek jadu, i czuć, że chłopaki chętnie by komuś wpierdolili, najlepiej jakiemuś katolowi, gdyby tylko mieli okazję. Jest też sporo melodii, ale takiej na sterydach, podkreślanej przez perkusyjne blasty. Sama struktura kompozycji to w zasadzie czysta klasyka. Chłopaki nie silą się na jakąkolwiek awangardę, czy poszukiwanie zaginionej arki. Tutaj wszystko odegrane jest podług pierwotnego planu, według wzoru wyznaczonego przez mistrzów uznawanych dziś za filary gatunku. I w sumie poniekąd z nimi wiąże się owe nawiązanie do thrash metalu. Bo w podobny sposób Garota wplatają w swoje kompozycje nawiązania do rzeczonej stylistyki. A żeby było ciekawiej, tudzież jeszcze bardziej w przytupem, nie brak na tym krążku elementów niemal rock’n’rollowych (patrz: „Strąceni w Ciemność”), dzięki czemu piosenek tych słucha się z podniesionym poziomem adrenaliny. Dobra jest ta EP-a. Może nie jakaś wybitna, ale zdecydowanie warta sprawdzenia. Szalikowcom zespołu polecać nie trzeba, pozostali mogą, ale nie muszą. Najwyżej po czasie będą żałować.

- jesustatan




Recenzja Profeci „Troska”

 

Profeci

„Troska”

Godz ov War Productions 2026

To już czwarta produkcja od Profeci, a moje pierwsze (poza koncertem na The Last Words of Death #10) z tą kapelą spotkanie. Wszyscy zapewne dobrze znają krajową scenę o diabelskiej proweniencji, zatem nie ma sensu przytaczać rysu tych czterech Poznaniaków. Cóż można napisać o „Trosce”. Po pierwsze to, że jeśli podobały się komuś ich poprzednie albumy, to z pewnością polubi najnowszy krążek. Po drugie to, iż Profeci leci sobie mocno w polskim ujęciu black metalu, o głębokim ładunku emocjonalnym. Po trzecie, że to wyraźnie współczesne podejście do czarciego rzępolenia, które poza zwyczajowymi formami dla tego gatunku, nie stroni od dysonansów, rockowych zabiegów i progresywnych odjazdów, nie tracąc przy tym podstawowych założeń, choć momentami wyraźnie się od nich oddala, ale trzon pozostaje, czy chcesz, czy nie. No i wreszcie po czwarte, że to taka poezja śpiewana, która wlazła w black metalowe szaty. Poezja natchniona egzystencjalną myślą, wypływająca z rozdartej, nieszczęśliwej, człowieczej duszy, która szuka ukojenia. Szuka, ale nadaremnie, bo go nigdy nie znajdzie i to ją wkurwia niemożebnie więc chwyta za wiosła, siada za bębnami i staje przed mikrofonem. Napierdala w struny, tomy i śpiewa czystym głosem o rozterkach, prawdach i splątanych uczuciach. Postarała się o mocne brzmienie, wypełnione mrokiem. Zadała sobie trud, aby oprócz agresywnych akordów, dostarczyć również harmonii, które nawiązują do rodzimego patosu i takich też kulturowych aspektów. Przyłożyła się do tego, żeby nie być jednostajną, bo zmian tempa i pomysłów na kostkowanie jej nie brakuje. Czy jej wyszło? Przeleciałem szybko przez wcześniejsze jej płyty i stwierdzam, że na pewno ten kwartet jest konsekwentny w swoich poczynaniach, dokładając do swego grania z każdym wydawnictwem czegoś nowego, rozszerzając kompozycje, nie bojąc się różnorakiej stylistyki, która często nie koresponduje z black metalem. Profeci zbliża się do Rubikonu bardzo, ale go nie przekracza. Jednakże taką muzykę trzeba lubić, trzeba ją czuć. Ja nie czuję, lecz grono jej wyznawców zapewne czeka na „Troskę” z utęsknieniem. Cierpliwości moi drodzy, bowiem październik tuż za rogiem.

shub niggurath