niedziela, 7 czerwca 2026

Recenzja Seven Chains „Swollen, In Flux”

 

Seven Chains

„Swollen, In Flux”

I, Voidhanger Rec. 2026

“Oh, Mr. Belpit, your legs are so swollen!” Znacie Monty Pythona? Kojarzycie tą scenę? Jakoś mi się tak po trzech piwach automatycznie przypomniała, kiedy spojrzałem na tytuł nowego, trzeciego już w dorobku, albumy Seven Chains. Czy ma to coś wspólnego z samą muzyką tego amerykańskiego duetu? Kompletnie nic. Ale chciałem na wstępie coś zagadać, żeby zwrócić waszą uwagę. No to teraz już na poważnie. Wcześniejszych dokonań zespołu nie znam. Skupię się zatem tylko i wyłącznie na owych „opuchniętych nogach”. Początek płyty to religijne intro. A w dalszej części otrzymujemy coś, co można bez przesady nazwać wariacją na temat Portal. I to bardzo zbliżoną do oryginału, zwłaszcza pod względem struktury kompozycji, sposobu riffowania, czy nawet wokalnych ekspresji. Jeśli łatwiej wam przyjąć to pod pojęciem „Portal wanna be”, to bardzo proszę, bo o wiele się nie pomylicie. Przede wszystkim rządzą tutaj charakterystyczne dla Australijczyków tremolo, pokręcone, wijące się niczym węże w gnieździe, hipnotyzujące i wgryzające się w głowę. Harmonie grane na zapętleniu, schodzące jedynie swoją tonacją w dół, lub podążające w górę, to coś, co na „Swollen, In Flux” jest wszechobecne. Niektóre cytaty na tym krążku są niemal dosłowne, co faktycznie może sprawiać wrażenie, iż Seven Chains wręcz bezczelnie naśladują pierwowzór. Na szczęście, panowie dodają do całości także coś od siebie. Są to elementy wkraczające w rejony bardziej oldskulowe, mogące kojarzyć się chwilami z Autopsy czy Immolation, tudzież nieszablonowe zagrywki, jak choćby fragment w końcowej części „Whence Blood No Longer Flows”, zagrany tylko na perkusję i majaczące w tle klawisze imitujące śpiew potępionych dusz. Jest też na płycie numer ambientowo / noise’owy, niebywale mroczny, wciągający z siłą Czarnej Dziury, będący, wraz z następującym po nim drugim „Intro”, idealnym interludium w całym tym interwymiarowym zamieszaniu. Sporo się tu dzieje, sporo zmienia i tasuje, czasem wręcz zderza, jak byśmy faktycznie doświadczali jakichś międzyplanetarnych zjawisk. Idealnym podsumowaniem całości jest najdłuższa, ponad jedenastominutowa kompozycja „The Earth’s Tentacular Cross”, zawierająca całą paletę riffów i zmian tempa, ale też sporo klawiszowych „improwizacji”. Jednocześnie udowadniającą, że mimo iż Amerykanie z wiadomych wzorców czerpią na potęgę, a zarazem potrafią rozwijać oczywistą formułę na swój własny sposób. Nie, no nie będę nikomu wciskał, że Seven Chains są jednymi z lepszych naśladowców Portal. Są jednak na tyle ciekawym tworem, że faktycznie warto ich sprawdzić, bez dwóch zdań. Bo w ogólnym rozrachunku „Swollen, In Flux” to dobra płyta.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/swollen-in-flux

Recenzja Dark Divination / Wampyric Rites „Finnish Ecuador Alliance”

 

Dark Divination / Wampyric Rites

„Finnish Ecuador Alliance”

Signal Rex 2026

Ten fińsko-ekwadorski split zaczyna, powstały cztery lata temu, północnoeuropejski Dark Divination. To solowy projekt, za którym stoi niejaki Dark Divinator, ale jego prawdziwa godność to Joel Kahara. Gość debiutanckiego pełniaka ma już za sobą, a wydał go w zeszłym roku. Tutaj prezentuje jeden kawałek, który zagrany został w duchu surowego black metalu. Początkowo płynie on spokojnie, kreśląc ponure i majestatyczne riffy, aby gdzieś w połowie, przeistoczyć się w lodowaty blizzard, niosący agresywne tremolo w towarzystwie grzmiących bębnów, wycofanego basu oraz nieprzyjaznych wrzasków. Ta intensywna zamieć po kilku chwilach milknie, powracając do tempa z początku „Tainted by Hatred”, wyciszając rozsierdzoną napierdalankę nastrojową końcówką przy akompaniamencie klawiszy. Gdy kończy Fin, wkraczają dobrze znani Ekwadorczycy. Oni również na tym splicie do zaproponowania mają tylko jeden utwór, który jest typowym dla nich black metalem. Wampyric Rites leci szybko, częstując melodyjnymi tremolando i skandynawskimi akordami, który klimatyczność podsycają syntezatory. To chłodny i także piwniczny black metal, który swą ostrością kaleczy uszy, a pomagają mu w tym szorstkie i skrzekliwe wokalizy. Panowie nie biorą jeńców i zasypują słuchaczy gęstym szronem, i zarażają nienawiścią bez wysiłku. Obydwie kapele, to przedstawiciele diabelszczyzny w stylu „raw”, ale skomponowanej z pomysłem i czytelnie zarejestrowanej. Dark Divination istnieje trochę krócej i na koncie ma mniej wydawnictw więc plus dla niego, że przypomniał o sobie swoim fanom, choć po pierwszej płycie od zeszłego roku kurz chyba na dobre jeszcze nie opadł. Wampyric Rites w lutym wypuścił najnowszy krążek, ale oni mają tyle splitów na koncie, że kolejny nie powinien dziwić. Krótka pozycja, bo obydwa wałki dają łącznie jakieś jedenaście minut muzyki. Kolekcjonerzy zapewne sięgną po „Finnish Ecuador Alliance”, a co zrobi reszta maniaków?

shub niggurath




sobota, 6 czerwca 2026

A review of Cutthroat “Invoking Terror”

 

Cutthroat

“Invoking Terror”

Dying Victims Prod. 2026

 


There have been a few “Cutthroats” over the years. It seems, however, that none of them are currently active, so no one is likely to drag a new band with that name to the court, hehe! This particular Cutthroat hails from Ireland and plays something between thrash (less) and death (more) metal. The gentlemen, though they look young, do it in a very old-school style, yet full of youthful rebellion and enthusiasm. “Invoking Terror” is an EP containing five tracks, with a total runtime of twenty-five minutes. The way these guys approach the subject is decidedly direct. What does that mean? Well, for example, they place a much greater emphasis on brutality than on catchy melodies or technical show-offs. Their compositions are simple, based more on sharp guitar chords that charge forward without the slightest compromise. Speaking of guitar lines, it should be noted that the Irish band’s inspirations are quite obvious. You can hear early Death (from the demo and their first album era), Possession, or Sadistic Intent here. At times, early Morbid Angel also comes through, as in “Morbid Rites” (I wonder if that title is just a coincidence). Furthermore, the compositions on this album are not devoid of tempo changes or variations in picking style, which shows that the musicians were not short on ideas. I also like the vocals, which fit perfectly with the atmosphere of these tracks. At times, they remind me a bit of Chris Reifert (though perhaps more in terms of articulation than tone itself). These recordings sound raw, but not like they were recorded in a basement. The balance here is also perfectly maintained. But the biggest strength of this release is that with every listen, it sinks deeper and deeper into your head.  I admit that after the first run, I thought “It’s just another average-quality, typical Dying Victims release.” But after five more, I couldn’t tear myself away from “Invoking Terror.” And the closing track, “Life Beyond the Grave,” gives me chills every single time! Give this Throat Slitter a listen, because this is truly solid late-’80s-style material. I’m looking forward to the full length album.

- jesusatan




Recenzja Numen „Erre”

 

Numen

„Erre”

Les Acteurs de L’Ombre Productions 2026

Numen to baskijski zespół black metalowy, który powstał już dawno, bo było to w 1997 roku. Kwintet ten nie śpieszy się z nagrywaniem płyt, ponieważ obecnie wydaje piąty album, a to chyba niezbyt dużo jak na trzydziestoletnią karierę. Nieważne. Ważna jest muzyka, a ta jest po prostu black metalem, który czerpie pełną chochlą z lat dziewięćdziesiątych. To narowisty bleczur, który mknie na pełnej kurwie i tylko niekiedy zwalnia, aby uspokoić zszargane nerwy swoich odbiorców. Robi to za pomocą małych bujanek w średnim tempie lub wtrąceniami na gitarze akustycznej. Poza tymi pauzami to totalna wścieklizna, która zasypuje nam uszy rozjuszonymi akordami i siarczystymi blastami. Tremolo i tradycyjne kostkowanie zapierdalają nie oglądając się za siebie, gdyż chyba nie ma sensu tego robić, kiedy pędzi się z prędkością światła, a goni cię perkusja wraz z basem, poganiane przez szorstkie i niezbyt przychylne rodzajowi ludzkiemu wrzaski wokalisty. Jednakże nie tylko z lodowatym blizzardem mamy tutaj do czynienia, bo w swoje ofensywne akordy Numen wplata także sporo stonowanych melodii rodem z Kraju Basków, co podbija pęd ich diabelszczyzny i dodaje jej nieco pogańskiego charakteru. Mocno przypomina mi to norweskie rzępolenie z tych szybkich oczywiście, ale o podobieństwa do Marduka też się pokuszę. To rzetelnie skomponowany i z sercem zagrany black metal, który oprócz tradycyjnych form oferuje również trochę progresywnych zagrywek. Wije się to wszystko w spazmach i tańczy w szalonych pląsach, zmiatając wsio co spotka na swojej drodze. Obcowanie z tym materiałem bez wątpienia gwarantuje w najlepszym wypadku odmrożenia drugiego stopnia albo urwanie głowy. Hiperaktywny black metal.

shub niggurath




piątek, 5 czerwca 2026

Recenzja Meltification „Meltification”

 

Meltification

„Meltification”

Extremely Rotten Prod. 2026

Meltification to świeży twór, powołany do życia przez weterana sceny kopenhaskiej, niejakiego Tue Sprogø, który dotychczas działał raczej w stylistyce hard core’owej. O tym jednak, że hard core i grind dobrze się przegryzają, i niejednokrotnie idą w parze, wiemy przecież nie od wczoraj. Pod nową nazwą ów pan pozwolił zatem sobie na romans z tym drugim gatunkiem, czego wynikiem jest właśnie ten samozatytułowany debiut. Jako iż z gatunku tego zazwyczaj wybieram sobie do recenzji jedynie co ciekawsze kąski (ostatnimi laty na przykład najbardziej zapadły mi w pamięć szwedzki Sickrecy i zamorski Kill Division), możecie od razu zgadywać, iż i ten materiał przypadł mi do gustu. I mylić się nie będziecie. Tak naprawdę muzyka Meltification oparta jest, podobnie jak w przypadku wymienionych przed chwila zespołów, na klasyce spod znaku Terrorizer czy Repulsion. Zresztą podobieństwa w sposobie riffowania do tych pierwszych są tutaj miejscami bliźniacze. Przez większą część albumu mamy tu czysty napierdol na wysokich obrotach. Panowie bardzo rzadko zrzucają bieg poniżej „piątki”, gnając zazwyczaj niczym niesławny Sebastian po A jedynce. Oczywiście nie brak w ich kompozycjach swoistej powtarzalności i schematów Napalmowych, czyli bardzo szybko, blast, szybko, i znów wciskamy pedał do dechy. Normalnie poza Emburego ze swoją czupryną, ostro szarpiącego bas sama rysuje się przed oczami. A tej stylistyce jednak mi to kompletnie nie przeszkadza, oczywiście o ile nie brak w muzyce riffów, ostrych jak kły szakala, i odrywających brutalnie mięso od kości. A takich tutaj całkiem sporo, zatem usiedzieć spokojnie na dupie się nie da. To jest dokładnie taki grind jaki lubię. Bo ma pierdolnięcie, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało. Ale! Żeby nie było, trzeba napomknąć o jednej bardzo ważnej rzeczy. Bo wspomniałem o schematyczności, a z drugiej strony Meltification nie jadą od początku do końca na tym samym patencie. Znajdziecie na „Meltification” także kilka numerów wolniejszych („Calculated Demise” czy „River of Torment”), a nawet moment akustyczny („Hellscape Pt.II”).  Pod względem wokali jest tutaj raczej klasycznie, bo śpiew Tue niczym szczególnym się pod tym względem nie wyróżnia. Podobnie jak brzmienie, które jest dokładnie takie, jakie być powinno, i nie ma się co nad nim rozpisywać. Ten krążek nie wnosi do kanonu absolutnie nic nowego, i chyba w tym jego największa zaleta. Bo ja lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem. Może „Meltification” nie jest aż takim ciosem jak „Salvation Through Tyrrany” czy „Peace Through Tyrrany”, ale jeśli pan Duńczyk jeszcze trochę popracuje nad formułą i zadziornością, a przede wszystkim nazwie swój drugi album „Cośtam Through Tyrrany”, to już żadnych pytań mieć nie będę. Niemniej jednak, bardzo polecam, bo to niezły łomot.

- jesusatan





Recenzja Belialed „The Echoless Chasm”

 

Belialed

„The Echoless Chasm”

Independent / Trollzorn Records 2026

Ta niemiecka kapela uformowała się już w 2012 roku, ale pierwszą płytę wydali dopiero po jedenastu latach. Obecnie mają do zaproponowania drugą, długogrającą odsłonę swojej twórczości, którą wydali niezależnie, a za jej dystrybucję wzięli się ich krajanie z Trollzorn Records. Najnowszy album od Belialed niesie ze sobą osiem numerów black metalu jakich wiele. To diabelszczyzna drugiej fali, ale z późniejszego jej okresu i doprawiona pokaźną dozą melodyjności. Lodowate gitary, dobrze słyszalny bas i całkiem nieźle momentami dudniąca perkusja, a i wokalom nic nie brakuje, bo są dość szorstkie i wykrzykiwane z pasją. To zwyczajowa mieszanka thrashowych riffów z tremolo, która płynie w zmiennych tempach, choć dominują te wartkie, sypiące śniegiem. Panowie skutecznie swoim black metalem schładzają temperaturę otoczenia, atakując ostro, ale z finezją, nie przesadzając zbytnio i nie kierując się wyraźnie w żadną ze stron. Ich rogacizna jest doskonale wyważona, celując bardziej w mainstreamowe klimaty niż te, głęboko leśne czy piwniczne wykwity. Belialed stawia na atmosferyczność z tych wypełnionych beznadzieją i smutkiem, pozostawiając daleko za sobą takie uczucia jak nienawiść i mizantropię. Satanistycznego rytualizmu oraz odpowiedniego dla tego gatunku mroku również tu nie znalazłem. Za to na „The Echoless Chasm” jest pełno solidnie skonstruowanych, dość gęsto tkanych struktur, które swymi melancholijnymi i rozpaczliwymi chwytliwościami, kreują przestrzenne aranżacje, które są rozległe niczym niebo z okładki tego krążka, a i na przepaść z rysunku również trzeba uważać, ponieważ Belialed wciąga w nią swoją muzyką bez trudu. Bardzo dobrze skonstruowany black metal, który jednak niczym specjalnym się dzisiaj nie wyróżnia. Niestety jest to produkcja z tych wysoce typowych, lecz zagrana z sercem, choć zbyt zachowawczo. Nie można podobać się wszystkim, bo może się okazać, że ostatecznie nie spodobasz się nikomu.

shub niggurath




czwartek, 4 czerwca 2026

Recenzja Lifeless Gaze „Death”

 

Lifeless Gaze

„Death”

Fluttering Dragon 2026

Lifeless Gaze został powołany do życia dziewięć lat temu. Jeszcze jako duet, panowie zarejestrowali dwa duże albumy oraz materiał live. Potem jednak ich drogi się rozeszły, a u steru pozostał jedynie N, człowiek, o którym powiedzieć, że z niejednego pieca jadł, to jak nie powiedzieć nic. Muzyk, producent, facet od wszystkiego. „Death” jest zatem jego solowym dziełem, i słowa „dziełem” w tym przypadku używam z pełną świadomością. Nie jest to bowiem zwyczajna muzyka. To portal do innego wymiaru. Znajdziemy tu dziesięć kompozycji będących mieszanką industrial / drone / ambient / noise. Zwał jak zwał, rzecz w tym, że dźwięki te to apokaliptyczna, mroczna, niebywale wciągająca i uzależniająca wizja. Trochę mogąca kojarzyć się z fragmentami „Radiance of a Thousand Suns”, co zresztą, z oczywistych względów, dziwić nie powinno. „Death” oplata nas bardzo powoli. W zasadzie wszystkie jej odsłony oparte są na zapętlonym motywie, odhumanizowanych dźwiękach, powtarzanych niczym na hali produkcyjnej tępych uderzeniach i mamroczącym w tle wokalu. Tworzy to wyjątkowo hipnotyzującą aurę, przy której poczuć się można jak byśmy lewitowali, tudzież bezwładnie oglądali z ogromnej wysokości eksterminację wszelkiego życia na planecie. Jedynym, nieco wymykającym się z całości pod względem tempa, jest nieco szybszy, mogący kojarzyć się z soundtrackiem do „Terminatora”, utwór tytułowy. Pozostałe kompozycje to dronowy walec, narkotyk, po którym doświadczamy czegoś przerażającego. I nie mam tu na myśli wyświechtanego sloganu, bo niejednokrotnie przy „Death” można dostać gęsiej skórki. Niech przykładem będzie „”, utwór teoretycznie zbudowany na powtarzającym się niespiesznie beacie, z minimalistycznym podkładem, usypiającym naszą czujność, by w drugiej części… Zresztą sprawdźcie sami (Tylko koniecznie słuchajcie tej płyty po ciemku, ze słuchawkami na uszach! W innym przypadku nie będzie takiego efektu.). Albo ostatni, „The Devouring Grief”. Ponownie zbudowany na dochodzących jakby z głębokiej jaskini uderzeniach, z anielskim śpiewem na drugim planie. Można dostać ataku paniki. Odczucia czysto muzyczne potęgują też teksty, do których warto w tym przypadku zajrzeć. No i okładka… jakże wymowna, dopełniająca obrazu całości. Ten album, jeśli zapewnić mu wcześniej wspomniane warunki, trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy. Jest jednocześnie jednym z najbardziej przerażających (tak, wiem, powtarzam się) materiałów jakie dane mi było słyszeć, i to od bardzo długiego czasu. Wyjątkowa rzecz, jedna z tych, dla których brakuje skali do oceny.

- jesusatan


https://lifelessgaze.bandcamp.com/album/death