wtorek, 11 sierpnia 2026

Recenzja Blindead „I'm Decomposed”

 

Blindead

„I'm Decomposed”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

 


To nie jest ten Blindead, o którym pewnie sobie z automatu pomyślicie. Ten nasz dodał sobie jakiś czas temu cyferkę 23 do nazwy, a poza tym gra muzyką diametralnie odmienną od tego, co znajdziecie na „I’m Decomposed”. Powyższy Blindead pochodzi z Chile, i gra czystej maści death metal. W sumie dość wyraźnie ukierunkowany na pewien wzorzec, ale jednocześnie nie będący dokładną jego kopią. A mam na myśli amerykańską Massacre, bo to chyba ich płytę (debiut, bo późniejszych nawet nie biorę pod uwagę) Chilijczycy ukochali sobie najbardziej. Wydawnictwo to zawiera pięć ścieżek (wliczając intro), i trwa niecałe dwadzieścia minut. Ciężko napisać o tym cokolwiek finezyjnego, bowiem muzyka na nim zawarta wcale taka nie jest. To kolejna próba odgrzewania starego kotleta, odwzorowywania starych i sprawdzonych patentów, kultywowania grania z lat minionych, no nazywajcie sobie to jak chcecie. Zatem jedyną kwestią w takim przypadku jest to, czy chłopaki faktycznie czują klimat, i czy potrafią oddać swoją w swojej twórczości ducha lat minionych. W tym konkretnym przypadku trochę połowicznie. Owszem, nie można im zarzucić braku znajomości starej szkoły. Album ten bowiem spełnia wszelkie jej zasady. Jest mięsiście, ciężko, jest przy okazji odpowiedni groove, odpowiednie zagęszczenie gitar, klasyczne struktury oraz głęboki wokal. I nawet jeśli nie jest to żadne męczenie buły, to jednak słychać, że to followersi, a nie liderzy. Szczerze, to trochę mi brakuje w tym południowoamerykańskiego feelingu, który to zespołu z tamtego zakątka świata prawdopodobnie wysysają z mlekiem matki, a który mógłby te nagrania nieco podrasować. Jak wspomniałem, to raczej krótki materiał, więc kilka rundek z nim można zrobić, ale żeby na dłużej zagościł w moim odtwarzaczu, to raczej marne szanse. Kto łaknie drugoligowego metalu śmierci, niechaj sobie sprawdza. Dla mnie zespół jakich wiele.

- jesusatan




 

Recenzja Fluisteraars „Jacht der Mysteriën”

 

Fluisteraars

„Jacht der Mysteriën”

Eisenwald 2026

 


Kilka lat temu jesusatan recenzował album tej grupy i niezbyt on się mu spodobał. Kilka lat minęło i chyba ze dwie płyty od rzeczonego „Bloem”, bo Holendrzy na swoim najnowszym, szóstym już w karierze krążku aż tak źle to nie grają. „Jacht der Mysteriën” zawiera trzy, rozbudowane kompozycje, które lecą sobie przez czterdzieści minut. Lecą sobie, a właściwie płyną, ponieważ to dość spokojna i hipnotyczna diabelszczyzna. Jednostajne riffy czy też tremolo, które poruszają się głównie w średnim tempie, gdyż tylko czasami podrywają się do ociężałego kłusu bądź wyhamowują do wolniejszych pływów. Miękko nastrojone gitary w towarzystwie dźwięcznego basu, wycofanej perkusji i ponurych wokali, kreują smutny, wręcz nostalgiczny black metal, który doskonale będzie pasował do pory roku, kiedy ten materiał pojawi się na sklepowych pułkach. Będzie to niemalże początek jesieni, bo datą tą jest jedenasty września więc posępna nastrojowość, umierającego lata idealnie z wydźwiękiem „Jacht der Mysteriën” koresponduje. Ogólnie rzecz biorąc nie jest tutaj beznadziejnie, poza tym, że nic specjalnego, ani ciekawego w tych trzech kompozycjach się nie dzieje. Ot typowe, atmosferyczne granie dla depresyjnej, wiecznie zmartwionej młodzieży, która lubi być po prostu smutna. Holendrzy reprezentują odłam black metalu smętnego, rozmarzonego i lirycznego, który w obecnym obrazie przyrównałbym do Drudkh. Zatem jeśli ktoś lubi klimatyczne dźwięki i aksamitne melodie w postaci ambientowej jednostajności o black metalowej charakterystyce, to niech sobie czeka na ten album z utęsknieniem. Reszta metalowców może sobie darować.

shub niggurath

 

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Recenzja Dishumane „Centurions Demise”

 

Dishumane

„Centurions Demise”

Blood Harvest 2026

 


Dishumane to nowy wykwit Amerykańskiej ziemi. Wykwit deathmetalowy. Debiutancka EP-ka, która jakoś na dniach wypuści w świat szwedzka Blood Harvest, to cztery ścieżki, trwające razem niespełna piętnaście minut. Najczęściej tyle trwały kiedyś demówki, i najczęściej zawierały właśnie cztery kawałki. I to bynajmniej nie jest zbieg okoliczności, bowiem muzykę panowie tworzą na bliskie podobieństwo lat dziewięćdziesiątych. Niespodzianką zapewne nie będzie, jeśli dodam, że inspirują się, i to dość znacznie, właśnie zamorskim stylem, choć nie tylko tym z Florydy. Powiem szczerze… Podobnych kawałków nasłuchałem się w życiu od cholery i jeszcze trochę. Ale kiedy po raz kolejny kręci się u mnie „Centurions Demise”, to nadal nie mam dość, i nadal chcę więcej. Niby to jest takie niepozorne, niby takie banalne, nieodkrywcze, a jednak ten zaszczepiony za młodu w organizmie pierwiastek śmierci ciągnie do tych piosenek i nie pozwala odpuścić. Pomijając sprawę oryginalności, albo jej braku, bo tu można podawać w przypisach takie nazwy jak Immolation, Incantation, Deicide, Dying Fetus, itepe, itede, te piętnaście minut to taki amalgamat najlepszych riffów z tamtego stulecia z nieprzesadzonymi zawijasami, zmianami tempa, zajebistym bębnieniem (nie na chama prosto, nie na siłę technicznie, za to mega intensywnie) i głębokimi, topielczymi wokalami, że łezka się w oku może niejednemu zakręcić. To jest death metal dokładnie taki, jakim narodził się w głowach największych filarów gatunku. Tu nie ma udawania, że się riffuje, nie ma krycia umiejętności za ścianą dźwięku, tylko jest śmiałe nawiązywanie do klasyki. I to w klasycznie dobrym stylu, bo ta demówka mogłaby spokojnie ukazać się trzydzieści lat temu, i też nie ciągnęła by ogonów po konkurencji. Tym bardziej, że całość brzmi w chuj ciężko i analogowo, dokładnie tak jak powinno. Kto ma metal śmierci w sercu niech sprawdza. Bardzo dobre demo.

- jesusatan




 

sobota, 8 sierpnia 2026

Recenzja Miasmes „Violence, Blasphème et Pourriture”

 

Miasmes

„Violence, Blasphème et Pourriture”

Les Acteurs de l'Ombre Productions 2026

“Przemoc, bluźnierstwo i zepsucie”. Tak tłumaczy się na nasze tytuł drugiego krążka tego francuskiego komando. Pierwszy ukazał się jakieś trzy lata temu, i niestety jakoś mnie ominął. Na pewno jednak przy najbliższej okazji nadrobię zaległości, bo to, co znalazłem na nowym albumie Miasmes to miód na moje uszy. W zasadzie materiał ten to sama klasyka, a jednocześnie posklejana w sposób trochę inny niż w większości przypadków. Bo powiedzieć o „Violence, Blasphème et Pourriture” że to mieszanka Darkthrone i Impaled Nazarene to bardzo spore uproszczenie. Acz nie zmienia to faktu, że przy pierwszym odsłuchu właśnie te dwa zespoły najbardziej cisną się na uszy. Finowie ze względu na serwowane często przez Miasmes blastujące tempa z charakterystyczną chwilami dla Finów melodyką. Gdzie indziej te najszybsze momenty mogą kojarzyć się z pancernym obliczem Marduk. No ale to tylko blasty. Wspomnany Darkthrone to surowe akordy, mocno inspirowane Celtic Frost (jest nawet klasyczne „Ugh!”, a jak!) i teutońskim thrash  metalem spod znaku wielkiej trójcy. Do tego panowie dorzucają jeszcze kapkę punka i wszelkich odcieni jego prostoty, co jest swoistym dopalaczem agresji dla zawartych na tym krążku piosenek. Cholera, tak na dobrą sprawę tu jest sam ogień i dzika, niczym nie hamowana wulgarność, wystawianie środkowego palca wszelkim modom i sranie na dobre obyczaje. Zresztą, co ja tu będę tłumaczył, spójrzcie na okładkę. Po stokroć tandetną, jednak wyrażającą dosadnie poglądy Francuzów i ich podejście do muzyki. Powiem wam tak… Gdyby banda podchmielonych punków nasłuchała się na imprezie z metalami klasycznych płyt, to na drugi dzień, zaraz po kliniku, nagrali by właśnie te piosenki. Kopiując przy okazji kilkusekundowe fragmenty, inne wymyślając na spontanie albo pożyczając z zespołów ze swojej stylistyki. Całość trwa niespełna trzydzieści pięć minut, ale ma w sobie tyle oktanów, że w zupełności starczy do podpalenia jakiegoś lokalnego kościoła i zdewastowania pobliskiego cmentarza. Do premiery jeszcze chwila, ale dobrze wam radzę, zapamiętajcie sobie tą nazwę, albo najlepiej wpiszcie przypominajkę do telefonu, bo wiem, że we współczesnym świecie bez tego ani rusz. Kurcze, i jeszcze ten fantastycznie zagrany cover Motörhead na zakończenie. Absolutnie wyskokowy album, dobry jak butelka wódki.

- jesusatan




Recenzja Horrifier „Revelations of Gore”

 

Horrifier

„Revelations of Gore”

Personal Rec. 2026

Trzy i pół dekady temu, kiedy to w Norwegii zapłonęły kościoły, a druga fala black metalu zaczęła infekować resztę kontynentu, czy też nawet świata, w kraju tym praktycznie nikt nie grał metalu śmierci. Oczywiście zdarzały się wyjątki pokroju bardzo dobrego Molested, ale na dobrą sprawę wszystkie nowe kapele chciały wtedy bzyczeć pod Darkthrony, Burzumy i inne Mayhemy. Z biegiem lat wszystko się nieco wyrównało, ale czegoś w stylu „norweskiego death metalu” nigdy się nie doczekaliśmy. Pojawiło się za to sporo zespołów hołdujących klasycznemu odłamowi gatunku, czy to amerykańskiemu, czy tego zrodzonego na Starym Kontynencie. Horrifier powołany do życia został zaledwie cztery lata temu, ale widać panowie nie próżnują, bo „Revelations of Gore” jest ich drugim pełniakiem (a po drodze było jeszcze demo, EP-ka i dwa splity). Materiał ten to intro plus osiem kompozycji oldskulowego death metalu. Bardziej amerykańskiego, bo inspiracje Autopsy, zwłaszcza, są tu nad wyraz słyszalne. Nie jest to jednak granie monotematyczne. Osobiście słyszę w tych dźwiękach także sporo Pungent Stench, Repulsion, a nawet odrobinę szwedzizny. Ciężko jednak tworzyć muzykę, która ma już kilka dekad, bez odniesienia do filarów gatunku, Sztuką jest jednak poskładać stare patenty w sposób choćby odrobinę autorski. Nie mówię, że Horrifier znaleźli jakiś złoty środek. To nadal w głównej mierze odgrywanie znanych i lubianych melodii, jednak poziom twórczy jest u Norwegów na zdecydowanie wysokim poziomie. Bez wyścigów ze strusiem, bez niepotrzebnego technicznego kombinowania, bez zbędnych mariaży z gatunkami podocznymi, czy bardziej odległymi, panowie rzeźbią swoją cuchnącą grobem muzę z autentyczną pasją i znajomością tematu. Czuć w tych nagraniach energię, szczerość i autentyczność, a sposób w jaki łączą się tutaj patenty z lat dziewięćdziesiątych z odniesieniem do protoplastów gatunku jest w tym przypadku wyjątkowo udany. Ponadto… brzmienie. Jak to śmierdzi kompostownikiem, to aż by się chciał człowiek głęboko zaciągnąć i nie wypuszczać do utraty przytomności. Ten cudownie chodzący w tle bas, te brudne gitary i nieco rozklekotane beczki, no fantastyczne! Chłopaki wiekiem nie dobili jeszcze do trzydziestki, ale metal śmierci najwyraźniej zainfekował ich jeszcze w łonie matki, bo są nim przesiąknięci na wskroś. Takich płyt można słuchać na zapętleniu, bo nigdy się nie znudzą. Kto łaknie cmentarnego rozkładu, niech sięga po „Revelations of Gore” bez wahania. Odpowiednie wrażenia gwarantowane.

- jesusatan




Recenzja Heretic Cult Redeemer „In Oculum Chaos”

 

Heretic Cult Redeemer

„In Oculum Chaos”

Serpent Sun Records 2026

To już czwarte, długogrające wydawnictwo od tej greckiej kapeli. Najnowsza płyta, tak jak poprzednia, dostarcza potencjalnemu odbiorcy dziewięć kawałków. Jak na Heretic Cult Redeemer przystało jest to udziwniony black metal, który znów niesie ze sobą nudy na pudy, bo męczy okrutnie swoimi szybkimi uderzeniami, dysonansowymi kanonadami i mistycznymi zwolnieniami. W sumie toziewanie nie jest aż takie potężne jak na poprzednim albumie, ponieważ na „In Oculum Chaos” jest więcej modernistycznych wygibasów, okultystycznych skrętów i kosmicznych klimatów więc zasnąć nie ma szans, gdyż mętlik w głowie od stale zmieniających się szybkości kostkowania, sposobów na nie oraz okresowo, pojawiającego się grochu z kapustą, jest niemały. Niestety, słuchając tego krążka, odnoszę wrażenie, że panowie zbyt głęboko popadają w jazzową improwizacyjność, która najzwyczajniej w świecie wydaje się być nieco wymuszona. To zbiorowisko schizoidalnych dźwięków, które kłębią się bez celu. Niezrozumiała masa riffów, tremolo i atonalnych zabiegów w towarzystwie obłąkańczych wokaliz, która bezsprzecznie spodoba się fanom nowoczesnych sposobów na black metal. Black metal, który swoim awangardowym usposobieniem i na każdym kroku, zaskakującą spontanicznością mnie męczy okrutnie, ale im z pewnością wejdzie bez popitki. Ostatecznie „In Oculum Chaos” jest ciekawszą pozycją od swojego poprzednika, choć bardziej osobliwą, w której, jeśli sił komuś starczy, to odnajdzie spore pokłady mroku i diabolicznego szaleństwa.

shub niggurath




czwartek, 6 sierpnia 2026

Recenzja Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

 

Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom

“Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026

I jeszcze jeden split nadesłany z Murder Records. Tym razem dzielony na trzy części, choć trwający razem jedynie siedemnaście minut. Najpierw Hessian. Amerykanie nie pierdolą się w tańcu. Oni generalnie tak jak zeszli do podziemia, tak w nim tkwią, i ani myślą łba wyściubić. Pięć minut surowego black metalu na blaście. W tym przypadku brzmienie jest nawet stosunkowo czyste (jak na Hessian), choć i tak osadzone w standardach undergroundowych. „The Invocation of Attiga” to taki trochę hołd dla „Panzer Division Marduk”, bo przerwy na odpoczynek tutaj nie ma najmniejszej. Jest za to wkręcająca się w głowę, zapętlona melodia, która nagle gaśnie w objęciach czegoś na kształt ostatniego tchnienia. I wokalny dialog między wrzaskiem o growlem, niczym padające z dwóch stron komendy do ataku. Bardzo dobry numer. Drugi zresztą niewiele gorszy, będący poniekąd kontynuacją pierwszego, czyli ponownie galop, w tym przypadku jednak w krótkimi przerwami na złapanie oddechu. I świetnie brzęczącymi blachami.  Immortal Flame są (a właściwie „jest”, bo to solowy projekt kolejnego muzyka z ADHD) ze Szwecji. Od niego też dwie piosenki, co ciekawe trwające dokładnie tyle samo, czyli dwie minuty i czterdzieści siedem sekund. Podobnie jak u Amerykanów, jest to surowy black metal, oparty na nieskomplikowanych chwytach, o piwnicznym brzmieniu i klimacie, z mocno zasyfionymi gitarami i wyraźnym basowym podbiciem. Trochę więcej tu wpływów pierwszej fali, szczególnie w „Here Rests Knowledge”, kawałku przypominającym nieco dokonania Venom. I na koniec Teufelsdom, czyli sataniści z Rosji. Tylko jeden utwór, za to aż sześciominutowy. Prosty jak konstrukcja cepa, czy  tam sierpa, trochę wolniejszy niż u poprzedników, lecz nie mniej surowy. Trochę to może przypominać początku black metalu z Norwegii, zwłaszcza spod znaku Darkthrone czy Burzum, ale w wersji mocno uproszczonej. Nieco inne są tutaj wokale, niby blackmetalowe, ale kapkę niższe, dochodzące jakby z jakiejś jamy. I za to akurat duży plus. Sam kawałek idealnie na ten split pasuje, bo poza ramy lo-fi się niespecjalnie wybija.  “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness” to kolejna pozycja wyłącznie dla maniaków surowizny. Fani bardziej mainstreamowego ujęcia gatunku mogą sobie to wydawnictwo z czystym sumieniem odpuścić.

- jesusatan