Rahaty to kapela z Białorusi, za
którą stoi muzyk, odpowiadający za inny projekt, a mianowicie Pa Vesh En. Jak
wiadomo pod macierzystym szyldem, tworzy czarcią surowiznę, natomiast tutaj
robi coś podobnego, tyle że w death metalowym tonie. To co płynie z głośników,
po włączeniu tego debiutanckiego albumu od Rahaty, to tony gruzu, piachu i
żużlu, bowiem w przypadku „Bestial Lustmord” mamy do czynienia z brudnym,
jaskiniowym deciorem, który pozwala sobie na wiele, choć nie nawiązuje do
standardowego grania w tym stylu. Jest to brutalna i bluźniercza odmiana death
metalu, która wypełzła z piekielnych czeluści. Bez zażenowania raczy ona
siermiężnymi riffami, zgrzytliwymi tremolo i chorobliwymi sprzężeniami. Ten
białoruski twórca wygenerował swoje szataństwo za pomocą gitar o chropowatym
brzmieniu i sękatej sekcji rytmicznej, a wszystko w odpowiednio gęstej i
ciężkiej tonacji, którą wspomagają wulgarne growle i schizofreniczne wrzaski.
Całość płynie głównie w średnim tempie, ale okresowo potrafi także
przyspieszyć, uderzając w nieco chaotyczne kostkowanie. Jednakże fundamentem
tego materiału są, hipnotyzujące swą jednostajnością akordy, pomiędzy które
wpleciono sporo pogmatwanych zagrywek. Rahaty nie umizgując się do nikogo,
spuszcza wpierdol i sieję bezbożną zarazę. Każde szarpnięcie strun, każde
uderzenie w bębny oraz dźwięki wydobywające się z gardła tego gościa,
przesiąknięte są zgnilizną i śmiercią, która tu bezwstydnie przechadza się z
Szatanem pod rękę, kreując zepsutą do cna atmosferę. Album, który jest wyrazem
skrajnej obsceniczności i zbezczeszczenia. Wypełniony szaleństwem i
potwornościami, udowadnia, że podziemna młócka ma się dobrze i chce pozostać ze
swoimi, chorymi odchyleniami tam, gdzie się znajduje, uskuteczniając swój
gorący i rytmiczny podmuch dla nielicznych. Na moje gumowe ucho mocno tu
zalatuje Ritual Death i jedynką Akolyth, tyle, że w zwartej i dociążonej
formie. Makabryczna muzyka, którą polecić trzeba, aby ta diabelska dżuma
rozlała się jak najszerzej. Jak dla mnie, majstersztyk, po którym nie mogłem
się długo otrząsnąć.
I jeszcze jedna pozycja z październikowego miotu
Nuclear Winter Records. Po bardzo dobrych albumach Morbid Stench i
Deconsekrated, Hekatoxen jest już chyba tylko strzałem na dobicie, bo ja się po
trzech rundkach z tym krążkiem nie mogę posprzątać z podłogi. Gdybyście
zastanawiali się co to za gentlemani, i skąd pochodzą, to w zasadzie
kilkanaście pierwszych sekund otwierającego całość „Lost Souls Epitome”
rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tak, panie i panowie, jesteśmy w Finlandii, a
przywitał nas oczywiście potężny riff w stylu Slugathor. Może i pierwszy na
tych nagraniach, ale nie ostatni, bo odniesień do chłopaków z Espoo jest tu
zdecydowanie więcej. Zresztą nie tylko do nich, bo i do innych klasyków
fińskiego metalu śmierci, że wymienię jeszcze choćby wczesny Sentenced czy Corpsessed
(żeby nie było, że rzucam tylko dinozaurami). „Obsidian Majesty” to osiem
numerów, w tym jeden akustyczny przed zamykaczem, najczystszego death metalu w
starym stylu. Siedem utworów, które swoim ciężarem, niewiarygodnie zgrabnie
ubranym w melodię, miażdży czaszki, kruszy kości i wyciska nasze truchło z krwi
niczym zawodowa sprzątaczka mokrą szmatę. To, z jaką umiejętnością Hekatoxen
aranżują swoje, utrzymane przeważnie w średnim tempie, kompozycje, to jest
najwyższa klasa rozgrywek. Niewiele jest zespołów potrafiących ubrać wspomnianą
melodię (z gatunku pancernych) w
ołowiane szaty. Każdy, absolutnie każdy numer na „Obsidian Majesty” to
absolutny rozpierdalator. Ileż tu wspaniałych riffów, przy których nie da się
utrzymać dupska na krześle, nawet jeśli przykleimy do niego poślady
superklejem, ileż wywołujących szerokiego banana na twarzy klasycznych
wokalnych aranży, ile momentów przywołujących w pamięci lata młodości, ile
chwil, przy których powraca chęć do życia (mimo iż to przecież metal śmierci).
Bo faktycznie, chce się żyć, by słuchać takich płyt, a i pewny jestem, że przy
wspomnianym akustyku niejednemu z was łezka się w oku zakręci, bo nawet on jest
do szpiku kości oldskulowy. Rozdeptali mnie panowie z Hekatoxen swoim debiutem,
jak robaka. Dla każdego maniaka staroszkolnego death metalu pozycja
obowiązkowa, jeśli nie do zakupu w ciemno, to przynajmniej do sprawdzenia.
Rozczarowań nie przewiduję.
-
jesusatan
Hekatoxen
“Obsidian
Majesty”
Nuclear Winter
Rec. 2026
And here’s
another release from Nuclear Winter Records’ October line-up. Following the
excellent albums by Morbid Stench and Deconsekrated, Hekatoxen is probably just
the finishing blow, because after three spins of this record, I still cannot
get myself up from the floor. If you’re wondering who these gentlemen are and
where they’re from, the first tunes of the opening track, “Lost Souls Epitome”,
dispel any doubts. Yes, ladies and gentlemen, we’re in Finland, and we’re
greeted, of course, by a massive Slugathor-style riff. It may be the first on
these recordings, but it’s certainly not the last, as there are definitely more
references to the lads from Espoo here. And not just to them, mind you, but to
other classics of Finnish death metal too. Let me mention early Sentenced or
Corpsessed, for example (just so you don’t think I’m only mentioning the
dinosaurs). ‘Obsidian Majesty’ is eight tracks, including an acoustic one
before the last, representing the purest old-school death metal. Seven tracks
which, with their sheer weight, incredibly skilfully wrapped in melody, crush
skulls, shatter bones and wring the blood from our corpses like a professional
cleaner wringing out a wet cloth. The skill with which Hekatoxen arrange their
compositions, mostly maintained at a medium tempo, is top class. Few bands are
capable of cloaking such melody (of the armoured variety) in leaden robes.
Every single track on “Obsidian Majesty” is an absolute banger. Just look at
all the brilliant riffs that make it impossible to keep your arse in your
chair, even if you glued it there with superglue, all the classic vocal
arrangements that put a huge banana on your face, all the moments that bring
back memories of your youth, all the moments that reignite your zest for life
(even though this is, after all, death metal). Because, really, you want to
live just to listen to albums like this, and I’m sure that the aforementioned
acoustic track will bring a tear to the eye of more than a few of you, because
even that track is old-school to the very core. The lads from Hekatoxen have
crushed me like a bug with their debut. It’s a must-have for any oldschool
death metal fan, if not a blind buy, then at least worth checking out. I don’t
foresee any disappointments.
Dopiero co
zdążyłem zakupić sobie ostatni album Hadopelagyal (dość nietypowe swoją drogą
jak na winyl wydanie), odsłuchać go dosłownie z dwa razy, a tu Hekla i Augur
wypluwają z siebie kolejne dwadzieścia minut gruzu, szlamu i wszelakich
nieczystości. Cztery nowe numery, mili
państwo, dokładnie tyle składa się na „Zelmathic Necroichorion”. Cztery numery
będące bezpośrednia kontynuacją stylu zapoczątkowanego przez duet na „XXXVI
XXXI N XXV XXVIII O”, i potem sukcesywnie… nie, no nie powiem „rozwijanym”, bo
przecież byłoby w tym sporo przesady. „Kultywowanym” zabrzmi tu zdecydowanie
lepiej. Niemcy grają muzykę gęstą, niemelodyjną, pozbawioną standardowych
struktur, mocno nieprzyjazną przeciętnemu słuchaczowi, odrażającą i śmierdzącą
katakumbami. Tak to chyba można najprościej opisać. Zresztą ci, którzy zespół
znają, doskonale wiedzą, czego się po nowej EP-ce spodziewać. Ich do odsłuchu,
tudzież nabycia tego materiału, zachęcać nie trzeba. Laikom można muzykę
Hadopelagyal przedstawić nieco bardziej obrazowo. Wyobraźcie sobie intensywnie
pracującą, najczęściej w tempie zdecydowanie szybkim, przymuloną brzmieniowo
perkusję, towarzyszące jej, bardziej na zasadzie ściany dźwięku, bo nie każdy
dosłyszy w tym melodię, gitary, pracujące równie mocno co sekcja rytmiczna, i
wydobywające się zza kotary, z komina, tudzież ze studni, głosy topielców, potępionych dusz, czy innych
nieświętych. Bez podziału na refreny i zwrotki, jednolita masa, co najwyżej z
jakimś przejściem gdzieś po drodze, jakimś drobnym ambientowym dodatkiem, i
wyciszeniem na końcu. Szalejące tornado, burza z gradobiciem, totalna ciemność,
ekstremalne temperatury, zero warunków dla jakichkolwiek form życia. Mnie
intryguje jedno. Hadopelagyal poruszają się w naprawdę wąskich ramach
gatunkowych, ich kompozycje na kolejnych nagraniach brzmią podobnie, są
podobnie zaaranżowane, i gdyby ktoś się uparł, to nie wiem, czy byłbym w stanie
wybronić tą muzykę przed zarzutem, że to jest w kółko to samo. A jednak nadal,
za każdym razem kiedy dostaje od nich „nowe”, czuję się porozrzucany niczym
obornik po polu. Bo, w odróżnieniu choćby od Necropolissebeth (innego projektu
Hekli), nie jest to tylko i wyłącznie hałas dla samego hałasu. Są tu riffy, są
melodie (oczywiście te z gatunku silnie gruzowych), jest ten przerażający
klimat śmierci. Pod takim graniem podpisuję się obiema rękoma. Dla maniaków
zespołu - kolejna pozycja obowiązkowa. Zwolennicy bardziej tradycyjnych
piosenek mogą sobie bez bólu serca odpuścić.
Debiutancki album Deconsekrated uderzył mnie niczym
grom z jasnego nieba. Niby Chile, więc można się było spodziewać smakowitości,
ale żeby aż takich delicji, to nie podejrzewałem. Minęły dwa lata, i panowie
wracają z następcą „Ascension In the Altar of Condemned”, tym razem pod
skrzydłami greckiej Nuclear Winter Records. Płyta ujrzy światło dzienne
wspólnie z nowym materiałem Morbid Stench, i, zaprawdę powiadam wam, jest to
piekielnie mocny duet wydawniczy. Deconsekrated grają death metal jak za
dawnych czasów. Przede wszystkim totalnie organiczny. Tak brzmieniowo, jak pod
względem treści. Wszystko cyka tutaj na wskroś analogowo, niczym produkcja ze
wspaniałych lat dziewięćdziesiątych. Muzycznie z kolei, to…. Te riffy! Tutaj
nie ma jakiegoś ściemniania, puszczania zasłony dymnej czy innego wypychania
truchła pianką rozporową. Powiedzcie mi, czy w kompozycjach Sadistic Intent,
Morbid Angel, Immolation czy Dead Congregation są jakieś momenty zbędne? No
właśnie! I to jest dokładnie to, o czym mówię. Bo rzeczone zespoły
niezaprzeczalnie miały wpływ na twórczość Deconsekrated. Z tym, że skurczybyki
tak umiejętnie wyciągnęli z wykładów pod tytułem „Covenant”, „Failures for
Gods” czy „Ancient Black Earth” wnioski własne, że ich muzyka, mimo iż
przesiąknięta klasyką, daleka jest od kopiowania któregokolwiek z profesorów.
Za to trzyma się ściśle wytycznych. Na „The Inexorable Transcendence of Death”
nie ma szaleńczego tempa. Nie ma też technicznych wygibasów, czy łamania riffów
w pół. Jest czysty do szpiku kości, tradycyjny metal śmierci, rażący potężnie
każdym akordem, ziejący gnilnym odorem, będący godnym spadkobiercą najlepszych
tradycji. Ciężko spośród zamieszczonych na tym krążku utworów wybrać jakiś
najbardziej reprezentatywny. W zasadzie może to być którykolwiek, bo żaden z
nich nie odstaje poziomem nawet o jotę, i w każdym znajdziemy coś
przykuwającego naszą uwagę. Nie ma na tym albumie niczego, co by mi się nie
podobało. Staroszkolny death metal z najwyższej półki, a poziom debiutu
spokojnie utrzymany. Proszę się częstować.
No proszę,
jaki tutaj mamy cudowny przykład interkontynentalnego pomostu. Unholy
Redeemer tworzą muzycy pochodzący ze
Skandynawii (konkretnie Dania / Finlandia) i Antypodów (Australia). Żadni
zresztą nowicjusze, bo starczy chyba, że z zespołów, w których maczali paluchy
wymienię Slugathor / Desecresy, Nocturnal Graves czy Cerekloth. Zespół trzy
lata temu wypuścił trzyutoworowe demo, a teraz powraca z kolejnym wydawnictwem.
Jest nim dwudziestominutowa EP-ka, zawierająca wspomnianego pomostu dopełnienie
muzyczne. Jej treść to staroszkolny death metal, niemal równomiernie
inspirowany szkołą szwedzką, jak i zamorską. I powiem wam, że chłopaki odwalili
kawał fantastycznej roboty. Bo nowinek nie ma tu żadnych. Jest natomiast
nowojorsko - florydzki ciężar, wiele harmonii mogących kojarzyć się z takimi
klasykami jak Incantation, Immolation albo Vital Remains, w magiczny wręcz
sposób balansowanych szwedzkim piachem pod Dismember, oraz melodyjną linią
gitar na podobieństwo Gorement czy Utumno. Panowie nie przeginają pały pod
żadnym względem. Ich kompozycje utrzymane są przeważnie w tempie średnim, i
jeśli wyrażają tendencje to raczej do zejścia do parteru niż ścigania się ze Strusiem
Pędziwiatrem. Można odnieść wrażenie, jakby panowie każdym swoim akordem
chcieli nas wbić w glebę, a wspomniane melodie, oraz w aptekarski sposób
dozowane klawiszowe tła, stanowią w tym przypadku coś na kształt marszu
pogrzebowego. Mimo iż brzmi to bardziej klasycznie niż gruzowo, to ciężar
kolejnych numerów jest, kurwa, tak przygniatający, tak organiczny, że się można
przy tych piosenkach obejsrać ze szczęścia. Jednocześnie, nawet jeśli
wspomniane gdzieś tam powyżej nazwy nie są jedynymi mogącymi przychodzić do
głowy, ciężko zarzucić muzykom Unholy Redeemer kopiowanie kogokolwiek. A nawet
jeśli, czysto teoretycznie, panowie sobie powycinali z dwudziestu płyt po
kawałeczku, nieco pozmieniali, to złożenie tego potem do kupy wymagało
zegarmistrzowskiej precyzji. Jebał to pies, zresztą oryginalność nigdy nie
stała u mnie na pierwszym miejscu. Mi się ta EP-ka w chuj podoba, i pewnie
sobie ją zakupię zaraz po premierze. Tym bardziej, że strona B zawierać ma
wspomniane na wstępie demo, jako bonus. Komu zająć miejsce w kolejce?
Jestem przekonany, że logo F.O.R wpadło mi już
kiedyś w oko, nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć, przy jakiej okazji.
Słuchając drugiego albumu Amerykanów, utwierdzam się jednak w przekonaniu, iż
jest to mój pierwszy kontakt z zespołem. W innym przypadku zdecydowanie
zapamiętałbym ich muzykę. Z bardzo prostego powodu – to nie jest twórczość,
jakiej pełno dookoła, twórczość jednowymiarowa czy pospolita. Panowie troszkę
kombinują, a ja takich poszukiwaczy lubię. Oczywiście pod warunkiem, że ich
wizje nadawane są na odbieranych przeze mnie falach. Co my tutaj zatem mamy…
Pięć kompozycji oplecionych intro / outro. Brzmiących dość surowo, jak na ilość
inspiracji zawartych w treści, ale to akurat w moim przypadku działa
zdecydowanie in plus. Nadaje bowiem nagraniom większej autentyczności, i
sprawia, że określenie „post”, którego w odniesieniu do „Crude Exhibitions of
the Soul” trudno nie użyć, nie jest określeniem w znaczeniu negatywnym. Owym "postem" panowie nasączają natomiast, i sowicie ze sobą mieszają, takie
gatunki jak sludge, black i doom metal, dorzucając do tego jeszcze kapkę
awangardy. Co w tym przypadku istotne, nie są to kompozycje o odcieniu
spontaniczności. Tutaj wszystko jest ze sobą dokładnie poukładane i posklejane,
nawet jeśli poszczególne partie pochodzą z innych koszyków. Panowie
zdecydowanie największy nacisk kładą na klimat swoich piosenek, dbając
jednocześnie, by nie były one jednowymiarowe, by co chwilę coś się w nich
działo, jak podczas dobrej sztuki teatralnej. Sporo tu zatem zmian tempa,
przejść z fragmentów ostrych jak brzytwa (tu się kłania wspomniany black metal)
w momenty wyciszające, post doomowe. Czuć jednocześnie, że muzycy doskonale
czują, a nawet przeżywają to, co spod ich palców wychodzi. Przyszło mi przy
okazji porównanie do polskiej Czerniny, albo kidsdrowninsilence. Może nie
czysto pod względem muzycznym, ale właśnie łączenia ze sobą pewnego rodzaju
kontrastów, i malowania nimi autorskiego obrazu. Ciekawą sprawą jest także to,
że album ten z kawałka na kawałek zdaje się rozwijać, od prostego w swojej
strukturze utworu tytułowego, po wieńczący część zasadniczą, najdłuższy „Mother
Atrophy”. Całość trwa trzydzieści trzy minuty, zatem wchłania się szybko i
prowokuje do podania kolejnej dawki. Dobry, ciekawy album, warto się zapoznać.
Personal Records / Gurgling Gore / Dawnbreed Rec. (2026)
Florydzki
duet Wharflurch dał się poznać światu za sprawą debiutanckiego „Psychedelic
Realms Ov Hell wydanego pięć lat temu. Muzycy nie bali się eksplorować
psychodelicznych obszarów muzyki pomimo przywiązania do deathmetalowej
tradycji. Efekt finalny był intrygujący, nawet jeśli w swojej konstrukcji był
schematyczny. Na pewno o schematyczności nie może być mowy przy okazji „”
Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”. Panowie każdym aspekcie
usprawnili swój warsztat coraz mocniej określając to co chcą grać. A chcą grać
death metal – niebanalny, nie stroniący zarówno od prostych, wręcz
troglodyckich motywów jak i od bardziej wysublimowanych i odrealnionych
pejzaży. W tej muzycy nie brakuje przestrzeni i oddechu, ale przede wszystkim
nie brakuje pomysłów. Głównym narzędziem do kreowania krajobrazów
niestworzonych w przypadku Wharflurch jest wszelkiej maści elektronika, ale i w
partiach gitar nie brakuje nawiązań do progrockowych czy nawet artrockowych
klasów, którzy nie bali się subtelności i rozmarzonych akordów sześciu strun.
Inspiracji w przypadku Wharflurch można przytaczać bardzo dużo, ale największą
ich siłą jest umiejętność sklejenia tego w bardzo intrygującą i angażującą
całość. W częściach składowych, zwłaszcza w tej części deathmetalowej nie jest
to granie, które aspiruje do wybitności. Powiedziałbym nawet, że w tych
najbardziej topornych i prostych fragmentach panowie gubią gdzieś dynamikę,
muzyka robi się tępa i trochę nudna, ale to tylko jeden z wielu środków
artystycznych, którymi dysponują. W bardziej zagmatwanych fragmentach panowie
stawiają na czytelność, podpierając się niejednokrotnie bardziej melodyjnym
fragmentem. Żaden to zarzut, ale odniesie szukałbym raczej nie w klasyce,a
bardziej w nowszych zespołach, które z undergroundu jedną nogą próbują wyjść na
szerszą wodę. Taki też potencjał słyszę w Wharflurch – tam są naprawdę ogromne
pokłady kreatywności, przeważnie wykonane lepiej, rzadziej gorzej. Nie ukrywam,
że zajęło mi chwilę, żeby się z do tego materiał przekonać, ale muzyka obroniła
się sama – materiał wciągnął na tyle, że dał mi czas na oswojenie się z nim i
poznanie smaczków skrywających się w tych dźwiękach. Ja szczerze polecam to
wydawnictwo, zwłaszcza tym bardziej otwartym słuchaczom, którzy nie boją się
muzycznych eksploracji.