wtorek, 29 września 2026

Recenzja Infernaculum „Cristo 666”

 

Infernaculum

„Cristo 666”

Rex Diaboli Death Syndicate 2026

 


Ależ piękna okładka. W zasadzie mówiąca wszystko. Na spisie treści trzynaście kawałków, czas trwania płyty – niecałe dwadzieścia pięć minut. Uhu, będzie śmierdziało napalmem… Taka była moja pierwsza myśl. A że rzadko w podobnych przypadkach się mylę, to szybko się o sile owego napalmu przekonałem. Mówiąc wprost i bez ogródek, „Cristo 666” to prymitywny wpierdol jak ta lala. Materiał ten brzmi na wskroś demówkowo, prawie jak nagrania z sali prób. Mówiąc „prawie” mam na myśli stare standardy, bowiem w dzisiejszych czasach nawet nagrania z garażu można zarejestrować w bardziej przystępny słuchaczowi sposób. Nie po to jednak Hiszpanie sięgnęli po instrumenty, by komukolwiek sprawiać przyjemność. Ich kompozycje to głęboki underground, a ich cel to zapewne grać tak ohydnie, obrzydliwie i odrażająco jak tylko się da. Melodie zatem, o ile takowych się na tym albumie doszukacie, są raczej chaotyczne, minimalistyczne i obskurne. Ze względu na język może się ten materiał kojarzyć z niektórymi przedstawicielami sceny muzykom rodzimej, tudzież pochodzącymi z Ameryki Południowej (zresztą z tym kontynentem Infernaculum łączy także nieokiełzana dzicz), lecz wymienianie ich nazw sobie daruję. Dlaczego? Bo wyrzyg omawianego tworu nie jest tak do końca ani równie jednolity stylistycznie, ani stuprocentowo inspirowany którymkolwiek z tych, mimo wszystko bardziej znanych, zespołów. Poza galopadami w oparach siarki i drażniącego nozdrza dymu płonących zgliszczy, są na tych nagraniach także zwolnienia. I myli się, kto od razu pomyśli o typowych wermetalowych wyhamowaniach z riffem pod headbanging. Infernaculum wchodzą w zakręty po swojemu, bardziej kierując się w rejony brudnego punka niż, dajmy na to, Blasphemy. Niech przykładem tego o czym mówię będzie choćby „Estigma Putrido”. Ponadto do swojego gara pełnego smoły panowie dorzucili także kilka sampli i efektów elektronicznych. I tu też nie poszli na łatwiznę, czy też za standardem, bo owe dodatki, zresztą jak muzyczna treść podstawowa, są na poziomie lo-fi. W wyniku łączenia wszystkich tych składowych wyszedł Hiszpanom krążek będący kwintesencją podziemia. Oczywiście tego sprzed niemal czterech dekad, kiedy metal z ogólnospołeczną akceptacją miał tyle wspólnego co porno z melodramatem. „Cristo 666” to wydawnictwo dla degeneratów i zwolenników sonicznego chamstwa. Grzeczni, uczesani fani Behemoth mogą się od tego trzymać z daleka.

- jesusatan




Recenzja Crimson Coven „I-The Forge”

 

Crimson Coven

„I-The Forge”

Cruz Del Sur Music 2026

Crimson Coven to powstały trzy lata temu, hiszpański kwintet, który właśnie wydaje swój debiutancki album. Niesie on ze sobą dziewięć numerów mieszanki starego Candlemass czy Solitude Aeturnus z Manowar. Zatem w przypadku „I-The Forge” mamy do czynienia z fuzją epickiego heavy z klasycznym doom metalem. Można się więc domyślić, jak muzykują Hiszpanie. To porywające refreny, melodyjne solówki i sporo rytmicznego kostkowania w średnich i wolnych tempach. Panowie nie spieszą się zbytnio, skupiając się na klimacie swojej płyty, która kreuje hymniczną atmosferę. Atmosferę, która także jest przepełniona tajemniczością i magią oraz całymi pokładami mrocznego romantyzmu. Kreuje to ciężkie i mozolne aranżacje, które oprócz enigmatycznej i heroicznej aury, dostarczają również sporej dawki ponurych melodii. Materiał od Crimson Coven potrafi przytłoczyć swoją gęstością i agogiką na wędzidle, ale również i przyciągnąć mistycznymi riffami, które wprowadzają do „I-The Forge” pokaźną liczbę elementów wyraźnie baśniowych. Duży udział w tym charakterystycznym anturażu mają wokale, którymi niejaki „J” z pewnością nie dorównuje takim śpiewakom jak Messiah Marcolin i Eric Adams, ale doskonale daje sobie radę, kusząc słuchaczy, aby zostali z tym wydawnictwem na dłużej. Fani klasycznych brzmień i tych bliższych naszym czasom w postaci chociażby takich kapel jak Dolmen Gate czy Atlantean Kodex, powinni bez lęku sięgnąć po pierwszy album Crimson Coven.

shub niggurath




poniedziałek, 28 września 2026

Recenzja Runaway Devils “Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”

 

Runaway Devils

“Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”

Godz ov War 2026

Ja pierdolę, litości! Wierzcie mi, podchodziłem do tego wydawnictwa nawet z pewnymi nadziejami. Bo oto laski zabrały się za granie czegoś, co wydawca, jak by nie patrzeć, wielce przeze mnie szanowany, określa jako „Black Raw’n’Roll”. Przyznacie, że dziwny to szyld. Tym bardziej byłem ciekaw, cóż to takiego, bo ja „raw” to jak najbardziej, a „roll” ostatnimi czasy nawet mocniej. Po dwóch kawałkach leżałem na podłodze skomląc o litość, po trzecim, który stanowi cover Cascada „Everytime We Touch” (w tym przypadku muzykantki zmieniły „touch” na „siege”, co zapewne miało być żartem na poziomie samego wykonania), chciałem podsumować to wydawnictwo jednym słowem, góra jednym zdaniem. Ale brnąłem dalej, niczym szambonurek w gównie, nawet jeśli mi za tą „robotę” nikt nie zapłaci nawet dziesiątej owego fachowca. Co do owego „coveru” (celowo w cudzysłowie), to jest on zarejestrowany tak chujowo, że nawet nagrania z próby na Grundigu w latach dziewięćdziesiątych brzmiały lepiej. Podejrzewam, że to zabieg celowy, i że miał to być element rzeczonego „żartu”. Na „Blood Must Be coś tam…” owych żartów jest więcej. Jak choćby pseudodyskotekowy „Four Witches in Four Castles”, nie wiedzieć dlaczego, znów zarejestrowany w maksymalnie chujowy, przechujowy sposób. Przecież, tu, kurwa, nic nie słychać! Poza tym, że laska w pewnym momencie śpiewa, że woli „na górze”, czy cuś. No OK., nie ona jedyna. Słuchanie tego jest bolesne jak drzazga w chuju. Muzyka ma tutaj taki rozstrzał, że aż mi się w głowie kręci. A to megasurowy black, a to punk, a to przyśpiewki z remizy (te przeważają), a to granie chujwieczego na poziomie nawet nie podwórkowym, bo fałsz goni fałsz, i nic tu się do siebie nie klei. Nie ma myśli przewodniej, jest zbiór pomysłów uczennic niedzielnej szkółki gitarowej, możliwe, że prowadzonej przez jakieś zakonnice, choć nawet one nie potrafią równie chujowo grać na gitarze. Ba, co tam gitary. Nawet outro, klawiszowe, to jest jakieś plumkanie naćpanego pawiana. Gdyby moja córka w wieku trzech lat tak zagrała, to może byłbym dumny, ale dorosłe osoby? Niech mnie ktoś obudzi! Tragiczne (choć i to słowo nie jest tutaj wystarczająco dosadne) są wokale. Jeszcze wrzaski jakoś ujdą, bo krzyczeć każdy może, ale już te czyste zaśpiewy, czy próby prowadzenia dialogów, to jest jakiś absurd. Tutaj niemal nie trafia się czysty ton. Nie, kurwa, nie mówcie mi, że tak właśnie ma być! To jest szczyt niekompetencji i, albo wyraz samozachwytu (że panie zdecydowały się takie coś opublikować z nadzieją iż komuś się spodoba), albo skrajnego imbecylizmu i ignorancji. Wspominałem, że nic się tu nie klei, no to, kto odważny, i przesłucha, to zapewne zauważy, że nawet brzmienie nie jest na tym „czymś” jednolite. Co to jest, do chuja pana, jakiś składak najbardziej gównianych nagrań roku dwudziestego szóstego? No, dla mnie jest! Dawno nie słyszałem takiego gówna. A przynajmniej dawno tak niski poziom muzyczny nie sprowokował mnie by o tym napisać, bo najczęściej po prostu wszelki kał spuszczałem w kiblu. Grzesiu, ja Cię, kurwa, szanuje, ale weź ty zacznij na powrót pić, bo Ci się ostro we łbie popierdoliło, żeś w taki zepsuł pieniążki zainwestował. No chyba, że masz ich tyle, że nie masz co z nimi robić, to chętnie przytulę. A za dwukrotny odsłuch Runaway Devils wisisz mi jakąś solidną rekompensatę. Omijajcie ten krążek szerokim łukiem (ja pierdolę, właśnie takie słowa sprawią, że wielu czytających popełni życiowy błąd i straci trzydzieści pięć minut życia). Tutaj nie ma niczego, co pożyteczne dla zdrowia czy ducha. Naprzeklinałem się wyjątkowo, że aż mi trochę wstyd, ale w tym momencie znalazłem jeden pozytyw tego wydawnictwa. Potrafi on niesamowicie podnosić ciśnienie. Szkoda tylko, że w niewłaściwy sposób. Tragedia.

- jesusatan




Recenzja Bonjour Tristesse „Disaster Triumphant”

 

Bonjour Tristesse

„Disaster Triumphant”

AOP Records 2026

Jakoś wcześniej nie było okazji, żeby się zapoznać z twórczością tego solowego projektu z Monachium, za którym stoi niejaki Nathanael. Gość muzykuje już sobie od 2008 roku i niebawem, bo już w listopadzie wyda swój piąty krążek. To co on zawiera, to post-black metal, który mocno zalatuje mi ostatnio dość modnym gatunkiem, a chodzi mi mianowicie o blackgaze. Mamy więc tutaj do czynienia z typowym połączeniem diabelskiej surowości z depresyjnymi ścianami dźwięku, których marzycielski charakter przypisać bez problemu można rzępoleniu w stylu shoegaze. Zatem to idealna muza dla czarcich smutasów, którzy za pośrednictwem „Disaster Triumphant” będą mogli pławić się w eterycznych, gitarowych pływach, pomieszanych z lodowatymi tremolo i kilkoma dzikszymi zrywami. To jednostajny black metal, bazujący głównie na zapętleniach, okresowo przełamywanych przez zmianę rytmu czy prędkości bądź przez wprowadzenie do danej aranżacji, poszczególnych rodzajów melodii, od kołysankowych poprzez szerokie pasaże, kończąc na ornamentalnych zabiegach. Zapodany na brzękliwych, lecz chłodnych gitarach i delikatnie wycofanej sekcji rytmicznej, zaś instrumentarium towarzyszą rzecz jasna, bolesne wrzaski. Całość to bardzo emocjonalna muzyka, która kieruje się w refleksyjne oraz przygnębiające rejony. Wciąga do swoje ponurego świata bez trudu, ponieważ potrafi do siebie przekonać swoim przygnębiającym usposobieniem, które w punkt zostało zapisane na pięciolinii przez Bonjour Tristesse, co z pewnością docenią fani takich kapel jak chociażby Harakiri for the Sky.

shub niggurath




niedziela, 27 września 2026

Recenzja KROLOK „Hričov-Súľov-Lietava”

 

KROLOK

„Hričov-Súľov-Lietava”

Osmose Prod. 2026

Chwilę temu swoją premierę miał trzeci album słowackiego Krolok. Zapewne większość z was ten twór kojarzy, tym bardziej, że udzielający się w nim muzycy powiązani są personalnie z nie mniej znanym Malokarpatan. A i sam Krolok dał się do tej pory poznać z niezwykle konsekwentnej postawy hołdowania starej szkole black metalu. Nie inaczej jest na „Hričov-Súľov-Lietava”, krążku będącym bezpośrednią kontynuacją stylu wypracowanego przez ostatnią dekadę. Może zacznę od tego, co się jednak w muzyce tych bardów zmieniły. Choćby to, że album otwiera najdłuższy w ich historii, bo ponad trzynastominutowy, „Hričov”. Stylistycznie może niezbyt odległy od całości, choć w drugiej części oparty bardziej na deklamacji niż śpiewie, udowadniający jednak, że muzycy potrafią tworzyć kompozycje poniekąd epickie. Drugą, i tu już bardziej zauważalną kwestią jest fakt, iż wszystkie teksty zostały zaśpiewane w języku narodowym twórców. I to jest akurat bardzo dobre posunięcie, bowiem i tak dość majestatyczna, mocno ocierająca się o folki wszelakie, muzyka Krolok zyskała jeszcze bardziej wyrazistego, ludowego ducha. Pozostałe składowe tego krążka to w mniejszej lub większej dozie to, za co Słowaków lubimy. Tutaj nie ma żadnych fajerwerków, technicznych popisów czy awangardy. Jest za to staroszkolny do szpiku kości black metal, oparty na tradycjach z lat dziewięćdziesiątych. W klimatach zdecydowanie bardziej leśnych niż wysokogórskich, bo nieodzownym elementem całości są tutaj wspomniane wstawki ludowe, wszędobylskie klawisze, i instrumenty wykraczające poza zestaw podstawowy. Jeśli już o klawiszach, to podkreślić trzeba, że nie są to nudnawe, w zasadzie nic nie wnoszące, płynące w tle pasaże, a instrument równie istotny co gitary, i co najistotniejsze, stosowany według oldskulowych prawideł. Sporo na „Hričov-Súľov-Lietava” fragmentów akustycznych, stonowanych (chwilami mogących nawet przywoływać skojarzenia z wikińskim Bathory), prawie baśniowych, dzięki czemu można odnieść wrażenie, jakby Krolok opowiadali nam kolejną niesamowitą historię znaną z ogniskowych wieczorków w towarzystwie starszyzny. Całość trwa niemal czterdzieści minut, stanowiąc album bardzo spójny, wciągający, i, co raz jeszcze podkreślę, do bólu staroszkolny. Warto posłuchać, zwłaszcza jeśli poza wycieczkami na Arktykę lubimy też czasem przycupnąć wieczorem na polance.

- jesusatan




Recenzja Profanation „Ultra-Noise Warfare”

 

Profanation

„Ultra-Noise Warfare”

Iron Bonehead Prod. 2026

Kto ma ochotę na solidny death / grindowy wpierdol? O, widzę pan ma… Pani ma… Lubią państwo takie akty jak Terrorizer, Nausea, Repulsion, Nunslaughter czy Napalm Death? Lubią… No to proszę rozsiąść się wygodnie. Albo może raczej założyć mocne buty, bo będziemy ruszać w tan. Przy muzyce Profanation usiedzieć na dupsku się nie da. Tutaj każdy kawałek kusi, by komuś w młynie przypierdolić pięścią w ryj. Ta rytmika, skoczność, te wkręcające się niczym wiertło w czaszkę blasty i piłujące niemiłosiernie gitary… Czysta dzicz. Owszem, nie da się ukryć, że jest to poniekąd schematyczne i oparte na sprawdzonych, wymienionych przed chwilą wzorcach, jednak w tego rodzaju muzyce może chodzić o wiele spraw, ale oryginalność na pewno nie jest jedną z nich. Bo tak naprawdę można palcem pokazywać, gdzie idzie motyw pod Terrorizer, a gdzie buja w rytmie Harrisa i Embury’ego. Wolniejszych partii tu jak na lekarstwo, choć i one się miejscowo przewijają. Choć chyba tylko po to, by przygotować nas na kolejny, kryjący się tuż za zakrętem potężny cios. Jest tutaj też kilka odstępstw od szablonu, choćby w „Realm of the Absolute” albo „Anti”, gdzie na chwilę zajedzie stylistyką warmetalową. Gdzieś w połowie przemknie też krótki przerywnik w stylu ambientowym, w postaci „Vermin”. Rdzeń Profanation jest jednak silnie określony. I niejeden z was roztrzaska sobie o niego czaszkę. Do tego panowie dorzucili też bardzo intensywne wokalizy, ubrali całość w chamskie, organiczne brzmienie, i opatrzyli niezbyt wyszukaną okładką. I tyle, bo po co tu pisać elaboraty, skoro każdy i tak już wszystko wie. Dodam może jedynie, że panowie pochodzą z Francji, a Ultra-Noise Warfare” to ich pełnometrażowy debiut. Dziękuję za uwagę.

- jesusatan




Recenzja Barren „Verderf”

 

Barren

„Verderf”

Selfmadegod Records 2026

Świat lubi zaskakiwać nieznanymi dotąd kapelami, choć już trochę one istnieją, ale jakoś nie mogą wpaść w twoje łapy. Tym razem niespodzianka przyleciała z Belgii w postaci Barren, który jest tercetem i chyba najbardziej lubi pojawiać się na splitach, bo ma ich kilka w swojej kolekcji, co w stosunku do reszty ich dyskografii stanowi dominującą formę wydawniczą. Chuj w sumie z tym, ponieważ na tapecie mamy drugiego długograja od Belgów, który proponuje fanom czternaście, krótkich strzałów w ryj. To, że są krótkie to o niczym nie świadczy, gdyż ich siła jest znaczna więc bez problemu będziecie znokautowani. Ja osobiście zostałem przez Barren ostro napierdolony, pożarty, przetrawiony i wysrany, a jednak sobie chwalę „Verderf” bardzo i niesamowicie dobrze mi z tym. Panowie nakurwiają grinda z domieszką deta, a i trochę z jakimś szalonym blekiem skojarzyć miejscami ten materiał można. Cóż, chłopaki mielą na pełnej piździe, kreując miażdżące blast-beaty, oszałamiające swą agresją kaskadowe ataki, wyhamowania do średnich prędkości jak i nagłe „pit stopy”. Wszystko to wygenerowane zostało na żwirowatych gitarach, którym barwy nadał sławny HM-2, co upodabnia rzępolenie Barren do znajomej szwedzizny. Ta muza to również i rzecz jasna mięsista, ale nie przerośnięta sekcja rytmiczna oraz dwojakie wokale, które gadają ze sobą milutko w każdym kawałku. To soczysty i brutalny grind-death, który nie pierdoli się w tańcu. To soniczna rozpierducha, która została urozmaicona samplami, uwierającymi piskami wioseł i przesterami, od których aż bolą zęby. Diabelskie kurestwo, które mogłoby z powodzeniem zostać użyte, jako ścieżka dźwiękowa do ostatniej odsłony „Martwego zła”, ci co oglądali, będą wiedzieć co mam na myśli. Polecam lubiącym krwiste, zalatujące zgnilizną i smołą potrawy. Dobra uczta i wpierdol gwarantowane.

shub niggurath