Lubię splity. I lubię piosenki, które już kiedyś
słyszałem. A to wydawnictwo mi to, przynajmniej w większości, zapewnia. Dlatego
po nie sięgnąłem. Bez obaw, że mnie rozczaruje, zupełnie jak bym kupował
ulubione bursztynowe w sprawdzonym pubie. No to walnijmy cztery szybkie.
Najpierw Exhumed. Dwa kawałki w typowym dla siebie Carcassowym klimacie z
okresu „Tool of the Trade”. Szybko, prawie że na pełnej, z odpowiednią
melodyjnością ale i zadziornością. Można powiedzieć, Total oldschool i tribute
dla Brytoli. Wokale, gitary, solówki, harmonie - gdyby Walker i brygada do dziś
potrafili tworzyć tak dobre piosenki, byłoby cacy. Idzie im od powrotu nieco
ciężej i toporniej, bo chyba sami kopiują siebie, ale nie ma co płakać. W
kopiowaniu Amerykanie są o wiele lepsi, czego dowodem te dwa nowe numery.
Molder też pewnie większość z was zna. To bardziej standardowy metal śmierci,
choć i w tym przypadku nie pozbawiony wpadającego w ucho rytmu, oraz płynnych,
naturalnie wchodzących melodii, okraszonych niezłymi partiami solowymi.
Asphyxowy wokal, headbangingowe momenty, i ostre pierdolnięcie, jak pionierzy
gatunku nakazali. Drugi numer też troszkę zajeżdża Carcassami, i to jest chyba
ten element wspólny dla obu pierwszych ekip zza wielkiej kałuży. Mocny konkret.
Trzeci cios wyprowadzają załoganci, którzy biją się o rekord pod względem
ilości pomniejszych wydawnictw. Nunslaughter grają mniej melodyjnie, za to
bardziej diabelsko i agresywnie. Ich dwa strzały to w zasadzie klasyka. Dobre
deathmetalowe patatajnie do pomachania głową i postrojenia głupich min, z
mocnymi zrywami i zwolnieniami na kieliszek wódki. Zespół w formie, kto lubi (a
to można nie lubić?), będzie zadowolony z kolejnych sześciu minut od Dona i
spółki. Do zamknięcia tematu wchodzi Traffic Death, który dotychczas znałem
jedynie z nazwy. I już wiem, że będę musiał sięgnąć do ich dyskografii nieco
głębiej, bo chłopaki napierdalają aż miło. Ostry crossover, chwilami
podchodzący pod S.O.D., gdzie indziej sięgający nawet po tematy grindowe
(„Symphony of Ignorance”). Świetna mieszanka serwowana w czterech krótkich
porcjach. Oczywiście wplecione sample, momenty do poskakania w dzikim tańcu,
świetne dialogi wokalne (pod tym względem mamy naprawdę szeroki wachlarz),
miodzio! Całość trwa w tym przypadku niecałe dwadzieścia dwie minuty, co w
sumie pozostawia spory niedosyt, albo, myśląc praktycznie, daje mocnego liścia
w ryj, którego każdy może sobie do woli dawkować stosowną do nastroju ilością
powtórzeń. Ja dziś mam włączone na repeat, i nawet kolejnych okrążeń nie liczę.
Fantastyczna rzecz.
Po trzech latach przerwy wraca z
nowym albumem belgijski Herzog. Panowie wysmażyli na nim sześć numerów, które
tak jak poprzednio niosą ze sobą black metal w ujęciu „Herzog”. Rzecz jasna
jego podstawą są typowe formy, z których konstruowano tą muzykę przy
rozpętywaniu drugiej fali gatunku, wzniecając przy okazji kilka pożarów oraz
posyłając parę osób do piachu. Mniejsza z tym, bo to dawno i nie prawda.Belgowie
w dalszym ciągu grają rogaciznę, która hipnotycznie kołysze, zapodając
jednostajne akordy, które urozmaicane jest okresowo delikatnymi zmianami w
rytmice i prędkościach. Panowie nie stronią tutaj również od kilku
współczesnych zabiegów w postaci dysonansowych odjazdów, które wprowadzają
trochę mistycznego klimatu do przeważającego na „Mugwort” zimnego,
mizantropijnego i pasywnie nastawionego do świata kostkowania. Właśnie w tej
obojętności jest problem, ponieważ ideologiczna niechęć diabelszczyzny od
Herzog, przekłada się na black metal jaki tworzy, montując muzę, która wydaje
się zmierzać w niewiadomym kierunku. Brakuje jej również siły wyrazu, a także
czegoś co mogłoby przyciągnąć do niej nieco więcej uwagi, czegoś co filmowcy
nazywają suspensem i twistem. Nie wystarczy garść solidnych i upiornych
fragmentów oraz zastosowanie ponurego dialogu między wokalizami, aby
zainteresować odbiorców i pobudzić ich emocje. Mam wrażenie, że Belgowie trochę
błądzą i tak jak weszli do tego labiryntu, nagrywając poprzedni krążek, tak na
tym nie mogą się z niego wydostać. Jest jednak światełko w tunelu, bo ostatni
numer na tej płycie zatytułowany nomen omen „Post-Truth”, jest szansą na
wyjście z tej sytuacji. To instrumentalna kompozycja, która posiada swój
charakter i celuje nim właśnie w rejony post-black metalowe, wykorzystując także
maniery blackgaze’owe. Może to jest ścieżka, którą w przyszłości powinien pójść
Herzog, gdyż „Post-Truth” to najciekawszy utwór na „Mugwort”, choć w
modernistycznych ujęciach nie gustuję.
Dziś zaglądamy na kontynent południowoamerykański, a
konkretnie do kraju, którego drużyna na ostatnim mundialu zdawała się być
bardzo w oczach sędziów uprzywilejowana. Czwarty, a drugi pod banderą Putrid
Cult, album Abominablood stał się faktem już jakiś czas temu, więc część z was
być może miała już okazję się z nim zapoznać. Tych, którzy jeszcze nie zdążyli,
będą mocno zachęcał. Zwłaszcza jeśli lubią opary napalmu, siarki, i śpią w
maskach gazowych. Ten jednoosobowy projekt z Rio Negro należy do aktów raczej
odtwórczych niż tworzących podwaliny pod historię nowożytną. Na „Lurking Curse
of the Lost Future” nie znajdziecie ani grama innowacji. Nawet okruszka. Jest
za to moc inspiracji, których przekucie przez L. Warpig Abominator’a na własną
modłę, określone środowisko poruszy ze sporą mocą. Płyta co prawda zaczyna się
nietypowo, i nawet przez chwilę pomyślałem, że to może pewnego rodzaju
podziękowanie dla Morgula za przyjęcie Abominablood pod swoją strzechę. Po
krótkim samplu (zwanym introdukcją) zderzamy się bowiem z totalnym walcem pod…
Nekkrofukk. I to całkiem niezłym, bo myślę, że i Lord Kaos by się takiej
„piosenki” nie powstydził. Potem już wszystko wraca na stare tory, czyli do
konkretnej warmetalowej napierdalawy, z rzygającym wokalem, siermiężnymi
riffami, charakterystycznymi zwolnieniami i sianiem śmierci w zasięgu wzroku.
Co wyróżnia Argentyńczyka z grona innych naśladowców (wcale w tym przypadku nie
uważam tego określenia za cokolwiek ujmujące), to zdecydowanie solówki,
wymykające się oklepanej konwencji, czasem zahaczające nawet o totalną klasykę.
Dobre jest tu też brzmienie, dociążone, przybrudzone, ale z zachowaniem
odpowiedniej selektywności, byśmy nawet w tej totalnie wojennej zadymie
widzieli kto kogo akurat nabił na bagnet albo usmażył miotaczem płomieni. Do
tempa walcowego płyta ta zwalnia jeszcze raz, przy okazji utwory tytułowego.
Reszta to ostre bombardowanie w bardzo prymitywnym stylu. Zatem… Dla
wspomnianego, wąskiego grona wyznawców wojny, album ten będzie dobrą pożywką.
Kogo twory pod Blasphemy znudziły dziesięć lat temu, może sobie iść na kawę. Najlepiej
latte, a potem na aerobik. Z „kolegą”.
Hagel to damsko-męski skład z
Meksyku, który ma trudną historię za sobą, gdyż powstał już dawno, bo w 1995
roku, ale po pewnych kłopotach swoje nagrania objawił światu dopiero pięć lat
temu, wydając debiutancką płytę. Obecnie kwintet ten wraca z nową epką, na
której kontynuuje wcześnie obrany styl, czyli black-doom metal. W warstwie
czysto instrumentalnej jest to nawiązanie do gotycko-doomowych kapel z lat
dziewięćdziesiątych, ponieważ tutejsza melodyka jak i przygnębiająco
poprowadzone akordy, bez wysiłku kojarzą się z początkami działalności takich
brygad jak chociażby Anathema czy My Dying Bride. Z kolei bardziej
melancholijne oraz mistyczne chwile w muzyce Meksykanek i Meksykanów, mogą
przypominać stary Moonspell oraz Ophthalamia. Do tego Hagel dodaje kilka
typowych dla diabelszczyzny tremolo, gitary obdarza zimnym brzmieniem, a wokale
ubiera w posępne, szatańskie warkoty. Ostatni przykład w postaci Ophthalamia
udowadnia, że z powolnym i grobowym black metalem mamy do czynienia nie od
dziś, bo sporo było już zespołów, które rzeźbiły w ten sposób. Hagel
podtrzymuje tradycje i zapodaje rogaciznę na smutną nutę, przywracając do
świadomości fanów metalu lata dziewięćdziesiąte, udowadniając, że „retro” nie
umarło i trzyma się dobrze. W tym przypadku przybiera ono formę ponurego bleka,
który połączył się nie tyle z doom metalem, co z gotyckim kreśleniem symboli na
pięciolinii. Mi nie do końca to leży, ponieważ trudno mi zestawić rzewną czy
depresyjną stylistykę z black metalem, bo bardziej do niego pasuje mi ponura,
krucza posępność, która nie ma nic wspólnego z gorzkimi żalami jakie występują
na „The Veil of Shadows”. Niemniej jednak epka ta, to ciekawa pozycja, która
przywołuje lata minione w nieskazitelnej i wręcz namacalnej formie. Warto się
zapoznać, a czy ktoś się zakoleguje z Hagel na dłużej, to już jego sprawa.
Uwielbiam kanadyjski Slaughter. Chłopaki co prawda
zbyt wiele nie nagrali, jednak ich spuścizna to dla wielu współczesnych
zespołów stanowi na pewno znaczące źródło inspiracji. Choćby dla pochodzących z
Rumunii Rotheads i Putred. Te dwa składy wysmażyły właśnie piękny tribjut dla
Kanadoli, który ukazał się w pierwszej połowie bieżącego roku na wydanej w
sposób bardzo klasyczny, limitowanej do siedemdziesięciu sztuk taśmie, nakładem
rodzimej muzykom wytwórni, dla której wspomniane wydawnictwo jest aktem
rozdziewiczenia. Pod względem muzycznym jest to typowe wydawnictwo
kolekcjonerskie, skierowane chyba wyłącznie do maniaków Slaughter. Nie
znajdziecie na nim bowiem nic poza sześcioma (po trzy sztuki z każdej strony)
coverami. W obsadzie mamy takie piosenki jak „F.O.D.”, „Death Dealer”,
„Incinerator” czy „One Foot in the Grave”. Zresztą wymienianie tytułów jest tu
na dobrą sprawę bezzasadne, z dwóch powodów. Po pierwsze, każdy może sobie ową
setlistę sprawdzić w Internetach, a po drugie, Slaughter słabego kawałka nie
miał, więc cokolwiek by chłopaki nie zgrali, to i tak jest kult! Kwestia
wykonania zatem, bo to ona odgrywa tu najważniejszą rolę. No, powiem wam…
żadnych niedociągnięć nie ma. Jest to wspaniale odegrana muzyka z lat dawnych,
może w jeszcze bardziej deathmetalowej formie niż pierwowzór, ale przez kilka
smaczków, głównie pod tytułem „brzmienie”, zyskująca rumieńców. Na pierwszej
stronie, należącej do Putred, wspaniale stuka werbel. Jak odwrócone wiadro, co
zwłaszcza w wolniejszych partiach wywołuje u mnie ciary. Z kolei Rotheads, ze
swoimi przybrudzonymi błotem gitarami i ghoulowym wokalem nadali prezentowanym
wersjom jeszcze większej ilości cmentarnego klimatu. Wykonania tych klasycznych
kawałków w takim stylu to jak dolanie benzyny do ogniska. Coś, co już
oryginalnie jest wspaniałe i niemal idealne zyskuje dodatkowego doładowania.
Wybornie się słucha tych narań, zwłaszcza z formatu analogowego. Nie wiem ile
taśm się Rumunom sprzedało, ale jeśli jesteście maniakami Slaughter i chcecie
usłyszeć ich podliftingowane szlagiery, to zawsze jest szansa, że gdzieś tam
jeszcze się jakaś kopia ostała. Moim zdaniem zdecydowanie warto się o takową
postarać, bo ten tribute to absolutny strzał w potylicę.
Jest to włoski projekt, złożony
ze znanych muzyków tamtejszej sceny, który właśnie wydaje swój debiutancki
album. Panowie rzępolą metal śmierci, nawiązując do klasycznych wzorców,
czerpiąc pełnymi garściami z dokonań takich grup jak Nile, Incantation czy
Cannibal Corpse. To zwyczajowe, dość gęste granie, będące połączeniem szybkich
riffów i tremolo z palm mutingiem oraz zgrabnymi solówkami. Muza od Eyes of
Agony leci w zmiennych tempach, ale najbardziej lubi te przyspieszone, bo może
wtedy zasypywać nasze uszy zwalistymi ścianami dźwięku, których monumentalizm,
upstrzony technicznymi wywijasami, potrafi boleśnie przygnieść do gleby. Włosi
napierdalają żwawego deciora, który uwielbia prężyć muskuły jak i pokazywać
swoje gustowne fatałaszki, przypominając w jakiej kondycji był ten gatunek
kiedyś. Odtwarzają stare klisze z wirtuozerską precyzją, sypiąc blastami,
lawinowymi kanonadami i słoniowatymi zwolnieniami na tłumionym biciu w struny
lub zapodając atmosferyczne, wysokotonowe formuły. Materiał nagrany czysto, ale
nie do przesady. Gitary posiadają soczyste brzmienie, sekcja łupie jak
Gromowładny, zaś wokalista zdziera gardło sumiennie. Z płyty klimacik snuje się
diabelsko-trupi więc czego chcieć więcej. Jednakże „When They Return” to nic
nowego, ot poprawna przypominajka o przeszłości, która nigdy już nie wróci.
Starzy wyjadacze i puryści powinni być zainteresowani, ci którym bliższe są
współczesne det metale, mogą sobie odpuścić.
Debiutancki album Niemców, ten z grzybami w tytule,
był dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Nie dlatego, że to była muzyka jakoś
specjalnie nowatorska. Wręcz przeciwnie. Panowie zaczerpnęli głęboko ze studni
klasyki, robiąc to jednak w sposób wyjątkowo „autorski” i udany. Jeśli
pamiętacie, postawiłem ich w jednym szeregu z Hexenbrett, Malokarpatan czy
Negative Plane. Drugi krążek zespołu, który wydany zostanie, przynajmniej na tą
chwilę, jedynie na kasecie, własnym sumptem, jest w prostej linii kontynuacją
wspomnianego debiutu. Jedyną rzeczą jaka się dla mnie zmieniła podczas odsłuchu
tego materiału jest brak elementu zaskoczenia. Bo wyjątkowo wysoki poziom
muzyczny, czy też kompozytorski, został na nowych nagraniach utrzymany. „III:
Instruments of Fungal Intent” to niemal pięćdziesiąt minut muzyki utrzymanej w
klimacie proto black metalu, z niewielkimi tylko nawiązaniami do lat
późniejszych. A przez lata późniejsze mam na myśli co najwyżej początek drugiej
fali. Zdecydowanie więcej w tych nagraniach Venom czy Motörhead (w tym
przypadki chyba nawet więcej niż na „II: Chemognosis - A Shortcut to Mushrooms”),
albo niemal punkowych rytmów, niż, dajmy na to, wczesnego Mayhem, również tu
obecnego. Sporo też psychodeli, ale takiej rodem z lat siedemdziesiątych, a nie
tych nowoczesnych wynalazków. Chwilami jest tutaj bardzo skocznie, gdzie
indziej melodyjnie, prawie że heavymetalowo, a dla równowagi są chwile gdzie
zatapiamy się w silnych oparach marihuany, czy nawet odurzeniu opium. No i
bardzo mocno pachnie tutaj pokrytym śnieżnym pyłem lasem. Wszystko to tworzy
niesamowicie rytualny klimat. Klimat prawdziwego kultu. Jeśli nawet nie Szatana
(choć i Jego imię się na tym krążku w tekstach przewija) czy innych leśnych
bóstw, to przynajmniej starego, klasycznego metalu. Odkryjecie to nie tylko w
liniach gitarowych, chwilami fantastycznie hipnotyzujących, ale i wokalach. A
to śpiewanych, raz bardziej, raz mniej agresywnie, a to rytualnie
deklamowanych, takowo mrocznych co podniosłych, głoszących przesłanie solo, czy
chóralnie. Boarhammer wymyślili własną formułę, zaklęcie na wskrzeszenie ducha,
którego próżno szukać na większość współczesnych płyt. I tą formułę sukcesywnie
rozwijają / kontynuują, dla mnie bez znaczenia które słowo sobie przyswoicie,
bo konkluzja jest i tak jednoznaczna. Dla mnie to zespół wyjątkowy, a ich płyty
to mokry sen każdego maniaka starego grania. Jestem pełen uznania i bije
głębokie pokłony. I na koniec smutna konkluzja. Chłopakom chyba nie wyszło z
Naturmacht Productions, i najwyraźniej nie znaleźli godziwego wydawcy, który
byłby w stanie przedstawić ich szerszej publiczności. Albo po prostu się
wkurwili i maja wyjebane. Tym bardziej sprawdźcie ten album, bo to perła w
zalewie codziennego gówna. Możecie mi wierzyć.
-
jesusatan
Boarhammer
“III:
Instruments of Fungal Intent”
Independent 2026
The Germans’
debut album, the one with “mushrooms” in the title, came as a bolt from the
blue for me. Not because the music was particularly innovative. Quite the
opposite. The guys drew deeply from the well of classics, but did so in an
exceptionally “original” and successful way. If you recall, I placed them in
the same league as Hexenbrett, Malokarpatan, and Negative Plane. The band’s
second album, which, at least for now, will be released exclusively on cassette
at their own expense, is a direct continuation of that debut. The only thing
that has changed for me while listening to this material, comparing to the
debut, is the lack of an element of surprise. The exceptionally high musical
and compositional standard has been definitely maintained on the new
recordings. “III: Instruments of Fungal Intent” is nearly fifty minutes of
music steeped in the atmosphere of proto-black metal, with only minor
references to later years. And by “later years,” I mean, at most, the beginning
of the second wave. There’s definitely more of Venom or Motörhead in these
recordings (in this case, perhaps even more than on “II: Chemognosis – A
Shortcut to Mushrooms”), or almost punk-like rhythms, than, say, early Mayhem,
which is also present here. There’s also plenty of psychedelia here, but the
kind straight out of the ’70s, not those modern inventions. At times it’s very
upbeat, at others melodic, almost heavy metal-like, and to balance it out,
there are moments when we’re immersed in thick clouds of marijuana smoke or
even the intoxication of opium. And there’s a very strong scent of a forest
covered in snow dust. All of this creates an incredibly ritualistic atmosphere.
The atmosphere of a true cult. If not of Satan (though His name does appear in
the lyrics on this album) or other forest deities, then at least of old-school,
classic metal. You’ll discover this not only in the guitar lines, at times
fantastically hypnotic, but also in the vocals. Sometimes sung more aggressively, sometimes less, and at other
times ritually recited, as dark as they are solemn, delivering their message
solo or in chorus. Boarhammer have devised their own formula, a spell to resurrect
the spirit, one that you will not find on most contemporary albums. And they’re
steadily developing, or continuing, this formula, it doesn’t matter to me which
word you choose, because the conclusion is clear either way. To me, this is an
exceptional band, and their albums are every old-school metal fan’s wet dream.
I’m full of admiration and bow deeply to the band. And finally, a sad
conclusion. It seems the guys didn’t work out with Naturmacht Productions, and
apparently they haven’t found a decent label that would be able to introduce
them to a wider audience. Or maybe they just got pissed off and don’t give a
shit anymore. All the more reason to check out this album. It’s a gem amid the
flood of everyday crap. Believe me.