piątek, 21 sierpnia 2026

Recenzja Azatoth „Carnal Lust of Blasphemy”

 

Azatoth

„Carnal Lust of Blasphemy”

Extremely Rotten Prod. 2026

Z fińskim Azatoth miałem okazję poznać się po raz pierwszy przy okazji drugiej edycji Death Is Not The End w Gdańsku. Chłopaki byli wówczas jeszcze na etapie demówkowym, zaznaczając jednak, podczas prywatnej rozmowy, iż materiał na pełnometrażowy debiut już się kręci. I się ukręcił, bo właśnie z głośników płynie u mnie „Carnal Lust of Blasphemy”. To niemal czterdzieści minut muzyki, za którą dałbym się pociąć za młodu, i za którą dałbym się pokroić dziś. Czysty, oldskulowy metal śmierci, grany przez młodych ludzi w sposób świadczący o tym, że nauki profesorów kreujących onegdaj rzeczony gatunek nie są im obce. Co ja gadam, obce… Oni na wykłady chodzili chyba z dyktafonem, skrzętnie odnotowując później w domu każde słowo, każdą poradę biorąc sobie głęboko do serca, a następnie wykuwali z tego twórczość własną. Może nie będącą do końca oryginalną, ale złożoną ze składników, które w dobrych rękach nigdy się nie przeterminują, i zawsze przywołają przynajmniej to wspomnienie świeżo upieczonego chleba, który wpierdalało się zanim jeszcze donieśliśmy go ze sklepu go do domu. Tak, z tej fińskiej mąki zdecydowanie jest chleb! Czegoż tu nie ma… Są wspaniałe, na wskroś staroszkolne riffy, przy których wracają wspomnienia. Riffy, z których każdy ma swój wyraz, i bynajmniej nie jest jedynie wypełniaczem. Jest ten klimat z lat dziewięćdziesiątych, ten dreszczyk, powodujący mentalny wzwód u nastolatka podczas odsłuchu kolejnego albumu ulubionego wykonawcy. Jest to wyczucie, rozumienie idei towarzyszącej narodzinom gatunku. Jest  ta naturalna umiejętność balansowanie tempem, czy wplatania solówek, nie tylko dlatego, że tak wypada. Tutaj wszystko wypływa z siebie w stu procentach naturalnie, z niebywałą swobodą. I dlatego, mimo iż materiał ten powstał niemal czterdzieści lat „po terminie”, można go ustawić na jednej półce z największymi klasykami. Nie będę tu pisał o brzmieniu, bo wiadomo, że wszystko się zgadza. Nie będę też wytłuszczał któregokolwiek z tytułów, bo płyta jest równa jak blat stołu. Powiem tylko jedno. Każdy, ale to absolutnie każdy maniak staroszkolnego death metalu ma jebany obowiązek zapoznać się z tym materiałem. Bo młodzi dają radę, i to bardziej niż niejeden z was by mógł się spodziewać. Aha, i jeszcze jeden drobiazg.  Wyjątkowo dobre intro i outro. Takie jak kiedyś. Miazga!

- jesusatan




Recenzja Victims of Contagion „Egregore”

 

Victims of Contagion

„Egregore”

Independent 2026

Victims of Contagion jest kapelą z USA i na scenie jest już długo, bo od 2005 roku, ale pierwsze ich wydawnictwo w postaci epki „Parasitic Unborn” pojawiło się na rynku dopiero dziewięć lat później. Podobno przed tym faktem dość szeroko udzielali się w podziemiu, koncertując i wydając własnym sumptem demówki. No nic, w październiku ukaże się ich drugi album, który spodoba się wszystkim tym, co lubią techniczne wygibasy w death metalowym stylu. Siedem kawałków, w których odnajdziecie sporo zmian tempa, sposobów na kostkowanie i solówek. To skomplikowane aranżacje, raczące gęsto wyrafinowanymi akordami i takimi samymi rytmami. Jest tutaj także trochę dysonansów, pociętego palm mutingu, awangardowych odjazdów oraz improwizacji. Całość, gdy chce, to grzeje w takt blastów, gdy musi zapętla do granic możliwości, a kiedy jej się nie chcę, ponieważ chciałaby odpocząć, zwalnia, serwując ociężałe i przy tym dotkliwie miażdżące riffy. Jak na moje ucho, na które kiedyś słoń nadepnął, to „Egregore” nie jest zlepkiem przypadkowych dźwięków upchniętych w każdą kompozycję tego krążka. To dobrze przemyślane konstrukcje, w których Victims of Contagion ma okazje popisać się swymi umiejętnościami. Mają ich co nie miara, co słychać w każdej sekcji grającej tego zespołu, który poza tworzeniem wielowarstwowych i karkołomnych struktur, wykazuje się bardzo dużym ładunkiem emocjonalnym, skutkującym mocno wkurwionym, technicznym death metalem. Tak więc wielbicieli złożonego i tym samym nie do końca łatwego w odbiorze rzępolenia, któremu przyświeca myśl śmierć metalowa, zapraszam do zapoznania się z „Egregore”.

shub niggurath




czwartek, 20 sierpnia 2026

Recenzja Penetrator Hammer “War is from Shadows”

 

Penetrator Hammer

“War is from Shadows”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Cofamy się dziś nieco w czasie. Konkretnie do końcówki ubiegłego roku, kiedy to premierę miał debiutancki album zespołu, którego już sama nazwa zachęca do sprawdzenia. Że o okładce zdobiącej „War is from Shadows” nie wspomnę. A jak dodam, że chłopaki pochodzą z Kolumbii, to już chyba każdy powinien stać na baczność. Wspomniałem, że to debiut, choć tak naprawdę bardziej uznałbym go za mini, bo zawiera niecałe dwadzieścia pięć minut muzyki, sześć kawałków plus outro. Ale mniejsza o detale. Czym to śmierdzi? Ano śmierdzi, i to na potęgę, klasyką napierdalania z Ameryki Południowej. Chwilami w klimacie kultowego Masacre, aczkolwiek ów odnośnik adekwatny jest jedynie w niektórych wątkach, kiedy to panowie z Kolumbii mocno przyspieszają i wypływają na deathmetalowe wody. Równie sporo tu nawiązań do starego thrashu, a i chwilami do black metalu, głównie tego z okresu drugiej fali, choć niekoniecznie skandynawskiego. Kogoś to dziwi? Bo dla mnie jest to stary, oklepany, wielokrotnie wypróbowany, i do dziś uskuteczniany przepis zespołów z tamtego rejonu świata. Penetrator Hammer łączą w swoich numerach klasykę prawdziwego, staroszkolnego metalu. Tutaj nie ma melodyjek do potańczenia, śpiewanych wokali, anielskich chórków z kobitkami w roli głównej, czy instrumentarium wykraczającego poza podstawowe. Są za to drapieżne riffy, dość prymitywne perkusyjne rytmy, darcie mordy w neandertalski sposób, i wszechobecny oldskul. Najczęściej jest grane na szybkich obrotach, choć zdarza się Kolumbom zwolnić, przy okazji „Evil Prevails”, utworu z fantastyczną niemal heavymetalową solówką, ale też nie tracąc przy tym odoru Diabła w muzyce. Nie będę chyba rzucał dodatkowymi nazwami, z którymi kojarzą mi się te nagrania, to się mija z celem, ale napomknę jeszcze, że Penetrator Hammer brzmią tak samo staroszkolnie jak grają, a może nawet jeszcze bardziej. Klasyka piwnicy z lat dziewięćdziesiątych, z produkcją bardziej demówkową niż profesjonalną. I to się pięknie z samą muzyką zazębia. Nie ma tutaj zatem co bić piany i rozpisywać się nad detalami. „War is from Shadows” to klasyczny (ile razy użyłem tego słowa?), południowoamerykański metal na wysokim poziomie. Od dawna jestem szalikowcem tego stylu, więc nic dziwnego, że i to wydawnictwo łykam bez przegryzania.

- jesusatan




środa, 19 sierpnia 2026

Recenzja Morbid Stench „Doom Metastasis”

 

Morbid Stench

„Doom Metastasis”

Putrid Cult / Nuclear Winter Rec. 2026

Morbid Stench przedstawiać nikomu raczej nie trzeba. Zespół niemal od samego początku gości pod skrzydłami rodzimej Putrid Cult, a jeszcze wcześniej wydany został, na kasecie, przez Till You Fukkin Bleed, też przecież naszą. Szybko pod swoje skrzydła przyjęła go także, również uznana, Nuclear Winter Records. Nic w tym dziwnego, bo trio z Ameryki Środkowej jest gwarantem określonego poziomu, poniżej którego nie schodzi także przy okazji nowej, trzeciej już płyty. „Doom Metastasis” to kolejny, konsekwentny krok w obranym przez chłopaków kierunku. Choć w sumie, co ja pierdolę? Przecież oni nigdzie nie idą. Ich droga w zasadzie zakończyła się dokładnie tam, gdzie się rozpoczęła, bo oni się nigdzie ruszać nie chcą, i nie zamierzają. Obrali sobie z góry upatrzoną pozycję stylistyczną, i trzymają się jej sztywno niczym małpa palmy. Jeśli przyjrzeć się nowym kompozycjom, i zacząć doszukiwać się w nich czegoś, czego Morbid Stench wcześniej jeszcze nie zagrali, to wrócimy z takiej wycieczki z koszem jak po grzybobraniu w kwietniu. Na dobrą sprawę to wszystko już było, a jedyną różnicą między kolejnymi nagraniami są zdobiące je okładki. Czy to znaczy, że Morbid Stench zżerają własny ogon? No i tutaj mam zagwozdkę, bo w sumie… nie. Nie wiem jak oni to robią, ale są obecnie na rynku muzycznym chyba najwierniejszymi kontynuatorami tradycji death / doom metalowych zapoczątkowanych na początku lat dziewięćdziesiątych. I podczas gdy ówcześni pionierzy, pokroju Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema, z każdą kolejną płytą zaczynali dryfować gdzieś na boki (niektórzy odpłynęli zresztą na zupełnie inne wody), tak Morbid Stench nawet nie myślą o łagodzeniu swojej muzyki. Nie znajdziecie w ich utworach damskich wokali, fragmentów akustycznych, rockowego słodzenia czy klawiszowego smęcenia. Tutaj cały czas jest ten klasyczny ciężar, te ołowiane riffy, wbijające w glebę harmonie, głęboki wokal i klimat śmierci. Niesamowitą zaletą tego zespołu jest fakt, iż potrafią po prostu na bazie podobnych wzorców budować ciekawe, i nadal brzmiące świeżo kompozycje. Nawet jeśli ktoś powie, że są one poniekąd od szablonu, bo tempo się na „Doom Metastasis” praktycznie nie zmienia, rytm też w większości pozostaje ten sam… Ale na tym kręgosłupie kłębią się melodie, i to one robią różnicę. Podsumować zawartość „trójki” Morbid Stench można zatem krótko. To kolejny album jednego z najlepszych obecnie na scenie death / doomowych tworów, zawierający sześć piosenek, które pokochacie, jeśli podobały wam się dwa poprzednie albumy. I chyba na tym zakończę, bo po co się rozwodzić nad tym prostym faktem.

- jesusatan




Recenzja Accursed Womb „Hymns of Blasphemous Fornication”

 

Accursed Womb

„Hymns of Blasphemous Fornication”

Nespithe Records 2026

Ten filadelfijski kwartet muzykuje od 2019 roku i od tamtej pory wydał sporo demówek, kilka epek i singli. Teraz kanadyjska wytwórnia Nespithe Records wypuszcza na świat kompilację utworów tej kapeli, na którą składają się, dwie epki „Crown of Piss” i „Prison Coward” oraz dwa demosy „Promo 2023” i „Promo 2026”. Jest to nie lada gratka dla wielbicieli surowizny w gatunku death-doom, bo taką właśnie muzę, ostro i zawzięcie, napierdalają Amerykanie. To prosty i kanciasty metal śmierci, który poraża okrutnie gęstym i niskim brzmieniem, a także prostotą wykonania, ponieważ Accursed Womb nie bawi się w skomplikowane aranże, czy też techniczne akrobacje. Ich granie jest do bólu proste wręcz siermiężne, ale niezwykle sugestywne, gdyż klimatu generuje ono całe pokłady. Brudny, jaskiniowy death-doom o zawiesistych riffach, który zalewa bagiennym mułem i ściekowym szlamem, bo ma iście grubiański charakter. Gitary tutaj rzężą, rezonując chwilami boleśnie, ale potrafią zaskoczyć jakąś, niezwykle atmosferyczną solówką. Bas dudni tak, że głowa imploduje, a beczki mu leniwie wtórują. Gdy słucha się tego materiału, świat zmienia się jak w Silent Hill po usłyszeniu syreny dźwiękowej. Rzępolenie Accursed Womb powoduje, że tak jak w alternatywnej rzeczywistości tego ponurego miasteczka, ściany zaczynają gnić bądź korodować, lecz w tym przypadku mgła nie znika, bo funkcjonuje cały czas z tym przerażającym przeobrażeniem. Death-doom, który płynie z samych czeluści piekła. Niesie ze sobą brutalne akordy, siejące grozę i bluźnierstwo. Undergroundowy styl o barbarzyńskim i bluźnierczym usposobieniu, które podbijają ohydne wokalizy w postaci plugawych growli i bazyliszkowatych warkotów. Wulgarne wydawnictwo, które liże lubieżnie swym śmierdzącym jęzorem, zsyłając śmierć i zniszczenie. Czyste, aroganckie zło, przed którym zapewne pokaźne grono „metalowców” ucieknie w popłochu.

shub niggurath




Recenzja Wolfbastard „Satanic Scum Punks”

 

Wolfbastard

„Satanic Scum Punks”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026


Uwielbiam takie odkrycia. Chociaż słowo „odkrycie” powinienem chyba napisać w cudzysłowie, bo Wolfbastard maja już na koncie trzy duże albumy, a milusio zatytułowany „Satanic Scum Punks” jest ich czwartym, wydanym w pierwszym kwartale bieżącego roku. Od kilku lat mam straszną fazę na granie punkowo / crustowo / blackmetalowe (choć z drugiej strony nie szperam w Internetach jak szalony), i taką właśnie muzykę gra trio pochodzące z Manchesteru. W zasadzie mógłbym o tym trwającym niecałe pół godziny krążku napisać jedno zdanie. Klasyka gatunku. A najlepszym odnośnikiem byłby zapewne szwedzki Wolfpack / Wolfbrigade. Bardzo dziwnym zbiegiem okoliczności Brytole też mają w nazwie zespołu wilka, prawda? No dobra, ale powiedzmy sobie szczerze, czerpać inspiracje, czy momentami nawet kopiować, też trzeba umieć. Wolfbastard to prawdziwy dynamit, wulkan energii, wkurwiona brygada pijaków, którzy w drodze z pubu do domu tylko patrzą, co by tu rozpierdolić, i komu zrobić krzywdę. Na płycie mamy jedenaście kawałków, zagranym w tempie typowo crustowym, z powszechnym d-beatem w roli głównej. Linie gitarowe są o tyle proste, co kurewsko chwytliwe i melodyjne, a kolejne kompozycje są liściem wymierzonym na twarz każdego pozera. Powala mnie naturalność, z jaką panowie nasączają swoje dźwięki kipiącą agresją. Tutaj się nie da siedzieć spokojnie na dupie, bo adrenalina na to nie pozwala. Zwłaszcza jeśli słyszy się taką piosenkę jak „Hail Satan Kurwa”, zawierającą kilka kluczowych słów z naszego słownika, a będącą małym tributem dla polskich metalowców uczęszczających na gigi Wolfbastard. Dobrze się domyślam, co musi się wówczas dziać na afterkach. Oczywiście podany przykład jest tak samo reprezentatywny dla całości, jak jakikolwiek inny numer, bo płyta nie zawiera słabych punktów, jest ciągłym wciskaniem pedału gazu do dechy, i jazdy na oślep z zamkniętymi oczami. Teksty są wręcz banalne, pełne „fuck”ów i bardzo bezpośredniego języka, zatem przekaz zrozumie nawet wiejski głupek. „Satanic Scum Punks” to wyśmienity materiał, którego słucha się z uśmiechem na twarzy i zaciśnięta pięścią w górze. Kto nie zna (a domyślam się, że chłopaki niezbyt są w naszym kraju popularni, bo nie słyszał o nich nawet mój znajomy, który w gatunku na pewno siedzi bardziej niż ja), niech sprawdza, bo to crustowe napierdalanie na najwyższym poziomie.

- jesusatan





Recenzja BOCC „Demolarium”

 

BOCC

„Demolarium”

Night Terror Records 2026

 


Ci trzej panowie pochodzą z Barcelony, gdzie grają sobie razem od 2019 roku. Jedenastego septembra wyjdzie ich drugi krążek więc maniacy gęstych potraw oraz ci, którzy czekają na powtórkę z rozrywki od BOCC już niedługo, będą mogli się w nowych dźwiękach tej kapeli pławić. Jeśli nie słyszeliście poprzedniej, ani w ogóle żadnej produkcji BOCC, to musicie wiedzieć, że doom-death w ich wykonaniu robi wrażenie. Ja, wcześniej nie miałem o ich istnieniu pojęcia, tym bardziej „Demolarium” wgniotło mnie w fotel. Hiszpanie młócą w starym stylu, fantastycznie łącząc ze sobą wspomniane gatunki, co owocuje ciężką muzą, która złożona jest z zawiesistych, wolnych akordów i słoniowatych galopad w średnich prędkościach. Do tego Barcelończycy dokładają sporo groove’u, ale nie znaczy to, że świetnie będziemy się przy tym albumie bawić. Te chwytliwości powodują tylko to, że metal grany przez BOCC wchodzi gładko, nie stając w gardle. To i dobrze, i w sam raz, bo szlam wydobywający się z instrumentów tego tercetu jest naprawdę skondensowany. Oprócz mazistej struktury posiada jeszcze coś, a mianowicie klimat, w którym śmierć, towarzyszący jej rozkład i przerażenie, są wręcz namacalne. Poza tym, że zsyła potężną dawkę miazmatów i kruszy kości, to doskonale atmosferyzuje, budząc lęk ponurymi riffami i solówkami. Materiał wygenerowany na gruboziarniście przesterowanych gitarach i skrajnie mięsistym basie, który momentami tak rezonuje, że od jego drżenia można dostać mdłości. Dalej to potężna perkusja, której obsługiwacz łupie w nią jakby od niechcenia oraz głębokie, przepełnione flegmą growle. Doom-death metal, w którym odnajdziecie tony flaków, tyle samo błota i nie wiem, ile litrów krwi. Brud, złowieszczość i zgnilizna. Płyta skomponowana umiejętnie, tak aby jej jaskiniowość nie nużyła, lecz przyciągała do siebie na dłużej. Bezlitosna miazga.

shub niggurath