Starless Void
“Mors Certa, Hora Incerta”
Case-Studio
2026
Z twórczością Starless Void po raz pierwszy
spotkałem się jakieś dwa lata temu, kiedy to zespół podesłał mi do odsłuchu debiutancką
EP-kę. Potem panowie, i pani, wypuścili jeszcze drugą EP-kę i split, a dziś na
mój stół trafiło pierwsze danie główne w postaci „Mors Certa, Hora Incerta”
(tak fikuśnie do rymu). Album ten zawiera siedem kompozycji, i trwa niecałe
trzydzieści pięć minut. Stylistycznej rewolty, w porównaniu z pierwszymi
nagraniami, nie przynosi. Przynosi za to zauważalny postęp kompozytorski. Niby
w gatunku sludge / doom prochu na nowo wymyśleć się nie da. Prawda to, jednak,
podobnie jak, choćby przy kapelach grzebiących współcześnie w szwedzkim death
metalu, sprawą kluczową jest tutaj zagranie muzyki z totalną szczerością i,
mimo wszystko, polotem. A Starless Void, nawet jeśli mielą „ na jedno kopyto”
(bo tempo się tutaj zbytnio nie zmienia), słucha się naprawdę z wielką
przyjemnością. Jest w ich utworach to charakterystyczne bujanie, są ciężkie jak
koparka akordy, hammondowe dodatki, i sporo narkotycznych oparów. Przy tej
płytcie można chwilami poczuć się jak w zadymionym od dymu papierosowego
obskurnym pubie, gdzie przy stolikach siedzą miejscowe lumpy i, spijając piwo,
patrzą tylko komu przypierdolić, a na malutkiej scenie gra sobie kilkoro
brodatych grubasów. Chłopakom ze Starless Void mięśnia piwnego co prawda
jeszcze trochę brakuje, za to ich piosenkom na pewno nie brakuje, i uwaga,
tutaj użyję zaskakującego słowa – przebojowości. Tak, niektóre refreny w
zasadzie nucą się same, i za cholerę nie chcą wyjść z głowy. Pod tym względem
chyba najbardziej wybijają się „Effigy of an Obliterated God” i, przede
wszystkim, „Radioactivity Meter”. Co nie znaczy, że reszta płyty mocno od nich odstaje,
bynajmniej. Materiał ten jest bardzo równy, spójny, i słucha się go od początku
do końca bez najmniejszego ziewania. Bardzo dobre są na tym krążku wokale,
zarówno te głębokie, growlujące, jak i żeńskie zaśpiewy w tle, idealnie
uzupełniające męskie niedopowiedzenia. O brzmieniu napiszę tylko tyle, że jest
klasycznie masywne, i niczego mu nie brakuje. Tak samo jak i zawartości czysto
muzycznej „Mors Certa, Hora Incerta”, bo to naprawdę dobry materiał, który
pokazuje zespół w formie dojrzałego, i w pełni już świadomego tworu. Mam tylko
nadzieję, że nie wpadną im do głowy pomysłu na przesadne urozmaicanie swojej
formuły, bo według mnie jest ona w chwili obecnej idealna. Podoba mi się ten
album. Jutro z rana też go sobie puszczę.
-
jesusatan






