Wolfbastard
„Satanic Scum Punks”
Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026
Wolfbastard
„Satanic Scum Punks”
Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026
BOCC
„Demolarium”
Night Terror Records 2026
Ci trzej panowie pochodzą z Barcelony, gdzie grają sobie razem od 2019 roku. Jedenastego septembra wyjdzie ich drugi krążek więc maniacy gęstych potraw oraz ci, którzy czekają na powtórkę z rozrywki od BOCC już niedługo, będą mogli się w nowych dźwiękach tej kapeli pławić. Jeśli nie słyszeliście poprzedniej, ani w ogóle żadnej produkcji BOCC, to musicie wiedzieć, że doom-death w ich wykonaniu robi wrażenie. Ja, wcześniej nie miałem o ich istnieniu pojęcia, tym bardziej „Demolarium” wgniotło mnie w fotel. Hiszpanie młócą w starym stylu, fantastycznie łącząc ze sobą wspomniane gatunki, co owocuje ciężką muzą, która złożona jest z zawiesistych, wolnych akordów i słoniowatych galopad w średnich prędkościach. Do tego Barcelończycy dokładają sporo groove’u, ale nie znaczy to, że świetnie będziemy się przy tym albumie bawić. Te chwytliwości powodują tylko to, że metal grany przez BOCC wchodzi gładko, nie stając w gardle. To i dobrze, i w sam raz, bo szlam wydobywający się z instrumentów tego tercetu jest naprawdę skondensowany. Oprócz mazistej struktury posiada jeszcze coś, a mianowicie klimat, w którym śmierć, towarzyszący jej rozkład i przerażenie, są wręcz namacalne. Poza tym, że zsyła potężną dawkę miazmatów i kruszy kości, to doskonale atmosferyzuje, budząc lęk ponurymi riffami i solówkami. Materiał wygenerowany na gruboziarniście przesterowanych gitarach i skrajnie mięsistym basie, który momentami tak rezonuje, że od jego drżenia można dostać mdłości. Dalej to potężna perkusja, której obsługiwacz łupie w nią jakby od niechcenia oraz głębokie, przepełnione flegmą growle. Doom-death metal, w którym odnajdziecie tony flaków, tyle samo błota i nie wiem, ile litrów krwi. Brud, złowieszczość i zgnilizna. Płyta skomponowana umiejętnie, tak aby jej jaskiniowość nie nużyła, lecz przyciągała do siebie na dłużej. Bezlitosna miazga.
shub niggurath
Hell-Born
„VII”
Deformeathing Prod. 2026
Bloodmother
„Militant Black Magic”
Time to Kill Records 2026
Atomic Aggressor
„The Occult Forces”
Hells Headbangers 2026
No i jest też nowy Atomic Aggressor. Nagranie drugiej płyty zajęło Chilijczykom, bagatela, dwanaście lat. Była co prawda po drodze EP-ka, ale to też dobre siedem lat wstecz. No i co z tego, skoro na sam debiut czekać trzeba było niemal dwie dekady, zapytacie? Ano nic, bowiem w temacie muzycznym niewiele się u chłopaków zmieniło. „The Occult Forces” to circa czterdzieści minut muzyki takiej, do której panowie, mimo bardzo powolnego trybu pracy, nas przyzwyczaili. W zasadzie mamy tutaj samą klasykę death metalu, z niewielkim thrashowym nalotem. Lata dziewięćdziesiąte kłaniają się w pas, a nazwy takie jak Sadistic Intent, Morbid Angel czy Possessed same się cisną na usta. Atomic Agressor jest kolejnym przedstawicielem gatunku, którego narodzin, albo przynajmniej najwcześniejszego etapu, muzycy doświadczali osobiście. A że czas im się wówczas zatrzymał, to i nie poszukują skarbów na ziemiach nieodkrytych, tylko jadą po staremu, na wskroś archaicznie, w duchu tego, co mnie w muzyce deathmetalowej rozkochało. W tych ośmiu kawałkach jest tyle chwytających za serce melodii, tyle ostrych riffów, tyle wyśmienitych solówek, że paluszki lizać. A owe odwołania do wspomnianych powyżej prekursorów, nawet jeśli obecne w każdej niemal chwili, nie ograniczają się bynajmniej do zwykłego kopiowania. Atomic Aggressor potrafią komponować swoje piosenki z wyczuwalną łatwością, w sposób naturalny, niewymuszony, a odnośniki w nich zawarte są po prostu tym, co im w sercu wybrzmiewa. Ponadto da się tutaj wyczuć ten południowoamerykański sznyt, który dodaje metalowi śmierci ze wspomnianego zakątku globu charakterystycznego posmaku. Słychać, że nie jest to muzyka tworzona przez laików, że panowie z deathmetalowego pieca niejeden chleb opędzlowali. Dlatego może słucha się „The Occult Forces” z podniesionym ciśnieniem i wielkim uśmiechem na twarzy. Nie będę zatem bił piany, tylko powiem krótko. Sprawdzajcie ten krążek, bo chuj wie, ile będziemy musieli czekać na kolejny, albo czy w ogóle się doczekamy. Bardzo dobre staroszkolne granie.
- jesusatan
Vulgar Mephitis
„From Dust”
Willowtip Records (2026)
Solystalgia
„Solystalgia”
Nameless Grave 2026
Solystalgia to nowy zespół zza Wielkiej Kałuży, ale od razu zaznaczam, że wcale nie jest to kolejny twór deathmetalowy. Tym razem trafia nam się trio, które preferuje smutki i tęsknoty. Nie będę kłamał, iż jest to jeden z moich ulubionych gatunków. Owszem, kiedyś też trochę skutkowałem, ale było to raczej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, i dość szybko mi przeszło. Może dlatego, że gatunek który zrodził się w umysłach muzyków Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema dość szybko się wypalił i skręcił mocno w nieco luźniejszym kierunku. Tenże właśnie odłam kontynuują Amerykanie. Owszem, wspomniane pierwowzory są chwilami słyszalne w ich twórczości. Trochę w melodiach, częściej w solówkach, momentami w melancholijnym sposobie śpiewania. Powiem tak… Nie jest to album zły. Wręcz przeciwnie, pod względem wspomnianej estetyki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Choćby dlatego, że muzycy potrafią budować przytłaczającą, łzawą atmosferę swoich kompozycji nie tylko za pomocą smutnych harmonii, ale i dość ciekawej budowie całości. Główne utwory, w których oczywiście króluje powolne i pogrzebowe granie z dużą dozą rozpaczy, bez przesadnych zepętleń, przeplatają instrumentalnymi przerywnikami, jeszcze bardziej pogłębiające w słuchaczu negatywne uczucia. Co warto zaznaczyć, nie są to upchnięte na siłę interludia, wrzucone na płytę tylko dlatego, by utrzymać wspomniany schemat, ale utwory mocno spinające całość, będące jakby drzwiami do kolejnej sali smutku w tworzonym przez zespół muzeum. Wokalnie na szczęście też jest nieźle. Nie ma przesadnego balansowania w kierunku czystego smęcenia, przeważają raczej growle, co akurat dla mnie stanowi wielki plus. Pod względem brzmienia też jest przyzwoicie, choć brakuje mi nieco więcej ciężaru na gitarach, brzmiących w tym przypadku bardziej Katatoniowato niż wspomniane na wstępie pierwowzory (zwłaszcza w początkowym okresie). Same kompozycje nie nudzą, a chwilami nawet pozytywnie zaskakują. Jak choćby ostatni, odstający nieco od całości (o dziwo!) lżejszym klimatem, akustyczny „Acceptance”. Jeśli ja nie wyrzuciłem tego materiału po trzech minutach do kosza, to już jest jakaś pozytywna rekomendacja. A jak powiem, że odsłuchałem go trzy razy bez ziewania, to jest to już rekomendacja spora. Fani Novembers Doom, October Tide czy innego Swallow the Sun powinni być “Solystalgią” zachwyceni. I w sumie nie będę się im dziwił.
- jesusatan