Flowers of Rust
“Crude Exhibitions of the
Soul”
Apocalyptic Witchcraft 2026
Jestem przekonany, że logo F.O.R wpadło mi już
kiedyś w oko, nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć, przy jakiej okazji.
Słuchając drugiego albumu Amerykanów, utwierdzam się jednak w przekonaniu, iż
jest to mój pierwszy kontakt z zespołem. W innym przypadku zdecydowanie
zapamiętałbym ich muzykę. Z bardzo prostego powodu – to nie jest twórczość,
jakiej pełno dookoła, twórczość jednowymiarowa czy pospolita. Panowie troszkę
kombinują, a ja takich poszukiwaczy lubię. Oczywiście pod warunkiem, że ich
wizje nadawane są na odbieranych przeze mnie falach. Co my tutaj zatem mamy…
Pięć kompozycji oplecionych intro / outro. Brzmiących dość surowo, jak na ilość
inspiracji zawartych w treści, ale to akurat w moim przypadku działa
zdecydowanie in plus. Nadaje bowiem nagraniom większej autentyczności, i
sprawia, że określenie „post”, którego w odniesieniu do „Crude Exhibitions of
the Soul” trudno nie użyć, nie jest określeniem w znaczeniu negatywnym. Owym "postem" panowie nasączają natomiast, i sowicie ze sobą mieszają, takie
gatunki jak sludge, black i doom metal, dorzucając do tego jeszcze kapkę
awangardy. Co w tym przypadku istotne, nie są to kompozycje o odcieniu
spontaniczności. Tutaj wszystko jest ze sobą dokładnie poukładane i posklejane,
nawet jeśli poszczególne partie pochodzą z innych koszyków. Panowie
zdecydowanie największy nacisk kładą na klimat swoich piosenek, dbając
jednocześnie, by nie były one jednowymiarowe, by co chwilę coś się w nich
działo, jak podczas dobrej sztuki teatralnej. Sporo tu zatem zmian tempa,
przejść z fragmentów ostrych jak brzytwa (tu się kłania wspomniany black metal)
w momenty wyciszające, post doomowe. Czuć jednocześnie, że muzycy doskonale
czują, a nawet przeżywają to, co spod ich palców wychodzi. Przyszło mi przy
okazji porównanie do polskiej Czerniny, albo kidsdrowninsilence. Może nie
czysto pod względem muzycznym, ale właśnie łączenia ze sobą pewnego rodzaju
kontrastów, i malowania nimi autorskiego obrazu. Ciekawą sprawą jest także to,
że album ten z kawałka na kawałek zdaje się rozwijać, od prostego w swojej
strukturze utworu tytułowego, po wieńczący część zasadniczą, najdłuższy „Mother
Atrophy”. Całość trwa trzydzieści trzy minuty, zatem wchłania się szybko i
prowokuje do podania kolejnej dawki. Dobry, ciekawy album, warto się zapoznać.
-
jesusatan






