niedziela, 20 września 2026

Recenzja Crucifixor “Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”

 

Crucifixor

“Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”

Iron, Blood and Death Corporation 2026

Crucifixor to duet z Kolumbii, a jego członkowie to dość aktywni muzycznie grajkowie, udzielający się, obecnie i w przeszłości, w przynajmniej kilku innych projektach. Nazwy ich jednak niewiele mi mówią, więc może odpuszczę sobie wyliczankę, i przejdę od razu do rzeczy. Mimo iż „Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión” jest debiutanckim albumem zespołu, twór ten datuje swoje początki na wczesne lata dwutysięczne. Coś pewnie zatem nie pykło, że na pełnowymiarowe wydawnictwo panowie musieli czekać aż dwie dekady. Z drugiej strony, szanuję, że kolejność pod tytułem „demo / EP-ka / split” została przez kolesi utrzymana, a na duży materiał przyszedł czas dopiero teraz. Te czterdzieści minut muzyki to naprawdę konkretny czarci metal. Czerpiący zarówno ze szkoły skandynawskiej, jak i pozostałych zakątków Europy i świata. Sam sposób riffowania jest tutaj bardzo ciekawy, bo niby przeważają tradycyjne północne tremolo, ale pod względem brzmienia bliżej tym nagraniom do Włoch czy nawet Grecji. Poza tym panowie dość mocno sobie z liniami gitarowymi kombinują, nie trzymając się ściśle zapętlonego motywu, tasując harmoniami, zmieniając melodie, czy tempo, dzięki czemu ich kawałki nie są takie oczywiste jak by się mogło pierwotnie wydawać. Pewnie, że ja też bym mógł zacząć tasować, nazwami zespołów, które mi przemknęły przez głowę podczas kilku sesji z „Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”, od Immortal, po Ancient Rites, Absu czy Varathron, ale po co? Starczy powiedzieć, że Crucifixor czerpią ze spuścizny black metalu lat dziewięćdziesiątych, koniec, kropka. Bez wytykania konkretnych momentów, tym bardziej, że biorąc pod uwagę album jako całość, nie brzmi on jak którykolwiek z prekursorów. Podoba mi się na tej płycie sekcja perkusyjna, a konkretnie jej monotonność, która chwilami wkrada się w nagrania. Nie wiem, czy celowa, ale dla mnie jest niczym uderzenia młota, wbijającego gwoździe w dłonie Nazareńczyka. Podobają mi się też melodie, bo chwilami są chwytliwe, niemal punkowe (jak w „Incorporeal Opulence Procastination”), gdzie indziej trochę rock’n’roll’owe, ale absolutnie nie nachalne i nie przesłodzone. No i fajnie, że panowie na koniec zacoverowali mój ulubiony numer Dark Angel, i zrobili to po swojemu, a nie tylko odegrali. Nie jest to może album, który rzuca o glebę, ale zdecydowanie warto sobie zrobić z nim kilka rundek.

- jesusatan




Recenzja Funeral Witchery „Beyond the Light”

 

Funeral Witchery

„Beyond the Light”

InViMa Records 2026

Funeral Witchery to czterech gości z Arizony, którzy w 2020 roku postanowili grać black metal. Tak też się stało i po wydaniu demosa, kilku cyfrowych singli, nadszedł czas na debiut. Oto on, „Beyond the Light”, zawierający wraz z interludiami dziewięć numerów diabelszczyzny, która mocno kojarzyć się może z późniejszym Immortal czy dość przystępnymi produkcjami od Lord Belial. To black metal, który odznacza się chłodną atmosferą, dużą ilością rytmicznego, thrashowego batożenia oraz sporą dawką wysokotonowych wtrętów i nastrojowych solówek. Obok charakterystycznych dla wspomnianych Norwegów melodii czy specyficznego ich riffowania, to także mnóstwo nieco epickich i wpadających w teatralne maniery akordów na podobę wyżej wymienionych Szwedów w towarzystwie modulowanych wokaliz czy sampli. Jedyneczka od Amerykanów jest bleczurem typowym, który korzystając z różnych dobrodziejstw czasów minionych, doskonale łączy je ze sobą, tworząc stare w odświeżonej formie. Duży plus należy się Funeral Witchery za doskonałą produkcję, która wytłuściła brzmienie, czyniąc je nie tylko lodowatym, ale i mocarnym. Plusik również za wokalizy i starania, aby ten materiał sprawiał wrażenie dzikiego i chaotycznego, bo to chwilami idealnie się temu kwartetowi udaje. Minus za zbyt duże podobieństwo do wspomnianych kapel, czego w sumie do naśladownictwa zaliczyć nie można. Panowie stanęli na wysokości zadania i poza fascynacją skandynawskim ujęciem, wtłoczyli na pięciolinię także trochę swoich pomysłów, co ostatecznie uratowało „Beyond the Light” od ciężaru zrzynki. Jednakże określone wpływy słychać tutaj mocno, co powoduje, że podczas słuchania tego krążka, nie możemy pozbyć się uczucia déjà vu, które w tym przypadku momentami jest uwierające. Posłuchajcie, pomimo kilku wad to niezły średniak, ale o mainstreamowym charakterze.

shub niggurath




piątek, 18 września 2026

Recenzja Doombringer „Ad Compita!”

 

Doombringer

„Ad Compita!”

Nuclear War Now! / Into Endless Chaos Rec. 2026

Trochę chłopakom zajęło nagranie następcy “Walpurgis Fires”. „Jedynie” siedem lat. Biorąc jednak pod uwagę zaangażowanie Sadista w przynajmniej kilka projektów pobocznych, można przymknąć na to oko. Tym bardziej, że jeśli coś ma być dobre, to musi dojrzewać w odpowiednich warunkach, bynajmniej nie cierpiących pośpiechu. Dobra, jest nowy album, i co? No pierwsze co mnie naszło, to fakt, iż Doombringer przeszedł mimo wszystko niesamowitą metamorfozę na drodze od „Primeval Sorcery” do „Ad Compita!”. To w zasadzie zupełnie inny zespół. Dojrzały, świadomy, podążający własną ścieżką. Nie czerpiący już tak wyraźnie z klasyków, ale systematycznie rozwijający własny styl. Powiedziałbym, że nowy album jest kolejnym, śmiałym krokiem wprzód, z jednoczesnym zaznaczeniem, że jest to nadal ta sama ścieżka. Ścieżka, której początek był trochę oczywisty, a która następnie skręciła w miejsca którymi chodzą nieliczni. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że trzecia płyta Doombringer to album, na którym muzycy zaprezentowali najszerszy wachlarz, zarówno pomysłów, jak i umiejętności. Swoistą „wiedźmowatość” muzyki ubrali w jeszcze bardziej podarte szaty, jednocześnie przyozdabiając je starożytnymi artefaktami, pogłębili atmosferę sabatu obecną w praktycznie każdej nutce, i wbili się jeszcze głębiej w atmosferę okultyzmu. Nawet w porównaniu do „The Grand Sabbath”, nowe utwory Doombringer są bardziej wymagającymi, złożonymi, wymagającymi cierpliwości. Słychać w nich oczywiście tą charakterystyczną manierę głównego kompozytora, przez co miejscami można usłyszeć w głowie podszepty pod tytułem Cultes Des Ghoules, jednak moim zdaniem, czym być może narażę się fanatykom tego drugiego zespołu, „Ad Compita!” jest bardziej bezpośredni (mimo swojej złożoności), i treściwy, bliższy „mojemu” pojęciu black metalu. To niby tylko czterdzieści minut, ale ilość smaczków i niekonwencjonalnych zagrywek zdecydowanie przewyższa średnią światową gatunku, przez co słuchanie tych ośmiu kompozycji to proces doświadczania i odkrywania, materiał na dłuższe posiedzenie niż tylko dwie rundki. No i jeszcze wspomnę zdanie o wokalach. Krzyki, wycia, raz paniczne, raz agresywne, desperackie albo przerażające, macie tu całą gamę wszystkiego, co naprawdę wywołuje gęsią skórkę na ludzkim ciele. Fantastyczna jest ta płyta, moim zdaniem najlepsza jaką zespół dotychczas nagrał. Jeśli następna ma być przynajmniej tak samo dobra, to ja poczekam te kolejne siedem, albo i nawet dziewięć, lat (by tendencja odstępów została utrzymana). Bo warto.

- jesusatan




Recenzja Autumnfall „The Archaic Sins”

 

Autumnfall

„The Archaic Sins”

Ardua Music 2026

 


To już czwarty album Finów z Autumnfall, zaś moje, pierwsze z nimi spotkanie. Panowie grają harmonijnie i ujmująco, ale nazywanie tego po prostu melodyjnym black metalem, to chyba ciut za mało. Tercet ten gra chwytliwie, ale żeby było jasne, nie są to żadne swawolne przytupajki czy leśno-odpustowe przygrywki, udające złe jak sam diabeł. Autumnfall niczego nie udaje i z rozmysłem miesza black metal z gotyckimi manierami oraz progresywnie rockowymi zagrywkami, co generuje niecodziennie brzmiącą rogaciznę. Wystarczy spojrzeć na okładkę, aby stwierdzić, że to taka diaboliczna Anathema i to już na wstępie definiuje ten krążek, jeszcze zanim wdusimy guzik z napisem „play”. Tutejszy black metal to barwa instrumentów, tremolando i wokalizy. Na tym podobieństwa się kończą, chociaż klika wściekłych porywów, podczas których trochę śniegu spada też do tego gatunku trzeba zaliczyć. Reszta, to już inna bajka, bo melodie, solówki czy wręcz rockowe rozwiązania są nie z czarciego świata, a z miejsca, gdzie królują melancholia i gotycka nastrojowość. Płyta ta, to pełne emocji aranżacje, w których gorycz miesza się z naiwną wiarą w lepsze jutro, a wszystko podszyte jest fińskim mrokiem, co wraz z nietuzinkowym zespoleniem black metalowych i pozostałych form muzycznego wyrazu, stworzyło osobliwy metal, który nie jest łatwy do zaszufladkowania. Kategoryzować jednak nie musimy, ponieważ najważniejsze jest to, czy się podoba lub nie. Podobać się może, bo Autumnfall gra niezwykle porywającą muzykę, która wykazuje się przestrzenną konstrukcją i momentami dużym rozmachem. Wzbudza to zachwyt, zwłaszcza płynne przejścia między agresywniejszymi riffami, a tymi bardziej wysmakowanymi akordami, które zebrane do kupy razem z klawiszowym podkładem i sugestywną melodyką, kreują oszałamiające konstrukcje. Nie jest to rzecz jasna żaden underground, lecz mainstream, ale oryginalne ujęcie różnego sposobu na metalowe rzępolenie, w tym przypadku, owocuje czymś finezyjnym, ale posiadającym również gwałtowne cechy charakteru. Dziwna sprawa, słucha się tego dobrze, choć klimaty mi odległe. Chyba się starzeje albo słabszy dzień mam. Sprawdźcie, chociażby dlatego, że to inteligentnie napisany materiał.

shub niggurath




czwartek, 17 września 2026

Recenzja Old Year „No Dissent”

 

Old Year

„No Dissent”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2025

Cofniemy się dziś (do tyłu oczywiście) o rok. Bo warto. Niemal dwanaście miesięcy temu miała bowiem premierę debiutancka płyta Old Year. Jakże banalna to, i w sumie niezachęcająca, nazwa. Z drugiej strony, jakaż adekwatna do zawartości „No Dissent”. No kurde, słuchając tych nagrań, chwilami aż mi się łezka kręci w oku. Panowie pochodzą z Idaho, jest ich trzech (choć tak naprawdę niewiadomo oficjalnie, który na czym gra), i działają wspólnie jakoś od czasów pandemii. Ich debiutancki materiał składa się z czterech rozdziałów, tworzących łącznie trzydzieści sześć minut muzyki. Jak sobie można na szybko przeliczyć, nie są to kompozycje krótkie. Są za to przesiąknięte ołowiem. Powiedzmy sobie od razu, na tej płycie nie znajdziecie kompletnie niczego, co nie zostało zagrane wcześniej. Jednocześnie znajdziecie to, co zostało zagrane wcześniej  na najwyższym poziomie. Starczy  że rzucę taką nazwą jak Winter, tudzież Thergothon. Znacie? No to już wiecie jaki tu duszny panuje klimat. Każdy riff to potężne uderzenie kafarem w głowę. Niespiesznie owe uderzenia postępują, wyczekując, aż spod roztrzaskanej kości zacznie wypływać tkanka miękka. Wtedy dopiero poprawiają. Systematycznie, aż w końcu na owym „stole operacyjnym” pozostanie jedynie rozdrobniona na potęgę maź. Duszno w tych kompozycjach jak w rozgrzanym piekarniku, gęsto jak w świeżo wyleniej smole, i ciężko jak pod zalewem masy błotnej podczas powodzi natychmiastowej. Co istotne, poza owymi, wyjątkowo nieprzyjaznymi życiu warunkami do życia, Old Year wplatają w swoje kompozycje kapkę melodii. Takiej staroszkolnej, trochę pod Incantation (skojarzenie z tym bandem potęgują przewijające się tu i ówdzie sprzężenia). Z drugiej strony, zawalani jesteśmy mozolnymi wywrotkami gruzu, mogącymi poniekąd kojarzyć się nawet z Grave Upheaval. Jakichkolwiek porównań byśmy jednak nie używali, podstawowy fakt jest niezaprzeczalny. Old Year gniotą na potęgę, zachowując przy okazji wszelkie standardy starej daty, czy to pod względem brzmienia, czy samego sposobu montowania piosenek. Wykurwiście dobry album, którego sprawdzenie jest obowiązkiem każdego maniaka walców drogowych. Nie przegapcie tego debiutu!

- jesusatan




Recenzja Wrach „Quae Infra Volo Videre”

 

Wrach

„Quae Infra Volo Videre”

Apocalyptic Witchcraft 2026

To walijski, jednoosobowy projekt, który pojawił się na arenie międzynarodowej trzy lata temu, poprzez wydanie swego pierwszego demosa. Muzykuje sobie zaś od 2021 roku, a ten, pierwotnie zarejestrowany przed dwoma laty album, obecnie wznawia Apocalyptic Witchcraft. Walijczyk komponuje w duchu surowego black metalu więc rozmiłowani w gatunku, jeśli oczywiście nie znali wcześniej tej płyty, będą mogli się delektować „Quae Infra Volo Videre”. Jest w sumie czym, bo diabelska surowizna w wydaniu Wrach jest całkiem na poziomie. To wzorcowy black metal drugiej fali, którego prędkości kręcą się głównie wokół szybkiego i średnio-tempowego kostkowania. Jego spartańska złożoność i cholernie szorstkie brzmienie, automatycznie lokuje tą muzę w przedziale low-fi, ale nie jest to zbiór gitarowego szumu i walenia sekcji rytmicznej w towarzystwie przesterowanych wrzasków. To w pełni czytelna diabelszczyzna, która w niewyszukany sposób podczas szybszych momentów, zdrowo sypie śniegiem i pokrywa lodem. Zaś kiedy zwalnia, to uderza wtedy w okultystyczne tony, zsyłając spore pokłady rytualnej atmosfery. Zarówno te szybkie jak i te w średnich tempach chwile, kreują posępny i kipiący ezoteryką black metal, którego szczególny charakter podkreślają wstępy do prawie wszystkich numerów na tym krążku, będące dark-ambientowymi rozbiegówkami. Wprowadzają one swymi niepokojącymi i transowymi dźwiękami w diaboliczny klimat, przygotowując na jego gitarową kontynuację. Diaboliczny black metal, który wypełzł ze starej, śmierdzącej piwnicy, łączącej zapewne ziemię z piekłem. Zaprasza do wejścia, ale o konsekwencjach ani mru-mru. Pomimo topolecam, ponieważ to świetny kawał raw black metalu, o niesamowitej, wypełnionej magią aurze i uwierającym brzmieniu.

shub niggurath




Recenzja Theosophy “Line Before the Event Horizon”

 

Theosophy

“Line Before the Event Horizon”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026

Ten rosyjski ansambl istnieje już ponad dwadzieścia lat, i właśnie wydaje swój siódmy pełnometrażowy materiał. Kiedy zastanawiałem się, dlaczego nigdy ich nazwa nie utknęła mi w głowie, spojrzałem na zdjęcie promocyjne, i od razu miałem pewną tezę. Ubiór panów muzyków jest bowiem nazbyt wymowny. Moja męska intuicja i tym razem mnie nie zawiodła. Nie wiem jak to wyglądało na poprzednich sześciu albumach, ale „Line Before the Event Horizon” to black metal z tytułu tych bardziej ucywilizowanych, stosunkowo przystępnych ogólnej opinii społecznej. Całość zaczyna się od „Path to the Void”, kawałka, jak na moje ucho, bardzo mocno inspirowanego dokonaniami Inquisition. Takiego lekko ugrzecznionego. Potem mamy całą masę melodii pod naszą rodzimą Mgłę. I nie powiem, niektóre z nich są całkiem całkiem, choć wyraźnie słychać, że to duplikat a nie oryginał. Choćby dlatego, że jednak brak w tym wszystkim lekkości i polotu, a przede wszystkim ukrytej w kolcach pięknie wyglądającego krzewu trucizny, którą częstuje M i spółka. Nie powiem zaraz, że to popłuczyny, bo Ruskie się starają urozmaicać swoje kompozycje, wrzucając a to kapkę klawiszy, a to kilka patentów bardzo mocno skręcających w klasyczny heavy metal. Przykładem tego ostatniego niech będzie choćby „Neptune’s Aphelion”, walący Iron Maiden na kilometr. Dla dodania odrobiny nostalgii mamy też bardzo nastrojowy moment w wieńczącym krążek „Voice from the Black”. No i fajnie. Tylko, że pomimo swojej teoretycznej poprawności, i kilku tak zwanych „momentów”, całość wypada dość przeciętnie. Na zasadzie, że nie ma się do czego za bardzo przyczepić pod względem i technicznym, jak i biorąc pod lupę produkcję. Nie jest to materiał jednostajny czy nużący. Jego największą, w moich oczach, wagą jest to, że, po pierwsze – jest zbyt odtwórczy (bo na dobrą sprawę stanowi zlepek pomysłów podchwyconych z kilku źródeł), a po drugie – nie jest to black metal który mieści się w mojej tego gatunku definicji. Zbytnio tu wszystko ugrzecznione, za mało w tym Diabła czy czystej spontaniczności. Jak ktoś lubi nowe płyty Behemoth, Belphegor czy Groza, niech śmiało sięga po „Line Before the Event Horizon”, bo to propozycja dla niego. Mi to nie siadło, więc jak ktoś chętny, płytę oddam za symboliczne piwo.

- jesusatan