piątek, 20 lutego 2026

Recenzja Lead Injector „Witching Attack”

 

Lead Injector

„Witching Attack”

High Roller Rec. 2026

Szczerze uśmiałem się, kiedy pierwszy raz spojrzałem na okładkę debiutanckiego krążka Lead Injector. Przebrana za wiedźmę metalówa (lub wiedźma ubrana jak fanka metalu) napierdala z bliskiej odległości z szotgana w łeb próbującego dorwać ją kościotrupa. No wyborny obrazek, nawet jak na wszechobecny w tym gatunku muzycznym, często zamierzony kicz, jest to lekko już koślawe. Nie czepiajmy się jednak, bo nawet jeśli muzyka byłaby rewelacyjna, to zaraz nie trzeba kupować koszulki z tym motywem. A czy muzyka Niemców faktycznie jest rewelacyjne? Nie. Ale bardzo, ale to bardzo konkretna, choć skierowana do ściśle określonego odbiorcy. Zapewne zdążyliście już na tyle połączyć kropki (te podstawowe - nazwa, tytuł, okładka, może nawet pochodzenie muzyków) by wywnioskować, iż Lead Injector to granie w stylu retro. Tak, to trio młodych (patrząc na zdjęcia to nawet bardzo młodych) chłopaków umiłowało sobie granie z lat osiemdziesiątych. Na tyle, że chwycili za instrumenty, i postanowili stworzyć coś, co kiedyś było nowatorskie, potem stanowiło inspirację dla kolejnych pokoleń, a dziś jest gatunkiem, który tak naprawdę nigdy się nie zestarzał i nie stracił na sile przekazu. Przynajmniej w moich oczach. Czy w ramach thrash / speed metalu można stworzyć cokolwiek nowego? Nie, kurwa, nie można. Można za to zagrać stare melodie w taki sposób, by na twarzy zamiast grymasu politowania pojawił się wielki banan. Lead Injector jadą szablonem. Tu wezmą kawałek Sodom, tu Kreator, gdzie indziej Destruction albo Protector, pokruszą, zlepią z tego nowy wzór własnego pomysłu, dorzucą bardziej blackmetalowe wokale, i mamy „Witching Attack”. Płytę, której słucha się bardzo dobrze, choć chwilami miałem wątpliwości, czy aby dany numer to nie jakiś cover, bo przewijające się przez te trzy kwadranse melodie są miejscami bardzo sugestywne. No weźmy taki „Chains”… Przecież ten numer jest jak żywcem wyjęty sprzed czterech dekad, i albo chłopaki tak bardzo potrafią w te klocki, albo ja jestem ignorantem, i faktycznie jest to numer jakiegoś klasyka. Zresztą podobnych momentów jest tu więcej, a płyta z numeru na numer zdaje się przyspieszać i rozkręcać (no, może z chwilowym zwolnieniem przy „Infinite Force”). Przerobiłem ten materiał kilka razy pod rząd, i powiem wam, że jest on odwrotnie proporcjonalny pod względem jakości do wspomnianego na samym wstępie obrazka. Jak lubicie stare granie, bierzcie i pijcie z tego wszyscy. Jak was schabowy z garmażerki znudził dwie dekady temu, to nie macie czego tu szukać. Wszystko w temacie.

- jesusatan




Recenzja Total Maniac „Love Overdrive”

 

Total Maniac

„Love Overdrive”

Self-Release 2026

Ci Amerykanie pochodzą z Baltimore i grają razem od 2017 roku. Cztery lata temu wypuścili pierwszą płytę, a teraz wracają z drugim krążkiem. To pięciu facetów w ramoneskach, dżinsowych katanach lub bezrękawnikach, a na nosie każdego z nich znajdują się lustrzane aviatory. Podarte spodnie, znoszone glany, włosy w nieładzie i zarost na twarzy. Jak myślicie, co grają? Jasne, że coś pod Motörhead, czyli „Satan, Drugs, Sex and Rock’n’roll”. Klasyczne i brudne do bólu rzępolenie w zmiennych tempach, wypełnione hard-rockowymi riffami, pomieszanymi z heavy metalowym kostkowaniem. Odrobina punka, trochę akordów w stylu „speed” oraz zagranych na odpierdol dzikich solówek. Garażowe, ale dość gęste brzmienie doprawione dudniącą sekcją rytmiczną oraz aroganckimi wokalizami, oto obraz „Love Overdrive” od tego gangu. To uliczna bądź wywodząca się z obskurnych spelun muzyka, odegrana z lekkością i niezwykłą nonszalancją. Proste kompozycje, nieoszlifowana barwa instrumentów, bez zbędnych udziwnień i dodatków. Buja dobrze, ale i nieźle kopie w dupę. Zalewa wyświechtanymi melodiami i ostrymi solówkami, a thrashowe riffy boleśnie drażnią uszy swoim przesterem. Od perkusji łomocze w głowie jak na kacu, co potęguje mięsisty i delikatnie chropowaty bas wraz z wwiercającym się między zwoje mózgowe głosem wokalisty. Panowie grają ostro i bez zahamowań. Bezczelnie leją po plecach i walą w twarz. Klasyczna napierdalanka w hołdzie dla diabła, używek i chuci. Nie dla mięczaków. Jeśli nie lubicie zapachu potu, smrodu wódy i fajek, a swąd spalin z rur wydechowych jest wam obcy, to w ogóle nie podjeżdżajcie, i lepiej idźcie przykleić się do asfaltu. W sumie „Love Overdrive” nie oferuje niczego nowego, ale jest to autentyczne, metalowe granie. Wyluzowana napierdalanka, z której kipi testosteron. Brać, nie marudzić, machać głową dla Szatana!

shub niggurath




środa, 18 lutego 2026

Recenzja Oskoma „Krystalicznie Brudny”

 

Oskoma

„Krystalicznie Brudny”

Black Death Prod. 2025

Całkiem ciekawa nazwa jak na zespół blackmetalowy, nie powiem. Oskoma to łaknienie na słodycze, tudzież drętwienie zębów po zjedzeniu czegoś kwaśnego. Domyślam się, że w tym przypadku chodziło chłopakom o to drugie. Zresztą cholera wie, co ludziom po głowach, czy tam zębach, chodzi. Do brzegu… Panowie, a żadni to nowicjusze, bo w składzie znajdziemy grajków z Totenmesse czy Loathfinder) wydali w zeszłym roku debiutancki album dla Black Death Production, chwilę wcześniej puszczając w świat taśmę nakładem Teeth & Torches Records (Z tym „teeth” to jakieś przypadek? Nie sądzę). Materiał ten to niecałe pół godziny minimalistycznego black metalu. Minimalistycznego chociażby pod względem brzmienia, które jest tutaj na wskroś garażowe, chwilami wręcz niechlujne, i pozbawione jakiejkolwiek profesjonalnej obróbki. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że dla większości, zwłaszcza niedzielnych blackmetalowców, niestrawne. Kompozycje też nie grzeszą jakaś specjalną finezją. Ot, kilka, dosłownie kilka, akordów splecionych na krzyż (zdecydowanie odwrócony, czego wyraz znajdziemy w niebanalnych, naprawdę bezpośrednich tekstach), podbitych prymitywną perkusją i basem. O tym ostatnim trzeba nadmienić, że jest na tych nagraniach tak samo wyraźny, jak i gitara prowadząca, a nawet zaryzykowałbym, że wiodący. Moim zdaniem, wyraźniej wczujemy się w te piosenki opierając się właśnie na jego liniach, a nie wysokotonowo chodzącej gicie. Wokale są jednakoż prymitywne co muzyka. Co prawda gdzieś tam śmignie krótki zaśpiew, bardziej pijacki niż operowy, ale głównie przekaz liryczny to szorstki, klasyczny blackmetalowy wrzaskokrzyk. I teraz najciekawsze… Z tego, przedstawionego dotychczas, najprymitywniejszego z prymitywnych obrazów, przebija się jeden, bardzo istotny element. Są nim niewątpliwie naprawdę chwytliwe tremolo melodie. Poza punkowymi fragmentami, to właśnie one mają największy wpływ na to, że „Krystalicznie Czysty”, mimo zamierzonej prostoty, jest po prostu cholernie wciągającym materiałem. A zestawienie ze sobą tych dwóch elementów nie jest bynajmniej sprawą prostą i wykonalną dla pierwszego lepszego zestawu muzykantów. Oskoma zdecydowanie dali radę, nagrywając krążek niby banalny, ale mający swoje własne oblicze, i w ostatecznym rozliczeniu przyciągający niczym magnes. Kto jeszcze nie zdążył się z nim zapoznać, powinien zaległości przy najbliższej okazji nadrobić. Zapewniam, że warto.

- jesusatan




Recenzja Messticator „Total Mastery”

 

Messticator

„Total Mastery”

Testimony Records 2026

Messticator to kwartet z Hamburga, który rozpoczął karierę w 2019 roku. Na koncie mają epkę z coverami Slayer’a i debiutancką płytę. Trzynastego marca ukaże się ich drugi album „Total Mastery”, który zawierać będzie jedenaście numerów, utrzymanych w death-thrashowym tonie. Niemcom doskonale wychodzi to połączenie, bo do wyraźnie biczujących, ale nie po niemiecku, riffów, dodają sporo intensywnych akordów, które kojarzyć się mogą z melodyjnym metalem śmierci. Wraz z odpowiednio dociążonym brzmieniem, które zagęszcza umiarkowanie gniotąca sekcja rytmiczna i wyważone growle wokalisty, to energiczna i klimatyczna muza, serwująca liczne przejścia z jednego kostkowania w drugie, częste zmiany tempa i sporą ilość solówek. Panowie zasuwają siarczyście, atmosferycznie zwalniają i rytmicznym palm mutingiem poczęstować lubią. To wzorcowo odegrany death-thrash, który łatwo wpada w ucho i jest dla niego niezwykle przyjemny, bo jego chwytliwości oraz brutalniejsze momenty nie są zbyt wymagające w odsłuchu. Messticator gra typowo, lecz niezwykle dynamicznie, używając wszystkich dostępnych środków w thrash i death metalu, które połączyli w perfekcyjny sposób, co zaowocowało mocno batożącą muzyką. Materiał został skomponowany z lekkością. Jest napisany zgodnie z prawidłami sztuki, zapewniając radość z odsłuchu. Oprócz agresywności i nienarzucającej się harmonijności posiada także tą specyficzną aurę, którą niosły ze sobą w latach dziewięćdziesiątych takie kapele jak At The Gates, Dark Tranquillity, In Flames czy Hypocrisy. Najnowsza produkcja od Messticator jest równie miażdżąca co melodyjna. Klasyczny w swoim gatunku album, który potrafi być tak samo brutalny co nastrojowy. Wchodzi jak w masło jak to kiedyś bywało i co najważniejsze nie zalatuje banałem. Dobrze się go słucha więc proponuje się zapoznać, ponieważ to odświeżona wersja i przypomnienie o tym, co kiedyś było najlepsze w tym ujęciu metalowego rzępolenia.

shub niggurath




wtorek, 17 lutego 2026

A review of Zerre “Rotting on a Golden Throne”

 

Zerre

“Rotting on a Golden Throne”

Dying Victims Prod. 2026

 


There you go. Once again, I come across a band that has three full-lenght albums in its discography, but only their fourth one has reached me. Zerre are guys from Bavaria. It is well known that Bavaria is famous for Oktoberfest. And what is the best thing to listen to while drinking beer? Old-school thrash, of course. And even better if that thrash is spiced up with flammable genres such as punk or hardcore, creating a well-known and beloved mixture called crossover. Man, how I love this kind of music! First of all, because here a riff chases a riff, melody intertwines with melody, and the energy flowing from each subsequent composition explodes right in your face. The main advantage of the music created by Zerre is its above-average looseness. Everything flows so naturally that it makes you want to dance, bang your head, or break into a wild dance, whether in your own room or in front of the stage of a small club. The guys serve us so much joy on these recordings that your pants fall off your ass. Everything here goes together and works like in a Swiss watch. Excellent melodies, razor-sharp chords, old-school heavy metal solos, and solid, rough vocals, oscillating somewhere between the aforementioned genres. The gentlemen beautifully reference the classics of the genre in their work, yet they do not steal from them at all, putting the puzzle together in their own way, but with the same determination as the once widely known dinosaurs. The vocals on this album are excellent. Expressive, aggressive, and often entering into choruses or shouting over each other in dialogues, so typical of the eighties, well, fucking poetry. In terms of sound, I have no questions either. Classic, analog, not digital. Zerre is dynamite. Music that has so much energy and joy in playing that for every fan of S.O.D. or D.R.I.-style crossovers, it will be like  finding their dream gift under the Christmas tree by a little child. Great vibes. I have nothing more to add.

- jesusatan




 

Recenzja Paganizer „As Mankind Rots”

 

Paganizer

„As Mankind Rots”

Xtreem Music 2026

Gdyby istniał metalowy odpowiednik teleturnieju telewizyjnego “Jaka to melodia?”, Rogga Johansson byłby muzykiem, którego twórczość każdy uczestnik, nawet ten najbardziej upośledzony, odgadywałby po jednej nutce. Po zmianie barw klubowych z Transcending Obscurity na Xtreem Music, Paganizer ukazuje światu swój album numer czternaście. Co na nim znajdziemy? No, to jest dopiero idiotyczne pytanie, co? To samo. Dokładnie, kurwa, to samo co na poprzednich trzynastu, że EP-ek i splitów nie liczę. Typowy szwedzki death metal, z oczywistym riffowaniem charakterystycznym dla wspomnianego na wstępie muzyka, takimże wokalem i brzmieniem. W przypadku Paganizer w zasadzie tylko okładki się zmieniają. „As Mankind Rots” trwa ponad czterdzieści minut, i zapewniam was, że jest to krążek na jeden odsłuch. No chyba, że ktoś jest totalnym maniakiem Roggi i słucha tylko i wyłącznie zespołów, w których składzie ów pan się udziela. Na pewno półki takiego ktosia i tak są pełne, bo wiadomo, iż Szwed nie je, nie pije, nie kąpie się, tylko cały czas coś nagrywa. Oczywiście to jego świat, i jego życie. Ja jedynie dziwię się, że on cały czas daje radę robić w kółko ten sam riff. Raz wprzód, raz w tył, dwa razy po skosie, potem z przeskokiem i przytupem, ale ten sam. Ponadto, album o którym piszę kończy się numerem, który już wcześniej na wydawnictwie Paganizer się ukazał, dokładnie na „Born to Murder the Filth”. Nie wiem, po co znalazł się tu ponownie. Mógłbym tutaj podać wam przepis na pysznego, soczystego kurczaka na oliwie i maśle, by wypełnić stronę, i byłoby to zapewne ciekawsze, niż czytanie po raz setny o tym, co po raz setny Johansson nagrał. Przepis jednak możecie sobie wygooglować, a ja wolę iść do lodówki po jakiegoś browara. Tak że ten, no… Rogga nagrał kolejny Paganizer. Dziękuję za uwagę.

- jesusatan




Recenzja Cruel Force „Haneda”

 

Cruel Force

„Haneda”

Shadow Kingdom 2026

To już drugi album po reaktywacji tej kapeli, która miała miejsce w 2022 roku, a czwarty w całkowitym dorobku tego kwartetu. Bez introsa, to osiem numerów utrzymanych w standardowej formie dla Cruel Force, bo w dalszym ciągu kwartet ten łoi skórę, miksując speed metal z klasycznym heavy, utrzymując całość w klimatach lat osiemdziesiątych. Cóż, Niemcy cały czas są w formie, ponieważ wszystko na „Haneda” bangla fantastycznie. Odpowiednio ostry strój gitar, dobrze chodzący bas, świetne bębny oraz czyste, ale stanowcze i zajadłe wokalizy. Czyste lata świetności teutońskiego thrashu w pełni. Panowie chłoszczą szybko i nie łapią zadyszki. Poza tym nie oferują tylko liniowej napierdalanki, bo wplatają do niej sporo zwrotów akcji jak i elementów znanych z tradycyjnego heavy. To wręcz akademickie zagrywki o dużej chwytliwości, z których często sączą się epickie i nieco blisko-wschodnio zalatujące melodie. W ogóle muza w wykonaniu Cruel Force łatwo wpada w ucho, nawet jeśli tnie ciało do kości, ale w żadnym razie nie umniejsza to jej agresywności. Oprócz ich sadystycznej jazdy, to również pokaźna ilość brudu, który wyłazi spomiędzy akordów, tworząc niezły młyn wraz z błyskawicznym kostkowaniem, diabelskimi solówkami i przepysznym palm mutingiem, co połączone z podręcznikowymi riffami, chwilami generuje sataniczno-punkową jazdę pod wyczyny ekipy Lemmy’ego. Jednakże jest to głównie opętańcze granie, o wielowarstwowej strukturze, gdyż form stylistycznych usłyszeć tu można co niemiara. Kotłują się one uderzając precyzyjnie, choć zdarza im się poprzez zaciekłość, wpadać w chaos i walić rykoszetem, że aż uszy puchną. Jednak ten soniczny amok, to diaboliczny atak, który ostatecznie jest jak balsam dla duszy lub wehikuł czasu, przenoszący do lat młodości i udowadniający, że jeszcze nie wszystko stracone. Sto procent metalu w metalu. Mocny, wytrzymały na upływ czasu, niczym CrCoNi. Polecam. Pozamiata wami jak ta lala.

shub niggurath