wtorek, 16 czerwca 2026

Recenzja Zørza “Twilight of the Golden Star”

 

Zørza

“Twilight of the Golden Star”

Godz ov War 2026

Dokładnie dwa lata temu ukazał się debiutancki album Zørzy „Hellven”, który to na łamach Apocalyptic Rites bardzo chwaliłem, mając jednocześnie nadzieję, że zespół będzie rozwijał swoją formułę i parł do przodu. Wielkopolski duet wraca właśnie z krążkiem numer dwa, a moje nadzieje spełniły się… połowicznie. Czyżbym zatem był nowymi piosenkami rozczarowany? Absolutnie nie! Już tłumaczę. Formuła. Ona w zasadzie nie zmieniła się praktycznie w ogóle. Zørza nadal czerpią pełnymi garściami z klasyków drugofalowego black metalu, budując swoje numery na wpadającej w ucho, jednocześnie jadowitej, melodii. Nie jest to jednak jedynie nordyckie tremolo, ale także bardziej klasyczne kostkowanie. Poza tym mamy tu cały przekrój tempa, od galopu, przez fragmenty nastawione mocniej na wspomniane harmonie, po elementy bardziej nastrojowe. Zresztą wystarczy że posłuchacie sobie dziesięciominutowego utworu tytułowego otwierającego płytę, a już znajdziecie wszystko o czym wspomniałem. I jest to pierwszy, wyraźny sygnał, że panowie są w formie, a przede wszystkim mają najwyraźniej dar… No właśnie, dar do tworzenia niezwykle chwytliwych kompozycji, oraz aranżowania ich tak, że nie nudzą, a niejednokrotnie czymś zaskakują. A jeżeli dobrze się w obecnej formule czują, to tak naprawdę po cholerę ją rozszerzać? Tym bardziej, że mimo iż wspomniałem o inspiracjach płynących z okresu lat dziewięćdziesiątych, Zørza potrafili na tych starych fundamentach wykształcić swój własny styl, nie wzorowany na jakimś konkretnym pierwowzorze. Oczywiście, w niektórych miejscach porównań uniknąć się nie da. I jako przykład podam totalny killer, numer, który dosłownie wyrywa z kapci, czyli wieńczący płytę „The Devil Wears Well”. Ludzie! Jakie to jest nośne, jak to się samo śpiewa, jaki tu jest riff, to normalnie szczęka opada do samej gleby, a głowa sama rwie się do headbangingu. Sam numer jest kapkę bardziej klasyczny, z nawiązaniem do thrashowej techniki, i… mocno czuć tutaj późniejszy Satyricon (taki powiedzmy, że z okresu „Now, Diabolical”). Tylko że moim zdaniem, przy wspomnianym kawałku Satyr z kolegami mogą się schować, albo co najwyżej poprosić o lekcję. Wspominając o umiejętnościach twórczych, przyznać też muszę, że wszelkie dodatki typu śpiewane wokale, czy partie klawiszy, są na tym albumie wyważone z zegarmistrzowską dokładnością, by faktycznie stanowiły drobny, acz istotny, wnoszący coś do całości element, a nie upchnięty na siłę, albo dla zasady, fragment.  Podobnie rzecz się ma z solówkami, nieco podniosłymi, nadającymi utworom swoistego majestatu. „Twilight of the Golden Star” to materiał z najwyższej półki, black metal którego chce się słuchać, który nie pozwala się od siebie oderwać, i z każdym okrążeniem wbija się coraz głębiej w pamięć. Bardzo, bardzo dobry album.

- jesusatan


https://godzovwarproductions.bandcamp.com/album/twilight-of-the-golden-star

Recenzja Duir „Catarsi”

 

Duir

„Catarsi”

AOP Records 2026

Duir jest włoską kapelą z Verony, która muzykuje od 2013 roku. Cztery lata temu ukazał się ich debiutancki album, a tego lata, ponieważ pod koniec czerwca ukaże się nowa płyta tego zespołu w postaci „Catarsi” właśnie. Zawiera ona sześć utworów black metalu, który swym melodyjnym i momentami dość epickim usposobieniem, przypominać może Saor. Tak też się dzieje zapewne za sprawą użytych przez Duir instrumentów dodatkowych, którymi są dudy, irlandzki flet prosty i lira korbowa. Wprowadzają one do muzyki Włochów znaczny pierwiastek folku więc porównania do wspomnianego, szkockiego projektu tym bardziej są zrozumiałe. Reszta kompozycji to już typowa diabelszczyzna drugiej fali, która płynie w zmiennych tempach, częstując zamieciami śnieżnymi, melancholijnymi zwolnieniami jak i również bujaniem w średnich prędkościach. Trochę bajeczna, od czasu do czasu agresywna, no i wzniosła muza, która niczym szczególnym się nie wyróżnia, bo tego planktonu w tym oceanie jest od chuja. Nastawiona jest za to na atmosferyczność i introspektywne wycieczki, które przeplata z cepelią i zadzierżystymi rytmami. Wygenerowana na chłodnych gitarach i ciepło brzmiącej sekcji rytmicznej, która zagęszcza zwiewnie dryfujące riffy i tremolando, opowiadając historię pewnego żołnierza, stawiającego fizycznie i psychicznie czoła okropieństwom pierwszej wojny światowej. Cóż, najnowszy krążek od Duir, to egzystencjalna i rozpaczliwa podróż przez odmęty człowieczego jestestwa, które wypełnione bólem istnienia, szuka ukojenia i sensu w rozpadającym się świecie. Czy do tego służy black metal? Teraz już coraz częściej tak. To chyba bardziej smutne od poruszanych problemów na tym wydawnictwie, które bez dwóch zdań przypadnie do gustu miłośnikom folkowej i chwytliwej rogacizny.

shub niggurath




niedziela, 14 czerwca 2026

Recenzja Swarn „Corpsetrader”

 

Swarn

„Corpsetrader”

Warhorn Rec. 2026

Ta estońska brygada działa na scenie muzycznej już równo dekadę, i ma na swoim koncie dwa albumy, wydawnictwo live, oraz pięć EP-ek, z których ostatnia właśnie rani moje uszy. W jak najbardziej pozytywnym sensie, bo chłopaki grają piosenki, które „już kiedyś słyszałem”, na dodatek tak, jak lubię. „Corpsetrader” to niespełna dwadzieścia minut klasycznego szwedzkiego death metalu. Bez najmniejszych nowinek, tylko tona piachu na gitarach o charakterystycznym brzmieniu HM2, charakterystyczny groove, skoczne rytmy i wszechobecne d-beaty. Płyt w podobnym temacie wyszło od roku dziewięćdziesiątego tyle, że ciężko byłoby je wszystkie zliczyć. Jedne lepsze, inne po prostu przyzwoite. Swarn to bardzo przyzwoity spadkobierca Nihilist, Dismember i reszty profesorów z północnego zakątka Europy. Niczym nie zaskakują. Trzymają zazwyczaj równe, średnie tempo, z nielicznymi odstępstwami od reguły, serwując ciężkie akordy, przy których aż się chce potupać nóżką, a i miejscowo potraktują słuchacza niewyszukaną solówką. I na to wszystko klasyczny jak sama muzyka śmierć metalowy growl, choć w tym przypadku nieco schowany w tle, potraktowany lekkim pogłosem, czasami z nakładającymi się na siebie ścieżkami. Kurwa, zero finezji, ale słucha się tego wybornie. Gdybym miał zastosować porównania nieoklepane, to chyba najbardziej określiłbym Estończyków synami Wolfpack i Death Breath. Cholernie to chwytliwe, i przede wszystkim bardzo równe, bo żaden z sześciu numerów nie odstaje poziomem od reszty nawet o jotę. No chyba że numer tytułowy, ale może z tego powodu, iż jest po prostu inny. A konkretnie jest to dwuminutowe, akustyczno ambientowe „outro”. Materiał ten ukazał się chwilkę temu nakładem Warhorn Records, a ciekawostką dotyczącą składu może być fakt, iż w Swarn udziela się szef tegoż labelu, znany też choćby z Death Kommander, czyli równie zacnej kapeli hołdującej brytyjskiej stali z etykietą Bolt Thrower. Jeśli zatem macie ochotę na małą przystawkę szwedzizny, to sięgajcie po „Corpsetrader” bez obawy, że się zawiedziecie. Z czystym sumieniem polecam.

- jesusatan




Recenzja Diabolic Oath „Unholy Barbaric Hymns”

 

Diabolic Oath

„Unholy Barbaric Hymns”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Po dwóch latach przerwy wrócili bluźniercy z Diabolic Oath. Tym razem przynieśli epkę, a na niej cztery utwory gęstego i rytualnego black-death metalu. Na „Unholy Barbaric Hymns” jest naprawdę „Barbaric”, bo to prosta i ohydna łupanka w dość wolnych tempach, które niekiedy przyspieszają delikatnie, zamieniając pochód siermiężnych riffów w połamane i na oślep bijące akordy w towarzystwie chorobliwych i pociętych tremolo. Na „Unholy Barbaric Hymns” jest również iście „unholy”, ponieważ aranżacje Amerykanów są wyrazem uwielbienia wszelkiej nieświętości więc w tych czterech kawałkach nie może być mowy o jakichkolwiek cechach boskich czy moralnej czystości. To mroczne i wypełnione czarną magią dźwięki, które są zardzewiałym sztyletem w oko Boga. Te cztery utwory są w istocie „hymns”, gdyż to autentyczne modły w formie black-death metalowego misterium, które skonstruowane są w oparciu o nieskomplikowane kostkowanie, muśnięte obrazoburczymi melodiami i schizoidalnymi zagrywkami. Gitary zostały obdarzone brudnym i ciężkim brzmieniem, które podbite zostało zdrowo łupiącą sekcją rytmiczną i ordynarnymi wokalami, co wykreowało podziemną i duszną muzykę. Nie kłania się ona współczesnym gustom, przytłaczając swoim odstręczającym usposobieniem do granic możliwości, a i w nowomodne rozwiązania Diabolic Oath nie zwykli się bawić, racząc już ładnych parę lat swym ohydnym i na wskroś satanicznym graniem. Ich metal, to upiorna i złowroga muzyka, o gruzowatym i rytualnym charakterze. Bardzo dobra epka.

shub niggurath




Recenzja Véhémence „Assiégé pour lEternité”

 Véhémence

„Assiégé pour lEternité”

Antiq Rec. 2026

Véhémence pochodzą z Francji i grają black metal. „Assiégé pour lEternité" jest ich już czwartym krążkiem pełnogrającym, choć pierwszym, jaki dane mi było usłyszeć. Cóż zatem mogę na temat tego materiału powiedzieć, żeby było zwięźle i na temat. Ot, jest to dość typowy black metal, z rodzaju tych opartych na wzorcach wywodzących się bardziej z lasu zamieszkałego przez druidy, niż szczytów skutych lodem gór północy. Jest to black metal o dużej zawartości melodii, płynącej najczęściej swobodnie, niewymuszonej, wpadającej do głowy w zasadzie od pierwszego odsłuchu. Black metal zawierający kilka elementów akustycznych, i sporo folkowych, aczkolwiek nie zajeżdżających zapuszczoną oborą, a całkiem sprawnie wplecionych w opowiadane przez Francuzów historie. W końcu, jest to black metal śpiewany w języku narodowym twórców, przez co skojarzenia chociażby z Aorlhac są w tym przypadku nieodzowne. Pamiętam, kiedy to w latach dziewięćdziesiątych elementy folkowe, czy też rycerskie, wkraczały na blackmetalowe poletko. W zależności od umiejętności twórców, niektóre z nich mogły zdawać się niezwykle odważne, awangardowe, czasem też zabawne (jak choćby gdakanie kur na „Eld”), inne sprowadzały ten bardziej pogańsko baśniowy odłam gatunku do poziomu podłogi (tu z litości nazw wymieniał nie będę). Jak zatem z tym znanym już przecież połączeniem radę daje sobie Véhémence? Jak na moje całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę tą współczesną wersję francuskiej zabawy w zamki, czarownice i księżniczki. Obiektywnie, ciężko cokolwiek chłopakom zarzucić. Bo i same kompozycje są dość zróżnicowane, i brzmienie prawilne, grać kamanda też potrafi… A to, że ja akurat za tego typu piosenkami nie przepadam… Niech będzie moja strata, choć absolutnie nie żałuję. Ale na korzyść Francuzów niech świadczy, że  pisząc te słowa nie poszedłem na łatwiznę, i (nawet bez ziewania) odsłuchałem sobie  „Oblężonego na Wieki” dwa razy. I bynajmniej nie uważam, że straciłem cenny czas, którego z każdym dniem pozostało mi coraz mniej. Kto lubi melodyjne pieśni o średniowieczu, ten sobie czwarty album Véhémence sprawdzić powinien. Zawiedziony zapewne nie będzie.

- jesusatan





Recenzja Grimveil „Beneath the Veil of Silent Woods”

 

Grimveil

„Beneath the Veil of Silent Woods”

Purity Through Fire 2026

To nowy projekt, który założyli dwaj śmiałkowie, a mianowicie znany z chociażby Order of Nosferat, niejaki Revenant oraz odpowiedzialny za Tårfödd, Simon Lindgren. Panowie zwarli szyki i uknuli pod szyldem Grimveil, debiutancki materiał, w którym koncentrują się na oddaniu klimatu lasu w nocy i jego ekosystemu. Znając ich twórczość i tematykę „Beneath the Veil of Silent Woods”, spodziewać się mogłem jedynie atmosferycznego black metalu. I się nie pomyliłem, bo ten krążek jest czystą, atmo-diabelszczyzną. Osiem, niekrótkich numerów, które lecą w średnim i wolnym tempie, snując leśno-nocne opowieści i racząc przy tym klimatycznymi melodiami. Do tego dołożono oczywiście sporo klawiszy, wieczornych odgłosów, cykania świerszczy, sowich pohukiwań i wstępów bądź przerywników na gitarze akustycznej. Reszta to już zwyczajowe granie, czyli klasyczne kostkowanie i tremolando w towarzystwie lekko wycofanej sekcji rytmicznej, siarczystych wokaliz oraz wspomnianych syntezatorów. To sprawnie i z pomysłem skonstruowany bleczur, który rzeczywiście zabiera słuchacza między nocne knieje, gdzie króluje mrok i niepewność. Oprócz nich, to również spore pokłady melancholii i tęsknoty za czasami przeszłymi, ale obok bujanek Grimveil potrafi także przysolić i posypać szronem, czego za wyraz można uznać drugi wałek „Into the Depths of Shrouded Pines” i szósty utwór „Where Beauty Breathes in Silence”, w których Szwed wraz z Niemcem wyraźnie przyspieszają, wykazując się agresją. Jednakże większość tej płyty to spokojniejsze, atmosferyczne granie, które wchodzi gładko i dobrze kołysze. Można lubić takie ujęcie lub nie, ale trzeba przyznać, że aranżacje są skomponowane solidnie i tematykę oddają w pełni. Efekt osiągnięty. Dla gustujących w „baśniowym” black metalu jak znalazł.

shub niggurath




czwartek, 11 czerwca 2026

Recenzja Nightly Gale „Nocturnal Origins: 30th Anniversary”

 

Nightly Gale

„Nocturnal Origins: 30th Anniversary”

Black Flame Rebellion 2026

Wznowienia, wznowienia… Prace archeologiczne w pełni. Chwilę temu Black Flame Rebellion wydali debiutancki album Ysigim w formacie winylowym, a dziś częstują nas kolejnym wspominkowym wydawnictwem. Jest nim aż trzypłytowa kompilacja wczesnych nagrań Nightly Gale, w postaci demówek „Dream of Dark Hour”, „The Bleeding Art” oraz „Erotica”. Dodatkowo znajdziemy tu także sześć kompozycji nagranych ponownie przez zespół w oryginalnym składzie. Razem tworzy to ponad trzy godziny muzyki. W zasadzie są to jedyne materiały Nightly Gale, z którymi w dawnych czasach było mi po drodze, bo debiutancki krążek stanowił dla mnie pewne rozczarowanie, i w późniejszym okresie jakoś z dokonaniami zespołu się mijałem. Co znajdziemy na tych nagraniach? Otóż granie głównie dla smutasów, ale i poniekąd dla samobójców. Stary, klasyczny, odrobinę eksperymentalny (choć głównie z perspektywy okresu w którym demówki te były rejestrowane) death / doom metal. Materiał bardzo klimatyczny, choć nie pozbawiony ciężaru. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy to zespoły pokroju My Dying Bride czy Anathema odkrywały nowe ścieżki melancholijnego gniecenia, także w naszym kraju naśladowców nie brakowało. Ciężko co prawda nazwać Nightly Gale imitatorami, bowiem w ich twórczości, poza wspomnianą falą brytyjską, pojawiają się też chwilami nieco cięższe, fińskie odcienie, i tu można rzucić takimi nazwami jak Dolorian, czy nawet Unholy. Słuchając tych dokonań po latach mam jednak mieszane uczucia. Może zacznę od pozytywów. Zabrzanie na pewno mieli swoją wizję. Potrafili w dość oryginalny sposób łączyć elementy ciężaru z klimatem jesiennym. Nie brak u nich zatem ciężkich riffów, jak i fragmentów akustycznych, instrumentalnych, budujących aurę przygnębienia. Sporo tu klawiszy, jednak nie jakoś nadmiernie nachalnych, raczej, jak na gatunek muzyczny, dobrze wyważonych, budujących odpowiednią atmosferę. Sposób aranżowania poszczególnych kompozycji na pewno nie odbywał się od szablonu, bo naprawdę wiele się w tych piosenkach zmienia, uzupełnia, przeplata. Z drugiej strony, trzydzieści lat „po fakcie”, granie to nieco jednak trąci myszką, i w dzisiejszych czasach niczym szczególnym nie zaskakuje. Drugą sprawą są wokale. O ile jeszcze za młodu byłem w stanie znieść to smutne „jęczenie”, tak teraz dość mocno mnie ono męczy. Do tego stopnia, że takiego „The Angel and the Dark River”, kiedyś przeze mnie uwielbianego, jakiś czas temu nie dosłuchałem do końca. W Nightly Gale czysty śpiew pojawia się dość często, chyba w największym stopniu na „The Bleeding Art”, i biorąc pod uwagę, iż nie zawsze jest on do końca czysty, znacznie wpływa na odbiór owej „podróży w przeszłość”. Zdecydowanie lepiej wypadają tu wokale „mówione” czy te bardziej agresywne, growlowane. Jeżeli ktoś jest fanem tego odłamu staroszkolnego death / doom, a Nightly Gale nie zna, to sprawdzić „Nocturnal Origins…” powinien, bo zapewne będzie zdecydowanie ukontentowany. Sprawę utworów dodatkowych zostawiłem sobie na koniec, i streszczę je krótko. Nigdy nie widziałem, i nadal nie widzę sensu w tego typu zabiegach. Nie mam pojęcia co mają na celu, i komu do szczęścia są potrzebne. Podsumowując. Na pewno ta kompilacja to pewnego rodzaju wartościowa lekcja historii, a dla wielu zapewne jedyna szansa posiadania tych nagrań na fizycznym nośniku. Nie będę zatem ani zachęcał ani odwodził od zakupu. Każdy doskonale będzie wiedział co z tym fantem zrobić.

- jesusatan