sobota, 11 lipca 2026

Recenzja Mordhell „Nekro Desecration”

 

Mordhell

„Nekro Desecration”

Werewolf Promotion 2026

No nareszcie jest nowy Mordhell! Był czas się stęsknić, bowiem od wydania „Graveyard Fuck” minęło dobrych sześć lat, i nawet jeśli zespół w międzyczasie systematycznie dawał o sobie znać pomniejszymi wydawnictwami, to apetyt na danie główne u mnie rósł. Nie wiem, czy to kwestia sentymentu, czy po prostu uwielbienia dla surowego stylu, który dawno porzucił najbardziej (mimo wszystko) ceniony przeze mnie zespół z Norwegii, fakt jest faktem. Na „Nekro Desecration” rzuciłem się łapczywie, i zanim jeszcze usłyszałem pierwsze dźwięki wiedziałem, że ta płyta mnie rozjebie. Dorastając w latach dziewięćdziesiątych, z wypiekami na twarzy, drżącymi rękoma otwierałem kolejne paczki, w których znajomy z Bielska przysyłał przegrywki albumów będących dziś niezaprzeczalnymi filarami gatunku. Następnie słuchałem takich kamieni milowych jak „Under a Funeral Moon”, „Transilvanian Hunger”, „Burzum”, czy później splitu Emperor / Enslaved albo „Black Shining Leather” do upadłego, albo zjechania taśmy do białości. Ten vibe, ten feeling, ta szczerość i bezkompromisowość zainfekowała mnie tak mocno, że do dziś wrzucając wspomniane płyty do odtwarzacza mam gęsią skórkę. To były lata, płyty, przeżycia, doświadczenia, które nigdy nie wrócą, a które wyryły w moim sercu czarne blizny. Blizny, które otwierają się za każdym razem, gdy słyszę tak udaną kontynuację najbardziej wybitnych mistrzów, jaką na swoim nowym krążku prezentuje Mordhell. Proszę państwa, tutaj nie znajdziecie niczego poza najszczerszym, czystym kultem norweskiego black metalu z okresu jego narodzin. Szczegółowa analiza tego materiału mija się, moim zdaniem, z celem. Starczy powiedzieć, że jest to kolejny, mały pomnik dla mistrzów gatunku, wyrzeźbiony z wielką starannością o takie szczegóły jak surowość, brzmienie, oprawa graficzna, a przede wszystkim autentyczność i wierność pierwotnym wartościom. To trzydzieści pięć minut black metalu takiego, jakim gatunek ten był na samym początku, zanim się sprostytuował. A okładka tego dzieła doskonale odwzorowuje, co autorzy zrobiliby wszelkim zdrajcom ideałów (czytaj: tym, którzy „dorośli” i już się w satanistyczny przekaz nie bawią). Jebać ich, i innych pozerów! Mordhell rządzi, deptaj krzyże!

- jesusatan




Recenzja Nothingness „Godslaughter”

 

Nothingness

„Godslaughter”

Everlasting Spew Records 2026

Zagorzałych fanów death metalu zapewne ucieszy fakt, że ostatniego dnia lipca, ukaże się trzeci album tej kapeli z Minnesoty. Oczywiście nie wszystkich, bo Amerykanie kontynuują na niej swój styl, który raczej nie wpisuje się w obecne na rynku typowości. To w dalszym ciągu sękate i żylaste akordy, które wypływają z doomowej i śmierć metalowej tradycji, ale swoim ciężarem i gęstością potrafią zmęczyć. Jak już Nothingness zdążył do tego przyzwyczaić, są to dość wymagające w odbiorze aranżacje, stanowiące połączenie walcowatego kostkowania, uwierających tremolo oraz dzikich, atonalnych ataków. To jaskiniowa muzyka, której dźwięki jednak nie należą do neandertalskich, ponieważ pod płaszczykiem brutalności i momentami dzikiego charakteru, jest to sprawnie skomponowany materiał. Nothingness łamiąc utarte schematy, udowadnia, że pokryty pleśnią i czymś lepkim death metal, nie musi być zawsze taki sam. Panowie poza siermiężnym mieleniem i barbarzyńskimi uderzeniami oferują również coś jeszcze, bo w ich muzyce odnaleźć można mnóstwo pogruchotanych riffów o stale zmieniających się prędkościach oraz powykręcanych, bolesnych solówek. Te obecne na „Godslaughter” dysonanse, miażdżące galopady, zawiesiste zwolnienia w towarzystwie schizoidalnych zagrywek, kreują death metal zupełnie nieliniowy, przy którego słuchaniu nudzić się nie można. Jednakże tutejsza fuzja różnorodnych rozwiązań wraz z brudnym brzmieniem i nieokrzesanym przekazem, nie pozwala wgryźć się w ten krążek bez problemów. Warto jednak dać sobie czas albo przezwyciężyć pierwszą niechęć, aby odkryć w jego trudności kwintesencję kultu śmierci, który w tym przypadku polega na wyważonej progresji, która w gruncie rzeczy pozostaje tylko dodatkiem do szeregu mięsistych i mrocznych akordów. Angażująca płyta, która nie spodoba się każdemu.

shub niggurath




piątek, 10 lipca 2026

Recenzja Mental Funeral „II”

 

Mental Funeral

„II”

Third Eye Temple 2026

Jak miło jest wrócić z urlopu, i znaleźć w skrzynce pocztowej takie niespodzianki! Zeszłoroczne, debiutanckie demo Poznaniaków było materiałem bardzo obiecującym. Z tego też powodu zapisałem sobie nazwę zespołu w kajecie, podkreślając wężykiem na czerwono, i oczekiwałem dalszego rozwoju wydarzeń.  Długo im nie zeszło. „II” to trzy nowe kawałki, czyniące, zusammen do kupy, jakieś dwadzieścia minut muzyki. Kiedy tylko włożyłem taśmę do wysłużonego decka i wcisnąłem „play”, szlam zaczął ściekać po ścianach, a powietrze zaszło marichunaenowym dymem. Krok drugi w wykonaniu Mental Funeral to w prostej linii kontynuacja stylu, z którego panowie dali się poznać na „Demo MMXXIV”. Z tym, że muzycy chyba jeszcze bardziej natłuścili, albo raczej utuczyli, swoje kompozycje ciężarem, bo tym razem smalec niemal wylewa się z głośników. Już pierwszy numer to kandydat do najcięższego walca na krajowych jezdniach. Kawałek rozpoczynający się od bardzo powolnego riffu, gniotący zapętlonym motywem tylko po to, by pod koniec jeszcze zwolnić, jakby w rzeczonym walcu zabrakło paliwa. A my leżelibyśmy akurat pod jego przednią osią. Zero ratunku. Dalej jest podobnie. Same akordy nie są tutaj jakoś szczególnie wyszukane, co dla jednych może być plusem dodatnim (ja), a dla innych ujemnym (ci, którzy narzekają, że nic się nie dzieje jak aktor patrzy w prawo). Racja, kompozycje na „II” są z rodzaju bardzo oszczędnych, nawet na zasadzie lo-fi, gdyby taką przypiąć do funeral doom / sludge metalu. Czasem jednak w tle przewina się drobne niuanse (jak choćby siermiężna, mamiąca melodia gitarowa w „Unbreakable Curse”), czy inne pomniejsze dodatki do oklepanego schematu. Wokalnie też nie ma specjalnych fajerwerków. Facet mruczy ponurym growlem swoje kwestie, w tempie dość monotonnym, wciągającym niczym czarna dziura, nie dającym słuchaczowi szans na wyrwanie się spod owych inkantacji. Materiał ten jest niczym smoła, wlewana, zamiast wody, do gardzieli słuchacza, na podobiznę metod stosowanych przez świętą inkwizycję. Gęsty do granic możliwości, maksymalnie dociążony, konsekwentny i nieludzko niszczący. Ja pierdolę, jaki to ma tonaż! Jestem pełen podziwu dla muzyków, że potrafią niemal w każdym gatunku tworzyć dźwięki na tak wysokim poziomie (bo przecież panowie poza Mental Funeral udzielają się w kilku innych projektach). Mają talent, skurwisyny! Czuję się zmiażdżony.

- jesusatan




Recenzja Haserot „Advent of Suffering”

 

Haserot

„Advent of Suffering”

Redefining Darkness Records 2026

Dziesiątego lipca ukaże się debiutancka płyta tego teksańskiego zespołu, który już ukazał światu swoje oblicze w 2022 roku epką „Throne of Malice”. Na „Advent of Suffering” Amerykanie kontynuują rzeźbienie w materii death metalowej, rozwijając swoje do niej podejście, które zapoczątkowali cztery lata temu. W dalszym ciągu jest to fuzja melodyjnej szwedzizny, brytyjskiej rytmiki oraz mroku rodem z Florydy, ale lepkich, fińskich klimatów również da się trochę w ich muzyce odnaleźć. Sprawne połączenie tych kilku ujęć kostuchowego rzępolenia, zaowocowało energetycznym metalem, który dobrze buja skandynawskimi d-beatami, w szybszych momentach mieli idealnie po angielsku, a w atmosferycznych zwolnieniach i średnich tempach zsyła trochę diabolicznej, oślizgłej atmosfery. Do wszystkiego trzeba dodać pokaźną ilość melodyjnego riffowania i takowych solówek, z których tchnie klasyką na całego. Nie wiem czy to obecność w ostatnim kawałku Andy’ego LaRocque czy rzeczywisty wydźwięk wirtuozerskich popisów, ale większość z partii solowych na tym albumie, mocno zalatuje mi tym, co często i gęsto dzieje się na płytach King’a Diamond’a. Ogólnie „Advent of Suffering” to miażdżący i zarazem porywający death metal, który za sprawą wspomnianych chwytliwości wchodzi bez popitki. Łatwo się go słucha, choć to momentami brutalna muza, której siłę rozwiewa nieco zbytnia melancholijność niektórych harmonii. To tradycyjne ujęcie, sklecone z odmiennych od siebie typów metalu śmierci, ale płynne ich zespolenie, wykreowało intensywny i ponury krążek, którego (w ostatecznym rozrachunku) typowość może przeszkadzać, lecz nie musi. Maniacy klasyki będą zadowoleni, bo to solidne granie.

shub niggurath




czwartek, 9 lipca 2026

Recenzja Regent Death “Hermetic Vibrations of the Cosmos”

 

Regent Death

“Hermetic Vibrations of the Cosmos”

Mara Prod. 2026

Regent Death to nowy twór na scenie hiszpańskiej, choć wchodzący w skład zespołu muzycy zaznaczyli już, i to niejednokrotnie, swoją obecność w innych projektach, których jest na tyle sporo, że nie będę ich tu wymieniał. Zwłaszcza, że pewnie i tak nazwy większości z nich niewiele wam powiedzą. Pod nowym szyldem panowie zarejestrowali uprzednio pięciootworową EP-kę, by teraz uderzyć pełnowymiarowym debiutem. Wspomniałem, że zespół pochodzi z Hiszpanii, jednak muzykę grają na wskroś szwedzką. Jest to black metal mocno osadzony w standardach lat dziewięćdziesiątych, zarówno pod względem czysto muzycznym, jak i brzmieniowym. Z gitar wieje zatem północnym chłodem, ale produkcja tego materiału jest na tyle czytelna, że absolutnie nic nam po drodze nie ucieka. Sama treść to dość spory przekrój. W większości mamy tutaj podkręcone tempo z odpowiednio ostrym riffowaniem, nie pozbawionym jednocześnie tej mroźnej melodii i zadziorności. Można w tym przypadku rzucić choćby takimi nazwami jak Marduk czy Setherial, zwłaszcza w momentach, kiedy panowie rozpędzają się niemal do maksimum. I tu dość ciekawa sprawa, bo słuchając niektórych kompozycji, kiedy wydawało mi się, że siarka i szron i tak mocno buzują tworząc swojego rodzaju trujący blizzard, panowie w pewnym momencie jeszcze bardziej dorzucali do pieca (coś na zasadzie pierwszych fragmentów „Ye Entrancemperium” Emperora). Poza tymi szarżującymi partiami nie brak na tej płycie fragmentów bardziej stonowanych (nawet akustycznych), przekładających równoważnię w kierunku większej melodii. Wówczas można do wspomnianych już przed chwilą nazw dorzucić także Sacramentum czy Dawn. Takie balansowanie wychodzi muzykom, trzeba to przyznać otwarcie, nad wyraz dobrze, bo poszczególne kompozycje, mimo iż dość zróżnicowane, bardzo płynnie zmieniają bieg i bynajmniej nie nudzą. Natomiast wspomniane melodie nie należą do gatunku przesłodzonych, bo mimo wszystko na „Hermetic Vibrations of the Cosmos” panuje klimat mocno zimowy. Nie jest to zapewne krążek, który zagości w waszych podsumowaniach roku, bo do wybitnych raczej nie należy. Natomiast zdecydowanie poleciłbym go maniakom Szwecji z lat rozkwitu drugiej fali, bo to bardzo dobra kontynuacja tamtejszego stylu. Silny debiut.

- jesusatan






Recenzja Ravaged by the Yeti „Snowbound Horror”

 

Ravaged by the Yeti

„Snowbound Horror”

Testimony Records 2026

Nie słyszałem jedynki tego, kolejnego projektu, w którym macza paluchy Rogga Johansson, ale dwójeczka Ravaged by the Yeti żre dość miło. Oczywiście, że słychać tutaj wpływy i zwyczaje gitarowe tego znanego Szweda. Rzecz jasna, że to do bólu zgrana muza, która specjalnie niczym nie zaskakuje. Ani chybi, że wszystkie patenty obecne na„Snowbound Horror” wszyscy już dawno słyszeli, ale tutejsze kawałki robią robotę. Soczyste brzmienie, nisko zawieszona sekcja rytmiczna i głębokie growle, kreują szablonowy death metal, który w tym przypadku odznacza się niebywałą krwistością. Przy tym buja nieźle swoimi, średnimi tempami i wprowadza pokaźną dawkę horroru za pomocą sugestywnych solówek. Pogniecie także doomowymi riffami, a i czasami do grindowego szaleństwa się zerwie. Wszystko tutaj jest w punkt i roztacza morową atmosferę, przerażając od czasu do czasu, swoją opowieścią o zimnych jaskiniach i owłosionej, białej istocie, której zęby wbijają się brutalnie w czaszkę za pośrednictwem tego materiału. Na „Snowbound Horror” jest banalnie do granic możliwości, ale jest to typowość niesamowicie dźwięczna i nośna. Wkręca się to bez popitki i świetnie bawi. Jednakże jak amen w pacierzu jest to taki wakacyjny album, który pewnie po kilku odsłuchach (jak nie szybciej) się znudzi, ale na letnie wycieczki do samochodowego odtwarzacza pasuje, jak ulał. Prosto, bez zadęcia i z mnóstwem groove’u. Ekspresyjnie i wręcz zamaszyście. Mięso mielone przy akompaniamencie dudniących bębnów i muskularnego basu, a wszystkiemu wtórują rzygnięcia Johanssona. Zalecam sprawdzić tego „czasoumilacza” i przy okazji cieszyć się latem, gdyż tak szybko odchodzi. Płyta na chwilę, ale daje radę.

shub niggurath




środa, 8 lipca 2026

Recenzja Tombal „Grave of the Damned”

 

Tombal

„Grave of the Damned”

Blood Harvest 2026

Jak kapela nazywa się Tombal, a ich EP-ka nosi tytuł “Grave of the Damned”, to co może grać? No przecież, że to pytanie retoryczne. Choć pewnie Baldrick odpowiedziałby „Nie, to death metal”. I też miałby rację. Panowie pochodzą z Włoch, a rzeczony materiał jest ich debiutanckim, bo nie wiem, czy wypuszczony jedynie cyfrowo singiel tytułowy, nawet jeśli opatrzony wirtualną okładką na wzór kasety, się liczy. „Grób Potępionych” to intro plus cztery numery, co robi razem niecałe szesnaście minut. Szesnaście minut grania na szwedzką nutę. Z tym, że nie jest to tylko i wyłącznie kopia zespołów, których nazw po raz tysięczny wymieniać nie będę. Owszem, brzmienie, melodie, przejścia między riffami są tutaj na wskroś klasyczne. Co prawda gitary nie są tu aż tak mocno zapiaszczone, bardziej śpiewne i  swobodne, nie trzymane ostro w ryzach, szczególnie we fragmentach odchodzących od wspomnianego szablonu. Nie znaczy to jednak, że owej typowej Szwecji tu nie ma. W niektórych momentach pojawiają się te „bite” akordy, powiedziałbym że niekiedy nawet zbyt dosłownie podobne do oryginałów. Włosi jednak kierują się mocno w stronę wspomnianej melodii, przez co łatwiej mi ustawić ich, razem z innymi przedstawicielami młodego pokolenia,  w szeregu z, powiedzmy, Feral czy Miasmal niż z tak chwalonym przeze mnie ostatnio Savage albo Impurity. Absolutnie niczemu to nie umniejsza, bo Tombal wyraźnie czują północny oldskul, i grają go z pełnym zapałem. A że ja lubię taką muzyczkę co to mi przypomina stare dzieje, to „Grave of the Damned” puściłem na zapętleniu, żeby sobie przeleciała kilka razy. I wiecie co? Wcale nie zaczęła nudzić, choć z drugiej strony zębów też mi nie wybiła. Jest to kolejna pozycja pod tytułem „Oddajemy hołd starym mistrzom ma swój własny sposób”, z którą zapoznać się można, ale jeśli ją pominiemy to świat się nie zawali. Według mnie warto, tym bardziej, że to materiał krótki, więc nie zdążymy się zestarzeć. Ale co zrobicie, to już wasz wybór.

- jesusatan