niedziela, 11 października 2026

Recenzja Last Agony „Death Wave”

 

Last Agony

„Death Wave”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Sentient Ruin Laboratories to na tyle ciekawa wytwórnia, że zabiera na pokład nie tylko zespoły stricte metalowe. Odstępstw od tematu było na przestrzeni ostatnich lat tyle, że nawet nie będę sobie zawracał głowy wymienianiem w tym momencie konkretnych nazw. Kto śledzi, ten wie. Dziś na tapecie mamy drugi album pochodzących z Toronto napierdalaczy z Last Agony. Zespół pierwsze demo wydał w osiemnastym, potem była EP-ka i osiemnastominutowy debiut. Po szybkiej kalkulacji daje nam to wynik twórczy na poziomie niespełna dwudziestu sekund miesięcznie. No, pracowici są w chuj. Ale nie tempo się liczy, a jakość. A ta jest stosunkowo wysoka. Nawet biorąc pod uwagę, że poziom oryginalności tych piosenek jest dopiero, że się posłużę terminologią gejmerską, na wstępnym stadium budowania postaci. Czyli goło i wesoło. Czy to coś robi? Absolutnie nie. Otwieracz pod tytułem „Death Wave” brzmi bardzo mocno jak stary Terrorizer. Jest brud, jest pierdolnięcie, jest jebanie trendów. Do tego wściekłe wokale, rzygające żrącą żółcią. I to Napalmowe zwolnienie w połowie kawałka, fantastikko! Dalej pędzimy w podobnym klimacie, z tym zastrzeżeniem, że do piosenek Kanadoli bardzo mocno wkrada się punk, czy nawet bardziej crust. Skoczność, typowy rytm, z jednoczesnym deptaniem pedału gazu do maksimum. Owszem, jak to crust, sporo tutaj powtarzalnego schematu, jednak melodie gitarowe wynagradzają ów gatunkowy stempel. Zastrzec jednak należy, że o ile owe harmonie faktycznie są dość porywające, to już brzmienia tych nagrań zostało bardzo mocno przybrudzone, przez co „Death Wave” może niektórych poniekąd odstraszać. Będąc jeszcze przy melodiach, to trafiają się tutaj nawet akordy mogące kojarzyć się ze starym thrashem, czy też proto black metalem, co świadczy o tym , iż Last Agony w dupie mają czystość stylistyczną. Najważniejsze, żeby kopało dupę i bolało. Myślę, że muzykę zawartą na „Death Wave” idealnie odzwierciedla obrazek zdobiący to wydawnictwo. W sumie, kurwa, nic dodać, nic ująć. Dobra, bez zbędnego pierdolenia… Kto lubi crust, grind, i przede wszystkim brutalny brud, ten ma jebany obowiązek sprawdzić ten album. Nie jest to kamień milowy, ale na pewno pozycja, której na półce fanatyków zabraknąć nie powinno.

- jesusatan




piątek, 9 października 2026

Recenzja Avulsed „Nordic Embryogenesis”

 

Avulsed

„Nordic Embryogenesis”

Xtreem Music 2026

Płyty z coverami, czy wszelkiego rodzaju tributy,  raczej nie należą do gatunku tych,  na które bym polował. Z bardzo prostej przyczyny – zazwyczaj jest to zbieranina pomysłów, wykonów lepszych i gorszych, często o nierównym poziomie. Z drugiej strony niewiele zespołów decyduje się na tak obszerne oddanie hołdu swoim mentorom w pojedynkę. Z podobnych wydawnictw posiadam jednak, i nawet stosunkowo często wracam, do pierwszej części „Future of the Past”. Vader odegrał tam same klasyki, i to w naprawdę mistrzowskim stylu. Podobnie do tematu podeszli panowie z Avulsed. Z tą jednak różnicą, że ich dobór zespołów oparty został głównie na tworach z głębszego undergroundu, a nie wyłącznie na filarach poszczególnych odłamów metalu.  Żeby wymienić z pamięci, nie zaglądając do kajetu, znajdziemy tu utwory Old Funeral, Amputation, Crematory czy Funebre. Pewnie, że nie są to nazwy nic nie znaczące, ale śmiem twierdzić, iż znane jedynie w określonych kręgach, głównie ludziom z siwiejącym od jakiegoś czasu włosem. Jak sobie Hiszpanie poradzili z tymi starociami? Cóż, ci, którzy śledzą Internety pewnie doskonale wiedzą, bowiem w cotygodniowym cyklu Dave Rotten serwował gawiedzi po jednym kawałku. Ja nie słuchałem, bo z zasady nigdy nie słucham singli. Dla mnie płyta, nawet będąca składanką, to jednak zawsze całość. Po zapoznaniu się z „Nordic Embryogenesis” jestem bardziej niż usatysfakcjonowany. Choćby dlatego, że Avulsed zagrali te stare klasyki na swoją charakterystyczną modłę. Nawet jeśli składy na spisie treści podchodziły do death metalu z nieco innej perspektywy, to tutaj wszystko brzmi całkiem spójnie, gdyż zostało oflegmione hiszpańskim sznytem zespołu, który przecież też można śmiało zaliczyć do prekursorów. Można powiedzieć, że to wydawnictwo to taki uścisk dłoni kolegom, z którymi współtworzyło się scenę w jej złotym okresie. Dla jednych ta płyta będzie podróżą sentymentalną, dla innych okazją do zapoznania się z nazwami, których być może wcześniej nie słyszeli. Fajny pomysł, jeszcze lepsze wykonanie, i tak szczerze mówiąc, szybciej włączę sobie ponownie tego składaka niż którąkolwiek z późniejszych płyt Avulsed (nawet jeśli nie mam im nic do zarzucenia). Ode mnie brawa i wielki szacun.

- jesusatan




Recenzja Bone Gnawer „Idioms of Gore”

 

Bone Gnawer

„Idioms of Gore”

Iron Blood and Death Corporation 2025

Trzecia płyta tego szwedzko-amerykańskiego zespołu, to kolejna spóźniona premiera od Iron Blood and Death Corporation. Ci, którzy na co dzień pławią się w śmierć metalowych dźwiękach, wiedzą, że Bone Gnawer gra już od 2001 roku, ale szereg uwarunkowań nie pozwoliło mu chyba rozwinąć zanadto skrzydeł. No, ale mamy kolejny krążek, który serwuje nam dziewięć strzałów w moich ulubionych długościach, bo wszystkie z nich nie przekraczają czterech minut. To staroszkolne rzępolenie, które dostarcza mnóstwo nośnych akordów, tłumionego bicia w struny, kilku agresywnych galopad i sporo złowieszczych melodii. Całość wybrzmiewa dość masywnie, choć barwa gitar jest niezbyt ciężka, ale za to niezwykle chropowata i surowa. Podobnie jest z riffami, które mocno wskazują na to, że death metal na „Idioms of Gore”, mocno romansuje z thrashem, ale panowie sprytnie go zagęścili, modyfikując odpowiednio strój wioseł. Dużą robotę w tej kwestii zrobiła oczywiście zwarta sekcja rytmiczna jak i odpychające wokalizy. Tak właściwie to brzmienie stanowi o muzyce tej brygady, ponieważ odbiega nieco od zwyczajowego dla death metalu i spotkać je można raczej rzadko. Razem ze świdrującymi solówkami, boleśnie wkręca się między zwoje mózgowe, potęgując upiorną atmosferę. Klimat zaś „Idioms of Gore” posiada bez wątpienia charakterystyczny, będący czymś pomiędzy zimnym prosektorium a mrocznymi i śmierdzącymi bagniskami Florydy. Upodabnia to trochę death metal od Bone Gnawer do twórczości Necrophagia, co jest dodatkowo przyciągającym uwagę do tego materiału smaczkiem. Właśnie dzięki tej atmosferze warto sięgnąć po ten album, bo buduje ona naprawdę silne napięcie.

shub niggurath




czwartek, 8 października 2026

Recenzja Saprobiontic „Of Fire and Bloodshed”

 

Saprobiontic

„Of Fire and Bloodshed”

Black Lion 2026

Nie słyszałem nigdy o Saprobiontic, a zespół wydaje właśnie trzecią już w dyskografii płytę. Panowie pochodzą z Niemiec, i grają klasyczny, brutalny death metal. I w zasadzie… na tym by można zakończyć, bowiem jest to jeden z tych materiałów, które lewym uchem wpadają, a za sekundę, ze świstem wylatują prawym. Coś jednak postaram się napisać. Może zacznę od zalet. „Of Fire and Bloodsheds” nie jest płytą wkurwiającą ani nużącą. Bo muzycy starają się, by kompozycje oparte były na przynajmniej kilku riffach, czasem potasują tempo (choć w zdecydowanej większości mamy do czynienia z jazdą z mocno wciśniętym pedałem gazu), nie nużą wokalami na jedno kopyto (tutaj trafiają się modulacje, czy też nawet dialogi), miejscowo zaserwują jakąś nianachalną solóweczkę, albo włączą szatkownicę. Chyba do zalet też można zaliczyć samą stylistykę, bo to w zasadzie esencja tego odłamu gatunku z lat dziewięćdziesiątych, z inspiracjami pokroju Cannibal Corpse, Suffocation, a z naszego podwórka Devilyn czy Yattering. Słychać, że panowie grać potrafią, i pochwalić trzeba naprawdę sprawnego basistę, który to niejednokrotnie przebija się bardziej na wierzch ze swoimi pokombinowanymi ścieżkami. Teoretycznie zatem nie ma na co narzekać. Chyba że nie jest się przesadnym fanatykiem grania w tym stylu. Nie, że jakiś ze mnie antagonista, absolutnie. Tylko, że… takich solidnych płyt, którym „nie mam nic do zarzucenia” wyszło już w historii mnóstwo, i nadal wychodzi z tysiąc pięćset rocznie. A ta niczym szczególnym się naprawdę nie wybija. Ponadto, jak dla mnie, trochę zbyt ułożone jest brzmienie. Czysto tu, niby w starym stylu, ale jakieś to takie na zamówienie robione, i to z niewybitnym gustem. Idealnie współgrające z okładką, której z dobroci serca komentować nie będę. Przesłuchałem ten materiał dwa razy, i poczułem się jakbym przez tydzień jadł mielone na obiad. Niby danie treściwe, smaczne, ale w końcu może lekko zemdlić. Jak ktoś ma za dużo czasu, albo brutalny death metal to jego broszka numer jeden, niech se sprawdzi. Pozostali mogą sobie tym razem odpuścić.

- jesusatan




Recenzja Nekus / Bloodsoaked Necrovoid “Funerary Rites of Ancient Doom”

 

Nekus / Bloodsoaked Necrovoid

“Funerary Rites of Ancient Doom”

Caligari Rec. 2026

Znacie to uczucie, kiedy na widok zapowiedzi jakiegoś wydawnictwa rączki same klaszczą, nóżki przeskakują z niecierpliwością, a na twarzy maluje się nienaturalny wręcz grymas radości? U mnie owe symptomy objawiły się jak tylko znalazłem w skrzynce odbiorczej split dwóch uwielbianych przeze mnie kapel. Nie tracąc zatem ani chwili, rzuciłem się na to wydawnictwo, rządny gruzu, smoły, i wdzierającego się w nozdrza pyłu z trzęsących się ścian. Na pierwszy ogień mamy Niemców. Serwują oni tylko jeden kawałek. I co z tego, skoro trwa niemal dwadzieścia minut, i jest w nim wszystko, czego opętanej death metalem duszy potrzeba. Kto zespół zna, doskonale wie, że tutaj nie ma półśrodków. Jest przygniatanie, pozbawianie oddechu powolnymi akordami, na zasadzie zasypywania wilgotną glebą za życia. Owszem, pojawiają się w tej kompozycji także sezony burzowe, głównie w pierwszej części, jednak to właśnie te najwolniejsze partie zawsze stanowiły o sile i tonażu Nekus. W przypadku „Dakhma” owe doły są jakby bardziej nastrojowe niż dotychczas. Momentami przywodzą na myśl nawet klasyków pokroju Disembowelment, nawet jeśli same aranże nie są ubrane w to typowe dla Australijczyków brzmienie, tylko zdecydowanie bardziej przybrudzone i przyćmione czarnym, gęstym dymem. Pozostałe składowe tego numeru to klasyka Nekus. Charczące wokale, gęste gitary, mięsiste akordy. Dokładnie to, czego bym po chłopakach oczekiwał. Wyborność! Bloodsoaked Necrovoid swoją część splitu podzielili na trzy etapy, łącznie nieco ponad kwadrans… gruzu. No kto by się spodziewał, nie? I pierwsze co mi przyszło na myśl, to to, że i tym gentlemanom poszło się nieco bardziej w „klimat”, czego dowodem bardzo intrygujące, mroczne intro. Powiem wam szczerze, że jest to jedna z lepszych introdukcji, jakie słyszałem na przestrzeni ostatnich lat, choć kompletnie nieodkrywcza. Kolejne dwa „czaptery” to już autentyczne znęcanie się nad naszym marnym żywotem. Mozolne, niemal sadystyczne. Nie wiem czy Bloodsoaked Necrovoid zwolnili kiedykolwiek wcześniej aż tak bardzo jak na „The Unreachable Exaltation of Consumption”. Tutaj pierwsza część utworu ociera się o Winter. Podobnie jest w wieńczącym całość „A Respite from the Swallowing of Existence”, który rozgniata trzewia na brunatno czerwoną maź. A jest to walec niemal dziewięciominutowy, który dopiero pod koniec zaczyna zjeżdżać z górki. Biorąc rzecz za całość, można stwierdzić jedno. Ten split jest niczym szesnastotonowy odważnik spadający na głowę, niczym z skeczu Monty Pythona. Tylko że w tym przypadku nie jest to żart, a potężny cios, po którym nikt się nie podniesie. Ja powstać nie potrafię.

- jesusatan







Recenzja Nekro Cvlt Desecration „Purification in the Witchcraft Flames”

 

Nekro Cvlt Desecration

„Purification in the Witchcraft Flames”

Iron Blood and Death Corporation 2026

 


Powrót po dziesięciu latach tych szalonych Wenezuelczyków, uważam za udany. Tyleż samo, co lat przerwy od ostatniego albumu, tutejszych numerów klasycznego trasz-bleka robi naprawdę dobrze. Zgrabnie, lecz po staremu poprowadzone zajadłe riffy na podobę wczesnego Bathory, sporo d-beatów w stylu brytyjskiego punka, trochę zakręconego i nie do końca oczywistego kostkowania jak na „Obsessed by Cruelty” oraz odrobina demonicznych blastów, zalatujących Sarcofago. Ostre brzmienie, surowa sekcja rytmiczna i krzykliwie zadziorne wokalizy. Całość obdarzona prostotą wykonania, szorstkim charakterem i buńczuczną postawą, tworzy zajadły i przesiąknięty diabelską atmosferą metal, który wali po głowie i plecach, nie przejmując się czy boli. Szybka i nieokiełznana jazda w tradycyjnej formie, która może jest zgrana do bólu, czy jak kto woli, wylizana do kości, ale nie sypie się jak stare budownictwo, tylko daje tęgie lanie i przy okazji zaprasza do piekła, a tam przenosi w mgnieniu oka. To żywiołowa, kipiąca energią muza, która zapamiętale prze do przodu i nie bierze jeńców. Nie umizguje się do nikogo fałszywymi sztuczkami i plastikowymi koronkami. Nie puszy się wirtuozerią i modernistycznymi wywijasami. Furiacko kopie dupy i pierzę skórę, emanując staromodnym duchem, odzianym w skóry, łańcuchy i gwoździe. Chropowata, nieco przybrudzona produkcja oraz wkurw i klasyczna finezja, kreujące metal o autentycznie, satanicznym anturażu. Może to już było, ale co jakiś czas wracając, cieszy jak zawsze. Polecam. Wpierdol gwarantowany.

shub niggurath




wtorek, 6 października 2026

Recenzja Morgue „Herald the Dawn”

 

Morgue

„Herald the Dawn”

Godz ov War 2026

Morgue po raz szósty. A piąty po reaktywacji w dwa tysiące dwunastym. Nie jest to może intensywność wydawnicza powalająca na podłogę, ale przyznać trzeba, że przynajmniej trzy ostatnie krążki wychodzą wyjątkowo regularnie. To pewnie było zapisane drobnym druczkiem w kontrakcie z Godz ov War, bo Grzesiek to podstępny, stary lis. Jak by jednak nie było, trzeba bez krzyżowania palców za plecami przyznać, że wydawnictwa pod szyldem naszego labelu należą do bardzo udanych. I natychmiast dodać, że trzymają poziom, choć są w zasadzie każde się od siebie różni. Nie wiem czy Francuzi znaleźli jakiś złoty środek, czy taki właśnie ukształtowali sobie, nieco kameleonowy styl, ale mieszanie gatunków wychodzi im od sześciu lat wyjątkowo udanie. Nowy album nie da się sklasyfikować ściśle gatunkowo. Można natomiast powiedzieć o nim jedno. Jest brutalny. Tylko że owa brutalność niejedno ma tu oblicze. Bo, owszem, usłyszymy na tym krążku zaległe, sięgające początków istnienia Morgue elementy grindowe, przejedziemy się deathmetalowym rollercoasterem (a bo to raz bardziej technicznie, gdzie indziej prosto w mordę), ale przemierzymy też pokryte śniegiem górskie szczyty skandynawskie. Podczas owej podróży będziemy mieli okazję pomachać sobie rytmicznie owłosieniem głowowym, potupać nóżką niczym stary dziad na koncercie, co to chciałby ruszyć w tan, ale już reumatyzm nie pozwala, albo pomachać w powietrzu zaciśniętą piąstką, że tam niby się komuś odgrażamy. „Herald the Dawn” zawiera tyleż brutalizy co i chwytliwej melodii. Nie sposób bowiem zarzucić tym kompozycjom, że są po prostu wpadające w ucho. Oczywiście, żeby sprawa była jasna, nie mówimy tutaj o In Flames czy jakichś groove metalach, tylko o melodii mającej swój odpowiedni ciężar wagowy. Zresztą mamy jej w tych ośmiu kompozycjach kilka odłamów, od amerykańskiej po francuską czy nawet islandzką. Niby przez trzydzieści pięć minut nie znajdziecie na tym wydawnictwie nowych środków, a mimo to „Herald the Dawn” brzmi świeżo, intensywnie, na swój sposób oryginalnie. Dzięki temu słucha się go bardzo dobrze, lepiej, jeszcze lepiej, przy kolejnych odsłuchach. Pod względem brzmienia nie będę się produkował, bo w przypadku tego bandu jest to sprawa wiadoma. Wszystko cyka tu prawilnie, jak cykać powinno. Zresztą panowie zaznaczyli, iż żadne poprawki na pierwotną wersję nagrań nie zostały nanoszone, zatem możecie sobie wyobrazić jak organicznie to chodzi. Dobry album. Jak komuś podeszły przynajmniej poprzednie dwa, to ten może kupować w ciemno.

- jesusatan