środa, 19 sierpnia 2026

Recenzja Wolfbastard „Satanic Scum Punks”

 

Wolfbastard

„Satanic Scum Punks”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026


Uwielbiam takie odkrycia. Chociaż słowo „odkrycie” powinienem chyba napisać w cudzysłowie, bo Wolfbastard maja już na koncie trzy duże albumy, a milusio zatytułowany „Satanic Scum Punks” jest ich czwartym, wydanym w pierwszym kwartale bieżącego roku. Od kilku lat mam straszną fazę na granie punkowo / crustowo / blackmetalowe (choć z drugiej strony nie szperam w Internetach jak szalony), i taką właśnie muzykę gra trio pochodzące z Manchesteru. W zasadzie mógłbym o tym trwającym niecałe pół godziny krążku napisać jedno zdanie. Klasyka gatunku. A najlepszym odnośnikiem byłby zapewne szwedzki Wolfpack / Wolfbrigade. Bardzo dziwnym zbiegiem okoliczności Brytole też mają w nazwie zespołu wilka, prawda? No dobra, ale powiedzmy sobie szczerze, czerpać inspiracje, czy momentami nawet kopiować, też trzeba umieć. Wolfbastard to prawdziwy dynamit, wulkan energii, wkurwiona brygada pijaków, którzy w drodze z pubu do domu tylko patrzą, co by tu rozpierdolić, i komu zrobić krzywdę. Na płycie mamy jedenaście kawałków, zagranym w tempie typowo crustowym, z powszechnym d-beatem w roli głównej. Linie gitarowe są o tyle proste, co kurewsko chwytliwe i melodyjne, a kolejne kompozycje są liściem wymierzonym na twarz każdego pozera. Powala mnie naturalność, z jaką panowie nasączają swoje dźwięki kipiącą agresją. Tutaj się nie da siedzieć spokojnie na dupie, bo adrenalina na to nie pozwala. Zwłaszcza jeśli słyszy się taką piosenkę jak „Hail Satan Kurwa”, zawierającą kilka kluczowych słów z naszego słownika, a będącą małym tributem dla polskich metalowców uczęszczających na gigi Wolfbastard. Dobrze się domyślam, co musi się wówczas dziać na afterkach. Oczywiście podany przykład jest tak samo reprezentatywny dla całości, jak jakikolwiek inny numer, bo płyta nie zawiera słabych punktów, jest ciągłym wciskaniem pedału gazu do dechy, i jazdy na oślep z zamkniętymi oczami. Teksty są wręcz banalne, pełne „fuck”ów i bardzo bezpośredniego języka, zatem przekaz zrozumie nawet wiejski głupek. „Satanic Scum Punks” to wyśmienity materiał, którego słucha się z uśmiechem na twarzy i zaciśnięta pięścią w górze. Kto nie zna (a domyślam się, że chłopaki niezbyt są w naszym kraju popularni, bo nie słyszał o nich nawet mój znajomy, który w gatunku na pewno siedzi bardziej niż ja), niech sprawdza, bo to crustowe napierdalanie na najwyższym poziomie.

- jesusatan





Recenzja BOCC „Demolarium”

 

BOCC

„Demolarium”

Night Terror Records 2026

 


Ci trzej panowie pochodzą z Barcelony, gdzie grają sobie razem od 2019 roku. Jedenastego septembra wyjdzie ich drugi krążek więc maniacy gęstych potraw oraz ci, którzy czekają na powtórkę z rozrywki od BOCC już niedługo, będą mogli się w nowych dźwiękach tej kapeli pławić. Jeśli nie słyszeliście poprzedniej, ani w ogóle żadnej produkcji BOCC, to musicie wiedzieć, że doom-death w ich wykonaniu robi wrażenie. Ja, wcześniej nie miałem o ich istnieniu pojęcia, tym bardziej „Demolarium” wgniotło mnie w fotel. Hiszpanie młócą w starym stylu, fantastycznie łącząc ze sobą wspomniane gatunki, co owocuje ciężką muzą, która złożona jest z zawiesistych, wolnych akordów i słoniowatych galopad w średnich prędkościach. Do tego Barcelończycy dokładają sporo groove’u, ale nie znaczy to, że świetnie będziemy się przy tym albumie bawić. Te chwytliwości powodują tylko to, że metal grany przez BOCC wchodzi gładko, nie stając w gardle. To i dobrze, i w sam raz, bo szlam wydobywający się z instrumentów tego tercetu jest naprawdę skondensowany. Oprócz mazistej struktury posiada jeszcze coś, a mianowicie klimat, w którym śmierć, towarzyszący jej rozkład i przerażenie, są wręcz namacalne. Poza tym, że zsyła potężną dawkę miazmatów i kruszy kości, to doskonale atmosferyzuje, budząc lęk ponurymi riffami i solówkami. Materiał wygenerowany na gruboziarniście przesterowanych gitarach i skrajnie mięsistym basie, który momentami tak rezonuje, że od jego drżenia można dostać mdłości. Dalej to potężna perkusja, której obsługiwacz łupie w nią jakby od niechcenia oraz głębokie, przepełnione flegmą growle. Doom-death metal, w którym odnajdziecie tony flaków, tyle samo błota i nie wiem, ile litrów krwi. Brud, złowieszczość i zgnilizna. Płyta skomponowana umiejętnie, tak aby jej jaskiniowość nie nużyła, lecz przyciągała do siebie na dłużej. Bezlitosna miazga.

shub niggurath




 

wtorek, 18 sierpnia 2026

Recenzja Hell-Born „VII”

 

Hell-Born

„VII”

Deformeathing Prod. 2026

Opóźniło się z deka wydanie tego materiału. Najpierw nowy Hell-Born miał ukazać się nakładem Odium Records, co jednak nie doszło do skutku, z powodów które pozwolę sobie pominąć milczeniem. Potem trzeba było poczekać kilka kolejnych miesięcy, bo plany wydawnicze Deformeathing były wcześniej ustalone, ale w końcu jest! Jest, i prezentuje się nad wyraz zgrabnie, na pewno na tyle, że nikt, kto czekał, nie poczuje się zawiedziony. Bo, po pierwsze, Hell-Born nowej formuły nie odkrywa, nie szuka po kątach czegoś, co nie wiadomo czy w ogóle zgubił, tylko gra swoje. A po drugie, potrafi jednak w tej swojej stylistyce nie wałkować w kółko tych samych tematów. „VII” jest krążkiem nieco innym niż „Natas Liah”. Powiedziałbym, że nieco… bogatszym. Więcej na nim choćby melodii. Ale nie takiej łatwo wpadającej w ucho, tylko wolnodojrzewającej. Nie będę ściemniał, po pierwszej rundzie nie piałem nad tymi utworami z zachwytu. Natomiast „VII” zaczął we mnie mocno rosnąć przy trzech kolejnych podejściach. Może dlatego, że album ten nie wali od pierwszych sekund bezpośrednio w ryj, działając raczej jak trucizna, infekując i rozpracowując odbiorcę w sposób bardziej taktyczny, zaplanowany. Same składniki nie uległy znacznej zmianie. Znajdziemy tu odwołania do klasycznego, głównie niemieckiego, thrashu, a także sporo tradycyjnego death oraz black metalu. Szczegółowa analiza to jednak dzielenie włosa na czworo, bowiem naprawdę na przestrzeni jednej tylko kompozycji można paluchem wytknąć wszystkie wymienione przed chwilą gatunki. Ale niech takim przykładem będzie „The One with Horns”, gdzie mamy oldskulowy, deathmetalowy riff do wolniejszego headbangingu, potem szybkie, melodyjne, blackmetalowe tremolo, a pod koniec przejście w kostkowanie bardziej tradycyjne, o thrash się ocierające. A wszystko razem wymieszane w sposób świadczący jedynie o doświadczeniu i umiejętnościach muzyków. Na tym krążku sporo jest przejść między tematami, sporo zwolnień i przyspieszeń, stylistycznego urozmaicania akordów, nawet lekko wybiegających poza szablon wariacji wokalnych, tutaj naprawdę dużo się dzieje. I czuć w tym ciężar, bez względu na dyktowane w danym momencie tempo. Powiem zatem krótko. „VII” to kolejna odsłona Hell-Born takiego jaki lubicie (jeśli lubicie), w lekko podliftingowanej formie. Moim skromnym zdaniem, materiał ten jest zauważalnie lepszy niż poprzedni, a przecież i jemu niewiele dało się zarzucić. Jestem w pełni usatysfakcjonowany. Gwarantuję, że też będziecie.

- jesusatan




Recenzja Bloodmother „Militant Black Magic”

 

Bloodmother

„Militant Black Magic”

Time to Kill Records 2026

 


Bloodmother to świeży szyld z fińskiej ziemi, który został powołany do życia w 2021 roku, choć źródła internetowe twierdzą, że było to dwa lata później. Nieważne. Finowie wydają właśnie swoją pierwszą płytę, która dostępna będzie we wrześniu. Co grają? Cóż, black metal, nawiązujący do tradycji kraju, z którego pochodzi ten kwintet. Nie są to jednak odpustowe przytupajki, lecz potężna dawka wścieklizny, którą zarazić się jest nietrudno. Na pierwszy rzut ucha może się wydawać, że „Militant Black Magic”, to nic innego jak tylko hipnotyczna napierdalanka, która oparta jest na kilku zapętlonych riffach i tremolo, ale gdy uważnie wsłuchacie się w ten materiał, to odkryjecie, że oprócz jednostajnego mielenia jest tu coś jeszcze. Chodzi o niesamowitą rytmikę, która nie tylko wypływa z takichż, okresowo pojawiających się akordów, ale tą, generowaną bezpośrednio przez bębny i bas, które do spóły robią czarcią robotę, podbijając „pełną kurwę” tego black metalu do granic możliwości. Poza nawałnicą jadowitego kostkowania, Bloodmother dostarcza sporo bujanek, złośliwych chwytliwości oraz monumentalnych, średnich temp, które atakują brutalnie i konsekwentnie wbijają w glebę. Diabelszczyzna zagrana na ostrych, kąśliwych gitarach i dźwięcznej sekcji. Okraszona gniewnymi wrzaskami wokalisty, sunie do przodu, nie pierdoląc się w tańcu, zmiatając swym podmuchem wszystko, co spotka na swojej drodze. Zimny i wkurwiony black metal, który nie cierpi sprzeciwu. Wrogo nastawiony, wżera się w organizm każdym porem skóry, agresywnie go infekując. Bezpośrednio, bez ozdobników i z szybkością, za którą, gdyby nie zmiany w kostkowaniu i rytmice, trudno by było nadążyć. Brzytwa jakich ostatnio mało na rynku.

shub niggurath




poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Recenzja Atomic Aggressor „The Occult Forces”

 

Atomic Aggressor

„The Occult Forces”

Hells Headbangers 2026

No i jest też nowy Atomic Aggressor. Nagranie drugiej płyty zajęło Chilijczykom, bagatela, dwanaście lat. Była co prawda po drodze EP-ka, ale to też dobre siedem lat wstecz. No i co z tego, skoro na sam debiut czekać trzeba było niemal dwie dekady, zapytacie? Ano nic, bowiem w temacie muzycznym niewiele się u chłopaków zmieniło. „The Occult Forces” to circa czterdzieści minut muzyki takiej, do której panowie, mimo bardzo powolnego trybu pracy, nas przyzwyczaili. W zasadzie mamy tutaj samą klasykę death metalu, z niewielkim thrashowym nalotem. Lata dziewięćdziesiąte kłaniają się w pas, a nazwy takie jak Sadistic Intent, Morbid Angel czy Possessed same się cisną na usta. Atomic Agressor jest kolejnym przedstawicielem gatunku, którego narodzin, albo przynajmniej najwcześniejszego etapu, muzycy doświadczali osobiście. A że czas im się wówczas zatrzymał, to i nie poszukują skarbów na ziemiach nieodkrytych, tylko jadą po staremu, na wskroś archaicznie, w duchu tego, co mnie w muzyce deathmetalowej rozkochało. W tych ośmiu kawałkach jest tyle chwytających za serce melodii, tyle ostrych riffów, tyle wyśmienitych solówek, że paluszki lizać. A owe odwołania do wspomnianych powyżej prekursorów, nawet jeśli obecne w każdej niemal chwili, nie ograniczają się bynajmniej do zwykłego kopiowania. Atomic Aggressor potrafią komponować swoje piosenki z wyczuwalną łatwością, w sposób naturalny, niewymuszony, a odnośniki w nich zawarte są po prostu tym, co im w sercu wybrzmiewa. Ponadto da się tutaj wyczuć ten południowoamerykański sznyt, który dodaje metalowi śmierci ze wspomnianego zakątku globu charakterystycznego posmaku. Słychać, że nie jest to muzyka tworzona przez laików, że panowie z deathmetalowego pieca niejeden chleb opędzlowali. Dlatego może słucha się „The Occult Forces” z podniesionym ciśnieniem i wielkim uśmiechem na twarzy. Nie będę zatem bił piany, tylko powiem krótko. Sprawdzajcie ten krążek, bo chuj wie, ile będziemy musieli czekać na kolejny, albo czy w ogóle się doczekamy. Bardzo dobre staroszkolne granie.

- jesusatan




 

Recenzja Vulgar Mephitis „From Dust”

 

Vulgar Mephitis

„From Dust”

Willowtip Records (2026)

 


Willowtip Records już niejednokrotnie pokazywała, że ma smykałkę do wyszukiwania niebanalnych zespołów, nie oglądając się na podgatunku metalu. Nie inaczej jest w przypadku Vulgar Mephitis, kwartetu z Pensylwanii, który niedługo zadebiutuje albumem „From Dust” w barwach lokalnej wytwórni. A cóż ten album przynosi? Już sama okładka zdradza, że będziemy mieli do czynienia z dość klinicznym death metalem, czyli zapewne dość brutalnym. I tak też jest w rzeczywistości – Vulgar Mephitis po wstępnym flircie z melodyjkami i uśpieniu czujności słuchacza atakuje technicznym, brutalnym, ale i dość klasycznym metalem śmierci. Cisną się tutaj porównania z Dying Fetus czy z nieco nowszymi bandami pokroju Unfathomable Ruination. Zwraca uwagę intensywność, gęstość i bardzo wysoki poziom wykonawczy. Muzykom Vulgar Mephitis nie można w tym departamencie niczego zarzucić. Okazjonalne flirty z melodią dla jednych mogą być zgrzytem, dla innych zaletą, ale w ogólnym rozrachunku nie znalazłem tu niczego co by wywoływało konwulsje czy chociażby poczucie niezręczności. Od strony produkcyjnej też nie można powiedzieć tutaj złego słowa – materiał jest ciężki, masywny, jakby zdradzający pewne fascynację sceną HC. Trudno mi natomiast znaleźć w tych dźwiękach zręby własnego stylu, czy chociażby próbę poszukania własnej tożsamości. Dla mnie to brzmi dosłownie jak skrzyżowanie wspomnianych dwóch wcześniej zespołów plus szczypta melodii. Na debiut może i wystarczy, ale zastanawiam się, gdzie tu jest ta furtka na coś więcej. „From Dust” to bardzo rzemieślnicza płyta. Solidnie, a nawet bardzo solidnie wykonana, ale trochę mało atrakcyjna dla oka i ucha, bo niespecjalnie się czymś wyróżnia. Brakuje odcieni, brakuje tego „czegoś”. Ale to wciąż album na tyle dobry, że warto go posłuchać.

Harlequin




niedziela, 16 sierpnia 2026

Recenzja Solystalgia „Solystalgia”

 

Solystalgia

„Solystalgia”

Nameless Grave 2026

 


Solystalgia to nowy zespół zza Wielkiej Kałuży, ale od razu zaznaczam, że wcale nie jest to kolejny twór deathmetalowy. Tym razem trafia nam się trio, które preferuje smutki i tęsknoty. Nie będę kłamał, iż jest to jeden z moich ulubionych gatunków. Owszem, kiedyś też trochę skutkowałem, ale było to raczej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, i dość szybko mi przeszło. Może dlatego, że gatunek który zrodził się w umysłach muzyków Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema dość szybko się wypalił i skręcił mocno w nieco luźniejszym kierunku. Tenże właśnie odłam kontynuują Amerykanie. Owszem, wspomniane pierwowzory są chwilami słyszalne w ich twórczości. Trochę w melodiach, częściej w solówkach, momentami w melancholijnym sposobie śpiewania. Powiem tak… Nie jest to album zły. Wręcz przeciwnie, pod względem wspomnianej estetyki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Choćby dlatego, że muzycy potrafią budować przytłaczającą, łzawą atmosferę swoich kompozycji nie tylko za pomocą smutnych harmonii, ale i dość ciekawej budowie całości. Główne utwory, w których oczywiście króluje powolne i pogrzebowe granie z dużą dozą rozpaczy, bez przesadnych zepętleń, przeplatają instrumentalnymi przerywnikami, jeszcze bardziej pogłębiające w słuchaczu negatywne uczucia. Co warto zaznaczyć, nie są to upchnięte na siłę interludia, wrzucone na płytę tylko dlatego, by utrzymać wspomniany schemat, ale utwory mocno spinające całość, będące jakby drzwiami do kolejnej sali smutku w tworzonym przez zespół muzeum. Wokalnie na szczęście też jest nieźle. Nie ma przesadnego balansowania w kierunku czystego smęcenia, przeważają raczej growle, co akurat dla mnie stanowi wielki plus. Pod względem brzmienia też jest przyzwoicie, choć brakuje mi nieco więcej ciężaru na gitarach, brzmiących w tym przypadku bardziej Katatoniowato niż wspomniane na wstępie pierwowzory (zwłaszcza w początkowym okresie). Same kompozycje nie nudzą, a chwilami nawet pozytywnie zaskakują. Jak choćby ostatni, odstający nieco od całości (o dziwo!) lżejszym klimatem, akustyczny „Acceptance”. Jeśli ja nie wyrzuciłem tego materiału po trzech minutach do kosza, to już jest jakaś pozytywna rekomendacja. A jak powiem, że odsłuchałem go trzy razy bez ziewania, to jest to już rekomendacja spora. Fani Novembers Doom, October Tide czy innego Swallow the Sun powinni być “Solystalgią” zachwyceni. I w sumie nie będę się im dziwił.

- jesusatan