Lamenthum
„Lament I”
Black Death Prod. 2025
Pod koniec ubiegłego roku ukazał się nakładem krajowej
Black Death Production debiutancki krążek, również krajowego, Lamenthum,
zatytułowany po prostu “Lament I”. Jak
chłopak (bo twór ten to projekt solowy) jeszcze trochę pociągnie, to zapewne
tych „lamentów” będzie więcej. A obawy
lekkie mam, bowiem to, co znajdziemy na rzeczonym wydawnictwie, to black metal
w tonie bardzo mizantropijnym i depresyjnym, więc nie wiem, co mu do głowy
strzeli. No dobra, troszkę śmieszkuję, więc już wracam na poważne tory.
Depresyjny black, to nie jest coś, za co dałbym się pokroić. Z drugiej strony,
potrafię chyba spojrzeć obiektywnie, i docenić jakość muzyki, nawet tej nie do
końca będącej moim priorytetem. „Lament I”, rozpoczyna intro, po którym
następują cztery sześcio / siedmiominutowe kompozycje ociekające smutkiem. Czuć
w ich „głęboki dół”, o którym zresztą podmiot liryczny wspomina już w pierwszym
„właściwym” kawałku. Tytuł kolejnego też nie pozostawia złudzeń co do nastroju,
w jakim muzyk swoją muzykę przelewał na pięciolinię. Dźwięki te przesiąknięte
są negatywnymi uczuciami, a wspomniane teksty, oczywiście krzyczane i
deklamowane po naszemu, sączący się z nich ból, rozpacz i rozczarowanie życiem
tylko potęgują. I tutaj przyznać obiektywnie trzeba, że rzeczywiście przy
kompozycjach autorstwa Fossora, kto wrażliwszy, dość szybko może sięgnąć po
żyletki. Po pierwsze dlatego, że płynące powolnie, rzadko przyspieszające,
melodie, są tu wciągające, niczym narkotyk. A po drugie, wplatane tu co krok
fragmenty akustyczne, tworzą prawdziwie depresyjny nastrój. Pewnie, że to żadne
odkrycie, i mógłbym odnieść się w tej chwili do przynajmniej kilku
pierwowzorów, które to zapewne muzykowi przyświecały, tylko po co? Skoro czuć w
jego twórczości autentyczność, i to jest chyba w przypadku pierwszego lamentu
sprawą najważniejszą. Brzmienie tego albumu jest bardzo poprawne, bo właściwie
mam zastrzeżenia tylko do jednego elementu. I to też pod względem aranżacyjnym.
Są nim cykające w „Dół Dla Zapomnianych Dusz” (i gdzieś tam dalej) blaszki,
moim zdaniem zupełnie zbędne, sztucznie brzmiące, będące taką AI imitacja
Darkside’a z Mgła / Kriegsmaschine. Poza tym, jako całość, album ten bardzo
dobrze się broni. Dla zwolenników gatunku pozycja obowiązkowa do sprawdzenia.
Dla mnie też bardzo spoko.
-
jesusatan






