środa, 8 kwietnia 2026

Recenzja A.H.P. “Alltid imot deg”

 

A.H.P.

“Alltid imot deg”

Purity Through Fire 2026

Wiem, co sobie pomyślicie. Patrząc na okładkę tej płyty, oraz nazwę, będącą klasycznym skrótowcem, założycie, że to jakiś punkowy album, pewnie jedenaście prostych i szybkich numerów w osiemnaście minut. Ja się nabrałem!  W rzeczywistości A.H.P. stoi za „Against Human Plague” (taki zresztą był tytuł debiutanckiego krążka, wydanego dekadę temu przez Via Nocturna), a sam zespół tworzą dość znane z krajowego podwórka persony, stacjonujące obecnie w krainie fiordów. No i te fiordy są w przypadku muzyki zawartej na „Alltid imot deg” dość dokładnym drogowskazem. Album ten zawiera czterdzieści minut black metalu. Mimo iż dość zróżnicowanego, to spiętego wspólną klamrą północnego chłodu. Pierwsze cztery kompozycje to w zasadzie klasyka drugiej fali black metalu ze wspomnianego półwyspu. „Souls to Inhale” stanowi raczej spokojny wstęp, bo sama kompozycja nie jest zbyt szybka, za to usłyszymy w niej klasyczne tremolo i wbijającą się niczym gwóźdź w dłoń Nazareńczyka melodię. „Lust for Murder”, żeby było zgodnie z tytułem, to wściekły blast, zapętlone akordy i intensywne wokale. Acz, żeby nie było dokładnie tak jak na „Panzer Division Marduk”, to w połowie mamy kilka taktów akustycznych i moment ambientowy. „In Endless Disgust” kapkę wchodzi na poletko deathmetalowe (ten riff do rytmicznego headbangingu!), choć z drugiej strony ma momenty „francuskie”. Marszowy kawałek, chyba najbardziej zapadający w pamięć, mimo iż sporo się w nim dzieje. W „Nocturnal” też mamy małą sinusoidę tempa, gdzieś tam śmignie dysonans, za to faktycznie wieje z tego numeru nocnym mrozem. Album zamyka tytułowy piętnastominutowiec, który od całości różni się już nie tylko samymi aranżami, ale i brzmieniem. To, nie jest tak nordyckie, a bardziej industrialne, mechaniczne, suche. Nawet perkusja chodzi tu w stylu automatu. Dodatkowo w tle pojawiają się nieco kosmiczne klawisze, a wokale przejmuje JRMR, zdzierając swoim sposobem gardziel do krwi, pod koniec nawet po naszemu. Trochę może ten numer kojarzyć się z Mysticum, właśnie poprzez wspomniany industrialny vibe. Fantastyczna kompozycja, choć w zasadzie będąca jedynie idealnym podsumowaniem bardzo dobrej płyty. Płyty będącej pełnym wachlarzem pomysłów, spojrzeniem na black metal z kilku perspektyw, jednocześnie bardzo spójnej i wciągającej. Mi się cholernie podoba, dlatego jeszcze dłuższą chwilę pogości w moim odtwarzaczu. Bardzo silna rzecz.

- jesusatan




Recenzja Tarask „Sitra Ahra”

 

Tarask

„Sitra Ahra”

Antiq 2026

To francuski, jednoosobowy projekt, który pochodzi z Marsylii i na ten czas, wydaje swój drugi album. To sześć dość długich numerów, które utrzymane są w black metalowym tonie. Diabelszczyzna jak to u Francuzów, którzy lubią modyfikować bądź rozwijać ten gatunek. Jak zwał, tak zwał. W przypadku „Sitra Ahra” mamy do czynienia z ujęciem modernistycznym, które wybrzmiewa rzecz jasna, po francusku. Jest to przyciężkawy i całkiem gęsty bleczur, który oprócz tremolando i klasycznego kostkowania, uderza w atonalne rozwiązania. Objawiają się one w formie dysonansowych uderzeń czy też zwolnień, którym towarzyszą plątaniny zimnych dźwięków. Oprócz tych zabiegów Tarask częstuje także nastrojowymi wstawkami, wygrywanymi na syntezatorach i nieprzesterowanych strunach przy asyście desperackich wręcz płaczliwych krzyków wokalisty lub aksamitnego, kobiecego śpiewu. To mieszanka gwałtownych, lodowatych i klimatycznych akordów, które są kontynuacją poprzedniej płyty, zarówno w warstwie dźwiękowej jak i tekstowej. Black metal o introspektywnym charakterze, wykorzystujący zasoby drugiej fali i nowoczesnych brzmień. Trochę zalatuje podejściem islandzkim, bowiem i tutaj znajdziemy pełno szybkich i kaskadowych riffów, które pędzą w takt łomoczącej perkusji. Ich dysonansowe pływanie wraz z atmosferycznymi wtrętami, stanowczo, lecz i delikatnie zapraszają do osunięcia się w błogi trans, z którego okresowo jesteśmy wybudzani przez brutalne zrywy. Dla fanów współczesnego black metalu, który stawia na wielowarstwowe i gęste tekstury o atmosferycznym zacięciu.

shub niggurath




wtorek, 7 kwietnia 2026

Recenzja Sznur „Cwel”

 

Sznur

„Cwel”

Godz ov War 2026

Bardzo obawiałem się piątej płyty wałbrzyskiego Sznura. Głównie dlatego, że chłopaki, zwłaszcza na poprzedniej płycie, zaczęli poniekąd popadać w pewnego rodzaju schemat, tudzież powtarzalność. Obawami tymi podzieliłem się zresztą z wydawcą, który powiedział mi jedno. „Posłuchaj, a zobaczysz”. Też mi odkrycie. Jednak w tym przypadku, już po jednorazowej konsumpcji „Cwela”, wiedziałem, co człowiek miał na myśli. Nie, nie to, że muzyka Sznura uległa jakimś drastycznym przepoczwarzeniom. To nadal, w głównej mierze, ten sam, miejski black metal, ze swoim charakterystycznym obliczem. Wykreowanym, nie odtworzonym, czyniącym Sznura zespołem oryginalnym i rozpoznawalnym. Co zatem na „Cwelu” jest nowego, a co pozostało niezmienne? Zacznijmy od drugiej części pytania. Nadal jest to muzyka oparta na skandynawskim black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Wciąż jest zdecydowanie niestandardowa, wystawiająca środkowy palec współczesnej scenie, zwłaszcza tej „prawdziwej”. Maniera wokalna także pozostała niezmienna, bo słowa wypluwane są tu w identyczny sposób jak w piosenkach dotychczas poznanych. Także same teksty, nawiązujące do doświadczeń ZerO z wszechogarniającą patologią. Co się zmieniło? Przede wszystkim „Cwel” jest krążkiem jeszcze bardziej skocznym i tanecznym. Oczywiście mówimy tu o standardach nie wymykających się drugiej fali, podkreślam, black metalu. Gdybym miał być bezczelnie prostolinijny, to powiedziałbym, że nowe nagrania zespołu są taką wariacją na temat późniejszego Satyricon, bo odwołań do twórczości Satyra słyszę tutaj na potęgę. Oczywiście nie są to patenty powielane metodą dźwiękonaśladownictwa, ale jednak słyszalne. Poza tym, Sznur jakby więcej wlał w swoje utwory, co się poniekąd łączy z poprzednim porównaniem, nawiązań do tradycyjnego thrash metalu. Niektóre riffy, gdyby tylko obedrzeć je z północnego brzmienia, mogłyby być synami filarów rzeczonego gatunku z lat osiemdziesiątych. No i jeszcze jedna rzecz. Mianowicie, zdaje mi się, że Sznur albo celowo, albo naturalnie, mają coraz bardziej wyjebane na ogólnoprzyjęte standardy. I chyba każdy, kto posłucha „Cwela” będzie wiedział o co mi chodzi. No chuj, muszę zjeby dotyczące zespołu (które już sobie w głowie pomalutku układałem) odłożyć na następny album, bo tego materiału skrytykować nie potrafię. Sznury dały radę, i to mocno, bo „Cwel” jest na pewno lepszym krążkiem niż „Ludzina”. I chyba to styknie za podsumowanie.

- jesusatan




Recenzja Relic „Crown of Flies”

 

Relic

„Crown of Flies”

Self-Release 2026

To nowy Relic z amerykańskiej ziemi, bo trochę już ich tam było, zresztą nie tylko w USA. Ten jest świeżą kapelą, która na początku kwietnia wyda własnym sumptem tą epkę. Są to cztery, krótkie pociski, którym za detonator posłużył gęsty death metal z małym pierwiastkiem „czerni”, lecz nie tylko. Od pierwszych taktów uwagę na siebie zwracają bębny, która niewyobrażalnie łomoczą, wtórując plątaninie riffów, zagranych na ciężkich gitarach, generujących brutalne akordy w stonowanym tempie. Przeradzają się one okresowo w szybsze kanonady w towarzystwie perkusyjnych blastów, ale piskliwymi, układającymi się w schizoidalne melodie zagrywkami, które niekiedy wyłaniają się z głównych tekstur, Amerykanie również potrafią zaskoczyć. Całości towarzyszą głębokie growle i szatańskie wrzaski, co oprócz śladowej na „Crown of Flies” ilości form muzycznych związanych z diabelszczyzną, ma chyba stanowić ukłon w kierunku szatańskich dźwięków. Jednakże jest to muzyka, która swoim usposobieniem jednoznacznie kojarzy się z brutalnym metalem śmierci. W tym przypadku to mozolne i monumentalne rzępolenie, które miażdży żylastym brzmieniem i niszczy, rzadko przełamywaną jednostajnością. To potężny monolit, który został zarejestrowany w laboratoryjny sposób i niestety dzięki temu, wybrzmiewa nieco sztucznie. Poza tym, mocno mi tu zalatuje nowoczesnym detem, z którego niekiedy wyłażą modne, death-core’owe naleciałości. Mało brudu, nikły stopień diaboliczności, za to mnóstwo krwistego mięcha, a jak mi się wydaje, nie taki był zamiar, tak przynajmniej wynika z notki informacyjnej dołączonej do tego materiału. Cóż pierwszy krok bywa trudny, choć to dziwne, ponieważ wykonali go starzy wyjadacze. Może dalej będzie lepiej: czytaj [mroczniej i po diabelsku uwodzicielsko].

shub niggurath




poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Recenzja Vomitory „In Death Throes”

 

Vomitory

„In Death Throes”

Metal Blade Rec. 2026

Pamiętam jak dziś… W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych szwędałem się ze znajomym po giełdzie w Lubinie, bo chłop szukał jakiejś części do samochodu czy coś. Było tam malutkie, niepozorne stoisko, na którym można było zanabyć płyty kompaktowe. Głównie disco polo i inne gówna. Nie wiem nawet, z jakiego powodu zacząłem koszyk przeglądać, i nagle wpadła mi w oko okładka z metalowym logo, i leżącymi na glebie upapranymi krwią zwłokami. Oczywiście kupiłem w ciemno, gdyż nazwa Vomitory nic mi wtedy nie mówiła. Wróciłem do domu, odpaliłem, i… dosłownie wyrwało mnie z kapci. Głównie z powodu, że szwedzki death metal można było grać, mimo wszystko, nieco inaczej niż cała masa naśladowców Dismember i Entombed. Od tamtej chwili upłynęło trzydzieści lat. A bracia Gustafsson nadal nieugięcie stoją na posterunku, w twierdzy zwanej Swedish Death Metal, wypluwając właśnie swój jubileuszowy, dziesiąty album. Nie będę kłamał. Niektóre z ich płyt gdzieś mi po drodze umknęły, jednak po kilku rundach z „In Death Throes” stwierdzam jedno. U chłopaków nic się nie zmieniło. Ich muzyka nadal ma to samo pierdolnięcie, za które ich pokochałem. Nowe kawałki to ostra jazda z koksem, najczęściej na wysokich obrotach, z zachowaniem tego idealnego balansu między brutalnością a melodią, naturalną swobodą wyrażania myśli, tak muzycznie, jak i poprzez głębszy niż średnia statystyczna, a jednocześnie dość czytelny, wokal. Nie ma co prawda na tym albumie niczego, co przez Szwedów nie zostało zagrane wcześniej, jednak szacunek za te nagrania mają u mnie ogromny. Dlaczego? Bo nie są zespołem pokroju Cannibal Corpse, zjadającym własny ogon, czy Deicide, starający się kopiować samych siebie, z marnym zresztą skutkiem. Vomitory nadal jest Vomitory, tak samo naturalnym, jak za czasów pierwszych płyt. Takiego death metalu po prostu chce się słuchać. Te ciężkie harmonie, te wpuszczające do utworów nieco powietrza solówki, ten, że tak to nazwę, instynkt, dzięki któremu muzyka zespołu potrafi powalić słonia, a chwilami nieźle rozbujać, to w zasadzie znak firmowy chłopaków z Karlstad. Dziesięć płyt. Nie każdy zespół potrafi nagrać aż tyle, nie tracąc po drodze ani odrobiny wigoru i pasji dla własnej twórczości. Vomitory potrafią, czego dowodem te trzydzieści siedem minut, nomen omen, wymiocin. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania? Odpowiedź na każde z nich jest jedna. Szwedzki, kurwa death metal!

- jesusatan




Recenzja Kerzenlicht / Kirous „Split”

 

Kerzenlicht / Kirous

„Split”

Signal Rex 2026

Oto Panie i Panowie split dwóch fińskich kapel, które parają się surowym black metalem. Na pierwszy ogień idzie młody duet Kerzenlicht, który w zeszłym roku zaszczycił świat debiutanckim demosem. Zapodają oni tutaj cztery numery o budowie cepa, czyli prostota górą. Niewyszukane tremolo, trochę bicia w tłumione struny, kilka sprzężeń i jest. Piwniczne widziadło o ziarnistym brzmieniu, dudniącej sekcji rytmicznej i wrzaskliwych wokalizach, które zawodzą jakby sam Saruman kopnął w kalendarz. Pędzi ono w zmiennych tempach, częstując brudnymi riffami, od czasu do czasu sypie szronem i w d-beatowe puszcza się tany. Skłonności do fińskich melodyjek sobie nie odmawiając, serwuje je z chęcią, co w sumie zbytnio nie przeszkadza, bo jarmarczne harmonie omija szerokim to łukiem, choć niekiedy zbliżyć się na niebezpiecznie bliską odległość lubi. Po około dwudziestu minutach Kerzenlicht ustępują pola Kirous, który jest solowym projektem gościa, udzielającego się w White Baroness, mającym na koncie już kilka demosów. Po krótkim wstępie, w którym chyba świerszczą świerszcze, ruszają dwa, diabelskie kawałki. U tego pana jest poważniej, mocniej i mniej piwnicznie. To ostry, o silnym brzmieniu bleczur, który płynąc w średniej agogice, przywołuje zimę choć wiosna już za oknem. Materiał od Kirous jest bardziej dopracowany zarówno na płaszczyźnie produkcyjnej jak i w warstwie kompozytorskiej. Kroczy dostojnie, snując ponure akordy, z których momentami bije mistycyzmem i rytualną aurą. Zalatuje z nich także ponurym romantyzmem, gdyż fińska potrzeba nostalgicznych chwytliwości jest zapewne wpisana w genom tej nacji. Swój twardy black metal Kirous uzupełnia o nastrojowe przerywniki i solówki, co urozmaica aranżacje, ale również delikatnie rozmywa okultystyczny klimat więc nie wiem czy to dobry pomysł.Obydwie kapele grają czarcią surowiznę, lecz w odmiennych ujęciach. Mnie bardziej podoba się to drugie, gdyż jest dojrzalsze i solidniejsze. U Kerzenlicht słychać młodość i małą nieporadność, ale z czasem pewnie będzie tylko lepiej. Jeśli lubicie fiński black metal, to ten split jest dla was.

shub niggurath




niedziela, 5 kwietnia 2026

Recenzja Fayenne “The Calling from the Depth”

 

Fayenne

“The Calling from the Depth”

Nigredo Prod. 2026

No, teraz to mi następny (po Godz ov War) Pan Wydawca podesłał niezły orzech do zgryzienia. Kolejny band, w którym trzy czwarte składu stanowią jakieś dupy, co to zamiast zająć się czymś bardziej praktycznym i pożytecznym, postanowiły grać black metal. Mało! Na dodatek, jak twierdzi Encyklopedia Metalu, pośpiewać przy tym o supremacji kobiet! O żesz kurwa twoja w dupę zapiedolona mać! Tego jeszcze nie grali. No to posłuchamy, nie? „The Calling from the Depth” to osiem numerów w klimacie nordyckiego black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Razem trzydzieści pięć minut muzyki. Zagranej całkiem poprawnie, chwilami nawet ciekawie, bo ostrzejszych riffów, także z pogranicza thrashu, a momentami i punka, czy swobodnie płynących melodii znajdziemy tu sporo. Oczywiście porównań do klasyków sceny, głównie norweskiej,  nie da się nie zauważyć, bo jest tu i Satyricon, i trochę Kvist, Sacramentum, czy pięćdziesięciu innych kapel. Jednak bez znacznych przechyłów w którąkolwiek stronę, co chyba należy uznać za plus, bo panie przynajmniej próbują mocno w garnku mieszać po swojemu (czyli, nie będzie im chłop podpowiadał, jak grać mają!). Większość płyty mieści się w tempach średnich, z raczej nielicznymi przyspieszeniami, ale, ponownie, nie śmierdzi tutaj ani powtarzalnością, ani, co najważniejsze, zwykłą nudą. Przyznam, że znajduję na tym albumie przynajmniej dwa duże plusy. Pierwszym jest brzmienie, tak klasyczne, a jednocześnie mroźne, że faktycznie mogą się przypomnieć czasy minione. Przy okazji, linie gitarowe chwilami wchodzą w bardziej atmosferyczny klimat, przez co krajobrazy pokrytych śniegiem górskich szczytów same malują się przed oczami, i można sobie pod nosem zanucić „Mother North”, żeby było w konwencji. Drugim punktem wartym uwagi są, o dziwo, wokale. Obawiałem się typowego, babskiego skrzeku, natomiast pani Andrea zdziera struny głosowe w bardzo wysokich rejestrach, a jej wrzask można by, przy odrobinie dobrej woli, określić jako żeński odpowiednik Jana Transeth’a, śpiewaka z demówki In The Woods… Tak na dobrą sprawę, to poza wspomnianym feminizmem nie ma się tu z czego ponabijać, bo panienki naprawdę dają radę. Z drugiej strony, nagrania te nie wybijają się zbytnio ponad średnią światową, stanowiąc solidny, zgrabnie poukładany materiał na kilka odsłuchów. Można zatem sprawdzić jako ciekawostkę, albo nawet zakupić, żeby mieć na półce coś z gatunku Feministyczny Black Metal. Ja tam jednak wolę Szatana. Bo to, jak by nie patrzeć, chłop. A z chłopami na tematy muzyczne dogaduję się zdecydowanie lepiej.

- jesusatan