Lead
Injector
„Witching Attack”
High Roller Rec. 2026
Szczerze uśmiałem się, kiedy pierwszy raz spojrzałem
na okładkę debiutanckiego krążka Lead Injector. Przebrana za wiedźmę metalówa
(lub wiedźma ubrana jak fanka metalu) napierdala z bliskiej odległości z
szotgana w łeb próbującego dorwać ją kościotrupa. No wyborny obrazek, nawet jak
na wszechobecny w tym gatunku muzycznym, często zamierzony kicz, jest to lekko
już koślawe. Nie czepiajmy się jednak, bo nawet jeśli muzyka byłaby
rewelacyjna, to zaraz nie trzeba kupować koszulki z tym motywem. A czy muzyka
Niemców faktycznie jest rewelacyjne? Nie. Ale bardzo, ale to bardzo konkretna,
choć skierowana do ściśle określonego odbiorcy. Zapewne zdążyliście już na tyle
połączyć kropki (te podstawowe - nazwa, tytuł, okładka, może nawet pochodzenie
muzyków) by wywnioskować, iż Lead Injector to granie w stylu retro. Tak, to
trio młodych (patrząc na zdjęcia to nawet bardzo młodych) chłopaków umiłowało
sobie granie z lat osiemdziesiątych. Na tyle, że chwycili za instrumenty, i
postanowili stworzyć coś, co kiedyś było nowatorskie, potem stanowiło
inspirację dla kolejnych pokoleń, a dziś jest gatunkiem, który tak naprawdę
nigdy się nie zestarzał i nie stracił na sile przekazu. Przynajmniej w moich
oczach. Czy w ramach thrash / speed metalu można stworzyć cokolwiek nowego?
Nie, kurwa, nie można. Można za to zagrać stare melodie w taki sposób, by na
twarzy zamiast grymasu politowania pojawił się wielki banan. Lead Injector jadą
szablonem. Tu wezmą kawałek Sodom, tu Kreator, gdzie indziej Destruction albo
Protector, pokruszą, zlepią z tego nowy wzór własnego pomysłu, dorzucą bardziej
blackmetalowe wokale, i mamy „Witching Attack”. Płytę, której słucha się bardzo
dobrze, choć chwilami miałem wątpliwości, czy aby dany numer to nie jakiś
cover, bo przewijające się przez te trzy kwadranse melodie są miejscami bardzo
sugestywne. No weźmy taki „Chains”… Przecież ten numer jest jak żywcem wyjęty
sprzed czterech dekad, i albo chłopaki tak bardzo potrafią w te klocki, albo ja
jestem ignorantem, i faktycznie jest to numer jakiegoś klasyka. Zresztą
podobnych momentów jest tu więcej, a płyta z numeru na numer zdaje się
przyspieszać i rozkręcać (no, może z chwilowym zwolnieniem przy „Infinite
Force”). Przerobiłem ten materiał kilka razy pod rząd, i powiem wam, że jest on
odwrotnie proporcjonalny pod względem jakości do wspomnianego na samym wstępie
obrazka. Jak lubicie stare granie, bierzcie i pijcie z tego wszyscy. Jak was
schabowy z garmażerki znudził dwie dekady temu, to nie macie czego tu szukać.
Wszystko w temacie.
-
jesusatan






