Galibot
„Catabase”
Les Acteurs de l’Ombre Productions 2026
Reedycję debiutanckiego krążka Galibot przedstawiałem
wam jakiś czas temu, zatem teoretycznie powinniście być w temacie. Dla
przypomnienia jednak, zespół ten para się black metalem o tematyce kopalnianej.
Konkretniej, zgłębia historię, często tragiczną, kopalń północnej Francji. Jeśli
mowa o black metalu z Francji, to zapewne z założenia pojawią się u was myśli
skierowane w stronę Deathspell Omega czy Blut Aus Nord. Spieszę zatem, by
wyprowadzić was z błędu, bo muzyce Galibot bliżej jednak do bardziej
tradycyjnego grania z okresu drugiej fali, niż etapu późniejszego. Co stanowi
podstawę „Catabase”, a jednocześnie jest największą zaletą tej płyty, to jej pokryta
kolcami melodyjność. Pod tym względem muzycy naprawdę wypracowali złoty środek,
bowiem ich kompozycje, zazwyczaj utrzymane w szybszym tempie, naprawdę potrafią
wkręcić się mocno pod kopułę, kusząc co chwilę mocno bujającym motywem,
jednocześnie będącym niczym zatrute jabłko. Pełnym jadu. Mnóstwo na tym krążku
harmonii opartych na lodowatych tremolo o skandynawskim rodowodzie, choć
jednocześnie zespół nie gubi po drodze swojego rodowodu, nawiązując z lekka do
sceny rodzimej. Rzecz w tym, że nawet jeśli przez chwilę złapiemy ich na
czerpaniu z konkretnego wzorca, dosłownie kilka chwil później owo porównanie
staje się nieadekwatne, lub nieaktualne. Bo bogactwem pomysłów Francuzi mocno
zaskakują, (w samym tylko „Voreux” znalazłem odniesienia od Bathory po Dissection),
nie wciskając jednocześnie do swoich utworów niczego na siłę. Wspomniane
melodie wypływają tutaj z siebie naturalnie, naturalnie się zmieniają i
uzupełniają w taki sposób, by napięcie ani na chwilę nie spadało, a płyta
trzymała nas przy sobie do ostatniego dźwięku. Powiem szczerze, że słuchając
„Catabase” mam silne skojarzenia z naszą Furią (tą wczesną) i Mgłą, bo sposób w
jaki Francuzi budują atmosferę swoich nagrań mocno przypomina naszych klasyków.
Że już nie wspomnę, ileż to razy w przeciągu tych czterdziestu dwóch minut
zostałem zmuszony do poderwania się z krzesła, bo przy serwowanych akordach po
prostu nie byłem w stanie usiedzieć. Pochwalić też należy śpiewającą tu panią.
Growl Diffamie jest co prawda rozpoznawalnie żeński, ale emocje, które laska z
siebie wylewa, są ponadprzeciętnie prawdziwe i przeszywające. I pod tym
względem nie drażnią mnie nawet czyste, pojawiające się w kilku miejscach
zaśpiewy. Bo raz, że zostały zastosowane z umiarem, a dwa, bez nich opowieść
Galibot byłaby najwyraźniej niekompletna. Przyznać muszę, że od bardzo
obiecującej „Euch’mau Noir”, zespół faktycznie poszedł do przodu. Niby
stylistycznie wielkich zmian nie ma, ale za to kompozycyjnie „Catabase”
postawiłbym o półkę wyżej. Nie przeoczcie tego krążka, bo jest cholernie dobry!
-
jesusatan






