środa, 29 lipca 2026

A review of Deceptor “Reign of Terror”

 

Deceptor

“Reign of Terror”

Dying Victims Prod. 2026

 


Bloody hell, what a punch! Just imagine: a bunch of lads from Raleigh, North Carolina, decided to play some old-school thrash metal. They picked up their instruments and, as the old rule dictates, recorded a demo first, then an EP, and now, under the wings of Dying Victims, a label exceptionally adept at unearthing young talent from the underground, they’re presenting to the world their full-length debut. Under a not particularly original name. After all, there are, or have been, at least a few Deceptors. With a rather banal title, and… rather banal music. Anyway, who would expect the German label to take on experimental bands? Probably no one familiar with their catalogue. ‘Reign of Terror’ is just over half an hour of music in ten chapters. Ladies and gentlemen, what a marvellous blend of all the best elements of old-school thrash metal, with a light sprinkling of death metal influences it is! I’m on my knees in an instant. The opening riff alone is a vivid reminder of S.O.D.’s debut, a slap in the face to get your attention, as if the guys were saying, “Hey! Don’t asleep over there, we’re about to kick ass!” And they really do. With such energetic, high-octane thrash that your head just wants to mosh. And that goes for both the faster tracks and the slower ones, where the aggression is balanced out by the heaviness of the guitars. There isn’t a single chord here that doesn’t blow an old fart like me’s mind. Everything here is brilliant. The riffs themselves are classic in the vein of early Sepultura, Kreator, early Metallica, Coroner, and even Nocturnus (particularly in the solos and certain vocal and guitar lines). And that drumming, usually in the simplest, most uncomplicated way, is pure poetry. It’s heavily influenced by the ’80s and ’90s, and sounds exactly like it. If someone told me this material was recorded thirty-five years ago, I’d genuinely believe it! Vocally, we’re in more death than thrash metal territory, and the singing style itself is somewhat ‘barking’. On the subject of vocals, it’s worth noting that the band don’t cram them in wherever they can. A few tracks, usually shorter than the rest, are instrumentals. Or semi-instrumentals, like the final, absolutely mind-blowing ‘Corpse Corps’. A track where the only sung words are those in the title, after which Deceptor hits you right in the face with a solo that leaves you for dead. I’d give my right arm for albums like this, based on tried-and-tested formulas, yet so incredibly catchy. An absolute killer!

- jesusatan




Recenzja Cemetery Echo „Civitas Lacrimarum”

 

Cemetery Echo

„Civitas Lacrimarum”

Seeing Red Records 2026

 


Cemetery Echo pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie skład tej kapeli zawiązał się w 2019 roku. Po wydaniu dwóch epek, przyszedł czas na debiutancki album, który zawiera dziewięć kawałków, niosących ze sobą dźwięki o usposobieniu metalu gotyckiego. Jednakże gatunek ten w wykonaniu tego kwintetu, jest bliższy klasycznemu ujęciu rocka gotyckiego, tego z lat osiemdziesiątych w stylu chociażby The Sisters of Mercy czy też wczesnego The Mission i Love Like Blood. Oczywiście Amerykanie dokładają do gotyckiego trzonu sporo thrashującego kostkowania, elementów z post-punka, a i kilka zagrywek z pierwszej fali black metalu też się na „Civitas Lacrimarum” znajdzie. Połączenie kilku sposobów na uprawianie metalu i nie tylko metalu, owocuje czymś na wzór „Vision Thing” wspomnianej wyżej grupy z Leeds, choć nastrojowego bujania pod „First and Last and Always” również tutaj nie brakuje. To mroczna, tajemnicza i upiornie romantyczna produkcja, oparta na pulsującym basie, dźwięcznych i przerażająco zimnych gitarach, które oprócz charakterystycznych, wysokotonowych akcentów, wygrywają świdrujące riffy. To także i rzecz jasna czyste oraz dość nisko zawieszone wokale, i w tym przypadku żywa perkusja, która dzielnie towarzyszy dominującemu w sekcji rytmicznej basowi, bo to wokół niego oplatają się ornamentalne, gitarowe akordy, nieco shoegazowe pływy czy silniejsze, biczujące kostkowanie. Świetny materiał dla wielbicieli tradycyjnego rocka gotyckiego, który został przez Cemetery Echo wyraźnie zmetalizowany, co dodało mu większej siły wyrazu i odświeżyło jego formę sprzed lat. Polecam, ciekawy powiew z przeszłości, ale ubrany w teraźniejszość. Bardzo udany debiut.

shub niggurath


https://cemeteryecho.bandcamp.com/album/civitas-lacrimarum

wtorek, 28 lipca 2026

Recenzja Ripper „Towards Rebirth”

 

Ripper

„Towards Rebirth”

Dark Descent 2026

Tych gentlemanów przez dłuższą chwilę u nas nie było. Dokładnie siedem lat, bo wtedy to właśnie pisałem w tym miejscu o ich EP-ce „Sensory Stagnation”, która wbrew tytułowi wcale stagnacją nie była. W międzyczasie Chilijczycy dali jeszcze o sobie znać demówką i jakimś splitem, ale nie zmienia to faktu, że od ostatniej pełnej płyty upłynęła równo dekada. Czas na kolejną był zatem najwyższy. Pod względem oczekiwań byłem raczej umiarkowanie spokojny. Nie oczekiwałem bowiem, że panowie rozłupią mi łeb po raz kolejny, jak w przypadku „Raising the Corpse”. Oczekiwałem albumu z dobrym, energicznym death / thrash metalem. I taki dokładnie dostałem. Na szczęście, co gdzieś mnie tam z tyłu głowy uwierało, moje obawy o lekką zadyszkę Ripper zostały szybko rozwiane. Nie bez znaczenia w tym temacie jest chyba fakt całkowitego przemeblowania składu przez lidera zespołu. Nowi muzycy, świeża krew, zawrzało zatem ponownie. Na „dzień dobry” mamy intro, a potem to już jazda na całego. Panowie się nie oszczędzają, w wyniku czego tempo mamy na tym krążku niemal przez cały czas mocno podkręcone. Nie brak tu zadziornych riffów, bardzo dobrych solówek i buchającego siarczystym płomieniem ognia. Poza ścieżkami gitar, mocno nawiązujących do takich klasyków jak Kreator, Sodom, czy też z innych części globu, Sadus albo Dark Angel, świetną robotę robi tu pałker. Jego staroszkolny, klasyczny styl gry idealnie pasuje do całości i jest jednym z jaśniejszych punktów „Towards Rebirth”. Niby nic odkrywczego, ale mocno rzuciło mi się w uszy. Wspomnieć też można o basie, gdyż ten także chwilami mocno daje o sobie znać, i to w bardzo Sadusowym tonie. No i wokale. Intensywne, konkretne, jak za dawnych lat. Zaletą tego wydawnictwa jest fakt, że nie ma tutaj żadnych słabych punktów. Jest nad wyraz równo i solidnie, na tyle, iż można bez ściemniania potwierdzić, iż Ripper trzymają fason, a ich najnowsza płyta żadnego fana rozczarować nie powinna. Na koniec tylko dodam, że chętnie bym sobie tych Chiliczyków obejrzał w wersji live, bo dotychczas nie było okazji, a jestem przekonany, że byłby niezły rozpierdol.

- jesusatan




poniedziałek, 27 lipca 2026

Recenzja Saprovore „Numinous Abditory Deflagration”

 

Saprovore

„Numinous Abditory Deflagration”

I, Voidhanger Rec. 2026

Lubicie popierdoloną muzykę? To mam coś dla was. Saprovore to solowy projekt gościa, który dał się już poznać z dobrej strony przy okazji wydanego w zeszłym roku debiutu Strigiform. O ile tamten twór był awangardową wizją death/black metalowego amalgamatu, to pod nazwą własną Włoch poszedł jeszcze dalej. Zdecydowanie dalej. „Numinous Abditory Deflagration” to niemal pięćdziesiąt minut… muzycznego dysonansu. I nie mam tu na myśli linii gitarowych charakterystycznych dla sceny francuskiej, bo tego instrumentu tutaj (chyba) w ogóle nie ma. Bas, owszem, gdzieś tam w tle wybrzmiewa, choć też nie mam pewności, czy to aby nie elektroniczna imitacja. Mówiąc „dysonans” mam na myśli ogólne, że tak to nazwę, szaleństwo. Improwizacja, to pierwsze słowo które przychodzi mi na myśl. Na tej płycie przeważnie panuje totalny chaos. Weźmy choćby pod lupę perkusję. Bardzo często bije ona mechaniczny rytm w okolicach blastu, jakby zaciął się automat perkusyjny, i nikt nie był w stanie wyciągnąć bezpiecznika by odciąć dopływ prądu. Pędzi ona zatem na złamanie karku, zupełnie nieadekwatnie do tego, co się w koło dzieje. W innych miejscach pojawiają się z kolei rytmy o wiele bardziej złożone, niemal jazzowe, też nie zawsze pasujące do reszty. Ową resztę stanowią z kolei głównie klawisze. Raz płynące powoli, niczym w klimatycznym black metalu, budując tło sielskie i anielskie, lulając do snu i opowiadając starodawne historie. Gdzie indziej przechodzą one w rejony bardziej symfoniczne. Może nie tanecznie symfoniczne, bardziej Emperorowe, pełne napięcia i niepokoju. Do tego dochodzą jakieś niby-trąbki czy inne dźwiękowe ornamenty. I wokale. Dzikie szepty, jakieś charczenia, głównie przesterowane i odgrywające rolę kolejnego instrumentu, bowiem wychwycić z nich jakichkolwiek treści raczej się nie da. Trochę to przypomina holenderski Gnaw Their Tongues, zwłaszcza pod względem nieszablonowości i schizofrenicznego nastroju. Napięcie na tym krążku raz rośnie, raz opada, ale cały czas tworzy klimat oczekiwania na coś, co za chwilę ma nastąpić. Niebanalną rolę odgrywa tu także brzmienie. Wspomniana perkusja brzmi mocno industrialnie, powiedziałbym nawet, że noise’owo. Sama blachy brzęczą, zdają się wręcz falować jak na zdartej kasecie, podczas gdy elektronika występuje na plan pierwszy. Nie ma w tych kawałkach za grosz klasycznego układu. Tutaj wszystko jest nieprzewidywalne, sprawiające wrażenie bałaganu. Dopiero po jakimś czasie ów bałagan zaczyna układać się w coś bardziej logicznego, i wtedy okazuje się, że wszelkie kłody, które kompozytor rzuca słuchaczowi pod nogi, mają swój cel. Że tutaj jednak każdy instrument odgrywa ważną, wyznaczoną mu rolę, a w umyśle schizoidalnym można jednak odkryć jakiś większy sens. Debiut Saprovore nie jest wydawnictwem łatwym do ogarnięcia. Wymaga czasu i, przede wszystkim, skupienia. Jeśli jesteście gotowi na wyzwania, to serdecznie zapraszam do analizy „Numinous Abditory Deflagration”. Niezwykle intrygujący album.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/numinous-abditory-deflagration

Recenzja Temple of Dread „Dreadspawn Dominion”

 

Temple of Dread

„Dreadspawn Dominion”

Testimony Records 2026

To już szósta płyta tej niemieckiej kapeli, która zdążyła zaznaczyć swoje miejsce na europejskiej, death-thrashowej scenie. Panowie od momentu powstania Temple of Dread nie próżnują i dość regularnie wydają płyty. Najnowszy krążek „Dreadspawn Dominion” zawiera obok intro dziewięć numerów, które częstują mieszanką wspomnianych wyżej gatunków. To siarczysty koktajl złożony z riffów w różnych tempach, które przeplatają się z ponurymi tremolo. Niemcy używają ostrego, uwierającego brzmienia, co podkreśla jadowitość muzykowania tej brygady, a mięsista sekcja rytmiczna zagęszcza wiosła, trzymając wszystko w jednej kupie. Kupa ta, tnie do kości, ale nie używa do tego bata, lecz tępego tarnika więc zabiegi stosowane przez Temple of Dread bolą dogłębniej. Te energiczne akordy, posępne melodie i gniotące kostkowanie w średniej agogice oraz wolny palm muting robią naprawdę dobrze. Zdaje się, że jest to zasługa swoistego połączenia szwedzizny, starej, teutońskiej szkoły i małej domieszki deta z USA, co kreuje maszynę, która zrywa tkankę mięśniową do kości. „Dreadspawn Dominion” to mięso oddzielone mechanicznie, zatem delikatniejszym uszom może zaszkodzić. Fani tradycyjnego grania, zakorzenionego w przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych znajdą tutaj wszystko, co lubią. Niszczące blasty, wbijające w glebę walce, mroczne solówki, a także wkręcające się boleśnie, wysokotonowe zagrywki, no i nie należy zapominać o surowych wokalach, bo wgryzają się swoimi zębami w czaszkę, jak w masło. Znajdą również duszny klimat, który zalatuje rzecz jasna śmiercią i odrobinę punkowym wkurwem. Olschoolowy death metal z mocnym, thrashowym pierwiastkiem, do którego dołożono trochę progresywnych zabiegów i momentami mocno, groove’owych rytmów. Różnorodny w budowie, lecz nie eklektyczny. Trzyma się dawno wypracowanego wzorca i dobrze mu z tym. Standardowo, ale z energią i jajem. Słychać, że ten kwintet lubi napierdalać w śmierć metal i wie, jak to robić.

shub niggurath




niedziela, 26 lipca 2026

Recenzja Horns of Abomination “Horns of Abomination”

 

Horns of Abomination

“Horns of Abomination”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Sentient Ruin Laboratories raczej rzadko wydają materiały demo. Rzadko nie znaczy jednak nigdy, bowiem „Horns of Abomination” demówką jest właśnie. Ten Amerykański, anonimowy twór swoją twórczość kieruje do bardzo specyficznego odbiorcy, a że wydawnictwo zawiera jedynie trzy kompozycje, zamykające się w dziesięciu minutach, to i poematów o nim pisać nie zamierzam. Sprawa jest totalnie prosta, zupełnie jak sama muzyka. Lubicie prymitywne blackmetalowe wysrywy pokroju Von czy wczesny Beherit? No to proszę się częstować. Powiedzieć o tych nagraniach, że są surowe, to jak nie powiedzieć nic. Garażowe brzmienie, z brzęczącą niemiłosiernie perkusją, przefuzowane gitary, schowane w tle, przesterowane wokale, i banalne w sumie linie gitarowe. Lo-fi na pełnej. Wspomniana perkusja to już naprawdę szczyt prostoty. W zasadzie można powiedzieć, że zmian rytmu nie ma tutaj w ogóle. Jak się zaczyna na jednostajnym łupaniu, tak się kończy. O melodii zapomnijcie. To mechaniczna ściana dźwięku z wybuchającymi niczym wulkan wspomnianymi wokalami, równie szablonowymi co i cała reszta. Jeśli ktoś chciałby zamanifestować swoją nienawiść do współczesnego black metalu, romansującego z gatunkami odległymi, pełnego wyszukanych harmonii i pełnego patosu, to wyraziłby ją dokładnie w ten sposób, co ludzie tworzący Horns of Abomination. Krótko i odsadnie. Ten materiał to kolejna pozycja do kolekcji dla antyfanów ewolucji, rozwoju, poszukiwań. „Horns of Abomination” to bezceremonialne „fuck off” do współczesnej sceny, zwłaszcza do tych, którzy nazwą je bezsensownym buczeniem. Tyle w temacie. Każdy z was już wie, czy po tą demówkę w ogóle sięgać, czy kompletnie ją zignorować.

- jesusatan




Recenzja Gorge „Deeds of Horror”

 

Gorge

„Deeds of Horror”

Time to Kill Records 2026

To świeża kapela z włoskiej ziemi, bo powstała w zeszłym roku. Po drodze do „dzisiaj” nagrali dwa demosy i singla, ale wszystko w formie digital. Pod koniec sierpnia ukaże się ich debiutancki krążek w postaci „Deeds of Horror” właśnie. Muzyka jaką tworzy ten duet, to brutalny metal śmierci, więc panowie szyją gęstym ściegiem. Wszystko co fan barbarzyńskiego grania z domieszką gore’a lubi, to znajdzie na tym albumie. Ciężkie jak piorun gitary i taka też sekcja rytmiczna, z której na pierwszy plan wybijają się „garnkowate” werble. Głębokie growle, knurze pomrukiwania i dzikie wrzaski. Ołowiane zwolnienia i o podobnej wadze średnio-tempowe riffy oraz palm mutingi. Szalone przyspieszenia, przechodzące w grindowe blasty. Nie martwcie się, bo są jeszcze schizoidalne solówki, jest i trochę uwierających wysokotonowych zagrywek, a i także kilka piskliwych zjazdów po gryfie. Całość to osiem utworów, które trwają niespełna dwadzieścia osiem minut, zatem dostajemy od Włochów temat treściwy. Jak na dzisiejsze standardy, kawałki są krótkie i chwała im za to. Napierdalają rzęsiście i siermiężnie przynoszą morowe powietrze, wypełnione zapachem rozkładu. Mieli to i ciąży na duszy, przygniatając do gleby. Depcze po plecach, brzuchu i głowie, obracając słuchaczem na wszystkie strony jak lalką. Krwisty i obrzydliwy death metal w klasycznym dla tego ujęcia wydaniu. Jaskiniowa muza, czasem chaotyczna, a innym razem idealnie ukierunkowana na konkretny wpierdol. Gwałtowna i intensywna jazda, która wypełzła z tradycyjnej brutalności. Taki unowocześniony Dying Fetus po prostu. Już wiecie, czy sięgniecie po „Deeds of Horror”?

shub niggurath