Complexant
„Apex”
Bleeding
Art Collective 2026
Czy jestem fanem deathcore’a? Nie. Czy Complexant grają deathcore’a? Tak.
Po co zatem sięgnąłem po ten album, skoro już na starcie wiadomo, że mi się nie
spodoba? A bo ja wiem. Może dlatego, że co jakiś czas mam ochotę jednak
sprawdzić, czy w gatunku nie należącym do moich priorytetów coś się ruszyło. A
może po prostu dlatego, że akurat w chwili gdy piszę te słowa ma miejsce
premiera „Apex”, to sobie włączyłem. Powiem obiektywnie w ten sposób… Debiut Australijczyków
zawiera wszystkie „zalety” rzeczonego gatunku, jak i uwypukla jego wady. To, że
zalety, pod tytułem napierdalanie na maksa, na niemal nieprzerwanym blaście,
tak, by trzęsła się podłoga, intensywne riffowanie z wieloma technicznymi
wątkami, tasowanie akordami i darcie ryja na potęgę jakoś do mnie nie zawsze
przemawiają, ma w tym przypadku uzasadnione podstawy. Po pierwsze, pędząca na
oślep perkusja jest OK., ale jedynie w przypadku, jeśli nie brzmi jak
wysterylizowana spirytusem lotniczym, by żaden najmniejszy brudzik na niej nie
osiadł. Tutaj mamy coś, co nazywam ludzkim triggerem. Czyli, umiejętności panu
bębniarzowi nie odmawiam. Twierdzę jedynie, że są one niczym wykastrowany
pittbull. Techniczne zawijańce, owszem. Ale w przypadku deathcore’a mam
wrażenie, że kompletnie zmniejszają one agresję płynącą z tej muzyki, a
chwilami są wepchnięte tylko dlatego, że tak wypada (podobnie jak core’owe
zwolnienia, które są powszechnie stosowane chyba metodą kopiuj / wklej),
żeby było, że umiemy w gitary. Wściekłe wokale, spoko. Uwielbiam pod tym
względem Barneya. Ale, i proszę mi to wyjaśnić jak czterolatkowi, po kiego
grzyba wpierdalać między nie te zaśpiewy, które z założenia mają być czyste, a
brzmią niczym pijacki fałsz przy budce z piwem? No i kolejna sprawa, która jest
może rzeczą gustu. Complexant, razem z innymi przedstawicielami gatunku, zdają
się grać w kółko dwie / trzy piosenki na krzyż. Wszystko jest tutaj boleśnie
przewidywalne, powtarzalne, i na dłuższą metę (czytaj: powyżej dziesięciu minut)
męczące. Mam jednak znajomych, którzy tę płytę bankowo przytulą do serca, bo
oni w takie grzańsko na współczesną nutę bardzo lubią. Mi w tym brakuje duszy,
brakuje brudu, pomysłów, brakuje mi po prostu metalu na jakim dorastałem. Zatem
po raz kolejny podziękuję. Ale zwolennicy Origin, Wormed czy Spawn of
Possession powinni być zadowoleni.
-
jesusatan






