czwartek, 6 sierpnia 2026

Recenzja Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

 

Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom

“Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026

I jeszcze jeden split nadesłany z Murder Records. Tym razem dzielony na trzy części, choć trwający razem jedynie siedemnaście minut. Najpierw Hessian. Amerykanie nie pierdolą się w tańcu. Oni generalnie tak jak zeszli do podziemia, tak w nim tkwią, i ani myślą łba wyściubić. Pięć minut surowego black metalu na blaście. W tym przypadku brzmienie jest nawet stosunkowo czyste (jak na Hessian), choć i tak osadzone w standardach undergroundowych. „The Invocation of Attiga” to taki trochę hołd dla „Panzer Division Marduk”, bo przerwy na odpoczynek tutaj nie ma najmniejszej. Jest za to wkręcająca się w głowę, zapętlona melodia, która nagle gaśnie w objęciach czegoś na kształt ostatniego tchnienia. I wokalny dialog między wrzaskiem o growlem, niczym padające z dwóch stron komendy do ataku. Bardzo dobry numer. Drugi zresztą niewiele gorszy, będący poniekąd kontynuacją pierwszego, czyli ponownie galop, w tym przypadku jednak w krótkimi przerwami na złapanie oddechu. I świetnie brzęczącymi blachami.  Immortal Flame są (a właściwie „jest”, bo to solowy projekt kolejnego muzyka z ADHD) ze Szwecji. Od niego też dwie piosenki, co ciekawe trwające dokładnie tyle samo, czyli dwie minuty i czterdzieści siedem sekund. Podobnie jak u Amerykanów, jest to surowy black metal, oparty na nieskomplikowanych chwytach, o piwnicznym brzmieniu i klimacie, z mocno zasyfionymi gitarami i wyraźnym basowym podbiciem. Trochę więcej tu wpływów pierwszej fali, szczególnie w „Here Rests Knowledge”, kawałku przypominającym nieco dokonania Venom. I na koniec Teufelsdom, czyli sataniści z Rosji. Tylko jeden utwór, za to aż sześciominutowy. Prosty jak konstrukcja cepa, czy  tam sierpa, trochę wolniejszy niż u poprzedników, lecz nie mniej surowy. Trochę to może przypominać początku black metalu z Norwegii, zwłaszcza spod znaku Darkthrone czy Burzum, ale w wersji mocno uproszczonej. Nieco inne są tutaj wokale, niby blackmetalowe, ale kapkę niższe, dochodzące jakby z jakiejś jamy. I za to akurat duży plus. Sam kawałek idealnie na ten split pasuje, bo poza ramy lo-fi się niespecjalnie wybija.  “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness” to kolejna pozycja wyłącznie dla maniaków surowizny. Fani bardziej mainstreamowego ujęcia gatunku mogą sobie to wydawnictwo z czystym sumieniem odpuścić.

- jesusatan




 

Recenzja Torpor „Ðungeon Ðescent”

 

Torpor

„Ðungeon Ðescent”

Dying Victims 2026

Torpor to warszawska kapela, której członkowie byli kiedyś związani z formacją Armagh. Jakiś czas temu, bo pod koniec lipca, ukazał się ich debiutancki album. Zaskoczenia nie ma, ponieważ to klasyczne granie, które jest fuzją epickiego heavy metalu i diabelskich dźwięków w stylu Venom czy bardzo wczesnego Bathory. Płyta ta, to siedem kawałków, stanowiących mieszankę heroicznych riffów, podniosłych melodii i agresywnych ataków. Do tego panowie dokładają sporo garażowo brzmiących solówek, black’n’rollowych bujanek i thrashowych akordów, a wszystkiemu towarzyszą czyste, klimatyczne śpiewy wokalisty i idealnie podbijająca dynamikę sekcja rytmiczna. To do bólu tradycyjne granie, które wyrasta z końcówki lat siedemdziesiątych i pierwszej połowy następnej dziesięciolatki, o atmosferycznym obliczu. Zadziwiające kojącymi i wzniosłymi chwytliwościami oraz zadzierżystością na starą modłę. Wchodzi to bez popitki i pozwala pławić się w swych nutach, tak jak degustator robi to pijąc wytrawną whisky. Tak jak można nie lubić tego trunku, tak też można nie gustować w muzyce, która łączy w sobie heavy i black metal i do tego udekorowana jest dość dużą dozą melodyki. Jednakże materiał ten jest skierowany nie do wszystkich, bo nie dla każdego są nastrojowe i zarazem mroczne kompozycje, które przypominają granie w rodzaju „Sword & Sorcery”, kojarzące się z Manowar tyle, że skonstruowane prościej i z mniejszym rozmachem. Cóż, wyraźnie majestatycznie, mocno piwnicznie i ze skrajnie staromodnymi manierami. Surowe brzmienie, przydymiona produkcja i tajemniczy klimacik. Mi robi to dobrze. Sprawdźcie, może wam też podejdzie.

shub niggurath




 

środa, 5 sierpnia 2026

Recenzja Black Witchcraft “Ex Ossibus Templum Ei Erigemus”

 

Black Witchcraft

“Ex Ossibus Templum Ei Erigemus”

Under the Sign of Garazel 2026

Toruński Black Witchcraft swoim zeszłorocznym debiutem doprowadził mnie momentalnie do pionu. Według mnie było to jedno z najlepszych wydawnictw Garazela w, bogatym przecież, katalogu. Kiedy dotarła do mnie nowa płyta zespołu, zastanawiałem się mocno, czy był to jedynie jednorazowy wybryk, czy chłopaki na poważnie zaznaczą swoją obecność w czołówce rodzimej sceny blackmetalowej. No to może od razu powiem krótko, młodzieżowym slangiem. Panowie dowieźli. I to, kurwa, jak! „Ex Ossibus Templum Ei Erigemus” jeśli nie jest płytą jeszcze lepszą niż „Stare into the Blackest Depths of Hell”, to przynajmniej jej dorównującą. Choć osobiście skłaniałbym się do opcji pierwszej. Naprawdę niewiele było do udoskonalania na debiucie, ale jeśli jakieś minimalne, niegodne uwagi, mankamenty tam się zauważało, tak teraz ciężko mi szukać dziury w całym. Black Witchcraft to jeden z najzdolniejszy uczniów norweskich profesorów. Słychać, że najczęściej uczęszczali na wykłady Pana Fenriza, Satyra czy Euronymousa. Zatem pisanie na temat tych nagrań jakichkolwiek rzeczy odkrywczych, tudzież rozkładanie ich na składniki pierwsze, mija się z celem, i nie sądzę, by Toruńczyki by się z tego powodu obrazili. Tym bardziej, że wytykanie im wspomnianych wzorców bynajmniej nie jest z mojej strony zarzutem. Powiem więcej. O ile taki Terrestrial Hospice potrafi czerpać z podobnych źródeł, a jednocześnie tworzyć dźwięki wprawiające każdego maniaka starej szkoły w ekstazę, to Black Witchcraft mogą stawać z nimi w szeregu. Podobne podejście do agresji, wręcz kipiącej z muzyki, podobne łączenie wścieklizny z melodią, niemal identyczne wzorce aranżacyjne, czyli wiele się dzieje, bo riff goni riff, ale z utrzymaniem pierwowzorów, oraz brzmienie… Surowe, zimne jak kostka lodu wrzucona do drinka, zarazem czytelne i pozwalające cieszyć się każdym detalem. Na dokładke wokale – niezwykle jadowite i pełne pasji, w niektórych momentach wchodzące też w rejony wikińskich zaśpiewów. No i nie zapominajmy o szybkości. Tak samo jak chłopaki z Gdańska, Black Witchcraft grzeją na potęgę, zwalniając jedynie w nielicznych momentach, będących idealnym uzupełnieniem owego galopu. Ich black metal to okuty but na ryj chrześcijaństwa, splunięcie w twarz zdychającemu na krzyżu, to wszelkie pierwotne ideały towarzyszące narodzinom drugiej fali. Bez dwóch zdań hord ten potrafią komponować numery, które naprawdę mogły by stać w silnej konkurencji dla sceny lat dziewięćdziesiątych. I to w zasadzie wszystko co mam do powiedzenia. Mnie „Ex Ossibus Templum Ei Erigemus” rozkłada na czynniki pierwsze, przywołuje wspomnienia, przyspiesza tętno do stanu przedzawałowego. Fenomenalny album. Dziękuję, do widzenia.

- jesusatan




Recenzja Scattered Remnants „Procreating Mass Carnage / Inherent Perversion / Destined to Fail”

 

Scattered Remnants

„Procreating Mass Carnage / Inherent Perversion / Destined to Fail”

Redefining Darkness Records 2026

To może być nie lada gratka dla wielbicieli klasycznego death metalu w wersji brutalnej. Stara kapela z USA wydaje swoje, wybrane trzy materiały, czyli demówkę, epkę oraz debiutanckiego longa, które pierwotnie ukazały się w latach dziewięćdziesiątych. To soczyste i barbarzyńskie granie, które leci przed siebie bez udziwnień, częstując sowicie łamiącymi kości kanonadami, miażdżącymi zwolnieniami i chwytliwymi, lecz piekielnie ciężkimi średnimi tempami. Zbiór tradycyjnego kostkowania, blastów, tłumienia strun i tremolo. Został on wygenerowany za pomocą gęstego brzmienia, które podbijają łomocząca perkusja i ultramięsisty bas, a towarzyszą wszystkiemu, rzygające growle. Scattered Remnants napierdala brutal-death metal, do którego wplata sporo elementów znanych ze slam metalu, zatem oprócz blast beatów, gniotących bujanek, dostajemy także pokaźną ilość rytmicznych riffów, breakdown’ów i palm mutingu z wychodzącym okresowo na pierwszy plan basem, i bulgoczącymi wokalami. Agresywna i brutalna muza odznaczająca się niezwykłą chropowatością oraz ciężkością. Niosąca ze sobą bestialskie dźwięki, które delikatniejszym uszom będą zapewne wydawać się zbyt wstrętne, aby ich słuchać. Przeznaczona do dewastacji produkcja, która nieustannie dudni, wpędza w szaleństwo i rani zgrzytliwymi akordami. Jeśli komuś połączenie Suffocation z wczesną Pyrexia i takim też Cryptopsy, to będzie się pławić w zachwycie, słuchając tego wydawnictwa. Do tego dorzućmy odrobinę Exhumed, Infester z Incantation i danie gotowe. Smacznego. Świetne przypomnienie tego co dawno zostało zapomniane.

shub niggurath




Recenzja Terrestrial Hospice „Omnicide - Chapter I”

 

Terrestrial Hospice

„Omnicide - Chapter I”

Edged Circle Prod. 2026

Terrestrial Hospice pod względem personalnym nikomu przedstawiać nie zamierzam. Bo trzeba być ignorantem, żeby nie wiedzieć kto zacz. Zespół wtargnął kilka lat temu do elity polskiego black metalu z kopyta, nawet nie wyważając drzwi, a dosłownie rozbijając je na drzazgi, roszcząc sobie prawo do tronu. Jednocześnie podzielił narodowe metalowe społeczeństwo na silnych antagonistów (a bo to wtórne, a bo tam gra Inferno z Behemoth, to pewnie umie podpromować byle gówno nazwiskiem) i bezkrytycznych wyznawców.  Prędzej zaliczyłbym się do tych drugich, bo tak po prawdzie gdański duet rozkłada mnie na łopatki od zarania. A ich koncerty jedynie udowadniają to, że chłopaki robią swoja totalnie szczerze, i w dupie mają opinie grupy pierwszej. Nowy materiał Terrestrial Hospice to osiem numerów będących rozwijaniem, tudzież kontynuacją, kursu obranego przy wypłynięciu z portu. Totalny kult drugofalowego, nordyckiego (głównie norweskiego) black metalu. Kurwa, jak słyszę zarzuty, że „to śmierdzi wczesnym Satyricon, Gorgoroth czy innym Immortal”, to odpowiem: Tak! Śmierdzi w chuj! Śmierdzi też kilkunastoma innymi filarami ówczesnego grania, i właśnie to jest wspaniałe. Że ktoś po tylu latach potrafi starego ducha wskrzesić w takiej postaci. A żeby była pełna jasność, to jest mnoga różnica między bezczelnym kopiowaniem, a wyciąganiem esencji z nauk, i zaparzania z niej własnego naparu. Skyggen i Inferno to starzy wyjadacze, żadne tam sezonowe chłopaczki. Oni na takiej muzyce dorastali, i taką muzykę teraz tworzą. Głównie dla tych, którzy wtedy, podobnie jak oni, doświadczali wybuchu drugiej fali, czytali z zapartym tchem o płonących kościołach, nie w Internetach, bo wtedy ich praktycznie nie było, ale w magazynach, zinach, z kilkutygodniowym / kilkumiesięcznym opóźnieniem. Kto tego nie przeżył, nie jest w stanie ogarnąć uczuć towarzyszących mi, i zapewne innym moim rówieśnikom, podczas obcowania z „Omnicide – Chapter I”. Mrówki nie nauczysz tańczyć, nawet gdybyś jej o Twiście opowiadał godzinami. Ech… Nowy album Terrestrial Hospice to niezwykle dojrzały, w pełni świadomy, wybitnie oldskulowy materiał zawierający wszystko, co black metal zawierać powinien. Jad, gniew, wspaniałe melodie, szorstkie wokale, arktyczny klimat, staroszkolny feeling, rzyganie na krzyż… A to wszystko ubrane w idealnie wyważone szaty brzmieniowe, w których każdy dźwięk jest idealnie słyszalny, nic nie ucieka pod przykrywką zaniedbania, a jednocześnie nie ma tu odstępstw od  pierwotnych standardów. Nie będę silił się na wskazywanie jakichś jaśniejszych punktów na tym albumie, bo ich po prostu nie ma. Tu wszystko tonie w mroku, śniegu i gęstym lesie. To jest blackmetal stuprocentowy. Nie wiem, czy chłopakom na krajowej scenie w tym roku ktokolwiek podskoczy, a i na światowej nie widzę legionu konkurentów. Dla mnie nowy Terrestrial Hospice to płyta absolutnie fenomenalna, przed którą klękam na oba kolanka. Ciężko będzie im ją przebić w przyszłości (a owo „I” w tytule zwiastuje chyba trylogię), ale jeśli „jedynie” utrzymają obecny poziom (brakuje im chyba z centymetr do sufitu) to i tak będę wpiekłowzięty.  Tak jak teraz.

- jesusatan




wtorek, 4 sierpnia 2026

Recenzja Death Invoker / Hessian “Bestial Sacrifice for Primitive Adorations”

 

Death Invoker / Hessian

“Bestial Sacrifice for Primitive Adorations”

Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026

Kolejny splicik z czarnej koperty, czyli tym razem Death Invoker i Hessian. Ci pierwsi pochodzą z Limy, grają ku chwale rogatego już dwie dekady, ale nadal bronią się przed wydaniem debiutu jak przed kąpielą w święconej wodzie. Z ich strony dostajemy cztery kawałki (z których dwa to instrumentalne wprowadzacze) black metalu, bardzo charakterystycznie dla tamtego rejonu świata, bo wzbogaconego thrashowym sznytem. Albo nawet odwrotnie, bo gdyby nie garażowe brzmienie i styl wokalny, powiedziałbym, że to bardziej thrash / death niż black. Rzeczone intra w stosunku do kompozycji właściwych są nieco przydługawe, bo niemal dorównują im pod względem czasu trwania, ale tak sobie panowie wymyślili. Numery Peruwiańczyków to klasyka podziemnej Ameryki Południowej. Słychać tu starą szkołę, są ostre riffy w stylu teutońskim, pogłosy na wokalach, ogień buchający z każdej nutki i charakterystyczny dla tamtejszego stylu klimat. Innowacji nie uświadczamy, ale po cholerę, skoro taka formuła doskonale się sprawdza od lat. Mi się tutaj wszystko zgadza, i nawet jeśli nie jest to poziom światowy, to na pewno bardzo solidny. Zresztą możliwe, że niektórzy z was band kojarzą, bo swojego czasu wydali też split z naszym Throneum. Ten również warto sprawdzić, tym bardziej, że Hessian zaznacza na nim swoją obecność (co prawda tylko przez pięć minut) w klasycznym dla nich stylu. Czyli szybko, na oślep do przodu, w stylistyce garażowo – wojennej. W ich przypadku nie ma już wątpliwości, że to black metal, i to bardzo minimalistyczny. Nordyckie tremolo, chwilami nawet melodyjne (jak na standardy do których zdążyli mnie przyzwyczaić), tempo śrubowane przez nieskomplikowaną perkusję (z zasady u Hessian jest to Pan Yamaha, ale w tym przypadku, nawet jeśli, to zaprogramowany bardzo po ludzku), wściekłe wrzaski i charczenia, klasyka surowego grania. Brzmi to jak podrzędny zespół podwórkowy, ale ma swój urok. Nie wiem, czy zniósłbym takie łomotanie przez czterdzieści minut, ale te kilkuminutowe wydawnictwa chłopaków z Atlanty wchodzą mi niczym igła w pośladek. Dobry split. Warto rzucić uchem.

- jesusatan

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Recenzja Hessian / Satanic Empire “Lucifer's Rising in Eternal Glory”

 

Hessian / Satanic Empire

“Lucifer's Rising in Eternal Glory”

Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026

Ostatnio listonosz podrzucił mi do skrzynki czarną kopertę, a w niej trzy nowe wydawnictwa amerykańskiego Hessian. Wszystkie z nich to splity, z zespołami z różnych części świata. W pierwszej kolejności wrzuciłem na ruszt materiał dzielony z brazylijskim Satanic Empire. Dlaczego? Bo jest najstarszy, ukazał się cyfrowo już niemal rok temu. Ze strony Amerykanów mamy na nim intro i dwa kawałki surowego black metalu. I o ile faktem jest, że za wielką wodą w ten gatunek muzyczny nie za bardzo potrafią, tak Hessian z tego utartego stereotypu chyba jednak nieco się wybija. Przede wszystkim podoba mi się bezkompromisowość tych trzech popaprańców. Tutaj „raw” jest faktycznie” raw”, i muzycznie, i brzmieniowo. Same numery są dość krótkie, bo maksymalnie trzyminutowe, szybkie, zbudowane dosłownie na kilku chwytach. Jednocześnie bardzo intensywne, nawet odrobinę chaotyczne, przez co mogące kojarzyć się nieco z Blasphemy i tworami podobnymi. Rzygające napalmem wokale, przekrzykujące się niczym stado demonów, piłujące bez litości gitary, i dudniąca, jeszcze bardziej podkreślająca profil lo-fi zespołu perkusja z gatunku automat. Zero finezji, czysty blackmetalowy płomień, dobitnie podkreślany przy okazji przez warstwę liryczno graficzną. Potem pałeczkę przejmują Brazylijczycy pod wodzą jegomościa o finezyjnym pseudonimie Lord Ba’alzebuth Kaos. W tym przypadku też mamy intro plus dwa, tylko że schodzimy jeszcze głębiej do piwnicy, przekraczając nieco przy okazji ową cienką granicę, o której tak często w swoich tekstach wspominam. W zasadzie po intro, niewiele tu słychać poza buczeniem, waleniem i rozstrojoną gitarą, która nawet jeśli wygrywa jakieś „melodie”, to zlewają się one w ścianę dźwięku, lub zagłuszane są łomoczącą perkusją. Te akordy, które się przez nią przebijają, brzmią natomiast trochę jakby ktoś dopiero uczył się grać na gitarze. W tle wybrzmiewają szczekane wokale, także dające dobitnie do zrozumienia kogo panowie kochają, a komu plują w twarz. Aha, trzecia ścieżka to cover Black Witchery, ale jeszcze prymitywniejsza od oryginału. Zusammen do kupy split ten trwa koło kwadransa, i skierowany jest raczej do maniaków bardzo głębokiego podziemia, którym może z głośników buczeć i bzyczeć, ważne żeby było dla Szatana.

- jesusatan