niedziela, 15 marca 2026

Recenzja Dødmoon „Demo MMXXV”

 

Dødmoon

„Demo MMXXV”

Signal Rex 2026

Dziś, demko fińskiego Dødmoon. Cała rzecz ma się w granicach piętnastu minut, więc będę się streszczał, bo i rozpisywanie się nad tymi trzema kawałkami krasomówstwa nie wymaga. Ktoś tam lubi staroszkolny, bo bólu surowy black metal? Do bólu, ale oczywiście nie przekraczający tej cienkiej linii, poza którą stoi tylko i wyłącznie minimalizm dla samego minimalizmu. Jeśli tak, to Dødmoon jest dla was. Chłopaki z kraju tysiąca jezior w sposób wyjątkowo udany przywołują ducha towarzyszącego pierwszym krokom drugiej fali black metalu. Co mnie urzekło na tym demo od pierwszej chwili, to cholernie szorstki wokal. Chłop, być może nawet jedyny członek odpowiedzialny za ten projekt, bo mam graniczące z pewnością przeczucie, że tak właśnie jest, zdziera gardło w sposób uwłaczający zdrowemu rozsądkowi. Za to już na starcie mega plus. Drugą sprawą są harmonie, nawiązujące z całą siłą do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, zwłaszcza tych rodzących się na Półwyspie Skandynawskim. Czyli trochę zadziornej melodii, ale przede mrożące do szpiku kości akordy, wulgarne i nie kłaniające się jakimkolwiek mainstreamowym trendom. Ścieżki perkusji może i nie są aż tak jednostajne jak na „Transilvanian Hunger”, ale w sumie niewiele im do owego ideału brakuje. Nie znaczy to jednak, że Finowie cały czas trzymają jednolite tempo. Wręcz przeciwnie. Taki „Victorious Sign of Arcane Madness” to niezły walec, z nawet wyjątkowo chwytliwą solówkę w drugiej części numeru. Z kolei ostatni na liście „Hail of Hellfire” ma przebłyski pod tytułem Impaled Nazarene, co w sumie logiczne, biorąc pod uwagę skąd oba zespoły pochodzą. Ah zo, jak to mówią Niemiaszki… Albo „podsumowując” (po naszemu), debiutanckie demo Dødmoon  to kawałek niezłego, po stokroć staroszkolnego black metalu, niczego do gatunku nie wnoszącego, ale starym dziadom mojego pokroju sprawiającego w chuj radości. Zalecam szybką randkę z tymi piosenkami.

- jesusatan




Recenzja Tårfödd „Mörkertäckerlivetsljus”

 

Tårfödd

„Mörkertäckerlivetsljus”

Purity Through Fire 2026

Pod koniec marca, wielbiciele tego szwedzkiego projektu będą mogli się nacieszyć jego najnowszą, szóstą już płytą. To dziewięć nowych kawałków, które w żaden sposób nie wskazują na żaden progres w muzykowaniu Simona Lindgrena. Czy to dobrze, czy źle, nie wiem. W każdym razie faktem jest, że na „Mörkertäckerlivetsljus”, w stosunku do poprzednich produkcji tej kapeli, nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu Szwed, komponuje smutaśny black metal, oparty na średnich i wolnych tempach, klasycznych riffach i tremolo. Całość kreuje melancholijny bądź depresyjny klimat. To pełne bólu i uczuć związanych z wyobcowaniem melodie, które podkreślone zostały klawiszowym tłem i klimatycznymi przerywnikami na nieprzesterowanych strunach i fortepianie. Oprócz przygnębiających akordów, Tårfödd potrafi również zerwać się do agresywniejszych rytmów i posypać szronem. Black metal od tego wykonawcy, to mieszanka cierpiętniczych riffów z tymi bardzie diabolicznymi, która jednak nie oferuje nic ckliwego. To raczej dźwiękowy obraz wyniosłego bólu i bezsilności niż rozmarzające piosenki nieszczęśliwego black metalowca. To zimna muza, która potrafi być siarczysta i zarazem fatalistyczna. Okresowo jednostajnym charakterem wprowadza w trans, aby nagle przerwać go brutalniejszym kostkowaniem. Nic nowego oraz nic szczególnie porywającego, ale na pewno nieco za długiego. Ot, kolejny materiał w atmosferycznym stylu, którego pełno na rynku. Gustujący w takim ujęciu rogacizny przyjmą go z otwartymi ramionami. Reszta może bez wyrzutów sumienia ten krążek sobie odpuścić.

shub niggurath




piątek, 13 marca 2026

Recenzja Undertaker „Demo(n)s”

 

Undertaker

„Demo(n)s”

Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)

 


Przed chwilą pisałem w tym miejscu o debiutanckim, nagranym po przeszło trzech dekadach, albumie szczecińskiego Undertaker, szczerze zresztą go polecając. Ale to nie wszystko, co wytwórnia dla nas przygotowała. Oto bowiem, do pary z „Epicentrum”, Black Flame Rebellion wypuszcza w świat wczesne nagrania zespołu, w postaci demówki „Hardnesss” z bonusami, oraz materiał promo z roku dziewięćdziesiątego szóstego. Czyli w zasadzie wszystko, co panowie zarejestrowali zanim się wzięli i rozpadli, łącznie równiutkie pięćdziesiąt minut muzyki. Czy warto sięgnąć i po te nagrania? Uważam, że warto. I to nie tylko z powodów sentymentalnych. Nie zaprzeczę, że „Hardness” nie był wydawnictwem mającymi jakiś wielki wpływ na ówczesną scenę metalową w naszym kraju. Tym bardziej, że przemknął gdzieś boczkiem, na wpół zauważony. Z drugiej strony, są to nagrania na tyle solidne i odzwierciedlające inwentarz death metalu lat dziewięćdziesiątych nad Wisłą, że dla każdego szanującego się maniaka rzeczonego okresu powinny stanowić cenną pozycję w kolekcji. Wczesny Grabarz to spora mieszanka stylistyczna. Na debiutanckim demo zespół trochę skakał z kwiatka na kwiatek. Bo jest tu klasycznie deathmetalowy „Drug Habit”, z obowiązkowym w tamtym okresie introsem, trochę bardziej klimatyczny, na zasadzie choćby Gorement, „Tremors”, szybki, niemal grindowy „Save Our Souls”, czy na wpół akustyczny, melancholijny „Disease Ensemble”. A to, tak dla informacji, pierwsze cztery kompozycje, w przytoczonej powyżej kolejności. Więcej tu Szwecji niż innych wpływów, i brzmi to naprawdę nieźle, a na pewno staroszkolnie, choć chwilami trochę nieporadnie (standard dla polskiej sceny z tamtych lat). Bonusy dołączone do demówki pochodzą z sesji odbytej rok później, są o wiele surowsze i zdecydowanie bardziej grindowe. Natomiast „Promo ‘96” (wcześniej go nie znałem), to zajebista wariacja na temat „Harmony Corruption” / „Utopia Banished” w demówkowej odsłonie. Przyznam, że jestem mocno zaskoczony poziomem tych nagrań. Naprawdę wyborne riffy, świetny, głębszy wokal pod Barneya (no kurwa, prawie bliźniak), klasyczne aranże… Nie wiem co to się stanęło, że po takim promo nikt zespołu nie wydał i nie wypromował szerzej, bo ten materiał to najwyższa półka! Nie wiem też, co się podziało, że panowie założyli potem bardzo średniawy Casus Belli, zamiast podążać dobrze obranym kursem. Wrócili na niego dopiero po trzech dekadach, ale o tym mogliście już przeczytać w tekście nawiązującym do „Epicentrum”. Powtórzę zatem to, co już napisałem – warto sięgnąć po te archiwalne nagrania, bo to klasyka rodzimego deta w bardzo dobrym wydaniu. Zalecam zaopatrzenie się w oba wydawnictwa Undertaker za jednym zamachem (i nie jest to żadna płatna reklama), bo naprawdę warto. Premiera już za kilka dni.

- jesusatan




Recenzja Candarian „Trepanación”

 

Candarian

„Trepanación”

Memento Mori/Me Saco Un Ojo (2026)

 


W ostatnich latach Kostaryka wypluła w świat kilka bardzo wartościowych, death metalowych tworów, by wymienić choćby Astriferous, Bloodsoaked Necrovoid czy Corpse Garden. Pochodzący ze stolicy tego kraju Candarian śmiało można dopisać do tej listy. Kwartet, w którego składzie znajdują się m.in. Felipe Tencio i Chris G. De Haan (obaj ex-Corpse Garden) oraz Jose Pablo Philips (Astroferous) uzupełnieni przez mniej rozpoznawanego perkusistę Pablo Umanę właśnie debiutują w barwach Memento Mori i Me Saco Un Ojo (odpowiedzialni za wydanie – odpowiednio – CD i LP) albumem „Trepanación”. Tym razem Kostarykańczycy postawili na klasyczny do bólu, chamski, amerykański, naładowany groovem death metal z pierwszej połowy lat 90. Jeśli lubicie Obituary, bardzo wczesny Cannibal Corpse, Baphomet czy Deteriorate to wiecie czego można się spodziewać, przynajmniej w punkcie wyjścia. Płyta przynosi siedem kompozycji operujących na ogranych do bólu, ale jakże kochanych schematach, pełnych mięsistych gitar, organicznej perkusji, klasycznego, głębokiego growlingu i chaotycznych solówek. Candarian łupie i gniecie w każdej sekundzie robiąc to bardzo skutecznie. Można odnieść wrażenie, że jest to muzyka prosta i grubo ciosana, ale nie trzeba poświęcić temu materiałowi dużo czasu, żeby odkryć, że jest to tylko wrażenie. Oczywiście, o żadnym technicznym death metalu mowy tu nie ma, ale nawet mniej wyrobione ucho wyłapie, zwłaszcza w pracy sekcji rytmicznej fajne przełamywanie rytmu, zadziorny i zauważalny bas i wcale nie takie schematyczne partie garów. Momentami Candarian brzmi jak odrobinę mniej zdziczała, ale i bardziej rozbudowana inkarnacja Torture Rack. Albo bardziej mięsiste Gutless. Tutaj trzeba wyraźnie podkreślić, że momentami te kawałki potrafią być naprawdę fajnie rozbudowane. Co prawda ani na chwilę nie opuszczają one deathmetalowego kondominium, ale zdecydowanie jest tu na czy ucha zawiesić. Klasycznie deathmetalowy cover zdobiący to wydawnictwo doskonale oddaje jego treść – krwisty, skuteczny, tłuściutki metal śmierci, który niczego nikomu nie usiłuje udowodnić. Oczywiście ten album nie zawojuje żadnej, końcoworocznej listy, ale to kawał dobrego grania i fani gatunku mogą brać ten materiał w ciemno. Polecam!

                                                                                                                        Harlequin




Recenzja Vanta „Perpetual Selection”

 

Vanta

„Perpetual Selection”

Independent 2026

Vanta to kapela z Australii, która po kilku krótkich wydawnictwach w wersji digital, postanowiła wypuścić debiutancki album. To, co za pośrednictwem „Perpetual Selection” oferują fanom muzyki metalowej, to nowoczesna odmiana deta, w którego tekstury ci trzej panowie wplatają sporą ilość core’a, melodyjności i technicznych zabiegów. Oprócz tego dodają znaczną porcję elektroniki, która oprócz kreowania atmosferycznego tła, przemyca do tutejszych aranżacji także trochę elementów techno. Zatem jest to coś w rodzaju współczesnej i popularnej, ciężkiej muzy, która odznacza się wyraźnym groovem i charakterystycznym vibem. Vanta serwuje mnóstwo wirtuozerskich połamańców, agresywnych blastów, klimatycznych zwolnień i kosmicznie brzmiących zagrywek. Wszystko, poza brutalnymi i skocznymi rytmami, obdarzone zostało chwytliwościami, znanymi z harmonijnego death metalu w wydaniu europejskim. Laboratoryjna produkcja, mięsiste brzmienie, które podbija sekcja rytmiczna, gdzie perkusja zasypuje uszy „plastikowymi” triggerami, klawisze i zmienne wokale. Całość buduje odrealnioną atmosferę, rodem z filmów i komiksów science fiction, która intensywnie wbija się między zwoje mózgowe. Gniecie, rozrywa na strzępy, zaprasza do hardcorowych pląsów, ale i ambientowymi momentami uspokoić potrafi. Death metal, który czerpie z wielu źródeł, ale skierowany jest raczej do postępowej młodzieży, skoncentrowanej na nowinkach technicznych. Nieco futurystyczny, mocno progresywny i zgodny z aktualnymi trendami album. Wydaje mi się, że wielbiciele Decapitated czy Gojira będą zachwyceni. Ja nie jestem, bo nie gustuje.

shub niggurath




czwartek, 12 marca 2026

Recenzja Undertaker „Epicentrum”

 

Undertaker

„Epicentrum”

Black Flame Rebellion 2026

 


No to ładną nam niespodziankę przyszykowała Black Flame Rebellion, do pary zresztą z grupą szczecińskich grajków. Oto bowiem po, bagatela, trzydziestu czterech latach, z debiutanckim albumem powraca Undertaker. Co prawda w nieco odświeżonej wersji, zarówno jeśli chodzi o skład zespołu (choć trzon pozostał w zasadzie niezmieniony), jak i, przede wszystkim muzycznej, ale jestem przekonany, że niejednemu wydawnictwo to zrobi mocne kuku. Jeśli pamiętacie Grabarza z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, jako zespół grający tradycyjny death metal, to równie dobrze możecie o tym zapomnieć. Nowy materiał w postaci dziewięciu strzałów, trwających łącznie dwadzieścia osiem minut, to prosta wypadkowa między Terrorizer a Napalm Death z późniejszego okresu. Zresztą już pierwszy na liście, „Blessed Carrion”, brzmi niemal jak wyjęty z „World Downfall”. Duża w tym zasługa właśnie brzmienia, tak gitar jak i perkusji, chyba celowo wzorowanego, przynajmniej po części, na wspomnianych klasykach. Mamy na tej płycie w zasadzie dziewięćdziesiąt procent muzyki, którą można uznać za naśladownictwo mistrzów death/grind’u. Nie da się temu zaprzeczyć, nawet gdyby bardzo się chciało. No bo wsłuchajcie się w to charakterystyczne, obecne tu praktycznie na każdym kroku riffowanie, zwróćcie uwagę na to w jaki sposób do gry wchodzą blasty, nawet na to, jak Barneyowo chwilami wybrzmiewają wokale. I żebyśmy się tutaj źle nie zrozumieli… To o czym piszę, traktuję bardziej jako komplement niż zarzut, bo kopia, czy też swoisty Frankenstein, stworzony przez Undertaker jest naprawdę wysokiej jakości. Choćby wspomniane akordy, czy struktury kompozycji… No niby słyszalne praktycznie na każdej późniejszej płycie Napalmów, podobne przyspieszenia i powroty do tempa średniego, w chuj oklepane headbangingowe momenty (przy „Psychotic Instincs” niemal nie odpadł mi łeb, choć numer ten nie jest żadnym wybijającym się ponad ustawiony wysoko poziom), a jednak na „Epicentrum” nie sprawiające, nawet w najmniejszym stopniu, wrażenia, że chłopaki chcieli zagrać identycznie na siłę. Tutaj wszystko zdaje się w stu procentach naturalne i organiczne. I ma niesamowity groove, a przy tym power, który mocno ściska jajca z siłą imadła! Są też na tej płycie drobne dodatki własne, dzięki czemu „Epicentrum” nie jest klonem całkowitym, ale akurat dla mnie pozostaje to bez różnicy. Bo debiut Undertaker to naprawdę bardzo dobry materiał, który jak się zapętli, to nie chce wyjść z łba. Sprawdzajcie, bo warto!

- jesusatan




Recenzja Anasarca „Achlys”

 

Anasarca

„Achlys”

Selfmadegod Records (2026)

 


Niemiecka Anasarca to jedna z tych deathmetalowych nazw, która nigdy nie dorobiła się szacunku na jaki zasługują. Ich pierwsze trzy długograje to kawał naprawdę dobrze zagranego, szybkiego, chłoszczącego dupsko metalu śmierci. Wydany przed blisko dekadą „Survival Mode” w jakiś dziwny sposób nie trafił nigdy do mnie na talerz, ale zapowiadany przed białopodleski Selfmadegod Records, piąty album Niemiaszków zatytułowany „Achlys” trafił tam gdzie powinien. Albo i nie, bo niestety moje odczucia w stosunku do najnowszej propozycji Anasarca są mocno mieszane. Na pozór wszystko się zgadza – od pierwszych dźwięków dostajemy w ryj serią mechanicznie blastującego metalu śmierci skąpanego w thrashowej motoryce, klinicznego, klasycznego do bólu, ale swoiście bezdusznego. Wydawać by się mogło, że jest to materiał skrojony pod polskiego słuchacza, bo i u nas nad Wisłą sporo było kapel, które lubowały się w blastowaniu, w thrashowej motoryce i studiu Hertz. Ponadto można odnieść wrażenie, że ekipa z Emden gra swój brand death metalu, który grała od zawsze – gdzieś z pogranicza Vader, dwudziestopierwszowiecznego Sinister i Malevolent Creation z okresu z Blachowiczem. A jednak coś tu nie gra. Każdorazowy odsłuch kończył się takim samym efektem – każda kolejna minuta z „Achlys” gasiła moje zainteresowanie tym materiałem coraz bardziej. Nie wiem czy jest to kwestia tego, że jest to granie dość hermetyczne, jednorodne, czy fakt, że z oryginalnego składu został tylko wokalno-wiosłowy Michael Dormann i nowi muzycy nie dowożą jakości, a może po prostu zmieniły się czasy i takie granie nie robi to już wrażenia jak kiedyś. Nie mam poczucia, że zawartość „Achlys” w jakiś wyraźny sposób różni się od tego co słyszałem na pierwszych trzech pełniakach poza faktem, że nie czuje już w muzyce Anasarcy tej werwy i wściekłości co kiedyś. Nie pomaga też brzmienie – bardzo nowoczesne, kliniczne, ale jakby skompresowane i pozbawione oddechu. To w dalszym ciągu kawał bardzo dobrze zagranego death metalu, bardzo sprawnie wykonanego, nienagannie skomponowanego, choć może  trochę mało urozmaiconego. Bez wysuwania zarzutów o geriatryczności i tym podobnych, po prostu słychać, że jest to nagrane przez doświadczonych facetów, którzy trochę zwolnili tempo życia, są bardziej świadomi zmieniającego się deathmetalowego uniwersum i nagrywają muzykę, którą grać potrafią i lubią – przede wszystkim dla siebie i dla własnej przyjemności. A jeśli komuś jeszcze po drodze do gustu przypadnie to świetnie. Ja tym razem podziękuję, ale i do „Godmachine” i do „Moribund” i do „Dying” chętnie wrócę raz po raz.

                                                                                               Harlequin