sobota, 29 sierpnia 2026

Recenzja Intubation „Hallucinations”

 

Intubation

„Hallucinations”

Morbid chapel Rec. 2026

Dziś zajmiemy się medycznym przypadkiem halucynacji podczas intubacji, czyli nową EP-ką z Morbid Chapel Records. Panowie pochodzą z Fin, i popełnili wcześniej dwie demówki, które ukazały się najpierw w wersji cyfrowej, a potem na kasecie jako kompilacja. Patrząc na zdjęcie, to chłopaki chyba dopiero skończyli podstawówkę, a na pewno nie osiągnęli jeszcze pełnoletniości. Nie przeszkadza im to w tworzeniu muzyki, która swój rodowód ma w latach młodości ich rodziców. Biorąc pod lupę nazwę zespołu, tytuł i okładkę, nie trzeba być Einsteinem, by domyśleć się, iż jest to śmierć metal. I tu musimy podzielić to wydawnictwo na dwie części. „Hallucinations” to materiał skomplikowany, niezbyt różnorodny, oparty na starych wzorcach, głównie z kraju, z którego młodzież ta pochodzi. Całość otwiera intro, a potem mamy cztery, utrzymane w średnim tempie numery. Całkiem solidne, bez wałkowania w kółko tego samego tematu, osobiście przypominające mi wczesny Convulse, może trochę Funebre albo Abhorrence. Technicznie jest zatem raczej na poziomie podstawowym, choć swoistej melodii kompozycjom tym nie brakuje. A to i jakaś solówka się przewinie, a to harmonie bardziej wpadające w ucho. Podstawą jest tutaj jednak tej oldskulowy klimat, który towarzyszył wczesnym latom gatunku, czyli ma być ciężko, brudno, i ma walić trupem. Słychać w tych dźwiękach nieco młodzieńczej naiwności, ale z drugiej strony oczywistym jest, że piosenki te stworzone i nagrane zostały z pasji. Nie jest to jeszcze żadne mistrzostwo świata, czy też nawet czubek drugoligowej tabeli, ale jak na początki brzmi to naprawdę bardziej niż przyzwoicie. A jak już o brzmieniu, to mamy tu czysty analog, nawet lekko niedopieszczony, co akurat uznaję za wartość dodatnią. Natomiast „Undifferentiated Malignancies”, czyli najnowsza EP-ka, dorzucona do CD na zasadzie bonusa, to lekkie poszerzenie kursu. Lekkie, bo to nadal stary death metal, ale jakby bardziej w Carcass’owym stylu (zwłaszcza „Neurological Brain Carnage”). Jest szybciej, lepiej technicznie, i bardziej melodyjnie, acz brzmienie nadal pozostaje brudne i demówkowe. Trochę więcej też dzieje się na drugiej gitarze w tle, czyli chłopaki jednak uczą się harmonie mieszać, czy też na siebie nakładać. No i ładnie, bo widać, że nie zamknęli się w szklanej kuli, tylko swoje wizje rozwijają. Daje to nadzieję na sprawienie w niedalekiej przyszłości jakiejś małej niespodzianki. Na co szczerze liczę.

- jesusatan




Recenzja TrenchWarfare „Achtung! Destroy the Weak”

 

TrenchWarfare

„Achtung! Destroy the Weak”

Conjuring Records 2026

TrenchWarfare jest tercetem z Teksasu, gdzie zainicjował on swoją działalność w 2015 roku, wydając demo „Perversion Warfare”. Najnowszy krążek „Achtung! Destroy the Weak” jest ich drugim albumem, który ukazał się dziesiątego sierpnia więc maniakom bezkompromisowej napierdalanki, powinien być już znany. Ci, którzy lubują się w war metalowych dźwiękach, powinni wiedzieć, że Amerykanie grają trochę odchudzoną i mniej gęstą wersję tego gatunku. Owszem, jest tutaj szybko i mało melodyjnie, ale brzmienie zbliżone jest nieco do szwedzizny z lat dziewięćdziesiątych, a niektóre riffy mogą przypominać wczesny Morbid Angel. W ogóle granie tej trójki, zalatuje wojennymi rytmami tylko podczas jednostajnych galopad w ekspresowej formie, które nie dają zbyt dużo czasu na wytchnienie. To hipnotyczne ściany sonicznego ataku, które napastują sumiennie i z niezwykłą cierpliwością, drążąc dziurę w mózgu, zamieniając go w papkę. Od czasu do czasu przecinają je odjechane i tym samym mocno popierdolone solówki, bądź nieliczne zwolnienia, w których właśnie mocno słychać maniery rozpowszechnione przez ekipę Trey’a. Do muzyki TrenchWarfare bardziej pasuje określenie black-death, bo i kilka dzikich tremolando można na tym materiale znaleźć, barwa instrumentów oraz zwartość kostkowania odbiega od zwyczajów z Ross Bay, a i ograniczona szybkość, która nie jest zestawiona z nagłymi, rytmicznymi zwolnieniami i zjazdami po gryfie, nie jest gorącym, nuklearnym podmuchem. Nie ma jednak co narzekać, ponieważ panowie Teksańczycy grzeją ostro i zapamiętale, gardząc trendami i świętością wszelaką. Brutalny, bluźnierczy metal, który dewastuje skutecznie. Tylko dla fanów rzezi.

shub niggurath




piątek, 28 sierpnia 2026

Recenzja Bacht’n de Vulle Moane “Verdwazing Der Dwazen”

 

Bacht’n de Vulle Moane

“Verdwazing Der Dwazen”

Into Endless Chaos Rec. / De Pankraker Rec. 2026

No, bardziej finezyjnej i trudniejszej do zapamiętania nazwy to sobie panowie wymyśleć nie mogli. To ja już może skorzystam z dobrodziejstw Internetu, i zapamiętam sobie polskie tłumaczenie: Niech Będzie Błogosławiona Pełnia Księżyca (a no tak, Vulle Moane – Full Moon, ale ja głupi). Prawda, że ładniej? Dobra, ale nazwa nazwą, natomiast postanowiłem napisać kilka słów o debiucie Belgów z konkretnego powodu. Lubię, jak ludzie łączą ze sobą różne, zwłaszcza kontrastujące ze sobą, style. W notce prasowej stoi, że panowie (a jest ich dwóch) grają „experimental elektro black metal”. Już sobie wyobrażałem taneczny black przy akompaniamencie syntezatorów rodem z Perturbator. A tu… chuja prawda! Ale po kolei. Jest tutaj trochę surowego, i to takiego niemal minimalistycznego black metalu. Choćby w pierwszym kawałku. Jest też sporo elektroniki, acz bardziej na zasadzie elektro-goth niż techno napierdalawy. Ale jest sporo grania praktycznie punkowego. Z tym, że ubranego właśnie w klawiszowe szaty, skocznego na bardzo prosty, prymitywny sposób. Są na tym krążku też elementy czysto ambientowe, jak choćby pod koniec wspomnianego otwieracza. Im dalej jednak idąc w las, bardziej zastanawiam się, gdzie tu ten jebany black metal? Że wokale trochę na podobę? Że czasem zajedzie mechaniczną kanonadą na automat perkusyjny mogącą (przy odrobinie fantazji) kojarzyć się z Mysticum? Albo że pojawią się, na zasadzie ściany dźwięku w tle, surowe, niżej strojone gitary? No, kurwa, nie! Tym bardziej, że i tym składowym towarzyszy bezustannie albo wspomniany elektro goth, albo pełna elektronika. A jak komuś jeszcze jest mało, to w ostatnim na liście „Angstenzuur (Ten oorlog tegen de wereld)” wjeżdża totalnie mroczny, powodujący mrowienie na karku industrial. Nie wiem jakie leki biorą Belgowie, nie wiem co u nich zdiagnozowano, ale schizofrenia to zapewne najlżejsza z dolegliwości. Nawalili na „Verdwazing Der Dwazen” teoretycznie randomowych pomysłów, mogących być podstawą do stworzenia kilku oddzielnych projektów zupełnie z innej beczki, ale… Cholera! Podoba mi się to. Bo jest inne, bo jest „jakieś”, bo jest, mimo wszystko, w pewnie sposób spójne. Zatem, jak wspomniałem na wstępie… Jak ktoś lubi pojebane, inne od codzienności granie, i lubi wymienione w tekście gatunki, niech sprawdza. Nie gwarantuję satysfakcji, ale szanse są.

- jesusatan




Recenzja Miscreance „Reminiscence”

 

Miscreance

„Reminiscence”

Season of Mist 2026

Właśnie z nowym albumem wrócili Włoscy specjaliści od technicznego thrashu z małą domieszką deta, czyli Miscreance. Tym razem jest to dziewięć numerów w wymienionym wyżej gatunku, które przede wszystkim czarują partiami solowymi oraz karkołomnymi zapętleniami. To co wyczynia gitarzysta, który kreśli swoje solóweczki, udowadnia, że z pewnością skalę pentatoniczną ma on w paluszku, a artykulację i wyczucie rytmu we krwi. Podobnie rzecz ma się z wirtuozerskimi wygibasami, które zapodają połamane i zakręcone akordy, bo kostkując i zapierdalając na gryfie jeden z członków tej kapeli, niewątpliwie potrafi i to bardzo. Wokalista także umie krzyknąć do mikrofonu i tym samym zaostrzyć ten materiał, przypominając barwą głosu i manierą Martina Van Drunena. No i to tyle, ponieważ reszta kompozycji, to typowe, nieco nużące galopady, trochę rytmicznych riffów w średnim tempie i klika modernistycznych wstawek w towarzystwie dziwnych wokaliz. Te pozostałe elementy w zestawieniu z technicznymi fikołkami, wypadają niestety banalnie i wręcz nudzą swoją normalnością. Jako całość „Reminiscence” jawi się jako płyta, która zmierza donikąd, poza technicznymi umiejętnościami jej twórców, serwując przeciętne granie i muzyczne dłużyzny. Owszem, Włosi starają się jak mogą, aby przełamywać swoje aranżacje i bawić nimi odbiorców, ale nie do końca im to wychodzi, bo w każdym kawałku wpadają w nudne spirale, z których z trudem momentami udaje im się wyjść. Wiele do życzenia pozostaje również produkcja tego krążka, która jest oczywiście selektywna, lecz brakuje jej mięsa, co spłaszczyło tony i spowodowało, że instrumenty brzmią nazbyt plastikowo. Pewnie miało być ostro i siarczyście, a wyszło dość sztucznie. Cóż, jeśli szukacie kolejnej kapeli, nawiązującej do Atheist, Pestilence czy Sadus i nie przeszkadza wam kolejne oraz niezbyt porywające ich wcielenie to bierzcie. Reszta może sobie odpuścić.

shub niggurath




czwartek, 27 sierpnia 2026

Recenzja Magic Cross „Magic Cross”

 

Magic Cross

„Magic Cross”

Caligari Rec. 2026

Jak tylko zobaczyłem fotkę promocyjną Magic Cross, wiedziałem, że muszę tego posłuchać. Hellhammer w dresie, Inspektor Gadget, kolo z wąsem na Adolfa, i gruby pokazujący faka, stojący w jakimś minikraterze (zapewne przed chwilą podskoczył). Dobra, żarty żartami, pośmiać się można (sam się z siebie często narywam), ale pod względem muzycznym to już powodu do żartów nie ma. Chłopaki zawiązali się nieco ponad dwa lata temu, i właśnie wypuszczają swoje debiutanckie demo, zawierające cztery kawałki punkowego black metalu. Czyli coś totalnie dla mnie. Kompletnie nieodkrywczego, nieskomplikowanego, do potupania nóżką. Wiadomo, że oba wymienione gatunki pasują do siebie jak pieprz i sól, i jeśli tylko czuje się przysłowiowego bluesa, można na podstawie starych i sprawdzonych wzorców kombinować, czy tez raczej dokonywać wariacji, w nieskończoność. Tempo tych czterech piosenek jest raczej średnie, idealne do wspomnianego przytupywania, jeśli zmieniające się na szybsze, to co najwyżej do d-beatu. Brzmienie jest piwniczne, osadzone w mocno prymitywnym tonie, i idealnie pasuje do gitarowych harmonii, mogących kojarzyć się po trochu z Darkthrone, a nawet Celtic Frost, po trochu z GG Allinem (u którego przecież też grał kolo z wąsem, a nawet w jakimś niemieckim hełmie, czy cuś) i tym podobnym brudem. W każdym bądź razie, głębszego dna w tych numerach raczej nie znajdziemy. Wokale to tradycyjny, drugofalowy krzyk, i w zasadzie tutaj sprawa się dopina. Bo nie wiem czy jest sens pisania czegokolwiek więcej. Jak ktoś lubi choćby fiński Qwälen (by nie rzucać nazwami klasyków), to Magic Cross jest dla niego. Bardzo dobre demo, kompletnie nic nie wnoszące do kanonu gatunku, sprawiające za to kupę radochy.

- jesusatan




Recenzja Rahaty „Bestial Lustmord”

 

Rahaty

„Bestial Lustmord”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Rahaty to kapela z Białorusi, za którą stoi muzyk, odpowiadający za inny projekt, a mianowicie Pa Vesh En. Jak wiadomo pod macierzystym szyldem, tworzy czarcią surowiznę, natomiast tutaj robi coś podobnego, tyle że w death metalowym tonie. To co płynie z głośników, po włączeniu tego debiutanckiego albumu od Rahaty, to tony gruzu, piachu i żużlu, bowiem w przypadku „Bestial Lustmord” mamy do czynienia z brudnym, jaskiniowym deciorem, który pozwala sobie na wiele, choć nie nawiązuje do standardowego grania w tym stylu. Jest to brutalna i bluźniercza odmiana death metalu, która wypełzła z piekielnych czeluści. Bez zażenowania raczy ona siermiężnymi riffami, zgrzytliwymi tremolo i chorobliwymi sprzężeniami. Ten białoruski twórca wygenerował swoje szataństwo za pomocą gitar o chropowatym brzmieniu i sękatej sekcji rytmicznej, a wszystko w odpowiednio gęstej i ciężkiej tonacji, którą wspomagają wulgarne growle i schizofreniczne wrzaski. Całość płynie głównie w średnim tempie, ale okresowo potrafi także przyspieszyć, uderzając w nieco chaotyczne kostkowanie. Jednakże fundamentem tego materiału są, hipnotyzujące swą jednostajnością akordy, pomiędzy które wpleciono sporo pogmatwanych zagrywek. Rahaty nie umizgując się do nikogo, spuszcza wpierdol i sieję bezbożną zarazę. Każde szarpnięcie strun, każde uderzenie w bębny oraz dźwięki wydobywające się z gardła tego gościa, przesiąknięte są zgnilizną i śmiercią, która tu bezwstydnie przechadza się z Szatanem pod rękę, kreując zepsutą do cna atmosferę. Album, który jest wyrazem skrajnej obsceniczności i zbezczeszczenia. Wypełniony szaleństwem i potwornościami, udowadnia, że podziemna młócka ma się dobrze i chce pozostać ze swoimi, chorymi odchyleniami tam, gdzie się znajduje, uskuteczniając swój gorący i rytmiczny podmuch dla nielicznych. Na moje gumowe ucho mocno tu zalatuje Ritual Death i jedynką Akolyth, tyle, że w zwartej i dociążonej formie. Makabryczna muzyka, którą polecić trzeba, aby ta diabelska dżuma rozlała się jak najszerzej. Jak dla mnie, majstersztyk, po którym nie mogłem się długo otrząsnąć.

shub niggurath


https://sentientruin.bandcamp.com/album/bestial-lustmord

środa, 26 sierpnia 2026

Recenzja / a review of Hekatoxen „Obsidian Majesty”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Hekatoxen

„Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

I jeszcze jedna pozycja z październikowego miotu Nuclear Winter Records. Po bardzo dobrych albumach Morbid Stench i Deconsekrated, Hekatoxen jest już chyba tylko strzałem na dobicie, bo ja się po trzech rundkach z tym krążkiem nie mogę posprzątać z podłogi. Gdybyście zastanawiali się co to za gentlemani, i skąd pochodzą, to w zasadzie kilkanaście pierwszych sekund otwierającego całość „Lost Souls Epitome” rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tak, panie i panowie, jesteśmy w Finlandii, a przywitał nas oczywiście potężny riff w stylu Slugathor. Może i pierwszy na tych nagraniach, ale nie ostatni, bo odniesień do chłopaków z Espoo jest tu zdecydowanie więcej. Zresztą nie tylko do nich, bo i do innych klasyków fińskiego metalu śmierci, że wymienię jeszcze choćby wczesny Sentenced czy Corpsessed (żeby nie było, że rzucam tylko dinozaurami). „Obsidian Majesty” to osiem numerów, w tym jeden akustyczny przed zamykaczem, najczystszego death metalu w starym stylu. Siedem utworów, które swoim ciężarem, niewiarygodnie zgrabnie ubranym w melodię, miażdży czaszki, kruszy kości i wyciska nasze truchło z krwi niczym zawodowa sprzątaczka mokrą szmatę. To, z jaką umiejętnością Hekatoxen aranżują swoje, utrzymane przeważnie w średnim tempie, kompozycje, to jest najwyższa klasa rozgrywek. Niewiele jest zespołów potrafiących ubrać wspomnianą melodię  (z gatunku pancernych) w ołowiane szaty. Każdy, absolutnie każdy numer na „Obsidian Majesty” to absolutny rozpierdalator. Ileż tu wspaniałych riffów, przy których nie da się utrzymać dupska na krześle, nawet jeśli przykleimy do niego poślady superklejem, ileż wywołujących szerokiego banana na twarzy klasycznych wokalnych aranży, ile momentów przywołujących w pamięci lata młodości, ile chwil, przy których powraca chęć do życia (mimo iż to przecież metal śmierci). Bo faktycznie, chce się żyć, by słuchać takich płyt, a i pewny jestem, że przy wspomnianym akustyku niejednemu z was łezka się w oku zakręci, bo nawet on jest do szpiku kości oldskulowy. Rozdeptali mnie panowie z Hekatoxen swoim debiutem, jak robaka. Dla każdego maniaka staroszkolnego death metalu pozycja obowiązkowa, jeśli nie do zakupu w ciemno, to przynajmniej do sprawdzenia. Rozczarowań nie przewiduję.

- jesusatan

 

 

Hekatoxen

“Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

 

And here’s another release from Nuclear Winter Records’ October line-up. Following the excellent albums by Morbid Stench and Deconsekrated, Hekatoxen is probably just the finishing blow, because after three spins of this record, I still cannot get myself up from the floor. If you’re wondering who these gentlemen are and where they’re from, the first tunes of the opening track, “Lost Souls Epitome”, dispel any doubts. Yes, ladies and gentlemen, we’re in Finland, and we’re greeted, of course, by a massive Slugathor-style riff. It may be the first on these recordings, but it’s certainly not the last, as there are definitely more references to the lads from Espoo here. And not just to them, mind you, but to other classics of Finnish death metal too. Let me mention early Sentenced or Corpsessed, for example (just so you don’t think I’m only mentioning the dinosaurs). ‘Obsidian Majesty’ is eight tracks, including an acoustic one before the last, representing the purest old-school death metal. Seven tracks which, with their sheer weight, incredibly skilfully wrapped in melody, crush skulls, shatter bones and wring the blood from our corpses like a professional cleaner wringing out a wet cloth. The skill with which Hekatoxen arrange their compositions, mostly maintained at a medium tempo, is top class. Few bands are capable of cloaking such melody (of the armoured variety) in leaden robes. Every single track on “Obsidian Majesty” is an absolute banger. Just look at all the brilliant riffs that make it impossible to keep your arse in your chair, even if you glued it there with superglue, all the classic vocal arrangements that put a huge banana on your face, all the moments that bring back memories of your youth, all the moments that reignite your zest for life (even though this is, after all, death metal). Because, really, you want to live just to listen to albums like this, and I’m sure that the aforementioned acoustic track will bring a tear to the eye of more than a few of you, because even that track is old-school to the very core. The lads from Hekatoxen have crushed me like a bug with their debut. It’s a must-have for any oldschool death metal fan, if not a blind buy, then at least worth checking out. I don’t foresee any disappointments.

- jesusatan