czwartek, 25 czerwca 2026

Recenzja Czerń / Burning Sky / Lwstndrds - Split

 

Czerń / Burning Sky / Lwstndrds

Split

Arcadian Industry 2026

 


No to jeszcze jedna recenzja przed wyjazdem na zasłużony urlop i coroczny reset od muzycznych spraw. Tym razem jest to split trzech krajowych przedstawicieli. Split o tyle ciekawy, że każdy z wchodzących w jego skład zespołów prezentuje granie nieco inne. Najpierw Czerń. Wejście na pełnym punku, klasyczny d-beat, i to nawet nie deathmetalowy, a taki typowy z irokezem. Death metal pojawia się chwilę później, i panowie galopują do w kierunku mety już bardziej w jego przybraniu. Filozofii tu nie ma, jest za to klasyka, oraz toporne zwolnienie w stylu Dying Fetus, które kruszy kości niczym… kruszarka do kości. Drugi numer tych panów jest zdecydowanie rychliwszy, ale też krótszy, a pod koniec pojawiają się w nim i bardziej śpiewne gitary, i motyw mocno hardcore’owy. Fajna mieszanka, idealna na koncerty. No i Czerń śpiewają po polsku, to tak dla uzupełnienia. Zmiana warty, i kolejne dwa numery w wykonaniu Burning Sky. To też śmierć metalowa załoga, tylko bardziej doświadczona, bo posiadająca na  koncie już cztery duże płyty. Tonaż tych kompozycji jest zdecydowanie większy, i zamiast punka, znajdziemy w nich więcej klasycznej Ameryki spod znaku Incantation czy Immolation, acz nie tylko. Lekki sznyt sludge’owy też da się wyczuć, a przy riffie w połowie „Surrounded by Fools” można nieźle się zamachnąć łbem. Nie mniej jednak w porównaniu do Czerni, jest to waga ciężka, nie półśrednia. Słychać, że Burning Sky doskonale znają klasykę i mają własne na nią spojrzenie. Połączenie bezwzględnej brutalności z miażdżącym ciężarem doskonale się w ich przypadku sprawdza. No i nie lada niedźwiedzi wokal posiada pan Kuba. Końcówka należy do kapeli, której nazwę nakreślił chyba kot przebiegający po klawiaturze. To duet z Zabrza, częstujący trzema kawałkami death metalu o słyszalnych zapędach w kierunku grind. Ale nie jest to typowy szablon, że szybko, wolniej, jeszcze szybciej, i darcie japy na całego. Goście troszkę główkują, bo zmiany tempa, owszem, są, ale nie od stempla. Poza tym jak jest zwolnienie, to robi się naprawdę duszno, bo jest ono zagrane z głową. A jak chwilami pojawi się element noise’owy czy industrialny, to nie dlatego, żeby w kategoryzacji pojawiło się dodatkowe słowo, tylko dlatego, że tam faktycznie pasuje i robi mały bałagan. Lwstndrds istnieją dekadę, i chyba właśnie takie małe wydawnictwa lubią najbardziej, bo pełniaka się jeszcze nie dorobili, za to EP-ek natłukli od cholery. Wnioskuję zatem, że wolą nagrywać na spontanie, niż planować i udoskonalać. I to chyba właśnie słychać tu najbardziej. No i fajnie. Ten split to bardzo wartościowa rzecz, bo za jednym zamachem można posłuchać sobie metalu śmierci zagranego na trzy różne sposoby, a całość nie zajmie nam więcej niż dwadzieścia minut. Plus wartość edukacyjna, bo zapewne nie każdy zna wszystkie trzy powyższe brygady. Warto sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Ad Finem Omnia „SenectusViae”

 

Ad Finem Omnia

„SenectusViae”

Purity Through Fire 2026

Poprzednia, debiutancka produkcja Ad Finem Omnia nie przypadła mi do gustu. Był to melodyjno-atmosferyczny black metal, który odznaczał się daleko posuniętą odtwórczością tego, co już kiedyś wielokrotnie miało miejsce. Sztampowa, nudna i trzeszcząca jak stara, styrana płyta, której znacie każdą sekundę jej trwania więc niczym was nie zaskoczy, a przy tym niosąca ze sobą diabelszczyznę o niskiej wadze gatunkowej. Niestety z „SenectusViae” jest podobnie, a nawet identycznie. No i siedzę sobie, słuchając najnowszego krążka tego Chilijskiego muzyka, i się zastanawiam. Zastanawiam się nad tym, ile ktoś jest w stanie posiadać na półce takich samych płyt i nie ważne jak bardzo lubi określony sposób na metal. Na ile trzeba mieć potrzebę, żeby zdecydować się na komponowanie tego typu black metalu, który w dodatku nie wykazuje zanadto takich cech jak sataniczność, mizantropijność, smutek czy złość. Nie zasnuwa swoim brzmieniem świata mrokiem i ponurością. Nie jest lodowaty i arogancki w tym, czy się on komuś podoba lub nie. Za to korzystając z utartych do bólu wzorców, leci sobie w zmiennych tempach, kreśląc melodyjne tremolo w towarzystwie dudniących bębnów, delikatnie wycofanego basu i harmonijnie charczących wokaliz, które miejscami przechodzą w podniosłe zaśpiewy. Klimatyczność posiada niczym z kreskówek i odpustowych jarmarków zatem poskakać i pomachać głową da się. Myślę, że wielbiciele albumów o niebieskich okładkach nie powinni się rozczarować, choć w tym przypadku rysuneczek jest szary. No i oczywiście, jeśli mają jeszcze miejsce na półce na kolejny element w dryfującym swobodnie planktonie, który w sumie odgrywa znaczącą rolę w ekosystemie. Cóż, Ad Finem Omnia pewnie też.

shub niggurath




środa, 24 czerwca 2026

Recenzja Starless Void “Mors Certa, Hora Incerta”

 

Starless Void

“Mors Certa, Hora Incerta”

Case-Studio 2026

Z twórczością Starless Void po raz pierwszy spotkałem się jakieś dwa lata temu, kiedy to zespół podesłał mi do odsłuchu debiutancką EP-kę. Potem panowie, i pani, wypuścili jeszcze drugą EP-kę i split, a dziś na mój stół trafiło pierwsze danie główne w postaci „Mors Certa, Hora Incerta” (tak fikuśnie do rymu). Album ten zawiera siedem kompozycji, i trwa niecałe trzydzieści pięć minut. Stylistycznej rewolty, w porównaniu z pierwszymi nagraniami, nie przynosi. Przynosi za to zauważalny postęp kompozytorski. Niby w gatunku sludge / doom prochu na nowo wymyśleć się nie da. Prawda to, jednak, podobnie jak, choćby przy kapelach grzebiących współcześnie w szwedzkim death metalu, sprawą kluczową jest tutaj zagranie muzyki z totalną szczerością i, mimo wszystko, polotem. A Starless Void, nawet jeśli mielą „ na jedno kopyto” (bo tempo się tutaj zbytnio nie zmienia), słucha się naprawdę z wielką przyjemnością. Jest w ich utworach to charakterystyczne bujanie, są ciężkie jak koparka akordy, hammondowe dodatki, i sporo narkotycznych oparów. Przy tej płytcie można chwilami poczuć się jak w zadymionym od dymu papierosowego obskurnym pubie, gdzie przy stolikach siedzą miejscowe lumpy i, spijając piwo, patrzą tylko komu przypierdolić, a na malutkiej scenie gra sobie kilkoro brodatych grubasów. Chłopakom ze Starless Void mięśnia piwnego co prawda jeszcze trochę brakuje, za to ich piosenkom na pewno nie brakuje, i uwaga, tutaj użyję zaskakującego słowa – przebojowości. Tak, niektóre refreny w zasadzie nucą się same, i za cholerę nie chcą wyjść z głowy. Pod tym względem chyba najbardziej wybijają się „Effigy of an Obliterated God” i, przede wszystkim, „Radioactivity Meter”. Co nie znaczy, że reszta płyty mocno od nich odstaje, bynajmniej. Materiał ten jest bardzo równy, spójny, i słucha się go od początku do końca bez najmniejszego ziewania. Bardzo dobre są na tym krążku wokale, zarówno te głębokie, growlujące, jak i żeńskie zaśpiewy w tle, idealnie uzupełniające męskie niedopowiedzenia. O brzmieniu napiszę tylko tyle, że jest klasycznie masywne, i niczego mu nie brakuje. Tak samo jak i zawartości czysto muzycznej „Mors Certa, Hora Incerta”, bo to naprawdę dobry materiał, który pokazuje zespół w formie dojrzałego, i w pełni już świadomego tworu. Mam tylko nadzieję, że nie wpadną im do głowy pomysłu na przesadne urozmaicanie swojej formuły, bo według mnie jest ona w chwili obecnej idealna. Podoba mi się ten album. Jutro z rana też go sobie puszczę.

- jesusatan




Recenzja Arckanum „Motestandarin”

 

Arckanum

„Motestandarin”

Darkness Shall Rise 2026

Arckanum to jedna z najstarszych kapel na szwedzkiej, black metalowej scenie drugiej fali gatunku, bo istnieje od 1992 roku. Od tamtej pory ten jednoosobowy projekt uzbierał na swoim koncie dziewięć albumów i sporo epek. „Motestandarin” jest ósmą z kolei i zapowiada, nadchodzący, dziesiąty krążek w dyskografii tego bandu. Twórca ideologicznie porusza się w temacie Thursów, czyli pierwotnych olbrzymów z mitologii nordyckiej, ale termin ten odnosi się również do Thursatru, będącą uwspółcześnioną Ścieżką Lewej Ręki. Ma ona związek z praktykami okultystycznymi, zmiennokształtnością, wiarą w chaos i kultem sił ze staronordyjskiej mitologii, która stoi w opozycji do tradycyjnego panteonu Asów i Wanów. Materię zainteresowań, odpowiedzialnego za Arckanum Szweda, którym jest Johan S. Lahger, wyraźnie słychać w tutejszych dwóch utworach, ponieważ to bardzo poważnie potraktowana diabelszczyzna, z której zionie skandynawskim mistycyzmem. To zdecydowane riffy i tremolo, które wraz z sekcją rytmiczną oraz złowrogimi wokalami, generują posępny i nieco rytualny black metal. Pomimo chłodnych gitar z tej muzyki tchnie żarliwością, od której płomieni drży ziemia. To hipnotyczne aranżacje, które niekiedy przechodzą w atmosferyczne i okultystyczne rejony. W ten sposób, ukrywający się tutaj za pseudonimem Shamaatae, Johan, podkreśla znaczenie i majestatyczność tworzonych przez siebie dźwięków, co fantastycznie mu się udaje, gdyż słuchając „Motestandarin” nietrudno o ciarki na plecach. Te dwa kawałki, które pochłaniają bez reszty, powodują, że warto czekać na kolejną płytę, bo jeśli na niej poziom tej epki zostanie podtrzymany, będzie to bardzo dobry album.

shub niggurath




wtorek, 23 czerwca 2026

Recenzja Rimruna “Wenn Droben Nachts der Frostmond Thront”

 

Rimruna

“Wenn Droben Nachts der Frostmond Thront”

Schattenkult Prod. / Kombinat Schwarz Metall / Blutmondsphaeren  2026

Z niemieckim Rimruna po raz pierwszy spotkałem się kilka lat temu, przy okazji ich występu na którymś z przystanków cyklu The Last Words of Death. Pamiętam, że w pierwszej chwili kupili mnie przede wszystkim umiejętnością odegrania swoich kompozycji na żywo wyłącznie w dwójkę. Samą muzykę poznałem dogłębniej chwilę później. Dziś, rzeczony duet powraca z płytą numer trzy, na którą, jeśli nie liczyć pojawiających się w międzyczasie splitów, czekać trzeba było niemal dekadę. „Gdy na nocnym niebie króluje mroźny księżyc” to w prostej linii kontynuacja stylu zapoczątkowanego na „Frostbann”, i sukcesywnie udoskonalanego na kolejnych wydawnictwach, a będącego bezpośrednią spuścizną po nordyckiej drugiej fali. Oczywiście, teksty śpiewane przez Wintergrimm’a w języku narodowym dodają tutaj owego niemieckiego pierwiastka w stopniu znacznym, jednak treść instrumentalna bazuje głównie na wspomnianych, północnych inspiracjach. I to bardzo przekrojowo, bo da się tutaj wyczuć wątki norweskie, jak i szwedzkie czy fińskie. Nie będę jednak przy tej okazji rzucał żadnymi nazwami, bo Rimruna tak sprawnie tworzą mieszankę melodyjnych harmonii z ostrymi, lodowatymi zagraniami, tak umiejętnie tonują napięcie za pomocą nastrojowych riffów wikińskich (no dobra, tutaj muszę przytoczyć Bathory, czy Hades), że ciężko zarzucić im kopiowanie kogokolwiek. Bo kompozycje berlińczyków, a są one tradycyjnie długie, ponad dziesięciominutowe, zawierają wszystko to, co atmosferyczny, ale wyważenie surowy zarazem, black metal posiadać powinien. A już przede wszystkim klimat tego krążka jest niebywale wciągający. To muzyczna opowieść, której słucha się z zapartym tchem. Na tyle ciekawa i wielobarwna, że chętnie się do niej wraca, by raz jeszcze sprawdzić, czy czasem czegoś nie przeoczyliśmy po drodze. Dodatkowym atutem tych nagrań jest klasyczne brzmienie z lat dziewięćdziesiątych. Niby wszystko jest tutaj w stu procentach selektywne (dzięki czemu żaden detal nie ucieka), ale nadal na wskroś analogowe, nagrane „jak za starych dobrych czasów”. Album trwa niemal godzinę, ale, wierzcie mi, kiedy się kończy, wcale nie oddychamy z ulgą, tylko mamy ochotę na kolejną rundkę. Tym bardziej, że z każdym odsłucham, kiedy oswajamy się z tymi nagraniami, chce się ich coraz mocniej, i coraz intensywniej się je przeżywa. Jeśli nazwa Rimruna nic wam nie mówi, to sprawdźcie ich koniecznie, bo mam wrażenie, że jest to zespół niemal karygodnie niedoceniany, zasługujący na zdecydowanie szerszą atencję. „Wenn Droben Nachts der Frostmond Thrond” ma moją zdecydowaną rekomendacje.

- jesusatan




Recenzja Nargaroth „Apocalyptic Steal”

 

Nargaroth

„Apocalyptic Steal”

Season of Mist: Underground Activists 2026

 


Nargaroth ma już długą historię, ale kilka ładnych lat milczał. Jego ostatni album ukazał się w 2017 roku i od tamtego czasu nic nowego nie nagrał. Pojawienie się „Apocalyptic Steal” nie oznacza taż, że to świeży materiał, bo pierwotnie został on zarejestrowany w 2014 roku podczas jednej z kalifornijskich sesji. Pozostał jednak odłożony na półkę, aby ustąpić pierwszeństwa swemu poprzednikowi, a mianowicie „Era of Threnody”. Teraz przyszedł czas na ten mateks, bo pewnie weny brak, a coś wydać po dziewięciu latach niebytu trzeba. Chuj z pobudkami, ponieważ „Apocalyptic Steal” to całkiem niezły krążek, który w pełni nawiązuje do ujęcia black metalu z końca dwudziestego wieku. To ta dziksza forma tego gatunku z tamtych czasów, zresztą ten Niemiec gra diabelszczyznę w ten sposób nie od dziś. Te stare i zarazem nowe piosenki nie przeterminowały się i dają radę. Jadowite riffy, szalone solówki i szorstkie wokale tną jak żyletki oraz chłodzą powietrze jak przystało na black metal w stylu Gorgoroth czy Carpathian Forest. Zapodają chłostę i jednocześnie zarażają ponuractwem, za pomocą ostrych tremolando, które pomieszane są tutaj z wojowniczo nastawionymi akordami. Sączy się z tego wszystkiego czarna trucizna i bluźnierstwo, które atakują bez pardonu i wżerają się w zakamarki mózgu, pozostając tam na bardzo długo. Ash poczyna sobie tutaj zuchwale, katując zajadłym kostkowaniem, lecz i pobujać d-beatami również potrafi. Umie także pójść w innym kierunku i zmienić klimat na gotycki jak w kawałku „Dresden”, śpiewając nostalgicznie, czystym głosem, o zatraconych duszach tytułowego miasta. Klasyczna płyta. W duchu drugiej połowy ostatniego dziesięciolecia poprzedniego wieku. Trochę na poważnie, odrobinę nostalgicznie i zarazem zawadiacko, co nie zawsze słychać w muzyce, ale wystarczy zapoznać się z tekstami jak chociażby do „I Drink Alone” czy „Metalheart”.

shub niggurath




Recenzja Deathstorm „The Highest Predator”

 

 Deathstorm

„The Highest Predator”

Animate Rec. 2026

Deathstorm gościł już w tym roku na stronach Apocalyptic Rites. Z tym, że ten austriacki. To teraz czas na polski. Zespół kojarzę bardziej z niezłej okładki poprzedniego wydawnictwa, pod banderą Putrid Cult, niż samej muzyki, i tylko teraz nie pamiętam, czy mi się średnio podobała, czy po prostu zapomniałem owego albumu posłuchać. No dobra, ale uzupełniając myśl, chłopaki na koncie mają demo, dwa pełniaki, i wydaną dosłownie kilka dni temu, tym razem dla niemieckiego labelu, czterootworową EP-kę, którą to właśnie mielę na zapętleniu. Krótki to materiał, ale treściwy. I fantastycznie się rozpoczyna, bo z ostrego kopnięcia, momentalnie kojarzącego mi się ze szwedzkim Mylingar (choć to chyba bardziej przez manierę wokalną i intensywność niż sam sposób kostkowania). Idąc jednak dalej, wcale nie ma lekko. Po pierwszym, zagranym na pełnych obrotach „We Won’t See It Coming”, chłopaki nieco zwalniają w „The Golden Calf”, by zahaczyć stylistycznie o bliższe nam czasowo wzorce pokroju Dead Congregation, Morbid Angel czy Antiversum. Choć w sumie doszukiwanie się tak odległych od siebie inspiracji to trochę dzielenie włosa na czworo. Grunt, że jest tutaj i odpowiednia melodia, jest trochę rytualnego posmaku, ale i sporo wściekłości. „Total Eclipse” i numer tytułowy, to znów mocniejsze wciśnięcie pedału gazu, z gęstym riffowaniem, fantastyczną pracą perkusji i wokalami, niby mieszczącymi się w klasycznych ramach, ale tak przepełnionymi robactwem, że można dostać mdłości. Jak tak sobie słucham tych czterech numerów, to w zasadzie zastanawiam się, do czego mógłbym się ewentualnie przyczepić, ale… nic takiego nie znajduję. To naprawdę dobre, zróżnicowane aranżacje, przemyślane, nieschematyczne, i ubrane w fantastyczne brzmienie. Gdybym miał podsumować w jednym zdaniu, powiedziałbym „Posłuchajcie tego mini, bo nawet jeśli nie zawiera kompletnie niczego, czego byście dotychczas nie znali, to i tak skopie wam dupsko i bezlitośnie ukręci łeb”. Kto lubi death metal w wersji klasycznej, bez zbędnych udziwnień, będzie wiedział co robić. No i chyba tyle w temacie.

- jesusatan