Sentient Ruin Laboratories raczej rzadko wydają
materiały demo. Rzadko nie znaczy jednak nigdy, bowiem „Horns of Abomination”
demówką jest właśnie. Ten Amerykański, anonimowy twór swoją twórczość kieruje
do bardzo specyficznego odbiorcy, a że wydawnictwo zawiera jedynie trzy
kompozycje, zamykające się w dziesięciu minutach, to i poematów o nim pisać nie
zamierzam. Sprawa jest totalnie prosta, zupełnie jak sama muzyka. Lubicie
prymitywne blackmetalowe wysrywy pokroju Von czy wczesny Beherit? No to proszę
się częstować. Powiedzieć o tych nagraniach, że są surowe, to jak nie
powiedzieć nic. Garażowe brzmienie, z brzęczącą niemiłosiernie perkusją,
przefuzowane gitary, schowane w tle, przesterowane wokale, i banalne w sumie
linie gitarowe. Lo-fi na pełnej. Wspomniana perkusja to już naprawdę szczyt
prostoty. W zasadzie można powiedzieć, że zmian rytmu nie ma tutaj w ogóle. Jak
się zaczyna na jednostajnym łupaniu, tak się kończy. O melodii zapomnijcie. To
mechaniczna ściana dźwięku z wybuchającymi niczym wulkan wspomnianymi wokalami,
równie szablonowymi co i cała reszta. Jeśli ktoś chciałby zamanifestować swoją
nienawiść do współczesnego black metalu, romansującego z gatunkami odległymi,
pełnego wyszukanych harmonii i pełnego patosu, to wyraziłby ją dokładnie w ten
sposób, co ludzie tworzący Horns of Abomination. Krótko i odsadnie. Ten
materiał to kolejna pozycja do kolekcji dla antyfanów ewolucji, rozwoju,
poszukiwań. „Horns of Abomination” to bezceremonialne „fuck off” do
współczesnej sceny, zwłaszcza do tych, którzy nazwą je bezsensownym buczeniem.
Tyle w temacie. Każdy z was już wie, czy po tą demówkę w ogóle sięgać, czy
kompletnie ją zignorować.
To
świeża kapela z włoskiej ziemi, bo powstała w zeszłym roku. Po drodze do
„dzisiaj” nagrali dwa demosy i singla, ale wszystko w formie digital. Pod
koniec sierpnia ukaże się ich debiutancki krążek w postaci „Deeds of Horror”
właśnie. Muzyka jaką tworzy ten duet, to brutalny metal śmierci, więc panowie
szyją gęstym ściegiem. Wszystko co fan barbarzyńskiego grania z domieszką
gore’a lubi, to znajdzie na tym albumie. Ciężkie jak piorun gitary i taka też sekcja
rytmiczna, z której na pierwszy plan wybijają się „garnkowate” werble. Głębokie
growle, knurze pomrukiwania i dzikie wrzaski. Ołowiane zwolnienia i o podobnej
wadze średnio-tempowe riffy oraz palm mutingi. Szalone przyspieszenia,
przechodzące w grindowe blasty. Nie martwcie się, bo są jeszcze schizoidalne
solówki, jest i trochę uwierających wysokotonowych zagrywek, a i także kilka
piskliwych zjazdów po gryfie. Całość to osiem utworów, które trwają niespełna
dwadzieścia osiem minut, zatem dostajemy od Włochów temat treściwy. Jak na
dzisiejsze standardy, kawałki są krótkie i chwała im za to. Napierdalają
rzęsiście i siermiężnie przynoszą morowe powietrze, wypełnione zapachem
rozkładu. Mieli to i ciąży na duszy, przygniatając do gleby. Depcze po plecach,
brzuchu i głowie, obracając słuchaczem na wszystkie strony jak lalką. Krwisty i
obrzydliwy death metal w klasycznym dla tego ujęcia wydaniu. Jaskiniowa muza,
czasem chaotyczna, a innym razem idealnie ukierunkowana na konkretny wpierdol.
Gwałtowna i intensywna jazda, która wypełzła z tradycyjnej brutalności. Taki
unowocześniony Dying Fetus po prostu. Już wiecie, czy sięgniecie po „Deeds of
Horror”?
Trochę mnie zaskoczyli panowie z Death.Void.Terror. Wiem,
że z założenia „To the Great Monolith” miał być trylogią. Czekałem zatem na
trzecią, wieńczącą całość część. Czekałem, i trochę się zaczynałem niepokoić,
czy aby projekt ten nie został porzucony, bowiem z obozu Szwajcarów nie było
żadnych wieści przed sześć lat. Kiedy w końcu, zupełnie z zaskoczenia, w mojej
skrzynce pojawiło się nowe wydawnictwo zespołu, okazało się, że to jeszcze nie
ostatni rozdział, a coś pomiędzy. Przystanek 2.5., trzy kompozycje, będących
kontynuacją obranej na początku ścieżki. Kompozycje chyba najbardziej rytualne
i najmroczniejsze w dotychczasowym dorobku Death.Void.Terror. Nie od dziś
twórczość tego duetu należy do mało przystępnych, dusznych i bagiennie gęstych.
W przypadku nowego materiału, wkrada się w nią jeszcze dodatkowy element, a
może raczej zostaje bardziej uwypuklony. Jest nim paranormalny klimat, będący
czymś z rodzaju połączenia kosmicznej podróży międzywymiarowej ze snem
paranoika. Czysto muzycznie panowie obracają się w klimacie doom / death /
ambientowym, ze szczególnym naciskiem na wszechogarniający mrok (jakkolwiek
banalnie by to nie zabrzmiało). Trochę w tym podobieństw do naszego Whalesong z
okresu „Radiance of a Thousand Suns”, szczególnie w ostatnim,
piętnastominutowym „Third Monolithic Manifest”. Dużo w nim transu,
wciągających, zapętlonych ambientowych motywów, przeplatających się nawzajem,
budujących przerażający nastrój. I te przesterowane, nieco futurystyczne
wokale, przemawiające niczym wyższy gatunek, zwiastujące zagładę całej
ludzkości. Bardziej gitarowe są pozostałe dwie odsłony, choć poza powolnymi,
przytłaczającymi melodiami, mogącymi kojarzyć się poniekąd z Dakhma czy
Abyssal, nie brak w nich szamańskich
okrzyków i podniosłych zaśpiewów, orientalnych wstawek, czy fragmentów
sprawiających wrażenie improwizacji. Mimo ściśle określonego profilu, album ten
jest wyjątkowo bogaty w pomysły i wielokrotnie zaskakujący. Może i drobiazgami,
ale wychwycenie ich wszystkich nie jest sprawą jednego czy dwóch odsłuchów.
Death.Void.Terror po raz kolejny otworzyli swoisty portal do koszmarów, wrota
do mrocznego wymiaru, w którym czuję się jak w domu. Polecam tym, którzy muzykę
chłoną, a nie tylko jej okazyjnie słuchają.
-
jesusatan
Death.Void.Terror
“To the Great
Monolith 2.5”
Sentient Ruin
Laboratories 2026
The lads from
Death.Void.Terror tsurprised me a bit. I know that “To the Great Monolith” was
originally intended to be a trilogy. So I was waiting for the third and final
instalment to round off the whole thing. I waited, and was starting to get a
bit worried that the project might have been abandoned, as there had been no
news from the Swiss for six years. When, at last, completely out of the blue,
the band’s new release turned up in my postbox, it turned out that this wasn’t
the final chapter after all, but something in between. Stop 2.5, three tracks
that continue along the path they set out on at the beginning. These are
probably the most ritualistic and darkest tracks by Death.Void. Terror. It’s no
secret that this duo’s work has long been among the least accessible, but suffocating
and swamp-like in its density. In the case of this new material, an additional
element creeps in – or perhaps it’s simply brought into sharper relief. It is a
paranormal atmosphere, a sort of fusion of interdimensional cosmic travel with
a paranoid’s dream. Musically speaking, the duo operate within a
doom/death/ambient sphere, with a particular emphasis on all-encompassing
darkness (however clichéd that may sound). There are some similarities here to
our own Whalesong from the ‘Radiance of a Thousand Suns’ era, particularly in
the final, fifteen-minute track, ‘Third Monolithic Manifest’. It’s full of
trance-like elements, with captivating, looped ambient motifs intertwining to
create a terrifying atmosphere. And those distorted, somewhat futuristic
vocals, speaking as if from a higher species, heralding the doom of all
humanity. The other two tracks are more guitar-driven, though apart from the
slow, oppressive melodies, which might be somewhat reminiscent of Dakhma or
Abyssal, they’re not lacking in shamanic cries and solemn chants, oriental
interludes, or passages that give the impression of improvisation. Despite its
clearly defined profile, this album is exceptionally rich in ideas and full of
surprises. They may be subtle, but picking up on them all isn’t something you
can do in just one or two listens. Death.Void.Terror have once again opened a
portal to sorts of nightmares, a gateway to a dark dimension, where I feel like
home. I recommend this to those who truly immerse themselves in music, rather
than just listening to it occasionally.
Kyrios
jest w miarę świeżą kapelą z Nowego Jorku, bo wypełzli zapewne z zaszczurzonych
piwnic tego miasta w 2019 roku. Zbyt płodni nie są, bo razem z „Blood
Constellation” mają na koncie tylko dwie epki. Najnowsze wydawnictwo tego
tercetu, to cztery kawałki. Pierwszy i ostatni to upiorne i lekko kosmiczne
dungeon synth więc za bardzo nie ma w tym temacie o czym pisać. Dwa środkowe
numery to małe pomieszanie z poplątaniem, bowiem to co grają ci Amerykanie, to
tak jakby połączyć Ulcerate i Gorguts oraz wcisnąć do tego sporo black
metalowej atmosfery i progresywnych popisów, które niejako wynikają z
podobieństw do dwóch, wymienionych wyżej zespołów. Kompozycje „A Highborn
Sacrifice” i „Astrophage” to zbiór, następujących po sobie sekwencji akordów, o
połamanej budowie, które płyną w zmiennych tempach. To nieustannie kłębiąca się
masa, która posiada charakter dysonansowych uderzeń i brutalnych ataków.
Spomiędzy nich wyłaniają się wirtuozerskie i modernistyczne zagrywki w formie
solówek oraz chorobliwie powykręcanych wtrętów. Ta zwarta i szarżująca w
różnych kierunkach struktura, szturmuje uszy w towarzystwie subtelnie
podłożonych klawiszy i opętańczych wokaliz. Materiał ten, to duszna i
nieprzewidywalna muza, która nosi znamiona szatańskiej improwizacji. To pokaz diabelskiej,
niemożliwej do okiełznania siły. Pełne ekspresji i szalonej kakofonii
wydawnictwo, które przy pierwszym odsłuchu może być niezrozumiałe, ponieważ
języka, w którym przemawia do nas Kyrios, trzeba się nauczyć. Czyste zło.
“Between Soothing
Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete
Annihilation of This Planet”
Selfmadegod Rec. 2026 (re-issue)
Nazwa My Minds Mine jest mi doskonale znana, nawet
jeśli nie jestem jakimś wielkim fanem grindcore’a. Z muzyką zresztą też kiedyś
się spotkałem, pewnikiem na jakimś spotkaniu towarzyskim przy napojach
wyskokowych. Wrażenia miałem pozytywne. Dziwnym nie jest. Bo raz, że procenty
mieszające się z krwią pobudzają zmysły, a dwa, albumy tych holenderskich
napierdalaczy do najdłuższych nie należą, więc takie krótkie wybuchy energii
totalnej są niczym przypływ adrenaliny. Wczoraj w mojej skrzynce odbiorczej
zameldowały się dwa materiały promocyjne ze stajni Pana Karola, oba dotyczące
wznowień rzeczonego bandu. Postanowiłem zatem odpalić piwo, i przysiąść do tych
wzruszających piosenek raz jeszcze. Jednocześnie, biorąc pod uwagę, że oba
albumy zespołu trwają łącznie coś koło trzydziestu sześciu minut, i nie różnią się stylistycznie, nie rozbijałem moich
odczuć na dwa osobne tematy, tylko zawarłem je we wspólnym nawiasie. Wynik moich
doznań jest jednoznaczny. Wiadomo jaki profil ma Samozwańczy Bóg. My Minds Mine
pasuje do niego idealnie, niczym kutas w pipkę. Chłopaki są bezpośrednimi
spadkobiercami wczesnego Napalm Death i zespołów podobnych. Ich kompozycje to
szybkie, albo raczej mega szybkie strzały na ryj. Zazwyczaj oparte na maksymalnym
blaście, wspartym równie wartkim riffowaniem, mającym w sobie tyleż melodii co
pierdnięcie pod kocem. Przy okazji tychże neandertalskich wybuchów wkurwu,
doświadczamy darcia ryja na potęgę. Na wskroś klasycznego, czyli wrzaski
obdzieranego ze skóry przeplatają się chwilami z głębszym, bardziej
deathmetalowym growlem. Oczywiście większość numerów jest bliźniaczo do siebie
podobnych, i pół królestwa oraz ręka księżniczki temu, kto rozpozna je po
siedmiu nutkach, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż część z nich kończy się na
pięciu. Na szczęście reguła ta jest czasem przełamywana, i pojawiają się
bardziej zapamiętywalne riffy, cały czas na kształt Napalmów, ale tych o wiele
późniejszych. Tak sobie tego słucham, i troszkę to śmieszne, troszkę fajne, bo
takie sentymentalne. Ja się taką muzyką znudziłem dawno temu, ale od czasu do
czasu powrócić do niej warto. Choćby po to, by przypomnieć sobie stare dzieje,
tudzież sprawdzić, jak ów gatunek funkcjonował w latach późniejszych. A, jak
widać, funkcjonował równie konsekwentnie jak inne, które za powtarzanie
pierwowzorów szanuję w opór. Powiem zatem tak… Fani gatunku tymi wznowieniami
powinni być wpiekłowzięci, bo to doskonała kontynuacja pierwotnej mikstury na
najwyższym poziomie. No i domyślam się, że nakład poprzednich wydań się
wyprzedał, więc kto tych płyt na półce nie ma, będzie mógł je zdobyć za
relatywnie niewielkie pieniążki. Myślę, że warto nabyć, bo mimo wszystko mi się
ta retrospekcja bardzo podobała.
Pewnie
znacie tą wrocławską kapelę, ponieważ rzępoli nie od dziś, bo od 2005 roku.
Dużo w sumie przez te dwadzieścia jeden lat nie nagrali, gdyż „Pleasure of
Torture” jest ich dopiero czwartym albumem, ale kto by tam liczył. Jest nowa
płyta i to się zgadza. Wraz z coverem utworu „Ofiara” grupy Necrophil to
jedenaście kawałków krwistego mięsa, flaków i ekskrementów, które rzucane są w
naszą stronę przez jakieś trzydzieści minut. Ciężkie, plazmowate brzmienie
gitar, zagęszczone przez sekcję rytmiczną o słusznej wadze i rzygające wokalizy
Jakuba Kobylskiego, to kwintesencja death-gore’a Wrocławian. Prosto, bez
wymyślnych rozwiązań konstrukcyjnych, zbudowana maszynka do mielenia mięsiwa,
która robi to w jednostajnym tempie, czasami pozwalając sobie na przejścia między
akordami, zmieniając rytm, prędkość czy sposób na kostkowanie. Wygrywa ona
ponure melodie, rodem ze śmierdzących zepsutymi wnętrznościami kazamatów bądź
zalewa wiadrem pomyj w postaci grindcore’owych blastów. Niekiedy da chwilę na
wytarcie gęby z tej błotnistej i cuchnącej mazi, zwalniając na moment, po czym
wraca do tortur i chuj. To gęsta i brutalna muza w klasycznym stylu, która może
okresowo wydawać się monotonna, ale nie jest to jej wadą. Tradycyjnie
skomponowany death-grind, od którego wymagać szczególnych wygibasów się nie da.
Ma być przede wszystkim krwiście i barbarzyńsko. Te dwa podstawowe przymioty
krążek ten zawiera. Zwyczajowe dla tego gatunku wydawnictwo, fanom surowego i
pieczystego będą soki po brodzie lecieć.
Dziś na rozpisce mamy przedstawiciela black metalu z
Holandii. Twór to dość świeży, bo działający zaledwie od lat dwóch, i mający na
koncie demo i dwa splity. Bardzo mi się
to podoba, że chłopaki (choć w sumie nie wiadomo kto zespół tworzy, bo nie ma o
tym żadnych informacji, więc może i dziewczyny) trzymają się staroszkolnej, prawilnej
tradycji, i wydają kolejne nagrania podług pierwotnego wzorca. Debiutancki
album zawiera pięć kompozycji z gatunku black metalu bardziej atmosferycznego.
Nie mylić z symfonicznym, bo to nie ta ścieżka. Klawiszy tutaj niewiele, a owa
atmosferyczność budowana jest głównie za pomocą podstawowego instrumentarium, w
sposób zarówno tradycyjny, co i wyjątkowo udany. Podstawę muzyki Holendrów
stanowią wzorce z okresu drugiej fali, acz nie tylko. Takimi dwoma nazwami,
które najbardziej cisną mi się na usta, a do których mógłbym odnieść twórczość
Nachtheem, są Enslaved (ten troszkę późniejszy) i Vemod. Czyli czuć w tych
dźwiękach mróz, chwilami nawet siarczysty, ale są też chwile na przycupnięcie
przy ognisku i wspólne opowiadanie legend oraz śpiewy. Na pewno nie brak na tym
krążku płynących swobodnie, i równie łatwo wciągających melodii opartych na
klasycznym tremolo. Chwilami szybszych, mknących niczym górski potok, w innych
miejscach zwalniających, a nawet przechodzących w granie czysto akustyczne. W
tych spokojniejszych pojawiają się też czyste wokale, przenoszące nas świat
baśni. W „De Ontwalking” towarzyszą im nawet trąbki, przez co muzyka Nachtheem
zaczyna bardzo intensywnie pachnieć lasem. Pod tym względem trzeba zespołowi
oddać, że naprawdę potrafią zbudować odpowiedni nastrój, nie zahaczając przy
okazji o tak pospolitą w tym gatunku kiczowatość. Niebagatelną sprawą jest
tutaj także produkcja, totalnie nawiązująca do standardów lat
dziewięćdziesiątych. Przy tej okazji podkreślić muszę dwa elementy, które
wyjątkowo wpadły mi w ucho. Brzmienie gitar, w niektórych miejscach mocno przypominające
Negative Plane (zwłaszcza na otwarciu), oraz perkusji, w najszybszych partiach
brzmiącej głęboko, niemal jak na debiucie Mayhem. „Waan van de Leegte” to
niemal czterdzieści minut naprawdę dobrego atmosferycznego grania. Weszła mi ta
płyta już po jednym odsłuchu, i zagościła w moim playerze na dobrych kilka
rundek. Myślę, że warto sobie sprawdzić.