Cryptic Shift
„Overspace & Supertime”
Metal Blade (2026)
Raz na
kilka lat trafiają się albumy-molochy, rozpasane dzieła budzące z jednej strony
niechęć swoim przepychem, intensywnością i rozmiarem, a z drugiej strony
respekt, szacunek i podziw, za sprawą tego samego. Albumy to niełatwe, często
budzące skrajne emocje. By nie szukać daleko wystarczy wspomnieć relatywnie
niedawno wydany „Vitriseptome”, czy odrobinę dawniej „Lunaterial”. Albumy to na
tyle rozpoznawalne, że nazw artystów przytaczać chyba nie muszę. Do tego grona
śmiało należy dopisać najnowszy, drugi już album Brytoli z Cryptic Shift.
Wydany przed sześcioma laty „Visitations From Enceladus” już wtedy pokazywał,
że Ci goście nie boją się długich form, nie boją się klasycznego thrashu (który
nota bene jest chyba najbardziej wyeksploatowanym gatunkiem muzycznym na Ziemi)
i nie boją się kombinować. Ale kto by się spodziewał, że za sprawą „Overspace
& Supertime” wpierdolą się z buciorami na salony i dopierdolą 80 minut
muzyki zamkniętej w pięciu kompozycjach, z których najdłuższa trwa blisko pół
godziny. Grunt na jaki Angole wkroczyli to ruchome piaski, bagno, które może
pogrzebać artystę szybciej niż sam się tego spodziewa, obnażyć wszelkie
słabości nagrania i rozdmuchać je do gargantuicznych rozmiarów. Jako przykład
przytoczę ostatni materiał Blood Incantation – album przyjemny, a właściwie
nawet dobry, w którym schematyczny przeplataniec elektroniki Tangerine Dream z
metalem śmierci z każdą minutą zaskakiwał i wciągał mniej niż bardziej.
„Overspace & Supertime” to płyta metalowa z krwi i kości, na której inspiracje
rockiem progresywnym lat 70. są
rzeczywiście inspiracjami a nie kalkomanią lub imitacją. Crimsonowy
surrealizm i hammillowa narracja są tutaj jedynie punktem wyjścia do muzycznej
uczty, na której królują thrash i death metal. Schuldinerowa dyscyplina
aranżacyjna i wykonawcza, voivodowy kosmos, nocturnusowy, nieco infantylny, ale
i pierwotny animusz i vektorowe tempo – muzyko Cryptic Shift udało się to
wszystko uchwycić, zrozumieć, zaadaptować i przetrawić na swoje. „Overspace
& Supertime” to album kurewsko intensywny, bezkresnie pomysłowy,
aranżacyjnie napuszony jak paw, a przy tym metalowy do szpiku kości. O ile
pierwsze odsłuchy poddawały we mnie w wątpliwość sens pisania tak długich
kawałków, tak każdy kolejny odsłuch otwierał przede mną kolejną małą furtkę do
zrozumienia i celowości kolejnych zabiegów. Pewnie wiele furtek na tym albumie
jeszcze przede mną do otwarcia, ale teraz niezmiernie się ciesze z tego, że ten
album jest jaki jest. A jest on po prostu jak prawdziwa, muzyczne czarna dziura,
która umie bawić i cieszyć się konwencją jednocześnie będąc bardzo muzyczną,
stawiającą przed słuchaczem nie tylko ogromne wyzwanie, ale oferując w zamian
naprawdę kupę radochy. Panowie z Cryptic Shift w żadnym momencie nie puszą się
muzycznie, nie epatują niekończącymi się popisami instrumentalnymi, nie bujają
w obłokach i nie próbują naginać tego swojego muzycznego świata, aby był
bardziej „true”, bardziej poważny, ambitny. Wręcz przeciwnie – z tych dźwięków
płynie niekłamana radość i szacunek dla metalowej tradycji przełomu lat 80. i
90. Ci goście bardzo często na tym materiale stąpają twardo po ziemi, operując
niejednokrotnie graniem, które już kiedyś słyszeliśmy, ale robią to z taką
klasą jakby sami cieszyli się, że mogą oddawać hołd temu, na czym się wychowali.
Ta płyta jest wspaniała, ta płyta jest fascynująca, ta płyta jest na swój
sposób piękna, na swój sposób sentymentalna, zupełnie jakby Ci goście znaleźli
nagle w szafie swojego ukochanego misia z dzieciństwa i postawili go w roli
szefa pośród wszelkich nowszych zabawek. Takie jest właśnie „Overspace &
Supertime” - przepastne i ponadczasowe. Jestem święcie przekonany, że za bardzo
niedługo będziemy mówili o tym albumie w kategorii klasyki i stawiali go obok
dokonań Voivod, Death, Atheist i kilku innych ambitnych i wartościowych
artystów z kręgu bardziej technicznego grania. Płyta z gatunku „tak się teraz
nie gra”, płyta z gatunku tych wybitnych, których można nie kochać, można nie
rozumieć, ale nie wypada nie usłyszeć. Tak, jest to płyta, którą koniecznie
trzeba mieć w kolekcji, nawet jeśli, kiedy kurz i emocje opadną, będzie się jej
słuchało rzadko. Ale jak już wjedzie na odtwarzacz, to świat wkoło będzie mógł
nie istnieć.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz