niedziela, 8 marca 2026

Recenzja Cryptic Shift „Overspace & Supertime”

 

Cryptic Shift

„Overspace & Supertime”

Metal Blade (2026)

 


Raz na kilka lat trafiają się albumy-molochy, rozpasane dzieła budzące z jednej strony niechęć swoim przepychem, intensywnością i rozmiarem, a z drugiej strony respekt, szacunek i podziw, za sprawą tego samego. Albumy to niełatwe, często budzące skrajne emocje. By nie szukać daleko wystarczy wspomnieć relatywnie niedawno wydany „Vitriseptome”, czy odrobinę dawniej „Lunaterial”. Albumy to na tyle rozpoznawalne, że nazw artystów przytaczać chyba nie muszę. Do tego grona śmiało należy dopisać najnowszy, drugi już album Brytoli z Cryptic Shift. Wydany przed sześcioma laty „Visitations From Enceladus” już wtedy pokazywał, że Ci goście nie boją się długich form, nie boją się klasycznego thrashu (który nota bene jest chyba najbardziej wyeksploatowanym gatunkiem muzycznym na Ziemi) i nie boją się kombinować. Ale kto by się spodziewał, że za sprawą „Overspace & Supertime” wpierdolą się z buciorami na salony i dopierdolą 80 minut muzyki zamkniętej w pięciu kompozycjach, z których najdłuższa trwa blisko pół godziny. Grunt na jaki Angole wkroczyli to ruchome piaski, bagno, które może pogrzebać artystę szybciej niż sam się tego spodziewa, obnażyć wszelkie słabości nagrania i rozdmuchać je do gargantuicznych rozmiarów. Jako przykład przytoczę ostatni materiał Blood Incantation – album przyjemny, a właściwie nawet dobry, w którym schematyczny przeplataniec elektroniki Tangerine Dream z metalem śmierci z każdą minutą zaskakiwał i wciągał mniej niż bardziej. „Overspace & Supertime” to płyta metalowa z krwi i kości, na której inspiracje rockiem progresywnym lat 70. są  rzeczywiście inspiracjami a nie kalkomanią lub imitacją. Crimsonowy surrealizm i hammillowa narracja są tutaj jedynie punktem wyjścia do muzycznej uczty, na której królują thrash i death metal. Schuldinerowa dyscyplina aranżacyjna i wykonawcza, voivodowy kosmos, nocturnusowy, nieco infantylny, ale i pierwotny animusz i vektorowe tempo – muzyko Cryptic Shift udało się to wszystko uchwycić, zrozumieć, zaadaptować i przetrawić na swoje. „Overspace & Supertime” to album kurewsko intensywny, bezkresnie pomysłowy, aranżacyjnie napuszony jak paw, a przy tym metalowy do szpiku kości. O ile pierwsze odsłuchy poddawały we mnie w wątpliwość sens pisania tak długich kawałków, tak każdy kolejny odsłuch otwierał przede mną kolejną małą furtkę do zrozumienia i celowości kolejnych zabiegów. Pewnie wiele furtek na tym albumie jeszcze przede mną do otwarcia, ale teraz niezmiernie się ciesze z tego, że ten album jest jaki jest. A jest on po prostu jak prawdziwa, muzyczne czarna dziura, która umie bawić i cieszyć się konwencją jednocześnie będąc bardzo muzyczną, stawiającą przed słuchaczem nie tylko ogromne wyzwanie, ale oferując w zamian naprawdę kupę radochy. Panowie z Cryptic Shift w żadnym momencie nie puszą się muzycznie, nie epatują niekończącymi się popisami instrumentalnymi, nie bujają w obłokach i nie próbują naginać tego swojego muzycznego świata, aby był bardziej „true”, bardziej poważny, ambitny. Wręcz przeciwnie – z tych dźwięków płynie niekłamana radość i szacunek dla metalowej tradycji przełomu lat 80. i 90. Ci goście bardzo często na tym materiale stąpają twardo po ziemi, operując niejednokrotnie graniem, które już kiedyś słyszeliśmy, ale robią to z taką klasą jakby sami cieszyli się, że mogą oddawać hołd temu, na czym się wychowali. Ta płyta jest wspaniała, ta płyta jest fascynująca, ta płyta jest na swój sposób piękna, na swój sposób sentymentalna, zupełnie jakby Ci goście znaleźli nagle w szafie swojego ukochanego misia z dzieciństwa i postawili go w roli szefa pośród wszelkich nowszych zabawek. Takie jest właśnie „Overspace & Supertime” - przepastne i ponadczasowe. Jestem święcie przekonany, że za bardzo niedługo będziemy mówili o tym albumie w kategorii klasyki i stawiali go obok dokonań Voivod, Death, Atheist i kilku innych ambitnych i wartościowych artystów z kręgu bardziej technicznego grania. Płyta z gatunku „tak się teraz nie gra”, płyta z gatunku tych wybitnych, których można nie kochać, można nie rozumieć, ale nie wypada nie usłyszeć. Tak, jest to płyta, którą koniecznie trzeba mieć w kolekcji, nawet jeśli, kiedy kurz i emocje opadną, będzie się jej słuchało rzadko. Ale jak już wjedzie na odtwarzacz, to świat wkoło będzie mógł nie istnieć.

                                                             Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz