Fantom
„Breathtaking...”
Defense Rec. 2026
Wydana dwa lata temu debiutancka EP-ka Fantom
zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Choćby z tego powodu, że oto nagle,
znikąd, pojawia się banda dzieciaków (i to słowo tu podkreślam, bo nie wiem,
czy oni wszyscy aby dobili dwudziestki) i wysmaża taki materiał, że starzy
wyjadacze mogli poczuć się zawstydzeni. Nic dziwnego, że na kolejny krok
zespołu czekałem niecierpliwie, niczym pająk na wpadającą w uwitą misternie
przez niego sieć muszkę. I nadszedł „Breathtaking…”. Materiał o niesamowicie
adekwatnym do zawartości tytule. O ile w pierwszej chwili miałem silne obawy,
czy aby młodzi, niedoświadczeni muzycy nie strzelają sobie w kolano nagrywając
album trwający niemal godzinę, tak po kilku rundach (choć w szoku byłem już po
pierwszym odsłuchu) nie potrafiłem się od niego oderwać, i zapewne jeszcze
przez długi czas nie ochłonę. W sumie to nawet nie wiem od czego zacząć.
Zawartość „Breathtaking…” jest niesamowicie bogata. I tu znów następuje u mnie
rozdwojenie ścieżki myślowej, bo zarówno pod względem tempa i nastroju
kompozycji, jak i przyświecającej tym piosenkom stylistyki. Chłopaki potrafią
zarówno pojechać po bandzie, ostrymi, klasycznymi riffami, z zachowaniem
wpadającej w ucho melodii i chwytliwego rytmu, jak i oddalić się w klimaty
balladowe. Uwierzcie mi, nie znoszę ballad, ale „Wooden Weapon” brzmi jak lep
na laski w stylu Skid Row. Żeby nie szukać daleko, zaraz potem mamy headbangingowy
„58 Megatons”, kawałek będący połączeniem wczesnej Metallica z Testament i crossoverowym
feelingiem. Owego crossoveru jest tutaj więcej, bo Fantom, jako zespół, to
chyba najbardziej dosłowny synonim luzu i braku kija w dupie. Łączy się to nie
tylko z jakąś nadnaturalną niemal lekkością łączenia ze sobą akordów i
aranżowania je w utwory tak radosne, że aż chce się potańczyć, ale także z
wokalami. Jakie tu są wspaniałe staroszkolne zaśpiewy, recytacje, jakie wejścia
w polemikę między tekstem głównym a zakrzykami z boku, jakimiś „glamowymi”
podrywami, czy wstawką (choć nikt mi nie wmówi, że zarejestrowaną spontanicznie)
ze studio, poprzedzającą numer, w którym chłopaki oddają cześć swojemu miastu. Dodatkowo,
barwa głosu Kacpra rozkłada mnie na łopatki, bo przypomina mi klipy z MTV i
Headbanger’s Ball z lat, kiedy byłem trochę jedynie młodszy od chłopaków z
Fantom. A jak wspaniale to wszystko brzmi! Wręcz cudownie. Czytelnie, ostro w
chuj, a przy tym nie nazbyt nowocześnie, z zachowaniem tego starego ducha. Bije
z tych nagrań pozytywna energia, i to z taką intensywnością, że banan z ryja
nie ma prawa przy nich zniknąć ani na chwilę. „Breathtaking…” jest w mojej
opinii zdecydowanie jednym z najlepszych albumów ostatnich kilku(nastu?) lat w gatunku
thrash / crossover jaki dane mi było usłyszeć, i to biorąc pod uwagę rosnącą
ostatnio w siłę konkurencję. Fenomenalny krążek, bez najmniejszych słabych
punktów, mogący spokojnie stać na półce obok takich klasyków jak Metallica,
Anthrax, Nuclear Assault, S.O.D., Annihilator czy Skid Row. A wieńczący całość
„Final Breath”, ze swoją uzależniającą bardziej niż heroina melodią, tnącym
głębiej niż żyletka Polsilver riffem, oraz śpiewnym wersem na zakończenie jest
chyba najlepszym podsumowaniem tego debiutu. Czuję się pozamiatany.
-
jesusatan

