niedziela, 31 maja 2026

Recenzja Rotten Tomb “Vestiges of Tortured Souls”

 

Rotten Tomb

“Vestiges of Tortured Souls”

Nuclear Winter Rec. 2026

Zawsze kiedy słucham sobie wydawnictw z Ameryki Południowej, czy Środkowej, to myślę, że w tamtym zakątku świata nagrywa się tyle zajebistej muzy, z której zapewne jedynie niewielka część ma szansę przebić się do szerszego grona odbiorców. Żyje sobie tamtejszy rynek swoim życiem, a jeśli ktoś maniakalnie go nie śledzi, to o wielu wartościowych nazwach nigdy w życiu nie usłyszy. Jednym z takich przykładów jest Rotten Tomb. Chłopaki właśnie wydają swój trzeci album, i gdyby nie działo się to nakładem Nuclear Winter, tylko ichnich, lokalnych, to znów koło nosa przeszłaby mi bardzo dobra płyta. A za taką „Vestiges of Tortured Souls” uważam. Chilijczycy grają death metal. Staroszkolny, choć nie na jedno kopyto, bo bardzo udanie mieszają wpływy lat dziewięćdziesiątych, z całym bogactwem, którego dostarczyły. Usłyszycie tu zarówno blasty, jak i gniotące trzewia walce. Zajrzycie do Stanów (Incantation), ale i odwiedzicie Stary Kontynent (Gorement). Zostaniecie roztrzaskani niczym pilot kamikaze po zderzeniu z okrętem (Disma), ale i wciągnięci w niesamowity, mroczny klimat (wczesny Amorphis). Rotten Tomb zaserwują wam brutalne i agresywne riffy, ale i poczęstują niebanalną, bardziej klasyczną solówką. I to wcale nie jest żaden misz-masz, bo kompozycje na tym krążku są tak umiejętnie posklejane, pełne wspomnianych różnorodności, że co chwilę czymś zaskakują. I łączy je wspólny mianownik – oldskul do szpiku kości. No i skurwysyńsko masywne brzmienie. Naprawdę ciężko sobie wyobrazić, by metal śmierci mógł zabrzmieć lepiej. Selektywnie, a zarazem bardzo organicznie, niczym wykopany z kapsuły czasu zapomniany klejnot sprzed niemal czterech dekad. Można tutaj chwalić wszystko. Od wokalu, głębokiego i demonicznego, przez melodyjne, a zarazem niszczycielskie partie gitar, doskonałą sekcję rytmiczną, i niebanalne, choć przecież oparte na sprawdzonych wzorcach aranże. Tego albumu słucha się na od A do Z na podniesionym ciśnieniu, a jak kto bardziej nostalgiczny, to i łezka w oku może się zakręcić. Nie będę zatem się rozpisywał, bo i nie ma po co. Lepiej siąść do „Vestiges of Tortured Souls” i samemu, nausznie, dokonywać dysekcji, bo naprawdę jest tu czego słuchać. Bardzo dobra płyta, ale o tym mówiłem już na wstępie.

- jesusatan




Recenzja Phoschydeux „4 Days of Bliss in Hell”

 

Phoschydeux

„4 Days of Bliss in Hell”

I, Voidhanger Records 2026

To kapela nowa. Pochodzi z Węgier i jak twierdzi notka informacyjna od wydawcy, składa się z członków death i black metalowych zespołów tamtejszej sceny. W ramach tego projektu ci czterej panowie grają muzykę odmienną od metalurgicznych tonów, ale nie znów tak odległą. Internetowe źródła określają granie tego kwartetu jako doom-stoner, ale jest to bardzo duże uproszczenie. Owszem, elementy właściwe dla tego gatunku u Phoschydeux występują, ale trzonem tutaj jest ciężki, narkotyczny blues i brudny hard rock, które razem do spóły z tymi wyżej wymienionymi, gęściejszymi formami robią niemałą robotę, kreując mroczną oraz psychodeliczną muzę. Twórczość Węgrów można by nazwać wypadkową Danzig, The Doors z domieszką dusznego, pustynnego stonera, lecz nie zabiera ona w upiorne, pejotlowe podróże ani nie przenosi do beztroskiego świata dzieci kwiatów. To ponura muzyka z szarych, miejskich dzielnic wypełnionych uzależnieniami i straconymi nadziejami, depresją i przemocą. Przez cały swój debiutancki album, Phoschydeux kreuje dekadencki obraz rzeczywistości. Robi to za pomocą zgiełkliwej gitary, z której wydobywają się transowe melodie, a wspomaga ją dudniący bas i przysadzista perkusja. Sekcja rytmiczna skutecznie zagęszcza, wijące się i falujące w otumaniającym tańcu akordy, podbijając przytłaczającą atmosferę „4 Days of Bliss in Hell”, która stanowi doskonałe tło dla bolesnych tekstów. Odpowiedzialny tutaj za mikrofon Jim Jones, wyśpiewuje je używając fantastycznych wokaliz, podkreślających dramatyzm i niewygodną prawdziwość słów. Cóż, pierwszy krążek Phoschydeux jest muzyką, która nie wszystkim przypadnie do gustu, ale warto po nią sięgnąć, ponieważ to czysty mrok, stworzony z psychoaktywnych składników. Tym razem nie jest związany z czymś metafizycznym, lecz dotyczy ludzkości i jej codziennych problemów. Przedstawiony poprzez sugestywną i niezwykle emocjonalną muzykę, z którą warto się zapoznać.

shub niggurath




Recenzja Fournier „Fournier”

 

Fournier

„Fournier”

Caligari Rec. 2026

Ciekaw jestem, ile z was potrafiłoby odczytać nazwę zespołu, gdybym wrzucił tu jedynie okładkę, bez podpisu. Ja bym pewnie poległ już na pierwszej literce. To jednak nie jedyna zagadka. Z tego, co można wyczytać w Encyklopedii, w zespole figuruje człowiek, niejaki Lepper (ale nie Andrzej, tylko Jef, tak, przez jedno „f”), który obsługuje bas oraz perkusję, choć zgaduję, że nie jednocześnie, oraz pan Quintin, który… chuj wie, co w zespole robi. Może po prostu zapierdala chłopakom po fajki i browary podczas prób. No ale dość tych ciekawostek przyrodniczych. „Fournier” to debiutanckie demo zespołu, zawierające cztery kompozycje zamykające się w niecałych dwudziestu minutach. Mimo iż panowie z Zelandii pochodzą Nowej, to żadnych lądów muzycznych bynajmniej nie odkrywają. Grają sobie za to death metal. A jaki death metal, zapewne zapytacie. A taki, którego głównym filarem mógłby być Morbid Angel z okresu literki „F”, choć chwilami zdarza się, że panowie zerkną też bardziej w kierunku początku alfabetu. Kompozycje Fournier cechuje na pewno mocny, brutalny riff oraz płynący z kompozycji ciężar. Chwilami można poczuć się, jakby przejeżdżał po nas co najmniej spychacz, z rytmicznie trajkoczącym silnikiem, ale… Fournier niezaprzeczalnie stronią od jednolitości. Weźmy na warsztat taki „Supreme Ornaments”, bo ten utwór mógłby chyba dobrym reprezentantem całości. Początek trochę przypominający Death (zresztą dziedzictwo Chucka pojawia się nie tylko tu), wyczekiwacz na jedną gitarę, wejście taranem w stylu „Rapture”, trochę klasyki na d-beacie, przyspieszenie, nagły hamulec i ponownie Morbid Angel w średnim tempie z szybkimi centralami. Pod koniec zwolnienie z delikatniejszą melodią i wystukującą jakby „swoje” rytmy perkusją. W międzyczasie oczywiście głębokie growle, takie z gatunku mniej czytelnych. Ale jak już o perkusji wspomniałem, to podoba mi się co robi ten facet, bo jego styl gry nie jest do końca typowy i czasem można wyłapać niezłe patenty w jego wykonaniu. Niezłe wrażenie robią też wioślarze, niejednokrotnie łamiąc rytm, albo płynnie przechodząc z riffu w riff. Poza brutalizą, potrafią też troszkę zakręcić, na tyle, że przez sekundę może pojawić się w głowie myśl pod tytułem „Obscura” (mi mignęła w drugiej połowie „An Angel With a Bullet”). Demo kończy mroczny odprowadzacz, zresztą w tym samym tonie co „wprowadzacz”, dzięki czemu materiał zyskuje swoistą otoczkę. No i co? No i to, że Fournier nagrali bardzo dobre demo, w staroszkolnym klimacie, o staroszkolnym brzmieniu i naturze, łącząc ze sobą wpływy z nie tylko jednego garnka. Mi się podoba.

- jesusatan




Recenzja Midnight Odyssey „A Mass of Fallen Stars-Live in Toulon”

 

Midnight Odyssey

„A Mass of Fallen Stars-Live in Toulon”

I, Voidhanger Records 2026

Jeśli są tutaj fani symfonicznego black metalu w wykonaniu Midnight Odyssey, to z pewnością będą zainteresowani tym, że piętnastego maja, wytwórnia I, Voidhanger Records wypuściła koncertówkę tego australijskiego projektu. To oczywiście aranżacje z wszędobylską obecnością klawiszy, które wraz z innymi instrumentami, kreują melancholijny klimat, osiągnięty za pomocą klasycznego kostkowania i tremolo. Klimat, który wraz z sesyjnymi muzykami odpowiedzialny za ten akt Dis Pater, postanowił oddać na scenie. Cóż, jest średnio i nie wiem, czy był sens to rejestrować i wydawać, ale nic mi do tego, bo kasa nie moja. Brzmi to słabo. Bębny niesamowicie dudnią, klawisze dobiegają jakby z oddali, gitary chwilami zanikają, a wokalista tęsknie zawodzi, momentami skrzecząc jak zdychająca wrona. Całość trwa godzinę i dziesięć minut, co było dla mnie katuszą straszną, zwłaszcza że nie gustuję w „bajkowym” black metalu, który niekiedy kieruje swoje kroki w doomowe rejony i próbuje mnie zarazić natchnionym i depresyjnym graniem, któremu okresowo towarzyszy ckliwe nucenie. Ja się nie dam, ale wielbiciele tego ujęcia jak i tej kapeli, z którą spotkałem się przy okazji zrecenzowania epki „Closer to the Sky”, która zupełnie mnie nie przekonała, na pewno będą zachwyceni możliwością posłuchania Midnight Odyssey „na żywo” za pośrednictwem „A Mass of Fallen Stars-Live In Toulon”. Dla mnie pozycja bezcelowa i za słabo zarejestrowana, aby móc cieszyć się koncertem, nawet jeśli płynie on z nośnika.

shub niggurath




piątek, 29 maja 2026

Recenzja Louder „Devil's Night”

 

Louder

„Devil's Night”

Fighter Rec. 2026

Był już jakiś Venom z Kolumbii? Nie? No to już jest. Oczywiście upraszczam, choć po włączeniu tej płyty od razu skojarzenia miałem jednoznaczne. No ale po kolei. Panowie z Madellin po raz pierwszy zaznaczyli swoją obecność na scenie za sprawą wydanej rok temu demówki „Raw-Hell-Sal at Devil’s Crypt”, co wyraźnie sugeruje, iż były to nagrania z próby, na setkę. Poza czterema utworami, które także znalazły się na „Devil’s Night”, mieliśmy tam covery Razor oraz Violent Force. Debiutancki album zawiera jeszcze cztery nowe numery, tym razem bez coveru. Chyba że za takowe uznamy wszystkie umieszczone na tym płytągu piosenki, bo te nagrania to jeden wielki hołd dla klasyków gatunku. Kolumbijczycy grają metal prawdziwy, taki z krwi i kości. Gdybym chciał być maksymalnie prostolinijnym, powiedziałbym, że ich radosna twórczość to wypadkowa między wspomnianym Venom, Motörhead a Onslaught. Że jest to „twórczość radosna”? No kurwa! Tutaj każdy kawałek to taneczny, koncertowy killer, przy którym maniakom grania z lat osiemdziesiątych micha ucieszy się niczym Burkowi na widok kości. Perkusyjnie jest tu prosto do bólu. W zasadzie można by nagrać kilka sampli, głównie na d-beacie, a potem posklejać je komputerowo, i wszystko by się zgadzało. Linie gitarowe są z kolei tak diabelnie chwytliwe, że przed oczami rysuje się obraz dwóch stojących na scenie kolesi z wielkim uśmiechem na twarzy, oraz stukającego swoje, przygarbionego perkusisty z rozwianymi od wiatraka włosami. A jeśli dodam, że całość układanki uzupełniają teksty na wskroś „metalowe”, klasyczne… No dla przykładu kilka tytułów: „Satan’s Bitch”, „Hellish Rock’n’Roll”, „Heavy Metal Nights”, „Louder Than Hell”. Macie jeszcze pytania? Czy ten album ma zatem jakieś wady? Cóż, jeśli za taką można uznać szablonowość i powtarzalność, to tak. W zasadzie wszystkie kawałki na tej płycie są niemal identyczne. Co prawda, trwa ona zaledwie pół godziny, więc jednorazowa dawka jest niczym lodowata wódeczka na spragnione gardełko, ale przedawkowanie może spowodować efekt tożsamy z przedawkowaniem ognistej wody właśnie. Zatem posłuchać można, nawet kilka razy (niekoniecznie z rzędu), ale na pewno nie jest to płyta, która na stałe zapisze się w annałach speed metalu. Jest za to na pewno wartościowym hołdem dla klasyków starego grania. I mi to styka.

- jesusatan




Recenzja Yfel 1710 „Live 2026 a.y.p.s.”

 

Yfel 1710

„Live 2026 a.y.p.s.”

Societas 2026

Jeśli ktoś się stęsknił przez ostatni rok za Yfel 1710, bądź chciałby pójść na ich koncert, ale ostatnio nie mógł lub miał za daleko, to powinien zaopatrzyć się w ich nowe wydawnictwo, będące koncertówką. Dziesięć numerów. Przekrój przez wszystkie płyty. Dźwięk dobrze zarejestrowany, bo wszystkie sekcje wraz z wokalem są idealnie słyszalne. Odgłosy publiki, specyficzne sceniczne brzmienie i wyczerpujące zapowiedzi wokalisty każdego z kawałków, robią robotę i doskonale oddają klimat występu na żywo. Yfel 1710 już dawno ugruntował swoją pozycję na krajowym podwórku, co udowadniają na tym wydawnictwie. Jeśli z każdego show w ich wykonaniu kipi taka energia, to ja chcę to zobaczyć i usłyszeć. Panowie napierdalają w punkt diabelszczyzną drugiej fali z domieszką rodzimych naleciałości i oczywiście norweskiego sznytu. Na żywca wychodzi im to bardzo dobrze, co wyraźnie wybrzmiewa z tej produkcji. Pewnie ściany klubu, gdzie odbywał się ten gig pokrywał szron, a zebrani tam maniacy byli w czapkach i zimowych kurtkach. Chłód i agresja została oddana w perfekcyjny sposób, bo przecież Olsztynianie tym się właśnie odznaczają, a i potężną dawką mroku przesłonić światło potrafią. Cóż, koncert, który w pełni oddaje ducha tej kapeli i black metalu jaki gra, a teksty w rodzimym języku pomagają w nawiązaniu nierozerwalnej więzi z fanami. Rzadko słucham albumów koncertowych, ponieważ ich jakość oraz zasadność są różne, ale „Live 2026 a.y.p.s.” się broni w całej rozciągłości. Zatem jeśli ostatnim razem mama was nie puściła na koncert Yfel 1710 lub musieliście akurat iść do roboty, to możecie brać ten materiał w ciemno.

shub niggurath




Recenzja Soulburn „Quantifying Cosmic Doom”

 

Soulburn

„Quantifying Cosmic Doom”

Testimony Rec. 2026

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych rozpadł się Asphyx, Century Media dumnie ogłosiła, że oto pojawił się (oczywiście pod ich skrzydłami) godny następca. Debiut Soulburn został faktycznie nagrany przez trzech byłych Asphyxowiczów, i tak po prawdzie zły nie był. Jednak nie na tyle dobry, bym późniejszą karierę Holendrów śledził z zapartym tchem. Coś tam po drodze słyszałem, ale szybko puściłem w niepamięć. Teraz panowie wracają z piątym, wydanym po sześciu latach milczenia albumem. I wiecie co? Według mnie, to mogliby sobie milczeć dalej, bo „Quantifying Cosmic Doom” to kupsko nieprzeciętne. Muzycznie mamy tutaj coś na kształt przeciętnego do bólu gothic death / doom metalu. Posępne melodie w wolniejszym tempie, z wieloma elementami akustycznymi, budowanie klimatu na podobiznę przesłodzonego trendu z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Według zamiaru autorów miało być zapewne mglisto, deszczowo, z nielicznymi, mocniejszymi podmuchami wiatru. Raz, że jednak nie ta pora roku, a dwa – jeżeli czymkolwiek tu wieje, to nudą. Na potęgę. Akordy w wykonaniu Soulburn są geriatryczne, wtórne i na wskroś nijakie. Chwilami też radosne, tak kapkę do potańczenia (kojarzycie pewnie niemiecki Crematory, czy inny Heavenwood?). Może lukrem to w takim stopniu nie ocieka, ale i tak kucharze dodali do gara cukru podwójnie. Mocy w tym tyle co w rozładowanej baterii, za to powtarzalności i tandety, co na tureckim targowisku w sezonie turystycznym. Można przy tych piosenkach albo zasnąć, albo się porzygać. Z naciskiem na tą drugą opcję, bo zmrużyć oka nie pozwalają wokale. Jeszcze pojawiające się w zdecydowanej mniejszości szorstkie growle są do zniesienia, acz i tak brzmią nieprzekonywująco. Przeważają jednak… straszne wyjce. Bo ja tego nawet nie nazwę „czystym śpiewem”. Mujborze, jak ten koleś jęczy i zawodzi, tudzież stara się pośpiewać, to jest, kurwa, dramat. Nie ma kawałka, żeby grymas zniesmaczenia nie pojawił się na twarzy słuchacza z nawet średnim gustem muzycznym. A najgorsze w tym wszystkim jest, że „Quantifying Cosmic Doom” trwa ponad godzinę! Nie będę was zatem okłamywał, i przyznam się, że trzech ostatnich odsłon już nie strawiłem. Oszczędźcie sobie zatem zdrowia psychicznego, i omijajcie tą płytę szerokim łukiem. Tego się nie da słuchać!

- jesusatan




Recenzja Lorn „Searing Blood”

 

Lorn

„Searing Blood”

I, Voidhanger Records 2026

Ten włoski, solowy projekt, za którym stoi niejaki Radok, muzykuje już parę lat, bo od 1999 roku. Przez te prawie trzy dekady nie uzbierał jednak zbyt dużo nagrań, ponieważ pomijając kilka splitów, demosa i epkę, to „Searing Blood” jest dopiero czwartym, dużym krążkiem Lorn. No nic. Najnowsze jego dzieło to sześć numerów wyrzeźbionych w black metalowej materii, które po części brzmią dość znajomo. Dwa pierwsze utwory to taka wariacja na temat „Transilvanian Hunger”, gdyż hipnotyczna jednostajność tremolo, falujące melodie i ich posępność, to właśnie ta płyta, tyle że w nowym i nieco zmodyfikowanym wydaniu, a pomogło w tym chociażby umieszczenie w nich klawiszy. Od trzeciego kawałka sytuacja się zmienia, bo Lorn wkracza na tereny atmosferyczne, mieszając monotonne riffy z klimatycznymi, syntezatorowymi pasażami, ambientowymi wyciszaczami oraz przerywnikami na nieprzesterowanych strunach. Wszystko skonstruowane zostało na chropowatych i zimnych gitarach, które skutecznie zagęściła dość ciężka jak na ten gatunek, sekcja rytmiczna. Tuż za nimi umiejscowiły się wokalizy, które tajemniczo szepczą i powarkują, przesłonięte przez resztę instrumentarium oraz wysunięte do przodu parapety. Poza dwoma pierwszymi aranżacjami, które przedstawiają upiorność wspomnianego albumu Norwegów w delikatnie odmienny sposób, to reszta tego materiału to surowe i zarazem nastrojowe granie. W mocniejszych momentach wyraźnie przypominające norweskie produkcje z lat dziewięćdziesiątych zaś w tych bardziej melancholijnych, współczesne wykwity spod znaku atmosferycznej diabelszczyzny, która nie stroni także od odjazdów w rejony post black metalu. Proste kompozycje, które mieszają w sobie mroczne, sentymentalne i metafizyczne ujęcie gatunku.

shub niggurath




czwartek, 28 maja 2026

Recenzja Dead Void „Cranial Devastation”

 

Dead Void

„Cranial Devastation”

Me Saco Un Ojo / Dark Descend 2026

Moje spotkanie z debiutanckim krążkiem Dead Void, z dwa tysiące dwudziestego drugiego, wyglądało niczym pojedynek Ivana Drago z Apollo Creedem. Wystarczyło kilka strzałów, i nie byłem w stanie się pozbierać. Cztery lata później zespół powraca z albumem numer dwa. Wiadomo, że w tym przypadku nie było już ze strony przeciwnika mowy o żadnym zaskoczeniu, bo spodziewałem się wyprowadzania ciosów o najwyższej sile rażenia. Jednak być dobrze przygotowanym, a wygrać walkę, to dwie zupełnie różne rzeczy. Tym bardziej, że Duńczycy, zapewne świadomi wartości „Volatile Forms” bynajmniej nie zamierzali poniżej określonego poziomu zejść. I, kurwa, nie zeszli. „Cranial Devastation” to trzydzieści osiem minut gruzu i smoły. I to zalewającej słuchacza na zasadzie powodzi błotnej, ze wszystkich stron. Ponownie Dead Void zdecydowanie większy nacisk położyli na masywność i duchotę swoich kompozycji, niż na szybkość i chwytliwe harmonie. Tempo tego krążka można, oczywiście generalizując, określić jako dość mozolne. Natomiast każdy ton docierający do naszych uszu, każdy akord, to uderzenie mogące powalić słonia. Trochę tutaj sludge’owego bujania, które wmieszane w death / doomowe riffowanie efektywnie mieszankę rzeczonych gatunków wzmacnia. Zresztą chyba największym dowodem na niesamowitą siłę, ale i pomysłowość zespołu, niech będzie zamieszczony na końcu albumu utwór The Sound „I can’t escape myself” (tutaj zatytułowany po duńsku). Konia z rzędem, kto po odsłuchaniu obu wersji skapnąłby się, że to cover. W samych kompozycje autorskich, podobnie jak w przypadku debiutu, nie brak zwrotów akcji, czy elementów zaskakujących, choć tym razem całość jest jakby jeszcze bardziej ujednolicona i skondensowana. Tutaj nie ma chwili na złapanie oddechu, bo nawet jeśli zanosi się na krótkie wyciszenie między akordami, to zawiesina dźwięku w powietrzu jest tak gęsta, iż nie sposób wciągnąć jej do płuc. Świadomie, czy też nie, Dunowie przeplatają w swoich utworach inspiracje, albo nawiązania, do Spectral Voice, Swallowed, Cianide, czy nawet Antiversum, z czego wychodzi im amalgamat pozornego chaosu z dobrze zaplanowaną misją, mającą na celu utopienia świata w lawie. Porównania nowych kompozycji Dead Void z poprzednimi, na zasadzie „lepsze, czy gorsze od debiutu” nie mają tu racji bytu, bowiem moim zdaniem zespół już dziś, po zaledwie dwóch dużych wydawnictwach, zaliczyć można do elity gatunku. Oni współtworzą jego siłę, a nie jedynie nim podążają. Bezapelacyjnie, płyta do obowiązkowego sprawdzenia.

- jesusatan




Recenzja Harms „Rebirth of the Cold”

 

Harms

„Rebirth of the Cold”

Time To Kill Records 2026

Harms jest pięcioosobową kapelą z Finlandii, która powstała w 2017 roku. Mają już na koncie debiutancki album, demosa i epkę, a ósmego maja wrócili z kolejnym krążkiem. Finowie grają dość nowoczesną muzykę metalową, opartą o metalcore, ale kilka innych składników w ich muzyce można znaleźć. Poza typowymi akordami dla wspomnianego gatunku, Harms wplata do swoich kompozycji sporo sludge’owych uderzeń, które wbijają w glebę lub oblepiają mułem. Poza nimi można tu spotkać także sporo mizantropijnych tremolo oraz nastrojowych wtrętów, zaczerpniętych z nu metalowych produkcji. Najnowsza płyta od tego kwintetu, to nowoczesne rzępolenie, które nie jest pozbawione ciężkości i mroku. Pełno tu również przygnębiającej nostalgii czy smutku. To także mnóstwo negatywnych emocji, które zespół wydobywa z siebie za pomocą miażdżących riffów, przeplatanych z intensywnymi, wysokotonowymi zagrywkami, a wszystko urozmaica przysadzistym corem i przywołanymi wyżej, przytłaczającymi melodiami o atmosferycznej i nieco nostalgicznej proweniencji. Muzyka od Harms jest może współczesna czy modernistyczna i kręci się głównie wokół post metalowych brzmień, ale nie brakuje jej mocy, która rośnie w każdym kawałku stopniowo, aby w końcu eksplodować z pełną siłą rażenia. To dobrze skonstruowane zestawienie introspektywnych i delikatniejszych form z silnymi atakami, które tworzą twardą ścianę dźwięku. Zwarte, mosiężne struktury, ciemność, chłód i sporo emocji, a wszystko wyssane z fińskiej nocy, krajobrazu i rzeczywistości. Zapisany na pięciolinii obraz współczesnych lęków, nerwic i rozterek, wybuchający na przemian ogniem i lodem, który powinien spodobać się miłośnikom metalowego grania, wywodzącym się z najnowszej generacji fanów.

shub niggurath




wtorek, 26 maja 2026

Recenzja Liminal Sky „All Tomorrow's Darkness”

 

Liminal Sky

„All Tomorrow's Darkness”

Karisma Rec. 2026

Po Liminal Sky sięgnąłem trochę przypadkowo. Bo ani nie jestem specjalnym fanem Ulver, ani niewiele znam z twórczości Hexvessel, a to właśnie muzycy tych zespołów, między innymi, wchodzą w skład rzeczonego projektu. Stwierdziłem jednak, że czasem trzeba się odchamić i posłuchać czego innego niż tylko hałasu. „All Tomorrow’s Darkness” to niemal godzina grania z gatunku post-rock. Przyznam, że już pierwszej chwili dość mocno skojarzyło mi się to z późną Katatonią, środkowym okresem Ulver, czy też Anathemą, z czasów, kiedy zespół ten przestał mieć z metalem cokolwiek wspólnego. Czy to dobre rekomendacje? Nie wiem, pewnie zależy dla kogo. Prawda jest taka, że jeśli ktoś lubuje się w melancholijnym graniu, z mnóstwem łagodnych melodii, sporą ilością fragmentów akustycznych, i wszechobecną atmosferą melancholii, zapewne będzie tym krążkiem zachwycony. Nie powiem, też zdarza mi się nurkować w takich spokojnych wodach, aczkolwiek warunek, bym poczuł się „oczyszczony” musi być jeden. Muzyka musi mieć w sobie to „coś”, wciągnąć, zahipnotyzować, oczarować. „All Tomorrow’s Sky” teoretycznie spełnia te wymagania. Niestety, tylko teoretycznie. Poszczególne piosenki na tym wydawnictwie są w zasadzie oparte o te same pomysły, co po maksymalnie dwudziestu minutach powoduje nieodparte ziewanie. Myślę, że gdybym porównał Liminal Sky do wspomnianej na wstępie Katatonii z ostatnich lat, to dużo bym się nie pomylił. Bo pod względem warsztatu nie ma się tutaj do czego przyczepić (cholera, może właśnie z tego powodu, że melodie na tych kompozycjach są oparte o banalne linie melodyczne). Wokalnie też jest dobrze, ale nie samymi wokalami płyta stoi, bo Renske ma przecież niesamowity głos. Pojawiają się tutaj różne urozmaicajki pod tytułem żeńskie wokale (cały „Penance” zaśpiewała pani Karen Park, czyli jednak z Katatonią ma ten album coś więcej wspólnego niż tylko moje urojenia) czy partie saksofonu, ale ogólnie wieje nudą. Poza wspomnianą Karen, album ten zaszczycili udziałem inni, jak mniemam znamienici, goście, acz w moim przypadku robi to różnicę… żadną. Miałem nadzieję na fajny, wyciszający album, dostałem piosenki nużące i usypiające. Może Liminal Sky nastawieni są na inny poziom wrażliwości, może do was trafią wyraźniej, nie wiem. Ja sobie zmrużyłem oko, ale czas wstawać i wracać do bardziej „swojskich klimatów”. Nic tu po mnie.

- jesusatan




Recenzja Junon „The Golden Citadel of the Astral Sphere”

 

Junon

„The Golden Citadel of the Astral Sphere”

I, Voidhanger Records 2026

Junon jest Niemką i swoją ksywką nazwała ten projekt w 2022 roku. Po czterech latach tworzenia, czego przedsmak w postaci demosa otrzymaliśmy rok wcześniej, teraz dostajemy debiutancką płytę. Składają się na nią dwa kawałki ze wspomnianego „Promo MMXXV” i dwie nowe kompozycje. Muzyka w wykonaniu Junon jest upiorna, podobnie jak zdjęcie artystki dołączone do materiału promocyjnego. To mroczny i pokręcony black metal, skonstruowany z płynących w jednostajnym tempie tremolo, z których wydobywają się nieprzyjazne harmonie. Formy te okresowo wpadają w dysonansowe rejony, które przeplatane z rytualnymi akordami stanowią o wymowie tego albumu. Wymowa zaś jest dość diaboliczna, co podkreślają awangardowe rozwiązania aranżacyjne, które Junon czerpie z psychodelicznego rocka, opery i innych, awangardowych brzmień. Mieszanka ta, kreuje black metal o psychodelicznym i niekiedy teatralnym charakterze, co objawia się nie tylko w niekonwencjonalnych połączeniach diabelskich tremolo z połamanymi i atmosferycznymi akordami, ale również w całej gamie wokaliz, które wydobywają się z gardła tej niemieckiej artystki. Black metal, który nie jest łatwy w odbiorze i dla delikatniejszych uszu może wydać się uwierający bądź niezrozumiały. To podziemna i narkotyczna manifestacja, w której nie znajdziecie nic, jeśli szukacie melodyjności czy jakichś kosmicznych uniesień, bo „The Golden Citadel…” jest surową wręcz piwniczną awangardą, będącą fuzją drugiej fali z eksperymentalnymi zabiegami, co zrodziło odstręczającą wersję tego gatunku. Z jednej strony minimalistyczny, a z drugiej wypełniony po brzegi pomysłami, które oprócz satanicznego mistycyzmu niosą ze sobą obrzydliwe i powykręcane nuty. Niepokojący, momentami odjechany, diaboliczny materiał, przez który warto przebrnąć i postarać się go zrozumieć. Jeśli to się stanie, to już z wami koniec, bo odwdzięczy się, wpędzając was w obłęd.

shub niggurath




poniedziałek, 25 maja 2026

Recenzja Arrows „Yearning Arrows; Cloven Suns”

 

Arrows

„Yearning Arrows; Cloven Suns”

Independent 2025

Uciekł mi gdzieś ten materiał. Może dlatego, że wydany został jedynie w wersji kasetowej, w dodatku przez sam zespół, zatem informacja o jego premierze do mnie nie dotarła, a ja zapomniałem dopytywać u źródła. A miałem go na celowniku choćby z tego powodu, że odpowiedzialni zań ludzie nierzadko już udowodnili, że muzykami są nietuzinkowymi i potrafią tworzyć muzykę wymykającą się ogólno przyjętym ramom. Wymienię tu jedynie takie nazwy jak Dakhma, Aarkhaaik, Death.Void.Terror czy Lykhaeon. Arrows jest kolejnym wcieleniem rzeczonego kręgu, i kolejną odsłoną ich muzycznych wizji. Powiem zupełnie szczerze, jestem pod wielkim wrażeniem, jak ci sami ludzie potrafią tworzyć tyle projektów, i w każdym z nich prezentować muzykę zupełnie odmienną, jednocześnie za każdym razem stojącą na tak wysokim poziomie. Co prawda, „Tearning Arrows; Cloven Suns” w pierwszej chwili mnie odrobinę odstraszył. Mówiąc „w pierwszej chwili” mam na myśli początek otwierającego całość „Spitting Heads”, a konkretnie wokale. Czyste, ale nie do końca tak rytualne, czy podniosłe, jak lubię. Szybko jednak okazało się, że na dalszej części płyty pod tym względem jest tylko lepiej, i żadnego „jęczenia” już nie ma. Zresztą być może się dopierdalam, albo szukam dziury w całym… Tym bardziej, że debiut Szwajcarów to fantastyczny materiał, na którym znajdziecie mnóstwo inspiracji (gdyby szukać DNA w każdym dźwięku), który można porównać do mnóstwa zespołów (gdyby szukać DNA w każdym riffie), a ostatecznie i tak jest mieszanką wyjątkowo udaną i, jako całość, oryginalną. Tak więc, jeśli przez chwilę przebrzmi wam w głowie, między innymi, Bolzer, Mgła, Yerusalem czy Blut Aus Nord, to i tak ostatecznie w wyniku syntezy wyjdzie wam… Arrows. Sporo w tych nagraniach nowoczesnego black metalu, sporo siarczystego riffowania jak i zagrywek atonalnych, ale nie brak też psychodeli z lat siedemdziesiątych, czy momentów stonowanych, budujących atmosferę trochę egzotycznego, orientalnego mroku. Pod względem tego ostatniego, podobny klimat czułem przy okazji „Under the Moonspell”, ale to przecież było lata temu. Jest w tej muzyce coś, co sprawia, że ten black metal tętni swoim własnym życiem. Jest też coś, co wciąga mocniej niż Czarna Dziura (i nie jest to li wyłącznie niesamowicie wbijający się głowę riff w „A Glance at the Abyss”). Gdyby bawić się w kolorystykę, czy malarstwo, to muzyka na „Tearning Arrows; Cloven Suns” idealnie odzwierciedlana jest przez okładkę album ten zdobiącą. Obie te rzeczy mogą być odbierane przez każdego zupełnie indywidualnie, ale chyba nikt nie nazwałby ich kiczowatymi czy nijakimi. Powiem zatem tak… Jeśli chcecie posłuchać black metalu w awangardowym wydaniu, ale awangardowym w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, to sięgajcie po Arrows. To bardzo dobra, z każdym odsłuchem rosnącą płyta, pełna niesamowitego klimatu i momentów nieoczywistych. Mi się bardzo podoba.

- jesusatan




niedziela, 24 maja 2026

Recenzja Black Cilice „Votive Fire”

 

Black Cilice

„Votive Fire”

Iron Bonehead 2026

Mimo iż Black Cilice to nazwa znana w blackmetalowy półświatku, bo projekt ten obecny jest na scenie już niemal dwie dekady, i systematycznie wypluwa nowe nagrania, to jakoś nigdy nie miałem okazji uzewnętrznić się na jego temat. Niech więc okazją na to będzie nowy, siódmy już w dorobku Portugalczyka krążek. Można powiedzieć, że Black Cilice to taki Cannibal Corpse minimalistycznego black metalu. Tworzy w kółko to samo, z kosmetycznymi zmianami, a zainteresowani i tak łykają nowe wydawnictwa bez zadawania zbędnych pytań. Tym, którzy jeszcze jednak nigdy z nazwą się nie spotkali, podpowiem, że twór ten nagrywa garażowe bzyczenie, połączone z dudnieniem i wokalami „zza ściany”, czasem dorzuca jakieś drobne ozdobniki klawiszowe, choć bardziej w stylu dungeon synth niż, dajmy na to Emperorowe, nie bawi się chyba zbytnie w miksy i masteringi, bo musi być surowo. No, tak po prawdzie, to tym razem chyba chwilkę się pobawił, bo „Votive Fire” nie brzmi aż tak chujowo jak niektóre z poprzednich płyt, i basu tu jakby więcej, co nie zmienia jednak faktu, że produkcja jest tu na bardzo oszczędnym poziomie. No cóż, tak muzyk widzi black metal, tak sobie założył, że może być nieco bardziej współczesnym Darkthrone, i tak sukcesywnie czyni. Czy ja się na to łapię? Tak jak jestem ogromnym fanem surowego black metalu, tak Black Cilice do mnie w ogóle nie przemawia. Dlaczego? Po pierwsze, sam sound projektu stoi nieco za linią, której się przekraczać nie powinno (aczkolwiek z tymi nowymi nagraniami to muzyk stoi dosłownie NA niej, więc może następnym razem uda się przejść na stronę „słuchalną”). Bo ja lubię jak coś mi gra, nawet jeśli klekocze jak rozjebana pralka, ale nie jednolicie bzyczy. I po drugie, Black Cilice jest kurewsko powtarzalny. W zasadzie można mieć na półce jedną płytę w ramach ciekawostki, a resztę sobie odpuścić. Na nowym niby też idzie minimalnie ku lepszemu w tym obszarze, bo melodii tu jakby kapkę więcej (acz głównie w tych syntezatorach niż na gitarach), ale to jeszcze nie jest coś, co by mnie kupiło. No i pod względem tempa jest raczej standardowo szybko na jedno kopyto. Fanów muzyka jak najbardziej rozumiem. Oni po raz kolejny będą zachwyceni, bo prawdopodobnie nadają na tych samych falach co sam kompozytor. Niemaniacy nagrań podziemnych mogą sobie natomiast znów odpuścić. Mi dwa odsłuchy też wystarczą, nawet jeśli to najlepsze Black Cilice jakie słyszałem.

- jesusatan




Recenzja Hekatomb „Apokrypha Archives vol.1 & 2”

 

Hekatomb

„Apokrypha Archives vol.1 & 2”

Independent 2026

Wydany nieco ponad dwa lata temu debiutancki album Hekatomb „Kotosta” bardzo mocno mną pozamiatał, a chłopaki otworzyli nim z kopa drzwi do najwyższej klasy krajowego black metalu, i to z wyraźnymi aspiracjami na szybką podróż w kierunku czuba tabeli. Bardzo mocno zastanawiałem się zatem, jaki będzie kolejny krok zespołu, a przede wszystkim, czy podołają bardzo wysoko postawionym przeze mnie, wymaganiom. Kiedy zobaczyłem, że oto z początkiem maja ukazały się dwie EP-ki, pod wspólnym tytułem „Apokrypha Archives”, trwające łącznie ponad pięćdziesiąt minut, zastanawiałem się, dlaczego nagrania te nie zostały wydane jako drugi pełen album. Odpowiedź poznałem jak tylko płyty do mnie dotarły, a ja zapoznałem się z ich zawartością. Otóż obie części „Apokryficznych Archiwów” są od siebie, przynajmniej od względem muzycznym, zupełnie różne. Część pierwsza zawiera coś, czego nigdy nim się po zespole nie spodziewał. Są to trzy kompozycje, z których dwie pierwsze to… mroczny, wręcz apokaliptyczny ambient, z niewielkim dodatkiem industrial i dosłownie kilkoma akordami blackmetalowymi. Sam podkład tego, co przewija się w tle, jest hipnotycznie monotonny, wciągający niczym czarna dziura, niemalże odurzający. Doskonale pasuje to zresztą do konceptu i warstwy „tekstowej”. Celowo w cudzysłowie, bowiem nie mamy tu typowych wokali, a wycinki z filmów Marshalla Applewhite’a, oraz ostatniego kazania Jima Jones’a, przywódcy sekty Świątynia Ludu. Cały koncept spina się tu idealnie, bo zanurzając się w tych kompozycjach faktycznie można popaść w stan umysłu towarzyszący religijnemu obłędowi. Zresztą, jeśli o tym wspominam, to od razu napomknę, że po raz kolejny Hekatomb odpowiednio zadbali o oprawę graficzną swojego wydawnictwa. Tutaj nie ma elementów przypadkowych, jestem pełen podziwu. Trzeci numer na pierwszej EP-ce to cover, albo raczej interpretacja własna piosenki Davida Koresha „The Book of Daniel”. Zgadza się w niej w zasadzie wyłącznie tekst, śpiewany czystym głosem, bo muzycy czterominutowy utwór rozwinęli do minut niemal piętnastu. Jaką ma on uzależniającą moc, doświadczy każdy, kto go posłucha. Część druga „Apokryfów” to już klasyczny, surowy, kurewsko zimny black metal. Ponownie dostajemy trzy kompozycje, oparte na drugofalowych, najlepszych wzorcach z Darkthrone i Burzum na czele. Nawet nie tylko oparte, co dosłownie im dorównujące. Jedyna różnica między znanymi wszem i wobec kamieniami milowymi gatunku w postaci „Panzerfaust” czy „Aske” jest taka, że Hekatomb zagrali je ponad trzy dekady później. Pod względem jakości różnic nie zauważam, i mówię to będąc w pełni władz umysłowych (choć po doświadczeniach z „Vol.1” sam już do końca nie jestem niczego pewien). Nie tylko te utwory stanowią definicję surowego black metalu (tak surowo Hekatomb jeszcze nie grali), ale jak brzmią! Można się dosłownie posrać z radości. „Sunless Journey” to dowód, że aby skomponować zabójczy numer nie trzeba montować go z kilkunastu riffów, bo wystarczą góra trzy. „Borea’s Lament” z kolei, podszyty punkowym sznytem, mógłby być zagubionym kawałkiem Darkthrone z najlepszych lat. W najdłuższym, bo dziesięciominutowym „Prayer of the Silent Ones” przebija się z kolei nieśmiertelny duch Bathory. Jednocześnie, mino wspomnianej surowości, nie brak tu odrobiny „klimatu”. A jeśli zastanawiacie się, czy „Where Cold Winds Blow” to tytuł wyjęty „z dupy”, to wyjaśnię, że w trakcie „Vol.2” ów wiatr cały czas faktycznie słychać w tle (nie będę się zatem znów rozpisywał o spójności muzyki z tekstami i obrazem). Podsumowując zatem… Hekatomb zeszli na chwilę ze swojej głównej ścieżki, ale przy okazji wyznaczyli kolejne dwie. Obie niesamowicie mroczne i wypełnione po brzegi czystym złem. Nie wiem czy nie foruję wyroków zbyt wcześnie, ale według mnie „Apokrypha Archives” to najpoważniejszy kandydat do wydawnictwa roku w Polsce, i bardzo silny kandydat do czołówki podsumowań globalnych. Czuję się jak rozdeptany robak. Absolutnie fenomenalny materiał!

- jesusatan


https://hekatomb.bandcamp.com/music

sobota, 23 maja 2026

Recenzja Ysigim „Ain Soph Or”

 

Ysigim

„Ain Soph Or”

Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)

Na przestrzeni ostatnich lat wiele razy wyrażałem swoją opinię na temat wykopywanych z przeszłości, rzekomych “diamentów”. Niektóre faktycznie zasługiwały na takie miano, jednak większość było zwykłymi przeciętniakami, wciskanymi publice na siłę przy pomocy wyniosłych haseł. Warszawski Ysigim, w chwili kiedy wydawał debiutancki album, tez wydawał mi się średniakiem. Może dlatego, że wówczas nie ogarniałem ich twórczości, tudzież wydawała mi się ona zbyt… „dziwna”. Dopiero po latach dotarłem do jej rdzenia, płacąc zresztą niemałe pieniądze za CD „Whispers”, wydany  przez Wild Rags.  Zacznijmy od tego, iż „Ain Soph Or” określany jest jako pierwszy polski funeral doom. Jeśli to jest funeral doom, to ja jestem Matka Teresa. Ta muzyka może i ma coś wspólnego w rzeczonym gatunkiem, ale według mnie stoi od niego w sporej odległości. A na pewno jest nietypowa. Od czego by tu zacząć… Może od tego, że materiał ten jest bardzo mozolny, dziś można by powiedzieć, że dronowy. Akcja toczy się tu niespecjalnie wartko, można wręcz powiedzieć, że jest niczym gęsta zawiesina, sącząca się przez małżowiny słuchacza. Słowo „zawiesina” nie jest tu  bezpodstawne, bowiem brzmienie tych nagrań stanowić może dla współczesnego słuchacza barierę nie do przebicia. Wyobraźcie sobie buczący bas, ogarniający was ze wszystkich stron, a dopiero za jego kotarą przebijające się powolne riffy, często zapętlone, schizoidalne, narkotyczne, w towarzystwie natrętnych jęków, rodem ze szpitala dla obłąkanych, albo z najgłębszej komnaty piekła, i charczącego, zupełnie nieczytelnego wokalu. To tylko w przypadku kompozycji bardziej „metalowych”, bo jako interludia pojawiają się tu przerywniki czysto instrumentalne, ambientowe, nie mniej mroczne i tajemnicze niż cała reszta. Z perspektywy czasu mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że Ysigim wyprzedzili swój czas, nagrywając coś, co po latach rozwinęło się pod pojęciem drone / doom. I to też nie do końca, bo tak naprawdę nikt potem nie zagrał niczego podobnego do „Ain Soph Or”. To naprawdę fantastyczny album, jedyny w swoim rodzaju, i tylko żal, że w chwili premiery przeszedł, przynajmniej nad Wisłą, niemal niezauważony. Pewnie i dziś nie każdy go ogarnie, bo, jak wspomniałem, nie jest to materiał łatwy. Ale jak już wejdzie, to potrafi autentycznie przewartościować system wartości. I  faktycznie jest diamentem z przeszłości. Cieszę się ogromnie, że Black Flame Rebellion zdecydowali się na to wznowienie. Ja swoją kopię zamówiłem chwilę po premierze. Czyńcie zatem na podobieństwo moje, dobrze wam radzę.

- jesusatan




Recenzja Astriferous „Atavistic Unraveling”

 

Astriferous

„Atavistic Unraveling”

Pulverised Records (2026)

 


Do tej pory uważałem Astriferous za jeden z bardziej intrygujących, młodych bandów z kręgu nowego, starego metalu śmierci. Choć nie był nigdy to zespół z absolutnego topu to odnajdywałem w jego twórczości ten metafizyczny, niedopowiedziany pierwiastek, który trochę budował aurę wokół tych klasycznie deathmetalowych, osadzonych gdzieś na pograniczu Morbid Angel a Timeghoul dźwięków. Tym bardziej bolesne i irytujące jest, gdy tego typu zespołu nagrywają najbardziej oczywiste rzeczy, nie podejmują ryzyka, a finalnie wychodzi spierdolina. „Atavistic Unraveling” może spierdoliną nie jest, ale srogim rozczarowaniem owszem. Wszystkie elementy, które do tej pory uważałem za atuty tej grupy zniknęły. Został jedynie szary, morbidowy, przeciętny do bólu i pozbawiony iskry bożej death metal, którego na rynku pełno. Wszystkie wyróżniki, które cechowały muzykę Kostarykańczyków zniknęły. Nie ma oniryzm, nie ma niedopowiedzeń, nie ma tego podskórnego kosmosu, który gdzieś krążył i na minialbumach i na debiucie. Ostał się jedynie death metal i to w tym bardzo generycznym, wypłowiałym wydaniu. Owszem, doszukacie się tutaj inspiracji ekipą Treya i kilkoma innymi kapelami z amerykańskiego podwórka, jest to nienagannie zagrane, ale co z tego, skoro to w ogóle nie klika. Jest to zdecydowanie najsłabsza propozycja o muzyków zaangażowanych w tak niebanalne projekty jak Voidstar Nocturnal, Bloodsaked Necrovoid czy Corpse Garden należy oczekiwać jakości. Tutaj chyba po raz pierwszy jej nie słyszę. „Atavstic Unraveling” to album nudny, mdły i pozbawiony błysku. Nie pomaga też produkcja - pozbawiona przestrzeni, płaska, nie oddychająca. Źle się tego słucha, serio. Szkoda, bo w tym przypadku to nie tylko żółta, ale i czerwona lampka się świeci i jeśli pójdą tą droga dalej to kolejny album może być ostatnim od Astriferous, który przesłucham.

                                                                                                                Harlequin


https://pulverised.bandcamp.com/album/atavistic-unraveling

piątek, 22 maja 2026

Recenzja Vomito Mortuorio „Dentro del Sarcofago”

 

Vomito Mortuorio

„Dentro del Sarcofago”

Necroscope Blasphemia 2026

Jeśli zespół nazywa się Pośmiertne Wymioty, a w tytule debiutu ma „Sarcofago”, to już na starcie ma u mnie wielkiego plusa. Jak jeszcze pochodzi z Salwadoru, to zyskuje dodatkowo, bo wiadomo że tamte zakątki świata niejednokrotnie rodzą metal śmierci najwyższej jakości, a scenę tworzą prawdziwi maniacy. No a jak za wydaniem albumu stoi człowiek, który wspomniane rewiry zna jak własną kieszeń, to staje się oczywistym, że ten materiał trafi w moje gusta. Vomito Mortuorio to tak naprawdę nie zespół, a jednoosobowy projekt, za którym kryje się człowiek maczający paluchy w kilku innych składach, z których chyba najbardziej znanym jest Morbid Stench. „Dentro del Sarcofago” to prosty death metal (nie mylić jednak proszę z „prymitywny”). Płyta trwa nieco ponad pół godziny i zawiera siedem kompozycji. Można powiedzieć, że to materiał na wskroś klasyczny, bo zawiera starą, sprawdzoną formułę bez najmniejszych udziwnień. Wydźwięk tych nagrań jest zdecydowanie bardziej północno niż środkowoamerykański, częściowo czerpiący też ze szwedzkiej spuścizny. Przeważają tutaj siermiężne akordy, bardziej w rodzaju buldożera, niszczącego wszystko na swojej drodze siłą, niż taktycznie zaplanowanego ataku. Tym bardziej, że o wszelkich solówkach, technicznych popisach czy łamańcach gitarowych możecie zapomnieć. Vomito Mortuorio prze do celu po najprostszej linii. Co prawda nie spieszy się za bardzo, bo na płycie przeważają tempa średnie, lub nieznacznie przyspieszone, podbijane raczej mało złożonymi rytmami perkusyjnymi. Wokalnie też jest bez udziwnień, growl w kilku odcieniach, z których przeważa ten najbardziej standardowy. Trochę mi się to granie chwilami kojarzy z wszelkimi projektami Roggi Johanssona, z tą zasadniczą różnicą, że nie wszystko jest tu na jedno kopyto. Ponadto miejscami pojawiają się słyszalne fragmenty inspirowane Incantation czy Broken Hope. Mimo iż podobnych płyt ukazuje się na rynku całkiem sporo, mam spory sentyment do tworów tak oldskulowo traktujących metal śmierci (jak by nie patrzeć, mój ulubiony gatunek). Dlatego pan Cefiro de Muerte dostaje ode mnie certyfikat jakości, a jego płytę mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, komu ze śmiercią do twarzy. Dobry album.

- jesusatan