piątek, 1 maja 2026

Recenzja Fantom „Breathtaking...”

 

Fantom

„Breathtaking...”

Defense Rec. 2026

Wydana dwa lata temu debiutancka EP-ka Fantom zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Choćby z tego powodu, że oto nagle, znikąd, pojawia się banda dzieciaków (i to słowo tu podkreślam, bo nie wiem, czy oni wszyscy aby dobili dwudziestki) i wysmaża taki materiał, że starzy wyjadacze mogli poczuć się zawstydzeni. Nic dziwnego, że na kolejny krok zespołu czekałem niecierpliwie, niczym pająk na wpadającą w uwitą misternie przez niego sieć muszkę. I nadszedł „Breathtaking…”. Materiał o niesamowicie adekwatnym do zawartości tytule. O ile w pierwszej chwili miałem silne obawy, czy aby młodzi, niedoświadczeni muzycy nie strzelają sobie w kolano nagrywając album trwający niemal godzinę, tak po kilku rundach (choć w szoku byłem już po pierwszym odsłuchu) nie potrafiłem się od niego oderwać, i zapewne jeszcze przez długi czas nie ochłonę. W sumie to nawet nie wiem od czego zacząć. Zawartość „Breathtaking…” jest niesamowicie bogata. I tu znów następuje u mnie rozdwojenie ścieżki myślowej, bo zarówno pod względem tempa i nastroju kompozycji, jak i przyświecającej tym piosenkom stylistyki. Chłopaki potrafią zarówno pojechać po bandzie, ostrymi, klasycznymi riffami, z zachowaniem wpadającej w ucho melodii i chwytliwego rytmu, jak i oddalić się w klimaty balladowe. Uwierzcie mi, nie znoszę ballad, ale „Wooden Weapon” brzmi jak lep na laski w stylu Skid Row. Żeby nie szukać daleko, zaraz potem mamy headbangingowy „58 Megatons”, kawałek będący połączeniem wczesnej Metallica z Testament i crossoverowym feelingiem. Owego crossoveru jest tutaj więcej, bo Fantom, jako zespół, to chyba najbardziej dosłowny synonim luzu i braku kija w dupie. Łączy się to nie tylko z jakąś nadnaturalną niemal lekkością łączenia ze sobą akordów i aranżowania je w utwory tak radosne, że aż chce się potańczyć, ale także z wokalami. Jakie tu są wspaniałe staroszkolne zaśpiewy, recytacje, jakie wejścia w polemikę między tekstem głównym a zakrzykami z boku, jakimiś „glamowymi” podrywami, czy wstawką (choć nikt mi nie wmówi, że zarejestrowaną spontanicznie) ze studio, poprzedzającą numer, w którym chłopaki oddają cześć swojemu miastu. Dodatkowo, barwa głosu Kacpra rozkłada mnie na łopatki, bo przypomina mi klipy z MTV i Headbanger’s Ball z lat, kiedy byłem trochę jedynie młodszy od chłopaków z Fantom. A jak wspaniale to wszystko brzmi! Wręcz cudownie. Czytelnie, ostro w chuj, a przy tym nie nazbyt nowocześnie, z zachowaniem tego starego ducha. Bije z tych nagrań pozytywna energia, i to z taką intensywnością, że banan z ryja nie ma prawa przy nich zniknąć ani na chwilę. „Breathtaking…” jest w mojej opinii zdecydowanie jednym z najlepszych albumów ostatnich kilku(nastu?) lat w gatunku thrash / crossover jaki dane mi było usłyszeć, i to biorąc pod uwagę rosnącą ostatnio w siłę konkurencję. Fenomenalny krążek, bez najmniejszych słabych punktów, mogący spokojnie stać na półce obok takich klasyków jak Metallica, Anthrax, Nuclear Assault, S.O.D., Annihilator czy Skid Row. A wieńczący całość „Final Breath”, ze swoją uzależniającą bardziej niż heroina melodią, tnącym głębiej niż żyletka Polsilver riffem, oraz śpiewnym wersem na zakończenie jest chyba najlepszym podsumowaniem tego debiutu. Czuję się pozamiatany.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz