Phoschydeux
„4
Days of Bliss in Hell”
I, Voidhanger Records 2026
To
kapela nowa. Pochodzi z Węgier i jak twierdzi notka informacyjna od wydawcy,
składa się z członków death i black metalowych zespołów tamtejszej sceny. W
ramach tego projektu ci czterej panowie grają muzykę odmienną od
metalurgicznych tonów, ale nie znów tak odległą. Internetowe źródła określają
granie tego kwartetu jako doom-stoner, ale jest to bardzo duże uproszczenie.
Owszem, elementy właściwe dla tego gatunku u Phoschydeux występują, ale trzonem
tutaj jest ciężki, narkotyczny blues i brudny hard rock, które razem do spóły z
tymi wyżej wymienionymi, gęściejszymi formami robią niemałą robotę, kreując
mroczną oraz psychodeliczną muzę. Twórczość Węgrów można by nazwać wypadkową
Danzig, The Doors z domieszką dusznego, pustynnego stonera, lecz nie zabiera
ona w upiorne, pejotlowe podróże ani nie przenosi do beztroskiego świata dzieci
kwiatów. To ponura muzyka z szarych, miejskich dzielnic wypełnionych
uzależnieniami i straconymi nadziejami, depresją i przemocą. Przez cały swój
debiutancki album, Phoschydeux kreuje dekadencki obraz rzeczywistości. Robi to
za pomocą zgiełkliwej gitary, z której wydobywają się transowe melodie, a
wspomaga ją dudniący bas i przysadzista perkusja. Sekcja rytmiczna skutecznie
zagęszcza, wijące się i falujące w otumaniającym tańcu akordy, podbijając
przytłaczającą atmosferę „4 Days of Bliss in Hell”, która stanowi doskonałe tło
dla bolesnych tekstów. Odpowiedzialny tutaj za mikrofon Jim Jones, wyśpiewuje
je używając fantastycznych wokaliz, podkreślających dramatyzm i niewygodną
prawdziwość słów. Cóż, pierwszy krążek Phoschydeux jest muzyką, która nie
wszystkim przypadnie do gustu, ale warto po nią sięgnąć, ponieważ to czysty
mrok, stworzony z psychoaktywnych składników. Tym razem nie jest związany z
czymś metafizycznym, lecz dotyczy ludzkości i jej codziennych problemów.
Przedstawiony poprzez sugestywną i niezwykle emocjonalną muzykę, z którą warto
się zapoznać.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz