Soulburn
„Quantifying Cosmic Doom”
Testimony Rec. 2026
Kiedy w latach dziewięćdziesiątych rozpadł się
Asphyx, Century Media dumnie ogłosiła, że oto pojawił się (oczywiście pod ich
skrzydłami) godny następca. Debiut Soulburn został faktycznie nagrany przez
trzech byłych Asphyxowiczów, i tak po prawdzie zły nie był. Jednak nie na tyle
dobry, bym późniejszą karierę Holendrów śledził z zapartym tchem. Coś tam po
drodze słyszałem, ale szybko puściłem w niepamięć. Teraz panowie wracają z
piątym, wydanym po sześciu latach milczenia albumem. I wiecie co? Według mnie,
to mogliby sobie milczeć dalej, bo „Quantifying Cosmic Doom” to kupsko
nieprzeciętne. Muzycznie mamy tutaj coś na kształt przeciętnego do bólu gothic
death / doom metalu. Posępne melodie w wolniejszym tempie, z wieloma elementami
akustycznymi, budowanie klimatu na podobiznę przesłodzonego trendu z końcówki
lat dziewięćdziesiątych. Według zamiaru autorów miało być zapewne mglisto,
deszczowo, z nielicznymi, mocniejszymi podmuchami wiatru. Raz, że jednak nie ta
pora roku, a dwa – jeżeli czymkolwiek tu wieje, to nudą. Na potęgę. Akordy w
wykonaniu Soulburn są geriatryczne, wtórne i na wskroś nijakie. Chwilami też
radosne, tak kapkę do potańczenia (kojarzycie pewnie niemiecki Crematory, czy
inny Heavenwood?). Może lukrem to w takim stopniu nie ocieka, ale i tak
kucharze dodali do gara cukru podwójnie. Mocy w tym tyle co w rozładowanej
baterii, za to powtarzalności i tandety, co na tureckim targowisku w sezonie
turystycznym. Można przy tych piosenkach albo zasnąć, albo się porzygać. Z
naciskiem na tą drugą opcję, bo zmrużyć oka nie pozwalają wokale. Jeszcze
pojawiające się w zdecydowanej mniejszości szorstkie growle są do zniesienia,
acz i tak brzmią nieprzekonywująco. Przeważają jednak… straszne wyjce. Bo ja
tego nawet nie nazwę „czystym śpiewem”. Mujborze, jak ten koleś jęczy i
zawodzi, tudzież stara się pośpiewać, to jest, kurwa, dramat. Nie ma kawałka,
żeby grymas zniesmaczenia nie pojawił się na twarzy słuchacza z nawet średnim
gustem muzycznym. A najgorsze w tym wszystkim jest, że „Quantifying Cosmic
Doom” trwa ponad godzinę! Nie będę was zatem okłamywał, i przyznam się, że
trzech ostatnich odsłon już nie strawiłem. Oszczędźcie sobie zatem zdrowia
psychicznego, i omijajcie tą płytę szerokim łukiem. Tego się nie da słuchać!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz