piątek, 29 maja 2026

Recenzja Soulburn „Quantifying Cosmic Doom”

 

Soulburn

„Quantifying Cosmic Doom”

Testimony Rec. 2026

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych rozpadł się Asphyx, Century Media dumnie ogłosiła, że oto pojawił się (oczywiście pod ich skrzydłami) godny następca. Debiut Soulburn został faktycznie nagrany przez trzech byłych Asphyxowiczów, i tak po prawdzie zły nie był. Jednak nie na tyle dobry, bym późniejszą karierę Holendrów śledził z zapartym tchem. Coś tam po drodze słyszałem, ale szybko puściłem w niepamięć. Teraz panowie wracają z piątym, wydanym po sześciu latach milczenia albumem. I wiecie co? Według mnie, to mogliby sobie milczeć dalej, bo „Quantifying Cosmic Doom” to kupsko nieprzeciętne. Muzycznie mamy tutaj coś na kształt przeciętnego do bólu gothic death / doom metalu. Posępne melodie w wolniejszym tempie, z wieloma elementami akustycznymi, budowanie klimatu na podobiznę przesłodzonego trendu z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Według zamiaru autorów miało być zapewne mglisto, deszczowo, z nielicznymi, mocniejszymi podmuchami wiatru. Raz, że jednak nie ta pora roku, a dwa – jeżeli czymkolwiek tu wieje, to nudą. Na potęgę. Akordy w wykonaniu Soulburn są geriatryczne, wtórne i na wskroś nijakie. Chwilami też radosne, tak kapkę do potańczenia (kojarzycie pewnie niemiecki Crematory, czy inny Heavenwood?). Może lukrem to w takim stopniu nie ocieka, ale i tak kucharze dodali do gara cukru podwójnie. Mocy w tym tyle co w rozładowanej baterii, za to powtarzalności i tandety, co na tureckim targowisku w sezonie turystycznym. Można przy tych piosenkach albo zasnąć, albo się porzygać. Z naciskiem na tą drugą opcję, bo zmrużyć oka nie pozwalają wokale. Jeszcze pojawiające się w zdecydowanej mniejszości szorstkie growle są do zniesienia, acz i tak brzmią nieprzekonywująco. Przeważają jednak… straszne wyjce. Bo ja tego nawet nie nazwę „czystym śpiewem”. Mujborze, jak ten koleś jęczy i zawodzi, tudzież stara się pośpiewać, to jest, kurwa, dramat. Nie ma kawałka, żeby grymas zniesmaczenia nie pojawił się na twarzy słuchacza z nawet średnim gustem muzycznym. A najgorsze w tym wszystkim jest, że „Quantifying Cosmic Doom” trwa ponad godzinę! Nie będę was zatem okłamywał, i przyznam się, że trzech ostatnich odsłon już nie strawiłem. Oszczędźcie sobie zatem zdrowia psychicznego, i omijajcie tą płytę szerokim łukiem. Tego się nie da słuchać!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz