Godless
„Adversus Parousia”
Nuclear Winter Records (2026)
Chilijski
Godless zaistniał w moim metalowym światku bardzo dawno temu, gdy kupiłem w
ciemno w Old Temple ich debiutancki album, skuszony fajną okładkę. Wtedy
jeszcze nie kierowałem się zasadą, że Chile = jakościowy death metal, ale
zakupiony wówczas „Ecce Homo...”, będący ich debiutem był bardzo solidną
pozycją, z klasycznym metalem śmierci. Nic wybitnego i oryginalnego, ale
wrażenia po sobie zostawiał pozytywne. Tamtego albumu już dawno w swoich
zbiorach nie mam, o istnieniu Godless zapomniałem, a tymczasem grecka oficyna
Nuclear Winter Records właśnie wydaje drugi album ekipy z antypodów. Szesnaście
lat to całkiem długa przerwa pomiędzy albumem nr 1 i albumem nr 2 i szczerze
mówiąc nie sądzę, aby grono wyczekujących nowej propozycji Bezbożnych było liczne.
Nie zmienia to faktu, że „Adversus Parousia” to po raz kolejny porcja dobrego,
sprawnie zagranego death metalu, mocno osadzonego w tradycji. Jeśli lubicie
Morbid Angel i Incantation to najnowszy wypust bohaterów niniejszej recenzji
będzie płytą dla Was. Oczywiście nie jest to poziom ani pierwszych ani drugich,
ale dostaliśmy album dobry, zagrany z polotem, który czerpie garściami ze
spuścizny pionierów niespecjalnie próbując się wychylać poza ten schemat.
Wszystkie patenty, które tu usłyszycie zapewne słyszeliście już setki razy w
lepszym i gorszym wydaniu, ale niniejsza propozycja podania jest naprawdę OK.
Taki bardzo solidny schabowy – nie wybitny, ale nie zleżały w bemarze i
odparowywany po raz trzeci. Materiał brzmi tłusto, masywnie, riffy kiedy trzeba
gniotą, zwolnienia są znane i lubiane, bo oparte na sprawdzonych formułach, tak
jak i szybsze partie. Można mieć trochę poczucie niedosytu słuchając „Adversus
Parousia”, bo słychać tu możliwości i potencjał na więcej. Ten długograj
zachowawczy chyba trochę na wyrost, bo to co tu jest nagrane jest na tyle
dobre daje pole na rozszerzenie
horyzontów i trochę odważniejszych i bardziej szalonych pomysłów, a tak jest
jak jest. Godless nagrał dobry album, tylko tyle i aż tyle. Każdy z Was musi
sobie odpowiedzieć na pytanie czy potrzebuje posiadać ten materiał na nośniku,
czy wystarczy mu przesłuchać to co już słyszał wielokrotnie. Prawda też jest
taka, że jeśli tej płyty nie przesłuchacie, to świat się nie zawali i nie
stracicie czegoś szczególnie wartościowego. Jeśli jednak poświęcicie temu
krążkowi trochę czasu nie będzie to czas stracony.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz