Black
Cilice
„Votive
Fire”
Iron Bonehead 2026
Mimo iż Black Cilice to nazwa znana w blackmetalowy
półświatku, bo projekt ten obecny jest na scenie już niemal dwie dekady, i
systematycznie wypluwa nowe nagrania, to jakoś nigdy nie miałem okazji
uzewnętrznić się na jego temat. Niech więc okazją na to będzie nowy, siódmy już
w dorobku Portugalczyka krążek. Można powiedzieć, że Black Cilice to taki
Cannibal Corpse minimalistycznego black metalu. Tworzy w kółko to samo, z
kosmetycznymi zmianami, a zainteresowani i tak łykają nowe wydawnictwa bez
zadawania zbędnych pytań. Tym, którzy jeszcze jednak nigdy z nazwą się nie
spotkali, podpowiem, że twór ten nagrywa garażowe bzyczenie, połączone z
dudnieniem i wokalami „zza ściany”, czasem dorzuca jakieś drobne ozdobniki
klawiszowe, choć bardziej w stylu dungeon synth niż, dajmy na to Emperorowe,
nie bawi się chyba zbytnie w miksy i masteringi, bo musi być surowo. No, tak po
prawdzie, to tym razem chyba chwilkę się pobawił, bo „Votive Fire” nie brzmi aż
tak chujowo jak niektóre z poprzednich płyt, i basu tu jakby więcej, co nie
zmienia jednak faktu, że produkcja jest tu na bardzo oszczędnym poziomie. No
cóż, tak muzyk widzi black metal, tak sobie założył, że może być nieco bardziej
współczesnym Darkthrone, i tak sukcesywnie czyni. Czy ja się na to łapię? Tak
jak jestem ogromnym fanem surowego black metalu, tak Black Cilice do mnie w
ogóle nie przemawia. Dlaczego? Po pierwsze, sam sound projektu stoi nieco za
linią, której się przekraczać nie powinno (aczkolwiek z tymi nowymi nagraniami
to muzyk stoi dosłownie NA niej, więc może następnym razem uda się przejść na
stronę „słuchalną”). Bo ja lubię jak coś mi gra, nawet jeśli klekocze jak
rozjebana pralka, ale nie jednolicie bzyczy. I po drugie, Black Cilice jest
kurewsko powtarzalny. W zasadzie można mieć na półce jedną płytę w ramach
ciekawostki, a resztę sobie odpuścić. Na nowym niby też idzie minimalnie ku
lepszemu w tym obszarze, bo melodii tu jakby kapkę więcej (acz głównie w tych
syntezatorach niż na gitarach), ale to jeszcze nie jest coś, co by mnie kupiło.
No i pod względem tempa jest raczej standardowo szybko na jedno kopyto. Fanów muzyka
jak najbardziej rozumiem. Oni po raz kolejny będą zachwyceni, bo prawdopodobnie
nadają na tych samych falach co sam kompozytor. Niemaniacy nagrań podziemnych
mogą sobie natomiast znów odpuścić. Mi dwa odsłuchy też wystarczą, nawet jeśli
to najlepsze Black Cilice jakie słyszałem.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz