Chcecie sobie posłuchać szwedzkiego death metalu ze
Stanów? Proszę bardzo. Co prawda nieco rozśmieszyła mnie informacja od wydawcy,
że oto zespół jest „Inspired by such legendary acts as Dismember, Grave,
Entombed, Unleashed, Pestilence, and Crematory”, bo skąd się tam wziął band
holenderskiego narcyza, za Diabła nie jestem w stanie pojąć haha! Poza tym
wszystko się zgadza. Demonic Manifestation faktycznie najbardziej ze wszystkich
odłamów kochają na potęgę ten skandynawski, i dobitnie dają temu dowód na swoim
trzecim już krążku. Wspomnianej szwedzizny mamy tu, jakoś na oko, z
osiemdziesiąt procent, bowiem w kompozycje Demonic Nanifestation wkradło się
też nieco amerykanizmów. Zatem, jest głównie melodyjnie na swój
charakterystyczny sposób, a niektóre zapożyczenia noszą w sobie niemal znamiona
plagiatu. Kilka razy bowiem spotkacie się na tym albumie z fragmentami
praktycznie żywcem wyciętymi z Dismember (głównie) czy Entombed (nieco
rzadziej). I nie chodzi mi jedynie o zapiaszczone na północną modłę gitary, czy
brzmienie z wiadomym efektem, ale wprost – o riffy! No nie chce mi się teraz
szukać, żeby palcem pokazywać, ale, wierzcie mi, tak jest. Nie wiem, mi to
generalnie nie przeszkadza, bo gdyby miało, to nie słuchałbym kilkudziesięciu
innych płyt silnie inspirowanych klasykami gatunku. Tym bardziej, że ma to swój
vibe, ładnie żre, i sprawia kupę radochy. Z tych amerykanizmów, to wspomniałbym
chyba późniejszy Morbid Angel (acz bez Azagthoth’owych solówek), albo
Incantation. Głównie pod względem masywnych, równoważących szwedzką melodię
akordów. Jest to zatem metal of death starej daty, brzmiący zdecydowanie staroszkolnie,
bez wybitnej finezji technicznej, ale nie pozbawiony kilku fikuśnych solówek,
grany od serca, przez maniaków dla maniaków. O, może wspomnę jeszcze o
fragmentach, krótkich bo krótkich, bardziej klimatycznych. Bo są tu chwile,
kiedy wchodzą jedynie gitary na zasadzie akustycznych, albo płynące mocno
melancholijnie (patrz: „Host”), a wtedy można sobie w głowie włączyć lampkę pod
tytułem Utumno albo Gorement. No ale to nadal Szwecja, jak by nie patrzeć. Nie
jest złe to granie, jednocześnie murów taranem nie przebija. Kto lubi muzykę z
kraju na północ od Helu, niechaj sobie wrzuca na ruszt. Niestrawności nie
przewiduję, aczkolwiek Magda Gessler pewnie by kręciła nosem, że odmrażane. Ja
zjadłem, smakowało.
Znacie Smoulder? Ja do teraz ich
nie słyszałem. Dla tych co nie wiedzą, to kanadyjsko-amerykańska kapela, która
działa od 2013 roku. Kilka dni temu wydali swój najnowszy, trzeci w karierze krążek.
Na poprzednich produkcjach podobno brzmieli na klasyczny doom, ale na „Witch
Wife in an Alien World” odeszli trochę od poprzedniego konceptu, dokładając do
swoich aranżacji sporo epickiego heavy metalu, ale kilka inspiracji grecką
sceną black metalową da się tutaj również wychwycić. Zaowocowało to muzą
złożoną z masywnych riffów, złowieszczych melodii i chwytliwych refrenów.
Świeżutki Smoulder to także szybkie rytmy, power metalowe galopady, strzeliste
solówki i epicki rozmach. Całość wygenerowana na dość ciężkich i gęstych
gitarach, którym towarzyszą zwaliste bębny i solidnie nastrojony bas. Nie
sposób, nie wspomnieć o wokalach, które wydobywa ze swoich strun głosowych
Sarah Ann, przypominając to czym niegdyś szczycił się Messiah Marcolin, tyle że
w tym przypadku, to kobieca wersja popisów solowych. Śpiew Sarah Ann idealnie
pasuje do podniosłości i teatralności metalu kreowanego przez ten kwintet.
Podbija w punkt dramatyzm i napięcie budowane przez sekcję rytmiczną i zmienne,
wypełnione licznymi smaczkami technicznymi kostkowanie. To metalowe granie,
które klasyczne jest do bólu i może wydawać się nieco już zgrane. Jednakże po
postacią „Witch Wife in an Alien World” udowadnia, że nie do końca, ponieważ z
tej płyty nie da się ukryć, trąci myszką, lecz i także świeżymi oraz
nietuzinkowymi jak na ten gatunek pomysłami. Polecam, tradycjonalizm w bardzo
dobrym wydaniu.
Rito Profanatorio. Fajna nazwa, a po hiszpańsku
brzmi jeszcze lepiej niż jej tłumaczenie. No i zwiastuje, że będzie dobrze, tym
bardziej, że zespół pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie z Peru. To już
ich trzeci album. Poprzednich nie znam, ale, kurwa jego mać, muszę koniecznie
nadrobić. Będzie krótko, i na temat. Ci kolesie czują starego ducha black /
death metalu! Po krótkim introsie walą w ryj schematycznym (acz w pozytywnym
tego słowa znaczeniu), dość prymitywnym, za to na wskroś agresywnym napierdolem,
który od pierwszych chwil może kojarzyć się z takimi legendami lat
osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych jak Sarcofago, Masacre, czy rodzimy
autorom Mortem. Przede wszystkim, z tej muzyki bucha, niczym płomień w kotle
starej węglowej lokomotywie, maksymalny wkurw. Wkurw bardzo mocno
charakteryzujący wspomniany zakątek globu, wkurw, za który tamtejsze granie
cenię najbardziej. I o ile często trafiają mi się zespoły z Chile, Peru,
Kolumbii czy Ekwadoru, które kultywują tamtejsze tradycje na bardzo wysokim
poziomie, tak Rito Profanatorio jest chyba najdobitniejszym, najdokładniejszym
przedstawicielem wszystkiego, co w tamtejszej scenie najlepsze. Ja pierdolę,
jaki to jest rozjeb. Jak to wszystko płynie prosto z serducha, jak mnie
rozkłada na cząstki pierwsze! Ten teoretyczny chaos gitarowy, te wściekłe riffy
tasujące się na przemian, mające swoją genezę zarówno w pierwowzorach thrash,
death jak i black metalu. To brzmienie, które jest klasycznym przykładem
surowizny sprzed circa czterdziestu lat, te wokale… Nie tylko wyrzygujące całą,
zalegającą żółć, plujące w twarz Nazareńczykowi i bluźniące na religię
chrześcijańską, ale też chwilami totalnie spontanicznie przechodzące w te
typowe dla lat osiemdziesiątych wysokie rejestry, nazywane przez niektórych
pisakami. Perka… No kwadrat, kwadrat na sterydach, nakurwianie z taką siłą, że
pewnie paluchy podczas sesji nagraniowej ostro krwawiły. Wspomniałem o
prostocie, ale nie mylcie jej z brakiem umiejętności. Ci kolesie
niejednokrotnie na ”Rameras del Doablo” udowadniają, że w instrumenty potrafią,
a stosowane przez nich oszczędne środki są tutaj aplikowane z pełną
świadomością i zamiarem bezpośrednim. Odpowiedni klimat robią też wplatane
miejscowo mroczne interludia w postaci rytualnych szeptów, kazań szamańskich
czy kozich odgłosów. Ha! Standard,
powiecie. Może i tak, ale jeszcze raz powtórzę. I podkreślę. Ten album to
kwintesencja południowoamerykańskiej sceny zamknięta w trzydziestu trzech
minutach. Jak komuś taka rekomendacja nie robi, to niech spierdala. Dla mnie
absolutny cios!
Wiecie jaka jest różnica? Ogromna. A, no ale w czym?
Ano w tym, że istnieją zespoły, które w podobnym okresie nagrały debiutanckie
płyty, obie zajebiste zresztą. Potem zespoły te zniknęły na dobre dwie dekady
ze sceny, reaktywowały się, i teraz od dłuższego czasu nagrywają kolejne
albumy. Mam na myśli bohaterów dzisiejszego tematu, oraz pewnych panów ze
szwedzkiego Sala, których zespół na liście telefonicznej znajdowałby się gdzieś
na szarym końcu. Sorcery mieli w swojej karierze wzloty i lekkie dołowania, ale,
kurwa mac! Chłopaki grają już niemal cztery dekady, i właśnie wysmażyli album,
który mógłby być wyznacznikiem tego, ile szwedzkiego death metalu można nosić w
sercu przez tak długi okres czasu. Nie, żebym zaraz chciał, po raz nie wiem
który, napisać, że to wszystko już było, i że odgrzewany, choć solidnie,
kotlet. Bo fakt, szwedzizna to to jest, w całej okazałości, i z pełnym
inwentarzem. Są i d-beaty, i charakterystyczne melodie, chropowate wokale, typowe
przejścia, rytmy… Nic w tym dziwnego, bo przecież Sorcery w zasadzie
współtworzyli ten pierwszy etap rozwoju metalu śmierci z północy. Słuchając ich
nowej płyty nie odnoszę jednak wrażenia, że odcinają kupony od nazwy, jak w
przypadku tamtego drugiego zespołu, że nie oklapnęli na fotelu przed
telewizorem, tylko grają nadal to, co czują , i robią to szczerze. Nie powiem,
że cała płyta jest typowym miazgatorem, bo trafiają się na niej utwory średnie,
ale podoba mi się coś innego. Choćby to, że muzycy dość ostentacyjnie ubierają,
albo „wplatają”, elementy szkoły zamorskiej (choćby pod tytułem Incantation) do
swojego repertuaru, i bynajmniej nie tworzą przy tej okazji żadnego dysonansu
gatunkowego. Ja naprawdę chciałbym, żeby każdy zespół z takim stażem nagrywał
tak solidne płyty, nie będące jedynie powielaniem schematu, ale przynajmniej
jakąś próbą jego rozwinięcia. Sorcery ta sztuka się, przynajmniej moim skromnym
zdaniem, udała, a „The Immaculate Sin” jest ich chyba najlepszym krążkiem od
czasu „Arrival at Six”. Co ja będę dłużej pierdolił, ode mnie duże oklaski!
No proszę, ale niespodzianka. Kto to nagle po niemal
dziesięciu latach niebytu wychyla łeb? Założę się, że niektórzy zdążyli już
zapomnieć o belgijskich grindcore’owcach. Będą zatem mieli okazję sobie
przypomnieć, bo chłopaki właśnie serwują nowe nagrania. Na razie tylko dwa,
zamykające się w pięciu minutach, ale raczej nie trzeba być Sherlockiem, by
domyślać się, iż zwiastują one coś większego, co nadejdzie za chwil parę. Te
pięć minut to klasyka. Napierdol pierwszej maści, z chwytliwymi riffami w
tempie średnim, blastami siekającymi mózgownicę na to, co możemy znaleźć na
tackach w lidlowej lodówce, tudzież totalnym zaciąganiem lejców do tempa, gdzie
silnik rzęzi, bo chce do przodu, ale wciśnięty pedał hamulca mu nie pozwala. Na
szczęście za chwilę kierowcy zwalniają lewą stopę i jedziemy przed siebie na
złamania karku. W tempie słusznym, z okołogatunkowymi ozdobnikami pod tytułem
hard core, tasując riffami na wszelkie sposoby, tylko po to, byśmy czuli się
jak wrzucona do pralki piłeczka tenisowa. „Hammered into Collapse” to prawdziwa
betoniarka, w której mieli się wszystko co najlepsze w tym odłamie muzycznym.
Można sobie przy tym poskakać, można pozapierdalać w młynie (a jak się nie jest
na koncercie, to i duży pokój styknie), można postroić głupie miny, ale przede
wszystkim można poczuć tą moc! Bo pierdolnięcie ta EP-ka ma nieprzeciętne. I to
wcale nie dlatego, albo nie tylko wtedy, żgdy szatkuje jak wczesny Napalm Death
czy Insect Warfare. To muza zagrana z głową, niemonotonna, zawierająca ładunek
energii zdolny do zasilenia przynajmniej średniej wioski. Zajebiście wiedzieć,
że Leng Tch’e montują coś nowego (choć podkreślam, to nadal tylko moje domysły).
Chętnie posłucham kolejnej płyty, której już nie mogę się doczekać. Forma jest,
chłopaki najwyraźniej są podkurwieni, nic tylko oczekiwać czegoś więcej niż pięć
minut. Dawać mnie tu pełną płytę, migusiem!
Mimo iż Funeralami scena na przestrzeni lat nam
wyjątkowo obrodziła, ten konkretny jest świeżutki i pochodzi z Limy. O
personaliach muzyków w zasadzie wiadomo tyle co nic, a ja słuchając tego debiutanckiego
materiału dwa razy sprawdzałem, czy zespół aby na pewno nie pochodzi z Chile.
Bardzo mocno bowiem mi się ten materiał skojarzył z pochodzącym z tamtego kraju
Sign of Evil. Wychodzi jednak na to, że po prostu kolesie podeszli do black
metalu w podobny sposób co pan Witchfucker. Kto wspomniany projekt zna
(przyznam osobiście, że od czasu przejścia pod skrzydła Edged Circle straciłem
z nim łączność, ale demo pamiętam doskonale), wie doskonale czego się
spodziewać. Black metal – tak, ale zagrany na lekkim kwasie, z licznymi
odjazdami, czy też odlotami w przestrzeń kosmiczną. Samo brzmienie gitar jest
bardzo charakterystyczne. Konkretnie ich strój to odpływ w opary opium, tudzież
inne odurzacze. Zresztą doskonale współgra ono z liniami melodycznymi, często
błądzącymi gdzieś po suficie, raz łapiące ostrość i kierunek na pierwszą falę,
miejscami także drugą, zahaczające po drodze o klasykę nawet heavy metalu, totalnie
nieprzewidywalnymi, acz nie będącymi przesadnią awangardą. Ten właśnie balans
jest największą zaletą Funeral. Oni rzeźbią w czarnej bryle, zachowując w
ostatecznym rozrachunku jej pierwotną wartość. To bardzo ciekawa, i przyznać
należy, że oryginalna kombinacja, bowiem zespołów grających w ten deseń na
rynku jest jak na lekarstwo. Może trochę to też przypomina, po części, Funereal
Presence, ale to już chyba doszukiwanie się koneksji na siłę. Z drugiej strony,
są na tych nagraniach także patenty niemal punkowe (patrz: „Tumbas Vacias”), co
czyni ten materiał jeszcze bardziej interesującym. Przy okazji wspomnieć można,
że panowie grać na swoich instrumentach potrafią, i nawet jeśli motywy
przewodnie często nie wychodzą poza rejony stosunkowo proste, to miejscami
słychać u nich instrumentalny kunszt. Nad wokalami rozpływać się nie będę. To
głównie blackmetalowa klasyka, choć i na tym polu parę urozmaiceń się trafia.
Summa summarum, „Funeral” to wyjątkowo udane demo, mocno wciągające i dające
spore nadzieje na przyszłość. Nie przegapcie, bo będziecie żałować.
Jeśli komuś podobały się fikołki,
salta i inne akrobacje w wykonaniu pana o inicjałach GG, którymi popisywał się
na demosie w zeszłym roku, to z pewnością sięgnie po ten debiutancki krążek i
nie będzie rozczarowany. Jest to bowiem kontynuacja wygibasów Lugubrious Garment
w formie mieszanej, ponieważ w dalszym ciągu to fuzja death metalu, grindu,
gruzu i modernistycznych wykrętasów. Duszna i ciężka muza, której ADHD nie
pozwala na dłuższe stanie w miejscu więc pędzi, zapierdala, zwalnia i zapętla,
nieustannie zmieniając sposób na kostkowanie. Oprócz gwałtownego charakteru
posiada też złożoną naturę, której nakładających się na siebie świadomościowych
labiryntów, mógłby pozazdrościć niejeden autystyk. Obrazem tego jest
wielopłaszczyznowość tekstur, które ciągle się na siebie nakładają, tworząc
mnogość planów tego szalonego kolażu, dzięki czemu słuchacz z każdym następnym
odsłuchem tego materiału, może odkrywać co raz to nowe dźwięki i zagrywki.
Rozkoszować się nowomodnymi dysonansami, które przechodząc w techniczne formy,
zamieniają się w proste, furiackie ataki, aby znów zakręcić się w kółko lub o
180 stopni by znowu zagmatwać, pozbawić powietrza, spowodować mętlik w głowie,
doprowadzając w najlepszym razie do migreny, a w najgorszym wpędzić w
szaleństwo. Death metal okrutny w swej niezrozumiałości. Pożeracz światła i
wysysacz dusz. Powala nie tylko swoją gwałtownością, ale także organiczną
produkcją. Smolista i zarazem dynamiczna muzyka, która początkowo brzmi jak
lawina spadających kamieni. Jeśli damy jej czas, to odkryjemy, że pomiędzy tymi
kamieniami spada na nas coś jeszcze. Cios. Polecam.
Sentient Ruin Laboratories to na tyle ciekawa
wytwórnia, że zabiera na pokład nie tylko zespoły stricte metalowe. Odstępstw
od tematu było na przestrzeni ostatnich lat tyle, że nawet nie będę sobie zawracał
głowy wymienianiem w tym momencie konkretnych nazw. Kto śledzi, ten wie. Dziś
na tapecie mamy drugi album pochodzących z Toronto napierdalaczy z Last Agony.
Zespół pierwsze demo wydał w osiemnastym, potem była EP-ka i osiemnastominutowy
debiut. Po szybkiej kalkulacji daje nam to wynik twórczy na poziomie niespełna
dwudziestu sekund miesięcznie. No, pracowici są w chuj. Ale nie tempo się
liczy, a jakość. A ta jest stosunkowo wysoka. Nawet biorąc pod uwagę, że poziom
oryginalności tych piosenek jest dopiero, że się posłużę terminologią
gejmerską, na wstępnym stadium budowania postaci. Czyli goło i wesoło. Czy to
coś robi? Absolutnie nie. Otwieracz pod tytułem „Death Wave” brzmi bardzo mocno
jak stary Terrorizer. Jest brud, jest pierdolnięcie, jest jebanie trendów. Do
tego wściekłe wokale, rzygające żrącą żółcią. I to Napalmowe zwolnienie w
połowie kawałka, fantastikko! Dalej pędzimy w podobnym klimacie, z tym
zastrzeżeniem, że do piosenek Kanadoli bardzo mocno wkrada się punk, czy nawet
bardziej crust. Skoczność, typowy rytm, z jednoczesnym deptaniem pedału gazu do
maksimum. Owszem, jak to crust, sporo tutaj powtarzalnego schematu, jednak
melodie gitarowe wynagradzają ów gatunkowy stempel. Zastrzec jednak należy, że
o ile owe harmonie faktycznie są dość porywające, to już brzmienia tych nagrań
zostało bardzo mocno przybrudzone, przez co „Death Wave” może niektórych
poniekąd odstraszać. Będąc jeszcze przy melodiach, to trafiają się tutaj nawet
akordy mogące kojarzyć się ze starym thrashem, czy też proto black metalem, co
świadczy o tym , iż Last Agony w dupie mają czystość stylistyczną.
Najważniejsze, żeby kopało dupę i bolało. Myślę, że muzykę zawartą na „Death
Wave” idealnie odzwierciedla obrazek zdobiący to wydawnictwo. W sumie, kurwa,
nic dodać, nic ująć. Dobra, bez zbędnego pierdolenia… Kto lubi crust, grind, i
przede wszystkim brutalny brud, ten ma jebany obowiązek sprawdzić ten album.
Nie jest to kamień milowy, ale na pewno pozycja, której na półce fanatyków
zabraknąć nie powinno.
Płyty z coverami, czy wszelkiego rodzaju tributy, raczej nie należą do gatunku tych, na które bym polował. Z bardzo prostej
przyczyny – zazwyczaj jest to zbieranina pomysłów, wykonów lepszych i gorszych,
często o nierównym poziomie. Z drugiej strony niewiele zespołów decyduje się na
tak obszerne oddanie hołdu swoim mentorom w pojedynkę. Z podobnych wydawnictw
posiadam jednak, i nawet stosunkowo często wracam, do pierwszej części „Future
of the Past”. Vader odegrał tam same klasyki, i to w naprawdę mistrzowskim
stylu. Podobnie do tematu podeszli panowie z Avulsed. Z tą jednak różnicą, że
ich dobór zespołów oparty został głównie na tworach z głębszego undergroundu, a
nie wyłącznie na filarach poszczególnych odłamów metalu. Żeby wymienić z pamięci, nie zaglądając do
kajetu, znajdziemy tu utwory Old Funeral, Amputation, Crematory czy Funebre.
Pewnie, że nie są to nazwy nic nie znaczące, ale śmiem twierdzić, iż znane
jedynie w określonych kręgach, głównie ludziom z siwiejącym od jakiegoś czasu
włosem. Jak sobie Hiszpanie poradzili z tymi starociami? Cóż, ci, którzy śledzą
Internety pewnie doskonale wiedzą, bowiem w cotygodniowym cyklu Dave Rotten
serwował gawiedzi po jednym kawałku. Ja nie słuchałem, bo z zasady nigdy nie
słucham singli. Dla mnie płyta, nawet będąca składanką, to jednak zawsze
całość. Po zapoznaniu się z „Nordic Embryogenesis” jestem bardziej niż
usatysfakcjonowany. Choćby dlatego, że Avulsed zagrali te stare klasyki na
swoją charakterystyczną modłę. Nawet jeśli składy na spisie treści podchodziły
do death metalu z nieco innej perspektywy, to tutaj wszystko brzmi całkiem
spójnie, gdyż zostało oflegmione hiszpańskim sznytem zespołu, który przecież
też można śmiało zaliczyć do prekursorów. Można powiedzieć, że to wydawnictwo
to taki uścisk dłoni kolegom, z którymi współtworzyło się scenę w jej złotym
okresie. Dla jednych ta płyta będzie podróżą sentymentalną, dla innych okazją
do zapoznania się z nazwami, których być może wcześniej nie słyszeli. Fajny
pomysł, jeszcze lepsze wykonanie, i tak szczerze mówiąc, szybciej włączę sobie
ponownie tego składaka niż którąkolwiek z późniejszych płyt Avulsed (nawet
jeśli nie mam im nic do zarzucenia). Ode mnie brawa i wielki szacun.
Trzecia płyta tego
szwedzko-amerykańskiego zespołu, to kolejna spóźniona premiera od Iron Blood
and Death Corporation. Ci, którzy na co dzień pławią się w śmierć metalowych
dźwiękach, wiedzą, że Bone Gnawer gra już od 2001 roku, ale szereg uwarunkowań
nie pozwoliło mu chyba rozwinąć zanadto skrzydeł. No, ale mamy kolejny krążek,
który serwuje nam dziewięć strzałów w moich ulubionych długościach, bo
wszystkie z nich nie przekraczają czterech minut. To staroszkolne rzępolenie,
które dostarcza mnóstwo nośnych akordów, tłumionego bicia w struny, kilku
agresywnych galopad i sporo złowieszczych melodii. Całość wybrzmiewa dość
masywnie, choć barwa gitar jest niezbyt ciężka, ale za to niezwykle chropowata
i surowa. Podobnie jest z riffami, które mocno wskazują na to, że death metal
na „Idioms of Gore”, mocno romansuje z thrashem, ale panowie sprytnie go
zagęścili, modyfikując odpowiednio strój wioseł. Dużą robotę w tej kwestii
zrobiła oczywiście zwarta sekcja rytmiczna jak i odpychające wokalizy. Tak
właściwie to brzmienie stanowi o muzyce tej brygady, ponieważ odbiega nieco od
zwyczajowego dla death metalu i spotkać je można raczej rzadko. Razem ze
świdrującymi solówkami, boleśnie wkręca się między zwoje mózgowe, potęgując
upiorną atmosferę. Klimat zaś „Idioms of Gore” posiada bez wątpienia
charakterystyczny, będący czymś pomiędzy zimnym prosektorium a mrocznymi i
śmierdzącymi bagniskami Florydy. Upodabnia to trochę death metal od Bone Gnawer
do twórczości Necrophagia, co jest dodatkowo przyciągającym uwagę do tego
materiału smaczkiem. Właśnie dzięki tej atmosferze warto sięgnąć po ten album,
bo buduje ona naprawdę silne napięcie.
Nie słyszałem nigdy o Saprobiontic, a zespół wydaje
właśnie trzecią już w dyskografii płytę. Panowie pochodzą z Niemiec, i grają
klasyczny, brutalny death metal. I w zasadzie… na tym by można zakończyć,
bowiem jest to jeden z tych materiałów, które lewym uchem wpadają, a za
sekundę, ze świstem wylatują prawym. Coś jednak postaram się napisać. Może
zacznę od zalet. „Of Fire and Bloodsheds” nie jest płytą wkurwiającą ani
nużącą. Bo muzycy starają się, by kompozycje oparte były na przynajmniej kilku
riffach, czasem potasują tempo (choć w zdecydowanej większości mamy do
czynienia z jazdą z mocno wciśniętym pedałem gazu), nie nużą wokalami na jedno
kopyto (tutaj trafiają się modulacje, czy też nawet dialogi), miejscowo
zaserwują jakąś nianachalną solóweczkę, albo włączą szatkownicę. Chyba do zalet
też można zaliczyć samą stylistykę, bo to w zasadzie esencja tego odłamu
gatunku z lat dziewięćdziesiątych, z inspiracjami pokroju Cannibal Corpse,
Suffocation, a z naszego podwórka Devilyn czy Yattering. Słychać, że panowie
grać potrafią, i pochwalić trzeba naprawdę sprawnego basistę, który to
niejednokrotnie przebija się bardziej na wierzch ze swoimi pokombinowanymi ścieżkami.
Teoretycznie zatem nie ma na co narzekać. Chyba że nie jest się przesadnym
fanatykiem grania w tym stylu. Nie, że jakiś ze mnie antagonista, absolutnie.
Tylko, że… takich solidnych płyt, którym „nie mam nic do zarzucenia” wyszło już
w historii mnóstwo, i nadal wychodzi z tysiąc pięćset rocznie. A ta niczym
szczególnym się naprawdę nie wybija. Ponadto, jak dla mnie, trochę zbyt ułożone
jest brzmienie. Czysto tu, niby w starym stylu, ale jakieś to takie na
zamówienie robione, i to z niewybitnym gustem. Idealnie współgrające z okładką,
której z dobroci serca komentować nie będę. Przesłuchałem ten materiał dwa
razy, i poczułem się jakbym przez tydzień jadł mielone na obiad. Niby danie
treściwe, smaczne, ale w końcu może lekko zemdlić. Jak ktoś ma za dużo czasu,
albo brutalny death metal to jego broszka numer jeden, niech se sprawdzi.
Pozostali mogą sobie tym razem odpuścić.
Znacie to uczucie, kiedy na widok zapowiedzi
jakiegoś wydawnictwa rączki same klaszczą, nóżki przeskakują z
niecierpliwością, a na twarzy maluje się nienaturalny wręcz grymas radości? U
mnie owe symptomy objawiły się jak tylko znalazłem w skrzynce odbiorczej split
dwóch uwielbianych przeze mnie kapel. Nie tracąc zatem ani chwili, rzuciłem się
na to wydawnictwo, rządny gruzu, smoły, i wdzierającego się w nozdrza pyłu z
trzęsących się ścian. Na pierwszy ogień mamy Niemców. Serwują oni tylko jeden
kawałek. I co z tego, skoro trwa niemal dwadzieścia minut, i jest w nim
wszystko, czego opętanej death metalem duszy potrzeba. Kto zespół zna,
doskonale wie, że tutaj nie ma półśrodków. Jest przygniatanie, pozbawianie
oddechu powolnymi akordami, na zasadzie zasypywania wilgotną glebą za życia.
Owszem, pojawiają się w tej kompozycji także sezony burzowe, głównie w
pierwszej części, jednak to właśnie te najwolniejsze partie zawsze stanowiły o
sile i tonażu Nekus. W przypadku „Dakhma” owe doły są jakby bardziej nastrojowe
niż dotychczas. Momentami przywodzą na myśl nawet klasyków pokroju
Disembowelment, nawet jeśli same aranże nie są ubrane w to typowe dla
Australijczyków brzmienie, tylko zdecydowanie bardziej przybrudzone i
przyćmione czarnym, gęstym dymem. Pozostałe składowe tego numeru to klasyka
Nekus. Charczące wokale, gęste gitary, mięsiste akordy. Dokładnie to, czego bym
po chłopakach oczekiwał. Wyborność! Bloodsoaked Necrovoid swoją część splitu
podzielili na trzy etapy, łącznie nieco ponad kwadrans… gruzu. No kto by się
spodziewał, nie? I pierwsze co mi przyszło na myśl, to to, że i tym gentlemanom
poszło się nieco bardziej w „klimat”, czego dowodem bardzo intrygujące, mroczne
intro. Powiem wam szczerze, że jest to jedna z lepszych introdukcji, jakie
słyszałem na przestrzeni ostatnich lat, choć kompletnie nieodkrywcza. Kolejne
dwa „czaptery” to już autentyczne znęcanie się nad naszym marnym żywotem.
Mozolne, niemal sadystyczne. Nie wiem czy Bloodsoaked Necrovoid zwolnili kiedykolwiek
wcześniej aż tak bardzo jak na „The Unreachable Exaltation of Consumption”.
Tutaj pierwsza część utworu ociera się o Winter. Podobnie jest w wieńczącym
całość „A Respite from the Swallowing of Existence”, który rozgniata trzewia na
brunatno czerwoną maź. A jest to walec niemal dziewięciominutowy, który dopiero
pod koniec zaczyna zjeżdżać z górki. Biorąc rzecz za całość, można stwierdzić
jedno. Ten split jest niczym szesnastotonowy odważnik spadający na głowę,
niczym z skeczu Monty Pythona. Tylko że w tym przypadku nie jest to żart, a
potężny cios, po którym nikt się nie podniesie. Ja powstać nie potrafię.
Powrót po dziesięciu latach tych
szalonych Wenezuelczyków, uważam za udany. Tyleż samo, co lat przerwy od
ostatniego albumu, tutejszych numerów klasycznego trasz-bleka robi naprawdę
dobrze. Zgrabnie, lecz po staremu poprowadzone zajadłe riffy na podobę
wczesnego Bathory, sporo d-beatów w stylu brytyjskiego punka, trochę
zakręconego i nie do końca oczywistego kostkowania jak na „Obsessed by Cruelty”
oraz odrobina demonicznych blastów, zalatujących Sarcofago. Ostre brzmienie,
surowa sekcja rytmiczna i krzykliwie zadziorne wokalizy. Całość obdarzona
prostotą wykonania, szorstkim charakterem i buńczuczną postawą, tworzy zajadły
i przesiąknięty diabelską atmosferą metal, który wali po głowie i plecach, nie
przejmując się czy boli. Szybka i nieokiełznana jazda w tradycyjnej formie,
która może jest zgrana do bólu, czy jak kto woli, wylizana do kości, ale nie
sypie się jak stare budownictwo, tylko daje tęgie lanie i przy okazji zaprasza
do piekła, a tam przenosi w mgnieniu oka. To żywiołowa, kipiąca energią muza,
która zapamiętale prze do przodu i nie bierze jeńców. Nie umizguje się do
nikogo fałszywymi sztuczkami i plastikowymi koronkami. Nie puszy się
wirtuozerią i modernistycznymi wywijasami. Furiacko kopie dupy i pierzę skórę,
emanując staromodnym duchem, odzianym w skóry, łańcuchy i gwoździe. Chropowata,
nieco przybrudzona produkcja oraz wkurw i klasyczna finezja, kreujące metal o
autentycznie, satanicznym anturażu. Może to już było, ale co jakiś czas
wracając, cieszy jak zawsze. Polecam. Wpierdol gwarantowany.
Morgue po raz szósty. A piąty po reaktywacji w dwa
tysiące dwunastym. Nie jest to może intensywność wydawnicza powalająca na
podłogę, ale przyznać trzeba, że przynajmniej trzy ostatnie krążki wychodzą
wyjątkowo regularnie. To pewnie było zapisane drobnym druczkiem w kontrakcie z
Godz ov War, bo Grzesiek to podstępny, stary lis. Jak by jednak nie było,
trzeba bez krzyżowania palców za plecami przyznać, że wydawnictwa pod szyldem
naszego labelu należą do bardzo udanych. I natychmiast dodać, że trzymają
poziom, choć są w zasadzie każde się od siebie różni. Nie wiem czy Francuzi znaleźli
jakiś złoty środek, czy taki właśnie ukształtowali sobie, nieco kameleonowy
styl, ale mieszanie gatunków wychodzi im od sześciu lat wyjątkowo udanie. Nowy
album nie da się sklasyfikować ściśle gatunkowo. Można natomiast powiedzieć o
nim jedno. Jest brutalny. Tylko że owa brutalność niejedno ma tu oblicze. Bo,
owszem, usłyszymy na tym krążku zaległe, sięgające początków istnienia Morgue
elementy grindowe, przejedziemy się deathmetalowym rollercoasterem (a bo to raz
bardziej technicznie, gdzie indziej prosto w mordę), ale przemierzymy też pokryte
śniegiem górskie szczyty skandynawskie. Podczas owej podróży będziemy mieli
okazję pomachać sobie rytmicznie owłosieniem głowowym, potupać nóżką niczym
stary dziad na koncercie, co to chciałby ruszyć w tan, ale już reumatyzm nie
pozwala, albo pomachać w powietrzu zaciśniętą piąstką, że tam niby się komuś
odgrażamy. „Herald the Dawn” zawiera tyleż brutalizy co i chwytliwej melodii.
Nie sposób bowiem zarzucić tym kompozycjom, że są po prostu wpadające w ucho.
Oczywiście, żeby sprawa była jasna, nie mówimy tutaj o In Flames czy jakichś
groove metalach, tylko o melodii mającej swój odpowiedni ciężar wagowy. Zresztą
mamy jej w tych ośmiu kompozycjach kilka odłamów, od amerykańskiej po francuską
czy nawet islandzką. Niby przez trzydzieści pięć minut nie znajdziecie na tym
wydawnictwie nowych środków, a mimo to „Herald the Dawn” brzmi świeżo,
intensywnie, na swój sposób oryginalnie. Dzięki temu słucha się go bardzo
dobrze, lepiej, jeszcze lepiej, przy kolejnych odsłuchach. Pod względem
brzmienia nie będę się produkował, bo w przypadku tego bandu jest to sprawa
wiadoma. Wszystko cyka tu prawilnie, jak cykać powinno. Zresztą panowie
zaznaczyli, iż żadne poprawki na pierwotną wersję nagrań nie zostały nanoszone,
zatem możecie sobie wyobrazić jak organicznie to chodzi. Dobry album. Jak komuś
podeszły przynajmniej poprzednie dwa, to ten może kupować w ciemno.
Lydiga pochodzi z Meksyku i poza
paroma singlami w wersji digital, na swoim koncie posiada tą epkę, wydaną w
grudniu roku poprzedniego przez Iron Blood and Death Corporation. Materiał w
końcu dotarł do Polski więc kilka słów o nim wypada napisać. To sześć kawałków
atmosferycznego black metalu w ujęciu raw. Nie znaczy to jednak, że Meksykanie
raczą nastrojową wersją tego gatunku, serwując melancholijne, depresyjne bądź
baśniowe akordy, podsycone klawiszowym podkładem. Jeżeli o syntezatory i akordy
chodzi, to są one oczywiście tutaj obecne, lecz ich forma jest zgoła inna,
bowiem to piwniczne lub jaskiniowe dźwięki posłużyły Lydiga do wykreowania
„Bound to the Doomed Reign”. Meksykanie grają na wysoko nastrojonych gitarach,
którym akompaniuje wycofana sekcja rytmiczna i elektroniczne pasaże. Całość
obdarzona jest surowym brzmieniem, tak żeby sprawiała wrażenie, że muzyka
dochodzi do nas jakby z katakumb, co potęgują upiorne i wsparte pogłosem
wokalizy. To posępna i przesiąknięta złem gędźba, która liryzmem i nostalgią
nie zachwyca, ponieważ królują w niej mroczne i złowieszcze riffy, którewraz z
lodowatymi tremolo swoją przyswajalnością nie rozpieszczają. Płyną one w
spokojnych, wręcz jednostajnych tempach, hipnotyzując i z cierpliwością
infekując odbiorców, którzy wiedzeni, sączącymi się z tego krążka nutami, brną
za nimi w pozbawioną światła otchłań. Muzyka Lydiga to surowy black metal o
klimatycznym usposobieniu, lecz w odróżnieniu od zwyczajowego, szerzej znanego,
atmosferycznego ujęcia, jest on skrajnie mizantropijny i przytłaczający. Jego
zdeformowane przez szumy i wysokie rejestry brzmienie, bez trudu przyciągnie do
siebie fanów podziemia, do którego wielbiciele mainstreamu nigdy wejść nie
zdołają.
The Lovecraft Sextet to twór teoretycznie leżący
poza moim zasięgiem zainteresowań. Teoretycznie, bowiem jeśli ktoś uważny,
spostrzeże, że ów projekt Jasona Köhnena pojawiał się uprzednio na Apocalyptic Rites
już dwukrotnie, i zawsze oceniany był przeze mnie w samych superlatywach. No
ale jakże mogłoby być inaczej, skoro facet, nawet stosując niekonwencjonalne
środki, trafia mnie w czuły punkt. Projekt ten jest o tyle ciekawy, że za
każdym razem swoje wydawnictwa opiera o konkretną inspirację. I tak, był już Psalm
51, opowieści H.P. Lovecrafta, czy stare kino. Tym razem nadszedł czas na czerpanie
pomysłów z obrazu. A konkretnie siedemnastowiecznego malowidła Jana de Baena,
przedstawiającego zmasakrowana ciała braci De Witt. Muzycznie płyniemy nadal w
podobnym kierunku, a kompozytor bynajmniej nie ułatwia nam zadania. „Penance”
to nadal muzyka złożona, niekonwencjonalna, chwilami przypominająca czystą
improwizację (zwłaszcza we fragmentach bardziej intensywnych, w których
pojawiają się także elementy black metalu, choć w bardzo ogólnym tego gatunku
pojęciu). Z drugiej strony, to chyba najbardziej emocjonalne wydawnictwo jakie
się pod rzeczonym szyldem ukazało. Mnóstwo tutaj wolnych partii, pełnych
lamentu, pogłębianego przez dźwięk trąbki, która zawsze jakoś wpływała na mnie
dołująco. Bardzo dużo też kobiecych, monumentalnych wokali, za które odpowiada
sopranistka Lilian Tong. Zaprawdę powiadam wam, jej głos potrafi oczarować. I
dodać płycie czegoś na kształt rytualnego obrządku, czy religijnego uniesienia.
Piąty album The Lovecraft Sextet to album może nie będący redefinicją dark
jazzu, jednak chyba najbardziej ze wszystkich dotychczasowych wydawnictw
zachowany w jego klimacie. Jeśli gustujecie w muzyce niestereotypowej, będącej
mieszanką różnych stylistyk, mrocznej a jednocześnie podniosłej, to ten krążek
jest dla was. I rozkładanie poszczególnych jego partii na czynniki pierwsze nie
ma sensu, bowiem stanowi on jednolita całość, tak samo jak wspomniany obraz,
którym został zainspirowany. Rzadko się zdarza, że zanurzam się głębiej w
okołomuzycznej otoczce, jednak dźwięki „Penance” skłoniły mnie do bardziej
kulturalnego riserczu. Zatem nie dość, że odbyłem pewnego rodzaju mentalną
podróż (którą chętnie niejednokrotnie powtórzę), a nawet swoisty reset mózgu,
to kilku ciekawych rzeczy się nauczyłem. Bardzo wartościowe wydawnictwo, bez
dwóch zdań.
„The Bleeding”
to czwarty album Cannibal Corpse. Tak się akurat składa,
że londyński The Bleeding wydaje swoją czwartą płytę (a pierwszą, z którą się
stykam). Ot taka koincydencja, zupełnie nie mająca nic wspólnego z zawartością
albumu, który właśnie się u mnie kręci. Choć, stop! Coś ma, ale o tym za
chwilę. Brytole grają wspólnie od piętnastu lat, a ich twórczość określić można
jako amalgamat death i thrash metalu, z niewielkim naciskiem na człon pierwszy.
„Godless Communon” to dziesięć kawałków niezłego mordobicia mającego swoje
inspiracje w klasyce obu gatunków z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Trzeba przyznać, że panowie bardzo zgrabnie łączą ze sobą śmiertelne zagrywki z
thrashową prędkością i ostrością. Bo nie można powiedzieć, że jest to granie
typu proto-death, także przecież mocno skażone thrashem, lecz świadome
przeplatanie wspomnianych odłamów. Niech dowodem na to będą choćby pierwsze dwa
numery na „Godless Communion”. W pierwszym z nich otrzymujemy po mordzie w
bardziej florydzkim stylu (kłania się tutaj Deicide czy Death), by zaraz potem
panowie nieco przyspieszyli, i zaczęli serwować klasykę pod Sepulturę czy Demolition
Hammer. I tak jest na całej płycie. Ciężkie akordy, niejednokrotnie
przypominające ekipę Bentona, czy nawet Treya z wczesnych lat, idealnie miksują
się z jadem i buchającą energią klasyków gatunku wcześniejszego. Nie brak na
tej płycie blastów, nie brak wysokiej jakości solówek, plującego wściekłością
wokalu, czy też eksplodującej w kolejnych kompozycjach czystej energii. Sposób
w jaki panowie budują swoje kompozycje zdaje mi się stuprocentowo naturalny,
swobodny i umiejętny. Nie sposób bowiem zarzucić im próby naśladowania
kogokolwiek, mimo naprawdę licznych, słyszalnych inspiracji. Dlaczego? Bo ta
muzyka po prostu spuszcza niezły wpierdol, ma niezły groove, i nie nudzi. A
czegoś takiego na siłę, czy dla poklasku, nagrać się nie da. Mało na tym krążku
zwolnień, ale jest za to numer akustyczny, całkiem zresztą fajny. No i jest
wspomniany Cannibal Corpse. Może nie jako przewijający się w akordach duch, ale
jako cover. Na zakończenie panowie serwują bowiem „Born in a Casket” z debiutu
Amerykanów. Dobra to płyta. Pełna autentycznej pasji i oddania starej szkole.
Jeśli nie znacie kapeli, to nadróbcie zaległości. Myślę, że warto.
W czerwcu była epka, która swoją
jakością zapowiadała, kolejny, dziesiąty już album tego szwedzkiego projektu.
Teraz jest właśnie i płyta, która nie zawiodła moich oczekiwań, choć ostateczny
jej wydźwięk do najgłębiej w podziemiu osadzonych nie należy. To materiał
odznaczający się dobrą produkcją oraz teatralnością, które odwodzą go od skrajnie
szatańskich wykwitów. Zapewne spowodowane jest to tematyką jaką zajmuje się
Arckanum, która związana jest między innymi ze starożytną, czarną magią
szwedzkich terenów. To zimny black metal o wyraźnej atmosferyczności i
rytualizmie, które pochodzą wprost z praktyk Thursatru. Jest więc tutaj
złowrogo i poważnie, bolodowate tremolo i melodyjne akordy mieszające się z
surowym kostkowaniem, nie pozostawiają złudzeń co do istoty tej diabelszczyzny
i podejścia do niej samego twórcy. To równieżsporo elementów zapożyczonych z
pogańskiego folku i mrocznego ambientu, które wzbogacono o odgłosy przyrody,
które złożone z gitarowymi riffami i różnorakimi wokalizami w całość, świadczą
o dostojności „Beswærilsin”. Najnowsza płyta Arckanum to dobrej jakości
bleczur, którego posępność i majestatyczność jest niepodważalna. Do tego trzeba
dołożyć niezwykłe zaangażowanie kompozytora, które przekłada się na dość duży
ładunek emocjonalny, zawarty w tutejszych aranżacjach, wynikający bezpośrednio
z tematyki, bardzo ważnej dla Shamaatae. Wszystkie te aspekty kreują atrakcyjny
dla ucha black metal, który mimo to, nie jest plastikową papką, ponieważ poza
przyciągającą klimatycznością posiada także spore pokłady satanicznej
złośliwości.
O Umus w sumie wiadomo niewiele. To nowy twór na
metalowej mapie, ale nawet wydawca podaje na jego temat lakoniczne informacje.
Biorąc jednak pod uwagę, że Ksenza Records to label z Syberii, strzelam, że zespół, przynajmniej częściowo, pochodzi zza naszej wschodniej granicy.
Mniejsza jednak o domysły, zajmijmy się muzyką. Tu już domniemywań żadnych nie
ma. „Voidlit” to pięć długich funeral doomowych walców. Nie jest to jednak
funeral doom jeden z wielu. Przede wszystkim, a co u mnie od razu włączyło
czerwoną lapmkę, Umus traktuje muzykę trochę na podobieństwo Esoteric. I od
razu zaznaczam, żeby potem ktoś nie płakał, że wprowadziłem w błąd, nie znaczy
to w najmniejszym stopniu, że Brytoli kopiują, czy starają się naśladować.
Zresztą, nawet gdyby chcieli, to… wielu próbowało. Chodzi mi bardziej o to, że
w odróżnieniu od przeciętnego funeral doomowego aktu, Umus nie wałkują w kółko
jednego motywu w nieskończoność. Nie zapętlają, nie przedłużają dla zasady. Ich
kompozycje ciągle się rozwijają, prą do przodu. Muzycy co chwilę oferują nam
coś innego, przeplatając nastrojowe, chwilami nawet akustyczne momenty
wulkanami ciężaru. Oczywiście, mamy tutaj potężne akordy, zazwyczaj utrzymane w
bardzo niespiesznym tempie. Mamy też perkusistę – śpiocha, co to uderza w swój
instrument jakby się dopiero obudził. To klasyka. Poza sprawami oczywistymi
mamy też bardzo umiejętnie stosowane efekty, melodie przewijające się w tle,
pojawiające się znikąd dodatkowe instrumenty, majaczące linie gitar… I właśnie
tu skojarzenia z Esoteric są jak najbardziej na miejscu. Ponadto… wokale.
Niezwykle głębokie, z nałożonym efektem, wybrzmiewające równie potężnie co sama
muzyka, i podobnie jak ona ewoluujące w trakcie utworów, zmieniające barwę, czy
nawet styl ekspresji, od growla po śpiew. Trochę to wszystko toczy się na
zasadzie napływających po sobie fal, tych burzowych, niszczących wszystko na
swojej drodze, po wyciszacze, dające chwilę na skupienie, zadumę, zagłębienie w
samym sobie. Jednocześnie daleki jestem tutaj od użycia przymiotnika
„schematyczne”, bo z typowego schematu zespół bardzo zgrabnie się wymyka,
tworząc opowieści na swój własny sposób. Nie trzymający się sztywno gatunkowych
standardów, a nawet jeśli, to zdecydowanie je rozwijając. Bo z drugiej strony
żadnej awangardy na tej płycie nie znajdziemy. Znajdziemy za to zamkniętego w
sześćdziesięciu minutach kolosa o twarzy widocznej na okładce. Moim zdaniem
niezwykle udanie odzwierciedla ona zawartość „Voidlit”. Na koniec dodam jeszcze
jedno zdanie, znów porównując muzykę tego trio do Esoteric. Z każdym kolejnym
odsłuchem ta muzyka wsiąka w nas coraz bardziej, coraz bardziej uzależnia i
zniewala. Myślę, że to jedno z najlepszych wydawnictw Aesthetic Death od dobrych
kilku lat, nawet, a może zwłaszcza, biorąc pod uwagę, iż profil tego labelu
bardzo mocno mi podchodzi. Sprawdzajcie koniecznie!
-
jesusatan
Umus
“Voidlit”
Ksenza Rec/
Aesthetic Death 2026
Not much is
actually known about Umus. It’s a new entity on the metal scene, but even the
label provides only sparse information about it. However, considering that
Ksenza Records is a label from Siberia, I’d guess that this musical project, at
least in part, hails from beyond our eastern border. But enough with the
speculation. Let’s focus on the music. Here, there’s no room for guesswork.
“Voidlit” consists of five long funeral doom tracks. However, this isn’t just
another run-of-the-mill funeral doom album. First and foremost, and this is
what immediately set off a red flag for me, Umus approaches their music
somewhat in the vein of Esoteric. And let me make this clear right away so no
one complains later that I misled them: this doesn’t in the slightest mean that
the guys are copying or trying to imitate the Brits. Besides, even if they
wanted to… you know, many have tried. What I mean is that, unlike the average
funeral doom band, Umus doesn’t endlessly rehash a single motif. They don’t
loop harmonies or drag them out just for the sake of it. Their compositions are
constant evolution, pushing forward. The musicians offer us something different
every so often, interweaving atmospheric, and at times even acoustic moments,
with eruptions of heaviness. Of course, there are powerful chords here, usually
played at a very unhurried pace. There’s also a sleepyhead drummer, who hits
his instrument as if he’s just woken up. It’s a classic. Beyond the obvious
elements, there are also very skillfully applied effects, melodies weaving
through the background, additional instruments appearing out of nowhere, and
haunting guitar lines. And this is precisely where the associations with Esoteric
are most apt. Moreover, the vocals. Incredibly deep, with a slight effect
layered over them, resonating just as powerfully as the music itself, and, like
the music, evolving throughout the tracks, changing in timbre or even style of
expression, from growls to singing. It all unfolds somewhat like waves rolling
in one after another, first stormy ones, that destroy everything in their path,
followed by calmer ones that offer a moment for focus, reflection, and
introspection. At the same time, I’m far from using the adjective “schematic”
here, because the band very skillfully breaks free from typical formulas,
crafting stories in their own unique way. They don’t rigidly adhere to genre
standards, and even if they do, they definitely expand them. On the other hand,
you won’t find any avant-garde elements on this album. Instead, you’ll find a
colossus, whose face is visible on the cover, contained within sixty minutes of
sounds. In my opinion, the picture reflects the content of “Voidlit”
exceptionally well. Finally, I’ll add one more thought, once again comparing
this trio’s music to Esoteric. With every listen, this music sinks deeper and
deeper into you, becoming more and more addictive and captivating. I think this
is one of Aesthetic Death’s best releases in quite a few years, even, or
perhaps especially, considering that the label’s style really speaks to me. Be
sure to check it out!