No to mamy w końcu debiutancki album Grobu. Nie tego
polskiego, nawet nie szwedzkiego, ale francuskiego. Tyle bowiem znaczy nazwa
działającego od sześciu lat składu pod wezwaniem Kevina D, człowieka znanego z
takich aktów jak Deströyer 666, Venefixion, Profanation czy Necrowretch.
Debiutanckie demo Sépulcre przedstawiałem wam tuż po zawiązaniu się zespołu,
nadmienić zatem jeszcze należy, że w międzyczasie panowie wydali także EP-kę.
Czyli staroszkolna kolejność dokładnie się tutaj zgadza. Pelnometraż, po raz
kolejny nakładem Invictus Productions, także pod względem, już czysto muzycznym,
nie rozczarowuje. Zawiera siedem, trwających łącznie czterdzieści dwie minuty,
utworów z gatunku oldschool metal of death. Od razu słychać, że muzycy mają łeb
na karku, bowiem ich kompozycje nie są monotematyczne, a zdecydowanie
urozmaicone. Poza momentami zagranymi na pełnej szybkości, przy których świat
zapierdala wokół niczym słupy wysokiego napięcia za oknem podczas podróży
Pendolino, sporo tutaj potwornie gniotących zwolnień, robiących chyba jeszcze
większe wrażenie niż wspomniana sieczka. Co ważne, nie ma na tym albumie, tak
często występującego, raz w lepszej, raz w gorszej wersji, schematu szybko –
wolno. Panowie (oraz pani, bowiem jedną gitarę obsługuje niewiasta) wyraźnie
nie kalkulują, tylko wylewają z serca cały gniew i nienawiść, w sposób, jaki
ono im podpowiada. Nie są też stuprocentowymi purystami, bowiem tu i tam
zaplącze im się jakiś akord, a to bardziej black, a to nieco thrash metalowy.
Jaka to zresztą różnica, skoro w efekcie otrzymujemy muzykę zarazem drapieżną,
co i staroszkolnie melodyjną. Bardzo podoba mi się połączenie ciężkiej,
betonowej sekcji rytmicznej z nałożoną na nią śpiewną gitarą. Niezłe też są
totalne zawirowania, przejścia z niemal chaosu w rytm punkowy, po czym
omamienia snującą się gdzieś tam w tle melodią. Trochę tutaj pachnie Finlandią,
trochę Stanami, i gdyby się upierać, to można przytoczyć w tym miejscu nazwy w
stylu Disma, Krypts, czy nawet Spectral Voice albo Sedimentum. To oczywiście
tylko orientacyjne drogowskazy, bo Francuzi samodzielnie wyznaczają sobie kurs
na death metal, nawet jeśli w podobnym kierunku co wspomniane odnośniki, to
niekoniecznie dokładnie tą samą ścieżką. Jeśli przy okazji „Ascent Through
Morbid Transcendence” jeszcze coś tam kręciłem nosem, tak tutaj punktów do
czepiania się jakoś mi brakuje. Bo całość jest spójna, ciekawa, dobrze wyprodukowana,
i maniakom death metalu bankowo zapewni radość z przynajmniej kilku(nastu)
odsłuchów. Płyta zdecydowanie zatwierdzona, można słuchać bez obaw o
rozczarowanie.
Włosi umieją w doom i stoner, co
słychać w twórczości wielu kapel z Półwyspu Apenińskiego. Tak też jest w
przypadku Night Gaunt, który wraca po ośmiu latach przerwy ze swoim najnowszym,
trzecim krążkiem. Ci czterej panowie grają doom metal o oryginalnym obliczu,
ponieważ w swoich aranżacjach do trzonu gatunkowego, dorzucają sporą garść
post-punka, łyżkę stołową mrocznego folku i szczyptę industrialnych nut. Mieszanka
smakuje wybornie, jeśli oczywiście ktoś lubi posłuchać sobie od czasu do czasu
czegoś lżejszego. W sumie, muzyka od Night Gaunt taka do końca leciutka nie
jest, bo oprócz melancholijnych melodii, podbitych przez klimat upiornego folku
i odhumanizowane, mechaniczne zagrywki, to dość dużo tutaj także sludge’owego
mułu, który okresowo zagęszcza i tym samym dociąża ten materiał. Obok
odpowiedniego ciężaru i atmosferyczności, Włosi zadbali o różnorodność, gdyż
płyta nie koncentruje się na liniowych kompozycjach. Na „Rupture” znajduje się
dziesięć utworów, które posiadają zmienne usposobienie, wprowadzając do tego
albumu efekt zaskoczenia, bo co kawałek, to nieco inna muza. Night Gaunt
zapodaje drapieżne, niepokojące i nastrojowe piosenki. Nie brakuje tutaj także
posępnych ballad i gotyckich kołysanek, ale co najważniejsze ta wielorakość,
stanowi spójną całość, która funduje emocjonalną sinusoidę, spotęgowaną przez
fantastyczne wokale Giuseppe Colio, który momentami zbliża się do Messiah’a lub
Roberta Lowe. Bardzo dobry materiał wysmażyli Rzymianie, w którym umieścili
całą gamę zagrywek z różnych zbiorów stylistycznych, posiadających część
wspólną. Zawiera ona mozolne riffy, rockowe, porywające uderzenia, partie
smyczkowe, fortepianowe dźwięki oraz gotyckie fragmenty akustyczne. Doom metal
i nie-doom metal, który urzeka nostalgią i przytłaczającym romantyzmem.
Wypełniony magią lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, która nadaje mu
niesamowitej mocy wyrazu, wypływającej z efektu zderzenia ze sobą kilku
sposobów na ciężkie granie. Polecam.
Uważam, że Fantom to jeden z najbardziej
obiecujących zespołów jaki spłodziła polska ziemia ostatnimi czasy.
Przynajmniej mi ich granie wchodzi elegancko, bez najmniejszej popitki. Jako iż
kilka dni temu mieliśmy Halloween, niektórzy się poprzebierali (głównie ci
młodsi), inni zorganizowali sobie jakąś okazyjną libację, a chłopaki z Torunia
postanowili okoliczność tą uczcić wydaniem nowej EP-ki. Co prawda tylko w
wersji cyfrowej, tak pewnie im było wygodniej. Tym bardziej, że materiał ten,
nawet jeśli nie taki krótki, bo znajdziemy na nim coś pod pół godziny muzyki,
należy bardziej do kolekcjonerskich. Nowy numer jest tu jeden, i mówiąc
szczerze, brzmi trochę jak odrzut z debiutanckiego „Breathtaking…”. To nadal dobry
crossoverowy numer, ale trochę bez… pierdolnięcia, mocno jak na Phantom
zachowawczy. Kolejne cztery piosenki to utwory klasyków, albo w zasadzie
współtwórców nurtów, z których Torunianie czerpią inspiracje. I tak, w
kolejności, mamy tu „Season In the Abyss” Slayer”, instrumentalny „The Call of
Ktulu” Metallica, “The Conjuring” zespołu rudego którego ci poprzedni na
wczesnym etapie z ekipy wykopali, oraz „Alison Hell” Annihilator. Z jednej
strony to wszystko świetne numery, zatem sama setlista wygląda bardzo ciekawe,
z drugiej jednak, podejście do tych szlagierów wiąże się z odpowiedzialnością
za własne czyny. Bo zagrać numer, na przykład Slayera, może w sumie każdy, kto
mu zabroni? Ale zagrać go tak, żeby nie było wiochy i koledzy na podwórku się
nie śmiali, to już inna sprawa. Jak poszło Piernikom? Wybronili się. Wybronili,
bo ich wersje brzmią nieźle i słucha się ich bez grymasu zniesmaczenia, wręcz
przeciwnie, nóżka sama chodzi do piosenek które się zna i lubi od małego. Rzecz
w tym, że ja w coverach cenię sobie także odrobinę innowacyjności. A tej mi tu
brakuje. Nie żądam, by chłopaki zaraz zmieniali aranże czy struktury kawałków,
ale jakiś drobiazg od siebie na pewno by je dodatkowo ubarwił. W przypadku
Fanotom zostały one po prostu bardzo dobrze odebrane, ale chyba zbyt dosłownie.
Bo nawet wokalnie da się usłyszeć, że mamy tu imitację Mustaine’a czy Randy
Rampage’a. A mogłoby być ciut bardziej „po swojemu”. Nie mniej jednak warto
sobie tych przeróbek posłuchać w wolnej chwili, zwłaszcza w oczekiwaniu na nowy,
autorski materiał od młodziaków.
To nowy szyld na szwedzkiej
scenie, ale ci trzej muzycy grają nie od dziś, bo to członkowie takich kapel
jak The Forsaken i Deranged, natomiast epka ta ukazała się już w zeszłym roku,
ale tylko w wersji digital. Teraz, Helter Skelter wraz z Regain wydają ją na
winylu więc fani brutalnego death metalu powinni po nią sięgnąć, bo w chuj
kopie dupę, choć nie wiem czy to połączenie jest możliwe. Jednakże możliwe jest
to, że to Szwedzka kapela, ale dzięki niej nie będziemy obcować z brzmieniem „swedish
chainsaw”. Prawdą też jest, że to bezlitosny metal śmierci, lecz zawrotnymi
prędkościami ani blastami nie częstuje. Pomimo to siłę wyrazu posiada słuszną.
To barbarzyńskie łojenie, zapodane na gitarach o gęstej i soczystej barwie,
ciężkiej perkusji oraz basie, od gulgotu którego boli głowa. Instrumenty wraz z
wilgotnymi growlami, generują grubiańskie riffy, które płyną w średnich tempach,
powalając na glebę i poprawiając palm mutingiem niczym stompem lub tnąc
wysokotonowymi zagrywkami do kości. High on Blood komponuje potężny death
metal, który niesie ze sobą całe pokłady groove’u i bestialską agresję. Jest
jak główny bohater „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, bo wchodzi z buta,
nie zwracając uwagi na wrażenie jakie robi. Miażdży, rozrywa i napierdala do
krwi. Robi to z niezwykłą gracją, ponieważ akordy od tego tercetu wchodzą bez
popitki. Obok mięsistości i woni rozkładu posiadają również niesamowitą nośność,
co powoduje, że wpierdol spuszczają, bujając słuchaczem, na wzór psychopaty,
który przed uśmierceniem swojej ofiary najpierw się z nią bawi. Potwornie
surowy i szorstki w obejściu death metal, którego słucha się z przyjemnością.
Lektura obowiązkowa.
Bardzo rzadko sięgam po klasyczny heavy metal. Nigdy
nie byłem przesadnym fanem, ot, poznałem, i do dziś cenię kilku klasyków,
czasem pobawiłem się przy takiej muzyce na imprezach, i starczy. Dość
powiedzieć, że na półce nie mam chyba ani jednej płyty z tego gatunku. Po co
zatem sięgnąłem po Absolute Power? Z banalnego powodu. Zaciekawił mnie skład tworzący
ten zespół. Dwóch ziomali z Napalm Death (czyżby na stare lata znudziło się
napierdalanie ile fabryka dała?), jakiś brytyjski producent, bębniarz z kapeli
punkowej, oraz stary wyjadacz ze sceny gotyckiej. Mówię sobie „Posłucham, napiszę, że kupsko niesamowite, wyjdę
i trzasną drzwiami”. Ale… no, się nie dało. Nie, żeby materiał ten był zaraz
jakiś wybitny czy przełomowy. Ale, pisząc tyle razy w samych superlatywach o
naśladowcach klasycznego odłamu death czy black metalu, w tym przypadku także
muszę zachować obiektywizm. „Needs Must When the Devil Drives” to naprawdę
niezły krążek, pełen wpadających w ucho melodii, śpiewnych refrenów, nawet
ostrego riffowania, czy umiejętnie posklejanych solówek. To po prostu dobre
heavymetalowe piosenki, których można bez zażenowania słuchać obok dokonań
Halforda, Grave Digger czy Manowar. Co ciekawe, album ten trwa prawie
pięćdziesiąt minut, ale ani razu mi się nie ziewnęło. Ba! Puściłem go sobie
jeszcze raz na dokładkę, a potem jeszcze raz, aż mi się te piosenki naprawdę
zaczęły wkręcać w głowę. Gdyby mi ktoś powiedział, że to płyta sprzed, dajmy na
to, czterdziestu lat, to bym to pewnie łyknął jak pelikan gnojówę. Bo brzmi to
wzorcowo, buja nieprzeciętnie, zawiera praktycznie wszystkie staroszkolne
składowe (z dwoma balladkami włącznie), chwilami jedzie patatajnią, gdzie
indziej porywa do wspólnego zaśpiewu (a śpiew ten pan reżyser też ma niczego
sobie), no to do czego się tu dopierdalać? Jest jeszcze cover, jak nie, jak tak!
Queen „Sheer Heart Attack”, czyli nie poszli panowie na łatwiznę i wybrali
sobie kawałek nieco mniej znany. No i lala. Pewnie w chwili kiedy krążek ten
wyleci z mojego odtwarzacza, już do niego nie wróci, bo… patrz zdanie pierwsze.
Nie zmienia to jednak mojej o nim opinii. Naprawdę dobre granie, które
zdecydowanie polecam zwłaszcza fanom gatunku.
Na swoim trzecim albumie Det
Eviga Leendet podtrzymuje styl w jakim komponuje black metal i w dalszym ciągu
raczy swoich fanów, wielowarstwową i pełną napięcia muzyką. Panowie nie
poprzestają na pisaniu diabelszczyzny, która składa się z jednostajnych,
głównych tekstur, stanowiących dość gęstą ścianę dźwięku. To dynamiczne i
jednocześnie hipnotyczne akordy, których transowość podkreśla ciężka jak na ten
gatunek sekcja rytmiczna i okresowo pojawiające się tutaj syntezatory. Det
Eviga Leendet gra black metal mocno romansujący z nowoczesnymi brzmieniami,
którego charakter jest mieszanką tradycyjnego ujęcia, post-metalowych pomysłów
i przestrzennych, przyprawiających o agorafobię riffów. To również sporo
dysonansowych uderzeń, z których wyłaniają się odczłowieczone tremolo. Te
wysokotonowe formy wręcz porażają zmysły, swoją lodowatością i ostentacyjną
bezdusznością. Najnowszy album od tego szwedzkiego projektu, nie jest może
jakimś krokiem naprzód w stosunku do swego poprzednika, ale wydaje się
mocniejszy w wyrazie. „Reverence” stawiał bardziej na uczucia związane ze
smutkiem czy rozpaczą, zaś „Vehemence” niesie ze sobą niepokojącą muzę, która
wpada także w introspektywne korkociągi, lecz robi to w brutalniejszy sposób.
Mocny, nowoczesny black metal, który niebezpiecznie miesza w głowie swoim
napastliwym usposobieniem. Jeśli podobał się wam poprzedni krążek od Det Eviga Leendet,
to po ten musicie sięgnąć, bo posiada on dużo silniejsze pierdolnięcie, choć
styl został zachowany.
Lubię splity. I lubię piosenki, które już kiedyś
słyszałem. A to wydawnictwo mi to, przynajmniej w większości, zapewnia. Dlatego
po nie sięgnąłem. Bez obaw, że mnie rozczaruje, zupełnie jak bym kupował
ulubione bursztynowe w sprawdzonym pubie. No to walnijmy cztery szybkie.
Najpierw Exhumed. Dwa kawałki w typowym dla siebie Carcassowym klimacie z
okresu „Tool of the Trade”. Szybko, prawie że na pełnej, z odpowiednią
melodyjnością ale i zadziornością. Można powiedzieć, Total oldschool i tribute
dla Brytoli. Wokale, gitary, solówki, harmonie - gdyby Walker i brygada do dziś
potrafili tworzyć tak dobre piosenki, byłoby cacy. Idzie im od powrotu nieco
ciężej i toporniej, bo chyba sami kopiują siebie, ale nie ma co płakać. W
kopiowaniu Amerykanie są o wiele lepsi, czego dowodem te dwa nowe numery.
Molder też pewnie większość z was zna. To bardziej standardowy metal śmierci,
choć i w tym przypadku nie pozbawiony wpadającego w ucho rytmu, oraz płynnych,
naturalnie wchodzących melodii, okraszonych niezłymi partiami solowymi.
Asphyxowy wokal, headbangingowe momenty, i ostre pierdolnięcie, jak pionierzy
gatunku nakazali. Drugi numer też troszkę zajeżdża Carcassami, i to jest chyba
ten element wspólny dla obu pierwszych ekip zza wielkiej kałuży. Mocny konkret.
Trzeci cios wyprowadzają załoganci, którzy biją się o rekord pod względem
ilości pomniejszych wydawnictw. Nunslaughter grają mniej melodyjnie, za to
bardziej diabelsko i agresywnie. Ich dwa strzały to w zasadzie klasyka. Dobre
deathmetalowe patatajnie do pomachania głową i postrojenia głupich min, z
mocnymi zrywami i zwolnieniami na kieliszek wódki. Zespół w formie, kto lubi (a
to można nie lubić?), będzie zadowolony z kolejnych sześciu minut od Dona i
spółki. Do zamknięcia tematu wchodzi Traffic Death, który dotychczas znałem
jedynie z nazwy. I już wiem, że będę musiał sięgnąć do ich dyskografii nieco
głębiej, bo chłopaki napierdalają aż miło. Ostry crossover, chwilami
podchodzący pod S.O.D., gdzie indziej sięgający nawet po tematy grindowe
(„Symphony of Ignorance”). Świetna mieszanka serwowana w czterech krótkich
porcjach. Oczywiście wplecione sample, momenty do poskakania w dzikim tańcu,
świetne dialogi wokalne (pod tym względem mamy naprawdę szeroki wachlarz),
miodzio! Całość trwa w tym przypadku niecałe dwadzieścia dwie minuty, co w
sumie pozostawia spory niedosyt, albo, myśląc praktycznie, daje mocnego liścia
w ryj, którego każdy może sobie do woli dawkować stosowną do nastroju ilością
powtórzeń. Ja dziś mam włączone na repeat, i nawet kolejnych okrążeń nie liczę.
Fantastyczna rzecz.
Po trzech latach przerwy wraca z
nowym albumem belgijski Herzog. Panowie wysmażyli na nim sześć numerów, które
tak jak poprzednio niosą ze sobą black metal w ujęciu „Herzog”. Rzecz jasna
jego podstawą są typowe formy, z których konstruowano tą muzykę przy
rozpętywaniu drugiej fali gatunku, wzniecając przy okazji kilka pożarów oraz
posyłając parę osób do piachu. Mniejsza z tym, bo to dawno i nie prawda.Belgowie
w dalszym ciągu grają rogaciznę, która hipnotycznie kołysze, zapodając
jednostajne akordy, które urozmaicane jest okresowo delikatnymi zmianami w
rytmice i prędkościach. Panowie nie stronią tutaj również od kilku
współczesnych zabiegów w postaci dysonansowych odjazdów, które wprowadzają
trochę mistycznego klimatu do przeważającego na „Mugwort” zimnego,
mizantropijnego i pasywnie nastawionego do świata kostkowania. Właśnie w tej
obojętności jest problem, ponieważ ideologiczna niechęć diabelszczyzny od
Herzog, przekłada się na black metal jaki tworzy, montując muzę, która wydaje
się zmierzać w niewiadomym kierunku. Brakuje jej również siły wyrazu, a także
czegoś co mogłoby przyciągnąć do niej nieco więcej uwagi, czegoś co filmowcy
nazywają suspensem i twistem. Nie wystarczy garść solidnych i upiornych
fragmentów oraz zastosowanie ponurego dialogu między wokalizami, aby
zainteresować odbiorców i pobudzić ich emocje. Mam wrażenie, że Belgowie trochę
błądzą i tak jak weszli do tego labiryntu, nagrywając poprzedni krążek, tak na
tym nie mogą się z niego wydostać. Jest jednak światełko w tunelu, bo ostatni
numer na tej płycie zatytułowany nomen omen „Post-Truth”, jest szansą na
wyjście z tej sytuacji. To instrumentalna kompozycja, która posiada swój
charakter i celuje nim właśnie w rejony post-black metalowe, wykorzystując także
maniery blackgaze’owe. Może to jest ścieżka, którą w przyszłości powinien pójść
Herzog, gdyż „Post-Truth” to najciekawszy utwór na „Mugwort”, choć w
modernistycznych ujęciach nie gustuję.
Dziś zaglądamy na kontynent południowoamerykański, a
konkretnie do kraju, którego drużyna na ostatnim mundialu zdawała się być
bardzo w oczach sędziów uprzywilejowana. Czwarty, a drugi pod banderą Putrid
Cult, album Abominablood stał się faktem już jakiś czas temu, więc część z was
być może miała już okazję się z nim zapoznać. Tych, którzy jeszcze nie zdążyli,
będą mocno zachęcał. Zwłaszcza jeśli lubią opary napalmu, siarki, i śpią w
maskach gazowych. Ten jednoosobowy projekt z Rio Negro należy do aktów raczej
odtwórczych niż tworzących podwaliny pod historię nowożytną. Na „Lurking Curse
of the Lost Future” nie znajdziecie ani grama innowacji. Nawet okruszka. Jest
za to moc inspiracji, których przekucie przez L. Warpig Abominator’a na własną
modłę, określone środowisko poruszy ze sporą mocą. Płyta co prawda zaczyna się
nietypowo, i nawet przez chwilę pomyślałem, że to może pewnego rodzaju
podziękowanie dla Morgula za przyjęcie Abominablood pod swoją strzechę. Po
krótkim samplu (zwanym introdukcją) zderzamy się bowiem z totalnym walcem pod…
Nekkrofukk. I to całkiem niezłym, bo myślę, że i Lord Kaos by się takiej
„piosenki” nie powstydził. Potem już wszystko wraca na stare tory, czyli do
konkretnej warmetalowej napierdalawy, z rzygającym wokalem, siermiężnymi
riffami, charakterystycznymi zwolnieniami i sianiem śmierci w zasięgu wzroku.
Co wyróżnia Argentyńczyka z grona innych naśladowców (wcale w tym przypadku nie
uważam tego określenia za cokolwiek ujmujące), to zdecydowanie solówki,
wymykające się oklepanej konwencji, czasem zahaczające nawet o totalną klasykę.
Dobre jest tu też brzmienie, dociążone, przybrudzone, ale z zachowaniem
odpowiedniej selektywności, byśmy nawet w tej totalnie wojennej zadymie
widzieli kto kogo akurat nabił na bagnet albo usmażył miotaczem płomieni. Do
tempa walcowego płyta ta zwalnia jeszcze raz, przy okazji utwory tytułowego.
Reszta to ostre bombardowanie w bardzo prymitywnym stylu. Zatem… Dla
wspomnianego, wąskiego grona wyznawców wojny, album ten będzie dobrą pożywką.
Kogo twory pod Blasphemy znudziły dziesięć lat temu, może sobie iść na kawę. Najlepiej
latte, a potem na aerobik. Z „kolegą”.
Hagel to damsko-męski skład z
Meksyku, który ma trudną historię za sobą, gdyż powstał już dawno, bo w 1995
roku, ale po pewnych kłopotach swoje nagrania objawił światu dopiero pięć lat
temu, wydając debiutancką płytę. Obecnie kwintet ten wraca z nową epką, na
której kontynuuje wcześnie obrany styl, czyli black-doom metal. W warstwie
czysto instrumentalnej jest to nawiązanie do gotycko-doomowych kapel z lat
dziewięćdziesiątych, ponieważ tutejsza melodyka jak i przygnębiająco
poprowadzone akordy, bez wysiłku kojarzą się z początkami działalności takich
brygad jak chociażby Anathema czy My Dying Bride. Z kolei bardziej
melancholijne oraz mistyczne chwile w muzyce Meksykanek i Meksykanów, mogą
przypominać stary Moonspell oraz Ophthalamia. Do tego Hagel dodaje kilka
typowych dla diabelszczyzny tremolo, gitary obdarza zimnym brzmieniem, a wokale
ubiera w posępne, szatańskie warkoty. Ostatni przykład w postaci Ophthalamia
udowadnia, że z powolnym i grobowym black metalem mamy do czynienia nie od
dziś, bo sporo było już zespołów, które rzeźbiły w ten sposób. Hagel
podtrzymuje tradycje i zapodaje rogaciznę na smutną nutę, przywracając do
świadomości fanów metalu lata dziewięćdziesiąte, udowadniając, że „retro” nie
umarło i trzyma się dobrze. W tym przypadku przybiera ono formę ponurego bleka,
który połączył się nie tyle z doom metalem, co z gotyckim kreśleniem symboli na
pięciolinii. Mi nie do końca to leży, ponieważ trudno mi zestawić rzewną czy
depresyjną stylistykę z black metalem, bo bardziej do niego pasuje mi ponura,
krucza posępność, która nie ma nic wspólnego z gorzkimi żalami jakie występują
na „The Veil of Shadows”. Niemniej jednak epka ta, to ciekawa pozycja, która
przywołuje lata minione w nieskazitelnej i wręcz namacalnej formie. Warto się
zapoznać, a czy ktoś się zakoleguje z Hagel na dłużej, to już jego sprawa.
Uwielbiam kanadyjski Slaughter. Chłopaki co prawda
zbyt wiele nie nagrali, jednak ich spuścizna to dla wielu współczesnych
zespołów stanowi na pewno znaczące źródło inspiracji. Choćby dla pochodzących z
Rumunii Rotheads i Putred. Te dwa składy wysmażyły właśnie piękny tribjut dla
Kanadoli, który ukazał się w pierwszej połowie bieżącego roku na wydanej w
sposób bardzo klasyczny, limitowanej do siedemdziesięciu sztuk taśmie, nakładem
rodzimej muzykom wytwórni, dla której wspomniane wydawnictwo jest aktem
rozdziewiczenia. Pod względem muzycznym jest to typowe wydawnictwo
kolekcjonerskie, skierowane chyba wyłącznie do maniaków Slaughter. Nie
znajdziecie na nim bowiem nic poza sześcioma (po trzy sztuki z każdej strony)
coverami. W obsadzie mamy takie piosenki jak „F.O.D.”, „Death Dealer”,
„Incinerator” czy „One Foot in the Grave”. Zresztą wymienianie tytułów jest tu
na dobrą sprawę bezzasadne, z dwóch powodów. Po pierwsze, każdy może sobie ową
setlistę sprawdzić w Internetach, a po drugie, Slaughter słabego kawałka nie
miał, więc cokolwiek by chłopaki nie zgrali, to i tak jest kult! Kwestia
wykonania zatem, bo to ona odgrywa tu najważniejszą rolę. No, powiem wam…
żadnych niedociągnięć nie ma. Jest to wspaniale odegrana muzyka z lat dawnych,
może w jeszcze bardziej deathmetalowej formie niż pierwowzór, ale przez kilka
smaczków, głównie pod tytułem „brzmienie”, zyskująca rumieńców. Na pierwszej
stronie, należącej do Putred, wspaniale stuka werbel. Jak odwrócone wiadro, co
zwłaszcza w wolniejszych partiach wywołuje u mnie ciary. Z kolei Rotheads, ze
swoimi przybrudzonymi błotem gitarami i ghoulowym wokalem nadali prezentowanym
wersjom jeszcze większej ilości cmentarnego klimatu. Wykonania tych klasycznych
kawałków w takim stylu to jak dolanie benzyny do ogniska. Coś, co już
oryginalnie jest wspaniałe i niemal idealne zyskuje dodatkowego doładowania.
Wybornie się słucha tych narań, zwłaszcza z formatu analogowego. Nie wiem ile
taśm się Rumunom sprzedało, ale jeśli jesteście maniakami Slaughter i chcecie
usłyszeć ich podliftingowane szlagiery, to zawsze jest szansa, że gdzieś tam
jeszcze się jakaś kopia ostała. Moim zdaniem zdecydowanie warto się o takową
postarać, bo ten tribute to absolutny strzał w potylicę.
Jest to włoski projekt, złożony
ze znanych muzyków tamtejszej sceny, który właśnie wydaje swój debiutancki
album. Panowie rzępolą metal śmierci, nawiązując do klasycznych wzorców,
czerpiąc pełnymi garściami z dokonań takich grup jak Nile, Incantation czy
Cannibal Corpse. To zwyczajowe, dość gęste granie, będące połączeniem szybkich
riffów i tremolo z palm mutingiem oraz zgrabnymi solówkami. Muza od Eyes of
Agony leci w zmiennych tempach, ale najbardziej lubi te przyspieszone, bo może
wtedy zasypywać nasze uszy zwalistymi ścianami dźwięku, których monumentalizm,
upstrzony technicznymi wywijasami, potrafi boleśnie przygnieść do gleby. Włosi
napierdalają żwawego deciora, który uwielbia prężyć muskuły jak i pokazywać
swoje gustowne fatałaszki, przypominając w jakiej kondycji był ten gatunek
kiedyś. Odtwarzają stare klisze z wirtuozerską precyzją, sypiąc blastami,
lawinowymi kanonadami i słoniowatymi zwolnieniami na tłumionym biciu w struny
lub zapodając atmosferyczne, wysokotonowe formuły. Materiał nagrany czysto, ale
nie do przesady. Gitary posiadają soczyste brzmienie, sekcja łupie jak
Gromowładny, zaś wokalista zdziera gardło sumiennie. Z płyty klimacik snuje się
diabelsko-trupi więc czego chcieć więcej. Jednakże „When They Return” to nic
nowego, ot poprawna przypominajka o przeszłości, która nigdy już nie wróci.
Starzy wyjadacze i puryści powinni być zainteresowani, ci którym bliższe są
współczesne det metale, mogą sobie odpuścić.
Debiutancki album Niemców, ten z grzybami w tytule,
był dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Nie dlatego, że to była muzyka jakoś
specjalnie nowatorska. Wręcz przeciwnie. Panowie zaczerpnęli głęboko ze studni
klasyki, robiąc to jednak w sposób wyjątkowo „autorski” i udany. Jeśli
pamiętacie, postawiłem ich w jednym szeregu z Hexenbrett, Malokarpatan czy
Negative Plane. Drugi krążek zespołu, który wydany zostanie, przynajmniej na tą
chwilę, jedynie na kasecie, własnym sumptem, jest w prostej linii kontynuacją
wspomnianego debiutu. Jedyną rzeczą jaka się dla mnie zmieniła podczas odsłuchu
tego materiału jest brak elementu zaskoczenia. Bo wyjątkowo wysoki poziom
muzyczny, czy też kompozytorski, został na nowych nagraniach utrzymany. „III:
Instruments of Fungal Intent” to niemal pięćdziesiąt minut muzyki utrzymanej w
klimacie proto black metalu, z niewielkimi tylko nawiązaniami do lat
późniejszych. A przez lata późniejsze mam na myśli co najwyżej początek drugiej
fali. Zdecydowanie więcej w tych nagraniach Venom czy Motörhead (w tym
przypadki chyba nawet więcej niż na „II: Chemognosis - A Shortcut to Mushrooms”),
albo niemal punkowych rytmów, niż, dajmy na to, wczesnego Mayhem, również tu
obecnego. Sporo też psychodeli, ale takiej rodem z lat siedemdziesiątych, a nie
tych nowoczesnych wynalazków. Chwilami jest tutaj bardzo skocznie, gdzie
indziej melodyjnie, prawie że heavymetalowo, a dla równowagi są chwile gdzie
zatapiamy się w silnych oparach marihuany, czy nawet odurzeniu opium. No i
bardzo mocno pachnie tutaj pokrytym śnieżnym pyłem lasem. Wszystko to tworzy
niesamowicie rytualny klimat. Klimat prawdziwego kultu. Jeśli nawet nie Szatana
(choć i Jego imię się na tym krążku w tekstach przewija) czy innych leśnych
bóstw, to przynajmniej starego, klasycznego metalu. Odkryjecie to nie tylko w
liniach gitarowych, chwilami fantastycznie hipnotyzujących, ale i wokalach. A
to śpiewanych, raz bardziej, raz mniej agresywnie, a to rytualnie
deklamowanych, takowo mrocznych co podniosłych, głoszących przesłanie solo, czy
chóralnie. Boarhammer wymyślili własną formułę, zaklęcie na wskrzeszenie ducha,
którego próżno szukać na większość współczesnych płyt. I tą formułę sukcesywnie
rozwijają / kontynuują, dla mnie bez znaczenia które słowo sobie przyswoicie,
bo konkluzja jest i tak jednoznaczna. Dla mnie to zespół wyjątkowy, a ich płyty
to mokry sen każdego maniaka starego grania. Jestem pełen uznania i bije
głębokie pokłony. I na koniec smutna konkluzja. Chłopakom chyba nie wyszło z
Naturmacht Productions, i najwyraźniej nie znaleźli godziwego wydawcy, który
byłby w stanie przedstawić ich szerszej publiczności. Albo po prostu się
wkurwili i maja wyjebane. Tym bardziej sprawdźcie ten album, bo to perła w
zalewie codziennego gówna. Możecie mi wierzyć.
-
jesusatan
Boarhammer
“III:
Instruments of Fungal Intent”
Independent 2026
The Germans’
debut album, the one with “mushrooms” in the title, came as a bolt from the
blue for me. Not because the music was particularly innovative. Quite the
opposite. The guys drew deeply from the well of classics, but did so in an
exceptionally “original” and successful way. If you recall, I placed them in
the same league as Hexenbrett, Malokarpatan, and Negative Plane. The band’s
second album, which, at least for now, will be released exclusively on cassette
at their own expense, is a direct continuation of that debut. The only thing
that has changed for me while listening to this material, comparing to the
debut, is the lack of an element of surprise. The exceptionally high musical
and compositional standard has been definitely maintained on the new
recordings. “III: Instruments of Fungal Intent” is nearly fifty minutes of
music steeped in the atmosphere of proto-black metal, with only minor
references to later years. And by “later years,” I mean, at most, the beginning
of the second wave. There’s definitely more of Venom or Motörhead in these
recordings (in this case, perhaps even more than on “II: Chemognosis – A
Shortcut to Mushrooms”), or almost punk-like rhythms, than, say, early Mayhem,
which is also present here. There’s also plenty of psychedelia here, but the
kind straight out of the ’70s, not those modern inventions. At times it’s very
upbeat, at others melodic, almost heavy metal-like, and to balance it out,
there are moments when we’re immersed in thick clouds of marijuana smoke or
even the intoxication of opium. And there’s a very strong scent of a forest
covered in snow dust. All of this creates an incredibly ritualistic atmosphere.
The atmosphere of a true cult. If not of Satan (though His name does appear in
the lyrics on this album) or other forest deities, then at least of old-school,
classic metal. You’ll discover this not only in the guitar lines, at times
fantastically hypnotic, but also in the vocals. Sometimes sung more aggressively, sometimes less, and at other
times ritually recited, as dark as they are solemn, delivering their message
solo or in chorus. Boarhammer have devised their own formula, a spell to resurrect
the spirit, one that you will not find on most contemporary albums. And they’re
steadily developing, or continuing, this formula, it doesn’t matter to me which
word you choose, because the conclusion is clear either way. To me, this is an
exceptional band, and their albums are every old-school metal fan’s wet dream.
I’m full of admiration and bow deeply to the band. And finally, a sad
conclusion. It seems the guys didn’t work out with Naturmacht Productions, and
apparently they haven’t found a decent label that would be able to introduce
them to a wider audience. Or maybe they just got pissed off and don’t give a
shit anymore. All the more reason to check out this album. It’s a gem amid the
flood of everyday crap. Believe me.
To zdaje się nowa kapela ze
Stanów Zjednoczonych, a to jej debiutancka płyta, która niesie ze sobą siedem
utworów melodyjnego black metalu. Kurczę, problem mam z tym krążkiem jak
cholera, bo nie gustuje w takich wykwitach, a za recenzję powinny wystarczyć
słowa z notki informacyjnej, które mówią, że płyta ta […] śledzi losy
czarnoksiężnika, którego świat rozpada się po nagłej śmierci ukochanej [...].
Temat dla diabelszczyzny jak znalazł, co nie? Cóż, tą smutną historię Befouled
Malediction ubiera w tradycyjne formy dla gatunku, czyli mieszankę tradycyjnego
biczowanie i tremolo, która płynie w zmiennych tempach i oprócz sypania szronem
oraz zadawania tęgich razów, częstuje chwytliwymi solówkami i dodatkami w stylu
dungeon synth. Rzecz jasna, całość obdarzona jest odpowiednią do konceptu
melodyką, która ma bodajże za zadanie podnosić smutasów na duchu lub rozmarzać
i wpędzać w jeszcze większą depresję niż przed chwilą. To rogacizna
wygenerowana na cieniutkich gitarach i delikatnie wycofanej sekcji rytmicznej,
choć momentami przebija się ona śmiało do przodu. Za instrumentami podążają
wokale, przy wydobywaniu których, mikrofoniarz zdziera sobie gardło, ale całkiem
nieźle mu to wychodzi. Amerykanie grają black metal bez siły przebicia, na czym
w sumie im nie zależy, ponieważ mocno mi się wydaje, że wolą stawiać na
chwytliwość i romantyczną atmosferę, dając pierwszeństwo ckliwej opowieści, budując
ją, używając dźwięków tego mrocznego gatunku z niewiadomych przyczyn. Tekst od
promotora, dołączony do tego materiału mówi również, że album ten powinien
trafić bez trudu do fanów Arckanum, Sacramentum i Dissection, zatem im polecam
sprawdzić to wydawnictwo, ale reszcie oczywiście i w żadnym wypadku tego
zabronić nie mogę.
shub
niggurath
Befouled
Malediction
“Desperate
Necromancy”
Ixiol
Productions / Dawnbreed Records 2026
This
appears to be a new band from the United States, and it’s their debut album,
featuring seven tracks of melodic black metal. Man, I’ve got a hell of a
problem with this one, because I’m not into this kind of stuff, and the words
from the press release, which say that this album “Follows the story of a
sorcerer whose world falls apart after the sudden death of his beloved”. A
perfect theme for devilry, isn’t it? Well, Befouled Malediction wraps this sad
story in the genre’s traditional forms, that is, a mix of classic thrashing and
tremolo that flows at varying tempos, and besides sending chills down your
spine and delivering heavy blows, it treats you to catchy solos and
dungeon-synth-style elements. Of course, the whole thing is imbued with a
melody befitting the concept, which is presumably meant to lift the spirits of
the melancholic or to lull them into an even deeper depression than before.
It’s a dark, brooding sound generated by high-pitched guitars and a subtly
recessed rhythm section, though at times the rhythm section boldly pushes its
way to the forefront. The vocals follow the instruments, and the singer is
practically screaming his lungs out to get them out, but he pulls it off pretty
well. The Americans play black metal that lacks punch, which they don’t really
care about, because it seems to me that they prefer to focus on catchiness and
a romantic atmosphere, prioritizing a maudlin narrative and building it up
using the sounds of this dark genre for reasons unknown. The text from the
promoter, included with this material, also states that this album should
easily appeal to fans of Arckanum, Sacramentum, and Dissection, so I recommend
that they check out this release, but of course, I can’t stop anyone else from
doing so either.
Grave Hex zawiązał się w Helsinkach zaledwie dwa
lata temu. Zespół zdążył już jednak dać się poznać swoim debiutem, który to
zresztą przedstawiłem tutaj nieco ponad rok temu. Teraz panowie, wespół ze
swoją własną Jo Bench (czyli Hanną na basie), wracają z pięcioma nowymi
numerami, kryjącymi się pod widocznym powyżej tytułem. Dla tych, którzy nie
kojarzą, Finowie grają śmierć metal. I to w przypadku tej EP-ki nawet bardziej
tradycyjny i czysty gatunkowo niż na wspomnianym debiucie. Mniej tu
kombinowania, nieco mniej punkowych podjazdów, więcej staroszkolnych konkretów.
Ze wspomnianego punka pozostały ewentualnie rytmy perkusyjne, aczkolwiek tym
razem i tak brzmią one bardziej jak u klasyków ze Szwecji niż faktycznych
inspiracji tym nieco starszym gatunkiem. Owszem, jest w tej muzie trochę
skoczności i chwytliwości, ale jej podstawę stanowi deathmetalowy ciężar. Jak
wspomniałem, finezji w tych nagraniach jakby mniej niż na „Vermian Death”, co
nie znaczy, że panowie zapomnieli o wplataniu w swoje riffy odpowiedniej dawki
melodii, czy zmian tempa. To, głównie obraca się w granicach średnich, acz
niekiedy kapkę spada na rzecz siermiężnych, uderzających w łeb, rytmicznych
akordów. Trochę to wówczas przypomina marsz nieumartych, a masą kojarzy się ze
średniej wielkości spychaczem. Gdzie indziej, też w tych prostych, niewyszukanych
momentach, staje mi przed oczami Haemorrhage i Fernando wymachujący górną, czy tam
dolną, kończyną, niby zajumaną z kosza na szpitalne odpady. Choćby w „Master’s
Lair”. Poza powyższymi nazwami wymienić jeszcze, w formie inspiracji, można
połowę Szwecji, albo Incantation, którego echa również się na tym EP-ku
przewijają. Innowacji tu niewiele, za to konkretnego pierdolnięcia zdecydowanie
więcej. Masywnie to brzmi, więc za ten element też plus. Wokal – rasowy, bez
finezyjnych wywijasów, idealnie pasujący do podkładu muzycznego. Legancko się
tego słucha, nawet jeśli na podłogę nie rzuca. Sprawdzić zatem można, a nawet
wypada, choć jeśli ktoś się zgapi, to życia raczej nie przegra. Debiut podobał
mi się chyba mimo wszystko bardziej. Zobaczymy jaki będzie następny krok Grave
Hex. Myślę jednak, że z tej mąki więcej niż solidny wyrobnik ostatecznie nie
wyrośnie.
Trochę kapel o tej nazwie się
nazbierało, ale ta pochodzi z New Hampshire, gdzie powstała w 2019 roku. Nagrań
ma bez liku, bo jedną epkę i koncertówkę, no i ten debiut więc chyba załoga się
nie przemęcza, w sumie rozumiem, gdyż też nie lubię. Dominion gra death metal w
klasycznej odmianie, która funkcjonowała w latach dziewięćdziesiątych w USA.
Jest to ujęcie bardzo surowe, które odznacza się żylastością i siermiężnością. To
proste, sękate riffy i sporo gęstego, tłumionego bicia, co podkręca sekcja
rytmiczna, która składa się z dwóch, mięsistych basów i nieco płaskiej
perkusji. Instrumentarium towarzyszą bulgoczące i lepkie growle, od których
przewraca się w żołądku. Muza grana przez Amerykanów płynie głównie w wolnych i
średnich tempach, gniotąc i mieląc cierpliwie, bo miażdżyć i rozdrabniać z
pietyzmem wręcz kocha. Death metal w wykonaniu Dominion jest bezlitosną i
prymitywną maszyną, która dla współczesnego fana tego gatunku, może okazać się
zupełnie nie atrakcyjna. Surowe brzmienie, piskliwe zagrywki i zgrzytliwe
solówki wraz z łupiącymi basami i beczkami robią małe kuku, a obrzydliwe teksty
wyrzygiwane przez gościa przy mikrofonie, stawiają kropkę nad i. Muzyka
paskudna, brudna i bezkompromisowa. Oprócz tego w dzisiejszych czasach może
wydawać się wtórna i w gruncie rzeczy taka jest, ale jest to obliczony efekt,
założony przez jej twórców, którzy po prostu grają to co lubią, odtwarzając
utarte schematy sprzed wielu lat. Album ten to swoisty przekrój tego gatunku,
który koncentruje się na jego najbardziej obscenicznej stylistyce, uwalniając
na świat ohydnego potworka w postaci „Mortification of Thy Flesh”.Poza wstępem
i zakończeniem, sześć numerów, od których dostaniecie mdłości. Pycha.
Częstujcie się.
Odliczania ciąg dalszy, czyli Master po raz…
szesnasty! Mało który zespół dorobił się na przestrzeni lat tylu albumów. Chuj
tam, że się dorobił, ale żeby cały czas utrzymywał wysoki poziom, to już jest
prawdziwy ewenement. Coś circa dwa lata temu pisałem wam, że „”Saints
Dispelled” to dojebana płyta, i Speckman nadal umie w death / thrash. Kilka
tygodni temu, kiedy zrobiłem sobie z „Among the Seeds of Death” z dwie rundki,
pomyślałem, że nieco mu ciśnienie spadło. I w sumie nawet chciałem sobie
odpuścić recenzję tego albumu, ale któregoś dnia wypiłem sobie trzy
bursztynowe, i poczułem ponowną ochotę na Master. I tak mnie ten krążek ruszył,
że z kolegą słuchaliśmy go cały wieczór. Tak, wiem, i przyznam to od razu bez
bicia, muzyka brodacza mieszkającego obecnie za naszą południową granicą
faktycznie jest wtórna, powtarzalna, nieskomplikowana, a na nowym albumie nawet
chyba jeszcze bardziej punkowa niż dotychczas. No i? I chuj! Niech sobie
będzie, skoro to i tak jest wysoki (no nie napiszę że najwyższy, bo będzie że
się spiłem) poziom grzańska. Co jak co, ale proste granie to ja akurat lubię. A
Master gra prosto. Dla zwykłego chłopa spod budki z piwem. Co prawda gdzieś tam
pomacha mu przed zamglonymi oczami bardziej klasyczną, nie należącą do
prymitywnych solówką, w innym momencie pobuja chwytliwą melodią, ale nawet
wtedy ów Mistrz będzie ubrany w brudne, obrzygane i kilka miesięcy nie prace
łachmany, znalezione pewnie pod kontenerem PCK. Muzyka Master to klasyka
prostoty gatunku. Jednocześnie muzyka, która dla określonego grona odbiorców
jest nadal tym, czego im najbardziej do szczęścia potrzeba. Ja, jak idę po
piwo, to nie muszę za każdym razem kupować Komesa. Częściej walnę za podobną
cenę z trzy dyskontowe mocne, i jestem po nich równie szczęśliwy. Z muzyką mam
podobnie. Wykwintną nie pogardzę, ale i tak gdzieś tam w serduchu najsilniej
bije mi ta prosta, wulgarna. Powiem wam zatem najprościej jak się da. Nowy
Master to naprawdę fajna płyta, o ile nie oczekuje się od staruszka, że
zatańczy jak młody kozak. Może i rzeczywiście w ostatecznym rozliczeniu słabsza
od poprzedniej, ale tylko odrobinkę. Speckman, mimo iż już siwy, i pewnie mu
kręgosłup siada, nadal daje radę. Jak mało kto w jego wieku (nie wypominając).
Oby tak dalej.