czwartek, 5 listopada 2026

Recenzja Sépulcre “Cryptic Temple of Otherworldly Abhorrations”

 

Sépulcre

“Cryptic Temple of Otherworldly Abhorrations”

Invictus Prod. 2026

No to mamy w końcu debiutancki album Grobu. Nie tego polskiego, nawet nie szwedzkiego, ale francuskiego. Tyle bowiem znaczy nazwa działającego od sześciu lat składu pod wezwaniem Kevina D, człowieka znanego z takich aktów jak Deströyer 666, Venefixion, Profanation czy Necrowretch. Debiutanckie demo Sépulcre przedstawiałem wam tuż po zawiązaniu się zespołu, nadmienić zatem jeszcze należy, że w międzyczasie panowie wydali także EP-kę. Czyli staroszkolna kolejność dokładnie się tutaj zgadza. Pelnometraż, po raz kolejny nakładem Invictus Productions, także pod względem, już czysto muzycznym, nie rozczarowuje. Zawiera siedem, trwających łącznie czterdzieści dwie minuty, utworów z gatunku oldschool metal of death. Od razu słychać, że muzycy mają łeb na karku, bowiem ich kompozycje nie są monotematyczne, a zdecydowanie urozmaicone. Poza momentami zagranymi na pełnej szybkości, przy których świat zapierdala wokół niczym słupy wysokiego napięcia za oknem podczas podróży Pendolino, sporo tutaj potwornie gniotących zwolnień, robiących chyba jeszcze większe wrażenie niż wspomniana sieczka. Co ważne, nie ma na tym albumie, tak często występującego, raz w lepszej, raz w gorszej wersji, schematu szybko – wolno. Panowie (oraz pani, bowiem jedną gitarę obsługuje niewiasta) wyraźnie nie kalkulują, tylko wylewają z serca cały gniew i nienawiść, w sposób, jaki ono im podpowiada. Nie są też stuprocentowymi purystami, bowiem tu i tam zaplącze im się jakiś akord, a to bardziej black, a to nieco thrash metalowy. Jaka to zresztą różnica, skoro w efekcie otrzymujemy muzykę zarazem drapieżną, co i staroszkolnie melodyjną. Bardzo podoba mi się połączenie ciężkiej, betonowej sekcji rytmicznej z nałożoną na nią śpiewną gitarą. Niezłe też są totalne zawirowania, przejścia z niemal chaosu w rytm punkowy, po czym omamienia snującą się gdzieś tam w tle melodią. Trochę tutaj pachnie Finlandią, trochę Stanami, i gdyby się upierać, to można przytoczyć w tym miejscu nazwy w stylu Disma, Krypts, czy nawet Spectral Voice albo Sedimentum. To oczywiście tylko orientacyjne drogowskazy, bo Francuzi samodzielnie wyznaczają sobie kurs na death metal, nawet jeśli w podobnym kierunku co wspomniane odnośniki, to niekoniecznie dokładnie tą samą ścieżką. Jeśli przy okazji „Ascent Through Morbid Transcendence” jeszcze coś tam kręciłem nosem, tak tutaj punktów do czepiania się jakoś mi brakuje. Bo całość jest spójna, ciekawa, dobrze wyprodukowana, i maniakom death metalu bankowo zapewni radość z przynajmniej kilku(nastu) odsłuchów. Płyta zdecydowanie zatwierdzona, można słuchać bez obaw o rozczarowanie.

- jesusatan




Recenzja Night Gaunt „Rupture”

 

Night Gaunt

„Rupture”

Aural Music 2026

Włosi umieją w doom i stoner, co słychać w twórczości wielu kapel z Półwyspu Apenińskiego. Tak też jest w przypadku Night Gaunt, który wraca po ośmiu latach przerwy ze swoim najnowszym, trzecim krążkiem. Ci czterej panowie grają doom metal o oryginalnym obliczu, ponieważ w swoich aranżacjach do trzonu gatunkowego, dorzucają sporą garść post-punka, łyżkę stołową mrocznego folku i szczyptę industrialnych nut. Mieszanka smakuje wybornie, jeśli oczywiście ktoś lubi posłuchać sobie od czasu do czasu czegoś lżejszego. W sumie, muzyka od Night Gaunt taka do końca leciutka nie jest, bo oprócz melancholijnych melodii, podbitych przez klimat upiornego folku i odhumanizowane, mechaniczne zagrywki, to dość dużo tutaj także sludge’owego mułu, który okresowo zagęszcza i tym samym dociąża ten materiał. Obok odpowiedniego ciężaru i atmosferyczności, Włosi zadbali o różnorodność, gdyż płyta nie koncentruje się na liniowych kompozycjach. Na „Rupture” znajduje się dziesięć utworów, które posiadają zmienne usposobienie, wprowadzając do tego albumu efekt zaskoczenia, bo co kawałek, to nieco inna muza. Night Gaunt zapodaje drapieżne, niepokojące i nastrojowe piosenki. Nie brakuje tutaj także posępnych ballad i gotyckich kołysanek, ale co najważniejsze ta wielorakość, stanowi spójną całość, która funduje emocjonalną sinusoidę, spotęgowaną przez fantastyczne wokale Giuseppe Colio, który momentami zbliża się do Messiah’a lub Roberta Lowe. Bardzo dobry materiał wysmażyli Rzymianie, w którym umieścili całą gamę zagrywek z różnych zbiorów stylistycznych, posiadających część wspólną. Zawiera ona mozolne riffy, rockowe, porywające uderzenia, partie smyczkowe, fortepianowe dźwięki oraz gotyckie fragmenty akustyczne. Doom metal i nie-doom metal, który urzeka nostalgią i przytłaczającym romantyzmem. Wypełniony magią lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, która nadaje mu niesamowitej mocy wyrazu, wypływającej z efektu zderzenia ze sobą kilku sposobów na ciężkie granie. Polecam.

shub niggurath




Recenzja Fantom „Dwells in Hell”

 

Fantom

„Dwells in Hell”

Independent 2026

Uważam, że Fantom to jeden z najbardziej obiecujących zespołów jaki spłodziła polska ziemia ostatnimi czasy. Przynajmniej mi ich granie wchodzi elegancko, bez najmniejszej popitki. Jako iż kilka dni temu mieliśmy Halloween, niektórzy się poprzebierali (głównie ci młodsi), inni zorganizowali sobie jakąś okazyjną libację, a chłopaki z Torunia postanowili okoliczność tą uczcić wydaniem nowej EP-ki. Co prawda tylko w wersji cyfrowej, tak pewnie im było wygodniej. Tym bardziej, że materiał ten, nawet jeśli nie taki krótki, bo znajdziemy na nim coś pod pół godziny muzyki, należy bardziej do kolekcjonerskich. Nowy numer jest tu jeden, i mówiąc szczerze, brzmi trochę jak odrzut z debiutanckiego „Breathtaking…”. To nadal dobry crossoverowy numer, ale trochę bez… pierdolnięcia, mocno jak na Phantom zachowawczy. Kolejne cztery piosenki to utwory klasyków, albo w zasadzie współtwórców nurtów, z których Torunianie czerpią inspiracje. I tak, w kolejności, mamy tu „Season In the Abyss” Slayer”, instrumentalny „The Call of Ktulu” Metallica, “The Conjuring” zespołu rudego którego ci poprzedni na wczesnym etapie z ekipy wykopali, oraz „Alison Hell” Annihilator. Z jednej strony to wszystko świetne numery, zatem sama setlista wygląda bardzo ciekawe, z drugiej jednak, podejście do tych szlagierów wiąże się z odpowiedzialnością za własne czyny. Bo zagrać numer, na przykład Slayera, może w sumie każdy, kto mu zabroni? Ale zagrać go tak, żeby nie było wiochy i koledzy na podwórku się nie śmiali, to już inna sprawa. Jak poszło Piernikom? Wybronili się. Wybronili, bo ich wersje brzmią nieźle i słucha się ich bez grymasu zniesmaczenia, wręcz przeciwnie, nóżka sama chodzi do piosenek które się zna i lubi od małego. Rzecz w tym, że ja w coverach cenię sobie także odrobinę innowacyjności. A tej mi tu brakuje. Nie żądam, by chłopaki zaraz zmieniali aranże czy struktury kawałków, ale jakiś drobiazg od siebie na pewno by je dodatkowo ubarwił. W przypadku Fanotom zostały one po prostu bardzo dobrze odebrane, ale chyba zbyt dosłownie. Bo nawet wokalnie da się usłyszeć, że mamy tu imitację Mustaine’a czy Randy Rampage’a. A mogłoby być ciut bardziej „po swojemu”. Nie mniej jednak warto sobie tych przeróbek posłuchać w wolnej chwili, zwłaszcza w oczekiwaniu na nowy, autorski materiał od młodziaków.

- jesusatan




Recenzja High on Blood „The Bloodrite Doctrine”

 

High on Blood

„The Bloodrite Doctrine”

Helter Skelter Productions / Regain Records 2026

To nowy szyld na szwedzkiej scenie, ale ci trzej muzycy grają nie od dziś, bo to członkowie takich kapel jak The Forsaken i Deranged, natomiast epka ta ukazała się już w zeszłym roku, ale tylko w wersji digital. Teraz, Helter Skelter wraz z Regain wydają ją na winylu więc fani brutalnego death metalu powinni po nią sięgnąć, bo w chuj kopie dupę, choć nie wiem czy to połączenie jest możliwe. Jednakże możliwe jest to, że to Szwedzka kapela, ale dzięki niej nie będziemy obcować z brzmieniem „swedish chainsaw”. Prawdą też jest, że to bezlitosny metal śmierci, lecz zawrotnymi prędkościami ani blastami nie częstuje. Pomimo to siłę wyrazu posiada słuszną. To barbarzyńskie łojenie, zapodane na gitarach o gęstej i soczystej barwie, ciężkiej perkusji oraz basie, od gulgotu którego boli głowa. Instrumenty wraz z wilgotnymi growlami, generują grubiańskie riffy, które płyną w średnich tempach, powalając na glebę i poprawiając palm mutingiem niczym stompem lub tnąc wysokotonowymi zagrywkami do kości. High on Blood komponuje potężny death metal, który niesie ze sobą całe pokłady groove’u i bestialską agresję. Jest jak główny bohater „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, bo wchodzi z buta, nie zwracając uwagi na wrażenie jakie robi. Miażdży, rozrywa i napierdala do krwi. Robi to z niezwykłą gracją, ponieważ akordy od tego tercetu wchodzą bez popitki. Obok mięsistości i woni rozkładu posiadają również niesamowitą nośność, co powoduje, że wpierdol spuszczają, bujając słuchaczem, na wzór psychopaty, który przed uśmierceniem swojej ofiary najpierw się z nią bawi. Potwornie surowy i szorstki w obejściu death metal, którego słucha się z przyjemnością. Lektura obowiązkowa.

shub niggurath




wtorek, 3 listopada 2026

Recenzja Absolute Power “Needs Must When the Devil Drives

 

Absolute Power

“Needs Must When the Devil Drives”

Time To Kill Rec. 2026

Bardzo rzadko sięgam po klasyczny heavy metal. Nigdy nie byłem przesadnym fanem, ot, poznałem, i do dziś cenię kilku klasyków, czasem pobawiłem się przy takiej muzyce na imprezach, i starczy. Dość powiedzieć, że na półce nie mam chyba ani jednej płyty z tego gatunku. Po co zatem sięgnąłem po Absolute Power? Z banalnego powodu. Zaciekawił mnie skład tworzący ten zespół. Dwóch ziomali z Napalm Death (czyżby na stare lata znudziło się napierdalanie ile fabryka dała?), jakiś brytyjski producent, bębniarz z kapeli punkowej, oraz stary wyjadacz ze sceny gotyckiej. Mówię sobie „Posłucham, napiszę, że kupsko niesamowite, wyjdę i trzasną drzwiami”. Ale… no, się nie dało. Nie, żeby materiał ten był zaraz jakiś wybitny czy przełomowy. Ale, pisząc tyle razy w samych superlatywach o naśladowcach klasycznego odłamu death czy black metalu, w tym przypadku także muszę zachować obiektywizm. „Needs Must When the Devil Drives” to naprawdę niezły krążek, pełen wpadających w ucho melodii, śpiewnych refrenów, nawet ostrego riffowania, czy umiejętnie posklejanych solówek. To po prostu dobre heavymetalowe piosenki, których można bez zażenowania słuchać obok dokonań Halforda, Grave Digger czy Manowar. Co ciekawe, album ten trwa prawie pięćdziesiąt minut, ale ani razu mi się nie ziewnęło. Ba! Puściłem go sobie jeszcze raz na dokładkę, a potem jeszcze raz, aż mi się te piosenki naprawdę zaczęły wkręcać w głowę. Gdyby mi ktoś powiedział, że to płyta sprzed, dajmy na to, czterdziestu lat, to bym to pewnie łyknął jak pelikan gnojówę. Bo brzmi to wzorcowo, buja nieprzeciętnie, zawiera praktycznie wszystkie staroszkolne składowe (z dwoma balladkami włącznie), chwilami jedzie patatajnią, gdzie indziej porywa do wspólnego zaśpiewu (a śpiew ten pan reżyser też ma niczego sobie), no to do czego się tu dopierdalać? Jest jeszcze cover, jak nie, jak tak! Queen „Sheer Heart Attack”, czyli nie poszli panowie na łatwiznę i wybrali sobie kawałek nieco mniej znany. No i lala. Pewnie w chwili kiedy krążek ten wyleci z mojego odtwarzacza, już do niego nie wróci, bo… patrz zdanie pierwsze. Nie zmienia to jednak mojej o nim opinii. Naprawdę dobre granie, które zdecydowanie polecam zwłaszcza fanom gatunku.

- jesusatan




Recenzja Det Eviga Leendet „Vehemence”

 

Det Eviga Leendet

„Vehemence”

Debemur Morti Productions 2026

Na swoim trzecim albumie Det Eviga Leendet podtrzymuje styl w jakim komponuje black metal i w dalszym ciągu raczy swoich fanów, wielowarstwową i pełną napięcia muzyką. Panowie nie poprzestają na pisaniu diabelszczyzny, która składa się z jednostajnych, głównych tekstur, stanowiących dość gęstą ścianę dźwięku. To dynamiczne i jednocześnie hipnotyczne akordy, których transowość podkreśla ciężka jak na ten gatunek sekcja rytmiczna i okresowo pojawiające się tutaj syntezatory. Det Eviga Leendet gra black metal mocno romansujący z nowoczesnymi brzmieniami, którego charakter jest mieszanką tradycyjnego ujęcia, post-metalowych pomysłów i przestrzennych, przyprawiających o agorafobię riffów. To również sporo dysonansowych uderzeń, z których wyłaniają się odczłowieczone tremolo. Te wysokotonowe formy wręcz porażają zmysły, swoją lodowatością i ostentacyjną bezdusznością. Najnowszy album od tego szwedzkiego projektu, nie jest może jakimś krokiem naprzód w stosunku do swego poprzednika, ale wydaje się mocniejszy w wyrazie. „Reverence” stawiał bardziej na uczucia związane ze smutkiem czy rozpaczą, zaś „Vehemence” niesie ze sobą niepokojącą muzę, która wpada także w introspektywne korkociągi, lecz robi to w brutalniejszy sposób. Mocny, nowoczesny black metal, który niebezpiecznie miesza w głowie swoim napastliwym usposobieniem. Jeśli podobał się wam poprzedni krążek od Det Eviga Leendet, to po ten musicie sięgnąć, bo posiada on dużo silniejsze pierdolnięcie, choć styl został zachowany.

shub niggurath




poniedziałek, 2 listopada 2026

Recenzja Exhumed / Nunslaughter / Molder / Traffic Death “4 Way Split”

 

Exhumed / Nunslaughter / Molder /  Traffic Death

“4 Way Split”

Redefining Darkness Rec. 2026

Lubię splity. I lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem. A to wydawnictwo mi to, przynajmniej w większości, zapewnia. Dlatego po nie sięgnąłem. Bez obaw, że mnie rozczaruje, zupełnie jak bym kupował ulubione bursztynowe w sprawdzonym pubie. No to walnijmy cztery szybkie. Najpierw Exhumed. Dwa kawałki w typowym dla siebie Carcassowym klimacie z okresu „Tool of the Trade”. Szybko, prawie że na pełnej, z odpowiednią melodyjnością ale i zadziornością. Można powiedzieć, Total oldschool i tribute dla Brytoli. Wokale, gitary, solówki, harmonie - gdyby Walker i brygada do dziś potrafili tworzyć tak dobre piosenki, byłoby cacy. Idzie im od powrotu nieco ciężej i toporniej, bo chyba sami kopiują siebie, ale nie ma co płakać. W kopiowaniu Amerykanie są o wiele lepsi, czego dowodem te dwa nowe numery. Molder też pewnie większość z was zna. To bardziej standardowy metal śmierci, choć i w tym przypadku nie pozbawiony wpadającego w ucho rytmu, oraz płynnych, naturalnie wchodzących melodii, okraszonych niezłymi partiami solowymi. Asphyxowy wokal, headbangingowe momenty, i ostre pierdolnięcie, jak pionierzy gatunku nakazali. Drugi numer też troszkę zajeżdża Carcassami, i to jest chyba ten element wspólny dla obu pierwszych ekip zza wielkiej kałuży. Mocny konkret. Trzeci cios wyprowadzają załoganci, którzy biją się o rekord pod względem ilości pomniejszych wydawnictw. Nunslaughter grają mniej melodyjnie, za to bardziej diabelsko i agresywnie. Ich dwa strzały to w zasadzie klasyka. Dobre deathmetalowe patatajnie do pomachania głową i postrojenia głupich min, z mocnymi zrywami i zwolnieniami na kieliszek wódki. Zespół w formie, kto lubi (a to można nie lubić?), będzie zadowolony z kolejnych sześciu minut od Dona i spółki. Do zamknięcia tematu wchodzi Traffic Death, który dotychczas znałem jedynie z nazwy. I już wiem, że będę musiał sięgnąć do ich dyskografii nieco głębiej, bo chłopaki napierdalają aż miło. Ostry crossover, chwilami podchodzący pod S.O.D., gdzie indziej sięgający nawet po tematy grindowe („Symphony of Ignorance”). Świetna mieszanka serwowana w czterech krótkich porcjach. Oczywiście wplecione sample, momenty do poskakania w dzikim tańcu, świetne dialogi wokalne (pod tym względem mamy naprawdę szeroki wachlarz), miodzio! Całość trwa w tym przypadku niecałe dwadzieścia dwie minuty, co w sumie pozostawia spory niedosyt, albo, myśląc praktycznie, daje mocnego liścia w ryj, którego każdy może sobie do woli dawkować stosowną do nastroju ilością powtórzeń. Ja dziś mam włączone na repeat, i nawet kolejnych okrążeń nie liczę. Fantastyczna rzecz.

- jesusatan


https://redefiningdarknessrecords.bandcamp.com/album/exhumed-nunslaughter-molder-traffic-death-4-way-split-lp

Recenzja Herzog „Mugwort”

 

Herzog

„Mugwort”

Amor Fati 2026

Po trzech latach przerwy wraca z nowym albumem belgijski Herzog. Panowie wysmażyli na nim sześć numerów, które tak jak poprzednio niosą ze sobą black metal w ujęciu „Herzog”. Rzecz jasna jego podstawą są typowe formy, z których konstruowano tą muzykę przy rozpętywaniu drugiej fali gatunku, wzniecając przy okazji kilka pożarów oraz posyłając parę osób do piachu. Mniejsza z tym, bo to dawno i nie prawda.Belgowie w dalszym ciągu grają rogaciznę, która hipnotycznie kołysze, zapodając jednostajne akordy, które urozmaicane jest okresowo delikatnymi zmianami w rytmice i prędkościach. Panowie nie stronią tutaj również od kilku współczesnych zabiegów w postaci dysonansowych odjazdów, które wprowadzają trochę mistycznego klimatu do przeważającego na „Mugwort” zimnego, mizantropijnego i pasywnie nastawionego do świata kostkowania. Właśnie w tej obojętności jest problem, ponieważ ideologiczna niechęć diabelszczyzny od Herzog, przekłada się na black metal jaki tworzy, montując muzę, która wydaje się zmierzać w niewiadomym kierunku. Brakuje jej również siły wyrazu, a także czegoś co mogłoby przyciągnąć do niej nieco więcej uwagi, czegoś co filmowcy nazywają suspensem i twistem. Nie wystarczy garść solidnych i upiornych fragmentów oraz zastosowanie ponurego dialogu między wokalizami, aby zainteresować odbiorców i pobudzić ich emocje. Mam wrażenie, że Belgowie trochę błądzą i tak jak weszli do tego labiryntu, nagrywając poprzedni krążek, tak na tym nie mogą się z niego wydostać. Jest jednak światełko w tunelu, bo ostatni numer na tej płycie zatytułowany nomen omen „Post-Truth”, jest szansą na wyjście z tej sytuacji. To instrumentalna kompozycja, która posiada swój charakter i celuje nim właśnie w rejony post-black metalowe, wykorzystując także maniery blackgaze’owe. Może to jest ścieżka, którą w przyszłości powinien pójść Herzog, gdyż „Post-Truth” to najciekawszy utwór na „Mugwort”, choć w modernistycznych ujęciach nie gustuję.

shub niggurath




niedziela, 1 listopada 2026

Recenzja Abominablood “Lurking Curse of the Lost Future”

 

Abominablood

“Lurking Curse of the Lost Future”

Putrid Cult 2026

Dziś zaglądamy na kontynent południowoamerykański, a konkretnie do kraju, którego drużyna na ostatnim mundialu zdawała się być bardzo w oczach sędziów uprzywilejowana. Czwarty, a drugi pod banderą Putrid Cult, album Abominablood stał się faktem już jakiś czas temu, więc część z was być może miała już okazję się z nim zapoznać. Tych, którzy jeszcze nie zdążyli, będą mocno zachęcał. Zwłaszcza jeśli lubią opary napalmu, siarki, i śpią w maskach gazowych. Ten jednoosobowy projekt z Rio Negro należy do aktów raczej odtwórczych niż tworzących podwaliny pod historię nowożytną. Na „Lurking Curse of the Lost Future” nie znajdziecie ani grama innowacji. Nawet okruszka. Jest za to moc inspiracji, których przekucie przez L. Warpig Abominator’a na własną modłę, określone środowisko poruszy ze sporą mocą. Płyta co prawda zaczyna się nietypowo, i nawet przez chwilę pomyślałem, że to może pewnego rodzaju podziękowanie dla Morgula za przyjęcie Abominablood pod swoją strzechę. Po krótkim samplu (zwanym introdukcją) zderzamy się bowiem z totalnym walcem pod… Nekkrofukk. I to całkiem niezłym, bo myślę, że i Lord Kaos by się takiej „piosenki” nie powstydził. Potem już wszystko wraca na stare tory, czyli do konkretnej warmetalowej napierdalawy, z rzygającym wokalem, siermiężnymi riffami, charakterystycznymi zwolnieniami i sianiem śmierci w zasięgu wzroku. Co wyróżnia Argentyńczyka z grona innych naśladowców (wcale w tym przypadku nie uważam tego określenia za cokolwiek ujmujące), to zdecydowanie solówki, wymykające się oklepanej konwencji, czasem zahaczające nawet o totalną klasykę. Dobre jest tu też brzmienie, dociążone, przybrudzone, ale z zachowaniem odpowiedniej selektywności, byśmy nawet w tej totalnie wojennej zadymie widzieli kto kogo akurat nabił na bagnet albo usmażył miotaczem płomieni. Do tempa walcowego płyta ta zwalnia jeszcze raz, przy okazji utwory tytułowego. Reszta to ostre bombardowanie w bardzo prymitywnym stylu. Zatem… Dla wspomnianego, wąskiego grona wyznawców wojny, album ten będzie dobrą pożywką. Kogo twory pod Blasphemy znudziły dziesięć lat temu, może sobie iść na kawę. Najlepiej latte, a potem na aerobik. Z „kolegą”.

- jesusatan




Recenzja Hagel „The Veil of Shadows”

 

Hagel

„The Veil of Shadows”

Personal Records 2026

Hagel to damsko-męski skład z Meksyku, który ma trudną historię za sobą, gdyż powstał już dawno, bo w 1995 roku, ale po pewnych kłopotach swoje nagrania objawił światu dopiero pięć lat temu, wydając debiutancką płytę. Obecnie kwintet ten wraca z nową epką, na której kontynuuje wcześnie obrany styl, czyli black-doom metal. W warstwie czysto instrumentalnej jest to nawiązanie do gotycko-doomowych kapel z lat dziewięćdziesiątych, ponieważ tutejsza melodyka jak i przygnębiająco poprowadzone akordy, bez wysiłku kojarzą się z początkami działalności takich brygad jak chociażby Anathema czy My Dying Bride. Z kolei bardziej melancholijne oraz mistyczne chwile w muzyce Meksykanek i Meksykanów, mogą przypominać stary Moonspell oraz Ophthalamia. Do tego Hagel dodaje kilka typowych dla diabelszczyzny tremolo, gitary obdarza zimnym brzmieniem, a wokale ubiera w posępne, szatańskie warkoty. Ostatni przykład w postaci Ophthalamia udowadnia, że z powolnym i grobowym black metalem mamy do czynienia nie od dziś, bo sporo było już zespołów, które rzeźbiły w ten sposób. Hagel podtrzymuje tradycje i zapodaje rogaciznę na smutną nutę, przywracając do świadomości fanów metalu lata dziewięćdziesiąte, udowadniając, że „retro” nie umarło i trzyma się dobrze. W tym przypadku przybiera ono formę ponurego bleka, który połączył się nie tyle z doom metalem, co z gotyckim kreśleniem symboli na pięciolinii. Mi nie do końca to leży, ponieważ trudno mi zestawić rzewną czy depresyjną stylistykę z black metalem, bo bardziej do niego pasuje mi ponura, krucza posępność, która nie ma nic wspólnego z gorzkimi żalami jakie występują na „The Veil of Shadows”. Niemniej jednak epka ta, to ciekawa pozycja, która przywołuje lata minione w nieskazitelnej i wręcz namacalnej formie. Warto się zapoznać, a czy ktoś się zakoleguje z Hagel na dłużej, to już jego sprawa.

shub niggurath




sobota, 31 października 2026

Recenzja Rotheads / Putred “Tales of the Macabre”

 

Rotheads / Putred

 “Tales of the Macabre”

Temniță Rec. 2026

Uwielbiam kanadyjski Slaughter. Chłopaki co prawda zbyt wiele nie nagrali, jednak ich spuścizna to dla wielu współczesnych zespołów stanowi na pewno znaczące źródło inspiracji. Choćby dla pochodzących z Rumunii Rotheads i Putred. Te dwa składy wysmażyły właśnie piękny tribjut dla Kanadoli, który ukazał się w pierwszej połowie bieżącego roku na wydanej w sposób bardzo klasyczny, limitowanej do siedemdziesięciu sztuk taśmie, nakładem rodzimej muzykom wytwórni, dla której wspomniane wydawnictwo jest aktem rozdziewiczenia. Pod względem muzycznym jest to typowe wydawnictwo kolekcjonerskie, skierowane chyba wyłącznie do maniaków Slaughter. Nie znajdziecie na nim bowiem nic poza sześcioma (po trzy sztuki z każdej strony) coverami. W obsadzie mamy takie piosenki jak „F.O.D.”, „Death Dealer”, „Incinerator” czy „One Foot in the Grave”. Zresztą wymienianie tytułów jest tu na dobrą sprawę bezzasadne, z dwóch powodów. Po pierwsze, każdy może sobie ową setlistę sprawdzić w Internetach, a po drugie, Slaughter słabego kawałka nie miał, więc cokolwiek by chłopaki nie zgrali, to i tak jest kult! Kwestia wykonania zatem, bo to ona odgrywa tu najważniejszą rolę. No, powiem wam… żadnych niedociągnięć nie ma. Jest to wspaniale odegrana muzyka z lat dawnych, może w jeszcze bardziej deathmetalowej formie niż pierwowzór, ale przez kilka smaczków, głównie pod tytułem „brzmienie”, zyskująca rumieńców. Na pierwszej stronie, należącej do Putred, wspaniale stuka werbel. Jak odwrócone wiadro, co zwłaszcza w wolniejszych partiach wywołuje u mnie ciary. Z kolei Rotheads, ze swoimi przybrudzonymi błotem gitarami i ghoulowym wokalem nadali prezentowanym wersjom jeszcze większej ilości cmentarnego klimatu. Wykonania tych klasycznych kawałków w takim stylu to jak dolanie benzyny do ogniska. Coś, co już oryginalnie jest wspaniałe i niemal idealne zyskuje dodatkowego doładowania. Wybornie się słucha tych narań, zwłaszcza z formatu analogowego. Nie wiem ile taśm się Rumunom sprzedało, ale jeśli jesteście maniakami Slaughter i chcecie usłyszeć ich podliftingowane szlagiery, to zawsze jest szansa, że gdzieś tam jeszcze się jakaś kopia ostała. Moim zdaniem zdecydowanie warto się o takową postarać, bo ten tribute to absolutny strzał w potylicę.

- jesusatan




Recenzja Eyes of Agony „When They Return”

 

Eyes of Agony

„When They Return”

Awakening Records 2026

Jest to włoski projekt, złożony ze znanych muzyków tamtejszej sceny, który właśnie wydaje swój debiutancki album. Panowie rzępolą metal śmierci, nawiązując do klasycznych wzorców, czerpiąc pełnymi garściami z dokonań takich grup jak Nile, Incantation czy Cannibal Corpse. To zwyczajowe, dość gęste granie, będące połączeniem szybkich riffów i tremolo z palm mutingiem oraz zgrabnymi solówkami. Muza od Eyes of Agony leci w zmiennych tempach, ale najbardziej lubi te przyspieszone, bo może wtedy zasypywać nasze uszy zwalistymi ścianami dźwięku, których monumentalizm, upstrzony technicznymi wywijasami, potrafi boleśnie przygnieść do gleby. Włosi napierdalają żwawego deciora, który uwielbia prężyć muskuły jak i pokazywać swoje gustowne fatałaszki, przypominając w jakiej kondycji był ten gatunek kiedyś. Odtwarzają stare klisze z wirtuozerską precyzją, sypiąc blastami, lawinowymi kanonadami i słoniowatymi zwolnieniami na tłumionym biciu w struny lub zapodając atmosferyczne, wysokotonowe formuły. Materiał nagrany czysto, ale nie do przesady. Gitary posiadają soczyste brzmienie, sekcja łupie jak Gromowładny, zaś wokalista zdziera gardło sumiennie. Z płyty klimacik snuje się diabelsko-trupi więc czego chcieć więcej. Jednakże „When They Return” to nic nowego, ot poprawna przypominajka o przeszłości, która nigdy już nie wróci. Starzy wyjadacze i puryści powinni być zainteresowani, ci którym bliższe są współczesne det metale, mogą sobie odpuścić.

shub niggurath




Recenzja / A review of Boarhammer “III: Instruments of Fungal Intent”

 

 - FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Boarhammer

“III: Instruments of Fungal Intent”

Independent 2026

Debiutancki album Niemców, ten z grzybami w tytule, był dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Nie dlatego, że to była muzyka jakoś specjalnie nowatorska. Wręcz przeciwnie. Panowie zaczerpnęli głęboko ze studni klasyki, robiąc to jednak w sposób wyjątkowo „autorski” i udany. Jeśli pamiętacie, postawiłem ich w jednym szeregu z Hexenbrett, Malokarpatan czy Negative Plane. Drugi krążek zespołu, który wydany zostanie, przynajmniej na tą chwilę, jedynie na kasecie, własnym sumptem, jest w prostej linii kontynuacją wspomnianego debiutu. Jedyną rzeczą jaka się dla mnie zmieniła podczas odsłuchu tego materiału jest brak elementu zaskoczenia. Bo wyjątkowo wysoki poziom muzyczny, czy też kompozytorski, został na nowych nagraniach utrzymany. „III: Instruments of Fungal Intent” to niemal pięćdziesiąt minut muzyki utrzymanej w klimacie proto black metalu, z niewielkimi tylko nawiązaniami do lat późniejszych. A przez lata późniejsze mam na myśli co najwyżej początek drugiej fali. Zdecydowanie więcej w tych nagraniach Venom czy Motörhead (w tym przypadki chyba nawet więcej niż na „II: Chemognosis - A Shortcut to Mushrooms”), albo niemal punkowych rytmów, niż, dajmy na to, wczesnego Mayhem, również tu obecnego. Sporo też psychodeli, ale takiej rodem z lat siedemdziesiątych, a nie tych nowoczesnych wynalazków. Chwilami jest tutaj bardzo skocznie, gdzie indziej melodyjnie, prawie że heavymetalowo, a dla równowagi są chwile gdzie zatapiamy się w silnych oparach marihuany, czy nawet odurzeniu opium. No i bardzo mocno pachnie tutaj pokrytym śnieżnym pyłem lasem. Wszystko to tworzy niesamowicie rytualny klimat. Klimat prawdziwego kultu. Jeśli nawet nie Szatana (choć i Jego imię się na tym krążku w tekstach przewija) czy innych leśnych bóstw, to przynajmniej starego, klasycznego metalu. Odkryjecie to nie tylko w liniach gitarowych, chwilami fantastycznie hipnotyzujących, ale i wokalach. A to śpiewanych, raz bardziej, raz mniej agresywnie, a to rytualnie deklamowanych, takowo mrocznych co podniosłych, głoszących przesłanie solo, czy chóralnie. Boarhammer wymyślili własną formułę, zaklęcie na wskrzeszenie ducha, którego próżno szukać na większość współczesnych płyt. I tą formułę sukcesywnie rozwijają / kontynuują, dla mnie bez znaczenia które słowo sobie przyswoicie, bo konkluzja jest i tak jednoznaczna. Dla mnie to zespół wyjątkowy, a ich płyty to mokry sen każdego maniaka starego grania. Jestem pełen uznania i bije głębokie pokłony. I na koniec smutna konkluzja. Chłopakom chyba nie wyszło z Naturmacht Productions, i najwyraźniej nie znaleźli godziwego wydawcy, który byłby w stanie przedstawić ich szerszej publiczności. Albo po prostu się wkurwili i maja wyjebane. Tym bardziej sprawdźcie ten album, bo to perła w zalewie codziennego gówna. Możecie mi wierzyć.

- jesusatan

 

Boarhammer

“III: Instruments of Fungal Intent”

Independent 2026

 

The Germans’ debut album, the one with “mushrooms” in the title, came as a bolt from the blue for me. Not because the music was particularly innovative. Quite the opposite. The guys drew deeply from the well of classics, but did so in an exceptionally “original” and successful way. If you recall, I placed them in the same league as Hexenbrett, Malokarpatan, and Negative Plane. The band’s second album, which, at least for now, will be released exclusively on cassette at their own expense, is a direct continuation of that debut. The only thing that has changed for me while listening to this material, comparing to the debut, is the lack of an element of surprise. The exceptionally high musical and compositional standard has been definitely maintained on the new recordings. “III: Instruments of Fungal Intent” is nearly fifty minutes of music steeped in the atmosphere of proto-black metal, with only minor references to later years. And by “later years,” I mean, at most, the beginning of the second wave. There’s definitely more of Venom or Motörhead in these recordings (in this case, perhaps even more than on “II: Chemognosis – A Shortcut to Mushrooms”), or almost punk-like rhythms, than, say, early Mayhem, which is also present here. There’s also plenty of psychedelia here, but the kind straight out of the ’70s, not those modern inventions. At times it’s very upbeat, at others melodic, almost heavy metal-like, and to balance it out, there are moments when we’re immersed in thick clouds of marijuana smoke or even the intoxication of opium. And there’s a very strong scent of a forest covered in snow dust. All of this creates an incredibly ritualistic atmosphere. The atmosphere of a true cult. If not of Satan (though His name does appear in the lyrics on this album) or other forest deities, then at least of old-school, classic metal. You’ll discover this not only in the guitar lines, at times fantastically hypnotic, but also in the vocals. Sometimes sung  more aggressively, sometimes less, and at other times ritually recited, as dark as they are solemn, delivering their message solo or in chorus. Boarhammer have devised their own formula, a spell to resurrect the spirit, one that you will not find on most contemporary albums. And they’re steadily developing, or continuing, this formula, it doesn’t matter to me which word you choose, because the conclusion is clear either way. To me, this is an exceptional band, and their albums are every old-school metal fan’s wet dream. I’m full of admiration and bow deeply to the band. And finally, a sad conclusion. It seems the guys didn’t work out with Naturmacht Productions, and apparently they haven’t found a decent label that would be able to introduce them to a wider audience. Or maybe they just got pissed off and don’t give a shit anymore. All the more reason to check out this album. It’s a gem amid the flood of everyday crap. Believe me.

- jesusatan




 

Recenzja / A review of Befouled Malediction „Desperate Necromancy”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Befouled Malediction

„Desperate Necromancy”

Ixiol Productions / Dawnbreed Records 2026

To zdaje się nowa kapela ze Stanów Zjednoczonych, a to jej debiutancka płyta, która niesie ze sobą siedem utworów melodyjnego black metalu. Kurczę, problem mam z tym krążkiem jak cholera, bo nie gustuje w takich wykwitach, a za recenzję powinny wystarczyć słowa z notki informacyjnej, które mówią, że płyta ta […] śledzi losy czarnoksiężnika, którego świat rozpada się po nagłej śmierci ukochanej [...]. Temat dla diabelszczyzny jak znalazł, co nie? Cóż, tą smutną historię Befouled Malediction ubiera w tradycyjne formy dla gatunku, czyli mieszankę tradycyjnego biczowanie i tremolo, która płynie w zmiennych tempach i oprócz sypania szronem oraz zadawania tęgich razów, częstuje chwytliwymi solówkami i dodatkami w stylu dungeon synth. Rzecz jasna, całość obdarzona jest odpowiednią do konceptu melodyką, która ma bodajże za zadanie podnosić smutasów na duchu lub rozmarzać i wpędzać w jeszcze większą depresję niż przed chwilą. To rogacizna wygenerowana na cieniutkich gitarach i delikatnie wycofanej sekcji rytmicznej, choć momentami przebija się ona śmiało do przodu. Za instrumentami podążają wokale, przy wydobywaniu których, mikrofoniarz zdziera sobie gardło, ale całkiem nieźle mu to wychodzi. Amerykanie grają black metal bez siły przebicia, na czym w sumie im nie zależy, ponieważ mocno mi się wydaje, że wolą stawiać na chwytliwość i romantyczną atmosferę, dając pierwszeństwo ckliwej opowieści, budując ją, używając dźwięków tego mrocznego gatunku z niewiadomych przyczyn. Tekst od promotora, dołączony do tego materiału mówi również, że album ten powinien trafić bez trudu do fanów Arckanum, Sacramentum i Dissection, zatem im polecam sprawdzić to wydawnictwo, ale reszcie oczywiście i w żadnym wypadku tego zabronić nie mogę.

shub niggurath

 

 

Befouled Malediction

“Desperate Necromancy”

Ixiol Productions / Dawnbreed Records 2026

 

This appears to be a new band from the United States, and it’s their debut album, featuring seven tracks of melodic black metal. Man, I’ve got a hell of a problem with this one, because I’m not into this kind of stuff, and the words from the press release, which say that this album “Follows the story of a sorcerer whose world falls apart after the sudden death of his beloved”. A perfect theme for devilry, isn’t it? Well, Befouled Malediction wraps this sad story in the genre’s traditional forms, that is, a mix of classic thrashing and tremolo that flows at varying tempos, and besides sending chills down your spine and delivering heavy blows, it treats you to catchy solos and dungeon-synth-style elements. Of course, the whole thing is imbued with a melody befitting the concept, which is presumably meant to lift the spirits of the melancholic or to lull them into an even deeper depression than before. It’s a dark, brooding sound generated by high-pitched guitars and a subtly recessed rhythm section, though at times the rhythm section boldly pushes its way to the forefront. The vocals follow the instruments, and the singer is practically screaming his lungs out to get them out, but he pulls it off pretty well. The Americans play black metal that lacks punch, which they don’t really care about, because it seems to me that they prefer to focus on catchiness and a romantic atmosphere, prioritizing a maudlin narrative and building it up using the sounds of this dark genre for reasons unknown. The text from the promoter, included with this material, also states that this album should easily appeal to fans of Arckanum, Sacramentum, and Dissection, so I recommend that they check out this release, but of course, I can’t stop anyone else from doing so either.

shub niggurath




 

czwartek, 29 października 2026

Recenzja Grave Hex “Domain of Foul Rebirths”

 

Grave Hex

“Domain of Foul Rebirths”

Night Terrors Rec. / Cavernous Rec. 2026

Grave Hex zawiązał się w Helsinkach zaledwie dwa lata temu. Zespół zdążył już jednak dać się poznać swoim debiutem, który to zresztą przedstawiłem tutaj nieco ponad rok temu. Teraz panowie, wespół ze swoją własną Jo Bench (czyli Hanną na basie), wracają z pięcioma nowymi numerami, kryjącymi się pod widocznym powyżej tytułem. Dla tych, którzy nie kojarzą, Finowie grają śmierć metal. I to w przypadku tej EP-ki nawet bardziej tradycyjny i czysty gatunkowo niż na wspomnianym debiucie. Mniej tu kombinowania, nieco mniej punkowych podjazdów, więcej staroszkolnych konkretów. Ze wspomnianego punka pozostały ewentualnie rytmy perkusyjne, aczkolwiek tym razem i tak brzmią one bardziej jak u klasyków ze Szwecji niż faktycznych inspiracji tym nieco starszym gatunkiem. Owszem, jest w tej muzie trochę skoczności i chwytliwości, ale jej podstawę stanowi deathmetalowy ciężar. Jak wspomniałem, finezji w tych nagraniach jakby mniej niż na „Vermian Death”, co nie znaczy, że panowie zapomnieli o wplataniu w swoje riffy odpowiedniej dawki melodii, czy zmian tempa. To, głównie obraca się w granicach średnich, acz niekiedy kapkę spada na rzecz siermiężnych, uderzających w łeb, rytmicznych akordów. Trochę to wówczas przypomina marsz nieumartych, a masą kojarzy się ze średniej wielkości spychaczem. Gdzie indziej, też w tych prostych, niewyszukanych momentach, staje mi przed oczami Haemorrhage i Fernando wymachujący górną, czy tam dolną, kończyną, niby zajumaną z kosza na szpitalne odpady. Choćby w „Master’s Lair”. Poza powyższymi nazwami wymienić jeszcze, w formie inspiracji, można połowę Szwecji, albo Incantation, którego echa również się na tym EP-ku przewijają. Innowacji tu niewiele, za to konkretnego pierdolnięcia zdecydowanie więcej. Masywnie to brzmi, więc za ten element też plus. Wokal – rasowy, bez finezyjnych wywijasów, idealnie pasujący do podkładu muzycznego. Legancko się tego słucha, nawet jeśli na podłogę nie rzuca. Sprawdzić zatem można, a nawet wypada, choć jeśli ktoś się zgapi, to życia raczej nie przegra. Debiut podobał mi się chyba mimo wszystko bardziej. Zobaczymy jaki będzie następny krok Grave Hex. Myślę jednak, że z tej mąki więcej niż solidny wyrobnik ostatecznie nie wyrośnie.

- jesusatan




Recenzja Dominion „Mortification of Thy Flesh”

 

Dominion 

„Mortification of Thy Flesh”

Sinistrari Records 2026

Trochę kapel o tej nazwie się nazbierało, ale ta pochodzi z New Hampshire, gdzie powstała w 2019 roku. Nagrań ma bez liku, bo jedną epkę i koncertówkę, no i ten debiut więc chyba załoga się nie przemęcza, w sumie rozumiem, gdyż też nie lubię. Dominion gra death metal w klasycznej odmianie, która funkcjonowała w latach dziewięćdziesiątych w USA. Jest to ujęcie bardzo surowe, które odznacza się żylastością i siermiężnością. To proste, sękate riffy i sporo gęstego, tłumionego bicia, co podkręca sekcja rytmiczna, która składa się z dwóch, mięsistych basów i nieco płaskiej perkusji. Instrumentarium towarzyszą bulgoczące i lepkie growle, od których przewraca się w żołądku. Muza grana przez Amerykanów płynie głównie w wolnych i średnich tempach, gniotąc i mieląc cierpliwie, bo miażdżyć i rozdrabniać z pietyzmem wręcz kocha. Death metal w wykonaniu Dominion jest bezlitosną i prymitywną maszyną, która dla współczesnego fana tego gatunku, może okazać się zupełnie nie atrakcyjna. Surowe brzmienie, piskliwe zagrywki i zgrzytliwe solówki wraz z łupiącymi basami i beczkami robią małe kuku, a obrzydliwe teksty wyrzygiwane przez gościa przy mikrofonie, stawiają kropkę nad i. Muzyka paskudna, brudna i bezkompromisowa. Oprócz tego w dzisiejszych czasach może wydawać się wtórna i w gruncie rzeczy taka jest, ale jest to obliczony efekt, założony przez jej twórców, którzy po prostu grają to co lubią, odtwarzając utarte schematy sprzed wielu lat. Album ten to swoisty przekrój tego gatunku, który koncentruje się na jego najbardziej obscenicznej stylistyce, uwalniając na świat ohydnego potworka w postaci „Mortification of Thy Flesh”.Poza wstępem i zakończeniem, sześć numerów, od których dostaniecie mdłości. Pycha. Częstujcie się.

shub niggurath




Recenzja Master “Among the Seeds of Death”

 

Master

“Among the Seeds of Death”

Hammerheart Rec. 2026

Odliczania ciąg dalszy, czyli Master po raz… szesnasty! Mało który zespół dorobił się na przestrzeni lat tylu albumów. Chuj tam, że się dorobił, ale żeby cały czas utrzymywał wysoki poziom, to już jest prawdziwy ewenement. Coś circa dwa lata temu pisałem wam, że „”Saints Dispelled” to dojebana płyta, i Speckman nadal umie w death / thrash. Kilka tygodni temu, kiedy zrobiłem sobie z „Among the Seeds of Death” z dwie rundki, pomyślałem, że nieco mu ciśnienie spadło. I w sumie nawet chciałem sobie odpuścić recenzję tego albumu, ale któregoś dnia wypiłem sobie trzy bursztynowe, i poczułem ponowną ochotę na Master. I tak mnie ten krążek ruszył, że z kolegą słuchaliśmy go cały wieczór. Tak, wiem, i przyznam to od razu bez bicia, muzyka brodacza mieszkającego obecnie za naszą południową granicą faktycznie jest wtórna, powtarzalna, nieskomplikowana, a na nowym albumie nawet chyba jeszcze bardziej punkowa niż dotychczas. No i? I chuj! Niech sobie będzie, skoro to i tak jest wysoki (no nie napiszę że najwyższy, bo będzie że się spiłem) poziom grzańska. Co jak co, ale proste granie to ja akurat lubię. A Master gra prosto. Dla zwykłego chłopa spod budki z piwem. Co prawda gdzieś tam pomacha mu przed zamglonymi oczami bardziej klasyczną, nie należącą do prymitywnych solówką, w innym momencie pobuja chwytliwą melodią, ale nawet wtedy ów Mistrz będzie ubrany w brudne, obrzygane i kilka miesięcy nie prace łachmany, znalezione pewnie pod kontenerem PCK. Muzyka Master to klasyka prostoty gatunku. Jednocześnie muzyka, która dla określonego grona odbiorców jest nadal tym, czego im najbardziej do szczęścia potrzeba. Ja, jak idę po piwo, to nie muszę za każdym razem kupować Komesa. Częściej walnę za podobną cenę z trzy dyskontowe mocne, i jestem po nich równie szczęśliwy. Z muzyką mam podobnie. Wykwintną nie pogardzę, ale i tak gdzieś tam w serduchu najsilniej bije mi ta prosta, wulgarna. Powiem wam zatem najprościej jak się da. Nowy Master to naprawdę fajna płyta, o ile nie oczekuje się od staruszka, że zatańczy jak młody kozak. Może i rzeczywiście w ostatecznym rozliczeniu słabsza od poprzedniej, ale tylko odrobinkę. Speckman, mimo iż już siwy, i pewnie mu kręgosłup siada, nadal daje radę. Jak mało kto w jego wieku (nie wypominając). Oby tak dalej.

- jesusatan