poniedziałek, 27 lipca 2026

Recenzja Saprovore „Numinous Abditory Deflagration”

 

Saprovore

„Numinous Abditory Deflagration”

I, Voidhanger Rec. 2026

Lubicie popierdoloną muzykę? To mam coś dla was. Saprovore to solowy projekt gościa, który dał się już poznać z dobrej strony przy okazji wydanego w zeszłym roku debiutu Strigiform. O ile tamten twór był awangardową wizją death/black metalowego amalgamatu, to pod nazwą własną Włoch poszedł jeszcze dalej. Zdecydowanie dalej. „Numinous Abditory Deflagration” to niemal pięćdziesiąt minut… muzycznego dysonansu. I nie mam tu na myśli linii gitarowych charakterystycznych dla sceny francuskiej, bo tego instrumentu tutaj (chyba) w ogóle nie ma. Bas, owszem, gdzieś tam w tle wybrzmiewa, choć też nie mam pewności, czy to aby nie elektroniczna imitacja. Mówiąc „dysonans” mam na myśli ogólne, że tak to nazwę, szaleństwo. Improwizacja, to pierwsze słowo które przychodzi mi na myśl. Na tej płycie przeważnie panuje totalny chaos. Weźmy choćby pod lupę perkusję. Bardzo często bije ona mechaniczny rytm w okolicach blastu, jakby zaciął się automat perkusyjny, i nikt nie był w stanie wyciągnąć bezpiecznika by odciąć dopływ prądu. Pędzi ona zatem na złamanie karku, zupełnie nieadekwatnie do tego, co się w koło dzieje. W innych miejscach pojawiają się z kolei rytmy o wiele bardziej złożone, niemal jazzowe, też nie zawsze pasujące do reszty. Ową resztę stanowią z kolei głównie klawisze. Raz płynące powoli, niczym w klimatycznym black metalu, budując tło sielskie i anielskie, lulając do snu i opowiadając starodawne historie. Gdzie indziej przechodzą one w rejony bardziej symfoniczne. Może nie tanecznie symfoniczne, bardziej Emperorowe, pełne napięcia i niepokoju. Do tego dochodzą jakieś niby-trąbki czy inne dźwiękowe ornamenty. I wokale. Dzikie szepty, jakieś charczenia, głównie przesterowane i odgrywające rolę kolejnego instrumentu, bowiem wychwycić z nich jakichkolwiek treści raczej się nie da. Trochę to przypomina holenderski Gnaw Their Tongues, zwłaszcza pod względem nieszablonowości i schizofrenicznego nastroju. Napięcie na tym krążku raz rośnie, raz opada, ale cały czas tworzy klimat oczekiwania na coś, co za chwilę ma nastąpić. Niebanalną rolę odgrywa tu także brzmienie. Wspomniana perkusja brzmi mocno industrialnie, powiedziałbym nawet, że noise’owo. Sama blachy brzęczą, zdają się wręcz falować jak na zdartej kasecie, podczas gdy elektronika występuje na plan pierwszy. Nie ma w tych kawałkach za grosz klasycznego układu. Tutaj wszystko jest nieprzewidywalne, sprawiające wrażenie bałaganu. Dopiero po jakimś czasie ów bałagan zaczyna układać się w coś bardziej logicznego, i wtedy okazuje się, że wszelkie kłody, które kompozytor rzuca słuchaczowi pod nogi, mają swój cel. Że tutaj jednak każdy instrument odgrywa ważną, wyznaczoną mu rolę, a w umyśle schizoidalnym można jednak odkryć jakiś większy sens. Debiut Saprovore nie jest wydawnictwem łatwym do ogarnięcia. Wymaga czasu i, przede wszystkim, skupienia. Jeśli jesteście gotowi na wyzwania, to serdecznie zapraszam do analizy „Numinous Abditory Deflagration”. Niezwykle intrygujący album.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/numinous-abditory-deflagration

Recenzja Temple of Dread „Dreadspawn Dominion”

 

Temple of Dread

„Dreadspawn Dominion”

Testimony Records 2026

To już szósta płyta tej niemieckiej kapeli, która zdążyła zaznaczyć swoje miejsce na europejskiej, death-thrashowej scenie. Panowie od momentu powstania Temple of Dread nie próżnują i dość regularnie wydają płyty. Najnowszy krążek „Dreadspawn Dominion” zawiera obok intro dziewięć numerów, które częstują mieszanką wspomnianych wyżej gatunków. To siarczysty koktajl złożony z riffów w różnych tempach, które przeplatają się z ponurymi tremolo. Niemcy używają ostrego, uwierającego brzmienia, co podkreśla jadowitość muzykowania tej brygady, a mięsista sekcja rytmiczna zagęszcza wiosła, trzymając wszystko w jednej kupie. Kupa ta, tnie do kości, ale nie używa do tego bata, lecz tępego tarnika więc zabiegi stosowane przez Temple of Dread bolą dogłębniej. Te energiczne akordy, posępne melodie i gniotące kostkowanie w średniej agogice oraz wolny palm muting robią naprawdę dobrze. Zdaje się, że jest to zasługa swoistego połączenia szwedzizny, starej, teutońskiej szkoły i małej domieszki deta z USA, co kreuje maszynę, która zrywa tkankę mięśniową do kości. „Dreadspawn Dominion” to mięso oddzielone mechanicznie, zatem delikatniejszym uszom może zaszkodzić. Fani tradycyjnego grania, zakorzenionego w przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych znajdą tutaj wszystko, co lubią. Niszczące blasty, wbijające w glebę walce, mroczne solówki, a także wkręcające się boleśnie, wysokotonowe zagrywki, no i nie należy zapominać o surowych wokalach, bo wgryzają się swoimi zębami w czaszkę, jak w masło. Znajdą również duszny klimat, który zalatuje rzecz jasna śmiercią i odrobinę punkowym wkurwem. Olschoolowy death metal z mocnym, thrashowym pierwiastkiem, do którego dołożono trochę progresywnych zabiegów i momentami mocno, groove’owych rytmów. Różnorodny w budowie, lecz nie eklektyczny. Trzyma się dawno wypracowanego wzorca i dobrze mu z tym. Standardowo, ale z energią i jajem. Słychać, że ten kwintet lubi napierdalać w śmierć metal i wie, jak to robić.

shub niggurath




niedziela, 26 lipca 2026

Recenzja Horns of Abomination “Horns of Abomination”

 

Horns of Abomination

“Horns of Abomination”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Sentient Ruin Laboratories raczej rzadko wydają materiały demo. Rzadko nie znaczy jednak nigdy, bowiem „Horns of Abomination” demówką jest właśnie. Ten Amerykański, anonimowy twór swoją twórczość kieruje do bardzo specyficznego odbiorcy, a że wydawnictwo zawiera jedynie trzy kompozycje, zamykające się w dziesięciu minutach, to i poematów o nim pisać nie zamierzam. Sprawa jest totalnie prosta, zupełnie jak sama muzyka. Lubicie prymitywne blackmetalowe wysrywy pokroju Von czy wczesny Beherit? No to proszę się częstować. Powiedzieć o tych nagraniach, że są surowe, to jak nie powiedzieć nic. Garażowe brzmienie, z brzęczącą niemiłosiernie perkusją, przefuzowane gitary, schowane w tle, przesterowane wokale, i banalne w sumie linie gitarowe. Lo-fi na pełnej. Wspomniana perkusja to już naprawdę szczyt prostoty. W zasadzie można powiedzieć, że zmian rytmu nie ma tutaj w ogóle. Jak się zaczyna na jednostajnym łupaniu, tak się kończy. O melodii zapomnijcie. To mechaniczna ściana dźwięku z wybuchającymi niczym wulkan wspomnianymi wokalami, równie szablonowymi co i cała reszta. Jeśli ktoś chciałby zamanifestować swoją nienawiść do współczesnego black metalu, romansującego z gatunkami odległymi, pełnego wyszukanych harmonii i pełnego patosu, to wyraziłby ją dokładnie w ten sposób, co ludzie tworzący Horns of Abomination. Krótko i odsadnie. Ten materiał to kolejna pozycja do kolekcji dla antyfanów ewolucji, rozwoju, poszukiwań. „Horns of Abomination” to bezceremonialne „fuck off” do współczesnej sceny, zwłaszcza do tych, którzy nazwą je bezsensownym buczeniem. Tyle w temacie. Każdy z was już wie, czy po tą demówkę w ogóle sięgać, czy kompletnie ją zignorować.

- jesusatan




Recenzja Gorge „Deeds of Horror”

 

Gorge

„Deeds of Horror”

Time to Kill Records 2026

To świeża kapela z włoskiej ziemi, bo powstała w zeszłym roku. Po drodze do „dzisiaj” nagrali dwa demosy i singla, ale wszystko w formie digital. Pod koniec sierpnia ukaże się ich debiutancki krążek w postaci „Deeds of Horror” właśnie. Muzyka jaką tworzy ten duet, to brutalny metal śmierci, więc panowie szyją gęstym ściegiem. Wszystko co fan barbarzyńskiego grania z domieszką gore’a lubi, to znajdzie na tym albumie. Ciężkie jak piorun gitary i taka też sekcja rytmiczna, z której na pierwszy plan wybijają się „garnkowate” werble. Głębokie growle, knurze pomrukiwania i dzikie wrzaski. Ołowiane zwolnienia i o podobnej wadze średnio-tempowe riffy oraz palm mutingi. Szalone przyspieszenia, przechodzące w grindowe blasty. Nie martwcie się, bo są jeszcze schizoidalne solówki, jest i trochę uwierających wysokotonowych zagrywek, a i także kilka piskliwych zjazdów po gryfie. Całość to osiem utworów, które trwają niespełna dwadzieścia osiem minut, zatem dostajemy od Włochów temat treściwy. Jak na dzisiejsze standardy, kawałki są krótkie i chwała im za to. Napierdalają rzęsiście i siermiężnie przynoszą morowe powietrze, wypełnione zapachem rozkładu. Mieli to i ciąży na duszy, przygniatając do gleby. Depcze po plecach, brzuchu i głowie, obracając słuchaczem na wszystkie strony jak lalką. Krwisty i obrzydliwy death metal w klasycznym dla tego ujęcia wydaniu. Jaskiniowa muza, czasem chaotyczna, a innym razem idealnie ukierunkowana na konkretny wpierdol. Gwałtowna i intensywna jazda, która wypełzła z tradycyjnej brutalności. Taki unowocześniony Dying Fetus po prostu. Już wiecie, czy sięgniecie po „Deeds of Horror”?

shub niggurath




sobota, 25 lipca 2026

Recenzja / A review of Death.Void.Terror “To the Great Monolith 2.5”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Death.Void.Terror

“To the Great Monolith 2.5”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 


Trochę mnie zaskoczyli panowie z Death.Void.Terror. Wiem, że z założenia „To the Great Monolith” miał być trylogią. Czekałem zatem na trzecią, wieńczącą całość część. Czekałem, i trochę się zaczynałem niepokoić, czy aby projekt ten nie został porzucony, bowiem z obozu Szwajcarów nie było żadnych wieści przed sześć lat. Kiedy w końcu, zupełnie z zaskoczenia, w mojej skrzynce pojawiło się nowe wydawnictwo zespołu, okazało się, że to jeszcze nie ostatni rozdział, a coś pomiędzy. Przystanek 2.5., trzy kompozycje, będących kontynuacją obranej na początku ścieżki. Kompozycje chyba najbardziej rytualne i najmroczniejsze w dotychczasowym dorobku Death.Void.Terror. Nie od dziś twórczość tego duetu należy do mało przystępnych, dusznych i bagiennie gęstych. W przypadku nowego materiału, wkrada się w nią jeszcze dodatkowy element, a może raczej zostaje bardziej uwypuklony. Jest nim paranormalny klimat, będący czymś z rodzaju połączenia kosmicznej podróży międzywymiarowej ze snem paranoika. Czysto muzycznie panowie obracają się w klimacie doom / death / ambientowym, ze szczególnym naciskiem na wszechogarniający mrok (jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało). Trochę w tym podobieństw do naszego Whalesong z okresu „Radiance of a Thousand Suns”, szczególnie w ostatnim, piętnastominutowym „Third Monolithic Manifest”. Dużo w nim transu, wciągających, zapętlonych ambientowych motywów, przeplatających się nawzajem, budujących przerażający nastrój. I te przesterowane, nieco futurystyczne wokale, przemawiające niczym wyższy gatunek, zwiastujące zagładę całej ludzkości. Bardziej gitarowe są pozostałe dwie odsłony, choć poza powolnymi, przytłaczającymi melodiami, mogącymi kojarzyć się poniekąd z Dakhma czy Abyssal,  nie brak w nich szamańskich okrzyków i podniosłych zaśpiewów, orientalnych wstawek, czy fragmentów sprawiających wrażenie improwizacji. Mimo ściśle określonego profilu, album ten jest wyjątkowo bogaty w pomysły i wielokrotnie zaskakujący. Może i drobiazgami, ale wychwycenie ich wszystkich nie jest sprawą jednego czy dwóch odsłuchów. Death.Void.Terror po raz kolejny otworzyli swoisty portal do koszmarów, wrota do mrocznego wymiaru, w którym czuję się jak w domu. Polecam tym, którzy muzykę chłoną, a nie tylko jej okazyjnie słuchają.

- jesusatan

 

Death.Void.Terror

“To the Great Monolith 2.5”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 

The lads from Death.Void.Terror tsurprised me a bit. I know that “To the Great Monolith” was originally intended to be a trilogy. So I was waiting for the third and final instalment to round off the whole thing. I waited, and was starting to get a bit worried that the project might have been abandoned, as there had been no news from the Swiss for six years. When, at last, completely out of the blue, the band’s new release turned up in my postbox, it turned out that this wasn’t the final chapter after all, but something in between. Stop 2.5, three tracks that continue along the path they set out on at the beginning. These are probably the most ritualistic and darkest tracks by Death.Void. Terror. It’s no secret that this duo’s work has long been among the least accessible, but suffocating and swamp-like in its density. In the case of this new material, an additional element creeps in – or perhaps it’s simply brought into sharper relief. It is a paranormal atmosphere, a sort of fusion of interdimensional cosmic travel with a paranoid’s dream. Musically speaking, the duo operate within a doom/death/ambient sphere, with a particular emphasis on all-encompassing darkness (however clichéd that may sound). There are some similarities here to our own Whalesong from the ‘Radiance of a Thousand Suns’ era, particularly in the final, fifteen-minute track, ‘Third Monolithic Manifest’. It’s full of trance-like elements, with captivating, looped ambient motifs intertwining to create a terrifying atmosphere. And those distorted, somewhat futuristic vocals, speaking as if from a higher species, heralding the doom of all humanity. The other two tracks are more guitar-driven, though apart from the slow, oppressive melodies, which might be somewhat reminiscent of Dakhma or Abyssal, they’re not lacking in shamanic cries and solemn chants, oriental interludes, or passages that give the impression of improvisation. Despite its clearly defined profile, this album is exceptionally rich in ideas and full of surprises. They may be subtle, but picking up on them all isn’t something you can do in just one or two listens. Death.Void.Terror have once again opened a portal to sorts of nightmares, a gateway to a dark dimension, where I feel like home. I recommend this to those who truly immerse themselves in music, rather than just listening to it occasionally.

- jesusatan




 

piątek, 24 lipca 2026

Recenzja Kyrios „Blood Constellation”

 

Kyrios

„Blood Constellation”

Caligari Records 2026

 


Kyrios jest w miarę świeżą kapelą z Nowego Jorku, bo wypełzli zapewne z zaszczurzonych piwnic tego miasta w 2019 roku. Zbyt płodni nie są, bo razem z „Blood Constellation” mają na koncie tylko dwie epki. Najnowsze wydawnictwo tego tercetu, to cztery kawałki. Pierwszy i ostatni to upiorne i lekko kosmiczne dungeon synth więc za bardzo nie ma w tym temacie o czym pisać. Dwa środkowe numery to małe pomieszanie z poplątaniem, bowiem to co grają ci Amerykanie, to tak jakby połączyć Ulcerate i Gorguts oraz wcisnąć do tego sporo black metalowej atmosfery i progresywnych popisów, które niejako wynikają z podobieństw do dwóch, wymienionych wyżej zespołów. Kompozycje „A Highborn Sacrifice” i „Astrophage” to zbiór, następujących po sobie sekwencji akordów, o połamanej budowie, które płyną w zmiennych tempach. To nieustannie kłębiąca się masa, która posiada charakter dysonansowych uderzeń i brutalnych ataków. Spomiędzy nich wyłaniają się wirtuozerskie i modernistyczne zagrywki w formie solówek oraz chorobliwie powykręcanych wtrętów. Ta zwarta i szarżująca w różnych kierunkach struktura, szturmuje uszy w towarzystwie subtelnie podłożonych klawiszy i opętańczych wokaliz. Materiał ten, to duszna i nieprzewidywalna muza, która nosi znamiona szatańskiej improwizacji. To pokaz diabelskiej, niemożliwej do okiełznania siły. Pełne ekspresji i szalonej kakofonii wydawnictwo, które przy pierwszym odsłuchu może być niezrozumiałe, ponieważ języka, w którym przemawia do nas Kyrios, trzeba się nauczyć. Czyste zło.

shub niggurath




Recenzja My Minds Mine “Between Soothing Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete Annihilation of This Planet”

 

My Minds Mine

“Between Soothing Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete Annihilation of This Planet”

Selfmadegod Rec. 2026 (re-issue)

 



Nazwa My Minds Mine jest mi doskonale znana, nawet jeśli nie jestem jakimś wielkim fanem grindcore’a. Z muzyką zresztą też kiedyś się spotkałem, pewnikiem na jakimś spotkaniu towarzyskim przy napojach wyskokowych. Wrażenia miałem pozytywne. Dziwnym nie jest. Bo raz, że procenty mieszające się z krwią pobudzają zmysły, a dwa, albumy tych holenderskich napierdalaczy do najdłuższych nie należą, więc takie krótkie wybuchy energii totalnej są niczym przypływ adrenaliny. Wczoraj w mojej skrzynce odbiorczej zameldowały się dwa materiały promocyjne ze stajni Pana Karola, oba dotyczące wznowień rzeczonego bandu. Postanowiłem zatem odpalić piwo, i przysiąść do tych wzruszających piosenek raz jeszcze. Jednocześnie, biorąc pod uwagę, że oba albumy zespołu trwają łącznie coś koło trzydziestu sześciu minut, i nie różnią się stylistycznie, nie rozbijałem moich odczuć na dwa osobne tematy, tylko zawarłem je we wspólnym nawiasie. Wynik moich doznań jest jednoznaczny. Wiadomo jaki profil ma Samozwańczy Bóg. My Minds Mine pasuje do niego idealnie, niczym kutas w pipkę. Chłopaki są bezpośrednimi spadkobiercami wczesnego Napalm Death i zespołów podobnych. Ich kompozycje to szybkie, albo raczej mega szybkie strzały na ryj. Zazwyczaj oparte na maksymalnym blaście, wspartym równie wartkim riffowaniem, mającym w sobie tyleż melodii co pierdnięcie pod kocem. Przy okazji tychże neandertalskich wybuchów wkurwu, doświadczamy darcia ryja na potęgę. Na wskroś klasycznego, czyli wrzaski obdzieranego ze skóry przeplatają się chwilami z głębszym, bardziej deathmetalowym growlem. Oczywiście większość numerów jest bliźniaczo do siebie podobnych, i pół królestwa oraz ręka księżniczki temu, kto rozpozna je po siedmiu nutkach, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż część z nich kończy się na pięciu. Na szczęście reguła ta jest czasem przełamywana, i pojawiają się bardziej zapamiętywalne riffy, cały czas na kształt Napalmów, ale tych o wiele późniejszych. Tak sobie tego słucham, i troszkę to śmieszne, troszkę fajne, bo takie sentymentalne. Ja się taką muzyką znudziłem dawno temu, ale od czasu do czasu powrócić do niej warto. Choćby po to, by przypomnieć sobie stare dzieje, tudzież sprawdzić, jak ów gatunek funkcjonował w latach późniejszych. A, jak widać, funkcjonował równie konsekwentnie jak inne, które za powtarzanie pierwowzorów szanuję w opór. Powiem zatem tak… Fani gatunku tymi wznowieniami powinni być wpiekłowzięci, bo to doskonała kontynuacja pierwotnej mikstury na najwyższym poziomie. No i domyślam się, że nakład poprzednich wydań się wyprzedał, więc kto tych płyt na półce nie ma, będzie mógł je zdobyć za relatywnie niewielkie pieniążki. Myślę, że warto nabyć, bo mimo wszystko mi się ta retrospekcja bardzo podobała.

- jesusatan




czwartek, 23 lipca 2026

Recenzja F.A.M. „Pleasure of Torture”

 

F.A.M.

„Pleasure of Torture”

Selfmadegod Records 2026

Pewnie znacie tą wrocławską kapelę, ponieważ rzępoli nie od dziś, bo od 2005 roku. Dużo w sumie przez te dwadzieścia jeden lat nie nagrali, gdyż „Pleasure of Torture” jest ich dopiero czwartym albumem, ale kto by tam liczył. Jest nowa płyta i to się zgadza. Wraz z coverem utworu „Ofiara” grupy Necrophil to jedenaście kawałków krwistego mięsa, flaków i ekskrementów, które rzucane są w naszą stronę przez jakieś trzydzieści minut. Ciężkie, plazmowate brzmienie gitar, zagęszczone przez sekcję rytmiczną o słusznej wadze i rzygające wokalizy Jakuba Kobylskiego, to kwintesencja death-gore’a Wrocławian. Prosto, bez wymyślnych rozwiązań konstrukcyjnych, zbudowana maszynka do mielenia mięsiwa, która robi to w jednostajnym tempie, czasami pozwalając sobie na przejścia między akordami, zmieniając rytm, prędkość czy sposób na kostkowanie. Wygrywa ona ponure melodie, rodem ze śmierdzących zepsutymi wnętrznościami kazamatów bądź zalewa wiadrem pomyj w postaci grindcore’owych blastów. Niekiedy da chwilę na wytarcie gęby z tej błotnistej i cuchnącej mazi, zwalniając na moment, po czym wraca do tortur i chuj. To gęsta i brutalna muza w klasycznym stylu, która może okresowo wydawać się monotonna, ale nie jest to jej wadą. Tradycyjnie skomponowany death-grind, od którego wymagać szczególnych wygibasów się nie da. Ma być przede wszystkim krwiście i barbarzyńsko. Te dwa podstawowe przymioty krążek ten zawiera. Zwyczajowe dla tego gatunku wydawnictwo, fanom surowego i pieczystego będą soki po brodzie lecieć.

shub niggurath

środa, 22 lipca 2026

Recenzja Nachtheem „ Waan van de Leegte”

 

Nachtheem

„ Waan van de Leegte”

Terretur Possessions 2026

Dziś na rozpisce mamy przedstawiciela black metalu z Holandii. Twór to dość świeży, bo działający zaledwie od lat dwóch, i mający na koncie demo i dwa splity.  Bardzo mi się to podoba, że chłopaki (choć w sumie nie wiadomo kto zespół tworzy, bo nie ma o tym żadnych informacji, więc może i dziewczyny) trzymają się staroszkolnej, prawilnej tradycji, i wydają kolejne nagrania podług pierwotnego wzorca. Debiutancki album zawiera pięć kompozycji z gatunku black metalu bardziej atmosferycznego. Nie mylić z symfonicznym, bo to nie ta ścieżka. Klawiszy tutaj niewiele, a owa atmosferyczność budowana jest głównie za pomocą podstawowego instrumentarium, w sposób zarówno tradycyjny, co i wyjątkowo udany. Podstawę muzyki Holendrów stanowią wzorce z okresu drugiej fali, acz nie tylko. Takimi dwoma nazwami, które najbardziej cisną mi się na usta, a do których mógłbym odnieść twórczość Nachtheem, są Enslaved (ten troszkę późniejszy) i Vemod. Czyli czuć w tych dźwiękach mróz, chwilami nawet siarczysty, ale są też chwile na przycupnięcie przy ognisku i wspólne opowiadanie legend oraz śpiewy. Na pewno nie brak na tym krążku płynących swobodnie, i równie łatwo wciągających melodii opartych na klasycznym tremolo. Chwilami szybszych, mknących niczym górski potok, w innych miejscach zwalniających, a nawet przechodzących w granie czysto akustyczne. W tych spokojniejszych pojawiają się też czyste wokale, przenoszące nas świat baśni. W „De Ontwalking” towarzyszą im nawet trąbki, przez co muzyka Nachtheem zaczyna bardzo intensywnie pachnieć lasem. Pod tym względem trzeba zespołowi oddać, że naprawdę potrafią zbudować odpowiedni nastrój, nie zahaczając przy okazji o tak pospolitą w tym gatunku kiczowatość. Niebagatelną sprawą jest tutaj także produkcja, totalnie nawiązująca do standardów lat dziewięćdziesiątych. Przy tej okazji podkreślić muszę dwa elementy, które wyjątkowo wpadły mi w ucho. Brzmienie gitar, w niektórych miejscach mocno przypominające Negative Plane (zwłaszcza na otwarciu), oraz perkusji, w najszybszych partiach brzmiącej głęboko, niemal jak na debiucie Mayhem. „Waan van de Leegte” to niemal czterdzieści minut naprawdę dobrego atmosferycznego grania. Weszła mi ta płyta już po jednym odsłuchu, i zagościła w moim playerze na dobrych kilka rundek. Myślę, że warto sobie sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Profane Burial „Desolate Echoes of Turmoil”

 

Profane Burial

„Desolate Echoes of Turmoil”

These Hands Melt 2026

Na swojej najnowszej płycie, Profane Burial kontynuuje pochód poprzez labirynt progresywnego black metalu, tworząc rozległe i dość skomplikowane aranżacje. Panowie nie osiedli na laurach i postanowili pójść jeszcze dalej w modernistyczne tony. Tym razem do symfonicznych i połamanych akordów, dołożyli jeszcze więcej wirtuozerskich popisów, improwizacji i eksperymentalnie brzmiących zagrywek. Zaowocowało to black metalem, którego odbiór nie przychodzi łatwo, bo to wysoce nieliniowe utwory, w których mieszają się zwyczajowe formy gatunku z tymi reformatorskimi wpływami, a to do końca dla purystów może nie być zrozumiałe. Swoboda muzycznej wypowiedzi Profane Burial nie jest jednak pozbawiona sensu. Wystarczy dać sobie czas, aby wtapiając się w tworzone przez Norwegów dźwięki, wydobyć z ich zmiennych struktur i nietypowych metrum, niezwykle ekspresyjną muzykę. Muzykę, która oprócz rozbudowanych kompozycji, kipiących od stale zmieniających się melodii, agresywnych uderzeń czy bardziej wysublimowanych środków wyrazu, posiada także w sobie pokaźną ilość mroku i diabolicznej złośliwości. To osobliwy i drapieżny black metal, który potrafi również zadziwić finezyjnymi rozwiązaniami, które wraz z satanicznym i orkiestralnym anturażem, kreują nieprzewidywalną diabelszczyznę. Nieustannie zmienną, zaskakującą i momentami wręcz uciążliwie pulsującą swymi nieoczekiwanymi zmianami tempa, sposobem na kostkowanie oraz wybuchającymi nagle, nieoczywistymi pomysłami. Album wypełniony efektowną i dramatyczną muzyką, która zawiera w sobie również spory pierwiastek grozy i zła. Black metal nowoczesny i wymagający. Nieprzewidywalny i o wielu twarzach, które potrafią przerazić. Krążek nie dla wszystkich, ale warto się z nim zapoznać, ponieważ jego osobliwość jest zadziwiająca i przyciąga jak magnes.

shub niggurath




wtorek, 21 lipca 2026

Recenzja Necromonger “Emanation of the Dying Perceptions”

 

Necromonger

“Emanation of the Dying Perceptions”

Xtreem Music 2026

Do Bułgarii to jeździło się na wywczasy w okresie PRL-u? Pamiętacie? Chuja tam, pewnie większość nie wie o czym rozmawiam. Ale żeby tam grali death metal? Od wielkiego dzwonu. Takim jednak dzwonem jest Necromonger, którego to debiutancki album ukazał się chwilę temu pod banderą Xtreem Music. Label ten, oczywiście w moim mniemaniu, do potentatów rynkowych nie należy, ale czasem ma przebłyski. Czy do takich należy rzeczony band? Niekoniecznie. „Emanation of the Dying Perceptions” to dość siermiężne granie. Będące połączeniem wspomnianego death metalu z gore’owym bratem. Jeśli w tym momencie przyjdą wam na myśl konotacje z Haemorrhage, Exhumed czy Regurgitate, to jesteście na jak najlepszej ścieżce. Wydawnictwo to zawiera dwanaście kawałków, z czego dwa ostatnie są utworami bonusowymi na wersję CD. Razem czyni to jakąś godzinę z kawałkiem. Biorąc pod uwagę dość mocną powtarzalność i schematyczność piosenek Necromonger, jest to chyba kapkę za wiele. Gdyby to był materiał o połowę krótszy, jeszcze jakoś by się bronił. Ale co za dużo, to i krowa nie zeżre, czy jakoś tak. No ale do rzeczy. Chłopaki gęszczą mocno, to fakt. Tłuszcz i posoka wyciekają z tych nagrań dość obficie. Odpowiedni ciężar też jest utrzymany, zwłaszcza przez mocno podbijający całość bas i wszechobecne głębokie wokale. Rytmika z kolei stoi tu na poziomie silnie ograniczonym. Takie typowe umpa-umpa, przy którym przypomina mi się tańczący ze sztuczną kończyną Fernando ze wspomnianego wcześniej hiszpańskiego wzorca, i nic więcej. Biorąc pod uwagę pojedyncze kompozycje, da się żyć. Bo gniotą one dość solidnie, nawet jeśli sama ich budowa kompletnie nie odbiega od znanych wszem i wobec wzorców. Bo generalnie dobry schemat nie jest zły. Przy tego rodzaju twórczości staje się on jednak z czasem dość nużący. Można odnieść wrażenie, jakby słuchało się w kółko tego samego utworu, ewentualnie wzbogaconego drobnym niuansem. Zespołów w tym odłamie gatunku jest sporo. Jedne lepsze, inne kompletnie beznadziejne. Umieszczając Necromonger w szeregu, powiedziałbym, że stoją gdzieś pośrodku. Bo tak naprawdę wszystko jest tutaj średnie do bólu. Żeby nie przynudzać, płyta na jeden odsłuch. Potem można się rozejść.

- jesusatan




poniedziałek, 20 lipca 2026

Recenzja Reekmind „Glints from the Crematorium”

 

Reekmind

„Glints from the Crematorium”

Night Terrors Rec. 2026

Piętnaście miesięcy po debiutanckim “Mired in the Reek of Grief” powraca australijski Reekmind. Tym razem panowie przypominają o sobie przy pomocy trzyotworowej EP-ki, zawierającej łącznie dwadzieścia pięć minut muzyki. Ujmując rzecz precyzyjnie, są to dwie studyjne kompozycje, plus, jako bonus, nagranie live, z tegoż jednak samego studio, zatem różnice w dźwięku są minimalne. Jeśli lubicie taplać się w szlamie, to ta przystawka idealnie wpasuje się w wasz gust. Panowie z Antypodów grają powoli, a chwilami bardzo powoli. Zdecydowany nacisk (i w zasadzie jest to także słowo-klucz) kładziony jest tutaj na masywność akordów i przytłaczający, grobowy klimat. To taka idealna mieszanka śmierć-doom’u z naleciałościami sludge’owymi. Akcja toczy się zatem niespiesznie, a same harmonie ulegają zapętleniu, przez co możemy poczuć się jakby przejeżdżał po nas czołg. Miejscami następują tu też chwilowe wyciszenia, przy których możemy złapać, no może nie cały, ale przynajmniej pół oddechu. Wspomnianą duchotę potęguje na tych nagraniach odpowiednio zamulone brzmienie oraz złowieszcze wokale. Melodii w tych kompozycjach niewiele, a na pewno nie takich do ponucenia. Panowie głównie mielą, systematycznie i sukcesywnie, poruszając się naprzód niczym stado wypełzłych spod nagrobka zombiaków, częściowo zresztą niekompletnych w wyniki kilkumiesięcznej pracy robali. W temacie oryginalności zbyt wiele powiedzieć tu się Ne da. Ten materiał nie jest ani specjalnie wybitny, ani nowatorski. Ma jednak coś, co mimo wszystko mi się podoba. Wspomniany gnilny nastrój, którym to panowie nadrabiają wszelkie inne niedociągnięcia. Tak po prawdzie, pełniak podobał mi się bardziej, bo „Glints from the Crematorium” brzmi jak odrzuty z tamtej sesji, ale i tak lipy nie ma. Komu zatem z rozkładem po drodze, temu Reekmind.

- jesusatan




Recenzja Bestia Arcana „Holókauston”

 

Bestia Arcana

„Holókauston” (re-issue)

Debemur Morti Productions 2026

Bestia Arcana jest kapelą z USA, a dokładnie ze stanu Kolorado. Grają już od 2008 roku, a swój debiut „To AnabainonektesAbyssu” wydali w 2011. „Holókauston” to reedycja, bo pierwotnie ukazał się on w 2017 roku, a teraz wzięła go na warsztat Debemur Morti. To cztery, okazałe utwory, ponieważ łącznie trwają ponad czterdzieści minut więc jest nad czym się skupić. Amerykanie tworzą szczególną odmianę black metalu, która odznacza się rozmachem i okultystyczną atmosferą. Trzy z tutejszych kawałków to gęsta i dość szybka kanonada zwalistych akordów oraz powykręcanych tremolo, które płyną w przestrzeń w towarzystwie klawiszowych pasaży i dronowych podkładów. To duszna muzyka, która jest niczym gorący podmuch, natchnionej satanizmem furii. To potężnie i przerażająco brzmiąca diabelszczyzna, która oprócz miażdżącego szumu, dostarcza także mnóstwo rytualnych doznań. Ten kakofoniczny chaos, będący wyrazem kultu dla sił nieczystych, przeplata się z ciężkimi zwolnieniami i ambientowymi wstawkami, które dodają mu wagi. Trzeci numer „Howling” odstaje od reszty, gdyż charakteryzuje się w pełni doomowym usposobieniem. To funeralny, apatyczny pochód wykreowany za pomocą rozwleczonych riffów i mrocznej, zaciskającej się na szyi elektroniki. „Howling” przygniata i tłamsi, ale jest równie parzący co jego trzej towarzysze. Materiał intensywny, bezkompromisowy i bestialsko atakujący zmysły. Poza niezaprzeczalnie diabelskim klimatem, posiada również przysadziste brzmienie, podbite przez nieprzejednanie dudniącą sekcję rytmiczną, a niesamowitej aury dostarczają mu, mające narracyjny charakter wokale i atmosferyczne syntezatory. Fanom gęstych, dusznych i nieco dysonansowych wykwitów wejdzie bez popitki.

shub niggurath




niedziela, 19 lipca 2026

Recenzja Necrofied „Ashes of Horror”

 

Necrofied

„Ashes of Horror”

Iron, Blood & Death Corporation” 2026

Ci Chilijczycy swoją drogę muzyczną rozpoczęli pod szyldem Ritual Occulto jakieś pięć lat temu, i zarejestrowali debiutancka EP-kę. Coś im się jednak odwidziało, i, od dwudziestego piątego, nazywają się Necrofied.  „Ashes of Horror” jest ich pierwszym wydawnictwem, tym razem pod postacią pełnej płyty. Zawiera ona osiem ścieżek, z czego pierwsza jest rytualnym oprowadzaczem. Po nim, dostajemy po ryju staroszkolnym death metalem, mocno osadzonym głównie w stylu południowoamerykańskim, acz nie tylko. Czuć w tej muzyce ducha wspomnianego kontynentu, to na pewno. Choćby przez czającą się w tych nagraniach dzicz, częściowo śpiewane po ichniemu wokale, czy też poniekąd przez brzmienie. Jest ono selektywne, masywne, odpowiednio dociążone, ale nie pozbawione organicznej ilości brudu. Necrofied  w swojej twórczości łączą najlepsze wzorce, zarówno europejskie (chwilami mocno tu zajeżdża wczesnym Sinister), jak i amerykańskie (Massacre, Incantation), kładąc jednak największy nacisk na siłę rażenia swoich akordów. W niektórych momentach są one mocno podbite  quasi sludge’owym smarem i rytmiką, jak choćby w „Barahunda”, gdzie indziej, choć rzadziej, bardziej rozpędzone (no niech będzie, że w „Twilight of Torture”). Nie brak tu też momentów na zasadzie typowej „patatajni”, o tyle oklepanej, co w przypadku Necrofied naprawdę chwytliwej i nie trącącej tandetą („A Grotesque from Unfolds”).  Najczęściej panowie trzymają jednak tempo dość stonowane, nie bawią się w eksperymenty czy jakiekolwiek innowacje. Myślę, że grają stary death metal, bo on im w duszach wybrzmiewa (to słuchać), dla podobnych sobie maniaków. „Ashes of Horror” jest typowym, bardzo solidnym, śmierćmetalowym przedstawicielem sceny z Chile. Dla jednych będzie to mega zachętą, dla innych może mniejszą, ale po co mam was oszukiwać, że jest to jakaś rewelacja. Nie jest. Jest to natomiast bardzo mocna pozycja, przy której spędzicie dobrych kilka odsłuchów bez ziewania, a niejeden z was stwierdzi, że warto tą płytę na półce posiadać. Iron, Blood & Death Corporation po raz kolejny nie zawiedli.

- jesusatan




Recenzja Altarage „Cogwheel”

 

Altarage

„Cogwheel”

Sentient Riun Laboratories 2026

Altarage po „Succumb” jakoś kompletnie zniknął mi z radaru. Z zaskoczeniem zatem przyjąłem fakt, iż Hiszpanie od tamtego czasu nagrali już dwie duże płyty, i właśnie wydają trzecią. Jako iż ich stylistyka onegdaj przypadała mi do gustu, z chęcią sprawdziłem, co się u nich dzieje. A dzieje się… w zasadzie to samo co zwykle. Gruz, smoła i kilotony betonu. Ale po kolei. „Cogwheel” już na początku mnie odstraszył. Licznik wskazał bowiem czas trwania płyty na niemal siedemdziesiąt pięć minut. Czy przy owej estetyce nie jest to aby zbyt wiele? Pocieszałem się, że przecież Mitochondrion nagrali album jeszcze dłuższy, a wszedł mi jak drzazga w tyłek. Jest jednak takie powiedzenie „Gdzie Rzym, a gdzie Krym”, które się w tym przypadku idealnie sprawdza. Mitochondrion należą do zespołów wybitnych. Altarage jedynie do dobrych (chwilami nawet bardzo dobrych) wyrobników. Nowy materiał niewiele wnosi do stylistyki, którą każdy fan zespołu doskonale zna. Większość kompozycji, tym razem zazwyczaj dziesięciominutowych, i dłuższych, opiera się na zapętlonym mieleniu o ciężarze tankowca, z charakterystycznymi dla zespołu Portalowymi przyspieszeniami. Linie gitar także na wskroś wskazują na inspiracje z Antypodów. Co prawda przerobione na styl własny, ale też, ponownie, niczym nie zaskakujące. Można powiedzieć, że Altarage są niezwykle konsekwentni w swoim działaniu, bo prą w obrany na horyzoncie punkt z uporem maniaka. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych, niestety w tym dla mnie, wada. Mam wrażenie, że zespół zaczął się powtarzać i trochę zjadać własny ogon. Gdyby taka „Cogwheel” była albumem debiutanckim, maksymalnie drugim, to pewnie strasznie bym się tymi nagraniami podniecał. W zaistniałej sytuacji, dwukrotne przesłuchanie tych piosenek w zupełności mi wystarcza. Żeby jednak być sprawiedliwym, nadmienić muszę, dwie rzeczy. Materiał ten faktycznie ma gęstą niczym lawa atmosferę. Jest mroczny, niebanalnie ciężki i przytłaczający. Rzecz druga, że Hiszpanie w pewnym momencie jednak skusili się na drobne urozmaicenie, a mam konkretnie na myśli „Ichor”, kawałek z czystymi wokalami, trochę bardziej rozbudowany, z ciekawszymi teksturami. To jednak zbyt mało by mnie do siebie przekonać. No chyba, że całość trwałaby, powiedzmy, czterdzieści minut. Po tym czasie bezceremonialnie bowiem wkrada się tu nuda, zwłaszcza przy ambientowych „zapchajdziurach”. Jeśli macie na półce wszystkie wydawnictwa Altarage, to pewnie i to sobie przytulicie. Mi pierwsze cztery w zupełności wystarczą, a i tak najczęściej wracam do debiutu. „Cogwheel” to płyta dobra, ale z wyraźnymi wadami.

- jesusatan




Recenzja Serpent Lord „The OnceForgotten Ways of Old”

 

Serpent Lord

„The OnceForgotten Ways of Old”

Eisenwald 2026

Serpent Lord jest projektem gościa z Uada, który zdaje się być tam muzykiem napędowym. Pod „wężowym” szyldem pogrywa już od 2003 roku, ale na początku zarejestrował trzy demosy i dał sobie siana. Teraz wraca po ponad dwudziestu latach z albumem debiutanckim, który zawiera sześć utworów, utrzymanych w black metalowym tonie.To chwytliwa diabelszczyzna, której atmosferyczność mocno pachnie klimatami fantasy. Zresztą sam twórca w cosplay potrafi doskonale, wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Cóż, rządzi tutaj mistyczna aura, która niesie ze sobą sporo melodyjek, jawiących mi się jako greckie lub są one mocno do nich zbliżone, ale Serpent Lord potrafi także trochę przysolić. Weźmy na przykład drugi utwór „Constrictor”, toż to czysta i nieprzychylna wszystkiemu co żyje norweszczyzna, która powraca w piątym wałku „A Pagan-s Spell”. W tych kompozycjach pachnie siarką, że aż strach. Reszta „The OnceForgotten Ways of Old” to już raczej klimatyczne granie, z którego wieje tajemniczością i rytualizmem w stylu trochę jak z Lovecraft’a. Odrobinę epicko, ociupinkę nastrojowo i chwilami wręcz bajkowo. Płynie to w średnich tempach, zapodając blasty i magiczne bujanki, lecz od monumentalnych podniosłości także nie stroni. Black metal typowy dla Stanów Zjednoczonych, wszystkiego w nim po trochu, ale nie mogąc się zdecydować na konkretny kierunek, wyszło jak to zwykle bywa za wielką wodą. Miło, melodyjnie i mało diabolicznie, a jest sztampowo i filmowo. Ja zostawiłbym wspomniane wcześniej dwa kawałki, a resztę wyrzucił, ale wtedy to musiałby być to singiel, a nie pełny metraż.

shub niggurath




sobota, 18 lipca 2026

Recenzja Chamber of Unlight „Avernus”v

 

Chamber of Unlight

„Avernus”

Werewolf Rec. 2026

Debiutancki album Chamber of Unlight przedstawiałem wam niespełna pięć lat temu. Pamiętam, że mimo swojej „wtórności” strasznie przypadł mi do gustu i przesłuchałem go wielokrotnie, a potem jeszcze nie raz do „Realm of the Night” wracałem. Coś czuję, że podobnie będzie z nowym materiałem Finów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja młotka. Bo to jest zajebisty, staroszkolny symfoniczny black metal zagrany z prawdziwą pasją i wyczuciem. W zasadzie mamy tutaj wszystko to, co czyniło ten gatunek wielkim w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Chwytające za serce melodie (bynajmniej nie przesłodzone, tylko pokryte północnym szronem), drapieżne riffy, klawiszowe tła w klimacie Emperor, solidne, klasyczne wokale i, przede wszystkim, ten niepowtarzalny, chłodny nastrój. W samej muzyce nie ma co doszukiwać się czegokolwiek nowego. Z drugiej strony nie jest to też bezmyślne kopiowanie. Panowie po prostu nasiąknęli klasyką na tyle, że pomysły rodzą im się same, dzięki czemu otrzymujemy materiał godnych spadkobierców nauk mistrzów wybitnych. Czuć w tych nagraniach klimat, który towarzyszył czasom największej eskalacji rzeczonego odłamu, i mam tu na myśli okres wcześniejszy, zanim prawdziwie czarny metal zaczął blaknąć niczym sprana koszulka. Na „Avernus” jest jad, są nastrojowe momenty, przy których w oczach stają pokryte śniegiem szczyty gór, są nawiązania do wspomnianych Norwegów (zdecydowanie najwięcej do „In the Nightside Eclipse”). Nie ma natomiast tandety, i nie ma nudy, bo materiał ten praktycznie sam się odpala ponownie gdy wybrzmi ostatnia nutka. I w zasadzie nie ma się co rozpisywać, bo to jedna z tych płyt, o której nie warto opowiadać, za to warto posłuchać. Co też czyńcie, zwłaszcza jeśli macie na półce wymieniony w tekście album z niebieską okładką przedstawiającą zamek wśród gór i lasów.

- jesusatan




czwartek, 16 lipca 2026

Recenzja Hexorcist „Crucificial Imprecations”

 

Hexorcist

„Crucificial Imprecations”

Invictus Rec. / Godz ov War 2026

Troszkę wody w rzece upłynęło od chwili wydania bardzo dobrego debiutu Amerykanów. Z drugiej strony, te pięć lat minęło jak z chuja strzelił, i oto mamy następcę „Evil Reaping Death”. W międzyczasie zespół przepoczwarzył się personalnie, a konkretnie na wokalach pojawił się Gienek Palubicki, choć zastanawiam się dlaczego pod nazwiskiem własnym, a nie jako Hexorcist V. Myślę, że poniekąd magia nazwiska miała na celu zwiększenie zainteresowania zespołem, zwłaszcza że ten zasłużonej atencji chyba nie osiągnął. No ale przejdźmy do meritum. Hexorcist to twór, który mocno czerpie ze spuścizny Morbid Angel, o czym zresztą wspomniałem przedstawiając wam ich wcześniejsze materiały. „Crucificial Imprecations” jest prostolinijną kontynuacją stylu opartego na wspomnianych stylu. Zaznaczam, że mówimy o rozwijaniu pewnego wzorca, a nie bezpośrednim kopiowaniu, tym bardziej, że na „dwójce” sposób interpretacji własnej znanych klasyków został odrobinę urozmaicony. Poza oczywistymi konotacjami melodycznymi z ekipą Treya i spółki, na nowych nagraniach pojawia się więcej solówek mocniej kojarzących się z Nocturnus. Acz z drugiej strony nie wiem, czy to wrażenie nie jest u mnie spowodowane faktem, iż kilka dni temu odszedł od nas pan Browning, a przy tej okazji jego dyskografię sobie odświeżałem. Drugą sprawą jest brzmienie. Jakby bardziej surowe w porównaniu do debiutu. Nie powiem, że demówkowe, ale noszące takie znamiona. W każdym razie stuprocentowo organiczne, z celowymi chyba drobnymi niedociągnięciami. Pod względem muzyki sprawa jest raczej wiadoma. Zastanawiam się tylko, czy dokooptowany na wokal Gene miał jakiś, choćby drobny wpływ na ostateczny wpływ kompozycji. Osobiście stawiałbym na „tak”, bo „Crucificial Imprecations” ma w sobie też drobne zalążki Angelcorpse, albo może bardziej Perdition temple, czyli stylu będącego wypadkową obu klasycznych ekip. Album ten nie należy do odkrywczych, bardziej odkrywkowych. Nie umniejsza to bynajmniej jego jakości. Moim zdaniem Hexorcist to jedni z najbardziej utalentowanych spadkobierców tego, co zrodziło się na Florydzie jakieś czterdzieści lat temu. Jeśli czerpać od najlepszych, do dokładnie w takim stylu jak oni. A konsekwencję obranego przez zespół stylu widać w tym przypadku nawet po okładce. I to chyba wystarczy za cały komentarz do tej płyty. Bo nad czym się tu niby rozwodzić?

- jesusatan