Unearthly Rites
“Tortural Symphony of the Flesh”
Svart Rec. 2026
Dziś będzie na gęsto, ale z ciekawymi dodatkami. Jak
widać, Svart Records potrafią na swoim krajowym poletku wyłapywać ciekawe
kąski, nie tylko z gatunków lżejszych czy eksperymentalnych. Dowodem tego,
drugi album ichniego Unearthly Rites. Zespół powstał ledwo pięć lat temu, acz
muzycy wchodzący w jego skład na scenie obecni są nieco dłużej, choć, poza
Fosforos, żadna inna nazwa ich projektów niewiele mi mówi. Debiutu zespołu też
nie dosłyszałem, zatem zajmę się tym, co przynosi „Tortural Symphony of the
Flesh”. A przynosi czterdzieści minut totalnie zapleśniałego grania na starą
nutę. Głównie z gatunku death metal. Kręgosłupem tych kompozycji jest cmentarna
zgnilizna i ponadprzeciętny ciężar. I mógłbym tutaj sypnąć garścią nazw z lat
dziewięćdziesiątych, przede wszystkim z kraju o nazwie tożsamej z wódką, ale
myślę, że laicy tego nie czytają, i domyślą się ich sami. Co jednak jeszcze
bardziej dociąża piosenki Unearthly Rites, to brzmienie. Wspomniałem o pleśni.
Ona dosłownie zdaje się oplatać struny, na których gitarzyści snują swoje
posępne melodie, a chwilami można wręcz mieć wrażenie, jakby któryś kabel w
kolumnie nie do końca stykał i powodował dystorcje. Dzięki temu każdy kolejny
ton jest niczym nagrobkowa płyta spadająca nam na głowę, a poczucie ciężkości
wzmaga dodatkowo głęboki growl, rzygający wersetami z samego żołądka. Co prawda
nie zawsze, bo w zależności od potrzeby, doświadczymy tu nawet charczenia w
tonacji wyższej, tudzież innych pomniejszych odstępstw od reguły. Podobnie
zresztą w warstwie muzycznej. Mamy na tym albumie kilka pasaży bardzo
klimatycznych, o zdecydowanie narkotycznym wydźwięku. Osobiście kojarzy mi się
to z wczesnym Sadness, ale być może głównie dlatego, że do „Ames de Marbre”
wróciłem dosłownie kilka dni temu. Z drugiej strony, gdybym rzucił nazwą
Disembowelment, to jednak byłoby to lekkim nadużyciem. Ponadto, w kilku
miejscach Finowie zapędzają się w rejony kapkę bardziej melodyjne, a wtedy, już
z czystym sumieniem można przytoczyć Amorphis, z okolic pierwszych dwóch płyt.
Że skaczą z kwiatka na kwiatek? Nic bardziej mylnego. Tutaj wszystko idealnie
się ze sobą przegryza, niczym w jarzynowej sałatce. Nawet wplatane miejscami
patenty o punkowym sznycie. Niezwykle bogata to płyta, zagrana z pomysłem i
zadziwiającą, jak na sączący się z niej trupi swąd, lekkością. Deathmetalowa i
fińska do szpiku kości, a jednak inna niż większość serwowanych nam co dnia
nowości. I co najważniejsze, nie przekombinowana, bo, moim zdaniem, balans
między czystym oldskulem a „rodzynkami” został tu zachowany w proporcjach
aptekarskich. Album ten ukazał się na początku miesiąca, zatem jest na pewno
dostępny do odsłuchu na jakimś bandcampie, czy gdzieś tam. Poszukajcie, bo
warto.
-
jesusatan


















