niedziela, 16 sierpnia 2026

Recenzja Solystalgia „Solystalgia”

 

Solystalgia

„Solystalgia”

Nameless Grave 2026

 


Solystalgia to nowy zespół zza Wielkiej Kałuży, ale od razu zaznaczam, że wcale nie jest to kolejny twór deathmetalowy. Tym razem trafia nam się trio, które preferuje smutki i tęsknoty. Nie będę kłamał, iż jest to jeden z moich ulubionych gatunków. Owszem, kiedyś też trochę skutkowałem, ale było to raczej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, i dość szybko mi przeszło. Może dlatego, że gatunek który zrodził się w umysłach muzyków Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema dość szybko się wypalił i skręcił mocno w nieco luźniejszym kierunku. Tenże właśnie odłam kontynuują Amerykanie. Owszem, wspomniane pierwowzory są chwilami słyszalne w ich twórczości. Trochę w melodiach, częściej w solówkach, momentami w melancholijnym sposobie śpiewania. Powiem tak… Nie jest to album zły. Wręcz przeciwnie, pod względem wspomnianej estetyki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Choćby dlatego, że muzycy potrafią budować przytłaczającą, łzawą atmosferę swoich kompozycji nie tylko za pomocą smutnych harmonii, ale i dość ciekawej budowie całości. Główne utwory, w których oczywiście króluje powolne i pogrzebowe granie z dużą dozą rozpaczy, bez przesadnych zepętleń, przeplatają instrumentalnymi przerywnikami, jeszcze bardziej pogłębiające w słuchaczu negatywne uczucia. Co warto zaznaczyć, nie są to upchnięte na siłę interludia, wrzucone na płytę tylko dlatego, by utrzymać wspomniany schemat, ale utwory mocno spinające całość, będące jakby drzwiami do kolejnej sali smutku w tworzonym przez zespół muzeum. Wokalnie na szczęście też jest nieźle. Nie ma przesadnego balansowania w kierunku czystego smęcenia, przeważają raczej growle, co akurat dla mnie stanowi wielki plus. Pod względem brzmienia też jest przyzwoicie, choć brakuje mi nieco więcej ciężaru na gitarach, brzmiących w tym przypadku bardziej Katatoniowato niż wspomniane na wstępie pierwowzory (zwłaszcza w początkowym okresie). Same kompozycje nie nudzą, a chwilami nawet pozytywnie zaskakują. Jak choćby ostatni, odstający nieco od całości (o dziwo!) lżejszym klimatem, akustyczny „Acceptance”. Jeśli ja nie wyrzuciłem tego materiału po trzech minutach do kosza, to już jest jakaś pozytywna rekomendacja. A jak powiem, że odsłuchałem go trzy razy bez ziewania, to jest to już rekomendacja spora. Fani Novembers Doom, October Tide czy innego Swallow the Sun powinni być “Solystalgią” zachwyceni. I w sumie nie będę się im dziwił.

- jesusatan




 

Recenzja Jehovah on Death „Lágrimas de Oro”

 

Jehovah on Death

„Lágrimas de Oro”

I, Voidhanger Records 2026

 


Jeśli macie czasami ochotę posłuchać czegoś lżejszego, to sięgnijcie po Jehovah on Death. To kapela, która pochodzi z Aten, gdzie komponuje i nagrywa od 2020 roku. Po wydaniu kilku epek w lipcu ukazał się ich debiutancki album „Lágrimas de Oro”. Zawiera on dziewięć kawałków, które utrzymane są w tonie psychodelicznego rocka i proto-metalu, o okultystycznym usposobieniu. Jeśli znajome są wam takie kapele jak Blue Öyster Cult, Coven czy bardziej współczesne rzeczy jak chociażby Sabbat Assembly, Blood Ceremony i The Devil’s Blood, to już wiecie, jak leci muza od Greków. To muzyka przesiąknięta mistyką, tajemniczością i diaboliczną aurą. Wygenerowana za pomocą klasycznych i okresowo, wpadających w doomowe tony riffów, które okraszone zostały mroczną melodyką, płomiennymi solówkami i co najważniejsze, wspaniałymi wokalami żeńskiej części zespołu w osobie Señory Dolorosy. Wydobywa ona ze swoich strun głosowych mocne, powabne i kuszące dźwięki, które podkreślają diaboliczny charakter płyty i podbijają chwilami jej dramatyzm. Jehovah on Death urzeka swoją muzyką, która wypełniona jest formami znanymi z bluesa, posępnego rocka i proto-metalu, kreślącymi religijne i ponure pejzaże. Spotykają się w nich niezwykle nastrojowe akordy z żywotnymi, żarliwymi partiami, które oprócz sugestywnej rytmiki i atmosferyczności, potrafią także nieźle przysolić. Wydawnictwo inteligentnie zaaranżowane, które fascynuje satanistycznym klimatem rodem z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, który Ateńczycy oddają w autentyczny sposób. Polecam, bo świetnie i zarazem niezobowiązująco się tego słucha, a i wrażeń odpowiednich dostarcza.

shub niggurath




sobota, 15 sierpnia 2026

Recenzja Emptiness „Nowhere Speaks”

 

Emptiness

„Nowhere Speaks”

Season of Mist 2026

 


Emptiness to dla mnie nazwa kompletnie nieznana. A przecież zespół ma w dorobku już sześć płyt, a tworzący zespół ludzie z niejednego pieca chleb jedli, żeby wymienić choćby takie twory jak Enthroned, Abysmal Descent, Putrid Offal, Necromantic Worship czy Possession. Zatem najwyższy czas nadrobić zaległości, i sprawdzić, czym to smakuje. Okazuje się, że smaków tutaj co nie miara, na pewno więcej niż w najpopularniejszym chińskim daniu z kurczaka. Już po kilku minutach można bowiem stwierdzić, że nie jest to album na jeden odsłuch. Nie jest to też album typowy, który można przypisać do jednego gatunku, czy porównać do konkretnego zespołu. Belgowie dość mocno kombinują i mieszają w swoim garnku rozmaitości. Najogólniej można powiedzieć, że „Nowhere Speaks” to mroczny, bardzo nastrojowy doom / black metal o silnie awangardowym zabarwieniu. W zasadzie panowie nie wykraczają poza tempo średnie, zdecydowanie częściej zwalniając, albo wplatając między dłuższe utwory krótkie instrumentalne przerywniki. Występuje tu bardzo bogate instrumentarium. Albo może inaczej, sporo fragmentów odgrywanych jest jedynie przez część całej „orkiestry”. Gitarowe tremolo gdzieniegdzie milkną, ustępując miejsca, na przykład, jedynie perkusji z akompaniamentem basu. Gdzie indziej rolę przewodnią przejmują klawiszowe pasaże, ambientowe wstawki, albo momenty akustyczne, a wszystkiemu towarzyszą bardzo nietypowe, bo głównie szeptane (śpiewane szeptem?) wokale. Sporo tu odniesień do black metalu z Islandii, Francji, ale także do twórczości Howls of Ebb czy Blut Aus Nord. Nie brakuje także elementów wykraczających daleko poza metalowe ramy. Dość ciekawym zabiegiem jest także nagłe urwanie końcówki w dwóch ostatnich kompozycjach. Brzmi to na tyle dziwnie (głównie dlatego, że zabieg ten się powtarza), że aż musiałem sprawdzić, czy aby moja promówka nie posiada błędów. Wszystkie stosowane przez Emptiness zabiegi tworzą bardzo kolorowy i bogaty obraz muzyczny, który ogląda się kawałek po kawałku, co chwilę znajdując na nim jakieś drobne, skrzętnie ukryte detale. Całość trwa niewiele ponad czterdzieści minut, i naprawdę zlatuje nim mrugniemy okiem. Ale wciąga na tyle, że zaraz się chce „Nowhere Speaks” włączyć ponownie. Fajna, dziwna i intrygująca płyta.

- jesusatan




Recenzja EPITAPHE "III"

Epitaphe

„III”

Aesthetic Death (2026)

Francuscy death/doomowcy po czterech latach przerwy wracają ze swoim trzecim albumem zatytułowanym po prostu „III”, którego wydawcą będzie ten sam label co wcześniej – brytyjski Aesthetic Death. Również w obszarze muzycznym radykalnych zmian nie ma, niemniej mam poczucie, że omawiane tu wydawnictwo najbardziej trafia w mój gust z dotychczasowej twórczości Francuzów. Przede wszystkim fascynacja Opeth i wszelkiej maści eteryczno-klimatyczno-akustycznymi fragmentami i interludiami została trochę okrojona. Mam wrażenie, że im starszy się robię tym moja tolerancja na tego typu klimaciki jest mniejsza. I podobnie jest w tym przypadku – gdy muzycy Epitaphe zapędzają się w te rewiry próbując zrobić „różnicę” i rozładować trochę nastrój misternie budowany kolejnymi minutami frapującego death-doomu, robi się zwyczajnie nudno i mdło. I jest to jedyny mankament „III”. Pozostała muzyczna treść to cholernie dobrze zagrany i napisany kawałek muzyki z mnóstwem zmian tempa i motywów, galerią świetnych riffów i kanonad perkusyjnych, czy po prostu zajebiście dobrze prowadzonych kompozycji (nie licząc wspomnianych ucieczek w spokojne frazy). Uroku dodaje też produkcja – bardziej surowa niż na „II”, zdecydowanie bardziej kłaniająca się klasyce gatunku. Czas pokazał, że po nieco dłuższej niż zazwyczaj fascynacji albumem „II” przestałem po postu do niego wracać. Mam poczcie, że z „III” będzie podobnie, bo mimo wszystko to wciąż jest granie utrzymane w tej samej konwencji i stylistyce – zmieniły się tylko proporcje. Może, gdy muzyce Epitaphe całkiem zrezygnują z fascynacji ekipą Akerfeldta osiągną swój artystyczny szczyt, a może po prostu będą powielać swoje pomysły. Nadal bardzo dobrze, ale mam wrażenie, że pomimo że „III” jest lepszym albumem niż „II” to mój entuzjazm jest trochę mniejszy. Może przez te cztery lata wniosłem więcej nowego do swojego muzycznego gustu niż Francuzi do swojej muzyki? A może po prostu inaczej te dźwięki odbieram. Niemniej bardzo mocno polecam. 

Harlequin




 

 

piątek, 14 sierpnia 2026

Recenzja Godslut „The Art of Deconstruction”

 

Godslut

„The Art of Deconstruction”

Selfmadegod Rec. 2026

 


Kiedy tak sobie skanowałem na szybko Internety w poszukiwaniu czegoś na temat Godslut, natknąłem się na informację, iż zespół ten, po wydaniu debiutu, trzy lata temu, u tego samego wydawcy, okrzyknięty został przez niektórych „nową nadzieją polskiego death metalu”. Uuu, grubo! Trzeba było sprawdzić, bo przecież, co jak co, ale death metal to ja kocham od dziecka, trochę znam, i coś tam się orientuję. Hmm… nie wiem jak to wyglądało na debiucie, i czy aby nazwisko widniejącego wówczas w składzie bandu muzyka nie przyczyniło się kapkę do sukcesu marketingowego, ale to, co słyszę na „The Art of Deconstruction” to… taki Decapitated 2.0. I to porównanie wali mnie po uszach w zasadzie od pierwszej nutki do przedostatniego taktu (o ostatnim później). Owszem jest to death metal. Bardzo przykładnie (dla mnie ZBYT przykładnie) wyprodukowany, wyczyszczony tak, by każde pryknięcie stopy, czy plumkniecie basu było doskonale słyszalne, i żeby przypadkiem żaden paproszek się gdzieś na strunie nie osadził. Owszem, z zachowaniem odpowiedniego ciężaru i masy, żeby nie było niedomówień, acz bardziej typowego dla djentu. Samo granie Godslut to taki polski death metal z okresu późniejszego niż złota era. Czyli czasów, kiedy to poprzez narastający w kompozycjach poziom groove’u, pewnego rodzaju przebojowość i chwytliwość, wprowadzanie elementów z bardziej komercyjnych gatunków pobocznych trochę ten pierwotny metal śmierci poprowadziły z głębokiego undergroundu ku szerszej publiczności. Kojarzycie pewnie Fear Factory i ich „kultowy” „Demanufactured”. Na nowym krążku Godslut są momenty wzorowane chyba na owym wydawnictwie. Zresztą potwierdza się to liniach wokalnych, nierzadko wychodzące poza sferę klasycznego growla. Są też akordy o rodowodzie hard core’owym, jest też (o ja pierdolę, i to już jest gwóźdź do trumny) akustyczna balladka, i to z partiami wokali żeńskich! Na szczęście jest to już ostatni numer na płycie (kurwa, tytułowy haha!), ale powiem szczerze, jak dewotka na spowiedzi. Przez tą piosenkę nie chciało mi się włączać „The Art of Deconstruction” po raz drugi. Pomijając ten straszny babol, reszta materiału to solidny death metal dla fanów bardziej przystępnego oblicza gatunku, w którym osobiście niezbyt gustuję. Fanom wspomnianego Decapitated powinno się jednak spodobać. „Nadzieja polskiego death metalu”? Błagam… Nawet Mystic na początku działalności by chyba tego nie wymyślił.

- jesusatan




 

Recenzja Archgoat „Nightbringer, Lightbringer”

 

Archgoat

„Nightbringer, Lightbringer”

Debemur Morti Productions 2026

 


Mało coś ostatnio zaskoczeń, bo nowy Archgoat również nim nie jest. Finowie łupią jak na nich przystało, serwując smrodliwą papkę, którą uformowali w war metalowe kształty. Mieszają ją jak zwykle z rytualnymi, średnimi i wolnymi tempami, które wspomagane są przez subtelne syntezatory. Klawisze dobiegają jakby z oddali, podsycając ogień piekielny „Nightbringer, Lightbringer”, składającego się z jedenastu kawałków, z których sączy się smoła zmieszana z bluźnierstwem, ale nikogo przecież to nie zdziwi, ponieważ to w końcu Archgoat. Barbarzyńskie nawałnice, jadowite blasty i mnóstwo mistycyzmu o diabelskiej proweniencji. Panowie opanowali swoją sztukę do perfekcji, atakując jak zwykle z siłą znaczną. Gęsty i odstręczający szajs, który oprócz satanistycznego podmuchu, oferuje niezmierzone pokłady ceremonialnej atmosfery, a roztaczający ją trzej szafarze, zostali do tego namaszczeni przez samego Diabła. Jednakże to nie tylko toporne akordy tworzą ten materiał, bo Finowie do swych bestialskich i kultowych riffów dokładają sporo finezyjnej ornamentyki, którą trzeba wyłowić z kłębiących się tutaj dźwięków, ale jak już to się uda, to wyłania się wtedy wielowymiarowość kompozycji, początkowo jawiących się jako prosta i bezbożna napierdalanka. Do tego trzeba dodać sporo chwytliwości, które jak to u Archgoat nie są nachalne i dość sprytnie sprawiają, że ich muzyka oprócz antyreligijnych uniesień, gwarantuje również bezbolesny odbiór, nie umniejszając przy tym jej ciężaru gatunkowego. Co tu dużo pisać. Archgoat po raz kolejny oferuje swoim fanom miażdżący krążek, zaś antagonistom powiew gorącego powietrza, które spali ich na popiół. Finowie cały czas w formie.

shub niggurath




 

czwartek, 13 sierpnia 2026

Recenzja Neolith „Inbir”

 

Neolith

„Inbir”

Deformeating Prod. 2026

 


„Inbir” to słowo pochodzące z języka sumeryjskiego i oznacza „wojnę”. Czy da się w bardziej bezpośredni sposób zatytułować album deathmetalowy? Można by polemizować, ale na pewno słowo to i tak znalazłoby się w czołówce. Neolith obecni są na scenie od… cholera, od ćwierćwiecza i jeszcze dekady! Stare dziady, stare dziady! OK., koniec z poezją na dziś. Chłopaki od początku wierni są metalowi śmierci. Oczywiście takiemu ze starej szkoły, którą to, de facto, współtworzyli w złotym okresie gatunku. I wyobraźcie sobie, że przez te wszystkie lata Neolith prą do przodu ściśle upatrzoną ścieżką, z klapkami na oczach, niczym koń podczas wyścigów derbowych. Bez skoków w bok, bez tak zwanych „ewolucji” (czytaj: drastycznych zmian stylu), bez czerpania inspiracji z późniejszych, gruzowych odłamów gatunku. Czysty staroszkolny metal śmierci w najbardziej klasycznej formie. I chyba właśnie stąd wspomniany na wstępie „Inbir”, równie niewyszukany, co i sama muzyka. Wydany sześć lat temu „I am the Way” był dla mnie sporym zaskoczeniem. Głównie z tego powodu, że udowodnił, iż zespół z trzydziestoletnim stażem może nagrać jeden z najlepszych materiałów w swojej dyskografii. Jak w odniesieniu do owego krążka ma się „Inbir”? Cóż, trzyma poziom, i to zdecydowanie. Zdaje się, Levi i spółka są niczym wino. Bo ta nowo otwarta butelka zdecydowanie ma moc. Stylistycznie, jak już wspomniałem, fikołków nie ma. Jedyną nowością jest jeden numer zaśpiewany po naszemu, co się dotychczas (o ile mnie pamięć nie myli) zespołowi nie zdarzyło. Czysto sonicznie to nadal głównie Floryda i jej pochodne. Nadal przewijają się tutaj Morbidowe melodie oraz, przede wszystkim, solówki, które ostro weszły chłopakom z krew. Floryda, ale też na bardzo polski sposób. I tak sobie myślę, że gdybym kolejny raz rzucił porównaniem, dajmy na to, do wczesnego Vader, to dla zespołu z takim stażem byłoby to chyba poniekąd uwłaczające. Zwłaszcza, że ekipa Wiwczarka dosyć daleko odpłynęła od swoich korzeni, a Neolith nadal nie da się wyrwać z ziemi przez wiatry historii. Największą zaletą „Inbir” jest chyba właśnie konsekwencja i upór z jakim zespół trzyma się ram gatunku, a zarazem umiejętność grania „tych samych” patentów po raz nasty, bez kopiowania samego siebie ani zrzynania z „tych większych”. Gdybym miał doszukiwać się pęknieć w tym, nomen omen, monolicie, to naprawdę musiałbym być albo złośliwy, albo wyjątkowo drobiazgowy. Bo te czterdzieści minut to bardzo solidny kamień w bastionie twierdzy deathmetalowej. Neolith nigdy nie był dla mnie zespołem wybitnym. Zawsze jednak był na tyle dobrym, by poświęcić mu przynajmniej kilka odsłuchów. I nigdy nie żałowałem. Nie żałuję także tym razem. I biję po raz kolejny szczere pokłony, bo mało jest tak upartych deathmetalistów trzymających równy poziom przez tyle lat. Że mało napisałem konkretów o samej muzyce? Niech ona broni się sama. Ma czym.

- jesusatan




 

Recenzja Eternal Mourn „Winds of Sorrow”

 

Eternal Mourn

„Winds of Sorrow”

Terror from Hell Records 2026

 


Eternal Mourn jest kapelą z Włoch, która w lipcu obwieściła światu swoje istnienie za pomocą epki „Winds of Sorrow”. Zawiera ona trzy kawałki utrzymane w śmierciowo-gotyckim stylu, nawiązując w pełni do początków tego typu grania, kiedy to jeszcze gockie wydawnictwa gatunkowo ściśle związane były z death metalem. I tak właśnie, Włosi raczą słuchaczy powolnym, głównie średnio-tempowym metalem o słusznej wadze i gęstości. Niekiedy, ociężałe akordy zrywają się do szybszych uderzeń, przechodząc w żwawe i nieco przebojowe riffy, z jakimi do czynienia mieliśmy na „Shades of God” Paradise Lost. Są to, jednakże tylko krótkie momenty, bo większość kompozycji wypełniają przygnębiające takty, o bolesnej i melancholijnej wymowie, które, gdy osiągają apogeum rozpaczy i nie odnajdują wybawienia, toną w żałobnych nutach. Skoro już wspomniałem o Paradise Lost, to nie sposób skojarzyć muzyki Eternal Mourn z innymi przedstawicielami gotyckiego deta, takimi jak wczesna Katatonia, My Dying Bride czy Cemetary. Podobieństwa do nich w przypadku „Winds of Sorrow” niemalże od pierwszych sekund rzucają się w uszy i nikt oraz nic na to nie poradzi, bowiem takie było założenie Eternal Mourn, aby wskrzesić ogień tego gatunku na nowo i jednocześnie oddać mu należyty hołd. To klasyczne ujęcie, które w pełni wykorzystuje wszelkie zagrywki właściwe dla doom i death metalu. Wszystkie należyte dla tej odmiany formy tu się znajdują i doskonale ze sobą łączą. Mroczne i ciężkie riffy, odrobina brutalności, sporo depresyjnych chwytliwości, głębokie growle i atmosfera wypchana po brzegi smutkiem. Co najważniejsze całość zapodana jest w tradycyjny sposób, nie próbując uwodzić odbiorców lżejszymi formami lub cukierkową melodyką. Jest tutaj ciemno, gęsto i beznadziejnie, tak jak powinno być. Myślałem, że taki metal już dawno się zużył, ale Eternal Mourn udowadnia, iż nie do końca. Polecam fanom gatunku i nie tylko.

shub niggurath




środa, 12 sierpnia 2026

A review of Rapid “Enter the Realm of Fire”

 

Rapid

“Enter the Realm of Fire”

Dying Victims Prod. 2026

 


Twelve years ago, in Helsinki, Rapid was formed. The guys recorded a demo, then a second one, before taking a break of several years, only to return with an EP, and now, a mere twelve years on, to make their debut under the wings of Dying Victims Productions. Those last three words probably tell everyone enough to guess what Rapid are all about. And I’ll go even further… If there were a competition for the most representative act from this German label, the Finns would stand a very good chance of taking the top prize. “Enter the Realm of Fire” consists of an intro plus ten tracks of oldschool music, which can quite rightly be labelled “speed/black metal”. With the caveat, however , as I’ve mentioned many times in my reviews, that the ‘black’ element here is very much a matter of convention, and probably stems solely from the fact that this music was created in the present day rather than the 1980s. Musically, these recordings feature riffing in the vein of early Venom, Bulldozer or Sabbat, whilst vocally, the band sticks to clean yet powerful, aggressive singing. The guitar lines have something of the lightness of that era about them, in the sense that they flow freely, carrying a catchy melody that’s nonetheless so aggressive it makes you want to pull on some leather trousers and backcomb your hair. In the old days, this sort of ‘heavy metal’ shaped not only musical tastes but also one’s personality. It was a way of life, not just an online pose. Above all, it was utterly sincere. And Rapid play in exactly the same way as their much older idols. ‘Enter the Realm of Fire’ has all the elements that retro metal should have. And the most important of these is the sincerity of the message, and the ability to conjure up in your mind the old spirit that accompanied the creation of many of the genre’s milestones. Every track on this Finnish band’s album brings a broad smile to my face. Every one gets the adrenaline pumping. Every one brings back memories of my youth. And absolutely every single one is a potential live show-stopper. Hats off to Dying Victims for managing to unearth such gems amidst a sea of sludge. Even if they don’t overturn anyone’s value system, but simply reinforce it. Check the album out, you old farts, because it’s worth it.

- jesusatan




Recenzja Sněť „V Bažinách Vědomí”

 

Sněť

V Bažinách Vědomí

Dark Descent/Me Saco U Ojo (2026)

 


Tak! Czeski Sněť wraca właśnie na salony za sprawą drugiego albumu „V Bažinách Vědomí”, który lada dzień ujrzy światło dzienne. Poprzedni album zdrowo namieszał w deathmetalowym undergroundzie i sądzę, że na trwałe wpisał się historię współczesnego metalu śmierci. Podobną przyszłość wróżę drugiemu albumowi, który w żaden sposób nie stara się kopiować debiutu. Powiem więcej - „V Bažinách Vědomí” zaskakuje w wielu aspektach i na pewno nie są to zaskoczenia in minus. Ale po kolei. Debiut był w przeważającej części osadzony na prostych, mięsistych, czytelnych motywach, które kolejnymi akordami tratowały słuchaczy niczym tabun dzikich koni. I już tam było słychać, że chłopaki mają dalece ponadprzeciętną łatwość pisania chwytliwych i naszpikowanych energią motywów. Nowy album na pewno nie ustępuje w tym ostatnim aspekcie, ale muzycznie jest to zarówno krok do przodu jak i krok w bok. Sněť zaczął powiem kombinować, rozbudowywać i urozmaicać swoje utworu podkręcając przy tym tempo. Tak, „V Bažinách Vědomí” jest utrzymana w szybszych tempach, a gitarzyści jak i sekcja nie próbują trzymać się dłużej jednego motywu. Pojawiające się okazjonalnie akustyczne fragmenty stanowią smaczną przeciwwagę do stale kombinujących, ale nigdy nie zapędzających się w techniczne rewiry gitar. Sekcja rytmiczna nigdy nie wychodzi na pierwszy plan, ale dalekie jest to od zwykłego nabijania rytmu. W ogóle to kombinowanie jest tutaj tak nienachalne i nienarzucające się, że chapeau bas. Można pokusić się o pewne skojarzenia i analogie np. do wczesnego Atrocity czy Incubator. Innymi słowy Czesi wysmażyli naprawdę wyśmienity album z angażującymi i niebanalnymi kompozycjami nie zapominając o tym, że death metal ma bawić i spuszczać wpierdol. Tutaj jest wszystko. Nie zmieniło się jedno – teksty nadal są w języku naszych południowych sąsiadów co dodatkowo dodaje smaczku. Sněť potwierdzili, że aktualnie są ścisłą czołówką współczesnej sceny deathmetalowej i nadal mają sporo asów w rękawie, aby zaskakiwać nas w przyszłości. Póki co delektujmy się tym wspaniałym albumem, to będzie czołówka tego roku!

 Harlequin




 

Recenzja Complexant „Apex”

 

Complexant

„Apex”

Bleeding Art Collective / Blood Blast Distribution 2026


Grupa ta powstała w 2017 roku gdzieś na terenie Australii. Jak dotąd, oprócz jednej epki, serwowała swoim odbiorcom tylko single w wersji digital. Ostatniego dnia lipca ukazał się jej pierwszy album, który niesie ze sobą… Właśnie, co to za muzyka? Ano notka informacyjna od wytwórni mówi, że to mieszanka death i black metalu, ale jak dla mnie to czysty deathcore i chuj. Pełno tutaj soczystej i rytmicznej napierdalanki, o której stanowią szybkie riffy połączone z breakdownami. Między nie Complexant wplata sporo powykręcanych solówek, trochę modernistycznie pachnących akordów oraz dzikich, niemalże grindowych ataków. Kilka momentów o typowej dla death metalu ciężkości również tutaj znaleźć można jak i parę zjazdów w dysonanse. Całość zapodana na gęstym brzmieniu gitar i zdrowo łupiącej sekcji rytmicznej. Panowie jadą agresywnie, lecz z polotem właściwym dla współczesnego grania w stylu deathcore, w którym nie brakuje także melodyjności i skrętów w nu-metal, bo wokalista poza growlami popisać czystymi i chwytliwymi zaśpiewami się lubi. To lżejsza odmiana tego gatunku, bo słyszałem już brutalniejsze wykwity z tego stylu. Complexant prezentuje zachowawczą formę tej muzyki i stawia bardziej na nieco pokomplikowane aranże oraz techniczne zagrywki. Nie brakuje mu jednak wściekłości i intensywności. Australijczycy potrafią zadziornie przygrzać, ale jak dla mnie jest to rzępolenie zbyt ugrzecznione i nastawione na szerszy odbiór w związku z tym, nie będzie chyba problemów miał ten zespół z wejściem do mainstreamu, gdyż kwintet ten miażdży, ale tylko kruchą materię. Hartowanej stali nie podoła.

shub niggurath




 

wtorek, 11 sierpnia 2026

Recenzja Blindead „I'm Decomposed”

 

Blindead

„I'm Decomposed”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

 


To nie jest ten Blindead, o którym pewnie sobie z automatu pomyślicie. Ten nasz dodał sobie jakiś czas temu cyferkę 23 do nazwy, a poza tym gra muzyką diametralnie odmienną od tego, co znajdziecie na „I’m Decomposed”. Powyższy Blindead pochodzi z Chile, i gra czystej maści death metal. W sumie dość wyraźnie ukierunkowany na pewien wzorzec, ale jednocześnie nie będący dokładną jego kopią. A mam na myśli amerykańską Massacre, bo to chyba ich płytę (debiut, bo późniejszych nawet nie biorę pod uwagę) Chilijczycy ukochali sobie najbardziej. Wydawnictwo to zawiera pięć ścieżek (wliczając intro), i trwa niecałe dwadzieścia minut. Ciężko napisać o tym cokolwiek finezyjnego, bowiem muzyka na nim zawarta wcale taka nie jest. To kolejna próba odgrzewania starego kotleta, odwzorowywania starych i sprawdzonych patentów, kultywowania grania z lat minionych, no nazywajcie sobie to jak chcecie. Zatem jedyną kwestią w takim przypadku jest to, czy chłopaki faktycznie czują klimat, i czy potrafią oddać swoją w swojej twórczości ducha lat minionych. W tym konkretnym przypadku trochę połowicznie. Owszem, nie można im zarzucić braku znajomości starej szkoły. Album ten bowiem spełnia wszelkie jej zasady. Jest mięsiście, ciężko, jest przy okazji odpowiedni groove, odpowiednie zagęszczenie gitar, klasyczne struktury oraz głęboki wokal. I nawet jeśli nie jest to żadne męczenie buły, to jednak słychać, że to followersi, a nie liderzy. Szczerze, to trochę mi brakuje w tym południowoamerykańskiego feelingu, który to zespołu z tamtego zakątka świata prawdopodobnie wysysają z mlekiem matki, a który mógłby te nagrania nieco podrasować. Jak wspomniałem, to raczej krótki materiał, więc kilka rundek z nim można zrobić, ale żeby na dłużej zagościł w moim odtwarzaczu, to raczej marne szanse. Kto łaknie drugoligowego metalu śmierci, niechaj sobie sprawdza. Dla mnie zespół jakich wiele.

- jesusatan




 

Recenzja Fluisteraars „Jacht der Mysteriën”

 

Fluisteraars

„Jacht der Mysteriën”

Eisenwald 2026

 


Kilka lat temu jesusatan recenzował album tej grupy i niezbyt on się mu spodobał. Kilka lat minęło i chyba ze dwie płyty od rzeczonego „Bloem”, bo Holendrzy na swoim najnowszym, szóstym już w karierze krążku aż tak źle to nie grają. „Jacht der Mysteriën” zawiera trzy, rozbudowane kompozycje, które lecą sobie przez czterdzieści minut. Lecą sobie, a właściwie płyną, ponieważ to dość spokojna i hipnotyczna diabelszczyzna. Jednostajne riffy czy też tremolo, które poruszają się głównie w średnim tempie, gdyż tylko czasami podrywają się do ociężałego kłusu bądź wyhamowują do wolniejszych pływów. Miękko nastrojone gitary w towarzystwie dźwięcznego basu, wycofanej perkusji i ponurych wokali, kreują smutny, wręcz nostalgiczny black metal, który doskonale będzie pasował do pory roku, kiedy ten materiał pojawi się na sklepowych pułkach. Będzie to niemalże początek jesieni, bo datą tą jest jedenasty września więc posępna nastrojowość, umierającego lata idealnie z wydźwiękiem „Jacht der Mysteriën” koresponduje. Ogólnie rzecz biorąc nie jest tutaj beznadziejnie, poza tym, że nic specjalnego, ani ciekawego w tych trzech kompozycjach się nie dzieje. Ot typowe, atmosferyczne granie dla depresyjnej, wiecznie zmartwionej młodzieży, która lubi być po prostu smutna. Holendrzy reprezentują odłam black metalu smętnego, rozmarzonego i lirycznego, który w obecnym obrazie przyrównałbym do Drudkh. Zatem jeśli ktoś lubi klimatyczne dźwięki i aksamitne melodie w postaci ambientowej jednostajności o black metalowej charakterystyce, to niech sobie czeka na ten album z utęsknieniem. Reszta metalowców może sobie darować.

shub niggurath

 

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Recenzja Dishumane „Centurions Demise”

 

Dishumane

„Centurions Demise”

Blood Harvest 2026

 


Dishumane to nowy wykwit Amerykańskiej ziemi. Wykwit deathmetalowy. Debiutancka EP-ka, która jakoś na dniach wypuści w świat szwedzka Blood Harvest, to cztery ścieżki, trwające razem niespełna piętnaście minut. Najczęściej tyle trwały kiedyś demówki, i najczęściej zawierały właśnie cztery kawałki. I to bynajmniej nie jest zbieg okoliczności, bowiem muzykę panowie tworzą na bliskie podobieństwo lat dziewięćdziesiątych. Niespodzianką zapewne nie będzie, jeśli dodam, że inspirują się, i to dość znacznie, właśnie zamorskim stylem, choć nie tylko tym z Florydy. Powiem szczerze… Podobnych kawałków nasłuchałem się w życiu od cholery i jeszcze trochę. Ale kiedy po raz kolejny kręci się u mnie „Centurions Demise”, to nadal nie mam dość, i nadal chcę więcej. Niby to jest takie niepozorne, niby takie banalne, nieodkrywcze, a jednak ten zaszczepiony za młodu w organizmie pierwiastek śmierci ciągnie do tych piosenek i nie pozwala odpuścić. Pomijając sprawę oryginalności, albo jej braku, bo tu można podawać w przypisach takie nazwy jak Immolation, Incantation, Deicide, Dying Fetus, itepe, itede, te piętnaście minut to taki amalgamat najlepszych riffów z tamtego stulecia z nieprzesadzonymi zawijasami, zmianami tempa, zajebistym bębnieniem (nie na chama prosto, nie na siłę technicznie, za to mega intensywnie) i głębokimi, topielczymi wokalami, że łezka się w oku może niejednemu zakręcić. To jest death metal dokładnie taki, jakim narodził się w głowach największych filarów gatunku. Tu nie ma udawania, że się riffuje, nie ma krycia umiejętności za ścianą dźwięku, tylko jest śmiałe nawiązywanie do klasyki. I to w klasycznie dobrym stylu, bo ta demówka mogłaby spokojnie ukazać się trzydzieści lat temu, i też nie ciągnęła by ogonów po konkurencji. Tym bardziej, że całość brzmi w chuj ciężko i analogowo, dokładnie tak jak powinno. Kto ma metal śmierci w sercu niech sprawdza. Bardzo dobre demo.

- jesusatan




 

sobota, 8 sierpnia 2026

Recenzja Miasmes „Violence, Blasphème et Pourriture”

 

Miasmes

„Violence, Blasphème et Pourriture”

Les Acteurs de l'Ombre Productions 2026

“Przemoc, bluźnierstwo i zepsucie”. Tak tłumaczy się na nasze tytuł drugiego krążka tego francuskiego komando. Pierwszy ukazał się jakieś trzy lata temu, i niestety jakoś mnie ominął. Na pewno jednak przy najbliższej okazji nadrobię zaległości, bo to, co znalazłem na nowym albumie Miasmes to miód na moje uszy. W zasadzie materiał ten to sama klasyka, a jednocześnie posklejana w sposób trochę inny niż w większości przypadków. Bo powiedzieć o „Violence, Blasphème et Pourriture” że to mieszanka Darkthrone i Impaled Nazarene to bardzo spore uproszczenie. Acz nie zmienia to faktu, że przy pierwszym odsłuchu właśnie te dwa zespoły najbardziej cisną się na uszy. Finowie ze względu na serwowane często przez Miasmes blastujące tempa z charakterystyczną chwilami dla Finów melodyką. Gdzie indziej te najszybsze momenty mogą kojarzyć się z pancernym obliczem Marduk. No ale to tylko blasty. Wspomnany Darkthrone to surowe akordy, mocno inspirowane Celtic Frost (jest nawet klasyczne „Ugh!”, a jak!) i teutońskim thrash  metalem spod znaku wielkiej trójcy. Do tego panowie dorzucają jeszcze kapkę punka i wszelkich odcieni jego prostoty, co jest swoistym dopalaczem agresji dla zawartych na tym krążku piosenek. Cholera, tak na dobrą sprawę tu jest sam ogień i dzika, niczym nie hamowana wulgarność, wystawianie środkowego palca wszelkim modom i sranie na dobre obyczaje. Zresztą, co ja tu będę tłumaczył, spójrzcie na okładkę. Po stokroć tandetną, jednak wyrażającą dosadnie poglądy Francuzów i ich podejście do muzyki. Powiem wam tak… Gdyby banda podchmielonych punków nasłuchała się na imprezie z metalami klasycznych płyt, to na drugi dzień, zaraz po kliniku, nagrali by właśnie te piosenki. Kopiując przy okazji kilkusekundowe fragmenty, inne wymyślając na spontanie albo pożyczając z zespołów ze swojej stylistyki. Całość trwa niespełna trzydzieści pięć minut, ale ma w sobie tyle oktanów, że w zupełności starczy do podpalenia jakiegoś lokalnego kościoła i zdewastowania pobliskiego cmentarza. Do premiery jeszcze chwila, ale dobrze wam radzę, zapamiętajcie sobie tą nazwę, albo najlepiej wpiszcie przypominajkę do telefonu, bo wiem, że we współczesnym świecie bez tego ani rusz. Kurcze, i jeszcze ten fantastycznie zagrany cover Motörhead na zakończenie. Absolutnie wyskokowy album, dobry jak butelka wódki.

- jesusatan




Recenzja Horrifier „Revelations of Gore”

 

Horrifier

„Revelations of Gore”

Personal Rec. 2026

Trzy i pół dekady temu, kiedy to w Norwegii zapłonęły kościoły, a druga fala black metalu zaczęła infekować resztę kontynentu, czy też nawet świata, w kraju tym praktycznie nikt nie grał metalu śmierci. Oczywiście zdarzały się wyjątki pokroju bardzo dobrego Molested, ale na dobrą sprawę wszystkie nowe kapele chciały wtedy bzyczeć pod Darkthrony, Burzumy i inne Mayhemy. Z biegiem lat wszystko się nieco wyrównało, ale czegoś w stylu „norweskiego death metalu” nigdy się nie doczekaliśmy. Pojawiło się za to sporo zespołów hołdujących klasycznemu odłamowi gatunku, czy to amerykańskiemu, czy tego zrodzonego na Starym Kontynencie. Horrifier powołany do życia został zaledwie cztery lata temu, ale widać panowie nie próżnują, bo „Revelations of Gore” jest ich drugim pełniakiem (a po drodze było jeszcze demo, EP-ka i dwa splity). Materiał ten to intro plus osiem kompozycji oldskulowego death metalu. Bardziej amerykańskiego, bo inspiracje Autopsy, zwłaszcza, są tu nad wyraz słyszalne. Nie jest to jednak granie monotematyczne. Osobiście słyszę w tych dźwiękach także sporo Pungent Stench, Repulsion, a nawet odrobinę szwedzizny. Ciężko jednak tworzyć muzykę, która ma już kilka dekad, bez odniesienia do filarów gatunku, Sztuką jest jednak poskładać stare patenty w sposób choćby odrobinę autorski. Nie mówię, że Horrifier znaleźli jakiś złoty środek. To nadal w głównej mierze odgrywanie znanych i lubianych melodii, jednak poziom twórczy jest u Norwegów na zdecydowanie wysokim poziomie. Bez wyścigów ze strusiem, bez niepotrzebnego technicznego kombinowania, bez zbędnych mariaży z gatunkami podocznymi, czy bardziej odległymi, panowie rzeźbią swoją cuchnącą grobem muzę z autentyczną pasją i znajomością tematu. Czuć w tych nagraniach energię, szczerość i autentyczność, a sposób w jaki łączą się tutaj patenty z lat dziewięćdziesiątych z odniesieniem do protoplastów gatunku jest w tym przypadku wyjątkowo udany. Ponadto… brzmienie. Jak to śmierdzi kompostownikiem, to aż by się chciał człowiek głęboko zaciągnąć i nie wypuszczać do utraty przytomności. Ten cudownie chodzący w tle bas, te brudne gitary i nieco rozklekotane beczki, no fantastyczne! Chłopaki wiekiem nie dobili jeszcze do trzydziestki, ale metal śmierci najwyraźniej zainfekował ich jeszcze w łonie matki, bo są nim przesiąknięci na wskroś. Takich płyt można słuchać na zapętleniu, bo nigdy się nie znudzą. Kto łaknie cmentarnego rozkładu, niech sięga po „Revelations of Gore” bez wahania. Odpowiednie wrażenia gwarantowane.

- jesusatan




Recenzja Heretic Cult Redeemer „In Oculum Chaos”

 

Heretic Cult Redeemer

„In Oculum Chaos”

Serpent Sun Records 2026

To już czwarte, długogrające wydawnictwo od tej greckiej kapeli. Najnowsza płyta, tak jak poprzednia, dostarcza potencjalnemu odbiorcy dziewięć kawałków. Jak na Heretic Cult Redeemer przystało jest to udziwniony black metal, który znów niesie ze sobą nudy na pudy, bo męczy okrutnie swoimi szybkimi uderzeniami, dysonansowymi kanonadami i mistycznymi zwolnieniami. W sumie toziewanie nie jest aż takie potężne jak na poprzednim albumie, ponieważ na „In Oculum Chaos” jest więcej modernistycznych wygibasów, okultystycznych skrętów i kosmicznych klimatów więc zasnąć nie ma szans, gdyż mętlik w głowie od stale zmieniających się szybkości kostkowania, sposobów na nie oraz okresowo, pojawiającego się grochu z kapustą, jest niemały. Niestety, słuchając tego krążka, odnoszę wrażenie, że panowie zbyt głęboko popadają w jazzową improwizacyjność, która najzwyczajniej w świecie wydaje się być nieco wymuszona. To zbiorowisko schizoidalnych dźwięków, które kłębią się bez celu. Niezrozumiała masa riffów, tremolo i atonalnych zabiegów w towarzystwie obłąkańczych wokaliz, która bezsprzecznie spodoba się fanom nowoczesnych sposobów na black metal. Black metal, który swoim awangardowym usposobieniem i na każdym kroku, zaskakującą spontanicznością mnie męczy okrutnie, ale im z pewnością wejdzie bez popitki. Ostatecznie „In Oculum Chaos” jest ciekawszą pozycją od swojego poprzednika, choć bardziej osobliwą, w której, jeśli sił komuś starczy, to odnajdzie spore pokłady mroku i diabolicznego szaleństwa.

shub niggurath




czwartek, 6 sierpnia 2026

Recenzja Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

 

Hessian / Immortal Flame / Teufelsdom

“Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness”

Murder Rec. / Southern Soundclash Rec. 2026

I jeszcze jeden split nadesłany z Murder Records. Tym razem dzielony na trzy części, choć trwający razem jedynie siedemnaście minut. Najpierw Hessian. Amerykanie nie pierdolą się w tańcu. Oni generalnie tak jak zeszli do podziemia, tak w nim tkwią, i ani myślą łba wyściubić. Pięć minut surowego black metalu na blaście. W tym przypadku brzmienie jest nawet stosunkowo czyste (jak na Hessian), choć i tak osadzone w standardach undergroundowych. „The Invocation of Attiga” to taki trochę hołd dla „Panzer Division Marduk”, bo przerwy na odpoczynek tutaj nie ma najmniejszej. Jest za to wkręcająca się w głowę, zapętlona melodia, która nagle gaśnie w objęciach czegoś na kształt ostatniego tchnienia. I wokalny dialog między wrzaskiem o growlem, niczym padające z dwóch stron komendy do ataku. Bardzo dobry numer. Drugi zresztą niewiele gorszy, będący poniekąd kontynuacją pierwszego, czyli ponownie galop, w tym przypadku jednak w krótkimi przerwami na złapanie oddechu. I świetnie brzęczącymi blachami.  Immortal Flame są (a właściwie „jest”, bo to solowy projekt kolejnego muzyka z ADHD) ze Szwecji. Od niego też dwie piosenki, co ciekawe trwające dokładnie tyle samo, czyli dwie minuty i czterdzieści siedem sekund. Podobnie jak u Amerykanów, jest to surowy black metal, oparty na nieskomplikowanych chwytach, o piwnicznym brzmieniu i klimacie, z mocno zasyfionymi gitarami i wyraźnym basowym podbiciem. Trochę więcej tu wpływów pierwszej fali, szczególnie w „Here Rests Knowledge”, kawałku przypominającym nieco dokonania Venom. I na koniec Teufelsdom, czyli sataniści z Rosji. Tylko jeden utwór, za to aż sześciominutowy. Prosty jak konstrukcja cepa, czy  tam sierpa, trochę wolniejszy niż u poprzedników, lecz nie mniej surowy. Trochę to może przypominać początku black metalu z Norwegii, zwłaszcza spod znaku Darkthrone czy Burzum, ale w wersji mocno uproszczonej. Nieco inne są tutaj wokale, niby blackmetalowe, ale kapkę niższe, dochodzące jakby z jakiejś jamy. I za to akurat duży plus. Sam kawałek idealnie na ten split pasuje, bo poza ramy lo-fi się niespecjalnie wybija.  “Consultations of the Obscure in the Shadow of Antique Darkness” to kolejna pozycja wyłącznie dla maniaków surowizny. Fani bardziej mainstreamowego ujęcia gatunku mogą sobie to wydawnictwo z czystym sumieniem odpuścić.

- jesusatan




 

Recenzja Torpor „Ðungeon Ðescent”

 

Torpor

„Ðungeon Ðescent”

Dying Victims 2026

Torpor to warszawska kapela, której członkowie byli kiedyś związani z formacją Armagh. Jakiś czas temu, bo pod koniec lipca, ukazał się ich debiutancki album. Zaskoczenia nie ma, ponieważ to klasyczne granie, które jest fuzją epickiego heavy metalu i diabelskich dźwięków w stylu Venom czy bardzo wczesnego Bathory. Płyta ta, to siedem kawałków, stanowiących mieszankę heroicznych riffów, podniosłych melodii i agresywnych ataków. Do tego panowie dokładają sporo garażowo brzmiących solówek, black’n’rollowych bujanek i thrashowych akordów, a wszystkiemu towarzyszą czyste, klimatyczne śpiewy wokalisty i idealnie podbijająca dynamikę sekcja rytmiczna. To do bólu tradycyjne granie, które wyrasta z końcówki lat siedemdziesiątych i pierwszej połowy następnej dziesięciolatki, o atmosferycznym obliczu. Zadziwiające kojącymi i wzniosłymi chwytliwościami oraz zadzierżystością na starą modłę. Wchodzi to bez popitki i pozwala pławić się w swych nutach, tak jak degustator robi to pijąc wytrawną whisky. Tak jak można nie lubić tego trunku, tak też można nie gustować w muzyce, która łączy w sobie heavy i black metal i do tego udekorowana jest dość dużą dozą melodyki. Jednakże materiał ten jest skierowany nie do wszystkich, bo nie dla każdego są nastrojowe i zarazem mroczne kompozycje, które przypominają granie w rodzaju „Sword & Sorcery”, kojarzące się z Manowar tyle, że skonstruowane prościej i z mniejszym rozmachem. Cóż, wyraźnie majestatycznie, mocno piwnicznie i ze skrajnie staromodnymi manierami. Surowe brzmienie, przydymiona produkcja i tajemniczy klimacik. Mi robi to dobrze. Sprawdźcie, może wam też podejdzie.

shub niggurath




 

środa, 5 sierpnia 2026

Recenzja Black Witchcraft “Ex Ossibus Templum Ei Erigemus”

 

Black Witchcraft

“Ex Ossibus Templum Ei Erigemus”

Under the Sign of Garazel 2026

Toruński Black Witchcraft swoim zeszłorocznym debiutem doprowadził mnie momentalnie do pionu. Według mnie było to jedno z najlepszych wydawnictw Garazela w, bogatym przecież, katalogu. Kiedy dotarła do mnie nowa płyta zespołu, zastanawiałem się mocno, czy był to jedynie jednorazowy wybryk, czy chłopaki na poważnie zaznaczą swoją obecność w czołówce rodzimej sceny blackmetalowej. No to może od razu powiem krótko, młodzieżowym slangiem. Panowie dowieźli. I to, kurwa, jak! „Ex Ossibus Templum Ei Erigemus” jeśli nie jest płytą jeszcze lepszą niż „Stare into the Blackest Depths of Hell”, to przynajmniej jej dorównującą. Choć osobiście skłaniałbym się do opcji pierwszej. Naprawdę niewiele było do udoskonalania na debiucie, ale jeśli jakieś minimalne, niegodne uwagi, mankamenty tam się zauważało, tak teraz ciężko mi szukać dziury w całym. Black Witchcraft to jeden z najzdolniejszy uczniów norweskich profesorów. Słychać, że najczęściej uczęszczali na wykłady Pana Fenriza, Satyra czy Euronymousa. Zatem pisanie na temat tych nagrań jakichkolwiek rzeczy odkrywczych, tudzież rozkładanie ich na składniki pierwsze, mija się z celem, i nie sądzę, by Toruńczyki by się z tego powodu obrazili. Tym bardziej, że wytykanie im wspomnianych wzorców bynajmniej nie jest z mojej strony zarzutem. Powiem więcej. O ile taki Terrestrial Hospice potrafi czerpać z podobnych źródeł, a jednocześnie tworzyć dźwięki wprawiające każdego maniaka starej szkoły w ekstazę, to Black Witchcraft mogą stawać z nimi w szeregu. Podobne podejście do agresji, wręcz kipiącej z muzyki, podobne łączenie wścieklizny z melodią, niemal identyczne wzorce aranżacyjne, czyli wiele się dzieje, bo riff goni riff, ale z utrzymaniem pierwowzorów, oraz brzmienie… Surowe, zimne jak kostka lodu wrzucona do drinka, zarazem czytelne i pozwalające cieszyć się każdym detalem. Na dokładke wokale – niezwykle jadowite i pełne pasji, w niektórych momentach wchodzące też w rejony wikińskich zaśpiewów. No i nie zapominajmy o szybkości. Tak samo jak chłopaki z Gdańska, Black Witchcraft grzeją na potęgę, zwalniając jedynie w nielicznych momentach, będących idealnym uzupełnieniem owego galopu. Ich black metal to okuty but na ryj chrześcijaństwa, splunięcie w twarz zdychającemu na krzyżu, to wszelkie pierwotne ideały towarzyszące narodzinom drugiej fali. Bez dwóch zdań hord ten potrafią komponować numery, które naprawdę mogły by stać w silnej konkurencji dla sceny lat dziewięćdziesiątych. I to w zasadzie wszystko co mam do powiedzenia. Mnie „Ex Ossibus Templum Ei Erigemus” rozkłada na czynniki pierwsze, przywołuje wspomnienia, przyspiesza tętno do stanu przedzawałowego. Fenomenalny album. Dziękuję, do widzenia.

- jesusatan




Recenzja Scattered Remnants „Procreating Mass Carnage / Inherent Perversion / Destined to Fail”

 

Scattered Remnants

„Procreating Mass Carnage / Inherent Perversion / Destined to Fail”

Redefining Darkness Records 2026

To może być nie lada gratka dla wielbicieli klasycznego death metalu w wersji brutalnej. Stara kapela z USA wydaje swoje, wybrane trzy materiały, czyli demówkę, epkę oraz debiutanckiego longa, które pierwotnie ukazały się w latach dziewięćdziesiątych. To soczyste i barbarzyńskie granie, które leci przed siebie bez udziwnień, częstując sowicie łamiącymi kości kanonadami, miażdżącymi zwolnieniami i chwytliwymi, lecz piekielnie ciężkimi średnimi tempami. Zbiór tradycyjnego kostkowania, blastów, tłumienia strun i tremolo. Został on wygenerowany za pomocą gęstego brzmienia, które podbijają łomocząca perkusja i ultramięsisty bas, a towarzyszą wszystkiemu, rzygające growle. Scattered Remnants napierdala brutal-death metal, do którego wplata sporo elementów znanych ze slam metalu, zatem oprócz blast beatów, gniotących bujanek, dostajemy także pokaźną ilość rytmicznych riffów, breakdown’ów i palm mutingu z wychodzącym okresowo na pierwszy plan basem, i bulgoczącymi wokalami. Agresywna i brutalna muza odznaczająca się niezwykłą chropowatością oraz ciężkością. Niosąca ze sobą bestialskie dźwięki, które delikatniejszym uszom będą zapewne wydawać się zbyt wstrętne, aby ich słuchać. Przeznaczona do dewastacji produkcja, która nieustannie dudni, wpędza w szaleństwo i rani zgrzytliwymi akordami. Jeśli komuś połączenie Suffocation z wczesną Pyrexia i takim też Cryptopsy, to będzie się pławić w zachwycie, słuchając tego wydawnictwa. Do tego dorzućmy odrobinę Exhumed, Infester z Incantation i danie gotowe. Smacznego. Świetne przypomnienie tego co dawno zostało zapomniane.

shub niggurath