wtorek, 7 lipca 2026

A review of Witching Hour “Past Midnight”

 

Witching Hour

“Past Midnight”

Dying Victims Prod. 2026

 


This is already the fourth album by this German trio, which traces its origins back to the year two thousand and six. At least physically, because mentally, these guys are still stuck in the ’80s. I don’t know, maybe they travelled to our times in some kind of time machine, or, like Godfryd Amaury de Malfête and his squire, they drank a magic potion, because neither their appearance nor the music they create fits in with the present day at all. “Past Midnight” is thirty-five minutes of old-school thrash/speed metal, with vocals that are only slightly more aggressive than was typical for that era. No growls or other black-metal-style screams, though, just stronger, more hoarse singing. In terms of arrangement, this is pure classic. Not a single deviation from the formula adhered to by such dinosaurs as Desester, Destruction, or Sodom. And it’s no coincidence that I’m mentioning only bands from across our western border, because “Made in Witching Hour” metal is thoroughly Teutonic  in their thoughts and in their words, in what they have done and in what they have failed to do. Razor-sharp melodies, usually played at a brisk pace, uncomplicated drum lines, harsh vocals, and that headbang-inducing groove. All wrapped up in an analog sound, complete with the appropriate logo and cover art. Asking about originality? You’ve got to be kidding! Asking what sets Witching Hour apart from the hundreds of other bands playing retro metal? Nothing in particular, at least from a technical standpoint. Compositionally, it’s also just decent. So who should this album be aimed at? Old-school fanatics, preferably with teased hair, who wear denim jackets adorned with patches and white Adidas sneakers. On the other hand, I haven’t had long hair for ages, and I’ve never worn white trainers, yet I still like this album a lot. Because it’s joyful music, totally sincere and non-commercial (only an idiot would expect to make money off this kind of music today). And it’s precisely for that sincerity and consistency that the Germans get a huge thumbs-up from me. You guys should check them out, especially if you haven’t had the chance yet.

- jesusatan




Recenzja Inferno „The Anthropic Sophisms (On the Heights of Despair)”

 

Inferno

„The Anthropic Sophisms (On the Heights of Despair)”

Debemur Morti Productions 2026

Ci Czesi tworzą już od 1995 roku, ale jak dotąd i dziwnym trafem nigdy się z nimi nie spotkałem. Podobno mają ugruntowaną pozycję na czeskiej (i nie tylko) scenie więc postanowiłem sprawdzić ich najnowszy, dziewiąty już album, skoro zjawił się w mojej skrzynce pocztowej. To długie, cztery kompozycje, które łącznie trwają czterdzieści minut i zalewają słuchacza szumem kosmosu. Kosmosu, który w żadnym aspekcie nie jest przyjazny człowiekowi. Może on bowiem jedynie, biernie się przyglądać temu, co dla niego przygotował i to, czy dostosuje się do zmian, sił natury już nie interesuje. Tak też jest z tą płytą, bo albo zatopicie się w jej dźwiękach, albo was zniszczą i wyrzucicie ją za okno. To atonalny i dysharmonijny pochód, z którego nie wyłaniają się żadne melodie. To gęsta ciecz, która sączy się z mozołem, choć potrafi także pozwolić sobie na dzikie i chaotyczne wybryki w postaci furiackich przyspieszeń, zalewających uszy kakofonią nieokrzesanych uderzeń. Poza tymi chwilami, Inferno płynnie i w średnim tempie przypuszcza na nas instrumentalny atak, który dusi i przytłacza z każdym uderzeniem w struny, bębny czy klawisze syntezatorów. To kłębiąca się i pulsująca materia, która tańczy i otępia zmysły na całego. Hipnotyzuje i wpędza w trans, przenosząc do niezrozumiałego i pełnego grozy świata. To dysonansowy black metal, który częstuje swymi narastającymi akordami, nie pytając czy nam smakuje. Wlewa się bezpardonowo każdym otworem ciała i porem skóry, zatruwając organizm panicznym lękiem. Muzyka zimna, odrealniona i lepka od nieprzychylności. Tworząca wrogo nastawiony pomruk wszechświata, który wypełniony jest pełzającymi niuansami. Dla fanów Blut aus Nord czy Deathspell Omega jak znalazł.

shub niggurath




Recenzja Sallow Moth „Hydrophilous Brood”

 

Sallow Moth

„Hydrophilous Brood”

Willowtip (2026)

 


Jeszcze nie minął rok od wydanego w ubiegłym roku „Mossbane Lantern”, a teksański duet Sallow Moth atakuje z nowym, czwartym już pełniakiem. Do tej pory trochę traktowałem ten band z przymrużeniem oka, bo choć prezentował wysoki poziom instrumentalny, to kompozytorsko było tam więcej kunktatorstwa i chaosu niż wartościowej muzyki. „Hydrophilous Brood” na całe szczęście jest krokiem naprzód i to we właściwym kierunku. Jeżeli cenicie sobie wydawnictwa Afterbirth lub waszą uwagę zwrócił nowojorski projekt Sarmat, to nowy album Sallow Moth może być tworem, którym warto by się zainteresować. Słychać tutaj, że duet panów nasłuchał się mocno ich kolegów z wytwórni i bardziej ukierunkował swoją muzykę na – nazwijmy to dla celów szufladkowych – progresywny, nieco futurystyczny brutal death. Warsztatowo członkowie Sallow Moth już wcześniej prezentowali wysokie umiejętności instrumentalne, ale chyba po raz pierwszy tak realnie próbowali okiełznać kompozytorski bałagan, który towarzyszył im na wcześniejszych albumach. Efekt jest mieszany – raz to udaje się lepiej, raz gorzej, ale po raz pierwszy słyszę w ich graniu jakąś myśl przewodnią, koncept i estetykę, której starają się trzymać. Działa to mocno in plus, bo w tych kawałkach dzieje się dużo i niejednokrotnie są to motywy, które zostają w głowie na dłużej. Gorzej dwóm panom wychodzi niestety przechodzenie z motywu w motyw, tu pojawia się dużo więcej niespójności, czegoś co burzy całkiem nieźle budowany flow, a kolejne frazy bywają zbyt mocno oderwane od siebie nie tworząc harmonijnej całości. Do kompozytorskiej maestrii Afterbirth jest tu bardzo daleko, do technicznych odlotów Sarmat też, ale „Hydrophilous Brood” i tak prezentuje ponadprzeciętny poziom i potencjał, który chyba jeszcze nie został w pełni wykorzystany i oszlifowany. Nie zmienia to faktu, że ten album może się podobać i ma poro dobrego do zaoferowania. Osobiście nie kupiłbym tej płyty, ale szczerze zachęcam do posłuchania, bo jest tu na czym zawiesić ucho. Pytanie tylko, czy na etapie czwartego albumu nie należałoby od zespołu oczekiwać bardziej skrystalizowanej wizji tego, w którym kierunku rozwój zespołu ma podążać, bo choć dostaliśmy najbardziej konsekwentny stylistycznie album Sallow Moth, nie mam pewności, że na kolejnym krążku ten kurs zostanie utrzymany.

Harlequin




piątek, 3 lipca 2026

Recenzja Finsterforst „Still”

 

Finsterforst

„Still”

AOP Records 2026

 


Finsterforst pochodzi z Niemiec i muzykuje już od 2004 roku. Ten septet kilka płyt ma już na koncie, bo pięć, a „Still” to najnowsza, szósta ich płyta, która ukarze się pod koniec lipca. Teutoni tworzą folk-viking metal, tak przynajmniej określają ich źródła internetowe, ale to duże uproszczenie, ponieważ muzyka tego bandu korzysta z całej gamy gatunków metalowych. Obok elementów dla wymienionych wyżej form, spotkać tutaj można także sporo ponurej diabelszczyzny, doomowych przygnębień, epickich wzniosłości, post metalowych urozmaiceń oraz smutaśnej atmosferyczności. Nie wiem, jak było na poprzednich wydawnictwach tej grupy, ale na „Still” jest bardzo profesjonalnie i z rozmachem. To potężnie brzmiąca muzyka, która może zachwycić swoim monumentalizmem, różnorodnością i zmienną klimatycznością. Ciężkie, gniotące łojenie spotyka się tutaj z mrocznym bleczurem, a pomiędzy nie wchodzą wikińskie marsze i sentymentalne podniosłości, a całość niekiedy przerywają nastrojowe wtręty. Ta mieszanka akordów w zmiennych tempach płynie w towarzystwie syntezatorowych podkładów, które okresowo przechodzą we wręcz orkiestralne formy, gdzie użyto nawet takich instrumentów jak dudy czy akordeon. Materiał odznacza się gitarami, których mięsistość podbijają potężne bębny i dobrze słyszalny bas. Wszystkiemu towarzyszą (w zależności od momentu w jakim znajduje się muzyka) szorstkie i czyste wokalizy. Cóż, to dość ambitne dzieło wypełnione po brzegi różnorakim kostkowaniem i jego ozdobnikami, które powinno spodobać się wielbicielom viking-metalu. Tym bardziej, że „Still” to jego rozszerzona o inne wpływy wersja, które dopełniły efekt końcowy, a jest on godny podziwu. Niemniej jednak jest to krążek skierowany do wąskiego grona odbiorców, ale ci, którzy od czasu do czasu sięgają również po tego typu muzę z pewnością docenią najnowszą propozycję od Finsterforst.

shub niggurath




 

czwartek, 25 czerwca 2026

Recenzja Czerń / Burning Sky / Lwstndrds - Split

 

Czerń / Burning Sky / Lwstndrds

Split

Arcadian Industry 2026

 


No to jeszcze jedna recenzja przed wyjazdem na zasłużony urlop i coroczny reset od muzycznych spraw. Tym razem jest to split trzech krajowych przedstawicieli. Split o tyle ciekawy, że każdy z wchodzących w jego skład zespołów prezentuje granie nieco inne. Najpierw Czerń. Wejście na pełnym punku, klasyczny d-beat, i to nawet nie deathmetalowy, a taki typowy z irokezem. Death metal pojawia się chwilę później, i panowie galopują do w kierunku mety już bardziej w jego przybraniu. Filozofii tu nie ma, jest za to klasyka, oraz toporne zwolnienie w stylu Dying Fetus, które kruszy kości niczym… kruszarka do kości. Drugi numer tych panów jest zdecydowanie rychliwszy, ale też krótszy, a pod koniec pojawiają się w nim i bardziej śpiewne gitary, i motyw mocno hardcore’owy. Fajna mieszanka, idealna na koncerty. No i Czerń śpiewają po polsku, to tak dla uzupełnienia. Zmiana warty, i kolejne dwa numery w wykonaniu Burning Sky. To też śmierć metalowa załoga, tylko bardziej doświadczona, bo posiadająca na  koncie już cztery duże płyty. Tonaż tych kompozycji jest zdecydowanie większy, i zamiast punka, znajdziemy w nich więcej klasycznej Ameryki spod znaku Incantation czy Immolation, acz nie tylko. Lekki sznyt sludge’owy też da się wyczuć, a przy riffie w połowie „Surrounded by Fools” można nieźle się zamachnąć łbem. Nie mniej jednak w porównaniu do Czerni, jest to waga ciężka, nie półśrednia. Słychać, że Burning Sky doskonale znają klasykę i mają własne na nią spojrzenie. Połączenie bezwzględnej brutalności z miażdżącym ciężarem doskonale się w ich przypadku sprawdza. No i nie lada niedźwiedzi wokal posiada pan Kuba. Końcówka należy do kapeli, której nazwę nakreślił chyba kot przebiegający po klawiaturze. To duet z Zabrza, częstujący trzema kawałkami death metalu o słyszalnych zapędach w kierunku grind. Ale nie jest to typowy szablon, że szybko, wolniej, jeszcze szybciej, i darcie japy na całego. Goście troszkę główkują, bo zmiany tempa, owszem, są, ale nie od stempla. Poza tym jak jest zwolnienie, to robi się naprawdę duszno, bo jest ono zagrane z głową. A jak chwilami pojawi się element noise’owy czy industrialny, to nie dlatego, żeby w kategoryzacji pojawiło się dodatkowe słowo, tylko dlatego, że tam faktycznie pasuje i robi mały bałagan. Lwstndrds istnieją dekadę, i chyba właśnie takie małe wydawnictwa lubią najbardziej, bo pełniaka się jeszcze nie dorobili, za to EP-ek natłukli od cholery. Wnioskuję zatem, że wolą nagrywać na spontanie, niż planować i udoskonalać. I to chyba właśnie słychać tu najbardziej. No i fajnie. Ten split to bardzo wartościowa rzecz, bo za jednym zamachem można posłuchać sobie metalu śmierci zagranego na trzy różne sposoby, a całość nie zajmie nam więcej niż dwadzieścia minut. Plus wartość edukacyjna, bo zapewne nie każdy zna wszystkie trzy powyższe brygady. Warto sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Ad Finem Omnia „SenectusViae”

 

Ad Finem Omnia

„SenectusViae”

Purity Through Fire 2026

Poprzednia, debiutancka produkcja Ad Finem Omnia nie przypadła mi do gustu. Był to melodyjno-atmosferyczny black metal, który odznaczał się daleko posuniętą odtwórczością tego, co już kiedyś wielokrotnie miało miejsce. Sztampowa, nudna i trzeszcząca jak stara, styrana płyta, której znacie każdą sekundę jej trwania więc niczym was nie zaskoczy, a przy tym niosąca ze sobą diabelszczyznę o niskiej wadze gatunkowej. Niestety z „SenectusViae” jest podobnie, a nawet identycznie. No i siedzę sobie, słuchając najnowszego krążka tego Chilijskiego muzyka, i się zastanawiam. Zastanawiam się nad tym, ile ktoś jest w stanie posiadać na półce takich samych płyt i nie ważne jak bardzo lubi określony sposób na metal. Na ile trzeba mieć potrzebę, żeby zdecydować się na komponowanie tego typu black metalu, który w dodatku nie wykazuje zanadto takich cech jak sataniczność, mizantropijność, smutek czy złość. Nie zasnuwa swoim brzmieniem świata mrokiem i ponurością. Nie jest lodowaty i arogancki w tym, czy się on komuś podoba lub nie. Za to korzystając z utartych do bólu wzorców, leci sobie w zmiennych tempach, kreśląc melodyjne tremolo w towarzystwie dudniących bębnów, delikatnie wycofanego basu i harmonijnie charczących wokaliz, które miejscami przechodzą w podniosłe zaśpiewy. Klimatyczność posiada niczym z kreskówek i odpustowych jarmarków zatem poskakać i pomachać głową da się. Myślę, że wielbiciele albumów o niebieskich okładkach nie powinni się rozczarować, choć w tym przypadku rysuneczek jest szary. No i oczywiście, jeśli mają jeszcze miejsce na półce na kolejny element w dryfującym swobodnie planktonie, który w sumie odgrywa znaczącą rolę w ekosystemie. Cóż, Ad Finem Omnia pewnie też.

shub niggurath




środa, 24 czerwca 2026

Recenzja Starless Void “Mors Certa, Hora Incerta”

 

Starless Void

“Mors Certa, Hora Incerta”

Case-Studio 2026

Z twórczością Starless Void po raz pierwszy spotkałem się jakieś dwa lata temu, kiedy to zespół podesłał mi do odsłuchu debiutancką EP-kę. Potem panowie, i pani, wypuścili jeszcze drugą EP-kę i split, a dziś na mój stół trafiło pierwsze danie główne w postaci „Mors Certa, Hora Incerta” (tak fikuśnie do rymu). Album ten zawiera siedem kompozycji, i trwa niecałe trzydzieści pięć minut. Stylistycznej rewolty, w porównaniu z pierwszymi nagraniami, nie przynosi. Przynosi za to zauważalny postęp kompozytorski. Niby w gatunku sludge / doom prochu na nowo wymyśleć się nie da. Prawda to, jednak, podobnie jak, choćby przy kapelach grzebiących współcześnie w szwedzkim death metalu, sprawą kluczową jest tutaj zagranie muzyki z totalną szczerością i, mimo wszystko, polotem. A Starless Void, nawet jeśli mielą „ na jedno kopyto” (bo tempo się tutaj zbytnio nie zmienia), słucha się naprawdę z wielką przyjemnością. Jest w ich utworach to charakterystyczne bujanie, są ciężkie jak koparka akordy, hammondowe dodatki, i sporo narkotycznych oparów. Przy tej płytcie można chwilami poczuć się jak w zadymionym od dymu papierosowego obskurnym pubie, gdzie przy stolikach siedzą miejscowe lumpy i, spijając piwo, patrzą tylko komu przypierdolić, a na malutkiej scenie gra sobie kilkoro brodatych grubasów. Chłopakom ze Starless Void mięśnia piwnego co prawda jeszcze trochę brakuje, za to ich piosenkom na pewno nie brakuje, i uwaga, tutaj użyję zaskakującego słowa – przebojowości. Tak, niektóre refreny w zasadzie nucą się same, i za cholerę nie chcą wyjść z głowy. Pod tym względem chyba najbardziej wybijają się „Effigy of an Obliterated God” i, przede wszystkim, „Radioactivity Meter”. Co nie znaczy, że reszta płyty mocno od nich odstaje, bynajmniej. Materiał ten jest bardzo równy, spójny, i słucha się go od początku do końca bez najmniejszego ziewania. Bardzo dobre są na tym krążku wokale, zarówno te głębokie, growlujące, jak i żeńskie zaśpiewy w tle, idealnie uzupełniające męskie niedopowiedzenia. O brzmieniu napiszę tylko tyle, że jest klasycznie masywne, i niczego mu nie brakuje. Tak samo jak i zawartości czysto muzycznej „Mors Certa, Hora Incerta”, bo to naprawdę dobry materiał, który pokazuje zespół w formie dojrzałego, i w pełni już świadomego tworu. Mam tylko nadzieję, że nie wpadną im do głowy pomysłu na przesadne urozmaicanie swojej formuły, bo według mnie jest ona w chwili obecnej idealna. Podoba mi się ten album. Jutro z rana też go sobie puszczę.

- jesusatan




Recenzja Arckanum „Motestandarin”

 

Arckanum

„Motestandarin”

Darkness Shall Rise 2026

Arckanum to jedna z najstarszych kapel na szwedzkiej, black metalowej scenie drugiej fali gatunku, bo istnieje od 1992 roku. Od tamtej pory ten jednoosobowy projekt uzbierał na swoim koncie dziewięć albumów i sporo epek. „Motestandarin” jest ósmą z kolei i zapowiada, nadchodzący, dziesiąty krążek w dyskografii tego bandu. Twórca ideologicznie porusza się w temacie Thursów, czyli pierwotnych olbrzymów z mitologii nordyckiej, ale termin ten odnosi się również do Thursatru, będącą uwspółcześnioną Ścieżką Lewej Ręki. Ma ona związek z praktykami okultystycznymi, zmiennokształtnością, wiarą w chaos i kultem sił ze staronordyjskiej mitologii, która stoi w opozycji do tradycyjnego panteonu Asów i Wanów. Materię zainteresowań, odpowiedzialnego za Arckanum Szweda, którym jest Johan S. Lahger, wyraźnie słychać w tutejszych dwóch utworach, ponieważ to bardzo poważnie potraktowana diabelszczyzna, z której zionie skandynawskim mistycyzmem. To zdecydowane riffy i tremolo, które wraz z sekcją rytmiczną oraz złowrogimi wokalami, generują posępny i nieco rytualny black metal. Pomimo chłodnych gitar z tej muzyki tchnie żarliwością, od której płomieni drży ziemia. To hipnotyczne aranżacje, które niekiedy przechodzą w atmosferyczne i okultystyczne rejony. W ten sposób, ukrywający się tutaj za pseudonimem Shamaatae, Johan, podkreśla znaczenie i majestatyczność tworzonych przez siebie dźwięków, co fantastycznie mu się udaje, gdyż słuchając „Motestandarin” nietrudno o ciarki na plecach. Te dwa kawałki, które pochłaniają bez reszty, powodują, że warto czekać na kolejną płytę, bo jeśli na niej poziom tej epki zostanie podtrzymany, będzie to bardzo dobry album.

shub niggurath




wtorek, 23 czerwca 2026

Recenzja Rimruna “Wenn Droben Nachts der Frostmond Thront”

 

Rimruna

“Wenn Droben Nachts der Frostmond Thront”

Schattenkult Prod. / Kombinat Schwarz Metall / Blutmondsphaeren  2026

Z niemieckim Rimruna po raz pierwszy spotkałem się kilka lat temu, przy okazji ich występu na którymś z przystanków cyklu The Last Words of Death. Pamiętam, że w pierwszej chwili kupili mnie przede wszystkim umiejętnością odegrania swoich kompozycji na żywo wyłącznie w dwójkę. Samą muzykę poznałem dogłębniej chwilę później. Dziś, rzeczony duet powraca z płytą numer trzy, na którą, jeśli nie liczyć pojawiających się w międzyczasie splitów, czekać trzeba było niemal dekadę. „Gdy na nocnym niebie króluje mroźny księżyc” to w prostej linii kontynuacja stylu zapoczątkowanego na „Frostbann”, i sukcesywnie udoskonalanego na kolejnych wydawnictwach, a będącego bezpośrednią spuścizną po nordyckiej drugiej fali. Oczywiście, teksty śpiewane przez Wintergrimm’a w języku narodowym dodają tutaj owego niemieckiego pierwiastka w stopniu znacznym, jednak treść instrumentalna bazuje głównie na wspomnianych, północnych inspiracjach. I to bardzo przekrojowo, bo da się tutaj wyczuć wątki norweskie, jak i szwedzkie czy fińskie. Nie będę jednak przy tej okazji rzucał żadnymi nazwami, bo Rimruna tak sprawnie tworzą mieszankę melodyjnych harmonii z ostrymi, lodowatymi zagraniami, tak umiejętnie tonują napięcie za pomocą nastrojowych riffów wikińskich (no dobra, tutaj muszę przytoczyć Bathory, czy Hades), że ciężko zarzucić im kopiowanie kogokolwiek. Bo kompozycje berlińczyków, a są one tradycyjnie długie, ponad dziesięciominutowe, zawierają wszystko to, co atmosferyczny, ale wyważenie surowy zarazem, black metal posiadać powinien. A już przede wszystkim klimat tego krążka jest niebywale wciągający. To muzyczna opowieść, której słucha się z zapartym tchem. Na tyle ciekawa i wielobarwna, że chętnie się do niej wraca, by raz jeszcze sprawdzić, czy czasem czegoś nie przeoczyliśmy po drodze. Dodatkowym atutem tych nagrań jest klasyczne brzmienie z lat dziewięćdziesiątych. Niby wszystko jest tutaj w stu procentach selektywne (dzięki czemu żaden detal nie ucieka), ale nadal na wskroś analogowe, nagrane „jak za starych dobrych czasów”. Album trwa niemal godzinę, ale, wierzcie mi, kiedy się kończy, wcale nie oddychamy z ulgą, tylko mamy ochotę na kolejną rundkę. Tym bardziej, że z każdym odsłucham, kiedy oswajamy się z tymi nagraniami, chce się ich coraz mocniej, i coraz intensywniej się je przeżywa. Jeśli nazwa Rimruna nic wam nie mówi, to sprawdźcie ich koniecznie, bo mam wrażenie, że jest to zespół niemal karygodnie niedoceniany, zasługujący na zdecydowanie szerszą atencję. „Wenn Droben Nachts der Frostmond Thrond” ma moją zdecydowaną rekomendacje.

- jesusatan




Recenzja Nargaroth „Apocalyptic Steal”

 

Nargaroth

„Apocalyptic Steal”

Season of Mist: Underground Activists 2026

 


Nargaroth ma już długą historię, ale kilka ładnych lat milczał. Jego ostatni album ukazał się w 2017 roku i od tamtego czasu nic nowego nie nagrał. Pojawienie się „Apocalyptic Steal” nie oznacza taż, że to świeży materiał, bo pierwotnie został on zarejestrowany w 2014 roku podczas jednej z kalifornijskich sesji. Pozostał jednak odłożony na półkę, aby ustąpić pierwszeństwa swemu poprzednikowi, a mianowicie „Era of Threnody”. Teraz przyszedł czas na ten mateks, bo pewnie weny brak, a coś wydać po dziewięciu latach niebytu trzeba. Chuj z pobudkami, ponieważ „Apocalyptic Steal” to całkiem niezły krążek, który w pełni nawiązuje do ujęcia black metalu z końca dwudziestego wieku. To ta dziksza forma tego gatunku z tamtych czasów, zresztą ten Niemiec gra diabelszczyznę w ten sposób nie od dziś. Te stare i zarazem nowe piosenki nie przeterminowały się i dają radę. Jadowite riffy, szalone solówki i szorstkie wokale tną jak żyletki oraz chłodzą powietrze jak przystało na black metal w stylu Gorgoroth czy Carpathian Forest. Zapodają chłostę i jednocześnie zarażają ponuractwem, za pomocą ostrych tremolando, które pomieszane są tutaj z wojowniczo nastawionymi akordami. Sączy się z tego wszystkiego czarna trucizna i bluźnierstwo, które atakują bez pardonu i wżerają się w zakamarki mózgu, pozostając tam na bardzo długo. Ash poczyna sobie tutaj zuchwale, katując zajadłym kostkowaniem, lecz i pobujać d-beatami również potrafi. Umie także pójść w innym kierunku i zmienić klimat na gotycki jak w kawałku „Dresden”, śpiewając nostalgicznie, czystym głosem, o zatraconych duszach tytułowego miasta. Klasyczna płyta. W duchu drugiej połowy ostatniego dziesięciolecia poprzedniego wieku. Trochę na poważnie, odrobinę nostalgicznie i zarazem zawadiacko, co nie zawsze słychać w muzyce, ale wystarczy zapoznać się z tekstami jak chociażby do „I Drink Alone” czy „Metalheart”.

shub niggurath




Recenzja Deathstorm „The Highest Predator”

 

 Deathstorm

„The Highest Predator”

Animate Rec. 2026

Deathstorm gościł już w tym roku na stronach Apocalyptic Rites. Z tym, że ten austriacki. To teraz czas na polski. Zespół kojarzę bardziej z niezłej okładki poprzedniego wydawnictwa, pod banderą Putrid Cult, niż samej muzyki, i tylko teraz nie pamiętam, czy mi się średnio podobała, czy po prostu zapomniałem owego albumu posłuchać. No dobra, ale uzupełniając myśl, chłopaki na koncie mają demo, dwa pełniaki, i wydaną dosłownie kilka dni temu, tym razem dla niemieckiego labelu, czterootworową EP-kę, którą to właśnie mielę na zapętleniu. Krótki to materiał, ale treściwy. I fantastycznie się rozpoczyna, bo z ostrego kopnięcia, momentalnie kojarzącego mi się ze szwedzkim Mylingar (choć to chyba bardziej przez manierę wokalną i intensywność niż sam sposób kostkowania). Idąc jednak dalej, wcale nie ma lekko. Po pierwszym, zagranym na pełnych obrotach „We Won’t See It Coming”, chłopaki nieco zwalniają w „The Golden Calf”, by zahaczyć stylistycznie o bliższe nam czasowo wzorce pokroju Dead Congregation, Morbid Angel czy Antiversum. Choć w sumie doszukiwanie się tak odległych od siebie inspiracji to trochę dzielenie włosa na czworo. Grunt, że jest tutaj i odpowiednia melodia, jest trochę rytualnego posmaku, ale i sporo wściekłości. „Total Eclipse” i numer tytułowy, to znów mocniejsze wciśnięcie pedału gazu, z gęstym riffowaniem, fantastyczną pracą perkusji i wokalami, niby mieszczącymi się w klasycznych ramach, ale tak przepełnionymi robactwem, że można dostać mdłości. Jak tak sobie słucham tych czterech numerów, to w zasadzie zastanawiam się, do czego mógłbym się ewentualnie przyczepić, ale… nic takiego nie znajduję. To naprawdę dobre, zróżnicowane aranżacje, przemyślane, nieschematyczne, i ubrane w fantastyczne brzmienie. Gdybym miał podsumować w jednym zdaniu, powiedziałbym „Posłuchajcie tego mini, bo nawet jeśli nie zawiera kompletnie niczego, czego byście dotychczas nie znali, to i tak skopie wam dupsko i bezlitośnie ukręci łeb”. Kto lubi death metal w wersji klasycznej, bez zbędnych udziwnień, będzie wiedział co robić. No i chyba tyle w temacie.

- jesusatan




Recenzja Saasta „Cesspool”

 

Saasta

„Cesspool”

Inverse Records 2026

Saasta muzykuje sobie od niedawna, bo od uformowania się składu minęło zaledwie sześć lat. Niemniej jednak panowie mają już na koncie debiutancką płytę, która gdzieś tam zniknęła w odmętach metalowego oceanu, ale Finowie są jak tsunami i wracają z drugim, pełnym materiałem. Ukazał się on ósmego maja z małym poślizgiem trafiając do mojej skrzynki, no i jest. Krążek zawiera dwanaście numerów muzyki, którą określić można jako black-death metal, bo na „Cesspool” jest ciężko i zarazem diabelsko. Początkowo dziwnie mi się tego słuchało, ponieważ kompozycje Saasta częściowo przypominały mi Khold, a to za sprawą charakterystycznie poprowadzonych riffów oraz wysuniętego do przodu, dźwięcznego basu. Do złudzenia chwile te przypominają twórczość Norwegów, zwłaszcza z początkowego okresu, tyle że jest ona w tym przypadku mocno zagęszczona. Do tych rytmicznych akordów Finowie dokładają sporo ciężkiego kostkowania, które kreuje duszną i posępną atmosferę. To połączenie śmierć metalowego mielenia w średnim tempie z doomowym gnieceniem, które zsyła całe pokłady zgnilizny i mroku, a ich nieprzyjazna melodyka oraz dość upiorne, gitarowe zawijasy, do cna podszyte są okultyzmem. Saasta ubrała całość w surowe i zwarte brzmienie, które potrafi zmęczyć, ale nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo, a podobno „metal to nie rurki z kremem” więc nie ma co marudzić. Black-death metal w wykonaniu tego kwartetu to szorstka i niekiedy uwierająca muza, która intensywnie oddziałuje na zmysły, niepokojąc swym satanicznym usposobieniem. Uderza z siłą i rujnuje spokój, który po przesłuchaniu tego albumu nie wraca zbyt szybko. Dynamiczna, choć bardzo ciężka i chwilami mozolna płyta, która niewątpliwie odznacza się, jak przystało na ten typ rzępolenia, odstręczającymi cechami. Tak. Ma być chropowato, brzydko i boleśnie. Bardzo dobry, gęsty i lepki materiał.

shub niggurath




niedziela, 21 czerwca 2026

Recenzja Savage „Septic Tomb”

 

Savage

„Septic Tomb”

Dawnbreed Rec. / Necrolatry Rec. 2026

Taką Szwecję kocham bezgranicznie! Jeśli sobie przypominacie, to debiutanckie demo holenderskiego Savage rozpirzyło mnie w drobny mak. OK., może trochę przez element zaskoczenia, bo nie spodziewałem się po nieznanej nazwie aż takiego ciosu. Dlatego też po „Septic Tomb” sięgałem będąc już w pełni świadom na ciele i umyśle. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że kiedy wspomniany element zaskoczenia zniknie, muzyka nie będzie już miała takiego kopa jak „z partyzanta”.  A tu, chuja! Po raz kolejny leżę na glebie rozłożony na łopatki. Nie, no trochę kłamię, bo w rzeczywistości pląsam po pokoju, wymachując zaciśniętą pięścią, i robiąc z siebie debila. Całe szczęście, że nikt nie patrzy. Co ja mogę napisać nowego o szwedzkim death metalu? Przecież w tym temacie powiedziano już wszystko, i co najwyżej można powtarzać w kółko stare, wyświechtane frazy. No to będę, bo skoro Savage potrafią w tym temacie odgrzewać kotleta tak smakowitego, to ja go opierdolę nawet jeśli kilkudniowy. Chłopaki nie dbają o oryginalność. Kurwa, o czym ja mówię, popatrzcie tylko na tą totalnie minimalistyczną okładkę. Chwilami wręcz kopiują znane patenty (posłuchajcie sobie choćby kilku pierwszych sekund „Revulsion” – skojarzenia oczywiste), ale robią to z taką pasją i polotem, że mi ów brak innowacji kompletnie nie przeszkadza. Na tej EP-ce jest wszystko, z czego Szwecja słynie. Zapiaszczone gitary, charakterystyczne melodie, ten groove (w tym przypadku idealnie wyważony, i nie przesadzony, jak choćby w przypadku Feral), klasyczne solówki, rytmy o punkowym rodowodzie, oraz staroszkolny, pozbawiony jakichś bezsensownych udziwnień wokal. Bez wycieczek w blasty, w tempie średnim, z tymi, jakże dociążającymi, zwolnieniami. Może i trochę schematycznie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Największą zaleta tego materiału jest to, iż jest on kurewsko równy. Tutaj żaden kawałek nie odstaje od reszty, dzięki czemu banan nie znika w twarzy przez całe dwadzieścia cztery minuty. Nie będę zatem polecał „Septic Tomb”, bo jak ktoś przeczytał co napisałem, sam będzie wiedział, co z tym fantem zrobić. Savage to jeden z najbardziej uzdolnionych zespołów młodego pokolenia w teoretycznie wyeksploatowanym do granic możliwości odłamie śmierć metalu. Takie jest moje zdanie.

- jesusatan




Recenzja Coprolith „Putrescence”

 

Coprolith

„Putrescence”

Me Saco Un Ojo/Rotted Life (2026)

 


Francuska Kanada i death metal. Już to powinno być wystarczającą rekomendacją, żeby sięgnąć po debiut pochodzącego z Toronto Coprolith. Zdziwi się jednak ten, kto będzie tu szukał klasycznego, technicznego, intensywnego metalu śmierci, z którym ta scena jest przeważnie kojarzona. „Putrescence” to death metal skrojony idealnie pod panujące trendy, balansujący gdzieś na pograniczu z doom metalem. Można w ciemno mówić „ale przecież takiego granie teraz pełno na rynku” i nie będzie to w żadnym wypadku nadużyciem, ale niewiele jest wydawnictw prezentujących taką jakość jak Kanadyjczycy. Ci kolesie przez 35 minut gniotą zwoje słuchacza nie oglądając się na nikogo, ich death/doom jest tłusty, potężny, masywny, niosący za sobą piwniczny fetor, którego wielu wydawnictwom teraz brakuje. Premierowy pełniak Coprolith jest jak owoc romansu Mortiferum i Fetid, przemycający wyrafinowanie pierwszych i bezpośredniość drugich. To jest właśnie ta estetyka, ta konwencja, te wibracje. Oryginalnością może ci goście nie grzeszą, ale każdorazowe dalekie „Putrescence” kończyło się pełnym okrążeniem i oblizywaniem uszu. Nie jest to granie tak europejskie (a w zasadzie fińskie) jak to ma miejsce w Mortiferum, nie jest też tak neandertalskie jak to co przed laty oferował Fetid, ale wszystkie te nazwy łączy wspólny mianownik w postaci potężnego brzmienia i zatęchłego, namacalnie odrażającego klimatu. Wykonawczo i realizatorsko tutaj nie ma się do czego przyczepić, a jakość samej muzyki jest bardzo wysoka. Owszem, ta płyta niczego nie zmieni i niczego świeżego nie wnosi do obecnie istniejącej sceny, ale wszystkie nuty na „Putrescence” nakazują twierdzić, że Coprolith to nowa siła, z którą już bardzo niedługo trzeba będzie się liczyć. Jest to album, który powinien spodobać się nawet tym, którzy już trochę kręcą nosem na propozycje wydawnicze w tej niszy w ostatnim czasie. Ja jestem bardzo zadowolony.

                                                                                                        Harlequin




Recenzja One Must Forget “Pillars of Shame”

 

One Must Forget

“Pillars of Shame”

ant-zen 2026

To, że muzyk przez dłuższy czas milczy, nie znaczy, że nic nie robi. Neithan, człowiek orkiestra, odpowiedzialny między innymi za takie twory jak Whalesong, Nothing Has Changed, Useless, czy ostatnio przedstawiany tu przeze mnie Lifeless Gaze, nie raczył nas swoimi projektami przez dobrych kilka lat. Najwyraźniej się przebudził, bo po wspomnianym „Death” serwuje kolejny, debiutancki album nowego projektu o nazwie One Must Forget. A w zanadrzu ma jeszcze kilka innych, ale to temat mniej lub bardziej odległy. „Pillars of Shame” to po raz kolejny muzyka do… słuchania na leżąco. Jakkolwiek zabawnie by to nie zabrzmiało, takie są fakty. Kiedy po raz pierwszy podchodziłem do „Pillars of Shame”, wykonując w międzyczasie inne obowiązki, materiał ten przeleciał mi przez uszy w zasadzie niezauważony. Zapomniałem najwyraźniej o charakterystycznym stylu autora. Dopiero kiedy wrzuciłem te nagrania na słuchawki, kładąc się wieczorową porą do łóżka, dotarły one do mnie z pełną mocą. W czym szkopuł? W tym, że nie jest to, po raz kolejny, muzyka łatwa. One Must Forget to industrial / noise. W zasadzie prosty i oparty na staroszkolnych wzorcach, bo specjalnych fajerwerków, czy awangardy tutaj nie uświadczymy. To dwanaście kompozycji, trwających łącznie ponad pięćdziesiąt minut, budowanych za pomocą hipnotyzujących zapętleń, przenikających się elektronicznych dźwięków i sampli. Wokalu sensu stricte tu nie uświadczymy. Sama muzyka jest za to niesamowicie zasysająca. Na tyle, że te pięćdziesiąt minut mija zanim zdążymy złapać trzeci oddech. Wciąga to i pozbawia poczucia czasu niczym wahadełko hipnotyzera, co zresztą znajduje swoje odbicie w powtarzającym się, często pulsującym rytmie kolejnych utworów. Podobnie jak w przypadku Lifeless Gaze, akcja toczy się na tym krążku powoli. Różnica w klimacie jest jednak znaczną. Tutaj nie ma tego pierwiastka przerażenia, jest za to mechaniczny, cybernetyczny chłód. To coś w rodzaju podprogowego przekazu ze strony zbuntowanych maszyn, omamiające dźwięki mające prowadzić ludzkość na skraj upadki, coś jak futurystyczna wersja flecisty z Hameln. Przy okazji muzyka niesamowicie działająca na wyobraźnię i pobudzająca zmysły. Nie dla każdego, jednak ci, którzy lubią taki mroczny trip bez zażywania narkotyków, zdecydowanie powinni po ten album sięgnąć. Niezła schiza.

- jesusatan




Recenzja Temple ov Ahriman „Heretics of Consensual Reality”

 

Temple ov Ahriman

„Heretics of Consensual Reality”

Independent 2026

Za Temple ov Ahriman stoi Teksańczyk, niejaki Justin Mundell tutaj zwany Thornicator’em. Powołał on do życia ten projekt pięć lat temu i w końcu udało mu się zarejestrować debiutancką płytę, którą wydał własnym sumptem. Patrząc na zdjęcia, dołączone do tego materiału, spodziewałem się trochę czegoś innego, bo gość w kapturze, świece, kozie czaszki i figurka Bafometa wskazują raczej na coś rytualnego. No nie, ponieważ black metal w wykonaniu tego Amerykanina, to muzyka drugiej fali tego gatunku o norweskiej proweniencji z domieszką fińskiej melodyki i dużą ilością d-beatów. Jeżeli chodzi o norweskość, to chwilami ten materiał przypomina mi wczesny Satyricon, gdyż mocno buja w ichnim stylu, częstując ostrymi riffami, połączonymi z charakterystycznymi dla ekipy Satyra chwytliwościami. Gdy Thornicator zdecyduje się przejść w punkowe rytmy jest również całkiem dobrze, bo to zdecydowane akordy, które wraz z sekcją rytmiczną dają nieźle popalić. W bardziej melodyjnych i co za tym idzie nieco roztargnionych chwilach jest trochę gorzej, bowiem zmieniają one stanowczość „Heretics of Consensual Reality” w rozmytą, melancholijną rogaciznę, której nie cierpię. W black metalu od Temple ov Ahriman dostajemy także nawiązujących do wspomnianych fotek, okultystycznych motywów, które dość apetycznie gniotą i zsyłają odrobinę mistycznej atmosfery. Amerykanin nie stroni również od kilku modernistycznych zagrywek, wprowadzając od czasu do czasu, do swego klasycznego grania, ociupinkę nowoczesności w postaci połamanych i dysonansowych zabiegów, ale to tylko kilka punktów zwrotnych, które stanowią małe urozmaicenie tradycyjnego, dominującego na tym albumie podejścia. Na początku i niestety, dzięki dużemu zróżnicowaniu debiut Temple ov Ahriman jawi się jako zbiór posklejanych ze sobą, dobrze znanych elementów z kilku odmiennych ujęć diabelszczyzny. Jednakże z każdym, kolejnym odsłuchem efekt ten znika i muszę przyznać, że całościowo żre to diabelsko, zlewając się w poukładany produkt, o ostatecznie szorstkim usposobieniu. Popracowałbym nad wokalami, bo ich skrzekliwość, podobnie jak żeńskie śpiewy w pierwszym kawałku, nie do końca pasują do reszty. Udany debiut, choć nie pozbawiony zgrzytów.

shub niggurath




sobota, 20 czerwca 2026

Recenzja Eutanor „Automatokrata”

 

Eutanor

„Automatokrata”

Piekłoniebo 2026

Bardzo ucieszyłem się, kiedy w paczuszce znalazłem nowy krążek rodzimego Eutanor. Ich debiut niemiłosiernie bowiem przetrzepał mi swoje mózgowe, i był jednym z najciekawszych, i najbardziej oryginalnych materiałów jakie w tamtym czasie słyszałem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie kolejne trudne wyzwanie. Twórczość Atamana  i Eveq’a do łatwych bowiem nie należy. Prędzej można o niej powiedzieć, że komponowana jest tak, by maksymalnie utrudnić odbiór potencjalnemu słuchaczowi. Oczywiście się nie myliłem (geniusz, no, kurwa, geniusz!). Te trzy kwadranse to jest poplątanie z pomieszaniem, i to we wszystkich możliwych kierunkach. Już samo zdefiniowanie muzyki autorstwa Eutanor jest praktycznie nierealne. Ale i bezzasadne, bo co to za różnica jak ją nazwiemy. Rozbierając ją na części pierwsze znajdziemy w niej elementy metalowe (w szerokim tego słowa rozumieniu), djentowe, sludgeowe, jazzowe, ambientowe, filmowe, kurwa, chuj wie jakie jeszcze. Chyba ajłatwiej po prostu powiedzieć, że Eutanor grają muzę na wskroś popierdoloną i mocno eksperymentalną. Nawet ciężko wymieniać, co tu się dzieje. A to zapętli się w tle jakiś fragment i wyje niczym system alarmowy, a to wjedzie najczystsza improwizacja rodem z podziemnego jazzu, tu i tam śmigną sample z jakimś odliczaniem, przygniecie nas motyw stonerowy, wszystkie instrumenty zaczną nagle grać każdy sobie, tylko po to, by za kilka chwil dokładnie się zsynchronizować…. Tam jeszcze jakiś drum’n’bass… Jeden kawałek trwa niecałe dwie minuty, inny, kurwa, ponad dziesięć (i to praktycznie bez wokali)… Istny dom wariatów. Co prawda, w porównaniu z „Assembling Tomorror”, „Automatokrata” i tak zdaje mi się tworem bardziej „uczesanym”, poukładanym, ale do tradycyjnego schematu pisania utworów mu tyle, co stąd do Chicago. I z powrotem. Ale wciąga to cholerstwo niesamowicie. Podobnie jak w przypadku debiutu, zacząłem rozumieć te kompozycje dopiero gdzieś na etapie piątego odsłuchu, ale potem poszło już z górki. Co mogę wam powiedzieć, to to, iż do tego krążka należy podchodzić z wielką cierpliwością. Tutaj się nie da na skróty. Dajemy żonie, czy tam kogo macie pod ręką, całusa na dobranoc, gasimy światło, zakładamy słuchawki na uszy i teleportujemy się do przytułku dla obłąkanych, w którym, niczym dobry pielęgniarz, poznajemy, pomału i dogłębnie, historię choroby każdego z ośmiu podopiecznych. Lubicie wyzwania? Lubicie, żeby było ciężko? Łapcie „Automatokratę” i sprawdźcie, jakie z was cwaniaki. Jak zdacie test i się przegryziecie, muzyka wynagrodzi wasz trud z nawiązką.

PS. Aha, a jak komuś brakuje tych cudownych kolorków z debiutu na okładce, to niech se zajrzy do wnętrza digipacka.

- jesusatan




Recenzja Vorax „Volcano Shock”

 

Vorax

„Volcano Shock”

Independent 2026

Vorax jest szwajcarską kapelą, która składa się z członków takich zespołów jak Messiah, Death Kommander i Omophagia. Cztery lata temu wydali epkę „Jurassic Dawn”, a teraz wracają z debiutanckim pełniakiem „Volcano Shock”. Panowie chyba lubią dinozaurowe klimaty, bo na okładkach obydwóch materiałów widnieją właśnie te gady, a muzycy do zdjęć pozują w koszulkach z logiem filmu „Jurassic Park”. Ciężar tych wymarłych stworzeń doskonale przekłada się na death metal, który gra Vorax. To tradycyjne ujęcie tego gatunku z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, odznaczające się gęstością i soczystością brzmienia. Osiem tutejszych kawałków, to zwarte struktury, które poruszają się głównie w średnim tempie, miażdżąc okrutnie, a gdy zdecydują się przyspieszyć, to tratują wszystko niczym stado bizonów. Całość tego albumu jest klasyczna w każdym aspekcie, począwszy od tęgiego brzmienia każdej sekcji, poprzez zwyczajowe, brutalne oraz masywne riffy i na prawie nieskażonej elektroniką produkcji kończąc. Kwintet ten miksował i masterował swoje kompozycje w dużej mierze na analogowym sprzęcie, który pamięta czasy ostatniego dwudziestolecia poprzedniego wieku więc to do bólu oldschoolowy krążek. Sękate akordy wygenerowane na brzęczących jak rój szerszeni gitarach, podbitych przez dudniącą perkusję i muskularny bas. Instrumentarium wygrywa mielące i dobrze bujające riffy, do których Vorax dokłada trochę apokaliptycznych melodii, klimatycznych zagrywek i posępnych solówek. Czuć ciężkość, bo utwory wbijają w fotel bez trudu, a sącząca się z nich atmosfera śmierci jest wręcz namacalna. Strach pomyśleć jakby brzmiał „Volcano Shock”, gdyby wokalista dysponowałby głębszym growlem. Death metal skomponowany i zagrany zgodnie z prawami sztuki. Gatunkowi puryści nie będą zawiedzeni.

shub niggurath




piątek, 19 czerwca 2026

Recenzja Wisielec „Martwe Spojrzenie”

 

Wisielec

„Martwe Spojrzenie”

Independent 2026

Wisielec to kolejny przedstawiciel krajowego blackmetalowego podziemia, Chłopaki muzykują już jakiś czas, i zdążyli nagrać demo, oraz EP-kę, którą to circa pięć lat temu opisywałem na łamach Apocalyptic Rites. Teraz przyszedł czas na debiut, wydany ponownie własnym sumptem. Ukazał się on co prawda już jakiś czas temu (dokładnie przed rokiem), jednak dopiero teraz doniósł mi go listonosz. Może szedł okrężną drogą, przez mokradła. I co można o tym materiale powiedzieć? Na pewno to, że panowie tych czterech lat od „Prologu” nie przespali. Nowe nagrania na pewno są, małym bo małym, ale kroczkiem wprzód. Słychać, że kompozycje na „Martwym Spojrzeniu” są bardziej dopracowane, a przede wszystkim utrzymane na zbliżonym poziomie. A to, poprzednio troszkę kulało. Stylistycznie wielkich zmian nie zauważam. Wisielec nadal obraca się w klimatach drugofalowego black metalu. A przynajmniej gatunek ten stanowi zdecydowaną podstawę twórczości Świebodziczan. Nie jest to jednak typowy, nordycki, brzęczący klon. Tutaj zdecydowanie więcej tradycyjnego kostkowania, chwilami nawet lekko zahaczającego o poletko deathmetalowe. Gdzieniegdzie pojawi się także jakiś dysonans, czy inne nawiązanie do szkoły bardziej współczesnej. Materiał utrzymany jest głównie w średnim tempie (zwłaszcza do pewnego momentu), z mniej licznymi zrywami do blastów. Biorąc pod uwagę, że teksty na tym albumie śpiewane są w języku polskim, można bez przymiarki powiedzieć, że Wisielec idealnie wpisuje się w nasz krajowy odłam czarciego metalu. I na pewno jest jego solidnym przedstawicielem. Gdyby pokusić się o porównania, to można rzucić takimi nazwami jak późniejszy Satyricon czy Immortal, acz są tu też momenty bardziej motoryczne, wymykające się norweskiej koncepcji. Może to jakaś zmyłka, ale chwilami czuję tu też nawiązanie do Polskiej sceny deathmetalowej z lat dziewięćdziesiątych i zespołów pokroju Dies Irae czy Yattering. Dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części płyty, gdzie panowie jakby bardziej się rozpędzają. Na sam koniec serwują natomiast najbardziej chyba przebojowy (o ile tego słowa można tu użyć), i najdłuższy, „Kurhan”, który przy trzech wcześniejszych kompozycjach jest najjaśniejszym elementem „Martwego Spojrzenia”. Podsumowując… Wisielec nagrali płytę, która dozuje napięcie stosownie do rozwoju sytuacji, a której słucha się bez najmniejszego ziewania. Wręcz przeciwnie, kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk, chętnie wciska się „play” po raz kolejny. Cieszę się, że zespół nie utonął w nijakości, i wyciągnął poprawne wnioski z popełnionych wcześniej błędów. Stąd też mogę debiutanckiego pełniaka, zwłaszcza maniakom rodzimego black metalu, polecić bez obaw, że ktoś mnie zaciuka kozikiem za wprowadzenie w błąd.

- jesusatan