niedziela, 27 września 2026

Recenzja Profanation „Ultra-Noise Warfare”

 

Profanation

„Ultra-Noise Warfare”

Iron Bonehead Prod. 2026

Kto ma ochotę na solidny death / grindowy wpierdol? O, widzę pan ma… Pani ma… Lubią państwo takie akty jak Terrorizer, Nausea, Repulsion, Nunslaughter czy Napalm Death? Lubią… No to proszę rozsiąść się wygodnie. Albo może raczej założyć mocne buty, bo będziemy ruszać w tan. Przy muzyce Profanation usiedzieć na dupsku się nie da. Tutaj każdy kawałek kusi, by komuś w młynie przypierdolić pięścią w ryj. Ta rytmika, skoczność, te wkręcające się niczym wiertło w czaszkę blasty i piłujące niemiłosiernie gitary… Czysta dzicz. Owszem, nie da się ukryć, że jest to poniekąd schematyczne i oparte na sprawdzonych, wymienionych przed chwilą wzorcach, jednak w tego rodzaju muzyce może chodzić o wiele spraw, ale oryginalność na pewno nie jest jedną z nich. Bo tak naprawdę można palcem pokazywać, gdzie idzie motyw pod Terrorizer, a gdzie buja w rytmie Harrisa i Embury’ego. Wolniejszych partii tu jak na lekarstwo, choć i one się miejscowo przewijają. Choć chyba tylko po to, by przygotować nas na kolejny, kryjący się tuż za zakrętem potężny cios. Jest tutaj też kilka odstępstw od szablonu, choćby w „Realm of the Absolute” albo „Anti”, gdzie na chwilę zajedzie stylistyką warmetalową. Gdzieś w połowie przemknie też krótki przerywnik w stylu ambientowym, w postaci „Vermin”. Rdzeń Profanation jest jednak silnie określony. I niejeden z was roztrzaska sobie o niego czaszkę. Do tego panowie dorzucili też bardzo intensywne wokalizy, ubrali całość w chamskie, organiczne brzmienie, i opatrzyli niezbyt wyszukaną okładką. I tyle, bo po co tu pisać elaboraty, skoro każdy i tak już wszystko wie. Dodam może jedynie, że panowie pochodzą z Francji, a Ultra-Noise Warfare” to ich pełnometrażowy debiut. Dziękuję za uwagę.

- jesusatan




Recenzja Barren „Verderf”

 

Barren

„Verderf”

Selfmadegod Records 2026

Świat lubi zaskakiwać nieznanymi dotąd kapelami, choć już trochę one istnieją, ale jakoś nie mogą wpaść w twoje łapy. Tym razem niespodzianka przyleciała z Belgii w postaci Barren, który jest tercetem i chyba najbardziej lubi pojawiać się na splitach, bo ma ich kilka w swojej kolekcji, co w stosunku do reszty ich dyskografii stanowi dominującą formę wydawniczą. Chuj w sumie z tym, ponieważ na tapecie mamy drugiego długograja od Belgów, który proponuje fanom czternaście, krótkich strzałów w ryj. To, że są krótkie to o niczym nie świadczy, gdyż ich siła jest znaczna więc bez problemu będziecie znokautowani. Ja osobiście zostałem przez Barren ostro napierdolony, pożarty, przetrawiony i wysrany, a jednak sobie chwalę „Verderf” bardzo i niesamowicie dobrze mi z tym. Panowie nakurwiają grinda z domieszką deta, a i trochę z jakimś szalonym blekiem skojarzyć miejscami ten materiał można. Cóż, chłopaki mielą na pełnej piździe, kreując miażdżące blast-beaty, oszałamiające swą agresją kaskadowe ataki, wyhamowania do średnich prędkości jak i nagłe „pit stopy”. Wszystko to wygenerowane zostało na żwirowatych gitarach, którym barwy nadał sławny HM-2, co upodabnia rzępolenie Barren do znajomej szwedzizny. Ta muza to również i rzecz jasna mięsista, ale nie przerośnięta sekcja rytmiczna oraz dwojakie wokale, które gadają ze sobą milutko w każdym kawałku. To soczysty i brutalny grind-death, który nie pierdoli się w tańcu. To soniczna rozpierducha, która została urozmaicona samplami, uwierającymi piskami wioseł i przesterami, od których aż bolą zęby. Diabelskie kurestwo, które mogłoby z powodzeniem zostać użyte, jako ścieżka dźwiękowa do ostatniej odsłony „Martwego zła”, ci co oglądali, będą wiedzieć co mam na myśli. Polecam lubiącym krwiste, zalatujące zgnilizną i smołą potrawy. Dobra uczta i wpierdol gwarantowane.

shub niggurath




sobota, 26 września 2026

Recenzja Throneum “Love is the Law but Death is the Frame”

 

Throneum

“Love is the Law but Death is the Frame”

Godz ov War 2026

W zasadzie to przestałem już czekać na nowy album Throneum. Kiedy bowiem ostatni raz rozmawiałem z Tomkiem, vel Wielkim Egze, mówił, że zespół na razie leży odłogiem. Skoncentrował się w zamian na Giants Dwarfs And Black Holes,  tworze o kompletnie innej, zupełnie nieprzemawiającej do mnie stylistyce. Aż tu nagle dnia pewnego, muzykowi trafiło się dłuższe L-4, więc zamiast siedzieć w chałupie bezczynnie, wziął się i pierdolnął materiał na „Love is the Law but Death is the Frame”. Dlaczego wspominam o tych okolicznościach? Bo one bardzo dużo wyjaśniają w kontekście samej płyty. Według mnie jest to najbardziej awangardowy, popieprzony, najmocniej improwizowany materiał jaki ukazał się pod szyldem Throneum. Jakichkolwiek klasycznych struktur utworów tu nie ma. Sytuacja niejednokrotnie zmienia się diametralnie podczas jednego kawałka, i to jeszcze zanim zdążymy się oswoić z poprzednią. I to zmienia się nie tylko pod względem tempa, że z blastu wyhamowujemy do zera. To akurat pikuś. Ale z death metalu wchodzimy w jakieś narkotyczne jazzy, czy inne happeningi, które autentycznie przypominają miejscami uliczne jammowanie grupy muzyków, którzy akurat przypadkowo przynieśli ze sobą swoje instrumenty. Gdzie indziej pojawia się motyw na quazirytualne bębny, za chwilę granie bardziej przypomina  ścieżkę do przedstawienia teatralnego, potem przed oczami malowany nam jest kosmos, przemknie jakiś motyw orientalny, no ja pierdolę, co tu się odjaniepawla? I jeszcze panna na przesterowanym wokalu, robiąca wiedźmowy klimat, pojawiająca się tutaj stosunkowo często. Zresztą wokalnie Grand Executor też zdaje się poszerzać skalę, nie wrzeszcząc w jednej tonacji jak w dawnych czasach. Ponadto w jego głosie rysują się tym razem także inne emocje niż tylko gniew i nienawiść. Niesamowitą rolę odgrywa na tych nagraniach bas. To już nie jest jedynie instrument do podbicia tonu. On tutaj wygrywa swoje odrębne pasaże, niejednokrotnie nie mniej ciekawe niż gitara wiodąca. Zaskakuje też Diabolizer, który totalnie poczuł ten mocno odmienny klimat, i gra na tej płycie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Zapytacie zapewne, czy w takim razie zostało tu jeszcze cokolwiek ze starego Throneum. A i owszem, i to więcej niż można się spodziewać. Pomijając charakterystyczny sposób kostkowania i tworzenia melodii (no niestety, niektórych nawyków się człowiek nie wyzbędzie), tych klasycznych Throneumowych melodii, przewijającego się w tych kompozycjach wkurwu i kontrolowanego chaosu, oraz wystawiony do całej sceny środkowy palec. No i jest ponownie nagrany numer z drugiego demo, ale w wersji dopasowanej do współczesnego oblicza zespołu. Zespołu, który nigdy nie był zespół, podążający za modą. Oni zawsze robili swoje, czasem na przekór dla samej zasady. Tutaj poszli jeszcze bardziej po bandzie. Powiem wam szczerze, myślę, że „Love is the Law but Death is the Frame” przysporzy chłopakom więcej antagonistów niż nowych fanów. Mi się ta płyta podoba, i to bardzo, choć tak naprawdę to zaczęła odpowiednio żreć dopiero po trzecim odsłuchu. Jest to album, który długo się trawi, ale jak już się przyjmie, to zostaje w głowie na dłużej niż tylko trzy popołudnia. Wracam do słuchania, bo nie mogę się oderwać.

- jesusatan




Recenzja Leper Colony „Back to Primal Sludge”

 

Leper Colony

„Back to Primal Sludge”

Testimony Records 2026

Tak po prostu powinienem zacząć i zarazem zakończyć te wypociny, podając nazwisko gościa, który stoi za tym szyldem, bo to Rogga Johansson, ale jak już wpadł mi ten materiał do skrzynki, to jednak wypada coś napisać. Nie będzie tego wiele, ponieważ najnowszy krążek od Leper Colony nic nowego do szwedzkiego death metalu nie wnosi, a kilka elementów, wiążących go z Florydą, jakoś umyka w tutejszym zalewie d-beatów, typowych dla Skandynawii tremolo i takich też, rytmicznych galopad, przesterowanych za pomocą HM-2. Do tego nasz zdolny kompozytor dołożył sporo melodii, trochę solówek i klimatycznych riffów, co zaowocowało materiałem poprawnym, ale i też cholernie typowym, który w żadnym aspekcie nie wybija się ponad przeciętność. Wszystko to już było wiele razy i chyba tylko ci, którym ta estetyka nigdy się nie znudzi, łykną ten materiał. Owszem buja on odpowiednio, atmosfery dostarcza jej nie szczędząc, a i brutalnie przyłoić potrafi, ale cóż. Płynie to sobie swobodnie, a ja zastanawiam się co tam z głośników brzęczy i w jakim celu, bo banalność „Back to Primal Sludge” rzuca się nie tylko i przede wszystkim do uszu, lecz i męczy boleśnie. Nie wiem, co jest w tym albumie nie tak, choć wydawać by się mogło, że wszystko stoi na swoim miejscu. Chyba chodzi o skrajne zgranie schematu, na którym bazuje Rogga Johansson. Wszyscy, którzy znają jego twórczość, mogą się spodziewać po tym krążku tego samego co zawsze więc zaskoczeń nie przewiduje. Jedynym przyciągającym słuch, wydaje się tu być Marc Grewe, który niegdyś trzymał mikrofon w Morgoth i na „Back to Primal Sludge” brzmi całkiem nieźle. Rogga kilka wyskoków ostatnio miał ciekawych, jak chociażby ostatnia jego płyta pod własnym nazwiskiem oraz dwójeczka Ravaged of the Yeti, ale były to wydawnictwa „na chwilę” i szybko zniknęły ze świadomości, ale świeży Leper Colony jak dla mnie jest zbędny, a przyda się tylko zatwardziałym maniakom takiego grania.

shub niggurath




czwartek, 24 września 2026

Recenzja Imperathron „Polemos Pater Panton”

 

Imperathron

„Polemos Pater Panton”

Caverna Abismal Rec. 2026

 


Imperathron pochodzą z Chile, i działają od lat sześciu. Czyli w zasadzie świeżynka, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nagrali se dotychczas tylko taśmę demo oraz EP-kę. Tu oczywiście wielkie propsy ode mnie, wiadomo za co. Chwilę temu portugalska Caverna Abismal Records wydała im debiutancki krążek, a jako iż, domniemuję, mało kto nazwę zespołu kojarzy, no chyba że najbardziej zatwardziali przeszukiwacze podziemia, w trzech zdaniach opowiem wam, niczym bajarka, co to za twór. Że z Chile? Można powiedzieć równie dobrze, „I cóż, że ze Szwecji?”. Z typowym brzmieniem Chile chłopaki mają tyleż wspólnego, co ja ze święconą wodą. Czyli wiem co to, ale po goleniu nie używam. Bardziej bym ich skojarzył, oczywiście nie wiedząc uprzednio nic więcej, z naszą rodzimą sceną z okresu roku dwutysięcznego. Chłopaki łoją bowiem death metal inspirowany Ameryką, i jej najlepszymi wzorcami, zboczony poniekąd bardzo sterylną produkcją. Nie na tyle, by ją od razu określić mianem szpitalnej, ale zdecydowanie czystszej, niż w zamiarze mieli to muzycy Modbid Angel (przynajmniej do „Heretic”), Deicide czy Incantation. Czyli wszystko słychać, wszystko jest czyściutkie, nic we mgle nie ginie. Nie znaczy to, że jest na podobę Origin czy innego Wormed, ale powiedzmy że jakoś tak pośrodku. Tak, owszem, nadmienić trzeba przy okazji, że jest to brzmienie sprzyjające mocnemu pierdolnięciu. Bo pierdolnięcie ten album ma. Podobne do naszego Dies Irae. Jest przy okazji oparty głównie na tempie szybkim, bardzo szybkim, tudzież blastującym, i mocno podkręconym riffowaniu. To czysty death metal, skonstruowany jednak z precyzją chirurga. Co mam na myśli? To, że kawałki Imperathron są jakby… obliczone i wymierzone co do nutki. Według prawideł późniejszego odłamu gatunku wszystko tu się zgadza. Jest brutalnie w chuj, jest masywnie, wokale rzygają odżołądkowo… Tylko że jest to dla mnie totalne zaprzeczenie tego, co znam ze sceny południowoamerykańskiej! I chyba przede wszystkim to nie od tej płyty odpycha. Nie czuję w tej muzyce spontanu, pasji, szczerości. To poprawny, może nawet i dobry, album dla odbiorców niewymagających. Dla mnie to materiał na góra dwa odsłuchy, przy czym drugi głównie po to, by się utwierdzić w przekonaniu, że się nie pomyliłem w ocenie. Ale jak ktoś lubi taki trochę ładniej uczesany death metal, to powinien być zadowolony.

- jesusatan




Recenzja Disconnect „Demo 2026”

 

Disconnect

„Demo 2026”

Szpadel Rec. 2026

Kilka dni temu obwieszczono wszem i wobec, że pochodzący z mojego miasta, dobrze zapowiadający się Büddah, po wydaniu jedynie EP-ki i debiutanckiej płyty, zakończył działalność. A już miałem nadzieję, że będę za jakiś czas dumny z ziomali. Głównodowodzący jest jednak najwyraźniej człowiekiem, który nie odpuszcza, bo mam właśnie przed sobą demo kolejnego projektu Jelenia (ja pierdolę, szczerze, żeby sobie wybrać taką ksywkę, to trzeba być mocno odurzonym haha!), choć z kompletnie innej beczki. Materiał ten jest krótki, prosty i treściwy. Przy czym słowo „prosty” jest w zasadzie jego istotą. To czysto punkowe granie z lekko metalowym posmakiem. Kompletnie nieodkrywcze, nie wychodzące poza ramy standardów, nie szukające nowych ścieżek. To takie typowe, prymitywne napierdalanie na poziomie B klasy, gdzie kompozycje oparte są na dosłownie dwóch / trzech akordach, z perkusją wystukującą głównie d-beaty, banalnym przekazem słownym krzyczanym w niewysublimowany sposób. Nawet jeśli panowie na chwilę zwalniają, to tylko po to, by za chwilę znów przejść w ten klasyczny, irokezowy rytm, przy którym chce się skoczyć na parkiet i potańcować, tudzież komuś „niechcący” zajebać z łokcia. Można powiedzieć, że w podobny sposób gra milion kapel. Owszem, nie zaprzeczę. Ale jakoś zawsze, kiedy chlapnę piwo, dwa, góra cztery, to taka muzyka sprawia mi w chuj radochy. A Disconnect odgrzewają przypalonego sto razy kotleta w sposób, który sprawia, iż smakuje on naprawdę przyzwoicie. Śpiewane, tudzież krzyczane, jest tu po naszemu, nagrania brzmią poniekąd reh’owo (czyli tak, jak przykazania nakazują), jak na pierwsze demo nic temu wydawnictwu zarzucić nie potrafię. Pewnie, że do elity gatunku Bydgoszczanom sporo brakuje, ale i tak te osiem minut to naprawdę solidny liść na twarz, pokazanie fvck’a modom, wydalenie odustne zalegającej w bebechach żółci. Te pięć piosenek to, o czym mam nadzieję przekonać się jak najszybciej, typowe rozpierdalatory na żywca. I to nie tylko i wyłącznie dlatego, że na koncert zespołu przyszliby ludzie po lekkim spożyciu. Lubię takie granie, bo lubię prostotę i młodzieńczy bunt. A tym muzyka Disconnect jest przesiąknięta. Sprawdźcie sobie w wolnej chwili. Myślę, że warto.

- jesusatan

Recenzja Trolldom

 

Trolldom

„Tronen”

Debemur Morti Productions 2026

Z końcem października ukaże się nowy album Trolldom, który jak poprzednie wydawnictwa tego projektu, przeniesie nas w drugą połowę lat dziewięćdziesiątych, aby „rzucić odświeżonym uchem” na melodyjny black metal z małym dodatkiem symfoniki. Jakbym się nie gimnastykował nic oryginalnego ani nowego na temat „Tronen” nie dam rady napisać. Nie pomoże sto fikołków, na nic dwieście przysiadów i trzysta brzuszków. Do narkotyków dojścia nie mam, bo już stary się robię i z dilerami kontakt straciłem dawno. Za alkohol się nie zabieram, ponieważ żeby coś przyciągającego uwagę nabazgrać dużo trzeba będzie wypić, a jutro o piątej do roboty muszę wstać. Dobra tyle słowem wstępu. Zatem ci, którzy znają i lubią Trolldom, a także kochają takie kapele jak Setherial, Sacramentum czy z nowszych Greve, to kolejna odsłona twórczości tego Szweda z pewnością przypadnie do gustu. Zmienne prędkości, zimne brzmienie, które delikatnie przybrudziła odpowiednia produkcja, uzyskując pewną chropowatość, nie tracąc selektywności poszczególnych sekcji. Siarczyste akordy, świdrujące tremolo, kąśliwe wokale i sporo chwytliwości, podsycanych miejscowo przez syntezatory, które będąc niekiedy dość orkiestralnymi w stronę symfoniczną kierować ten materiał będą. Całość do kupy zebrana, mroczną atmosferę kreuje. W zbytnią pompatyczność nie wpadając, trzyma się piekielnej podniosłości w stylu lat minionych, surowo batożąc, przyprawiając o odmrożenia i hipnotyzując nastrojowymi aranżacjami. Wszystko to już było, a Trolldom dość pieczołowicie dba o czystość schematu. Wychodzi mu to dobrze i nagrał kolejną, godną uwagi płytę, na której idealnie łączy diaboliczną agresję z niepopadającą w ckliwości i jarmarczność melodyką. Fani takiego ujęcia nie powinni być zawiedzeni „Tronen” więc w ciemno brać mogą.

shub niggurath




wtorek, 22 września 2026

Recenzja Goatest „Goatest”

 

Goatest

„Goatest”

Tike To Kill 2026

Jak to się stopniuje po angielsku? Goat – Goater – (the) Goatest. Czyli można domniemywać, iż to najbardziej kozi zespół na świecie. No tak, tylko że akurat w tym przypadku ów sposób myślenia jest „misleading” (po naszemu: zwodniczy). Nazwa tegoż projektu pochodzi bowiem od nazw dwóch bandów dokonujących tu kolaboracji. Dwóch bandów z różnych zakątków świata, czyli fińskiego Goatburner, w którym udziela się między innymi wokalista Rotten Sound, i brazylijskiego Test. O ile ten pierwszy poznałem niedawno (recenzja ich ostatniej EP-ki pojawiła się na Apo chwilę temu, albo za chwilę się pojawi), to o drugim słyszę po raz pierwszy. No dobra, ale co z tego połączenia wyszło? Ano wyszła niezła napierdalawa. Twórczość tego tworu to mieszanka grind core’a ze sludg’em. Brzmi jak coś kompletnie nie idącego w parze? No i bardzo dobrze! Bo ja lubię takie kontrasty, zwłaszcza jeśli są blendowane w taki sposób, jak poczynili to członkowie wspomnianych hord. Powiem wam krótko… Wyszło im to nader przyzwoicie. Bo blastujące, pędzące na złamanie karku fragmenty, przy których można co najwyżej zamknąć oczy z obawy przed zderzeniem ze ścianą, równoważą się z mozolnymi zwolnieniami, i graniem do potupania nóżką w sposób idealny. Byliście kiedyś w Bydgoszczy? Mamy tutaj taką rzeźbę o nazwie „Przechodzący przez rzekę”. Na długiej linie rozciągniętej między brzegami Kanału Bydgoskiego stoi kolo z kijem, czy czymś tam, i ni chuja nie chce spaść do wody. Chłopaki z Goatest też nie przechylają się za mocno ani w jedną, ani w drugą stronę, tworząc muzykę niesamowicie spójną, i, o dziwo, doskonale się uzupełniającą. W antraktach powrzucali też kilka sampli, dodającej całości odrobiny koszmarnego klimatu. Wokalnie mamy tutaj klasyczny grindowo / core’owy wrzask, dość monotonny i bez zbędnych udziwnień. Większość kompozycji na tym krążku nie przekracza trzech minut, a całość zamyka się w pół godziny z haczykiem. Czyli w sam raz, bo na dłuższą metę takie granie mogłoby co nieco zmęczyć. Panowie sobie to jednak doskonale wykalkulowali, dzięki czemu „Goatest” jest mocnym liściem na lico każdego kto się z tym materiałem zmierzy. No i lala.

- jesusatan




Recenzja Suffering „Things Seen but Always Hidden”

 

Suffering

„Things Seen but Always Hidden”

Apocalyptic Witchcraft 2025

Tych czterech Anglików tworzy już od 2012, ale na koncie nie mają zbyt dużo wydawnictw. Powyższe jest ich drugim krążkiem, który nagrano w zeszłym roku, ale dopiero teraz Apocalyptic Witchcraft podtyka je pod nos, aby ktoś, coś o nim napisał. Padło na mnie więc jadę z koksem. Panowie rzępolą na kształt czegoś doomowego i diabelskiego więc jest to bardzo klimatyczna muza, która kojarzy się z rytualnymi wykwitami, bo w sumie takim jest i na pewno w jakichś katakumbach zarejestrowana została, choć mogę się mylić. Średnie i wolne tempa, z których sączy się gęsta i okultystyczna atmosfera, nie zwiastują mile spędzonego wieczoru, ale gdy tylko zerkniemy w okna domu na okładce tej płyty, natychmiast zmienimy zdanie, ale nie tylko o okolicznościach, lecz i również samej nastrojowości materiału od Suffering. Początkowo jawi się on jako sataniczne, pełne boleści i bezsilnej wściekłości misterium. Po zajrzeniu przez szyby owo misterium z okultystycznego i wypełnionego mroczną ezoteryką, zamienia się w namiętną lub jak kto woli, wyuzdaną orgietkę rodem z filmu „Oczy szeroko zamknięte”. Charakter tego doom-black metalu się wtedy nie zmienia, ale zmienia się jego odbiór, bowiem teraz już podchodzę do „Things Seen but Always Hidden” z małym przymrużeniem oka. Jednakże tutejsze nuty robią mi dość dobrze, ponieważ to nieźle bujające swą nastrojowością akordy, z których jednak oprócz zapachu ludzkich wydzielin również siarką i smołą zalatuje. Jedzie tu także kadzidłami, liturgiczną powagą i złością. To nie tylko ceremonialny black-doom metal złożony z ciężkich i pełzających riffów, bo zjadliwością lodowatych tremolo, też od czasu do czasu zaskoczyć potrafi, nie zapominając o tym, że agresywnością i chłodem także przedstawić się wypada. Polecam, odpowiedni klimacik to wydawnictwo posiada i dobrze się go słucha.

shub niggurath




Recenzja Cisza „Untrodden Paths of Satan”

 

Cisza

„Untrodden Paths of Satan”

Independent 2026

Warszawiakom pewnie ta kapela jest znana, bo szerzej to chyba niekoniecznie, choć przypuszczalnie mogła się obić gdzieś tam o uszy, zwłaszcza że Cisza powstała na gruzach innej brygady, a mianowicie heavymetalowego Derisum. Pod tym szyldem ci czterej panowie muzykują od 2017 roku i debiut mają już za sobą. Obecnie wracają z drugim krążkiem, który zawiera siedem kawałków black metalu we współczesnej formie. Nie jest to czyste, diaboliczne granie, bo w swoich poczynaniach skręcające wyraźnie w inne rejony. Jednym z nich jest progresja, wyrażona tutaj szeregiem dysonansowych zabiegów, które sprytnie splecione są z melodyjnymi tremolo czy riffami, tworząc wraz z nimi zawiłe struktury. Drugim kierunkiem jest rockowa ornamentyka, która objawia się w postaci rozbudowanych partii solowych oraz niespotykaną za często w diabelszczyźnie, żonglerką w warstwie tonalnej i rytmicznej, dostarczając temu materiałowi dużej przestrzenności. Trzeci odjazd od głównego nurtu, to wszystko co można by zawrzeć w słowie „post”, co urzeczywistnia się na „Untrodden Paths of Satan” w gitarowych konstrukcjach, przypominających blackgaze’owe pływy i dźwiękowe ściany, które swym liryzmem bez trudu wprowadzają w depresyjny trans. Cóż, muzyka od Ciszy to teraźniejsze ujęcie black metalu, przy komponowaniu którego użyto dużego wachlarza wpływów obcych, co nie zawsze się udaje, ponieważ albo wychodzi z tego pretensjonalna papka lub metal dla anemicznej młodzieży o wiecznie spoconych dłoniach. Nie w przypadku tego materiału, bo tutejsza, gatunkowa fuzja nie zmiękczyła ekspresji ani nie wprowadza słuchacza w muzyczną dezorientację. To wielowymiarowy bleczur, który razi mrokiem na kilku różnych płaszczyznach i pomimo tego, że zbudowany jest chwilami z przeciwstawnych sobie elementów, to inteligentne ich połączenie, powoduje ostatecznie, że razem kreują spójną i charakterną wizję. Cisza nagrała black metalową płytę, która jest do cna współczesnym wyrazem tego gatunku, ale sądzę, że bez większego wysiłku obroni się przed wszelkim malkontenctwem purystów, bo wzbudza odpowiednie emocje, a brzmienie poszczególnych sekcji i wokaliz to niemalże ideał. Polecam.

shub niggurath




poniedziałek, 21 września 2026

Recenzja Purulentum „Promo 2026”

 

Purulentum

„Promo 2026”

Independent 2026

Purulentum to świeżynka na krajowej scenie. W zasadzie zespól nie doczekał się jeszcze nawet wzmianki na Metal Archives. Wiadomo jednak, że chłopaki są ze stolicy, i zagrają na najbliższej edycji Death Is Not The End. Z tejże okazji otrzymałem od organizatora kasetkę z pierwszymi nagraniami zespołu. Owa taśma sama w sobie jest dość, jak na dzisiejsze czasy, nietypowa. To klasyczna „dziewięćdziesiątka” Maxwell, przy czym zagrana w niecałych piętnastu minutach. Chyba coś koło dwunastu. Na prymitywnej wkładce widnieje natomiast adnotacja „ Use rest of this tape to keep the underground alive”. Do tego nabazgrany odwrócony krzyż, kontakt do zespołu… i tyle. No, kurwa, cudownie. Podobnie cudowna jest sama muza. Powiem wam tak… Gdyby każdy młody zespół nagrywał takie demo, to ja bym mógł w zasadzie słuchać tylko i wyłącznie demówek. Bo goście mają wspaniały sposób na odgrzanie przedwczorajszego kotleta po swojemu. Na tych nagraniach nie ma absolutnie nic nowego. Jest za to death metal jak za starych czasów. Śmierdzący głównie Finlandią. Tak pod względem brzmienia gitar, co typowymi dla tego kraju melodiami, charakterystycznie śpiewnymi, nienachlanie wzbogacającymi brutalność metalu śmierci. Brutalność utrzymaną w prawdziwie grobowym klimacie, bez łamania jakichkolwiek barier, choćby pod względem prędkości, taką, za którą kochamy lata dziewięćdziesiąte. Sporo tutaj zmian tempa. Często jest ona na poziomie „medium”, ale trafiają się zwolnienia totalnie miażdżące, niemal funeral doomowe, jak w drugim na liście „Fiendish Delusion of Rabiance”, po których jednak następują dzikie zrywy. Wszystko to brzmi nieco banalnie, ale sprawia od chuja radości. Zwłaszcza osobom, które przy podobnych produkcjach dorastały, a „Promo 2026” jest materiałem, który w stu procentach spełnia wszystkie wymogi i standardy złotej ery death metalu. Czuć w tym młodzieńczą naiwność, co też było elementem charakteryzującym „stare czasy”. Świetne są wokale. Poza klasyczną brutalnością, sporo na nich pogłosu i naprawdę ciekawych, choć minimalistycznych, efektów. Brzmienie tego promo jest naprawdę przyzwoite, bo nic tu nie ginie w ścianie dźwięku, ani się nie rozjeżdża, a mimo to słuchać, że to prawdopodobnie materiał nagrany na setkę w jakiejś brudnej, chłodnej piwnicy. Co jeszcze warte podkreślenia, to fakt, że nawet jeśli Purulentum czerpią garściami z lat dziewięćdziesiątych, to nie sposób dokleić im jakiejś konkretnej nazwy jako inspirację. Poza wspomnianą Finlandią jest tu trochę Stanów, a nawet Szwecji. Nie, no mają kolesie na siebie „jakiś” pomysł, a ja wyczuwam w nich ogromny potencjał. Czekam na następne nagrania. A na Death Is Not The End vol. 4 na pewno się nie spóźnię!

- jesusatan

Recenzja Ash Magick “Rituals of Anathematic East”

 

Ash Magick

“Rituals of Anathematic East”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2025

Założę się, że powyższa nazwa niewiele komukolwiek mówi. Jest to jednoosobowy wykwit z Turcji, a odpowiedzialna za niego jest niejakia „VI-th”. Z kolei album, który ukazał się w zeszłym roku, jest już trzecim w dorobku tej kobitki. O ile z dystansem podchodzę do takich solowych przedsięwzięć, bo zdecydowana większość z nich nie jest warta funta kłaków, tak tutaj muszę zdjąć czapkę z głowy, bo Turczynka nagrała kawał konkretnego rozpierdolu. Ujmując rzecz ogólnie, jest to amalgamat black metalu z odrobiną deathmetalowego posmaku. Amalgamat w dość gęstej strukturze, ciemnej barwie i odorze siarki pomieszanej z kadzidłem. Jeżeli szukacie w muzyce jadu i surowości, to na tych nagraniach zdecydowanie ją znajdziecie. Jeśli dodatkowo lubicie muzykę odrobinę pokombinowaną, i nie mówię tutaj bynajmniej o jakichś awangardowych zapędach, to też dobrze trafiliście. Z drugiej strony z tą awangardą, to troszkę można dyskutować. Chwilami Ask Magick brzmi bowiem jak Portal na silnych lekach uspokajających. Nie ma tutaj może aż takiego wariactwa, wiru tasujących się akordów, ale wyraźnie słychać, że ta bardziej współczesna szkoła riffowania odcisnęła na twórcy dość mocne piętno. Dla zrównoważenia tejże, na „Rituals of Anathemic East” przewijają się również linie gitarowe mające swój rodowód w drugiej fali black metalu, głównie odłamu norweskiego, i to w szerokim rozstrzale, od Darkthrone po Mysticum. Tworzy to naprawdę mroczną, rytualną mieszankę, w której oparach zdecydowanie tańczy Szatan, stukając z radości kopytem, aż iskry lecą. Niektóre fragmenty oparte są na zapętlonym tremolo, wciągającym niczym czarna dziura, czasem rytm łamie się i zmienia, gdzie indziej mamy wrażenie jak byśmy pędzili na złamanie karku w narkotycznym transie. Podróży tej towarzyszą także dość ciekawe dodatki i smaczki, podkreślające temat przewodni albumu, którym to jest wschodni mistycyzm. Całość trwa niemal trzy kwadranse, ale zlatuje jakby było to dwadzieścia minut. Bardzo dobra, i intensywna to płyta, przy której nudzić się nie sposób. Sprawdzajcie. Zapewniam, że warto.

- jesusatan




Recenzja Sworn „Null Crowned the Infinite”

 

Sworn

„Null Crowned the Infinite”

Self-release / The Circle Music 2026

Kilka kapel o tej nazwie funkcjonuje na scenie metalowej, ale tutaj chodzi o ten norweski Sworn, który komponuje sobie black metal w mieście Bergen od 2005 roku. Panowie nie nagrywają zbyt często, bo najnowszy ich krążek „Null Crowned the Infinite”, jest dopiero ich piątym albumem, a istnieją już 21 lat. Nigdy wcześniej ich nie słyszałem i dobrze, ponieważ Norwedzy grają bardzo zachowawczą diabelszczyznę, która dodatkowo okraszona jest dużą ilością melodyki. W sumie, black metal w wykonaniu Sworn, określany jest jako melodyjny, ale ostatecznie jego chwytliwość nie jest tak oczywista. Owszem harmonijności temu materiałowi nie brakuje, lecz nie są to narzucające się przytupajki, a raczej utrzymane w stonowanej melodyce, typowe dla tego gatunku formy jak tremolo i biczujące kostkowanie. Muzyka od Sworn, to także epickie momenty, przypominające odrobinę późnego Bathory, rozciągnięte i o dużym rozmachu partie solowe, a także mocniejsze akordy, układające się okresowo w agresywne blast-beaty. Wszystko zatem ładnie, a nawet pięknie, tylko jest jeden problem. Niestety bleczur tego kwartetu, poza wspomnianą melodyjnością, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Każdy element jest tutaj typowy do bólu, zgrany do granic i do tego stopnia wygładzony, że ciężko przypisać mu jakiekolwiek cechy. Brzmi jakby był stworzony w ramach, które zostały kulturowo narzucone więc trzeba je wypełnić, nie używając do tego uczuć, co wykreowało suchą, beznamiętną muzę o cyfrowym zabarwieniu i mocno blackgaze’owym wydźwięku. Plastikowa współczesność, która na chwilę zamienia się w prawdziwą norweszczyznę, w połowie czwartego kawałka „Fracture of Aeons”, co świadczy o tym, że panowie ze Sworn Norwegami są z krwi i kości. Co poszło nie tak?

shub niggurath




niedziela, 20 września 2026

Recenzja Crucifixor “Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”

 

Crucifixor

“Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”

Iron, Blood and Death Corporation 2026

Crucifixor to duet z Kolumbii, a jego członkowie to dość aktywni muzycznie grajkowie, udzielający się, obecnie i w przeszłości, w przynajmniej kilku innych projektach. Nazwy ich jednak niewiele mi mówią, więc może odpuszczę sobie wyliczankę, i przejdę od razu do rzeczy. Mimo iż „Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión” jest debiutanckim albumem zespołu, twór ten datuje swoje początki na wczesne lata dwutysięczne. Coś pewnie zatem nie pykło, że na pełnowymiarowe wydawnictwo panowie musieli czekać aż dwie dekady. Z drugiej strony, szanuję, że kolejność pod tytułem „demo / EP-ka / split” została przez kolesi utrzymana, a na duży materiał przyszedł czas dopiero teraz. Te czterdzieści minut muzyki to naprawdę konkretny czarci metal. Czerpiący zarówno ze szkoły skandynawskiej, jak i pozostałych zakątków Europy i świata. Sam sposób riffowania jest tutaj bardzo ciekawy, bo niby przeważają tradycyjne północne tremolo, ale pod względem brzmienia bliżej tym nagraniom do Włoch czy nawet Grecji. Poza tym panowie dość mocno sobie z liniami gitarowymi kombinują, nie trzymając się ściśle zapętlonego motywu, tasując harmoniami, zmieniając melodie, czy tempo, dzięki czemu ich kawałki nie są takie oczywiste jak by się mogło pierwotnie wydawać. Pewnie, że ja też bym mógł zacząć tasować, nazwami zespołów, które mi przemknęły przez głowę podczas kilku sesji z „Enalteciendo los Antiguos Principios de la Rebelión”, od Immortal, po Ancient Rites, Absu czy Varathron, ale po co? Starczy powiedzieć, że Crucifixor czerpią ze spuścizny black metalu lat dziewięćdziesiątych, koniec, kropka. Bez wytykania konkretnych momentów, tym bardziej, że biorąc pod uwagę album jako całość, nie brzmi on jak którykolwiek z prekursorów. Podoba mi się na tej płycie sekcja perkusyjna, a konkretnie jej monotonność, która chwilami wkrada się w nagrania. Nie wiem, czy celowa, ale dla mnie jest niczym uderzenia młota, wbijającego gwoździe w dłonie Nazareńczyka. Podobają mi się też melodie, bo chwilami są chwytliwe, niemal punkowe (jak w „Incorporeal Opulence Procastination”), gdzie indziej trochę rock’n’roll’owe, ale absolutnie nie nachalne i nie przesłodzone. No i fajnie, że panowie na koniec zacoverowali mój ulubiony numer Dark Angel, i zrobili to po swojemu, a nie tylko odegrali. Nie jest to może album, który rzuca o glebę, ale zdecydowanie warto sobie zrobić z nim kilka rundek.

- jesusatan




Recenzja Funeral Witchery „Beyond the Light”

 

Funeral Witchery

„Beyond the Light”

InViMa Records 2026

Funeral Witchery to czterech gości z Arizony, którzy w 2020 roku postanowili grać black metal. Tak też się stało i po wydaniu demosa, kilku cyfrowych singli, nadszedł czas na debiut. Oto on, „Beyond the Light”, zawierający wraz z interludiami dziewięć numerów diabelszczyzny, która mocno kojarzyć się może z późniejszym Immortal czy dość przystępnymi produkcjami od Lord Belial. To black metal, który odznacza się chłodną atmosferą, dużą ilością rytmicznego, thrashowego batożenia oraz sporą dawką wysokotonowych wtrętów i nastrojowych solówek. Obok charakterystycznych dla wspomnianych Norwegów melodii czy specyficznego ich riffowania, to także mnóstwo nieco epickich i wpadających w teatralne maniery akordów na podobę wyżej wymienionych Szwedów w towarzystwie modulowanych wokaliz czy sampli. Jedyneczka od Amerykanów jest bleczurem typowym, który korzystając z różnych dobrodziejstw czasów minionych, doskonale łączy je ze sobą, tworząc stare w odświeżonej formie. Duży plus należy się Funeral Witchery za doskonałą produkcję, która wytłuściła brzmienie, czyniąc je nie tylko lodowatym, ale i mocarnym. Plusik również za wokalizy i starania, aby ten materiał sprawiał wrażenie dzikiego i chaotycznego, bo to chwilami idealnie się temu kwartetowi udaje. Minus za zbyt duże podobieństwo do wspomnianych kapel, czego w sumie do naśladownictwa zaliczyć nie można. Panowie stanęli na wysokości zadania i poza fascynacją skandynawskim ujęciem, wtłoczyli na pięciolinię także trochę swoich pomysłów, co ostatecznie uratowało „Beyond the Light” od ciężaru zrzynki. Jednakże określone wpływy słychać tutaj mocno, co powoduje, że podczas słuchania tego krążka, nie możemy pozbyć się uczucia déjà vu, które w tym przypadku momentami jest uwierające. Posłuchajcie, pomimo kilku wad to niezły średniak, ale o mainstreamowym charakterze.

shub niggurath




piątek, 18 września 2026

Recenzja Doombringer „Ad Compita!”

 

Doombringer

„Ad Compita!”

Nuclear War Now! / Into Endless Chaos Rec. 2026

Trochę chłopakom zajęło nagranie następcy “Walpurgis Fires”. „Jedynie” siedem lat. Biorąc jednak pod uwagę zaangażowanie Sadista w przynajmniej kilka projektów pobocznych, można przymknąć na to oko. Tym bardziej, że jeśli coś ma być dobre, to musi dojrzewać w odpowiednich warunkach, bynajmniej nie cierpiących pośpiechu. Dobra, jest nowy album, i co? No pierwsze co mnie naszło, to fakt, iż Doombringer przeszedł mimo wszystko niesamowitą metamorfozę na drodze od „Primeval Sorcery” do „Ad Compita!”. To w zasadzie zupełnie inny zespół. Dojrzały, świadomy, podążający własną ścieżką. Nie czerpiący już tak wyraźnie z klasyków, ale systematycznie rozwijający własny styl. Powiedziałbym, że nowy album jest kolejnym, śmiałym krokiem wprzód, z jednoczesnym zaznaczeniem, że jest to nadal ta sama ścieżka. Ścieżka, której początek był trochę oczywisty, a która następnie skręciła w miejsca którymi chodzą nieliczni. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że trzecia płyta Doombringer to album, na którym muzycy zaprezentowali najszerszy wachlarz, zarówno pomysłów, jak i umiejętności. Swoistą „wiedźmowatość” muzyki ubrali w jeszcze bardziej podarte szaty, jednocześnie przyozdabiając je starożytnymi artefaktami, pogłębili atmosferę sabatu obecną w praktycznie każdej nutce, i wbili się jeszcze głębiej w atmosferę okultyzmu. Nawet w porównaniu do „The Grand Sabbath”, nowe utwory Doombringer są bardziej wymagającymi, złożonymi, wymagającymi cierpliwości. Słychać w nich oczywiście tą charakterystyczną manierę głównego kompozytora, przez co miejscami można usłyszeć w głowie podszepty pod tytułem Cultes Des Ghoules, jednak moim zdaniem, czym być może narażę się fanatykom tego drugiego zespołu, „Ad Compita!” jest bardziej bezpośredni (mimo swojej złożoności), i treściwy, bliższy „mojemu” pojęciu black metalu. To niby tylko czterdzieści minut, ale ilość smaczków i niekonwencjonalnych zagrywek zdecydowanie przewyższa średnią światową gatunku, przez co słuchanie tych ośmiu kompozycji to proces doświadczania i odkrywania, materiał na dłuższe posiedzenie niż tylko dwie rundki. No i jeszcze wspomnę zdanie o wokalach. Krzyki, wycia, raz paniczne, raz agresywne, desperackie albo przerażające, macie tu całą gamę wszystkiego, co naprawdę wywołuje gęsią skórkę na ludzkim ciele. Fantastyczna jest ta płyta, moim zdaniem najlepsza jaką zespół dotychczas nagrał. Jeśli następna ma być przynajmniej tak samo dobra, to ja poczekam te kolejne siedem, albo i nawet dziewięć, lat (by tendencja odstępów została utrzymana). Bo warto.

- jesusatan




Recenzja Autumnfall „The Archaic Sins”

 

Autumnfall

„The Archaic Sins”

Ardua Music 2026

 


To już czwarty album Finów z Autumnfall, zaś moje, pierwsze z nimi spotkanie. Panowie grają harmonijnie i ujmująco, ale nazywanie tego po prostu melodyjnym black metalem, to chyba ciut za mało. Tercet ten gra chwytliwie, ale żeby było jasne, nie są to żadne swawolne przytupajki czy leśno-odpustowe przygrywki, udające złe jak sam diabeł. Autumnfall niczego nie udaje i z rozmysłem miesza black metal z gotyckimi manierami oraz progresywnie rockowymi zagrywkami, co generuje niecodziennie brzmiącą rogaciznę. Wystarczy spojrzeć na okładkę, aby stwierdzić, że to taka diaboliczna Anathema i to już na wstępie definiuje ten krążek, jeszcze zanim wdusimy guzik z napisem „play”. Tutejszy black metal to barwa instrumentów, tremolando i wokalizy. Na tym podobieństwa się kończą, chociaż klika wściekłych porywów, podczas których trochę śniegu spada też do tego gatunku trzeba zaliczyć. Reszta, to już inna bajka, bo melodie, solówki czy wręcz rockowe rozwiązania są nie z czarciego świata, a z miejsca, gdzie królują melancholia i gotycka nastrojowość. Płyta ta, to pełne emocji aranżacje, w których gorycz miesza się z naiwną wiarą w lepsze jutro, a wszystko podszyte jest fińskim mrokiem, co wraz z nietuzinkowym zespoleniem black metalowych i pozostałych form muzycznego wyrazu, stworzyło osobliwy metal, który nie jest łatwy do zaszufladkowania. Kategoryzować jednak nie musimy, ponieważ najważniejsze jest to, czy się podoba lub nie. Podobać się może, bo Autumnfall gra niezwykle porywającą muzykę, która wykazuje się przestrzenną konstrukcją i momentami dużym rozmachem. Wzbudza to zachwyt, zwłaszcza płynne przejścia między agresywniejszymi riffami, a tymi bardziej wysmakowanymi akordami, które zebrane do kupy razem z klawiszowym podkładem i sugestywną melodyką, kreują oszałamiające konstrukcje. Nie jest to rzecz jasna żaden underground, lecz mainstream, ale oryginalne ujęcie różnego sposobu na metalowe rzępolenie, w tym przypadku, owocuje czymś finezyjnym, ale posiadającym również gwałtowne cechy charakteru. Dziwna sprawa, słucha się tego dobrze, choć klimaty mi odległe. Chyba się starzeje albo słabszy dzień mam. Sprawdźcie, chociażby dlatego, że to inteligentnie napisany materiał.

shub niggurath




czwartek, 17 września 2026

Recenzja Old Year „No Dissent”

 

Old Year

„No Dissent”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2025

Cofniemy się dziś (do tyłu oczywiście) o rok. Bo warto. Niemal dwanaście miesięcy temu miała bowiem premierę debiutancka płyta Old Year. Jakże banalna to, i w sumie niezachęcająca, nazwa. Z drugiej strony, jakaż adekwatna do zawartości „No Dissent”. No kurde, słuchając tych nagrań, chwilami aż mi się łezka kręci w oku. Panowie pochodzą z Idaho, jest ich trzech (choć tak naprawdę niewiadomo oficjalnie, który na czym gra), i działają wspólnie jakoś od czasów pandemii. Ich debiutancki materiał składa się z czterech rozdziałów, tworzących łącznie trzydzieści sześć minut muzyki. Jak sobie można na szybko przeliczyć, nie są to kompozycje krótkie. Są za to przesiąknięte ołowiem. Powiedzmy sobie od razu, na tej płycie nie znajdziecie kompletnie niczego, co nie zostało zagrane wcześniej. Jednocześnie znajdziecie to, co zostało zagrane wcześniej  na najwyższym poziomie. Starczy  że rzucę taką nazwą jak Winter, tudzież Thergothon. Znacie? No to już wiecie jaki tu duszny panuje klimat. Każdy riff to potężne uderzenie kafarem w głowę. Niespiesznie owe uderzenia postępują, wyczekując, aż spod roztrzaskanej kości zacznie wypływać tkanka miękka. Wtedy dopiero poprawiają. Systematycznie, aż w końcu na owym „stole operacyjnym” pozostanie jedynie rozdrobniona na potęgę maź. Duszno w tych kompozycjach jak w rozgrzanym piekarniku, gęsto jak w świeżo wyleniej smole, i ciężko jak pod zalewem masy błotnej podczas powodzi natychmiastowej. Co istotne, poza owymi, wyjątkowo nieprzyjaznymi życiu warunkami do życia, Old Year wplatają w swoje kompozycje kapkę melodii. Takiej staroszkolnej, trochę pod Incantation (skojarzenie z tym bandem potęgują przewijające się tu i ówdzie sprzężenia). Z drugiej strony, zawalani jesteśmy mozolnymi wywrotkami gruzu, mogącymi poniekąd kojarzyć się nawet z Grave Upheaval. Jakichkolwiek porównań byśmy jednak nie używali, podstawowy fakt jest niezaprzeczalny. Old Year gniotą na potęgę, zachowując przy okazji wszelkie standardy starej daty, czy to pod względem brzmienia, czy samego sposobu montowania piosenek. Wykurwiście dobry album, którego sprawdzenie jest obowiązkiem każdego maniaka walców drogowych. Nie przegapcie tego debiutu!

- jesusatan




Recenzja Wrach „Quae Infra Volo Videre”

 

Wrach

„Quae Infra Volo Videre”

Apocalyptic Witchcraft 2026

To walijski, jednoosobowy projekt, który pojawił się na arenie międzynarodowej trzy lata temu, poprzez wydanie swego pierwszego demosa. Muzykuje sobie zaś od 2021 roku, a ten, pierwotnie zarejestrowany przed dwoma laty album, obecnie wznawia Apocalyptic Witchcraft. Walijczyk komponuje w duchu surowego black metalu więc rozmiłowani w gatunku, jeśli oczywiście nie znali wcześniej tej płyty, będą mogli się delektować „Quae Infra Volo Videre”. Jest w sumie czym, bo diabelska surowizna w wydaniu Wrach jest całkiem na poziomie. To wzorcowy black metal drugiej fali, którego prędkości kręcą się głównie wokół szybkiego i średnio-tempowego kostkowania. Jego spartańska złożoność i cholernie szorstkie brzmienie, automatycznie lokuje tą muzę w przedziale low-fi, ale nie jest to zbiór gitarowego szumu i walenia sekcji rytmicznej w towarzystwie przesterowanych wrzasków. To w pełni czytelna diabelszczyzna, która w niewyszukany sposób podczas szybszych momentów, zdrowo sypie śniegiem i pokrywa lodem. Zaś kiedy zwalnia, to uderza wtedy w okultystyczne tony, zsyłając spore pokłady rytualnej atmosfery. Zarówno te szybkie jak i te w średnich tempach chwile, kreują posępny i kipiący ezoteryką black metal, którego szczególny charakter podkreślają wstępy do prawie wszystkich numerów na tym krążku, będące dark-ambientowymi rozbiegówkami. Wprowadzają one swymi niepokojącymi i transowymi dźwiękami w diaboliczny klimat, przygotowując na jego gitarową kontynuację. Diaboliczny black metal, który wypełzł ze starej, śmierdzącej piwnicy, łączącej zapewne ziemię z piekłem. Zaprasza do wejścia, ale o konsekwencjach ani mru-mru. Pomimo topolecam, ponieważ to świetny kawał raw black metalu, o niesamowitej, wypełnionej magią aurze i uwierającym brzmieniu.

shub niggurath