wtorek, 16 czerwca 2026

Recenzja W.M.D. “Against All Warnings”

 

W.M.D.

“Against All Warnings”

Independent 2026

W.M.D. to kapelka z Calgary. A Calgary kojarzy mi się przede wszystkim z igrzyskami zimowymi, które to za młodego oglądałem w telewizji, bo wtedy o kablówce, i stu sześćdziesięciu kanałach w pakiecie, nawet nikt nie marzył, więc brało się co jest. Nie było nic innego, to gówniarz się cieszył, że na łyżwach jeżdżą na wyścigi. Panowie z rzeczonego zespołu tak mi trochę tamte lata odświeżają, i to na dwójnasób. Bo po pierwsze, grają stary thrash. Taki rytmiczny, raczej szybszy niż wolny, odrobinę okraszony crossoverowym feelingiem. Słychać, że oldskul im się w głowach obija. Pewnie noszą białe adidasy i poszarpane jeansy, czyli legancko! Tworzą kawałki, które skomplikowane nie są, za to po raz kolejny przypominają, iż już kilka dekad temu istniały, i tworzyły filary gatunku, kapele pokroju Exodus, S.O.D., Nuclear Assault czy Vio-Lence. Bo między innymi od tych mistrzów Kanadole czerpią na potęgę. Uwielbiam wszystkie te wymienione zespoły, zatem, przynajmniej teoretycznie, W.M.D. powinno mi wejść niczym nóż w masełko. I wchodzi. Kwestia na jak długo. Bo nawet jeśli tym nagraniom kompletnie nic nie brakuje (są tu ostre gitarowe riffy, niezłe, klasyczne wokale, całkiem spoko aranże), to po trzech rundkach w zasadzie romans się kończy. Czyli, panowie wracają do Calgary, a ja do mojej poczciwej, starej, tysiąc razy spenetrowanej starej nory spod znaku „lata osiemdziesiąte”. Bo drugą sprawą medalu jest fakt, że „Against All Warnings”, mimo iż nie jest to absolutnie zły materiał, stanowi mimo wszystko pewnego rodzaju substytut, coś, czego można posłuchać, o ile nie ma się pod ręką niczego lepszego. Owszem, do piwa jak znalazł. Owszem, są tutaj momenty. Owszem, jest to po staroszkolnemu wyprodukowane. Ale jednak po dłuższej chwili nieco nużące i pozbawione tego „czegoś”, co mają inni, nawet jeśli „naśladowcy”. W skali szkolnej jest to płyta na mocną „trójkę”, jednak bez szans na coś więcej, nawet jeśli rodzic byłby upierdliwy i bombardował oceniającego dziesiątkami maili z prośbami i groźbami zgłoszenia sprawy do kuratorium włącznie. Posłuchałem, było fajnie, ale wracać nie zamierzam. Co nie znaczy, że nie sprawdzę, jak sobie chłopaki poradzą w następnej odsłonie. Na razie – średniawo.

- jesusatan




Recenzja Feralia „Ultima Requies”

 

Feralia

„Ultima Requies”

ATMF 2026

Na koniec czerwca ukaże się już trzeci album Włochów z Feralia. Tym razem będzie to siedem utworów, które są kontynuacją twórczości tego tercetu. To znów sprawnie skomponowana diabelszczyzna, która płynie w zmiennych tempach i korzysta ze wzorców, wypracowanych w latach dziewięćdziesiątych. Panowie szyją gładko, ale z pazurem, dokładając do swego black metalu sporo atmosfery, którą podsycają klawiszami oraz posępnymi i nieco rytualnymi chwytliwościami. Do klasycznych riffów i tremolo panowie dołączają trochę współczesnych zabiegów, które wyraźnie odświeżają spojrzenie na czarcie granie, ale nie rozmywają go w nowoczesne i pięknie uczesane rzępolenie. To niezwykle klimatyczny bleczur, który czaruje swoim ponurym usposobieniem i hipnotyzmem, bo Feralia nie żałuje słuchaczom jednostajnych i zapętlonych akordów. Wprowadzają one w trans na momencie, wciągając do ponurego świata wykreowanego przez tych trzech Włochów, który urozmaicają nastrojowymi przerywnikami, gdzie królują przygnębiające melodie wygrywane na nieprzesterowanych strunach i syntezatorach. W sumie nic nowego ani specjalnie zaprzątającego głowę Feralia nie wysmażyła, ponieważ „Ultima Requies” to kolejna odsłona ich muzykowania. Zagrana z pomysłem i łącząca teraźniejszość tego gatunku z przeszłością, co jak na poprzednim albumie stworzyło hybrydę, na której da się zawiesić ucho. No wiecie. Zimne gitary, wycofana sekcja rytmiczna i zapalczywe wokale. Jeśli dodatkowo układa się to wszystko w zadzierżystości, które także upiorną aurą poczęstować potrafią, to jest całkiem nieźle. Tak też jest w tym przypadku.

shub niggurath




Recenzja Zørza “Twilight of the Golden Star”

 

Zørza

“Twilight of the Golden Star”

Godz ov War 2026

Dokładnie dwa lata temu ukazał się debiutancki album Zørzy „Hellven”, który to na łamach Apocalyptic Rites bardzo chwaliłem, mając jednocześnie nadzieję, że zespół będzie rozwijał swoją formułę i parł do przodu. Wielkopolski duet wraca właśnie z krążkiem numer dwa, a moje nadzieje spełniły się… połowicznie. Czyżbym zatem był nowymi piosenkami rozczarowany? Absolutnie nie! Już tłumaczę. Formuła. Ona w zasadzie nie zmieniła się praktycznie w ogóle. Zørza nadal czerpią pełnymi garściami z klasyków drugofalowego black metalu, budując swoje numery na wpadającej w ucho, jednocześnie jadowitej, melodii. Nie jest to jednak jedynie nordyckie tremolo, ale także bardziej klasyczne kostkowanie. Poza tym mamy tu cały przekrój tempa, od galopu, przez fragmenty nastawione mocniej na wspomniane harmonie, po elementy bardziej nastrojowe. Zresztą wystarczy że posłuchacie sobie dziesięciominutowego utworu tytułowego otwierającego płytę, a już znajdziecie wszystko o czym wspomniałem. I jest to pierwszy, wyraźny sygnał, że panowie są w formie, a przede wszystkim mają najwyraźniej dar… No właśnie, dar do tworzenia niezwykle chwytliwych kompozycji, oraz aranżowania ich tak, że nie nudzą, a niejednokrotnie czymś zaskakują. A jeżeli dobrze się w obecnej formule czują, to tak naprawdę po cholerę ją rozszerzać? Tym bardziej, że mimo iż wspomniałem o inspiracjach płynących z okresu lat dziewięćdziesiątych, Zørza potrafili na tych starych fundamentach wykształcić swój własny styl, nie wzorowany na jakimś konkretnym pierwowzorze. Oczywiście, w niektórych miejscach porównań uniknąć się nie da. I jako przykład podam totalny killer, numer, który dosłownie wyrywa z kapci, czyli wieńczący płytę „The Devil Wears Well”. Ludzie! Jakie to jest nośne, jak to się samo śpiewa, jaki tu jest riff, to normalnie szczęka opada do samej gleby, a głowa sama rwie się do headbangingu. Sam numer jest kapkę bardziej klasyczny, z nawiązaniem do thrashowej techniki, i… mocno czuć tutaj późniejszy Satyricon (taki powiedzmy, że z okresu „Now, Diabolical”). Tylko że moim zdaniem, przy wspomnianym kawałku Satyr z kolegami mogą się schować, albo co najwyżej poprosić o lekcję. Wspominając o umiejętnościach twórczych, przyznać też muszę, że wszelkie dodatki typu śpiewane wokale, czy partie klawiszy, są na tym albumie wyważone z zegarmistrzowską dokładnością, by faktycznie stanowiły drobny, acz istotny, wnoszący coś do całości element, a nie upchnięty na siłę, albo dla zasady, fragment.  Podobnie rzecz się ma z solówkami, nieco podniosłymi, nadającymi utworom swoistego majestatu. „Twilight of the Golden Star” to materiał z najwyższej półki, black metal którego chce się słuchać, który nie pozwala się od siebie oderwać, i z każdym okrążeniem wbija się coraz głębiej w pamięć. Bardzo, bardzo dobry album.

- jesusatan


https://godzovwarproductions.bandcamp.com/album/twilight-of-the-golden-star

Recenzja Duir „Catarsi”

 

Duir

„Catarsi”

AOP Records 2026

Duir jest włoską kapelą z Verony, która muzykuje od 2013 roku. Cztery lata temu ukazał się ich debiutancki album, a tego lata, ponieważ pod koniec czerwca ukaże się nowa płyta tego zespołu w postaci „Catarsi” właśnie. Zawiera ona sześć utworów black metalu, który swym melodyjnym i momentami dość epickim usposobieniem, przypominać może Saor. Tak też się dzieje zapewne za sprawą użytych przez Duir instrumentów dodatkowych, którymi są dudy, irlandzki flet prosty i lira korbowa. Wprowadzają one do muzyki Włochów znaczny pierwiastek folku więc porównania do wspomnianego, szkockiego projektu tym bardziej są zrozumiałe. Reszta kompozycji to już typowa diabelszczyzna drugiej fali, która płynie w zmiennych tempach, częstując zamieciami śnieżnymi, melancholijnymi zwolnieniami jak i również bujaniem w średnich prędkościach. Trochę bajeczna, od czasu do czasu agresywna, no i wzniosła muza, która niczym szczególnym się nie wyróżnia, bo tego planktonu w tym oceanie jest od chuja. Nastawiona jest za to na atmosferyczność i introspektywne wycieczki, które przeplata z cepelią i zadzierżystymi rytmami. Wygenerowana na chłodnych gitarach i ciepło brzmiącej sekcji rytmicznej, która zagęszcza zwiewnie dryfujące riffy i tremolando, opowiadając historię pewnego żołnierza, stawiającego fizycznie i psychicznie czoła okropieństwom pierwszej wojny światowej. Cóż, najnowszy krążek od Duir, to egzystencjalna i rozpaczliwa podróż przez odmęty człowieczego jestestwa, które wypełnione bólem istnienia, szuka ukojenia i sensu w rozpadającym się świecie. Czy do tego służy black metal? Teraz już coraz częściej tak. To chyba bardziej smutne od poruszanych problemów na tym wydawnictwie, które bez dwóch zdań przypadnie do gustu miłośnikom folkowej i chwytliwej rogacizny.

shub niggurath




niedziela, 14 czerwca 2026

Recenzja Swarn „Corpsetrader”

 

Swarn

„Corpsetrader”

Warhorn Rec. 2026

Ta estońska brygada działa na scenie muzycznej już równo dekadę, i ma na swoim koncie dwa albumy, wydawnictwo live, oraz pięć EP-ek, z których ostatnia właśnie rani moje uszy. W jak najbardziej pozytywnym sensie, bo chłopaki grają piosenki, które „już kiedyś słyszałem”, na dodatek tak, jak lubię. „Corpsetrader” to niespełna dwadzieścia minut klasycznego szwedzkiego death metalu. Bez najmniejszych nowinek, tylko tona piachu na gitarach o charakterystycznym brzmieniu HM2, charakterystyczny groove, skoczne rytmy i wszechobecne d-beaty. Płyt w podobnym temacie wyszło od roku dziewięćdziesiątego tyle, że ciężko byłoby je wszystkie zliczyć. Jedne lepsze, inne po prostu przyzwoite. Swarn to bardzo przyzwoity spadkobierca Nihilist, Dismember i reszty profesorów z północnego zakątka Europy. Niczym nie zaskakują. Trzymają zazwyczaj równe, średnie tempo, z nielicznymi odstępstwami od reguły, serwując ciężkie akordy, przy których aż się chce potupać nóżką, a i miejscowo potraktują słuchacza niewyszukaną solówką. I na to wszystko klasyczny jak sama muzyka śmierć metalowy growl, choć w tym przypadku nieco schowany w tle, potraktowany lekkim pogłosem, czasami z nakładającymi się na siebie ścieżkami. Kurwa, zero finezji, ale słucha się tego wybornie. Gdybym miał zastosować porównania nieoklepane, to chyba najbardziej określiłbym Estończyków synami Wolfpack i Death Breath. Cholernie to chwytliwe, i przede wszystkim bardzo równe, bo żaden z sześciu numerów nie odstaje poziomem od reszty nawet o jotę. No chyba że numer tytułowy, ale może z tego powodu, iż jest po prostu inny. A konkretnie jest to dwuminutowe, akustyczno ambientowe „outro”. Materiał ten ukazał się chwilkę temu nakładem Warhorn Records, a ciekawostką dotyczącą składu może być fakt, iż w Swarn udziela się szef tegoż labelu, znany też choćby z Death Kommander, czyli równie zacnej kapeli hołdującej brytyjskiej stali z etykietą Bolt Thrower. Jeśli zatem macie ochotę na małą przystawkę szwedzizny, to sięgajcie po „Corpsetrader” bez obawy, że się zawiedziecie. Z czystym sumieniem polecam.

- jesusatan




Recenzja Diabolic Oath „Unholy Barbaric Hymns”

 

Diabolic Oath

„Unholy Barbaric Hymns”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Po dwóch latach przerwy wrócili bluźniercy z Diabolic Oath. Tym razem przynieśli epkę, a na niej cztery utwory gęstego i rytualnego black-death metalu. Na „Unholy Barbaric Hymns” jest naprawdę „Barbaric”, bo to prosta i ohydna łupanka w dość wolnych tempach, które niekiedy przyspieszają delikatnie, zamieniając pochód siermiężnych riffów w połamane i na oślep bijące akordy w towarzystwie chorobliwych i pociętych tremolo. Na „Unholy Barbaric Hymns” jest również iście „unholy”, ponieważ aranżacje Amerykanów są wyrazem uwielbienia wszelkiej nieświętości więc w tych czterech kawałkach nie może być mowy o jakichkolwiek cechach boskich czy moralnej czystości. To mroczne i wypełnione czarną magią dźwięki, które są zardzewiałym sztyletem w oko Boga. Te cztery utwory są w istocie „hymns”, gdyż to autentyczne modły w formie black-death metalowego misterium, które skonstruowane są w oparciu o nieskomplikowane kostkowanie, muśnięte obrazoburczymi melodiami i schizoidalnymi zagrywkami. Gitary zostały obdarzone brudnym i ciężkim brzmieniem, które podbite zostało zdrowo łupiącą sekcją rytmiczną i ordynarnymi wokalami, co wykreowało podziemną i duszną muzykę. Nie kłania się ona współczesnym gustom, przytłaczając swoim odstręczającym usposobieniem do granic możliwości, a i w nowomodne rozwiązania Diabolic Oath nie zwykli się bawić, racząc już ładnych parę lat swym ohydnym i na wskroś satanicznym graniem. Ich metal, to upiorna i złowroga muzyka, o gruzowatym i rytualnym charakterze. Bardzo dobra epka.

shub niggurath




Recenzja Véhémence „Assiégé pour lEternité”

 Véhémence

„Assiégé pour lEternité”

Antiq Rec. 2026

Véhémence pochodzą z Francji i grają black metal. „Assiégé pour lEternité" jest ich już czwartym krążkiem pełnogrającym, choć pierwszym, jaki dane mi było usłyszeć. Cóż zatem mogę na temat tego materiału powiedzieć, żeby było zwięźle i na temat. Ot, jest to dość typowy black metal, z rodzaju tych opartych na wzorcach wywodzących się bardziej z lasu zamieszkałego przez druidy, niż szczytów skutych lodem gór północy. Jest to black metal o dużej zawartości melodii, płynącej najczęściej swobodnie, niewymuszonej, wpadającej do głowy w zasadzie od pierwszego odsłuchu. Black metal zawierający kilka elementów akustycznych, i sporo folkowych, aczkolwiek nie zajeżdżających zapuszczoną oborą, a całkiem sprawnie wplecionych w opowiadane przez Francuzów historie. W końcu, jest to black metal śpiewany w języku narodowym twórców, przez co skojarzenia chociażby z Aorlhac są w tym przypadku nieodzowne. Pamiętam, kiedy to w latach dziewięćdziesiątych elementy folkowe, czy też rycerskie, wkraczały na blackmetalowe poletko. W zależności od umiejętności twórców, niektóre z nich mogły zdawać się niezwykle odważne, awangardowe, czasem też zabawne (jak choćby gdakanie kur na „Eld”), inne sprowadzały ten bardziej pogańsko baśniowy odłam gatunku do poziomu podłogi (tu z litości nazw wymieniał nie będę). Jak zatem z tym znanym już przecież połączeniem radę daje sobie Véhémence? Jak na moje całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę tą współczesną wersję francuskiej zabawy w zamki, czarownice i księżniczki. Obiektywnie, ciężko cokolwiek chłopakom zarzucić. Bo i same kompozycje są dość zróżnicowane, i brzmienie prawilne, grać kamanda też potrafi… A to, że ja akurat za tego typu piosenkami nie przepadam… Niech będzie moja strata, choć absolutnie nie żałuję. Ale na korzyść Francuzów niech świadczy, że  pisząc te słowa nie poszedłem na łatwiznę, i (nawet bez ziewania) odsłuchałem sobie  „Oblężonego na Wieki” dwa razy. I bynajmniej nie uważam, że straciłem cenny czas, którego z każdym dniem pozostało mi coraz mniej. Kto lubi melodyjne pieśni o średniowieczu, ten sobie czwarty album Véhémence sprawdzić powinien. Zawiedziony zapewne nie będzie.

- jesusatan





Recenzja Grimveil „Beneath the Veil of Silent Woods”

 

Grimveil

„Beneath the Veil of Silent Woods”

Purity Through Fire 2026

To nowy projekt, który założyli dwaj śmiałkowie, a mianowicie znany z chociażby Order of Nosferat, niejaki Revenant oraz odpowiedzialny za Tårfödd, Simon Lindgren. Panowie zwarli szyki i uknuli pod szyldem Grimveil, debiutancki materiał, w którym koncentrują się na oddaniu klimatu lasu w nocy i jego ekosystemu. Znając ich twórczość i tematykę „Beneath the Veil of Silent Woods”, spodziewać się mogłem jedynie atmosferycznego black metalu. I się nie pomyliłem, bo ten krążek jest czystą, atmo-diabelszczyzną. Osiem, niekrótkich numerów, które lecą w średnim i wolnym tempie, snując leśno-nocne opowieści i racząc przy tym klimatycznymi melodiami. Do tego dołożono oczywiście sporo klawiszy, wieczornych odgłosów, cykania świerszczy, sowich pohukiwań i wstępów bądź przerywników na gitarze akustycznej. Reszta to już zwyczajowe granie, czyli klasyczne kostkowanie i tremolando w towarzystwie lekko wycofanej sekcji rytmicznej, siarczystych wokaliz oraz wspomnianych syntezatorów. To sprawnie i z pomysłem skonstruowany bleczur, który rzeczywiście zabiera słuchacza między nocne knieje, gdzie króluje mrok i niepewność. Oprócz nich, to również spore pokłady melancholii i tęsknoty za czasami przeszłymi, ale obok bujanek Grimveil potrafi także przysolić i posypać szronem, czego za wyraz można uznać drugi wałek „Into the Depths of Shrouded Pines” i szósty utwór „Where Beauty Breathes in Silence”, w których Szwed wraz z Niemcem wyraźnie przyspieszają, wykazując się agresją. Jednakże większość tej płyty to spokojniejsze, atmosferyczne granie, które wchodzi gładko i dobrze kołysze. Można lubić takie ujęcie lub nie, ale trzeba przyznać, że aranżacje są skomponowane solidnie i tematykę oddają w pełni. Efekt osiągnięty. Dla gustujących w „baśniowym” black metalu jak znalazł.

shub niggurath




czwartek, 11 czerwca 2026

Recenzja Nightly Gale „Nocturnal Origins: 30th Anniversary”

 

Nightly Gale

„Nocturnal Origins: 30th Anniversary”

Black Flame Rebellion 2026

Wznowienia, wznowienia… Prace archeologiczne w pełni. Chwilę temu Black Flame Rebellion wydali debiutancki album Ysigim w formacie winylowym, a dziś częstują nas kolejnym wspominkowym wydawnictwem. Jest nim aż trzypłytowa kompilacja wczesnych nagrań Nightly Gale, w postaci demówek „Dream of Dark Hour”, „The Bleeding Art” oraz „Erotica”. Dodatkowo znajdziemy tu także sześć kompozycji nagranych ponownie przez zespół w oryginalnym składzie. Razem tworzy to ponad trzy godziny muzyki. W zasadzie są to jedyne materiały Nightly Gale, z którymi w dawnych czasach było mi po drodze, bo debiutancki krążek stanowił dla mnie pewne rozczarowanie, i w późniejszym okresie jakoś z dokonaniami zespołu się mijałem. Co znajdziemy na tych nagraniach? Otóż granie głównie dla smutasów, ale i poniekąd dla samobójców. Stary, klasyczny, odrobinę eksperymentalny (choć głównie z perspektywy okresu w którym demówki te były rejestrowane) death / doom metal. Materiał bardzo klimatyczny, choć nie pozbawiony ciężaru. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy to zespoły pokroju My Dying Bride czy Anathema odkrywały nowe ścieżki melancholijnego gniecenia, także w naszym kraju naśladowców nie brakowało. Ciężko co prawda nazwać Nightly Gale imitatorami, bowiem w ich twórczości, poza wspomnianą falą brytyjską, pojawiają się też chwilami nieco cięższe, fińskie odcienie, i tu można rzucić takimi nazwami jak Dolorian, czy nawet Unholy. Słuchając tych dokonań po latach mam jednak mieszane uczucia. Może zacznę od pozytywów. Zabrzanie na pewno mieli swoją wizję. Potrafili w dość oryginalny sposób łączyć elementy ciężaru z klimatem jesiennym. Nie brak u nich zatem ciężkich riffów, jak i fragmentów akustycznych, instrumentalnych, budujących aurę przygnębienia. Sporo tu klawiszy, jednak nie jakoś nadmiernie nachalnych, raczej, jak na gatunek muzyczny, dobrze wyważonych, budujących odpowiednią atmosferę. Sposób aranżowania poszczególnych kompozycji na pewno nie odbywał się od szablonu, bo naprawdę wiele się w tych piosenkach zmienia, uzupełnia, przeplata. Z drugiej strony, trzydzieści lat „po fakcie”, granie to nieco jednak trąci myszką, i w dzisiejszych czasach niczym szczególnym nie zaskakuje. Drugą sprawą są wokale. O ile jeszcze za młodu byłem w stanie znieść to smutne „jęczenie”, tak teraz dość mocno mnie ono męczy. Do tego stopnia, że takiego „The Angel and the Dark River”, kiedyś przeze mnie uwielbianego, jakiś czas temu nie dosłuchałem do końca. W Nightly Gale czysty śpiew pojawia się dość często, chyba w największym stopniu na „The Bleeding Art”, i biorąc pod uwagę, iż nie zawsze jest on do końca czysty, znacznie wpływa na odbiór owej „podróży w przeszłość”. Zdecydowanie lepiej wypadają tu wokale „mówione” czy te bardziej agresywne, growlowane. Jeżeli ktoś jest fanem tego odłamu staroszkolnego death / doom, a Nightly Gale nie zna, to sprawdzić „Nocturnal Origins…” powinien, bo zapewne będzie zdecydowanie ukontentowany. Sprawę utworów dodatkowych zostawiłem sobie na koniec, i streszczę je krótko. Nigdy nie widziałem, i nadal nie widzę sensu w tego typu zabiegach. Nie mam pojęcia co mają na celu, i komu do szczęścia są potrzebne. Podsumowując. Na pewno ta kompilacja to pewnego rodzaju wartościowa lekcja historii, a dla wielu zapewne jedyna szansa posiadania tych nagrań na fizycznym nośniku. Nie będę zatem ani zachęcał ani odwodził od zakupu. Każdy doskonale będzie wiedział co z tym fantem zrobić.

- jesusatan




Recenzja Galvanist „The Silence Between Stars”

 

Galvanist

„The Silence Between Stars”

ATMF 2026

Galvanist pochodzi z Montany, ale z ranczem John’a Dutton’a nie ma nic wspólnego, choć momentami jest tutaj równie burzliwie jak w serialu „Yellowstone”. Debiutancki album wydali cztery lata temu, teraz wracają z kolejnym krążkiem. Zawiera on oprócz introsa, cztery, długie numery, co łącznie daje czterdzieści minut muzyki. Amerykanie grają death-doom metal potraktowany progresywnie więc jeśli ktoś oczekuje od „The Silence Between Stars” dusznego gniecenia czy lepkich, „lovecraftowskich” klimatów, będzie zawiedziony. Panowie grają ciężko, ale niedostatecznie. Można im to wybaczyć, bo to przecież eksperymentalne ujęcie, do którego wprowadzają zmodernizowane brzmienie, dysonansowe zagrywki, trochę quasi-shoegaz’owych pływów i takich też ścian dźwięków. Do tego dokładają sporo ciekawych solówek i sludge’owych bujanek, a wszystko doprawiają szorstkimi, nieco desperackimi wokalami oraz klawiszami. To atmosferyczna i emocjonalna muzyka, która zabiera słuchaczy albo w międzygwiezdne podróże, albo na introspektywne wycieczki, albo na medytacyjne sesje. Lubi od czasu do czasu także agresywnie podrapać lub zębami pokąsać, ale większej krzywdy nie zrobi. To współczesne, delikatnie zalatujące corem ujęcie, oparte na kontraście między ciężkimi i lżejszymi środkami wyrazu, które tworzą zwartą plecionkę dźwięków, o wielopoziomowym wymiarze. Z powodzeniem można je określić jako połączenie Neurosis z późnym Gorguts bądź Ulcerate, ale nie jest to nic kategorycznego, gdyż różne wpływy zawsze gdzieś tam istnieją. Death-doom metal z dużym ładunkiem progresji, intensywnej emocjonalności i nierzeczywistego klimatu. Dla jednych będzie to coś mocnego, zaś dla drugich słabego. Sprawdźcie i oceńcie sami.

shub niggurath




wtorek, 9 czerwca 2026

Recenzja Ruyned „Profanum Sacrificium”

 

Ruyned

„Profanum Sacrificium”

Osmose Prod. 2026

Ruyned pochodzą z … Rumunii. I to już na wstępie jest jakaś ciekawostka, bo ten kraj bynajmniej zbyt wielu przedstawicieli w Panteonie Metalu nie ma. Z drugiej strony, nic dziwnego, że w tym europejskim zakątku śwuata też żyją maniacy, którzy zamiast mleka ssali z matczynego cycka ciecz o nieco innej konsystencji. A to doskonale słychać na „Profanum Sacrificium”. Krążek ten to nic innego jak pół godziny hołdu dla starego, klasycznego thrash metalu. Chociaż mówiąc jedynie o thrashu nieco bym twórczość chłopaków zawężył. Poza ostrymi, granymi najczęściej na wysokich obrotach melodiach o bardzo agresywnym zabarwieniu, nie brak w tych utworach także zgrabnego nawiązania do heavy metalu. I to nie tylko w solówkach, jak to się zdarza najczęściej, a właśnie w sposobie riffowania. Ten jednakże zdecydowanie częściej sięga tego ostrzejszego gatunku. Poza minimalistycznie dodanymi samplami z gatunku religijnych, tudzież akustycznymi uzupełniaczami, mamy tu na dobrą sprawę same ostre. Klasycznie przyprawione, brzmiące po staremu, zagrane po staremu, ze staroszkolnym feelingiem. Te dziewięć kawałków (że intra nie policzę), to typowe koncertowe rozpierdalacze. Wtórne to jest do bólu, powtarzające znane i wszem lubiane schematy, ale jednak tak nośne, że aż się chce potańcować. Ileż to zresztą zespołów, głównie młodych, potrafi dziś odtworzyć ten mocno już pokryty kurzem klimat. Coraz więcej, co oczywiście niezmiernie cieszy. Ruyned w temacie też nie odstają od godnych spadkobierców ani o jotę. Bo thrash metal w ich wykonaniu jest naprawdę dobrej jakości, poskładany z najlepszych elementów, zaczerpniętych od najlepszych nauczycieli. Tej płycie zasadniczo nic nie brakuje. Z drugiej strony, malkontenci mogą się doczepić, że to wtórne i nudne, bo przecież to już w kinie grali. Pewnie, ale ja na przykład serię Rocky’ego oglądałem już dziesiąt razy, a jak mam wolny wieczór, to se zapodam po raz kolejny. I dokładnie tak samo jest z Ruyned. Słyszałem tą muzykę niemal czterdzieści lat temu, a mimo to „Profanum Sacrificium” sprawia mi w chuj radochy. Dają chłopaki radę, i tyle w temacie.

- jesusatan




Recenzja Morgal „The Seventh Circle”

 

Morgal

„The Seventh Circle”

Werewolf Records 2026

Morgal już sobie muzykuje parę lat na tym świecie, bo od 2014 roku. Na koncie uzbierali trzy demosy, pojawili się na jednym splicie i mają też epkę. Posiadają również pełnometrażowy debiut, a pod koniec czerwca będzie dostępna ich druga płyta w postaci „The Seventh Circle” właśnie. Finowie grają black metal, ale tak naprawdę to go oni napierdalają. Zasuwają ostro przed siebie, serwując piekielne biczowanie, za pomocą thrashujących riffów, akordów i solówek pachnących heavy metalem no i tremolando, która to forma jako jedyna wiąże muzę Morgal z drugą falą tego gatunku. W większości to mocno nawiązujący do lat osiemdziesiątych bleczur, który kostkowaniem i agogiką przypomina, śmierdzący siarką speed metal, który klasyczną wirtuozerią i harmoniami częstuje obficie. Za zapierdalającymi jak pershing riffami mknie, łomocząca perkusja, zdyszany bas i wokalista, który zdziera gardło do krwi. Szybka i piekielna jazda trwa przez całe trzydzieści trzy minuty i tylko momentami zwalnia, ale są to krótkie chwile. Pełno tu bolesnego smagania, świdrujących, wysokotonowych zagrywek, wariackich chwytliwości i ekspresowego poruszania się po gryfie, który niejeden zjazd zalicza. To diabelska młócka i szaleńcze solówki, które żniwo zbierają okrutne. Finowie się nie patyczkują ani nie opierdalają w tańcu, grzejąc, ile fabryka dała i rozpalając ognie piekielne. Lata osiemdziesiąte pełną gębą z małą domieszką lat dziewięćdziesiątych, która kojarzy black metal od tego kwartetu ze współczesnością. Słuchają „The Seventh Circle” wyraźnie zalatuje mi kapitanami i świeżym, niepasteryzowanym kujawiakiem, a w szafie kurczę, kurzy się dżinsówka tylko białych butów za kostkę brak. Polecam, ostra, szatańska jazda na pohybel „czarnym i czerwonym” hehe.

shub niggurath




poniedziałek, 8 czerwca 2026

Recenzja Tenebris / Hyver „Tänzelcore / techno split”

 

Tenebris / Hyver

„Tänzelcore / techno split”

Antiq 2026

Początkowo chciałem ten materiał wyjebać do śmieci, ale pomyślałem sobie, że kurwa napiszę coś o tym dziadostwie, abyście omijali to wydawnictwo szerokim łukiem, no chyba, że lubicie taką muzę więc od razu z góry przepraszam za moje poniższe bluźnierstwa. Cóż, zaczyna jakaś nowa kapela o starej nazwie, bo to kolejny Tenebris na świecie. Prezentuje on tutaj cztery numery, utrzymane w estetyce dungeon synth, tyle że na przyspieszonych obrotach, podbitych techno-beatem. To infantylne i bajkowe melodyjki, które okresowo wpadają w psychodeliczne formy, robiąc pojebany mętlik w głowie jakby się człowiek grzybów nażarł. Leci to w przestrzeń, kręcąc dupą na wszystkie strony i podskakując komicznie, ale do śmiechu za chuj mi nie jest. Gdy ten enigmatyczny projekt kończy swe cudaczne pląsy, na parkiet wkracza znajomek w ciżmach i kapeluszu à la Gandalf, czyli francuski Hyver, który w zeszłym roku popisał się nie lada płytą, będącą black metalową ścieżką dźwiękową do gry RPG. Tutaj także nieźle sobie swawoli, proponując również cztery numery w klimatach bliźniaczych do poprzednika. To rzecz jasna też dungeon synth, ale płynie u Hyver’a spokojniej roztaczając atmosferę ze średniowiecznych, odpustowych jarmarków i towarzyszącym im przytupajek oraz kuglarskich występów. Iście halucynogenna to jazda, która brzmi nieco nostalgicznie, ale równie osobliwa jak u Tenebris’a. Po prostu fajne chwytliwości, które czasami przechodzą w jakiś noise i wrzaski, lecz to tylko śladowe urozmaicenia, ponieważ przeważają tu klawisze z bębenkami, robiące sieczkę z mózgu swoimi, meskalinowymi jazdami. Radosna, psia mać, twórczość, której celowość z mojego punktu widzenia, nigdy nie będzie zbadana. Ja pierdolę! Żeby to chociaż zabawne było, ale kurwa nie jest. Może się nie znam na syntezatorowej muzyce w stylu lo-fi i dlatego nie potrafię docenić tych ośmiu, delirycznych kompozycji. Fanów z góry przepraszam i jednocześnie im współczuję. Siedzę i myślę, sensu się doszukując… daremnie.

shub niggurath




niedziela, 7 czerwca 2026

Recenzja Nirriti “Dhrupad Anutpada (ধ্রুপদ অনুৎপাদ) Apophatic Ragas of Non-Origination”

 

Nirriti

“Dhrupad Anutpada (ধ্রুপদ অনুৎপাদ) Apophatic Ragas of Non-Origination”

Iron Bonehead Prod. 2026

Nirriti to interkontynentalny twór, w skład którego wchodzą kolesie z Indii, wspierani przez bębniarza z Kanady (pan znany choćby z pracy fizycznej w Nuclearhammer czy Necropolissebeth). I w zasadzie temu ostatniemu się nie dziwię, że przyłączył do zespołu, zwłaszcza biorąc pod uwagę drugi z wymienionych zespołów, bo Nirriti tworzy muzykę dość podobną. Muzykę, którą można śmiało określić jako ekstremalną, nawet w szufladkach ogólnie określanych jako ekstremalne. Swoje zdanie na temat Necropolissebeth wyraziłem tu jakiś czas temu, i tak na dobrą sprawę tekst dotyczący Nirriti mógłby być niemal kopia tamtego. Postaram się jednak inaczej ubrać całość w słowa. Przełamywanie barier, stosowanie środków najprostszych z prostych, produkcja na poziomie bardziej oszczędnym niż piwniczna, i totalny muzyczny minimalizm pod względem aranżacyjnym. Z jednaj strony brzmi nieźle, bo sam jestem maniakiem prostoty. Rzecz w tym, żeby w owym „dudnieniu” była chociaż szczypta faktycznego riffowania, a nie jedynie molestowania instrumentów. W przypadku Nirriti jest to udane połowicznie. Owszem, jest to granie z gatunku lo-fi, najczęściej na najwyższych obrotach, z zastosowaniem najbardziej szorstkiego sposobu kostkowania, często chaotycznego, chwilami nawet abstrakcyjnego. Sporo tu warmetalowych „harmonii”, nie brak też ukrytych w owym chaosie dysonansów, czy zwykłego szarpania strun na zasadzie wilka rozrywającego swoją ofiarę. Podobnie rzecz się ma z wokalami. Są one jednostajnie wściekłe, mocno monotonne, wybrzmiewające niczym z innego wymiaru, wspomagane wyraźnym pogłosem i innymi efektami. Jedynym urozmaicaczem są na tym krążku pojawiające się miejscowo sample, aczkolwiek to żadna nowość w przypadku tego rodzaju twórczości. I teraz kwestia, czy w taki chaos wsiąkamy, czy mówimy „dobranoc”? No cóż… Z jednej strony jest to mocna rzecz, mogąca chwilami kojarzyć się ze znanymi klasykami pokroju Tetragrammacide, Revenge czy Nyogthaeblisz. Z drugiej, po trzech odsłuchach kompletnie nie chce mi się do tej płyty wracać. Choćby dlatego, że wolę sobie zamiast tego po raz kolejny włączyć coś ze wspomnianych przed chwilą ekstremistów. Ale macie ogólny zarys, czego się po Nirriti spodziewać. Komu mało podobnych kakofonii, niechaj zaczerpnie dłonią. Mi się trochę przejadło.

- jesusatan




Recenzja Flykt „Sinister Strain”

 

Flykt

„Sinister Strain”

Hammerheart Records 2026

Flykt pochodzi ze Szwecji, gdzie narodził się w 2016 roku. To solowy projekt gościa bez nazwiska, ale za to zdjęcie ma rasowe. Już trochę dawno, bo siedem lat temu facet wydał debiut, a teraz wraca z drugim krążkiem, który ukaże się dziewiętnastego czerwca. Muzyka jaką na niej znajdziecie to black metal, którego rdzeń wyrasta z fundamentów drugiej fali gatunku, ale reszta to już delikatnie inna historia. Nie bójcie się jednak, bo to żaden eksperymentator. Szwed komponuje diabelszczyznę w nieco inny sposób. Jego utwory skonstruowane są w oparciu o gęste tekstury, które zestawia on z kontrastowo brzmiącymi, wysokotonowymi zagrywkami. Są one wplecione w zwarte akordy tak, aby sprawiały wrażenie wijących się jak węże harmonii, nadając „Sinister Strain” niesamowitej upiorności. Te wysoce złowieszcze melodie wraz z silnie atakującymi, głównymi akordami, stanowią o charakterze black metalu Flykt, który odznacza się ponurą atmosferą, zdecydowaniem, rytualizmem i otwarcie, satanicznym nastawieniem. To burzliwa i parząca swym ogniem muza, która przez większość swego trwania, atakuje mocnymi riffami i miażdżącymi, kaskadowymi uderzeniami. Okresowo zwalnia, rozrzedzając na chwilę swój duszny klimat, wspomnianymi, ceremonialnymi kołysankami bądź mrocznie, melancholijnymi chwytliwościami. Nie stroni również od elektroniki, stosując w niektórych kawałkach ambientowe wyciszacze, które co prawda pozwalają odpocząć zmysłom od intensywności tego materiału, ale z kolei wciągają do dalece nieprzyjaznego, klaustrofobicznego świata, nie pozostawiając złudzeń co do intencji ich twórcy. Black metal od Flykt jest odmiany gorącej i żywiołowej, ponieważ opatrzony jest gęstym brzmieniem i odrealnioną aurą, przez co może w bardziej nastrojowych chwilach odrobinę przypominać Deathspell Omega, a w tych wojowniczych Marduk. Niemniej jednak to autorskie ujęcie czarciego grania, obok którego nie da się przejść obojętnie, a przed rozpoczęciem słuchania, należy wziąć głęboki oddech, gdyż z każdą chwilą trwania „Sinister Strain”, ubywa powietrza. Album przejrzyście wyprodukowany, ale obdarzony naturalną surowością, podkreśloną przez posępne i paraliżujące wokale.

shub niggurath




Recenzja Seven Chains „Swollen, In Flux”

 

Seven Chains

„Swollen, In Flux”

I, Voidhanger Rec. 2026

“Oh, Mr. Belpit, your legs are so swollen!” Znacie Monty Pythona? Kojarzycie tą scenę? Jakoś mi się tak po trzech piwach automatycznie przypomniała, kiedy spojrzałem na tytuł nowego, trzeciego już w dorobku, albumy Seven Chains. Czy ma to coś wspólnego z samą muzyką tego amerykańskiego duetu? Kompletnie nic. Ale chciałem na wstępie coś zagadać, żeby zwrócić waszą uwagę. No to teraz już na poważnie. Wcześniejszych dokonań zespołu nie znam. Skupię się zatem tylko i wyłącznie na owych „opuchniętych nogach”. Początek płyty to religijne intro. A w dalszej części otrzymujemy coś, co można bez przesady nazwać wariacją na temat Portal. I to bardzo zbliżoną do oryginału, zwłaszcza pod względem struktury kompozycji, sposobu riffowania, czy nawet wokalnych ekspresji. Jeśli łatwiej wam przyjąć to pod pojęciem „Portal wanna be”, to bardzo proszę, bo o wiele się nie pomylicie. Przede wszystkim rządzą tutaj charakterystyczne dla Australijczyków tremolo, pokręcone, wijące się niczym węże w gnieździe, hipnotyzujące i wgryzające się w głowę. Harmonie grane na zapętleniu, schodzące jedynie swoją tonacją w dół, lub podążające w górę, to coś, co na „Swollen, In Flux” jest wszechobecne. Niektóre cytaty na tym krążku są niemal dosłowne, co faktycznie może sprawiać wrażenie, iż Seven Chains wręcz bezczelnie naśladują pierwowzór. Na szczęście, panowie dodają do całości także coś od siebie. Są to elementy wkraczające w rejony bardziej oldskulowe, mogące kojarzyć się chwilami z Autopsy czy Immolation, tudzież nieszablonowe zagrywki, jak choćby fragment w końcowej części „Whence Blood No Longer Flows”, zagrany tylko na perkusję i majaczące w tle klawisze imitujące śpiew potępionych dusz. Jest też na płycie numer ambientowo / noise’owy, niebywale mroczny, wciągający z siłą Czarnej Dziury, będący, wraz z następującym po nim drugim „Intro”, idealnym interludium w całym tym interwymiarowym zamieszaniu. Sporo się tu dzieje, sporo zmienia i tasuje, czasem wręcz zderza, jak byśmy faktycznie doświadczali jakichś międzyplanetarnych zjawisk. Idealnym podsumowaniem całości jest najdłuższa, ponad jedenastominutowa kompozycja „The Earth’s Tentacular Cross”, zawierająca całą paletę riffów i zmian tempa, ale też sporo klawiszowych „improwizacji”. Jednocześnie udowadniającą, że mimo iż Amerykanie z wiadomych wzorców czerpią na potęgę, a zarazem potrafią rozwijać oczywistą formułę na swój własny sposób. Nie, no nie będę nikomu wciskał, że Seven Chains są jednymi z lepszych naśladowców Portal. Są jednak na tyle ciekawym tworem, że faktycznie warto ich sprawdzić, bez dwóch zdań. Bo w ogólnym rozrachunku „Swollen, In Flux” to dobra płyta.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/swollen-in-flux

Recenzja Dark Divination / Wampyric Rites „Finnish Ecuador Alliance”

 

Dark Divination / Wampyric Rites

„Finnish Ecuador Alliance”

Signal Rex 2026

Ten fińsko-ekwadorski split zaczyna, powstały cztery lata temu, północnoeuropejski Dark Divination. To solowy projekt, za którym stoi niejaki Dark Divinator, ale jego prawdziwa godność to Joel Kahara. Gość debiutanckiego pełniaka ma już za sobą, a wydał go w zeszłym roku. Tutaj prezentuje jeden kawałek, który zagrany został w duchu surowego black metalu. Początkowo płynie on spokojnie, kreśląc ponure i majestatyczne riffy, aby gdzieś w połowie, przeistoczyć się w lodowaty blizzard, niosący agresywne tremolo w towarzystwie grzmiących bębnów, wycofanego basu oraz nieprzyjaznych wrzasków. Ta intensywna zamieć po kilku chwilach milknie, powracając do tempa z początku „Tainted by Hatred”, wyciszając rozsierdzoną napierdalankę nastrojową końcówką przy akompaniamencie klawiszy. Gdy kończy Fin, wkraczają dobrze znani Ekwadorczycy. Oni również na tym splicie do zaproponowania mają tylko jeden utwór, który jest typowym dla nich black metalem. Wampyric Rites leci szybko, częstując melodyjnymi tremolando i skandynawskimi akordami, który klimatyczność podsycają syntezatory. To chłodny i także piwniczny black metal, który swą ostrością kaleczy uszy, a pomagają mu w tym szorstkie i skrzekliwe wokalizy. Panowie nie biorą jeńców i zasypują słuchaczy gęstym szronem, i zarażają nienawiścią bez wysiłku. Obydwie kapele, to przedstawiciele diabelszczyzny w stylu „raw”, ale skomponowanej z pomysłem i czytelnie zarejestrowanej. Dark Divination istnieje trochę krócej i na koncie ma mniej wydawnictw więc plus dla niego, że przypomniał o sobie swoim fanom, choć po pierwszej płycie od zeszłego roku kurz chyba na dobre jeszcze nie opadł. Wampyric Rites w lutym wypuścił najnowszy krążek, ale oni mają tyle splitów na koncie, że kolejny nie powinien dziwić. Krótka pozycja, bo obydwa wałki dają łącznie jakieś jedenaście minut muzyki. Kolekcjonerzy zapewne sięgną po „Finnish Ecuador Alliance”, a co zrobi reszta maniaków?

shub niggurath




sobota, 6 czerwca 2026

A review of Cutthroat “Invoking Terror”

 

Cutthroat

“Invoking Terror”

Dying Victims Prod. 2026

 


There have been a few “Cutthroats” over the years. It seems, however, that none of them are currently active, so no one is likely to drag a new band with that name to the court, hehe! This particular Cutthroat hails from Ireland and plays something between thrash (less) and death (more) metal. The gentlemen, though they look young, do it in a very old-school style, yet full of youthful rebellion and enthusiasm. “Invoking Terror” is an EP containing five tracks, with a total runtime of twenty-five minutes. The way these guys approach the subject is decidedly direct. What does that mean? Well, for example, they place a much greater emphasis on brutality than on catchy melodies or technical show-offs. Their compositions are simple, based more on sharp guitar chords that charge forward without the slightest compromise. Speaking of guitar lines, it should be noted that the Irish band’s inspirations are quite obvious. You can hear early Death (from the demo and their first album era), Possession, or Sadistic Intent here. At times, early Morbid Angel also comes through, as in “Morbid Rites” (I wonder if that title is just a coincidence). Furthermore, the compositions on this album are not devoid of tempo changes or variations in picking style, which shows that the musicians were not short on ideas. I also like the vocals, which fit perfectly with the atmosphere of these tracks. At times, they remind me a bit of Chris Reifert (though perhaps more in terms of articulation than tone itself). These recordings sound raw, but not like they were recorded in a basement. The balance here is also perfectly maintained. But the biggest strength of this release is that with every listen, it sinks deeper and deeper into your head.  I admit that after the first run, I thought “It’s just another average-quality, typical Dying Victims release.” But after five more, I couldn’t tear myself away from “Invoking Terror.” And the closing track, “Life Beyond the Grave,” gives me chills every single time! Give this Throat Slitter a listen, because this is truly solid late-’80s-style material. I’m looking forward to the full length album.

- jesusatan




Recenzja Numen „Erre”

 

Numen

„Erre”

Les Acteurs de L’Ombre Productions 2026

Numen to baskijski zespół black metalowy, który powstał już dawno, bo było to w 1997 roku. Kwintet ten nie śpieszy się z nagrywaniem płyt, ponieważ obecnie wydaje piąty album, a to chyba niezbyt dużo jak na trzydziestoletnią karierę. Nieważne. Ważna jest muzyka, a ta jest po prostu black metalem, który czerpie pełną chochlą z lat dziewięćdziesiątych. To narowisty bleczur, który mknie na pełnej kurwie i tylko niekiedy zwalnia, aby uspokoić zszargane nerwy swoich odbiorców. Robi to za pomocą małych bujanek w średnim tempie lub wtrąceniami na gitarze akustycznej. Poza tymi pauzami to totalna wścieklizna, która zasypuje nam uszy rozjuszonymi akordami i siarczystymi blastami. Tremolo i tradycyjne kostkowanie zapierdalają nie oglądając się za siebie, gdyż chyba nie ma sensu tego robić, kiedy pędzi się z prędkością światła, a goni cię perkusja wraz z basem, poganiane przez szorstkie i niezbyt przychylne rodzajowi ludzkiemu wrzaski wokalisty. Jednakże nie tylko z lodowatym blizzardem mamy tutaj do czynienia, bo w swoje ofensywne akordy Numen wplata także sporo stonowanych melodii rodem z Kraju Basków, co podbija pęd ich diabelszczyzny i dodaje jej nieco pogańskiego charakteru. Mocno przypomina mi to norweskie rzępolenie z tych szybkich oczywiście, ale o podobieństwa do Marduka też się pokuszę. To rzetelnie skomponowany i z sercem zagrany black metal, który oprócz tradycyjnych form oferuje również trochę progresywnych zagrywek. Wije się to wszystko w spazmach i tańczy w szalonych pląsach, zmiatając wsio co spotka na swojej drodze. Obcowanie z tym materiałem bez wątpienia gwarantuje w najlepszym wypadku odmrożenia drugiego stopnia albo urwanie głowy. Hiperaktywny black metal.

shub niggurath