sobota, 5 września 2026

Recenzja Wyrdstæf „Primordial Bloodlines”

 

Wyrdstæf

„Primordial Bloodlines”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Wyrdstæf, to już ze względu na sam koncept zespół oryginalny. Panowie postanowili bowiem wziąć na warsztat epokę paleolitu i mezolitu, pod kątem życia naszych przodków, przemierzających świat lodu i cudów natury w owych nieskażonych, ale bezlitosnych warunkach. Jak się zatem domyślacie, nie jest to typowy black, czy też death metal. Bo jeśli nawet oparty o te dwa gatunki, to ze zdecydowaną potrzebą dodania do nich takich epitetów jak „plemienny” czy „rytualny”. Jakiś czas temu słuchałem nowego materiału Ch’ahom. Zbieżność, którą dostrzegam między Niemcami a Brytolami jest taka, że oba te bandy stosują interludia, czy też przerywniki, zwał jak zwał, o charakterze mocno trybalnym. Mroczne bębny, egzotyczne instrumenty, szamańskie zaśpiewy, szepty i dźwięki dzikiej natury. To bardzo mocno wprowadza w odmienny, trochę przerażający klimat. W swoich utworach Wyrdstæf stosują natomiast znacznie szersze spektrum muzyczne niż Ch’ahom. Znajdziemy tutaj spory wachlarz riffów, zarówno tych nawiązujących do drugiej fali black metalu, jego bardziej współczesnej, z lekka dysonansowej odmiany, klasycznego death metalu, czy nawet doom metalu. Podczas każdej z kompozycji mamy fragmenty brutalne, jak i nastrojowe wyciszacze, co, poza wspomnianymi trybalnymi zaśpiewami, tworzy naprawdę ciekawą mozaikę, mogącą faktycznie być odzwierciedleniem życia człowieka prehistorycznego, spotykającego się z nagłym niebezpieczeństwem, by za chwilę móc świętować nowe odkrycia i znaleziska. Co istotne, Wyrdstæf starają się układać klocki po swojemu, przez co odniesienie ich twórczości do jakiegokolwiek innego zespołu nie byłoby do końca wymierne. Najbliżej jakichkolwiek porównań jestem przy ostatnim na płycie „Primordial Bloodlines”, utworze najbardziej nastrojowym, w połowie akustycznym, a w całości śpiewanym czystym głosem, w niektórych momentach mogącym kojarzyć się z twórczością Sadness (acz ze sporą dozą dodatków bardziej melancholijnych, czy doomowych). Trzeba przyznać, że propozycja Wyrdstæf to bardzo emocjonalne i oddziałujące na wyobraźnię granie, zwłaszcza przez pryzmat wspomnianego konceptu. Całość trwa niewiele ponad pół godziny, co pozostawia pewien niedosyt, ale chyba lepiej tak, niż przekombinować i podać danie zbyt duże, przez co ciężkostrawne. Jeśli szukacie czegoś nieoczywistego, proszę się częstować. Całkiem niezłe to jest. Mam tylko jeden większy zarzut. Okładka jest chujowa.

- jesusatan




Recenzja Faustian „Parable of the Sewer”

 

Faustian

„Parable of the Sewer”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026

Faustian pochodzi z Australii, a mały debiut ma już za sobą, bo trzy lata temu wyszła ich epka „We Come as Angels”. W lipcu ukazał się ich pierwszy długograj, który niesie ze sobą osiem numerów, utrzymanych w black metalowym tonie. To diabelszczyzna w wyrazistym wydaniu, która zalewa nas agresywnymi blastami, atmosferycznymi zwolnieniami, a i trochę nowoczesności w postaci dysonansów również tutaj można znaleźć. Panowie zapodają na swoich instrumentach potężną ścianę dźwięku, która ułożona w przemyślany sposób, owocuje black metalem współczesnym o ziarnistym brzmieniu, wzmocnionym przez mocną sekcję rytmiczną i zajadłe wokale. Jest to bleczur, który nie stroni od klimatycznych przerywników z czystymi wokalizami czy chóralnymi głosami. Australijczycy nie boją się także atonalnych pływów we francuskim stylu, w które wplatają sporo brzękliwych zagrywek, pojawiających się również podczas mistycznych zwolnień pomiędzy kolejnymi uderzeniami szybkich riffów i tremolo. Ostra produkcja nadała temu materiałowi uwierającego charakteru, co podkreśliło jego siłę wyrazu. Wszystko ładnie i rzekłbym nawet pięknie, bo pierwsza płyta od Faustian to rogacizna różnorodna i mocna. Pełno w niej satanicznej złości, gęstych momentów i mrocznych pejzaży, które kotłują się ze sobą przez cały czas trwania tego krążka. Nie sposób się przy niej nudzić, a i emocje wywołuje odpowiednie. Faustian wymyślił swoje ujęcie tej muzyki, korzystając z wielu wpływów, ponieważ słychać tu i skandynawskie, i francuskie oraz islandzkie pierwiastki, które ten tercet ubrał w australijskie szaty. Black metal nieco inny, ale taki sam jak wiele dzisiejszych wydawnictw, podążających w odrobinę modernistyczne rejony. Podobać się może, lecz nie musi. Sprawdźcie.

shub niggurath




czwartek, 3 września 2026

Recenzja Wrath Division „Cremation Grounds Abyss”

 

Wrath Division

„Cremation Grounds Abyss”

Old Temple 2026

No, kurwa, w końcu się ogarnęli! Materiał na drugi album Wrath Division był gotowy już od jakiegoś czasu (w sumie to powstał zaraz po debiucie), ale chłopaki nie mogli zabrać się za wokale. Albo może zmobilizować śpiewaka do ich nagrania. No to pozmieniali mu cyferki w pseudonimie, po czym poszło już z górki, i oto mamy „Cremation Grounds Abyss”. Mało jest na polskiej ziemi grania warmetalowego, dlatego na to wydawnictwo czekałem bardzo niecierpliwie. Zwłaszcza, że „Barbed Vire Veins” niczym nie ustępował światowemu poziomowi grania w rzeczonym temacie. Nowy materiał niewiele różni się od debiutu, ale tylko i wyłącznie w przypadku, jeśli rzucimy na niego uchem laika. Nadal mamy tutaj ostrą, prymitywną napierdalankę ze ślizgami po gryfie, szalejącymi blastami, oraz bezlitosnym riffowaniem, prawda. Jeśli jednak jesteśmy w temacie owych blastów, czy też tempa, to zdecydowanie więcej na tym wydawnictwie zwolnień. I to, co się, kurwa, chwali, nie takich typowych slow-downów do pomachania łbem, których pełno na krążkach wszelkiej maści naśladowców Blasphemy, lecz przejść w tempo wolne z zachowaniem odpowiedniej linii melodycznej. Absolutnie nie powoduje to przy okazji zmniejszenia poziomu wkurwu kipiącego z tych nagrań. Tutaj nadal bucha czysty ogień, czy tam lawa, z tą różnicą, że efekty totalnej erupcji przerywane są przysłowiową ciszą przed burzą. Więcej tu też czysto deathmetalowych akordów, takich z czasów zawiązywania się gatunku. Jak nie wiecie o co mi chodzi, to posłuchajcie „Flesh Burning In Flames of Deliverance”, może załapiecie. Jest na tym albumie też kilka fragmentów, które przypiąłbym do czystego grind’u, bo są totalnym szaleństwem. Czego by jednak nie powiedzieć, album ten jest absolutnym rozpierdalatorem, obrazem dewastacji, totalnego zniszczenia, nawet jeśli dokonanego przy użyciu nieco innych środków niż poprzednio. A jeśli o środkach, to nie sposób tu nie wspomnieć o nowym śpiewaku. Facet zdziera struny do krwi, ale potrafi przy tym, w sposób naturalny, modulować swoje wyrzygi, przez co w tym temacie też nie pozostajemy na płaszczyźnie poziomej. W chuj dobry to krążek, a na pewno troszkę rozwijający zardzewiałą przecież, zdającą się nie do naprawienia przy użycie WD-40, formułę. Pół godziny z niewielkim okładem. Tyle chłopakom zajmie spuszczenie wam totalnego wpierdolu. Kto chętny?

- jesusatan




Recenzja Vingulmork „Barmhjertighetens Fallitt”

 

Vingulmork

„Barmhjertighetens Fallitt”

Crime Records 2026

Panowie z Vingulmork nie rozpieszczają swą twórczością, ponieważ „Barmhjertighetens Fallitt” to w ich czternastoletniej karierze dopiero drugi krążek. Zawiera on dwanaście numerów z czego trzy to krótkie zapychacze, a reszta to już poczerniony thrash metal o dużej dawce melodyki. Generalnie do niczego nie można się tu za bardzo przyczepić. Brzmienie ostre jak żyletki, dźwięczna sekcja rytmiczna i wokalizy zajadłe jak u wściekłego wilka. Produkcja czysta, selektywność idealna, ale nie plastikowa, bo jakby naturalna. Riffy szybkie, rytmiczne, tłumione bicia w średnim tempie, nastrojowe zwolnienia i zimne tremolo. Czuć tutaj norweskiego ducha, bo Vingulmork potrafi posypać szronem, diabolicznie pobujać i wprowadzić momentami spore pokłady wikińskiej atmosfery. W kompozycjach słychać zaangażowanie, wkurw i przywiązanie do tamtejszej tradycji grania metalu o szatańskiej proweniencji. Podczas odbioru tego krążka nie sposób się również nudzić, gdyż kwartet ten dba o częste zmiany tempa, kostkowania i klimatu, a obecne tutaj, wszędobylskie chwytliwości wzmacniają gładkość postrzegania „Barmhjertighetens Fallitt”. Jedynym problemem jaki napotykam, słuchając tego albumu, to jego typowość i brak jakichkolwiek punktów zaczepienia, aby zostać z nim na dłużej. Poprawne muzykowanie w konwencji black-thrash metalowej ze wskazaniem na ten pierwszy człon, które poza wzorcowym odfajkowaniem jego elementów nie sprawia, żeby go zapamiętać i wracać do niego co jakiś czas. Jest agresywnie, siarczyście, harmonijnie i chwilami klimatycznie, ale brakuje mi tej kropki nad i, która udowodniłaby, że tak, to jest metal z Norwegii, a nie jakieś tam szwedzkie Dissection.

shub niggurath




środa, 2 września 2026

Recenzja Ch'ahom „Atrophic Rites Sublimation”

 

Ch'ahom

„Atrophic Rites Sublimation”

20 Buck Spin 2026

Po wydanym w zeszłym roku demosie “Covered In the Priests Black Shit”, miałem cichą nadzieję, że nagranie drugiego albumu Niemcom nie zajmie wiele czasu. I tak się faktycznie stało, bo panowie z Essen (po naszemu „jeść”), po zmianie barw klubowych, wracają z nowym długograjem. No, żeby on był faktycznie długi, to bym nie powiedział, bowiem jest to pięć kompozycji, a których jedna długaśna, ponad dziesięciominutowa, nie przekraczających zusammen nawet pół godziny. Muzycznych rewolucji na tym wydawnictwie nie znajdziemy, ale to chyba dobrze. Ch’ahom wykreowali swój autorski, dość oryginalny styl, i jego się trzymają. Wiadomo zatem, że, poza treścią właściwą, usłyszymy na tej płycie kilka trybalnych, czy też rytualnych, interludiów. Dzwoneczki, piszczałeczki, obrządek rodem z Ameryki Południowej sprzed wieków. Nie da się ukryć, że właśnie te drobne dodatki robią tutaj różnicę, bo wprowadzają w odpowiedni, wypełniony ociekający krwią klimat. Słuchając nowych kawałków, odnoszę wrażenie, że muzyka Ch’ahom stała się jakby bardziej czytelna, zarazem mocniej pokombinowana. Nie znaczy to, że brak tu ciężaru z gatunku gruzowego, on jest nadal obecny, i to chyba, w połączeniu ze staroszkolnym death metalem (bo ja tu momentami wyraźnie słyszę choćby Morbid Angel), w przeważającej ilości. Pojawiły się natomiast fragmenty kapkę zaskakujące, gdzie chłopaki tasują akordami, łamią rytmy i zdają się dawać do zrozumienia, że ich muzyka z czasem jednak dojrzewa. Niech takim przykładem, idealnym zresztą, będzie „Priests of Lik’in”, z pokręconym wstępem, częstą zmianą kostkowania, warmetalowymi ślizgami po gryfie, przeplatanymi przebieraniem paluchami po tymże. Zresztą album ten ma to do siebie, że nie utkwicie podczas odsłuchu na wielokrotnym zapętleniu jakiegoś motywu. Tu co chwile coś się dzieje, coś się zmienia. Stąd też, że tak sobie pomyślałem, lepiej chyba nagrać materiał krótki, ale pełen pomysłów, niż długi, ale oparty na wałkowanym w kółko temacie. Równie bogato, co muzycznie, jest pod względem wokalnym. Monotematyzm Niemców nie dotyczy, ale to sobie najlepiej sprawdźcie sami, bo tej płyty po prostu wypada posłuchać. Zdaje mi się, że Ch’ahom nie zyskali dotychczas należnej atencji, i nadal pozostają tworem kryminalnie wręcz niedocenianym. Czy po przejściu do 20 Buck Spin coś się w temacie ruszy? Zobaczymy. Ja tą muzykę bardzo polecam, bo to nie jest kolejny zespół „jeden z wielu”. Chłopaki mają swoją wizję, i konsekwentnie ją realizują. Bardzo mocno im kibicuję.

- jesusatan




Recenzja Windswept „A Sign of the Cloven Hoof”

 

Windswept

„A Sign of the Cloven Hoof”

Primitive Reaction 2026

Zainteresowani i oczekujący na nowy album od Romana Saenko, już niedługo będą mogli się nim cieszyć, bo pod koniec września będzie on już dostępny. Czwarty album od Ukraińców jest jakby ostrzejszy niż ostatnia epka. Mniej tutaj melancholijnych momentów czy refleksyjnych odjazdów, za to więcej ofensywnych form zarówno w warstwie wokalnej jak i instrumentalnej. Owszem, nadal black metal od Windswept w dalszym ciągu jest hipnotyczny i częstuje błogą jednostajnością, ale wyraźnie, okresowo skręca w bardziej rytmiczne i tym samym monumentalne czy uroczyste rejony, snując posępne akordy jakchociażby w trzecim wałku „Buried Face Down”, w którym słychać także nawiązania do „hellhammerowskiej” klasyki. Reszta z tutejszych pięciu numerów, to transowe, lecz agresywne kostkowanie, które leci w średnim bądź lekko przyspieszonym tempie, sowicie sypiąc śniegiem i atakując agresywnymi wokalizami. Czego by nie napisać, to najnowsza płyta od tej trójki artystów, jest kolejną odsłoną ich twórczości w nieco innym ujęciu, w którym odeszli od nastrojowości na rzecz mrocznej nienawiści. Nienawiści płomiennej i szczerej, co przy tworzeniu black metalu jest rzeczą ważną. Zimne, bolesne gitary, wycofana sekcja rytmiczna, która chwilami nie szczędzi d-beatów i zajadłe oraz momentami boleściwe w swej niemocy wokale. Całość złożona z sercem, gwarantuje dobry album black metalowy, któremu w tym przypadku bliżej do skandynawskiego ujęcia niż wschodniego, co przy jego poprawności jest dużym plusem.

shub niggurath




Recenzja Fog Wall „Gloomweaver

 

Fog Wall

„Gloomweaver”

Independent 2026

Fog Wall… Fajna nazwa, pomyślałem. Okładka jednak odstraszała, przypominając raczej jakiś obrazek do gry komputerowej klasy B, i to niekoniecznie świeżej. Ale raz kozie śmierć, w najgorszym przypadku będę żałował straconych trzech kwadransów życia, bowiem tyle całość trwa. „Gloomweaver” to dziesięć kawałków hybrydy deathmetalowej. Dlaczego hybrydy? Bo odłamów rzeczonego gatunku występuje na tych nagraniach kilka. Zacznijmy od siermiężnych (takowe przeważają), dość monotonnych w sumie, opartych na wielokrotnie powtarzanym rytmie, akordów. One stanowią kręgosłup tego krążka. Brzmi to troszkę jak bardzo ubogi kuzyn Dying Fetus, albo bardziej udeath’owiony Crowbar. Nic w tym złego, poza tym, że… strasznie to nużące, bo większość kawałków jest do siebie mocno przez to podobnych. Druga sprawa, że brzmienie tych nagrań jest tragiczne. Ni to wypolerowane, ni rozklekotane, jakby wygenerowane komputerowo, zupełnie bez duszy. Wkurwiają trykające stopy (zgaduję, że to automat), i ogólnie mam pod tym względem wrażenie braku poczucia smaku. Może chłopaki po prostu ścieżki gitar faktycznie nagrali na komputerze? Tym bardziej to zastanawia, że w składzie jeden z panów odpowiada za wokal, a drugi za wokal i bas, więc trop byłby całkiem słuszny. Ale wróćmy do samych kompozycji. Chwilami następują tutaj zrywy, ale na dobrą sprawę wcale nie niwelują one wszechobecnej nudy, tylko ją pogłębiają. W notce prasowej stoi, że to płyta dla fanów Morbid Angel. Jeśli faktycznie jakichkolwiek inspiracji tym zespołem można się tu doszukać, to właśnie w partiach szybszych, brzmiących jak nieudane popłuczyny po „Heretic”. Notka kłamie też, że jest w tych nagraniach coś z Type O Negative. Nie mam pojęcia o co chodzi, bo jeśli o ten średnio odegrany cover „The Profit of Doom”, to chyba opis zawiera nazwę tą upchniętą na siłę z braku innych pomysłów. Ostatnią składową „Gloomweaver” są wkręty na podobiznę technicznego death metalu i zespołów pokroju Wormed, czy innych rzeźbiarzy. Też oczywiście mocno to uproszczone, i koło drugoligowych przedstawicieli tej odmiany metalu śmierci nawet nie stało. Aha, zostały jeszcze wokale. Mamy dwa. Wyższy i niższy, czasem występujące solo, czasem w duecie. Nudne tak samo jak muzyka Fog Wall. Ech, jednak straciłem te czterdzieści pięć minut życia, bo mogłem w tym czasie zrobić coś bardziej pożytecznego, na przykład posprzątać łazienkę. A teraz żona wróci z roboty i będzie sapać, że syf. Jak nie chcecie mieć podobnie, to nie powtórzcie mojego błędu, tylko gąbka i szmatka w dłoń, i do łazienki marsz! Przyjemniejsze to, bo se samemu można pośpiewać, i pożyteczniejsze.

- jesusatan




Recenzja Deprive „The Archaic Summoning”

 

Deprive

„The Archaic Summoning”

Fallen Temple 2026

Nigdy nie spotkałem się wcześniej z tym hiszpańskim zespołem, ale gdy słuchem najnowszej, czwartej płyty od Deprive, to trochę mam wrażenie jakbym obcował z wczesnym, skandynawskim ujęciem death metalu. W szybszych i niezwykle nośnych partiach, mocno kojarzy mi się z takimi kapelami jak Cadaver, Carnage czy wczesny Therion, Podobnie jest z brzmieniem, które jak wtedy, nie jest tutaj aż tak mocno dociążone, ale całkiem nieźle świdruje w uszach dzięki swej charakterystycznej barwie. W śmierć metalowych fragmentach dominują szybkie i chwytliwe riffy z małą domieszką blastów, ale całość okraszona jest posępną wręcz depresyjną atmosferą, z której unosi się woń rozkładu. Muzyka Hiszpana to także sporo elementów doom metalowych, które wyraźnie przypominają wydźwiękiem i typową, jak na lata dziewięćdziesiąte melodyką takie kapele jak raczkujący wtedy przedstawiciele brytyjskiej sceny deta gotyckiego. Te powolne i klimatyczne zjazdy, raczą po mrocznemu melancholijnymi harmoniami, które dość dobrze zagęszczają powietrze, wpadając w żałobne tony. Ogólnie rzecz biorąc, „The Archaic Summonig” jest mieszanką death i doom metalu, który zabiera nas na wycieczkę do ostatniego dziesięciolecia dwudziestego wieku, przedstawiając ówczesne początki wymienionych i tutaj zespolonych gatunków, które w nieco odświeżonej przez Deprive formie, doskonale ze sobą korespondują. Oprócz tego dostarczają doskonale wyważonej mikstury złożonej z brutalności, cmentarnego przygnębienia i czysto, death metalowych miazmatów, to również częstują niesamowicie sugestywną aurą. Oldskulowy, dobrze napisany materiał, który jako fuzja doom i death metalu w przypadku tej płyty sprawdza się znakomicie.

shub niggurath




wtorek, 1 września 2026

Recenzja / a review of Death.Void.Terror. “To the Great Monolith III”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN - 


Death.Void.Terror.

“To the Great Monolith III”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 


Życie jednak potrafi zaskakiwać. Sześć lat czekałem na następcę “To the Great Monolith II”, a kiedy w moje ręce w końcu trafiła EP-ka o numerze 2.5, to nie zdążyłem się nią jeszcze nacieszyć, gdy do drzwi zapukał ostatni rozdział trylogii. Słucham w tej chwili „To the Great Monolith III” po raz dziesiąty, i nadal nie potrafię się otrząsnąć, a miliony myśli kłębią mi się w głowie. Jak by tu je ubrać w słowa, żeby było krótko, ale bez pomijania kwestii najważniejszych. Przede wszystkim zacznijmy od tego, że trzecia część Wielkiego Monolitu to po raz kolejny muzyka nieco inna niż poprzednio. Małą wskazówkę odnośnie jej zawartości dostaliśmy już na wspomnianej EP-ce, ale to było jedynie pojedyncze mignięcie w obliczu eksplozji supernowej, czyli tego, co przynosi najnowszy materiał. Gruz i katakumby zniknęły niemal całkowicie. W zamian, dookoła nas wyrósł gęsty las, gdzie wstęp mają tylko nieliczny. Las, w którym odbywają się zakazane rytuały. „To the Great Monolith III” to pradawna msza, albo odprawianie czarów. To najbardziej dojrzałe, najbardziej podniosłe nagrania jakie zespół zarejestrował. Pięć kompozycji będących tajemną celebracją, zapomnianym obrządkiem, którego przebieg dane nam jest obserwować z ukrycia ze wstrzymanym oddechem. Muzyka na „III” pod względem tempa jest poniekąd monotonna, zarazem hipnotyzująca. Często dany moment, zazwyczaj niespieszny, co najwyżej w tempie marszowym, zapętla się na kilka dłuższych chwil. Wokół niego natomiast dzieją się rzeczy niesamowite. Biją trybalne bębny, druidzi w czarnych kapturach dmą w trąby, w tle płyną klawiszowe pasaże, a szamani śpiewają. Ale śpiewają tak pewnym siebie, mszalnym głosem (jakby odprawiali wyczekiwany przez tysiące lat obrządek), że można dostać gęsiej skórki. Zresztą wokale są na tym krążku jednym z najsilniejszych punktów. Są tu szepty, zawołania, wspomniane śpiewy (zarówno w wysokiej jak i niskiej tonacji), często brzmiące niczym inkantacje, growle, wrzaski, gwizdy… Kojarzycie płytę Morbid? Pamiętacie ten pijacki motym pod koniec albumu? Tutaj też mamy „la-la-la-la”, tylko że nie jest nam w tym przypadku do śmiechu. „To the Great Monolith III” to album który cały czas trzyma w napięciu, który nie daje nam pewności, ani żadnych wskazówek, odnoście tego, co się wydarzy za chwilę. To płyta, która z każdym odsłuchem zagnieżdża się coraz głębiej w głowie, by ostatecznie przejąć nad nami kontrolę. To płyta mocno awangardowa (są na niej momenty, które kojarzą mi się nawet z naszym Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi), kompletnie niezwyczajna i odbiegająca dość mocno od ogólnoprzyjętych standardów. Płyta, na której instrumentarium czysto metalowe zepchnięte zostało na drugi plan, ale nie pozbawione swoich ściśle przypisanych funkcji. Bo poza wspomnianą magią, nagrania te mają w sobie odpowiedni tonaż, i bynajmniej nie skręcają w symfonię, jeśli ktoś mógłby tak domniemywać. Jeśli dziś bardzo małoprawdopodobnym jest nagrać płytę oryginalną, nieprzekombinowaną, ciężko przyswajalną, a zarazem we wszech miar intrygującą, to Death.Void.Terror właśnie tego dokonali. „To the Great Monolith III” to fantastyczne zwieńczenie projektu, który z każdym krokiem dojrzewał i ewoluował (i to w jak najlepszym tego słowa znaczeniu). Dla mnie jest to zdecydowanie jeden z najlepszych krążków jakie w tym roku słyszałem. Dalsza rekomendacja wydaje mi się zatem zbędna.

- jesusatan

 

 

Death.Void.Terror.

“To the Great Monolith III”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 

Life has a way of surprising you. I’d been waiting six years for the follow-up to “To the Great Monolith II”, and when the EP numbered 2.5 finally landed in my hands, I hadn’t even had time to savour it before the final chapter of the trilogy came knocking at my door. I’m listening to “To the Great Monolith III” for the tenth time right now, and I still can’t shake it off, and millions of thoughts are swirling round in my head. How can I put them into words so that it’s brief, yet without overlooking the most important points? First and foremost, let’s start with the fact that the third chapter of “To the Great Monolith” once again features music that’s slightly different from before. We’d already been given a small hint as to its content on the aforementioned EP, but that was merely a fleeting glimpse compared to the supernova-like explosion that is this latest release. The rubble and catacombs have all but vanished. In their place, a dense forest has sprung up all around us, to which only a select few can enter.  A forest where forbidden rituals take place. ‘To the Great Monolith III’ is an ancient mass, or maybe rather a sorcery ritual. These are the most mature, the most solemn recordings the band has ever made. Five compositions constituting a secret celebration, a forgotten rite, the unfolding of which we are allowed to observe from hiding, holding our breath. The music on “III” is, in terms of tempo, somewhat monotonous, yet hypnotic. Often, a given part,  usually unhurried, at most at a marching pace,  loops for several prolonged moments. Meanwhile, incredible things are happening all around it. Tribal drums beat, druids in black hoods blow their horns, keyboard passages flow in the background, and shamans sing. But they sing with such a confident, choral voice (as if they were performing a ritual awaited for thousands of years) that it gives you goosebumps. In fact, the vocals are one of the strongest points on this album. There are whispers, shouts, the aforementioned singing (in both high and low registers), often sounding like incantations, growls, screams, whistles… Does the album ‘Morbid’ ring a bell? Do you remember that drunken chant at the end of the album? Here, too, we have ‘la-la-la-la’, only in this case it’s no laughing matter anymore. “To the Great Monolith III” is an album that keeps you on the edge of your seat throughout, offering no certainty or clues as to what’s about to happen next. It’s an album that, with every listen, burrows deeper and deeper into your mind, eventually taking control. It’s a highly avant-garde album (there are moments on it that even remind me of Polish Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi), completely unusual and quite far from generally accepted standards. It’s an album on which purely metal instrumentation has been pushed into the background, though not stripped of its strictly defined functions. For apart from the aforementioned magic, these recordings possess the necessary weight, and by no means veer into symphonic territory, should anyone be inclined to assume as much. If it is highly unlikely these days to record an album that is original, not overexperimental, challenging, yet thoroughly intriguing in every respect, then Death.Void.Terror have done it. ‘To the Great Monolith III’ is a fantastic culmination of a project that has matured and evolved (in the very best sense of the word) with every step. For me, it is definitely one of the best albums I’ve heard this year. Any further recommendation therefore seems superfluous.

- jesusatan


https://sentientruin.bandcamp.com/album/to-the-great-monolith-iii-rifts

 

Recenzja Tsirhic „To Satan I Reply”

 

Tsirhic

„To Satan I Reply”

Iron Bonehead Productions 2026

Tsirhic to chyba świeży szyld ze Stanów Zjednoczonych, bo poza tą dwunastocalówką, nie ma na koncie żadnych nagrań. Za tym projektem stoi jeden człowiek, który zarejestrował na rzecz tego wydawnictwa cztery numery czarciej surowizny. Surowizny, w której mieszają się wpływy rzępolenia Czarnych Legionów, wczesnych, norweskich poczynań i trochę fińskich manier. Do tego wszystkiego nasz bezimienny muzyk dołożył odrobinę pensylwańskiej finezji i mamy „To Satan I Reply”. Lodowate piekło zagrane na gitarach o twardym i zimnym brzmieniu oraz wycofanej sekcji rytmicznej, które miejscami wspomagane są przez syntezatorowe wstawki. To posępna rogacizna, która raczej jednostajnie prze do przodu, tylko niekiedy zmieniając rytmikę i sposób kostkowania. Każdy z tutejszych numerów to hipnotyczne i zapętlone tremolando, które okresowo przełamywane jest przez krótkie przejścia w inne akordy lub przez dołożenie do głównych tekstur ornamentalnych zabiegów. Aby dodatkowo urozmaicić swoje aranżacje i dodać im jeszcze bardziej garażowego klimatu, Amerykanin postarał się również o kilka, budzących grozę sprzężeń i opętańczych dźwięków. Ponure melodie, przechodzące momentami w mroczno-melancholijne chwytliwości i nienawistne riffy, które miejscami pobujać rytmicznie potrafią, robią wrażenie właściwą atmosferą, choć to nic nowego. Nic odkrywczego, ale zapodanego w ascetycznym stylu, lecz wyważonego w punkt, zarówno pod względem produkcyjnym jak i kompozytorskim. Minimalistyczny black metal o odpowiednim dla tego gatunku wyrazie, który podkreślają zajadłe wokalizy. Prosto, bez zadęcia, ale z odpowiednim efektem, co nie zawsze się udaje. Dla miłośników black metalu w wersji „sauté” i tego, odrobinę bardziej dopieszczonego jak znalazł. Fani Dimmu Borgir lub The Magus mogą sobie odpuścić.

shub niggurath




poniedziałek, 31 sierpnia 2026

A review of Skumstrike “Flawless Intrigue from Hell”

 

Skumstrike

“Flawless Intrigue from Hell”

Dying Victims Prod. 2026

 

I was pretty sure I’d come across the name Skumstrike before. And indeed, it was at the EP called “Execution Void” which quickly kicked my hairy ass. I missed their full-length debut, even though it was released by a label right here in our backyard, but I did sit down to listen to their second album. Well, stylistically, not much has changed for these Canadians. It’s still a wild ride full steam ahead, often with eyes closed. An old-school ride, of course. Maybe there’s definitely less punk here than on their earliest recordings, or maybe the guys have simply learned to handle their instruments better over time. But the backbone of this music is undeniably thrash. And it’s thrash that’s absolutely brimming with energy, bubbling over in every track. That doesn’t mean, however, that the album relies solely on blast beats. There are plenty of those here for sure, but the center stage, take the riffs! And that’s why I mentioned the noticeable improvement in the musicians’ skills, because whether they’re flooring the gas pedal or only slightly exceeding the speed limit, listening to the melodies flowing from “Flawless Intrigue from Hell” feels like being whipped. And the lashes falling on our backs hurt more and more with every passing moment, each one seems stronger, and each one hits the mark perfectly. What’s more, Skumstrike’s music has this incredible, aggressive, thrash-style groove that makes you want to dance with your fist clenched, or even punch someone in their ugly face. The only element here that strays from the main genre’s framework is the vocals, which are more screeching and black metalesque than in the classics. The sound is also “blacker”, though the overall vibe remains the same. These guys clearly love the genre’s classics from the ’80s and ’90s, as evidenced by their cover of Abigail’s song for “goodbye”, and they perfectly capture the spirit of those times in their music. In fact, the title of the cover perfectly defines Skumstrike’s work itself. So please stand up, raise your hands in the air, make the devil’s sign, and sing together: Satanic Metal Fucking Hell! Satanic Metal Fucking Hell!

- jesusatan




sobota, 29 sierpnia 2026

Recenzja Intubation „Hallucinations”

 

Intubation

„Hallucinations”

Morbid chapel Rec. 2026

Dziś zajmiemy się medycznym przypadkiem halucynacji podczas intubacji, czyli nową EP-ką z Morbid Chapel Records. Panowie pochodzą z Fin, i popełnili wcześniej dwie demówki, które ukazały się najpierw w wersji cyfrowej, a potem na kasecie jako kompilacja. Patrząc na zdjęcie, to chłopaki chyba dopiero skończyli podstawówkę, a na pewno nie osiągnęli jeszcze pełnoletniości. Nie przeszkadza im to w tworzeniu muzyki, która swój rodowód ma w latach młodości ich rodziców. Biorąc pod lupę nazwę zespołu, tytuł i okładkę, nie trzeba być Einsteinem, by domyśleć się, iż jest to śmierć metal. I tu musimy podzielić to wydawnictwo na dwie części. „Hallucinations” to materiał skomplikowany, niezbyt różnorodny, oparty na starych wzorcach, głównie z kraju, z którego młodzież ta pochodzi. Całość otwiera intro, a potem mamy cztery, utrzymane w średnim tempie numery. Całkiem solidne, bez wałkowania w kółko tego samego tematu, osobiście przypominające mi wczesny Convulse, może trochę Funebre albo Abhorrence. Technicznie jest zatem raczej na poziomie podstawowym, choć swoistej melodii kompozycjom tym nie brakuje. A to i jakaś solówka się przewinie, a to harmonie bardziej wpadające w ucho. Podstawą jest tutaj jednak tej oldskulowy klimat, który towarzyszył wczesnym latom gatunku, czyli ma być ciężko, brudno, i ma walić trupem. Słychać w tych dźwiękach nieco młodzieńczej naiwności, ale z drugiej strony oczywistym jest, że piosenki te stworzone i nagrane zostały z pasji. Nie jest to jeszcze żadne mistrzostwo świata, czy też nawet czubek drugoligowej tabeli, ale jak na początki brzmi to naprawdę bardziej niż przyzwoicie. A jak już o brzmieniu, to mamy tu czysty analog, nawet lekko niedopieszczony, co akurat uznaję za wartość dodatnią. Natomiast „Undifferentiated Malignancies”, czyli najnowsza EP-ka, dorzucona do CD na zasadzie bonusa, to lekkie poszerzenie kursu. Lekkie, bo to nadal stary death metal, ale jakby bardziej w Carcass’owym stylu (zwłaszcza „Neurological Brain Carnage”). Jest szybciej, lepiej technicznie, i bardziej melodyjnie, acz brzmienie nadal pozostaje brudne i demówkowe. Trochę więcej też dzieje się na drugiej gitarze w tle, czyli chłopaki jednak uczą się harmonie mieszać, czy też na siebie nakładać. No i ładnie, bo widać, że nie zamknęli się w szklanej kuli, tylko swoje wizje rozwijają. Daje to nadzieję na sprawienie w niedalekiej przyszłości jakiejś małej niespodzianki. Na co szczerze liczę.

- jesusatan




Recenzja TrenchWarfare „Achtung! Destroy the Weak”

 

TrenchWarfare

„Achtung! Destroy the Weak”

Conjuring Records 2026

TrenchWarfare jest tercetem z Teksasu, gdzie zainicjował on swoją działalność w 2015 roku, wydając demo „Perversion Warfare”. Najnowszy krążek „Achtung! Destroy the Weak” jest ich drugim albumem, który ukazał się dziesiątego sierpnia więc maniakom bezkompromisowej napierdalanki, powinien być już znany. Ci, którzy lubują się w war metalowych dźwiękach, powinni wiedzieć, że Amerykanie grają trochę odchudzoną i mniej gęstą wersję tego gatunku. Owszem, jest tutaj szybko i mało melodyjnie, ale brzmienie zbliżone jest nieco do szwedzizny z lat dziewięćdziesiątych, a niektóre riffy mogą przypominać wczesny Morbid Angel. W ogóle granie tej trójki, zalatuje wojennymi rytmami tylko podczas jednostajnych galopad w ekspresowej formie, które nie dają zbyt dużo czasu na wytchnienie. To hipnotyczne ściany sonicznego ataku, które napastują sumiennie i z niezwykłą cierpliwością, drążąc dziurę w mózgu, zamieniając go w papkę. Od czasu do czasu przecinają je odjechane i tym samym mocno popierdolone solówki, bądź nieliczne zwolnienia, w których właśnie mocno słychać maniery rozpowszechnione przez ekipę Trey’a. Do muzyki TrenchWarfare bardziej pasuje określenie black-death, bo i kilka dzikich tremolando można na tym materiale znaleźć, barwa instrumentów oraz zwartość kostkowania odbiega od zwyczajów z Ross Bay, a i ograniczona szybkość, która nie jest zestawiona z nagłymi, rytmicznymi zwolnieniami i zjazdami po gryfie, nie jest gorącym, nuklearnym podmuchem. Nie ma jednak co narzekać, ponieważ panowie Teksańczycy grzeją ostro i zapamiętale, gardząc trendami i świętością wszelaką. Brutalny, bluźnierczy metal, który dewastuje skutecznie. Tylko dla fanów rzezi.

shub niggurath




piątek, 28 sierpnia 2026

Recenzja Bacht’n de Vulle Moane “Verdwazing Der Dwazen”

 

Bacht’n de Vulle Moane

“Verdwazing Der Dwazen”

Into Endless Chaos Rec. / De Pankraker Rec. 2026

No, bardziej finezyjnej i trudniejszej do zapamiętania nazwy to sobie panowie wymyśleć nie mogli. To ja już może skorzystam z dobrodziejstw Internetu, i zapamiętam sobie polskie tłumaczenie: Niech Będzie Błogosławiona Pełnia Księżyca (a no tak, Vulle Moane – Full Moon, ale ja głupi). Prawda, że ładniej? Dobra, ale nazwa nazwą, natomiast postanowiłem napisać kilka słów o debiucie Belgów z konkretnego powodu. Lubię, jak ludzie łączą ze sobą różne, zwłaszcza kontrastujące ze sobą, style. W notce prasowej stoi, że panowie (a jest ich dwóch) grają „experimental elektro black metal”. Już sobie wyobrażałem taneczny black przy akompaniamencie syntezatorów rodem z Perturbator. A tu… chuja prawda! Ale po kolei. Jest tutaj trochę surowego, i to takiego niemal minimalistycznego black metalu. Choćby w pierwszym kawałku. Jest też sporo elektroniki, acz bardziej na zasadzie elektro-goth niż techno napierdalawy. Ale jest sporo grania praktycznie punkowego. Z tym, że ubranego właśnie w klawiszowe szaty, skocznego na bardzo prosty, prymitywny sposób. Są na tym krążku też elementy czysto ambientowe, jak choćby pod koniec wspomnianego otwieracza. Im dalej jednak idąc w las, bardziej zastanawiam się, gdzie tu ten jebany black metal? Że wokale trochę na podobę? Że czasem zajedzie mechaniczną kanonadą na automat perkusyjny mogącą (przy odrobinie fantazji) kojarzyć się z Mysticum? Albo że pojawią się, na zasadzie ściany dźwięku w tle, surowe, niżej strojone gitary? No, kurwa, nie! Tym bardziej, że i tym składowym towarzyszy bezustannie albo wspomniany elektro goth, albo pełna elektronika. A jak komuś jeszcze jest mało, to w ostatnim na liście „Angstenzuur (Ten oorlog tegen de wereld)” wjeżdża totalnie mroczny, powodujący mrowienie na karku industrial. Nie wiem jakie leki biorą Belgowie, nie wiem co u nich zdiagnozowano, ale schizofrenia to zapewne najlżejsza z dolegliwości. Nawalili na „Verdwazing Der Dwazen” teoretycznie randomowych pomysłów, mogących być podstawą do stworzenia kilku oddzielnych projektów zupełnie z innej beczki, ale… Cholera! Podoba mi się to. Bo jest inne, bo jest „jakieś”, bo jest, mimo wszystko, w pewnie sposób spójne. Zatem, jak wspomniałem na wstępie… Jak ktoś lubi pojebane, inne od codzienności granie, i lubi wymienione w tekście gatunki, niech sprawdza. Nie gwarantuję satysfakcji, ale szanse są.

- jesusatan




Recenzja Miscreance „Reminiscence”

 

Miscreance

„Reminiscence”

Season of Mist 2026

Właśnie z nowym albumem wrócili Włoscy specjaliści od technicznego thrashu z małą domieszką deta, czyli Miscreance. Tym razem jest to dziewięć numerów w wymienionym wyżej gatunku, które przede wszystkim czarują partiami solowymi oraz karkołomnymi zapętleniami. To co wyczynia gitarzysta, który kreśli swoje solóweczki, udowadnia, że z pewnością skalę pentatoniczną ma on w paluszku, a artykulację i wyczucie rytmu we krwi. Podobnie rzecz ma się z wirtuozerskimi wygibasami, które zapodają połamane i zakręcone akordy, bo kostkując i zapierdalając na gryfie jeden z członków tej kapeli, niewątpliwie potrafi i to bardzo. Wokalista także umie krzyknąć do mikrofonu i tym samym zaostrzyć ten materiał, przypominając barwą głosu i manierą Martina Van Drunena. No i to tyle, ponieważ reszta kompozycji, to typowe, nieco nużące galopady, trochę rytmicznych riffów w średnim tempie i klika modernistycznych wstawek w towarzystwie dziwnych wokaliz. Te pozostałe elementy w zestawieniu z technicznymi fikołkami, wypadają niestety banalnie i wręcz nudzą swoją normalnością. Jako całość „Reminiscence” jawi się jako płyta, która zmierza donikąd, poza technicznymi umiejętnościami jej twórców, serwując przeciętne granie i muzyczne dłużyzny. Owszem, Włosi starają się jak mogą, aby przełamywać swoje aranżacje i bawić nimi odbiorców, ale nie do końca im to wychodzi, bo w każdym kawałku wpadają w nudne spirale, z których z trudem momentami udaje im się wyjść. Wiele do życzenia pozostaje również produkcja tego krążka, która jest oczywiście selektywna, lecz brakuje jej mięsa, co spłaszczyło tony i spowodowało, że instrumenty brzmią nazbyt plastikowo. Pewnie miało być ostro i siarczyście, a wyszło dość sztucznie. Cóż, jeśli szukacie kolejnej kapeli, nawiązującej do Atheist, Pestilence czy Sadus i nie przeszkadza wam kolejne oraz niezbyt porywające ich wcielenie to bierzcie. Reszta może sobie odpuścić.

shub niggurath




czwartek, 27 sierpnia 2026

Recenzja Magic Cross „Magic Cross”

 

Magic Cross

„Magic Cross”

Caligari Rec. 2026

Jak tylko zobaczyłem fotkę promocyjną Magic Cross, wiedziałem, że muszę tego posłuchać. Hellhammer w dresie, Inspektor Gadget, kolo z wąsem na Adolfa, i gruby pokazujący faka, stojący w jakimś minikraterze (zapewne przed chwilą podskoczył). Dobra, żarty żartami, pośmiać się można (sam się z siebie często narywam), ale pod względem muzycznym to już powodu do żartów nie ma. Chłopaki zawiązali się nieco ponad dwa lata temu, i właśnie wypuszczają swoje debiutanckie demo, zawierające cztery kawałki punkowego black metalu. Czyli coś totalnie dla mnie. Kompletnie nieodkrywczego, nieskomplikowanego, do potupania nóżką. Wiadomo, że oba wymienione gatunki pasują do siebie jak pieprz i sól, i jeśli tylko czuje się przysłowiowego bluesa, można na podstawie starych i sprawdzonych wzorców kombinować, czy tez raczej dokonywać wariacji, w nieskończoność. Tempo tych czterech piosenek jest raczej średnie, idealne do wspomnianego przytupywania, jeśli zmieniające się na szybsze, to co najwyżej do d-beatu. Brzmienie jest piwniczne, osadzone w mocno prymitywnym tonie, i idealnie pasuje do gitarowych harmonii, mogących kojarzyć się po trochu z Darkthrone, a nawet Celtic Frost, po trochu z GG Allinem (u którego przecież też grał kolo z wąsem, a nawet w jakimś niemieckim hełmie, czy cuś) i tym podobnym brudem. W każdym bądź razie, głębszego dna w tych numerach raczej nie znajdziemy. Wokale to tradycyjny, drugofalowy krzyk, i w zasadzie tutaj sprawa się dopina. Bo nie wiem czy jest sens pisania czegokolwiek więcej. Jak ktoś lubi choćby fiński Qwälen (by nie rzucać nazwami klasyków), to Magic Cross jest dla niego. Bardzo dobre demo, kompletnie nic nie wnoszące do kanonu gatunku, sprawiające za to kupę radochy.

- jesusatan




Recenzja Rahaty „Bestial Lustmord”

 

Rahaty

„Bestial Lustmord”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Rahaty to kapela z Białorusi, za którą stoi muzyk, odpowiadający za inny projekt, a mianowicie Pa Vesh En. Jak wiadomo pod macierzystym szyldem, tworzy czarcią surowiznę, natomiast tutaj robi coś podobnego, tyle że w death metalowym tonie. To co płynie z głośników, po włączeniu tego debiutanckiego albumu od Rahaty, to tony gruzu, piachu i żużlu, bowiem w przypadku „Bestial Lustmord” mamy do czynienia z brudnym, jaskiniowym deciorem, który pozwala sobie na wiele, choć nie nawiązuje do standardowego grania w tym stylu. Jest to brutalna i bluźniercza odmiana death metalu, która wypełzła z piekielnych czeluści. Bez zażenowania raczy ona siermiężnymi riffami, zgrzytliwymi tremolo i chorobliwymi sprzężeniami. Ten białoruski twórca wygenerował swoje szataństwo za pomocą gitar o chropowatym brzmieniu i sękatej sekcji rytmicznej, a wszystko w odpowiednio gęstej i ciężkiej tonacji, którą wspomagają wulgarne growle i schizofreniczne wrzaski. Całość płynie głównie w średnim tempie, ale okresowo potrafi także przyspieszyć, uderzając w nieco chaotyczne kostkowanie. Jednakże fundamentem tego materiału są, hipnotyzujące swą jednostajnością akordy, pomiędzy które wpleciono sporo pogmatwanych zagrywek. Rahaty nie umizgując się do nikogo, spuszcza wpierdol i sieję bezbożną zarazę. Każde szarpnięcie strun, każde uderzenie w bębny oraz dźwięki wydobywające się z gardła tego gościa, przesiąknięte są zgnilizną i śmiercią, która tu bezwstydnie przechadza się z Szatanem pod rękę, kreując zepsutą do cna atmosferę. Album, który jest wyrazem skrajnej obsceniczności i zbezczeszczenia. Wypełniony szaleństwem i potwornościami, udowadnia, że podziemna młócka ma się dobrze i chce pozostać ze swoimi, chorymi odchyleniami tam, gdzie się znajduje, uskuteczniając swój gorący i rytmiczny podmuch dla nielicznych. Na moje gumowe ucho mocno tu zalatuje Ritual Death i jedynką Akolyth, tyle, że w zwartej i dociążonej formie. Makabryczna muzyka, którą polecić trzeba, aby ta diabelska dżuma rozlała się jak najszerzej. Jak dla mnie, majstersztyk, po którym nie mogłem się długo otrząsnąć.

shub niggurath


https://sentientruin.bandcamp.com/album/bestial-lustmord

środa, 26 sierpnia 2026

Recenzja / a review of Hekatoxen „Obsidian Majesty”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Hekatoxen

„Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

I jeszcze jedna pozycja z październikowego miotu Nuclear Winter Records. Po bardzo dobrych albumach Morbid Stench i Deconsekrated, Hekatoxen jest już chyba tylko strzałem na dobicie, bo ja się po trzech rundkach z tym krążkiem nie mogę posprzątać z podłogi. Gdybyście zastanawiali się co to za gentlemani, i skąd pochodzą, to w zasadzie kilkanaście pierwszych sekund otwierającego całość „Lost Souls Epitome” rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tak, panie i panowie, jesteśmy w Finlandii, a przywitał nas oczywiście potężny riff w stylu Slugathor. Może i pierwszy na tych nagraniach, ale nie ostatni, bo odniesień do chłopaków z Espoo jest tu zdecydowanie więcej. Zresztą nie tylko do nich, bo i do innych klasyków fińskiego metalu śmierci, że wymienię jeszcze choćby wczesny Sentenced czy Corpsessed (żeby nie było, że rzucam tylko dinozaurami). „Obsidian Majesty” to osiem numerów, w tym jeden akustyczny przed zamykaczem, najczystszego death metalu w starym stylu. Siedem utworów, które swoim ciężarem, niewiarygodnie zgrabnie ubranym w melodię, miażdży czaszki, kruszy kości i wyciska nasze truchło z krwi niczym zawodowa sprzątaczka mokrą szmatę. To, z jaką umiejętnością Hekatoxen aranżują swoje, utrzymane przeważnie w średnim tempie, kompozycje, to jest najwyższa klasa rozgrywek. Niewiele jest zespołów potrafiących ubrać wspomnianą melodię  (z gatunku pancernych) w ołowiane szaty. Każdy, absolutnie każdy numer na „Obsidian Majesty” to absolutny rozpierdalator. Ileż tu wspaniałych riffów, przy których nie da się utrzymać dupska na krześle, nawet jeśli przykleimy do niego poślady superklejem, ileż wywołujących szerokiego banana na twarzy klasycznych wokalnych aranży, ile momentów przywołujących w pamięci lata młodości, ile chwil, przy których powraca chęć do życia (mimo iż to przecież metal śmierci). Bo faktycznie, chce się żyć, by słuchać takich płyt, a i pewny jestem, że przy wspomnianym akustyku niejednemu z was łezka się w oku zakręci, bo nawet on jest do szpiku kości oldskulowy. Rozdeptali mnie panowie z Hekatoxen swoim debiutem, jak robaka. Dla każdego maniaka staroszkolnego death metalu pozycja obowiązkowa, jeśli nie do zakupu w ciemno, to przynajmniej do sprawdzenia. Rozczarowań nie przewiduję.

- jesusatan

 

 

Hekatoxen

“Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

 

And here’s another release from Nuclear Winter Records’ October line-up. Following the excellent albums by Morbid Stench and Deconsekrated, Hekatoxen is probably just the finishing blow, because after three spins of this record, I still cannot get myself up from the floor. If you’re wondering who these gentlemen are and where they’re from, the first tunes of the opening track, “Lost Souls Epitome”, dispel any doubts. Yes, ladies and gentlemen, we’re in Finland, and we’re greeted, of course, by a massive Slugathor-style riff. It may be the first on these recordings, but it’s certainly not the last, as there are definitely more references to the lads from Espoo here. And not just to them, mind you, but to other classics of Finnish death metal too. Let me mention early Sentenced or Corpsessed, for example (just so you don’t think I’m only mentioning the dinosaurs). ‘Obsidian Majesty’ is eight tracks, including an acoustic one before the last, representing the purest old-school death metal. Seven tracks which, with their sheer weight, incredibly skilfully wrapped in melody, crush skulls, shatter bones and wring the blood from our corpses like a professional cleaner wringing out a wet cloth. The skill with which Hekatoxen arrange their compositions, mostly maintained at a medium tempo, is top class. Few bands are capable of cloaking such melody (of the armoured variety) in leaden robes. Every single track on “Obsidian Majesty” is an absolute banger. Just look at all the brilliant riffs that make it impossible to keep your arse in your chair, even if you glued it there with superglue, all the classic vocal arrangements that put a huge banana on your face, all the moments that bring back memories of your youth, all the moments that reignite your zest for life (even though this is, after all, death metal). Because, really, you want to live just to listen to albums like this, and I’m sure that the aforementioned acoustic track will bring a tear to the eye of more than a few of you, because even that track is old-school to the very core. The lads from Hekatoxen have crushed me like a bug with their debut. It’s a must-have for any oldschool death metal fan, if not a blind buy, then at least worth checking out. I don’t foresee any disappointments.

- jesusatan