wtorek, 5 maja 2026

Recenzja Unearthly Rites “Tortural Symphony of the Flesh”

 

Unearthly Rites

“Tortural Symphony  of the Flesh”

Svart Rec. 2026

Dziś będzie na gęsto, ale z ciekawymi dodatkami. Jak widać, Svart Records potrafią na swoim krajowym poletku wyłapywać ciekawe kąski, nie tylko z gatunków lżejszych czy eksperymentalnych. Dowodem tego, drugi album ichniego Unearthly Rites. Zespół powstał ledwo pięć lat temu, acz muzycy wchodzący w jego skład na scenie obecni są nieco dłużej, choć, poza Fosforos, żadna inna nazwa ich projektów niewiele mi mówi. Debiutu zespołu też nie dosłyszałem, zatem zajmę się tym, co przynosi „Tortural Symphony of the Flesh”. A przynosi czterdzieści minut totalnie zapleśniałego grania na starą nutę. Głównie z gatunku death metal. Kręgosłupem tych kompozycji jest cmentarna zgnilizna i ponadprzeciętny ciężar. I mógłbym tutaj sypnąć garścią nazw z lat dziewięćdziesiątych, przede wszystkim z kraju o nazwie tożsamej z wódką, ale myślę, że laicy tego nie czytają, i domyślą się ich sami. Co jednak jeszcze bardziej dociąża piosenki Unearthly Rites, to brzmienie. Wspomniałem o pleśni. Ona dosłownie zdaje się oplatać struny, na których gitarzyści snują swoje posępne melodie, a chwilami można wręcz mieć wrażenie, jakby któryś kabel w kolumnie nie do końca stykał i powodował dystorcje. Dzięki temu każdy kolejny ton jest niczym nagrobkowa płyta spadająca nam na głowę, a poczucie ciężkości wzmaga dodatkowo głęboki growl, rzygający wersetami z samego żołądka. Co prawda nie zawsze, bo w zależności od potrzeby, doświadczymy tu nawet charczenia w tonacji wyższej, tudzież innych pomniejszych odstępstw od reguły. Podobnie zresztą w warstwie muzycznej. Mamy na tym albumie kilka pasaży bardzo klimatycznych, o zdecydowanie narkotycznym wydźwięku. Osobiście kojarzy mi się to z wczesnym Sadness, ale być może głównie dlatego, że do „Ames de Marbre” wróciłem dosłownie kilka dni temu. Z drugiej strony, gdybym rzucił nazwą Disembowelment, to jednak byłoby to lekkim nadużyciem. Ponadto, w kilku miejscach Finowie zapędzają się w rejony kapkę bardziej melodyjne, a wtedy, już z czystym sumieniem można przytoczyć Amorphis, z okolic pierwszych dwóch płyt. Że skaczą z kwiatka na kwiatek? Nic bardziej mylnego. Tutaj wszystko idealnie się ze sobą przegryza, niczym w jarzynowej sałatce. Nawet wplatane miejscami patenty o punkowym sznycie. Niezwykle bogata to płyta, zagrana z pomysłem i zadziwiającą, jak na sączący się z niej trupi swąd, lekkością. Deathmetalowa i fińska do szpiku kości, a jednak inna niż większość serwowanych nam co dnia nowości. I co najważniejsze, nie przekombinowana, bo, moim zdaniem, balans między czystym oldskulem a „rodzynkami” został tu zachowany w proporcjach aptekarskich. Album ten ukazał się na początku miesiąca, zatem jest na pewno dostępny do odsłuchu na jakimś bandcampie, czy gdzieś tam. Poszukajcie, bo warto.

- jesusatan




Recenzja Zanjeer „Seher-e-Maqhoor”

 

Zanjeer

„Seher-e-Maqhoor”

Neon Nile Records 2026

Jeśli macie ochotę na odrobinę czegoś mniej metalowego, jak chociażby coś z gatunku hard-core, to sięgajcie po Zanjeer. Nie wiem o nich zbyt dużo, ale to chyba pakistańsko-indyjski skład, który powstał sześć lat temu w Bremie, lecz obecnie rezyduje w Berlinie. Na początku kwietnia wydali debiutancki krążek, na którym znalazło się dziesięć numerów, o dość agresywnym charakterze. Muza oparta jest głównie o thrashowe kostkowanie, w pomiędzy które wpleciono trochę skocznych akordów, d-beatów i wściekłych blastów. Te ostatnie wraz z wokalizami, które intonowane są w swoisty sposób mocno kojarzą mi się z dwiema pierwszymi płytami Impaled Nazarene, ale to nic dziwnego, bo Finowie ówcześnie czerpali sporo z punka. „Seher-e-Maqhoor” zawiera w sobie żwawą napierdalankę, której konstrukcja nie jest skomplikowana, ale daje dużo radochy. W prostocie siła. Surowe, nieoszlifowane brzmienie, zapętlające się akordy, trochę sprzężeń, bulgoczący bas i niemożliwie tłukąca perkusja, razem z anarchistycznym wrzaskiem gościa przy mikrofonie, generują energetyczną gędźbę, która przed nikim nie klęka. W każdym uderzeniu w struny i bębny słychać sprzeciw wobec przeszłej i obecnej polityki supermocarstw i korporacji. To soniczny but w czerwone i napuchnięte mordy współczesnego establishmentu, które doprowadziły do tego, co dzieje się dzisiaj na Bliskim Wschodzie i nie tylko. Muzyka przepełniona buntem i sprzeciwem. Do bólu autentyczna i bezkompromisowa. Ryk wkurwienia i brak zgody na absurdy, takie jak na przykład antyniemiecki ruch w niemieckim punku, powodowany wiecznym poczuciem winy za II wojnę światową i wszelkie zło z nią związane. Bardzo dobry materiał, który kopie dupy i nie patyczkuje się werbalnie. No, Zanjeer pod każdym względem nie liże nikomu dupy. Polecam.

shub niggurath




niedziela, 3 maja 2026

Recenzja Teufelsberg „Ignivore”

 

Teufelsberg

„Ignivore”

Under the Sign of Garazel 2026

Teufelsberg uderza po raz czwarty. Stąd też przypominanie sylwetki zespołu tym razem sobie daruję, bo każdy szanujący się maniak black metalu nazwę tę znać powinien. „Innivore” to cztery nowe kompozycje naszych rodaków, zamykające się w dwudziestu ośmiu minutach. Stylistycznie, a zarazem jakościowo, wielkich zmian tutaj nie ma. W znaczeniu, że nadal jest najwyższa półka czarciego grania. Tym razem jednak jest jakby bardziej surowo niż dotychczas. I to może nie pod względem samego brzmienia, bo to jest klasycznie nordyckie, lecz i struktury kompozycji. Te oparte są często na zapętlonych, napierających niczym szalejąca zamieć śnieżna tremolo. Ich intensywność zdecydowanie wpływa na obniżenie temperatury otoczenia oraz stężenie siarki w powietrzu. To prawdziwie diabelska nuta, pełna złości, buntu, i obrzydzenia  skierowanego w stronę wszelkich świętości. Na „Ignivore” panowie odstawili na boczny tor wszelkie urozmaicajki czy klimatyczne wstawki, pozostawiając jedynie śladowe ilości schowanych w tle i pojawiających się wyłącznie miejscowo klawiszy, czy przewijającej się w kilku momentach piszczałki na kształt fleta. To bardzo intensywny i bezpośredni  materiał. Może nie minimalistyczny, acz chwilami posiadający takie cechy. Choćby w przypadku ścieżek perkusji,  brzmiącej bardzo garażowo i wystukującej niemal punkowe rytmy. Także linie gitar są tu w dużej mierze proste, lecz jednocześnie nie pozbawione jadowitej melodii, będącej w sumie znakiem rozpoznawczym zespołu. Również pod względem wokali rządzi prostota. Szorstki krzyk, wyrażający uwielbienie zła, zarówno w języku angielskim jak i polskim, beż żadnego eksperymentowania czy niepotrzebnych udziwnień. Teufelsberg grają black metal w sposób do bólu tradycyjny, hołdujący wczesnym tradycjom, zrodzonym głównie na norweskiej ziemi. Robią to jednocześnie w sposób podobny do najwybitniejszych pionierów gatunku z krajowego podwórka z lat dziewięćdziesiątych, przez co można powiedzieć, iż ich twórczość jest kwintesencją polsko-norweskiego surowego grania sprzed dobrych trzydziestu lat. Jeśli mowa o kultywowaniu pierwotnej myśli czarnego metalu, to nie wyobrażam sobie, by można było to czynić lepiej niż zespoły pokroju Terrestrial Hospice, czy Teufelsberg właśnie. Pełna rekomendacja.

- jesusatan




Recenzja Shadowlands „004”

 

Shadowlands

„004”

Seeing Red Records 2026

Być może czasami jesteście w melancholijnym nastroju i chcielibyście posłuchać sobie czegoś z okolic gotyku. Wtedy warto sięgnąć po najnowszy album grupy Shadowlands, która pochodzi z Portland i właśnie wydała, jak sam tytuł sugeruje, swój czwarty krążek. To dwie panie i dwóch panów (jak w ABBA), którzy zapodają mieszankę darkwave, post-punka, coldwave, synthpopu, a i trochę shoegaze też się tutaj znajdzie. Osiem mrocznych i nastrojowych kawałków, wygenerowanych na „żywych” beczkach, syntezatorach, dźwięcznym basie i zgrzytliwej gitarze. Muzykę dopełniają żeńskie, emocjonalne wokale, które sprawiają, że „004” słucha się jeszcze lepiej. Materiał ten gwarantuje małą huśtawkę fluidów, fundując ciepłe i senne kompozycje oraz bardziej wybuchowe i niepokojące aranżacje. W tych pierwszych prym wiodą klawisze wraz z wysuniętym do przodu basem, zaś w drugich zimne gitary, generujące shoegaze’owe pływy i ściany dźwięków. Ponure melodie, zmienna rytmika, lodowate brzmienie, zabierają nas do introspektywnego świata, spowitego w wilgotnej i przeszywającej mgle. To pełne głębi pejzaże, które otulają bezpiecznym kocykiem, żeby innym razem wzbudzić niepokój. Całość skomponowana jest w przemyślany sposób, tak aby przyciągnąć do siebie odbiorcę swym pięknym, ale i zmiennym usposobieniem. Shadowlands uwodzi i mami w każdej minucie trwania swojego najnowszego wydawnictwa, które jest bogate w przeróżne faktury i emocje. Niewątpliwie nawiązuje do wielu grup z gotyckiego grajdołka, romansując przy tym z brzmieniami w stylu retro, lecz robi to we własnym i niepowtarzalnym stylu.

shub niggurath




Recenzja Hexenaltar „Descending Curse”

 

Hexenaltar

„Descending Curse”

Godz ov War 2026

„Nikt się nie spodziewał, ale każdy chciał!” Rozśmieszyło mnie troszkę to hasło wydawnicze, które rzucił włodarz Godz ov War na Fejsbuczku. Serio? Każdy? No chyba że statystyki sprzedaży wcześniejszych wydawnictw Hexenaltar przekraczają moje wyobrażenie, w co jednak śmiem wątpić. Przede wszystkim mając na uwadze muzykę, jaką Hexenaltar tworzą. I na niej może jednak się skupmy, a nie na chwaleniu własnego konia, czy jakoś tak. Jak zaznajomieni w temacie, bo z innymi nie gadam, wiedzieć powinni, Hexenaltar grają nieco zblackowiony thrash metal pochodzenia teutońskiego, zwłaszcza spod znaku nieświętej trójcy, której imiona każdy zna. Czy pełen album zespołu wnosi do jego stylistyki coś nowego? Trochę tak, a przynajmniej pod względem balansu między tymi dwoma gatunkami. Wspomniane „nieco” w przypadku „Descending Curse” urosło tym razem w siłę. Trzeba przyznać otwarcie, że „Descending Curse” jest krążkiem zdecydowanie bardziej blackmetalowym. Jednocześnie korzenia thrashowe są tutaj także wyraźnie wyczuwalne. Przede wszystkim sekcja rytmiczna w wielu miejscach działa dokładnie tak, jak dudniło się w latach osiemdziesiątych. Trochę siermiężnie, z punkowym sznytem, bez większych finezji, byle tylko utrzymać w miarę konkretne tempo. Podobnie jak wokal, na pewno bardziej w stylu deaththrashowym niż późniejszym. Oczywiście, jako iż wspomniałem o black metalu, jest tu również wiele fragmentów szybszych, a wtedy do akcji wchodzą już blasty. Wówczas skojarzenia nasuwają się, przynajmniej mi, jednoznaczne. W co najmniej trzech kompozycjach bardzo mocno zajeżdża mi tu Mardukiem z okresu „Nightwing” czy „Panzer Division Marduk”, a melodie gitarowe w „Xecutioner’s Spell” są bardzo zbliżone do tych z „Beast of Prey”. Nie posądzam bynajmniej chłopaków o kopiowanie, bo plagiatem trudno to nazwać, ale przyrównać sobie mogę, prawda? Będąc nadal w temacie, zdecydowanie więcej tu nordyckiego riffowania niż klasycznych patentów zza naszej zachodniej granicy, choć i takie się miejscami zdarzają (choćby w „Apocalyptic Domination” czy „Maledictus Abyss”). Pomijając „Intro” i końcówkę „Toture of Death” Hexenaltar raczej nie dają nam chwili na złapanie oddechu, serwując dwadzieścia siedem minut mieszanki oldskulowego, mocno drapieżnego black / thrash metalu na bardzo wysokim poziomie. A to, że sobie akurat przenieśli balans na drugą nóżkę, o niczym jeszcze nie świadczy. Co najwyżej o tym, że muzyka w ich wykonaniu nie jest ani planowana, ani na siłę trzymana w sztywnych ramach. „Podoba mi się „Descending Curse”. Na tyle, że mogę bez wątpienia stwierdzić, iż to najbardziej dojrzały i konkretny materiał z obozu Hexenaltar. Pełna rekomendacja!

- jesusatan




Recenzja Wrang „Verwording”

 

Wrang

„Verwording”

Dominance of Darkness 2026

Wrang to kapela z holenderskiego podwórka, gdzie muzykuje od 2013 roku. Właśnie, po czterech latach przerwy, powrócili z nowym pełniakiem. Holendrzy grają black metal, który zapodają na całkiem zimnych i twardo nastrojonych gitarach, które mocno zagęszczają, łomoczące beczki i wyraźny bas. Instrumentom towarzyszą rzecz jasna zajadłe wokale i śladowe klawisze, które zostały umieszczone w chyba kluczowych momentach poszczególnych utworów. To bleczur, który w prostej linii wywodzi się z tradycji lat dziewięćdziesiątych więc oparty został na klasycznym kostkowaniu i tremolando, zatem bez udziwnień. Muzyka jest mieszanką podejścia fińskiego i norweskiego ze znacznym dodatkiem holenderskich melodii, które nieco kojarzą mi się z marynistycznymi chwytliwościami, a może to tylko wrażenie spowodowane okładką. Nie wiem, ale gdy z zadzierżystych riffów i chłodnych, wysokotonowych zagrywek, zaczynają wyłazić te skoczno-epickie harmonie, to wydaje mi się, że mam momentami do czynienia z black metalowym odpowiednikiem Running Wild. Mogę się mylić, lecz to uczucie towarzyszyło mi podczas każdego odsłuchu „Verwording”. Poza tym diabelszczyzna w wykonaniu tego duetu jest dość przyjemnym rzępoleniem, które ci dwaj panowie ubrali w surowe brzmienie i proste akordy, będące mieszanką agresywnych, ponurych i melodyjnych nut, zsyłających niekiedy trochę atmosferyczności i epickich wzniosłości. Album skomponowany z entuzjazmem, przy zachowaniu prawideł sztuki, która w tym przypadku przybiera różne oblicza. Za pośrednictwem „Verwording” dostajemy całe spektrum estetyki, ale spodobać się powinien głównie fanom black metalu, o melodyjnym ujęciu. Płyta nie dla mnie. Jest tu poprawnie, lecz niezbyt porywająco i zbyt chwytliwie. Za dużo światła w tym mroku, podobnie jak na niebie z powyższego obrazka.

shub niggurath




piątek, 1 maja 2026

Recenzja Fantom „Breathtaking...”

 

Fantom

„Breathtaking...”

Defense Rec. 2026

Wydana dwa lata temu debiutancka EP-ka Fantom zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Choćby z tego powodu, że oto nagle, znikąd, pojawia się banda dzieciaków (i to słowo tu podkreślam, bo nie wiem, czy oni wszyscy aby dobili dwudziestki) i wysmaża taki materiał, że starzy wyjadacze mogli poczuć się zawstydzeni. Nic dziwnego, że na kolejny krok zespołu czekałem niecierpliwie, niczym pająk na wpadającą w uwitą misternie przez niego sieć muszkę. I nadszedł „Breathtaking…”. Materiał o niesamowicie adekwatnym do zawartości tytule. O ile w pierwszej chwili miałem silne obawy, czy aby młodzi, niedoświadczeni muzycy nie strzelają sobie w kolano nagrywając album trwający niemal godzinę, tak po kilku rundach (choć w szoku byłem już po pierwszym odsłuchu) nie potrafiłem się od niego oderwać, i zapewne jeszcze przez długi czas nie ochłonę. W sumie to nawet nie wiem od czego zacząć. Zawartość „Breathtaking…” jest niesamowicie bogata. I tu znów następuje u mnie rozdwojenie ścieżki myślowej, bo zarówno pod względem tempa i nastroju kompozycji, jak i przyświecającej tym piosenkom stylistyki. Chłopaki potrafią zarówno pojechać po bandzie, ostrymi, klasycznymi riffami, z zachowaniem wpadającej w ucho melodii i chwytliwego rytmu, jak i oddalić się w klimaty balladowe. Uwierzcie mi, nie znoszę ballad, ale „Wooden Weapon” brzmi jak lep na laski w stylu Skid Row. Żeby nie szukać daleko, zaraz potem mamy headbangingowy „58 Megatons”, kawałek będący połączeniem wczesnej Metallica z Testament i crossoverowym feelingiem. Owego crossoveru jest tutaj więcej, bo Fantom, jako zespół, to chyba najbardziej dosłowny synonim luzu i braku kija w dupie. Łączy się to nie tylko z jakąś nadnaturalną niemal lekkością łączenia ze sobą akordów i aranżowania je w utwory tak radosne, że aż chce się potańczyć, ale także z wokalami. Jakie tu są wspaniałe staroszkolne zaśpiewy, recytacje, jakie wejścia w polemikę między tekstem głównym a zakrzykami z boku, jakimiś „glamowymi” podrywami, czy wstawką (choć nikt mi nie wmówi, że zarejestrowaną spontanicznie) ze studio, poprzedzającą numer, w którym chłopaki oddają cześć swojemu miastu. Dodatkowo, barwa głosu Kacpra rozkłada mnie na łopatki, bo przypomina mi klipy z MTV i Headbanger’s Ball z lat, kiedy byłem trochę jedynie młodszy od chłopaków z Fantom. A jak wspaniale to wszystko brzmi! Wręcz cudownie. Czytelnie, ostro w chuj, a przy tym nie nazbyt nowocześnie, z zachowaniem tego starego ducha. Bije z tych nagrań pozytywna energia, i to z taką intensywnością, że banan z ryja nie ma prawa przy nich zniknąć ani na chwilę. „Breathtaking…” jest w mojej opinii zdecydowanie jednym z najlepszych albumów ostatnich kilku(nastu?) lat w gatunku thrash / crossover jaki dane mi było usłyszeć, i to biorąc pod uwagę rosnącą ostatnio w siłę konkurencję. Fenomenalny krążek, bez najmniejszych słabych punktów, mogący spokojnie stać na półce obok takich klasyków jak Metallica, Anthrax, Nuclear Assault, S.O.D., Annihilator czy Skid Row. A wieńczący całość „Final Breath”, ze swoją uzależniającą bardziej niż heroina melodią, tnącym głębiej niż żyletka Polsilver riffem, oraz śpiewnym wersem na zakończenie jest chyba najlepszym podsumowaniem tego debiutu. Czuję się pozamiatany.

- jesusatan




Recenzja Ural „Anthropic Genetic Involution”

 

Ural

„Anthropic Genetic Involution”

Xtreem Music 2026

Już kilka lat ci Włosi komponują, bo od 2010 roku, a najnowsza ich płyta „Anthropic Genetic Involution” jest czwartym wydawnictwem tej brygady. Nigdy nie słyszałem Ural, ale nigdy nie jest za późno. To z czym przyszło mi obcować za pośrednictwem tego krążka, jest cholernie entuzjastycznie zagranym thrashem, który od pierwszych taktów skojarzył mi się z takimi kapelami jak chociażby Tankard czy Anthrax. U Włochów jest równie zabawowo i skocznie. Z muzyki aż kipi adrenalina, a plątanina biczujących riffów, technicznych zagrywek i progresywnych rozwiązań poprowadzona jest z niesamowitą lekkością i vibem. To niezwykle energetyczny thrash metal, który potrafi również zejść w niższe rejestry i pogwałcić nasze uszy ciężkim palm mutingiem oraz wyraźnie śmierć metalowym klimatem, tak jak w zamykającym ten album „…to Change Your Vision”. Ural nie stroni też od eksperymentów, co udowadnia zamieszczeniem na „Anthropic Genetic Involution”, ekstrawaganckiego coveru jazzowego puzonisty J.J. Johnsona, będącego jego oryginalną, thrashową wariacją, która wprowadza do tego wydawnictwa nieco modernistycznego kombinowania. Poza tym, to jazda bez trzymanki w zmiennych tempach, która ostro smaga po plecach frontalnym kostkowaniem i buja rozkosznie swymi melodiami. Całość zarejestrowano tak, aby nie osłabić surowości brzmienia, które tnie jak żyletki i do końca nie jest przejrzyste. Energiczność podbija dobrze naoliwiona sekcja rytmiczna, która galopuje za riffami bez zadyszki, strzeliste solówki i przejmujące wokale Andrei Calviello w towarzystwie chóralnych pokrzykiwań jego kumpli z zespołu. Energiczny, pełen świeżości thrash metal, przy którym nóżka sama wybija rytm, a głowa mało co się nie chce oderwać od szyi. Polecam.

shub niggurath




czwartek, 30 kwietnia 2026

Recenzja Sabotør „Første Aksjon”

 

Sabotør

„Første Aksjon”

Dark Essence Rec. 2026

Panie i panowie, browar w dłoń! Oto z Norwegii nadchodzi debiutancki album Sabotør, do którego bez złocistego napoju przysiadać nie wypada. Dwie trzecie składu odpowiedzialnego za ten materiał udzielało się wcześniej w deathmetalowym Haalbuaer (wszyscy znamy, prawda? Hehe!), ale zapuściło wąsa (albo dopiero im wyrósł z pełną siłą, bo to na oko bardzo młode chłopaki), założyło katany, i się zaczęło. Venomy, nie Venomy, pierwsza fala black metalu, alkohol, panienki… Tak sobie można to wyobrazić, bowiem tych młodzieńców całkowicie okres lat osiemdziesiątych pochłonął. Ta płyta jest cudowna w swojej prostocie, a jednocześnie stanowi swoiste kompendium owego wspomnianego okresu. Poza riffowaniem z pogranicza heavy i thrash metalu (takiego z rodzaju później nazywanym „black”), nie brak na tym albumie punkowego sznytu (w sumie to jest go w chuj i jeszcze troszkę), czy nawet zaglądania na heavymetalowe podwórko. O chwytaniu za butelkę wspomniałem nie tylko dlatego, że przy bursztynowym zajebiście się tego słucha, ale też niektóre numery brzmią jak przyśpiewki wracających z ostrej biby, narąbanych metalowców. Kojarzycie „Antichristian Hooligans”? Coś w ten deseń. Tylko że, kurwa, po norwesku. Mnóstwo tu chwytliwych riffów, prostych co prawda jak konstrukcja cepa, a przy okazji na wskroś archaicznych, przy których przypominają mi się lata, kiedy to poza Darkthrone, równie dobrze można było na domówce włączyć Sedes, i wszyscy się doskonale bawili, bez zwracania uwagi na to, czy dany zespół gra metal, czy punk. Fantastyczne jest brzmienie tego krążka. Niby czytelne, ale jednocześnie tak przesiąknięte garażem, że momentalnie włącza się „wehikuł czasu”. No i najważniejsze. Kolesie z Sabotør czują to co grają, świetnie się przy tym bawią, a ich radość tworzenia piosenek na starą modłę proporcjonalnie przenosi się na słuchacza. Może i się powtarzam, ale ten materiał jest tak nośny, że chciałoby się zrobić coś głupiego, na przykład ściągnąć gacie, i przebiec na golasa najbardziej ruchliwą ulicą miasta, sikając przypadkowemu kierowcy na maskę i śpiewając refreny z „Første Aksjon” (no dobra, to by było trudne, ale nie takie rzeczy się po pijaku robiło). Co tu snuć historie… Łapcie browar, odpalajcie tego płytonga, i bawcie się, jakby jutro nigdy nie maiło nadejść. Ależ przaśne granie!

- jesusatan


https://sabotorbergen.bandcamp.com/album/f-rste-aksjon

Recenzja Kommandant / Disiplin / Nova / Wolf Axis / Wæxærg / Gibur „Promethean Vanguard”

 

Kommandant / Disiplin / Nova / Wolf Axis / Wæxærg / Gibur

„Promethean Vanguard”

ATMF 2026

Niezły split wysmażyło na koniec kwietnia ATMF, a zamysł ten label miał ważny, bo wydawnictwo to pojawiło się jako sprzeciw wobec black metalowej sceny, która poprzez manipulacje lewackich i multikulturowych hochsztaplerów, zatraciła pierwotny instynkt, zatracając fundamentalne założenia gatunku. Innymi słowy, uważa się za ekstremalną, lecz w rzeczywistości z dnia na dzień łagodnieje, dostosowując się do mięknącego odbiorcy. Dobra, zabawę zaczyna, powstały w 2002 roku norweski Disiplin, który zapodaje bleka w industrialny sposób. To zimne, odhumanizowane akordy z odrobiną mistyki, które płyną w rytm maszynowej perkusji. Muzyka kipi wrogością, co podkreślają chropowate wokalizy. W drugim kawałku Disiplin spuszcza z tonu, stawiając na wolne i średnie tempa, które miażdżą i trwożą. Mechaniczna napierdalanka z klimatem, który wzbogacają sample i klawisze. Misterium kontynuuje dość szeroko znany Kommandant, który swoimi dwoma numerami poraża chłodem i obojętnością przy wysokim udziale pierwiastka wojennego. Tutaj jest również złowrogo i zdecydowanie. Amerykanie niszczą swoimi rzęsistymi riffami i lodowatymi tremolo, przed którymi ucieknie niejeden nowomodny młokos. Po tym kwintecie wkracza włoska Nova, która działa od 2003 roku. Oni prezentują trzy wałki. Dwa z nich to klasyczna diabelszczyzna, która wprost nawiązuje do lat dziewięćdziesiątych. Wysoko nastrojone gitary, łupiąca sekcja rytmiczna i nieco jaskiniowe wrzaski, generują black metal mocno nawiązujący to początków Satyricon, częstując sporą dawką średniowiecznych melodii, które na szczęście zbytnio się nie narzucają. Starodawna i zimowa atmosfera pełną gębą. Trzecia kompozycja od tych Włochów jest metalowo-syntezatorowa, o upiornym klimacie, w którym wykorzystano także elementy znane z industrialu, dungeon synth, dopełnione samplami i szorstkimi wiosłami. Gdy kończy Nova, zaczyna zupełnie mi nieznany Wolf Axis, uderzając dwoma utworami. Ich prosta konstrukcja zbudowana jest przez miękko i chłodno nastrojone gitary i miarowo bijącą sekcję rytmiczną, a wszystkiemu towarzyszą wykrzykiwane w przestrzeń zaklęcia, za pomocą rytualnie brzmiących wokaliz. Pierwsza aranżacja toczy się w średnim, obrzędowym tempie, zaś druga to już przeszywający blizzard, po którym na ring wstępuje, istniejący od czterech lat Wæxærg, będący kolejną włoską grupą na tym splicie. Ich black metal jest minimalistyczny i bardzo bliski ujęciu „raw”. To niewyszukane kompozytorsko formy, które hipnotyzują bez trudu swymi odrealnionymi harmoniami, uzupełnionymi przez desperackie wokale i cyfrowe wtręty. Wydawnictwo kończy „dwuletni” i znów włoski projekt Gibur. To jeden kawałek, który przypominać może początki działalności Arcturus. Skonstruowany na gitarach, automacie perkusyjnym i parapetach, zsyła mechaniczną i kosmiczną atmosferę, bijąc cierpliwie i z impetem. Wszystkie obecne na „Promethean Vanguard” zespoły w jasny sposób przedstawiają swoje stanowisko i argumenty wobec postawionej przez ATMF tezy, potwierdzając ją z sukcesem, a wnioski pozostawiają fanom. Black metal w sześciu, surowych odsłonach, gdzie każda posiada pierwiastek industrialny. Taki trochę black metalowy neoklasycyzm… chciałoby się rzec.

shub niggurath

Recenzja Abuser „Blood Marks”

 

Abuser

„Blood Marks”

Xtreem Music 2026

Z Xtreem Music uczucia mam mieszane. Z jednej strony jest to label, który wydaje pozycje do bólu średnie, jak choćby Paganizer czy Revolting, a z drugiej potrafi czasem zaskoczyć czymś świeżym. Chociaż właściwie słowo „świeżym” nie do końca tu pasuje, bo takie kapele jak Ural czy Funeral Vomit niczym nowatorskim przecież nie zaskakują. Są to jednak zespoły, które w ostatnim czasie mocno przywaliły mi po mordzie, grając staroszkolny metal, bez zbytnich innowacji. Abuser to nasi krajanie, którzy zresztą dali już uprzednio o sobie znać w takich zespołach jak Hexenaltar, Pandemic Outbreak czy Leprozorium. Pod nazwą Abuser  (cholera, myślałem, że zespołów o podobnym szyldzie jest z kilkanaście, ale Encyklopedia pokazuje tylko cztery), chłopaki łupią sobie thrash metal na starą nutę. Z thrash metalem historia jest taka, że, aby mi się spodobał, musi on być albo melodyjny, a zarazem jadowity, albo na maksa wkurwiony. Nasi Oprawcy zdecydowanie wpisują się w tą drugą konwencję, i to w najlepszym stylu. „Blood Marks” to trzydzieści sześć minut ostrego napierdalania. Do bólu kwadratowego jeśli chodzi o sekcję rytmiczną, tnącego do kości agresywnymi akordami, opluwającego słuchacza wulgarnym wokalem i, przede wszystkim, przenoszącego, niczym machina czasu, z czterdzieści lat wstecz. Oryginalności tutaj nie zaznacie, ale pies ją jebał, bo przecież w tego typu muzyce nie o nią chodzi. No chyba, że ktoś jest malkontentem legitymującym się dyplomem z dziedziny „To wszystko już było”, to se pomarudzi. Ja takie granie łykam bez popitki, bo mi przypomina stary Kreator, Sodom, chwilami Slayer, czy inny Exumer. Abuser najwyraźniej też mają w dupie, czy się ich porówna z tymi czy tamtymi pionierami. Oni klasykę znają, grają swoje, i ewidentnie to czują. Bo słychać w tych numerach buzującą w żyłach krew zainfekowaną latami osiemdziesiątymi, góra dziewięćdziesiątymi, i naukami najwybitniejszych profesorów. Na „Blood Marks” każdy numer to bezpośredni, szybki strzał na mordę, wulgarny liść, sprawiający, że policzek się rumieni i trochę nam wstyd, że tańczymy, jak nam Abuser zagrają. I chyba nie trzeba w tym momencie pisać żadnych elaboratów, by każdy zainteresowany już wiedział, że „Blood Marks” to pozycja obowiązkowa do sprawdzenia. Zajebisty thrash metal, tyle w temacie!

- jesusatan




Recenzja Werwolf „Satanic Terror”

 

Werwolf

„Satanic Terror”

Dominance of Darkness 2026

Ten niemiecki band gra black metal od 2005 roku. Przez wiele lat pozostawał w sferze podziemnej i tylko co jakiś czas, nagrywał jakąś epkę, demo, bądź pojawiał się na jakimś splicie. Aż tu nagle nadszedł rok 2026 i Werwolf zdecydował się wychylić łeb nad powierzchnię, ukazując tym samym swe diabelskie oblicze. Kilka dni temu, bo 24 kwietnia ukazał się „Satanic Terror”, na którym panowie umieścili siedem numerów, o skrajnie zdecydowanym charakterze. To black metal w starym ujęciu, o ile obraz tego gatunku z lat dziewięćdziesiątych można uznać za stary. Jednakże nie da się ukryć, że Teutoni czerpią pełnymi garściami z tamtego okresu, dźwiękowo kierując się w okolice norweskich fiordów. Oprócz klasycznie posępnych i hipnotyzujących akordów, które odznaczają się również agresją i otwarcie satanistycznym klimatem, stosują nieco odmienne środki, zbliżone nieco do stylu z Trondheim, nawiązując do twórczości Celestial Bloodshed czy Whoredom Rife, bo poza wspomnianymi cechami, potrafią także wygenerować sporą dawkę nostalgicznej i rytualnej atmosfery. Ale na tym nie poprzestają, bowiem na tym wydawnictwie można usłyszeć wiele odniesień do dwóch „znajomków” z Oslo, zwłaszcza z tak zwanego, drugiego okresu ich szatańskiej działalności. Wobec „Satanic Terror” nie da się pozostać obojętnym, ponieważ zapalczywość i sentyment z jakimi Werwolf komponuje swój black metal, są wręcz namacalne, a to doskonale przekłada się na jakość ich muzyki. Ta mieszanka wymienionych pierwiastków wraz z zaangażowaniem i szczerością przekazu, uderza szybkimi atakami mrozu, przygniata smołowatymi zwolnieniami i wprowadza w trans, bujankami w średnich tempach. Surowy i zimny jak arktyczna zima black metal w delikatnie odświeżonej formie, którego nie da się odłożyć na półkę po dwóch, trzech odsłuchach. Doskonale zaaranżowany, przenosi do lat dziewięćdziesiątych, bez kompleksów stając obok ówczesnych tuzów gatunku. Szorstki w każdym aspekcie i co za tym idzie do bólu spójny, dzięki czemu poraża dogłębnie. Prawdziwy „terror” zafundowali Niemcy swoim debiutanckim krążkiem. Chylę czoła. Co tu dużo pisać. Ekstrakt przyrządzony z rzadko dzisiaj spotykanym kunsztem i to z najlepszych składników.

shub niggurath




wtorek, 28 kwietnia 2026

Recenzja Kur-Nu-Gi-A „Carmina Inferorum”

 

Kur-Nu-Gi-A

„Carmina Inferorum”

Godz ov War 2026

Dobra, który sobie znowu jaja robi? Wiele dziwnych okładek już w życiu widziałem, ale faceta siedzącego na kiblu, pewnikiem w jakimś squocie, w punkowym obuwiu, majtasach i masce gazowej, grającego na trąbce jeszcze nigdy. To musowo jakieś hipsterstwo, albo zdjęcie zbiegłego pensjonariusza zakładu dla poważnie uszkodzonych. Tak sobie dywagowałem, oglądając podejrzliwie obrazek, który macie powyżej. Trochę co prawda  do myślenia dawała mi nazwa zespołu, która, w połączeniu z ową trąbką, prowadziła do pewnego Szweda, i jednego z jego projektów, ale… nieee, to pewnie jakaś zmyła. No z tym, że właśnie niekoniecznie! Powiem zupełnie szczerze, że gdyby ktoś miał czerpać ze spuścizny niezapomnianego Pan-Thy-Monium, to chyba właśnie tak bym sobie to wyobrażał. Kur-Nu-Gi-A bynajmniej Swano i kolegów nie kopiują. Więcej! Powiedziałbym, że bezpośrednie nawiązania do rzeczonego zespołu występują na „Carmina Inferorum” jedynie miejscowo. Bardziej chodzi mi o użyte instrumentarium oraz stosowanie kontrastów, łamanie struktur i łączenie elementów na zasadzie pewnego rodzaju rozdwojenia jaźni. Bo trochę na tych nagraniach gruzu, trochę surowego black metalu w stylu Beherit czy Von, sporo ezoteryki i wszechogarniającego, mrocznego klimatu. Pogłębianego przez wszechobecne trąbki, bardzo mocno przypominające mi swoją smutną barwą partie tego instrumentu na wczesnym Beyond Dawn. Czasami panowie zestawiają ze sobą kontrasty, jak na przykład riffowanie w średnim tempie, gdzieniegdzie przeplecione też dysonansem czy akordem quazi jazzowym, z szalejącym rytmem perkusyjnym, pochodzącym jakby z innego utworu, teoretycznie nie pasującym do pozostałych instrumentów. Obłąkane są tu też wokale. To bardziej coś na kształt charczącego szeptu niż tradycyjnego growla czy blackmetalowego skrzeku. Przez to, oraz wspomniane wcześniej kombinowanie, muzyka Kur-Nu-Gia-A kojarzyć też się może z bardziej współczesnymi zespołami szukającymi własnej ścieżki, pokroju Howls of Ebb czy Khthoniik Cerviiks. Czegokolwiek bym dalej nie napisał, jedno jest pewne. Takiego zespołu na polskiej scenie jeszcze nie było, a i na światowej podobnych niewiele. Jestem kompletnie zaskoczony, a jednocześnie oczarowany. Jeśli lubicie popierdoloną muzykę, bez przesadnej awangardy, za to pomyślanej z głową i nieszablonową, to sięgajcie po „Carmina Inferorum” i pozwólcie się tymi dźwiękami zainfekować. I na koniec jeszcze jedno. Ta okładka pasuje do muzyki Kur-Nu-Gi-A idealnie. Dla mnie album z gatunku dziesięć na dziesięć.

- jesusatan




Recenzja Resurrected „Perpetual”

 

Resurrected

„Perpetual”

Testimony Records 2026

Dawno nie słyszałem nic od tej piątki Niemców, ale też specjalnie po nich nie sięgałem, a chyba ostatnim albumem jaki miałem okazję słuchać był bodajże „Butchered in Excrement”. Jak na moje, mało śmierć metalowe ucho, nic się u Resurrected nie zmieniło. Cały czas napierdalają klasyczny death metal o brutalnym charakterze, który momentami wchodzi na rejony grindu lub gore. Ciężkie i gęste brzmienie, dźwięczne werble, ztriggerowane centralki, muskularny bas i głęboki, lecz gardłowy growl. Wszystko to generuje łamiące kark riffy, miażdżące zwolnienia i lawinowe blasty. Od czasu do czasu wybrzmi jakaś nieokrzesana solówka albo dzikie rytmy wyhamują do niemalże stojących w miejscu zwolnień na tłumionych strunach, lecz tylko na chwilę, aby zaraz znów ruszyć do przodu, bo kości kruszyć same się nie będą. Części składowe tej śmiercionośnej układanki nieustannie mielą się ze sobą, nie pozwalając na nudę, choć wydaje mi się, że w pewnym stopniu jest ona nieunikniona. To za sprawą typowości rzępolenia Resurrected, którego podobnych wydawnictw od lat dziewięćdziesiątych uzbierało się bez liku więc niczym szczególnym zadziwić ono nie zdoła. Niemniej jednak jest to solidne granie w obrębie ujęcia jakie reprezentują ci mieszkańcy Zagłębia Ruhry, co czuć w sękatych riffach, nieco zgrzytliwym brzmieniu i mechanicznej nieustępliwości. Panowie grają od 1993 roku, ale w żadnym wypadku nie słychać na najnowszym krążku, jakichś oznak „geriatrii”, bo, pomimo że to tylko kolejna odsłona krwistego i apokaliptycznego death metalu, to skomponowana jest bez wysiłku i moc wyrazu posiada. Solidna dawka death-grindowego, soczystego i zarazem zwalistego młócenia. Jeśli wam się nie znudziło to bierzcie bez wahania. Fani starego Sinister, od pewnego momentu Napalm Death czy Cannibal Corpse powinni być zachwyceni.

shub niggurath




poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Recenzja Enterocolis „Silence of Divinity”

 

Enterocolis

„Silence of Divinity”

Independent 2026

Czasy, kiedy Decapitated wywołali pewnego rodzaju szok na krajowym rynku wydawniczym, nagrywając płytę w chwili, kiedy większość członków zespołu nie była jeszcze pełnoletnia, dawno odeszły do lamusa. To, co kiedyś było ewenementem, dziś nikogo już nie dziwi. Enterocolis to kolejny przedstawiciel polskiego młodego pokolenia. Panowie mają po naście lat, i właśnie wypuścili, zresztą własnym nakładem, pełnometrażowy debiut. „Silence of Divinity” to dziewięć, zamykających się w trzydziestu trzech minutach, numerów z gatunku śmierć metal, utrzymanego w staroszkolnym stylu. W sumie niby nic odkrywczego, nic co by w najmniejszym choć stopniu wyrywało się z ram, a jednak gęba się cieszy słuchając jak nasza młodzież potrafi czerpać inspiracje ze starej, zakurzonej książki napisanej onegdaj przez mistrzów. Co mi się w tym przypadku podoba najbardziej, to fakt, iż chłopaki nie uwzięli się na konkretnego profesora, tylko inspiracje zaczerpnęli od całego grona pedagogicznego, także od tych, co już dawno są, albo powinni być, z racji wieku, na emeryturze. W zasadzie gdyby powbijać w globus znaczniki, w miejscach na świecie na które muzycy zerkali w trakcie procesu twórczego, to byłby on naszpikowany niczym jeż. Najgęściej chyba, co nikogo nie zdziwi, w okolicach Florydy, ale i Skandynawii, czy środkowej części Starego Kontynentu. Bo jest tu i odpowiedni ciężar, jest idealnie wyważona melodia, i chwilami ołowiane buciki, i kilka kilogramów blastu. A wszystko to pięknie zamieszane i wyrobione na jednolitą, betonową masę. Żeby było jeszcze bardziej po staremu, to w kilku miejscach, i wcale nie tak rzadko, słuchać w tej muzyce echa starego teutońskiego thrashu, co sprawia, że „Silence of Divinity” brzmi bardziej na okres proto deathmetalowy niż na połowę lat dziewięćdziesiątych (niech przykładem na to będzie choćby „God Won’t Have My name”, z ostrymi jak brzytwa riffami). Sprzyja temu także brzmienie, zwłaszcza gitar, które śmigają tutaj bardziej z gracją baleriny niż porażają pleśnią, rdzą i piachem. Swoje robi także perka, bo jej stukanie jest chwilami tak kwadratowe, że lata osiemdziesiąte aż się same cisną na uszy. No i do tego solidny wokal, któremu zarzucić niczego się nie da. Owszem, brzmi to trochę jak młodzieńcza naiwność, ale czy właśnie nie tym charakteryzowała się kiedyś w wielu przypadkach muzyka metalowa? Enterocolis nie nagrali może płyty, która znajdzie się w podsumowaniach roku, ale materiał ten zrobił na mnie na tyle spore wrażenie, że odsłuchałem go chyba z dziesięć razy z rzędu. Sprawdźcie ich, bo to naprawdę solidne granie, i niezwykle obiecujący debiut.

- jesusatan




Recenzja Nixil / Drouth „Toward Dead Temples”

 

Nixil / Drouth

„Toward Dead Temples”

Self-Release 2026

Składankę zaczyna Nixil, będący kwintetem z Baltimore. Panowie mają za sobą już dwa albumy, ale tutaj prezentują trzy, nowe utwory. Muzyka tego bandu porusza się w black metalowej estetyce, ze wskazaniem na tą nieco zmodyfikowaną, ponieważ oparty jest o dysonansowe brzmienia z małym dodatkiem wpływów drugiej fali. To głównie gęste struktury, których amplituda mocno faluje, częstując licznymi zmianami duszących akordów. Drastyczne zmiany rytmu, prędkości i charakteru, skutkują rozchwianą emocjonalnie muzą, która nie działa hipnotyzująco, ani kojąco, bo Nixil funduje mały, black metalowy rollercoaster, złożony z atonalnych nut, o różnym natężeniu i kierunku. Do tego dokładają również odrobinę zimnych tremolo i zawiłych solówek, a wszystko w towarzystwie nieprzyjaznych wokaliz w recytowanej formie. Gdy kończy ta piątka Amerykanów, wkraczają inni, ale z Portland. Drouth, to kwartet parający się poczernionym death metalem i podobnie jak poprzednicy, nie jest początkującym zespołem, bo trzy płyty ma już na koncie. Na „Toward Dead Temples” zamieścili dwa kawałki, które robią mały mętlik w głowie, gdyż Drouth tak jak Nixil stale zmienia prędkości i sposoby na kostkowanie, kręcąc się między black, death i sludge metalem. Fuzja wymienionych gatunków, owocuje silnie atakującą falą zwartych dźwięków, która sypie szalonymi blastami, świdrującymi, wysokotonowymi zagrywkami i schizoidalnymi solówkami, nie stroniąc także od dysonansowych wtrętów. Całość podbijają nienawistne wokalizy i łomocząca sekcja rytmiczna. Obydwie kapele są przedstawicielami raczej współczesnego, metalowego grania z tym, że Nixil stawia na duszne, nieco mistyczne klimaty, które zbliżone są do francuskich manier. Natomiast Drouth to dziki i chwilami nieokiełznany, diabelski huragan na modernistyczną modłę. Ciekawy split, nie powiem.

shub niggurath




Recenzja Malauriu „The Third Nail”

 

Malauriu

„The Third Nail”

Adirondack Black Mass 2026

Ta świetna, włoska kapela znęca się nad swoimi instrumentami od 2013 roku. Brygadę swą zespolili na Sycylii, ale od jakiegoś czasu rezydują w Londynie. Na koncie mają sporo małych wydawnictw, ale razem z „The Third Nail” także trzy albumy. Ostatni, będący przedmiotem moich wypocin, ukazał się trzeciego kwietnia więc gustujących w takich dźwiękach, ponaglam do odwiedzenia najbliższego distro, bo może być kłopot, gdyż ten kawałek plastiku został wydany tylko w dwustu kopiach. Muzyka tych trzech kolesi to zajebisty black metal mocno romansujący z punkiem i kopiący w dupę artystycznie. Żadnych tam rozwleczonych i koronkowych tremolando, ale fragmentaryczne i kurewsko ostre. Żadnego hipnotyzowania czy mizantropijno-leśnych akordów, lecz mnóstwo biczującego kostkowania i d-beatów, które wspólnie tną jak żyletki, przy okazji zsyłając na ziemię piekło. Piekło, które w tym przypadku nie ma nic wspólnego ze śniegami północy, bo to brudna i prosta muzyka, będąca połączeniem black’n’rolla i thrash metalu, przez co bardziej kojarzyć się może z przepoconymi piwnicami niż zimnymi fiordami. Sporo można w miej znaleźć odniesień do Venom, Hellhammer, Darkthrone czy Sodom. Wystarczy zwrócić uwagę na wiodący riff w „The Curse of All Flesh” czy ogólną budowę, następującego po nim „Purple Ceremony”, aby odlecieć w te aroganckie i ubabrane smołą nuty, które wspaniałymi aranżacjami czy wirtuozerskimi popisami nie rozpieszczają. Wolą natomiast siać zarazę topornymi akordami, które przy okazji są niebywale nośne i niezwykle sugestywne. Słuchając „The Third Nail” nie da się pozostać bez ruchu lub nie wyprostować środkowego palca we wiadomym kierunku. To porywający i pełen diabelskiego szaleństwa black’n’roll, wypełniony po brzegi ciętym szarpaniem strun, punkowymi galopadami, które chwilami przechodzą w noisowe blasty, a wszystko w towarzystwie szorstkich wokaliz, podbijających nieokiełznany charakter tego albumu. Bolesny wpierdol i czyste zło. Trudno zatem nie polecić.

shub niggurath




niedziela, 26 kwietnia 2026

Recenzja Bronze Hall “Embers of the Dawn”

 

Bronze Hall

“Embers of the Dawn”

Fallen Temple 2026

Debiutancki krążek Brązowego Przedpokoju przedstawił wam na łamach Apo shub niggurath, jakoś w zeszłym roku. Tym razem, przy okazji następcy, wchodzę ja, cały na biało. Bo też bym chciał poznać, kto to i co to. A jest to kolo z Funlandii, niejaki Yöpyöveli, będący odpowiedzialnym za całość przedsięwzięcia. Przedsięwzięcia o nucie bardzo viking metalowej. Tak, wiem, od razu skojarzycie to określenie z późniejszym okresem Bathory. Poniekąd będziecie mieli rację, ale też nie do końca. W twórczości pana Fina nawiązań do tematów pana Szweda kilka by się znalazło, aczkolwiek nie zawsze czysto muzycznych. Z tych bezpośrednich wyłapać można charakterystyczne, aczkolwiek pojawiające się miejscowo, nieprzesadnie, albo „nienachlanie”, serwowane zagrywki gitarowe, tudzież momenty akustyczne. I to bardziej z rodzaju takich w tle, niż odgrywających pierwszych skrzypiec. Podobny jest klimat całości, zdecydowanie bliski „Hammerheart”, czyli będący czymś w rodzaju opowieści, podczas której większy nacisk kładziony jest na nastrój niż chwytliwe momenty. O tych też tu co prawda nie zapomniano, zwłaszcza w chwilach, gdy gitarowe pasaże dryfują pod niebiosa, niosąc całemu światu pieśń o chwale niepokonanych wojowników z północy. Przy okazji, nie brakuje tutaj także elementów folkowych, jednak tak umiejętnie wplecionych w całość, że nie zalatują one zapadłą wsią, a idealnie wplatają się w linie melodyczne. Jako całość „Embers of the Dawn” jest materiałem bardzo spójnym, i przede wszystkim równym. Może trochę schematycznym, jednak na tyle wciągającym, że ta ponad czterdziestominutowa podróż drakkarem bynajmniej nie nuży. Jest jednak coś, co mi na tych nagraniach nie leży, i są to wokale. Ich barwa jakoś kompletnie nie pasuje mi do muzycznego podkładu. Jest zbyt jadowita, bardziej klasycznie blackmetalowa niż wikińska. Z czasem można się do niej oczywiście przyzwyczaić, jednak jakiś minus to jest. Z drugiej strony, in plus działają tu dodatki klawiszowe. Nieprzesadne, pojawiające się miejscowo i podkreślające dostojny nastrój materiału. Jeśli lubujecie się w tego rodzaju klimatycznym, północnym graniu, ten materiał jest dla was. Bo tak naprawdę niczego mu nie brakuje.

- jesusatan




Recenzja Desecresy „The Secret Of Death”

 

Desecresy

„The Secret Of Death”

Xtreem Music (2026)

 


Tommi Grönqvist ciągnący samodzielnie, od blisko dekady wózek pod nazwą Desecresy (wcześniej będący duetem) powraca z kolejnym już, dziewiątym albumem opatrzonym tą logówką. Muzyka Desecresy nigdy nie cechowała się ani finezyjnością ani innowacyjnością, ale niejednokrotnie udowadniała swoją skuteczność. Zdarzały się płyty lepsze (np. „The Doom Skeptron”, „Unveil In The Abyss”) jak i gorsze (np. „The Mortal Horizon”), ale w przypadku tych drugich mój zarzut był przeważnie ten sam – za nudne, za toporne. W przypadku „The Secret Of Death” prawda leży gdzieś pośrodku, bo choć trudno mi o niej mówić jako o topornej czy nudnej, to ewidentnie brak tutaj błysku, który towarzyszył Finowi nie tak dawno na wspomnianym „Unveil In The Abyss”. Nie da się ukryć, że formuła muzyczna, która przyświecała Desecresy już dawno się wyczerpała i o wszystkim raczej decyduje dyspozycja dnia, produkcja i dyspozycja odbiorcy. Tommi tłucze to swoje ciężkie, grubo ciosane riffy do przodu na oślep przetaczając się jak walec bez zastanawiania się nad pomysłowością i kierunkiem, w którym zmierza, cel jest jeden – zmiażdżyć posuwistym ruchem. I „The Secret Of Death” to robi serwując wypadkową Bolt Thrower i Cianide w wersji „Made in Finland”. To co podoba mi się mniej to wokale – głęboki growl został pogrzebany gdzieś w mixie, a pogłos na niego nałożony niestety nie pomaga. W efekcie najnowsza propozycja Desecresy trochę wydaje się dudnić, jest zbyt zbasowana i finalny odbiór nie był najbardziej przyjemny. Nie ukrywam, że trochę mnie ta płyta zmęczyła i znudziła. Może, gdyby produkcja była trochę inna patrzyłbym na to wydawnictwo bardziej przychylnym uchem. Wiadomo, zagorzali fani Desecresy pewnie narzekać nie będą, bo muzycznie to typowe „Desecresy”, ale osobiście wskazałbym innych faworytów w ich dorobku i do nich się ograniczył.

                                                                                                  Harlequin