niedziela, 24 maja 2026

Recenzja Black Cilice „Votive Fire”

 

Black Cilice

„Votive Fire”

Iron Bonehead 2026

Mimo iż Black Cilice to nazwa znana w blackmetalowy półświatku, bo projekt ten obecny jest na scenie już niemal dwie dekady, i systematycznie wypluwa nowe nagrania, to jakoś nigdy nie miałem okazji uzewnętrznić się na jego temat. Niech więc okazją na to będzie nowy, siódmy już w dorobku Portugalczyka krążek. Można powiedzieć, że Black Cilice to taki Cannibal Corpse minimalistycznego black metalu. Tworzy w kółko to samo, z kosmetycznymi zmianami, a zainteresowani i tak łykają nowe wydawnictwa bez zadawania zbędnych pytań. Tym, którzy jeszcze jednak nigdy z nazwą się nie spotkali, podpowiem, że twór ten nagrywa garażowe bzyczenie, połączone z dudnieniem i wokalami „zza ściany”, czasem dorzuca jakieś drobne ozdobniki klawiszowe, choć bardziej w stylu dungeon synth niż, dajmy na to Emperorowe, nie bawi się chyba zbytnie w miksy i masteringi, bo musi być surowo. No, tak po prawdzie, to tym razem chyba chwilkę się pobawił, bo „Votive Fire” nie brzmi aż tak chujowo jak niektóre z poprzednich płyt, i basu tu jakby więcej, co nie zmienia jednak faktu, że produkcja jest tu na bardzo oszczędnym poziomie. No cóż, tak muzyk widzi black metal, tak sobie założył, że może być nieco bardziej współczesnym Darkthrone, i tak sukcesywnie czyni. Czy ja się na to łapię? Tak jak jestem ogromnym fanem surowego black metalu, tak Black Cilice do mnie w ogóle nie przemawia. Dlaczego? Po pierwsze, sam sound projektu stoi nieco za linią, której się przekraczać nie powinno (aczkolwiek z tymi nowymi nagraniami to muzyk stoi dosłownie NA niej, więc może następnym razem uda się przejść na stronę „słuchalną”). Bo ja lubię jak coś mi gra, nawet jeśli klekocze jak rozjebana pralka, ale nie jednolicie bzyczy. I po drugie, Black Cilice jest kurewsko powtarzalny. W zasadzie można mieć na półce jedną płytę w ramach ciekawostki, a resztę sobie odpuścić. Na nowym niby też idzie minimalnie ku lepszemu w tym obszarze, bo melodii tu jakby kapkę więcej (acz głównie w tych syntezatorach niż na gitarach), ale to jeszcze nie jest coś, co by mnie kupiło. No i pod względem tempa jest raczej standardowo szybko na jedno kopyto. Fanów muzyka jak najbardziej rozumiem. Oni po raz kolejny będą zachwyceni, bo prawdopodobnie nadają na tych samych falach co sam kompozytor. Niemaniacy nagrań podziemnych mogą sobie natomiast znów odpuścić. Mi dwa odsłuchy też wystarczą, nawet jeśli to najlepsze Black Cilice jakie słyszałem.

- jesusatan




Recenzja Hekatomb „Apokrypha Archives vol.1 & 2”

 

Hekatomb

„Apokrypha Archives vol.1 & 2”

Independent 2026

Wydany nieco ponad dwa lata temu debiutancki album Hekatomb „Kotosta” bardzo mocno mną pozamiatał, a chłopaki otworzyli nim z kopa drzwi do najwyższej klasy krajowego black metalu, i to z wyraźnymi aspiracjami na szybką podróż w kierunku czuba tabeli. Bardzo mocno zastanawiałem się zatem, jaki będzie kolejny krok zespołu, a przede wszystkim, czy podołają bardzo wysoko postawionym przeze mnie, wymaganiom. Kiedy zobaczyłem, że oto z początkiem maja ukazały się dwie EP-ki, pod wspólnym tytułem „Apokrypha Archives”, trwające łącznie ponad pięćdziesiąt minut, zastanawiałem się, dlaczego nagrania te nie zostały wydane jako drugi pełen album. Odpowiedź poznałem jak tylko płyty do mnie dotarły, a ja zapoznałem się z ich zawartością. Otóż obie części „Apokryficznych Archiwów” są od siebie, przynajmniej od względem muzycznym, zupełnie różne. Część pierwsza zawiera coś, czego nigdy nim się po zespole nie spodziewał. Są to trzy kompozycje, z których dwie pierwsze to… mroczny, wręcz apokaliptyczny ambient, z niewielkim dodatkiem industrial i dosłownie kilkoma akordami blackmetalowymi. Sam podkład tego, co przewija się w tle, jest hipnotycznie monotonny, wciągający niczym czarna dziura, niemalże odurzający. Doskonale pasuje to zresztą do konceptu i warstwy „tekstowej”. Celowo w cudzysłowie, bowiem nie mamy tu typowych wokali, a wycinki z filmów Marshalla Applewhite’a, oraz ostatniego kazania Jima Jones’a, przywódcy sekty Świątynia Ludu. Cały koncept spina się tu idealnie, bo zanurzając się w tych kompozycjach faktycznie można popaść w stan umysłu towarzyszący religijnemu obłędowi. Zresztą, jeśli o tym wspominam, to od razu napomknę, że po raz kolejny Hekatomb odpowiednio zadbali o oprawę graficzną swojego wydawnictwa. Tutaj nie ma elementów przypadkowych, jestem pełen podziwu. Trzeci numer na pierwszej EP-ce to cover, albo raczej interpretacja własna piosenki Davida Koresha „The Book of Daniel”. Zgadza się w niej w zasadzie wyłącznie tekst, śpiewany czystym głosem, bo muzycy czterominutowy utwór rozwinęli do minut niemal piętnastu. Jaką ma on uzależniającą moc, doświadczy każdy, kto go posłucha. Część druga „Apokryfów” to już klasyczny, surowy, kurewsko zimny black metal. Ponownie dostajemy trzy kompozycje, oparte na drugofalowych, najlepszych wzorcach z Darkthrone i Burzum na czele. Nawet nie tylko oparte, co dosłownie im dorównujące. Jedyna różnica między znanymi wszem i wobec kamieniami milowymi gatunku w postaci „Panzerfaust” czy „Aske” jest taka, że Hekatomb zagrali je ponad trzy dekady później. Pod względem jakości różnic nie zauważam, i mówię to będąc w pełni władz umysłowych (choć po doświadczeniach z „Vol.1” sam już do końca nie jestem niczego pewien). Nie tylko te utwory stanowią definicję surowego black metalu (tak surowo Hekatomb jeszcze nie grali), ale jak brzmią! Można się dosłownie posrać z radości. „Sunless Journey” to dowód, że aby skomponować zabójczy numer nie trzeba montować go z kilkunastu riffów, bo wystarczą góra trzy. „Borea’s Lament” z kolei, podszyty punkowym sznytem, mógłby być zagubionym kawałkiem Darkthrone z najlepszych lat. W najdłuższym, bo dziesięciominutowym „Prayer of the Silent Ones” przebija się z kolei nieśmiertelny duch Bathory. Jednocześnie, mino wspomnianej surowości, nie brak tu odrobiny „klimatu”. A jeśli zastanawiacie się, czy „Where Cold Winds Blow” to tytuł wyjęty „z dupy”, to wyjaśnię, że w trakcie „Vol.2” ów wiatr cały czas faktycznie słychać w tle (nie będę się zatem znów rozpisywał o spójności muzyki z tekstami i obrazem). Podsumowując zatem… Hekatomb zeszli na chwilę ze swojej głównej ścieżki, ale przy okazji wyznaczyli kolejne dwie. Obie niesamowicie mroczne i wypełnione po brzegi czystym złem. Nie wiem czy nie foruję wyroków zbyt wcześnie, ale według mnie „Apokrypha Archives” to najpoważniejszy kandydat do wydawnictwa roku w Polsce, i bardzo silny kandydat do czołówki podsumowań globalnych. Czuję się jak rozdeptany robak. Absolutnie fenomenalny materiał!

- jesusatan


https://hekatomb.bandcamp.com/music

sobota, 23 maja 2026

Recenzja Ysigim „Ain Soph Or”

 

Ysigim

„Ain Soph Or”

Black Flame Rebellion 2026 (Re-issue)

Na przestrzeni ostatnich lat wiele razy wyrażałem swoją opinię na temat wykopywanych z przeszłości, rzekomych “diamentów”. Niektóre faktycznie zasługiwały na takie miano, jednak większość było zwykłymi przeciętniakami, wciskanymi publice na siłę przy pomocy wyniosłych haseł. Warszawski Ysigim, w chwili kiedy wydawał debiutancki album, tez wydawał mi się średniakiem. Może dlatego, że wówczas nie ogarniałem ich twórczości, tudzież wydawała mi się ona zbyt… „dziwna”. Dopiero po latach dotarłem do jej rdzenia, płacąc zresztą niemałe pieniądze za CD „Whispers”, wydany  przez Wild Rags.  Zacznijmy od tego, iż „Ain Soph Or” określany jest jako pierwszy polski funeral doom. Jeśli to jest funeral doom, to ja jestem Matka Teresa. Ta muzyka może i ma coś wspólnego w rzeczonym gatunkiem, ale według mnie stoi od niego w sporej odległości. A na pewno jest nietypowa. Od czego by tu zacząć… Może od tego, że materiał ten jest bardzo mozolny, dziś można by powiedzieć, że dronowy. Akcja toczy się tu niespecjalnie wartko, można wręcz powiedzieć, że jest niczym gęsta zawiesina, sącząca się przez małżowiny słuchacza. Słowo „zawiesina” nie jest tu  bezpodstawne, bowiem brzmienie tych nagrań stanowić może dla współczesnego słuchacza barierę nie do przebicia. Wyobraźcie sobie buczący bas, ogarniający was ze wszystkich stron, a dopiero za jego kotarą przebijające się powolne riffy, często zapętlone, schizoidalne, narkotyczne, w towarzystwie natrętnych jęków, rodem ze szpitala dla obłąkanych, albo z najgłębszej komnaty piekła, i charczącego, zupełnie nieczytelnego wokalu. To tylko w przypadku kompozycji bardziej „metalowych”, bo jako interludia pojawiają się tu przerywniki czysto instrumentalne, ambientowe, nie mniej mroczne i tajemnicze niż cała reszta. Z perspektywy czasu mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że Ysigim wyprzedzili swój czas, nagrywając coś, co po latach rozwinęło się pod pojęciem drone / doom. I to też nie do końca, bo tak naprawdę nikt potem nie zagrał niczego podobnego do „Ain Soph Or”. To naprawdę fantastyczny album, jedyny w swoim rodzaju, i tylko żal, że w chwili premiery przeszedł, przynajmniej nad Wisłą, niemal niezauważony. Pewnie i dziś nie każdy go ogarnie, bo, jak wspomniałem, nie jest to materiał łatwy. Ale jak już wejdzie, to potrafi autentycznie przewartościować system wartości. I  faktycznie jest diamentem z przeszłości. Cieszę się ogromnie, że Black Flame Rebellion zdecydowali się na to wznowienie. Ja swoją kopię zamówiłem chwilę po premierze. Czyńcie zatem na podobieństwo moje, dobrze wam radzę.

- jesusatan




Recenzja Astriferous „Atavistic Unraveling”

 

Astriferous

„Atavistic Unraveling”

Pulverised Records (2026)

 


Do tej pory uważałem Astriferous za jeden z bardziej intrygujących, młodych bandów z kręgu nowego, starego metalu śmierci. Choć nie był nigdy to zespół z absolutnego topu to odnajdywałem w jego twórczości ten metafizyczny, niedopowiedziany pierwiastek, który trochę budował aurę wokół tych klasycznie deathmetalowych, osadzonych gdzieś na pograniczu Morbid Angel a Timeghoul dźwięków. Tym bardziej bolesne i irytujące jest, gdy tego typu zespołu nagrywają najbardziej oczywiste rzeczy, nie podejmują ryzyka, a finalnie wychodzi spierdolina. „Atavistic Unraveling” może spierdoliną nie jest, ale srogim rozczarowaniem owszem. Wszystkie elementy, które do tej pory uważałem za atuty tej grupy zniknęły. Został jedynie szary, morbidowy, przeciętny do bólu i pozbawiony iskry bożej death metal, którego na rynku pełno. Wszystkie wyróżniki, które cechowały muzykę Kostarykańczyków zniknęły. Nie ma oniryzm, nie ma niedopowiedzeń, nie ma tego podskórnego kosmosu, który gdzieś krążył i na minialbumach i na debiucie. Ostał się jedynie death metal i to w tym bardzo generycznym, wypłowiałym wydaniu. Owszem, doszukacie się tutaj inspiracji ekipą Treya i kilkoma innymi kapelami z amerykańskiego podwórka, jest to nienagannie zagrane, ale co z tego, skoro to w ogóle nie klika. Jest to zdecydowanie najsłabsza propozycja o muzyków zaangażowanych w tak niebanalne projekty jak Voidstar Nocturnal, Bloodsaked Necrovoid czy Corpse Garden należy oczekiwać jakości. Tutaj chyba po raz pierwszy jej nie słyszę. „Atavstic Unraveling” to album nudny, mdły i pozbawiony błysku. Nie pomaga też produkcja - pozbawiona przestrzeni, płaska, nie oddychająca. Źle się tego słucha, serio. Szkoda, bo w tym przypadku to nie tylko żółta, ale i czerwona lampka się świeci i jeśli pójdą tą droga dalej to kolejny album może być ostatnim od Astriferous, który przesłucham.

                                                                                                                Harlequin


https://pulverised.bandcamp.com/album/atavistic-unraveling

piątek, 22 maja 2026

Recenzja Vomito Mortuorio „Dentro del Sarcofago”

 

Vomito Mortuorio

„Dentro del Sarcofago”

Necroscope Blasphemia 2026

Jeśli zespół nazywa się Pośmiertne Wymioty, a w tytule debiutu ma „Sarcofago”, to już na starcie ma u mnie wielkiego plusa. Jak jeszcze pochodzi z Salwadoru, to zyskuje dodatkowo, bo wiadomo że tamte zakątki świata niejednokrotnie rodzą metal śmierci najwyższej jakości, a scenę tworzą prawdziwi maniacy. No a jak za wydaniem albumu stoi człowiek, który wspomniane rewiry zna jak własną kieszeń, to staje się oczywistym, że ten materiał trafi w moje gusta. Vomito Mortuorio to tak naprawdę nie zespół, a jednoosobowy projekt, za którym kryje się człowiek maczający paluchy w kilku innych składach, z których chyba najbardziej znanym jest Morbid Stench. „Dentro del Sarcofago” to prosty death metal (nie mylić jednak proszę z „prymitywny”). Płyta trwa nieco ponad pół godziny i zawiera siedem kompozycji. Można powiedzieć, że to materiał na wskroś klasyczny, bo zawiera starą, sprawdzoną formułę bez najmniejszych udziwnień. Wydźwięk tych nagrań jest zdecydowanie bardziej północno niż środkowoamerykański, częściowo czerpiący też ze szwedzkiej spuścizny. Przeważają tutaj siermiężne akordy, bardziej w rodzaju buldożera, niszczącego wszystko na swojej drodze siłą, niż taktycznie zaplanowanego ataku. Tym bardziej, że o wszelkich solówkach, technicznych popisach czy łamańcach gitarowych możecie zapomnieć. Vomito Mortuorio prze do celu po najprostszej linii. Co prawda nie spieszy się za bardzo, bo na płycie przeważają tempa średnie, lub nieznacznie przyspieszone, podbijane raczej mało złożonymi rytmami perkusyjnymi. Wokalnie też jest bez udziwnień, growl w kilku odcieniach, z których przeważa ten najbardziej standardowy. Trochę mi się to granie chwilami kojarzy z wszelkimi projektami Roggi Johanssona, z tą zasadniczą różnicą, że nie wszystko jest tu na jedno kopyto. Ponadto miejscami pojawiają się słyszalne fragmenty inspirowane Incantation czy Broken Hope. Mimo iż podobnych płyt ukazuje się na rynku całkiem sporo, mam spory sentyment do tworów tak oldskulowo traktujących metal śmierci (jak by nie patrzeć, mój ulubiony gatunek). Dlatego pan Cefiro de Muerte dostaje ode mnie certyfikat jakości, a jego płytę mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, komu ze śmiercią do twarzy. Dobry album.

- jesusatan




Recenzja Desolus „Dwellers of the Twilight Void”

 

Desolus

„Dwellers of the Twilight Void”

Hells Headbangers 2026

Niedawno, bo piętnastego maja, swoją drugą płytę wydali amerykańscy specjaliści od niemieckiego thrashu. Panowie kontynuują na nim swoje szaleństwo, z którego wieje Kreatorem i momentami innym Exumerem. Dziesięć numerów, które hołdują batożeniu w stylu lat osiemdziesiątych. Ostre gitary, dźwięczny bas, naturalnie brzmiąca perkusja i warczące wokalizy, które przechodzą w piskliwe wrzaski. Klasyka na całego, która może być posądzona o kopiowanie, ale to byłby błąd, bo Desolus wiele rzeczy robi na swoją modłę. Zwłaszcza w średnich tempach potrafi nieźle zapętlić i poczęstować krótką solówką na basie lub uderzyć w mroczne i nieprzyjazne rejony, zsyłając diabelskimi akordami trochę czarnej magii. To intensywny thrash, który nieustannie zmienia swoje tempo, płynnie przechodząc z jednego w drugie. Podobnie jest z riffami, które lecą bez wysiłku i tak też zmieniają kierunek. Momentami jest tutaj trochę szybciej niż na poprzednim krążku, ponieważ Amerykanie okresowo uderzają silnie i z niezwykłą prędkością, ocierając się o rejony speed metalowe, przypominając wtedy Slayer z pierwszych dwóch albumów. To totalnie nic oryginalnego, lecz dobrze znanego. Nic w tym złego, bo skomponowane jest z jajem i zagrane z lekkością. Tradycyjny thrash o odpowiednio naostrzonych kłach i pazurach, którymi robi niemałe kuku. Desolus nie oglądając się na współczesne trendy, nakurwia siarczyście i wprost, zgodnie z zasadami klasycznego podejścia do thrash metalu, którego słuchanie powinno zadawać ból i oblepiać brudem. W przypadku tego kwartetu jest też wartość dodana w postaci satanicznego podtekstu, co niewątpliwe nadaje „Dwellers of the Twilight Void” mocy wyrazu. Polecam. Solidny i spuszczający tęgie lanie materiał.

shub niggurath




czwartek, 21 maja 2026

Recenzja Mirror of the Void “The Torments of Enslavement by One's Self”

 

Mirror of the Void

“The Torments of Enslavement by One's Self”

Lower Silesian Stronghold 2026

Kurcze, kolejna EP-ka? Szczerze mówiąc, to liczyłem na drugiego pełniaka, bo Mirror of the Void bardzo szybko stał się jednym z tworów, którego muzyki wyczekuję z wielką niecierpliwością. Głównie dlatego, że ich black metal bardzo zgrabnie wpisuje się w pojęcie eksperymentu, a jednocześnie nie jest tworem ani hipsterskim, ani przesadnie przekombinowanym. Dziwnym! To już prędzej. Absorbującym, pokręconym, objechanym – jak najbardziej. „The Torments of Enslavement of One’s Self” jest jakby kontynuacją pomysłów z „Ephemeral Mirage”. To nadal nieszablonowa mozaika klasycznego black metalu z okresu drugiej fali z… narkotykami i przestrzenią pozaziemską. Tak to chyba najłatwiej określić. Nowe wydawnictwo to, podobnie jak poprzednie, cztery kompozycje. I tu od razu zaznaczę, iż cieszy mnie fakt, że panowie wsłuchali się w mój postulat, podtrzymując tradycję i śpiewając, w tym przypadku aż dwa utwory po naszemu. Tym razem, mimo iż wokalom Nacheshetriona nic nie brakuje, bo są szorstkie i opętane jak zawsze, zdaje mi się, że nieco utonęły one w miksie. Chyba że taki był zamysł twórców, aby wybrzmiewały niczym z nie do końca otwartego portalu prowadzącego w inny wymiar. Zresztą same aranże są tutaj mocno kosmiczne. Poza surowym black metalem, sporo w nich industrialu i elektroniki (acz przyznać trzeba, że raczej w minimalistycznym wydaniu). Podobnie jak w przypadku wspomnianej „Ephemeral Mirage” nowe kompozycje najsilniej kojarzą mi się chyba z Yerusalem. Głównie przez często goszczący na nich mechaniczny beat i wspomniane syntezatorowe efekty. Co do owego beatu, to zastanawiam się, co w składzie zespołu robi Diabolizer. W sensie – gra, czy programuje, bo partie perkusji brzmią na tych nagraniach bardzo mechanicznie, zupełnie jak automat. Przez chwilę też przyszło mi na myśl porównanie do Mysticum, lecz w przypadku Mirror of the Void byłaby to wersja zdecydowanie bardziej uboższa i z cztery razy wolniejsza. Choć tytuł „Black Magic Mushrooms” pasowałby jako opis twórczości naszych rodaków niemal idealnie. Można gdybać, porównywać, ale jedno jest niepodważalnym faktem. Mirror of the Void wykreowali swoje własne, rozpoznawalne oblicze. Oblicze, które mi się cholernie podoba, i na pewno jest pewną odmiennością na współczesnej scenie blackmetalowej, nie tylko w naszym kraju. Bardzo mocno polecam, zwłaszcza tym, którzy zespołu jeszcze nie mieli okazji poznać.

- jesusatan




środa, 20 maja 2026

Recenzja Arroganz „Death Doom Punks”

 

Arroganz

„Death Doom Punks”

Testimony Records 2026

Arroganz to kapela z Niemiec, która nagrywa muzykę od 2008 roku, a „Death Doom Punks” to już ich siódmy album. Nigdy się z nimi nie zetknąłem, ale nigdy nie jest za późno i nawet jestem z tego pierwszego spotkania kontent, bo panowie napierdalają całkiem niezły death metal z małą domieszką skandynawskiej diabelszczyzny wiadomego okresu. Objawia się ona wtedy, gdy gitary wchodzą na wyższe rejestry, rozcinając śmierć metalowy monolit muzyki Arroganz zimnymi i uwierającymi tremolo. Jednakże fundamentem tutejszych, dziewięciu utworów, jest duszny i gęsty death metal, który płynie w średnich i nieco przyspieszonych tempach, atakując zwartymi strukturami. Strukturami, w których oprócz klasycznych akordów pojawia się bogata gama ornamentalnych zagrywek oraz dysonansowych zjazdów. Wszystko do kupy robi niemałą robotę, bo generuje kleistą fakturę o mrocznej atmosferze, którą podsycają nieprzyjazne growle. Muzyka od tego tria potrafi także zejść nisko, zamieniając death metalowe akordy w wolno pełzające, ciężkie riffy, które okresowo kierują metal od Arroganz w doomowe rejony, krusząc przy tym kości z dużą siłą. Całość została wykreowana na gitarach o miażdżącym brzmieniu, potężnych liniach basu i druzgoczącej perkusji. Produkcja jest klarowna, ale materiał ten przysypano trochę „kurzem”, co spowodowało, że przypomina głęboko podziemne nagrania, a to wraz z niezwykłą klimatycznością podbiło jego atrakcyjność. Brutalny i momentami upiorny death metal, oparty na sękatych akordach, które chwilami zaskakują progresywnymi i pełnymi różnych niuansów rozwiązaniami. Gniecie, buja i przestrasza bez wysiłku, a i szczególnego groove’u mu nie brakuje. Tradycyjny, ale zawierający również elementy współczesności decior, który roztacza wokół siebie aurę tajemniczości.

shub niggurath




A review of Shewolff “We're All Gonna Fukkin' Die”

 

Shewolff

“We're All Gonna Fukkin' Die”

Dying Victims Prod. 2026

 


This album didn’t stand a chance with me in the beginning. Because, first of all, I can’t stand vampire themes. I don’t know, they’ve always seemed more cliché to me than zombies or other undead creatures. Secondly, a woman in metal, especially a female vocalist, is ninety percent of the time knockoff, or at best a cheap provocation. So why did I play this EP at all? Because I liked the title. Seemingly obvious, but reeking of punk from a mile away. And after just a few tracks, I got smacked in the face for my audacity with such dance-inducing black/punk that I was blown away. Shewolff’s music is banal, formulaic, and predictable. With your eyes closed, you can tell that there’s going to be a slight slowdown in a moment, followed by another rhythmic burst, that there will come a d-beat, and that the vocals will be shouted in a classic, aggressive way. Holy shit, how many bands have played this way over the decades, how many have copied tried-and-true formulas… But not every band could so perfectly imbue that hackneyed formula with the right feeling and melody. Because there’s no shortage of melody on “We’re All Gonna Fukkin’ Die.” Nor is there a lack of fire, that sense that the musicians recorded songs that were singing in their souls. And even the Transylvanian interludes, or the horror-movie samples, which serve here as a sort of ornament, a delicately applied addition, don’t disrupt my perception of the whole. On the contrary, they add a touch of genuine mystique to these compositions. And as for Ms. K. von Shewolff’s vocals, I’ll say just one thing. The chick screams her lungs out with incredible passion. And even if you can tell it’s a woman, it doesn’t bother me at all, in fact, I’d count her among those who really know how to scream in metal. This EP is a fantastic listen. One moment it sounds like Wolfpack, the next like Motörhead (the bass intro to the title track), total classics. Let me tell you, these twenty-five minutes are a total black-punk blast, material you can’t miss, and you must have it on your shelf.  I have nothing more to add.

- jesusatan




Recenzja Godless „Adversus Parousia”

 

Godless

„Adversus Parousia”

Nuclear Winter Records (2026)

Chilijski Godless zaistniał w moim metalowym światku bardzo dawno temu, gdy kupiłem w ciemno w Old Temple ich debiutancki album, skuszony fajną okładkę. Wtedy jeszcze nie kierowałem się zasadą, że Chile = jakościowy death metal, ale zakupiony wówczas „Ecce Homo...”, będący ich debiutem był bardzo solidną pozycją, z klasycznym metalem śmierci. Nic wybitnego i oryginalnego, ale wrażenia po sobie zostawiał pozytywne. Tamtego albumu już dawno w swoich zbiorach nie mam, o istnieniu Godless zapomniałem, a tymczasem grecka oficyna Nuclear Winter Records właśnie wydaje drugi album ekipy z antypodów. Szesnaście lat to całkiem długa przerwa pomiędzy albumem nr 1 i albumem nr 2 i szczerze mówiąc nie sądzę, aby grono wyczekujących nowej propozycji Bezbożnych było liczne. Nie zmienia to faktu, że „Adversus Parousia” to po raz kolejny porcja dobrego, sprawnie zagranego death metalu, mocno osadzonego w tradycji. Jeśli lubicie Morbid Angel i Incantation to najnowszy wypust bohaterów niniejszej recenzji będzie płytą dla Was. Oczywiście nie jest to poziom ani pierwszych ani drugich, ale dostaliśmy album dobry, zagrany z polotem, który czerpie garściami ze spuścizny pionierów niespecjalnie próbując się wychylać poza ten schemat. Wszystkie patenty, które tu usłyszycie zapewne słyszeliście już setki razy w lepszym i gorszym wydaniu, ale niniejsza propozycja podania jest naprawdę OK. Taki bardzo solidny schabowy – nie wybitny, ale nie zleżały w bemarze i odparowywany po raz trzeci. Materiał brzmi tłusto, masywnie, riffy kiedy trzeba gniotą, zwolnienia są znane i lubiane, bo oparte na sprawdzonych formułach, tak jak i szybsze partie. Można mieć trochę poczucie niedosytu słuchając „Adversus Parousia”, bo słychać tu możliwości i potencjał na więcej. Ten długograj zachowawczy chyba trochę na wyrost, bo to co tu jest nagrane jest na tyle dobre  daje pole na rozszerzenie horyzontów i trochę odważniejszych i bardziej szalonych pomysłów, a tak jest jak jest. Godless nagrał dobry album, tylko tyle i aż tyle. Każdy z Was musi sobie odpowiedzieć na pytanie czy potrzebuje posiadać ten materiał na nośniku, czy wystarczy mu przesłuchać to co już słyszał wielokrotnie. Prawda też jest taka, że jeśli tej płyty nie przesłuchacie, to świat się nie zawali i nie stracicie czegoś szczególnie wartościowego. Jeśli jednak poświęcicie temu krążkowi trochę czasu nie będzie to czas stracony.

                                                                                                                 Harlequin


wtorek, 19 maja 2026

Recenzja Baalzagoth „No God No Savior”

 

Baalzagoth

„No God No Savior”

Putrid Cult 2026

Cztery lata minęły od chwili, kiedy to na rynku ukazał się debiutancki krążek Baalzagoth. Nie narobił co prawda wielkiego zamieszania, ale jednak wyraźnie zaznaczył obecność nowego tworu na polskiej scenie deathmetalowej. Po zmianie wydawcy, panowie wracają z krążkiem numer dwa, o tytule bardzo wymownym. Nie od dziś bowiem wiadomo, że Pana Boszka to te chłopaki niezbyt kochają, czemu dają wyraz w swoich, dość bezpośrednich lirykach. Co przynosi nowy materiał? Poniekąd to samo, co poprzedni. Nie wiem jak wy, ale ja się przełomowych zmian nie spodziewałem. Oczekiwałem natomiast kolejnego, bardzo solidnego krążka, i taki faktycznie otrzymałem. Przede wszystkim, co najistotniejsze, poziom muzyczny został utrzymany, a może nawet nieco podniesiony. Jak wspomniałem, stylistycznie jest tu podobnie jak na debiucie. „No God No Savior” to materiał bardzo… polski. Można w zasadzie powiedzieć, że to granie z naszego rodzimego podwórka z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Przemawia za tym nie tylko brzmienie, które wtedy zaczęło przybierać nieco bardziej skomputeryzowaną, wyczyszczoną z tego pierwotnego brudu formę, jednak nadal masywne i posiadające odpowiednie pierdolnięcie, jak i sam sposób komponowania. Kto wsłucha się w riffy, usłyszy tu bardzo silne nawiązania do Vader, Decapitated, Dies Irae czy Yattering. A to na pewno znaczy jedno – riffów tutaj nikt nie udaje, nie wciska słuchaczowi kitu, że „oto następuje moment wyczekiwania”, tylko tnie po strunach, może i dość prosto (przez co chwilami wkradają się tu także wątki niemal blackmetalowe, jak choćby w zaśpiewanym po naszemu „Codex Asmodei”), ale bardzo intensywnie. Podobnie zresztą jak sekcja rytmiczna, bardzo wyraźna, chwilami nawet sprawiająca wrażenie striggerowanej, za to nie wybijającej koślawych schematów, tylko niejednokrotnie wtrącająca jakieś dodatki do podstawowego rytmu. A i gitarowych solówek nie zabrakło. Do poziomu dostosowuje się także śpiewak, wypluwający słowa może i o barwie klasycznej, ale za to w formie równie ofensywnej co sama muzyka. Jest na tym krążku też kilka momentów zaskakujących. Jednym z nich jest otwarcie „Excommunitatus ab Humanitate”. Przez kilka sekund dałbym się zabić, że to cover Slayer (każdy kto posłucha, bankowo domyśli się, którego kawałka). Inną, choć już mniej pozytywną wrzutką jest akustyczny „Auto-Da-Fe” w drugiej połowie płyty. Nie wiem po co to komu, bo tylko wytrąca z rytmu. Mimo to, te niemal czterdzieści minut to bardzo konkretny, stary death metal na odpowiednim poziomie, którego słucha się bez ziewania, i który ma potencjał, by wielu maniakom przypaść do gustu.

- jesusatan




Recenzja Deathstorm „Cascophonies”

 

Deathstorm

„Cascophonies”

Dying Victims Productions 2026

W tym przypadku chodzi o austriacki Deathstorm, będący tercetem, który napierdala thrash metal od 2010 roku. Panowie po sześciu latach niebytu wracają z piątym albumem, który zawiera dziewięć numerów bolesnego biczowania. Gdyby Chrystus przyjął takie batożenie, to do ukrzyżowania by nie dożył. Austriacy nie pierdolą się w tańcu i nakurwiają w stylu lat osiemdziesiątych, hołdując spuściźnie tego okresu na całego. Wszystko ubierają w nieco cięższe brzmienie, które jest niczym dolegliwość odczuwana podczas tarcia zębami o krawężnik. Reszta to już zwyczajowe kostkowanie, które płynie w zmiennych tempach, nie szczędząc razów przyjmowanych na kark. Świetne palm mutingi, ostre jak brzytwa akordy w średniej agogice i jebitne przyspieszenia, które urywają łeb razem z płucami. Deathstorm dodaje do tego sporo klasycznych solówek, agresywnych, kakofonicznych uderzeń i wściekłych wokaliz. Całość leci w ciągle zmieniających się tempach oraz rytmice i nigdy nie możemy być pewni, co za chwilę się wydarzy. To teutoński thrash z małą domieszką manier zza wielkiej wody, który jest dziki jak cholera. Słuchając „Cascophonies” można złapać zadyszki lub nabawić się arytmii, bo to trio nie ma litości, uderzając coraz to mocniej i mocniej. Nawet mozolne zwolnienia nie dają wytchnienia, bo ich energia jest tak duża, że głowa mała, a strzeliste sola, kalecząc bębenki wpadają do czaszki, robiąc sieczkę z mózgu. Kurwa! Mocna płyta, przezajebisty thrash metal wysmażyli Austriacy razem z Dying Victims. Energetyczna muza o fakturze papieru ściernego, które bije precyzyjnie, ale też i z finezją, zapodając sporo chwytliwych momentów. Nieokiełznane szaleństwo, wydawałoby się, że zagrane na odlew, lecz to mylne wrażenie, gdyż ci muzycy doskonale wiedzą z czym się mierzą i co chcą osiągnąć. Cudownie tnące gitary, wycofany bas i perkusja, która napędza tą rzeźniczą machinę, której brud i ostrość podbijają zdarte wokalizy. Oldskulowy thrash, który oprócz wpierdolu zsyła również pokaźną dawkę mroku. Mroku, który wydobywając się z instrumentów i gardła Deathstorm, niszczy doszczętnie. Wydawnictwo, które na długo zapadnie w waszą pamięć, ponieważ to nie tylko thrash metal. To thrash metal totalny. Wypełniony pasją i ogromnym wkurwem. Jak mniemam, na skalę dotąd nie spotykaną. Musicie sprawdzić, bez dwóch zdań.

shub niggurath




 

niedziela, 17 maja 2026

Recenzja SAĦĦAR „Migja ta Mohh Mignun”

 

SAĦĦAR

„Migja ta Mohh Mignun”

Time To Kill Rec. 2026

Kurka wodna, już myślałem, że oto wyłowiłem jakiś nieoszlifowany, w dodatku egzotyczny diament. Choć bardziej, precyzując, miałem na to nadzieję. Zespół pochodzi z Malty, i już sama pisownia jego nazwy wydała mi się intrygująca. Dodatkowo tytuł, bynajmniej nie po angielsku, ani w żadnym innym znanym mi języku. Pewnikiem maltańskim. No i jeszcze info, że jest to black metal. Ech, nie wiem, co sobie wyobrażałem, ale moje emocje szybko opadły. Bo, po pierwsze, żadna to nowość na scenie. Odpowiedzialny za Sahhar pan Marton tworzy pod rzeczonym szyldem już równe dwie dekady, i materiałów zdążył wypuścić bez liku. Starczy wspomnieć, iż „Migja ta Mohh Mignun” to już siódmy pełniak projektu. Dość długi, bowiem całość trwa, z bonusami, ponad pięćdziesiąt minut. Szczerze, to mi styknęłaby wersja podstawowa, dziesięć minut krótsza. Chyba dlatego, że płyta  jest strasznie rozwleczona i cholernie nijaka. Faktycznie, największą zawartość tego krążka stanowi black metal. Trochę skandynawski, trochę grecki, taki w sumie misz masz w różnorodnej szybkości. Bo raz wchodzimy na wysokie obroty (to rzadziej), by zaraz potem zwolnić, nierzadko niemal do tempa spacerowego. Największą wadą tego blackmetalowego oblicza jest jego banalność. Wszystkie riffy wychodzące spod palców muzyka są na wskroś oklepane, nijakie, kompletnie nie wciągające, pozbawione agresji czy jakiejś specjalnie jadowitej melodii. Żeby jeszcze klimat był, ale też nic mnie tu nie jest w stanie oczarować. Zdaje mi się, że jest to takie granie dla grania, z którego nic nie wynika, bo jednym uchem akordy wpadają, a drugim zaraz wylatują, nie pozostawiając w środku kompletnie nic. W drugiej części albumu muzyk jeszcze bardziej zwalnia, wchodząc (w „Ftakar Fija!”) w rejony sludge’owe. I ponownie, harmonie jego pomysłu… nie są do końca harmoniami jego pomysłu. Bo podobnych, nawet nie będąc przesadnym fanem gatunku, słyszałem od cholery i jeszcze trochę. Można powiedzieć, że są to riffy podstawowe dla każdego adepta, na zasadzie motywu z „Smoke on the water”. Jedyną ciekawą rzeczą są tutaj deklamacje we wspomnianym maltańskim. Nawet jeśli nic z tego nie rozumiem, to brzmią rzeczywiście dość rytualnie. No ale co z tego, skoro do końca płyty mamy jeszcze trzy numery, i ciągną się one jak flaki z olejem. Nawet brzmienie tych nagrań jest słabe. Stopy trykają w stylistyce thrashowej, a gitary pozbawione są ciężaru / chłodu (niepotrzebne skreślić, w zależności, czy chcielibyśmy bardziej po death czy blackmetalowemu). Jest to mizerne, i sam nie wiem, czy muzyk chciał bardziej na surowo, czy może zapomniał swojego oręża odpowiednio naostrzyć. Kompletnie nie podeszła mi ta płyta, i jeśli miałbym ją komukolwiek polecić, to chyba jedynie poszukiwaczom geograficznych ciekawostek. Straszna nuda.

- jesusatan




Recenzja Goholor „Locus Damnatorum”

 

Goholor

„Locus Damnatorum”

Personal Records 2026

Ta słowacka kapela według internetowych źródeł, istnieje już od 2010 roku. Ciężko im chyba szło muzykowanie, bo od tamtego momentu wydali tylko w 2016 epkę i teraz, po kolejnych dziesięciu latach, debiutancki album. Goholor gra poczerniony metal śmierci, który swą brzmieniową i kompozycyjną precyzją ma szansę trafić na duże sceny i co za tym idzie, do całkiem szerokiego grona odbiorców. To dobrze skonstruowana muza, która zarejestrowana jest z lekkim brudem (chyba dla niepoznaki), ale niemalże laboratoryjna produkcja, nadała jej niebywałej selektywności. Zatem „Locus Damnatorum”, to album z tych profesjonalnych, na którym doskonale słychać każdą sekcję, normalnie żyleta. Co z muzyką? Ano, to fuzja brutalnych death metalowych riffów z zimnymi tremolo. To energiczna gędźba, w której każdy jej aspekt jest idealnie zbalansowany, co tworzy uporządkowane utwory, które w odpowiednim stopniu dostarczają wszystkiego, czego może oczekiwać fan takich brzmień. Idealny stosunek melodii do agresywności, szybkich temp do średnich i wolnych, ponurej atmosferyczności do epickich uniesień. Równowaga zachodzi również w sferze wokalnej, bo dialog między wysokimi wrzaskami i głębokimi growlami, spasowany jest z wręcz teatralnym kunsztem. Na „Locus Damnatorum” zamieszczono siedem kawałków, które są solidnym i zagranym umiejętnie black-death metalem. Uderza on intensywnie, lecz z gracją i to spodoba się wielu maniakom, gustującym w atrakcyjnym i z polotem skomponowanym metalu, który oprócz brutalności i mroku, niesie ze sobą także sporo łatwo przyswajalnych chwytliwości. Momentami kojarzą mi się one z ujęciem greckim na podobę Rotting Christ, a w lodowatych i niezwykle dźwięcznych tremolo, dostrzegam manierę Immortal, zwłaszcza z ostatnich wydawnictw Norwegów. No cóż, jest tutaj świetnie pod każdym względem. Kolejna płyta będzie chyba pod szyldem Nuclear Blast. Ja nie gustuję, ale oddani odbiorcy Behemoth z marszu docenią Goholor.

shub niggurath




Recenzja The Ruins of Megiddo „Siedem Dni Gniewu”

 

The Ruins of Megiddo

„Siedem Dni Gniewu”

Black Flame Rebellion 2026

The Ruins of Megiddo to projekt poboczny kogoś z Hekatomb. Wstępnie miała to być chyba informacja niejawna, ale i tak szybko stała się tajemnicą poliszynela. Zresztą co to za różnica, skoro i tak nie ma oficjalnego info co do składu twórców „Korosty”. Dlaczego zatem o tym wspominam? Bo jednak, mimo wszystko, pewne podobieństwa między oboma tworami bystre ucho skauta jest w stanie wyłapać. Nie będę jednak bawił się w odnośniki, bo to sobie może zrobić każdy indywidualnie. „Siedem Dni Gniewu” to album (choć na moje to bardziej mini) o tematyce biblijnej. Dość ciekawie złożony, zawierający trzy podstawowe kompozycje przeplecione instrumentalnymi przerywnikami. Z tym zastrzeżeniem, że nie jest to żadne klawiszowe plumkanie, bo, poza końcówką, w głównej roli występują tutaj instrumenty strunowe, przez co ogólny wydźwięk całości nie traci na swojej mocy i spójności. Jeśli chodzi o wspomniane kompozycje „podstawowe”, to mamy tutaj surowy black metal wzorowany na skandynawskiej (chyba najbardziej norweskiej i szwedzkiej) drugiej fali. Wiadomo, że w tym gatunku nic nowego się nie wymyśli. Można za to, czerpiąc z najlepszych wzorców, stworzyć coś, co nie będzie jedynie kopią, lub bezpośrednim nawiązaniem do któregoś z wielkich mistrzów. I dokładnie tego typu materiałem jest „Siedem Dni Gniewu”. Wydawnictwo to cechuje dość oszczędna produkcja. Gitary strojone są na bzycząco a perkusja brzęczy i dudni niczym na próbie w podrzędnej piwnicy. Same linie gitarowe oparte są na szybkim tremolo, i nawet jeśli zawierają w sobie tą mroźną, północną nutę, to są bardzo intensywne i zadziorne. Można tutaj rzucić porównaniem z Marduk, ale bardziej w wersji reh’owej niż studyjnej, i to głównie w tych najszybszych momentach. A blastów na tych nagraniach nie brakuje, choć dość często przeplatane są chwilowymi zwolnieniami na przeładowanie broni. Wspomniałem, że melodie The Ruins of Megiddo są relatywnie proste, co nie znaczy, że nie ukryto w nich kilku smaczków. Jednym z nich jest nutka orientalna wybrzmiewające na drugim planie w „Armilus. (Dzień gniewu pańskiego)”. Ten utwór zresztą, zgodnie z tytułem, jest faktycznie agresywny i przepełniony gniewem, po brzegi wypełniony złem. Osobne słowo należy się także tekstom, jak można wnioskować (zresztą słusznie) po tytule, śpiewanym tutaj po naszemu. Rzadko zdarza się, by muzycy podchodzili do sprawy tak poważnie i ambitnie jak w przypadku The Ruins of Megiddo. Warto poczytać podczas słuchania. Cóż, nie będę zachęcał do zakupu „Siedmiu dni gniewu”, bo z tego co wiem, to nakład kasety już się wyprzedał i wznowienie nie jest na obecną chwilę planowane. Warto jednak zapoznać się choćby z wersją cyfrową, bo na pewno nie jest to materiał przeciętny.

- jesusatan




Recenzja Dauþuz „Todeswerk: Uranium II”

 

Dauþuz

„Todeswerk: Uranium II”

Amor Fati 2026

Na nowym albumie Dauþuz kontynuuje swoje górnicze opowieści, wykorzystując do tego black metalowe dźwięki. Tym razem jest to osiem utworów, które nie oferują niczego nowego, bo są płynną, kolejną odsłoną historii przedstawionej na poprzednim krążku. To tradycyjne dla tego zespołu ujęcie diabelszczyzny w dalszym ciągu oferuje muzę opartą na wzorcach z lat dziewięćdziesiątych. Mieszanka tremolo i thrashowego kostkowania, która płynie w zmiennych tempach, na przemian hipnotyzując i zasypując agresywnymi blastami. Oprócz zwyczajowych dla tego gatunku riffów, dostajemy od Niemców także sporo melodii o epickiej bądź smutnej proweniencji, co ma podkreślać dramatyczne losy górników przy wydobywaniu uranu. Panowie dokładają do całości trochę klawiszy i całe spektrum wokaliz, ponieważ dostajemy tutaj ich całą masę pod postacią wściekłych warknięć, histerycznych wrzasków i heroicznych zaśpiewów. Wydźwięk tej płyty, zresztą jak wcześniejszej jest dość atmosferyczny. Dauþuz sypie jak z rękawa tytanicznymi chwytliwościami, szorstkimi atakami i zimnym, wysokotonowym kostkowaniem, podbijając tu i ówdzie całość syntezatorowym tłem, które dodaje temu materiałowi tragizmu. To black metal o mocnym brzmieniu i katastroficznej wymowie, częstujący pochmurnymi kanonadami, transowymi bujankami w średnich tempach i klimatycznymi zwolnieniami o górskiej nastrojowości, ściśle związanej z umiejscowieniem kopalń tytułowego pierwiastka. Jeśli lubicie Dauþuz i styl w jakim tworzy, wypełniony niemieckim etosem i grozą wydarzeń po drugiej wojnie światowej na Turyngii, to ta płyta jest dla Was. Zaś jeśli zasypialiście przy lekturze „Łyska z pokładu Idy”, to możecie bez żalu sobie odpuścić.

shub niggurath




piątek, 15 maja 2026

Recenzja Eradikated „Wiring of Violence”

 

Eradikated

„Wiring of Violence”

Indie Rec. 2026

Debiutancki krążek Szwedów, z których jeden wygląda jak kalka młodego Schuldinera, przedstawiał wam circa trzy lata temu shub niggurath. Chwilę temu Eradikated wrócili z krążkiem numer dwa. Postanowiłem zatem sprawdzić, czy mój kolega słusznie zabałtycką młodzież chwalił. Jak by tu zatem zacząć… Gówniarze to czasem jednak w starocie potrafią lepiej niż niejedne dinozaury. Zresztą niejednokrotnie dawałem temu wyraz na łamach Apocalyptic’a. Dziś mam okazję po raz kolejny pochwalić przedstawicieli młodego pokolenia za ich uwielbienie dla starej szkoły. Często tak starej, że pewnie nawet ich rodzice jeszcze nie byli jeszcze pełnoletni w chwili, gdy przyświecające młodym zespoły wydawały swoje najlepsze płyty. Eradikated grają thrash metal, z deka podsiąknięty crossoverowym feelingiem. Słychać wyraźnie, że tacy nauczyciele jak Anthrax, Testament, D.R.I. czy klasyczna Metallica i Slayer mieli na muzyków olbrzymi wpływ. Na „Wiring of Violence” aż roi się od zadziornych riffów, wspaniałych, agresywnych melodii, i hardcore’owej skoczności. Tej ostatniej jest tyle, że jeśli zamknie się oczy, można zobaczyć drącego się do mikrofonu kolesia w czapeczce z daszkiem, w krótkich portkach i podkolanówkach. Nawet nie wiem, który kawałek podać wam jako poglądowy, bo w każdym znajdzie się fragment, przy którym chce się podskoczyć niczym dzika małpa, pomachać łbem, w każdym usłyszycie taneczne rytmy i niesamowicie emocjonalne wokale. Te ostatnie to czysta poezja. W oczach stają mi lata osiemdziesiąte, kiedy to thrash metal jeszcze nie uświadczył bardziej charczących wokali niż czysty, wkurwiony śpiew. A takich tutaj najwięcej. Istotną sprawą jest, że młodzi w tak fantastyczny sposób blendują wszystko, co „już było”, nawet w warstwie tekstowej, gdzie rządzą klasyczne rymy, że człowiek w moim wieku momentalnie czuje się te przynajmniej trzy dekady młodszy. Jasna cholera, przecież te nagrania mają w sobie tyle pierwotnego metalowego  pierdolnięcia, że majtki spadają po same kostki. Może i brzmi to wszystko nieco bardziej nowocześnie, ale i pod tym względem facet siedzący za gałkami potrafił zachować wszelkie granice przyzwoitości. Mamy tu jedenaście kawałków, i, wierzcie mi, żaden z nich ani trochę nie odstaje od reszty, każdy powoduje natychmiastowy przypływ adrenaliny, i każdy jest potencjalnym koncertowym killerem Wyśmienity album nagrali nasi północni sąsiedzi. Takiego thrashu aż chce się słuchać. Indie Recordings rzadko trafiają swoimi wydawnictwami w mój gust, ale tym razem zbili mnie z planszy. Sprawdzajcie, bo warto!

- jesusatan






Recenzja Nocturnal Departure „Spiritual Cessation”

 

Nocturnal Departure

„Spiritual Cessation”

Hells Headbangers 2026

To już trzeci długograj w karierze tego kanadyjskiego kwartetu. Na najnowszym „Spiritual Cessation” Nocturnal Departure kontynuuje tworzenie black metalu, ale w stosunku do poprzedniego wydawnictwa, w muzykowaniu Kanadyjczyków można dostrzec pewne zmiany. Zapewne jest to spowodowane tym, że w grupie pojawiło się dwóch nowych załogantów, którzy wnieśli do diabelszczyzny tej brygady mały powiew świeżości. Jej postać to głównie większa melodyjność kompozycji jak i poszerzenie dotychczasowych sposobów na kostkowanie o inne jego formy, które okresowo urozmaicają aranżacje oraz wprowadzają nieco klasycznych i klimatycznych wpływów. Wyraźnie odstąpiono także od odjazdów w kierunku war metalowym, przez co barbarzyńskość i stęchły zapach znad Ross Bay, stał się mniej wyczuwalny.  Reszta to już zwyczajowe granie dla Nocturnal Departure, na które składają się thrashowe riffy, zimne i coraz częściej chwytliwe tremolo, a także szalone blasty. Nie brakuje tutaj również powykręcanych solówek i tradycyjnych, black metalowych bujanek, świadczących o tym, że skandynawski sznyt i dziedzictwo nie są tym panom obce. W dalszym ciągu Nocturnal Departure hołduje surowemu stylowi, rzępoląc na twardo i wysoko nastrojonych gitarach, wspomaganych przez dudniącą sekcję rytmiczną i szatańskie wrzaski, które niekiedy przeistaczają się w całkiem niskie growle. Jednakże tym razem jest jakby subtelniej, mniej agresywnie i wojowniczo. Za to kawałki obdarowane zostały większą dbałością o szczegóły, płynniejszymi zmianami między akordami i ich rytmem oraz różnorodnością tychże. Czy obecne oblicze black metalu od Nocturnal Departure przypadnie fanom tej kapeli do gustu, nie wiem. Kilka dobrych momentów można tu znaleźć, lecz jako całość, mi średnio wchodzi. Sprawdźcie, bo to cały czas solidna „czarnina”, tyle że na słodko, a ja wolę jednak kwaśną.

shub niggurath