Lifeless Gaze
„Death”
Fluttering Dragon 2026
Lifeless Gaze został powołany do życia dziewięć lat
temu. Jeszcze jako duet, panowie zarejestrowali dwa duże albumy oraz materiał
live. Potem jednak ich drogi się rozeszły, a u steru pozostał jedynie N,
człowiek, o którym powiedzieć, że z niejednego pieca jadł, to jak nie
powiedzieć nic. Muzyk, producent, facet od wszystkiego. „Death” jest zatem jego
solowym dziełem, i słowa „dziełem” w tym przypadku używam z pełną świadomością.
Nie jest to bowiem zwyczajna muzyka. To portal do innego wymiaru. Znajdziemy tu
dziesięć kompozycji będących mieszanką industrial / drone / ambient / noise.
Zwał jak zwał, rzecz w tym, że dźwięki te to apokaliptyczna, mroczna, niebywale
wciągająca i uzależniająca wizja. Trochę mogąca kojarzyć się z fragmentami „Radiance
of a Thousand Suns”, co zresztą, z oczywistych względów, dziwić nie powinno.
„Death” oplata nas bardzo powoli. W zasadzie wszystkie jej odsłony oparte są na
zapętlonym motywie, odhumanizowanych dźwiękach, powtarzanych niczym na hali
produkcyjnej tępych uderzeniach i mamroczącym w tle wokalu. Tworzy to wyjątkowo
hipnotyzującą aurę, przy której poczuć się można jak byśmy lewitowali, tudzież
bezwładnie oglądali z ogromnej wysokości eksterminację wszelkiego życia na
planecie. Jedynym, nieco wymykającym się z całości pod względem tempa, jest
nieco szybszy, mogący kojarzyć się z soundtrackiem do „Terminatora”, utwór
tytułowy. Pozostałe kompozycje to dronowy walec, narkotyk, po którym
doświadczamy czegoś przerażającego. I nie mam tu na myśli wyświechtanego
sloganu, bo niejednokrotnie przy „Death” można dostać gęsiej skórki. Niech
przykładem będzie „ᛦ”, utwór teoretycznie
zbudowany na powtarzającym się niespiesznie beacie, z minimalistycznym
podkładem, usypiającym naszą czujność, by w drugiej części… Zresztą sprawdźcie
sami (Tylko koniecznie słuchajcie tej płyty po ciemku, ze słuchawkami na
uszach! W innym przypadku nie będzie takiego efektu.). Albo ostatni, „The
Devouring Grief”. Ponownie zbudowany na dochodzących jakby z głębokiej jaskini
uderzeniach, z anielskim śpiewem na drugim planie. Można dostać ataku paniki. Odczucia
czysto muzyczne potęgują też teksty, do których warto w tym przypadku zajrzeć.
No i okładka… jakże wymowna, dopełniająca obrazu całości. Ten album, jeśli
zapewnić mu wcześniej wspomniane warunki, trzyma w napięciu od pierwszej do
ostatniej sekundy. Jest jednocześnie jednym z najbardziej przerażających (tak,
wiem, powtarzam się) materiałów jakie dane mi było słyszeć, i to od bardzo
długiego czasu. Wyjątkowa rzecz, jedna z tych, dla których brakuje skali do
oceny.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz