czwartek, 4 czerwca 2026

Recenzja Lifeless Gaze „Death”

 

Lifeless Gaze

„Death”

Fluttering Dragon 2026

Lifeless Gaze został powołany do życia dziewięć lat temu. Jeszcze jako duet, panowie zarejestrowali dwa duże albumy oraz materiał live. Potem jednak ich drogi się rozeszły, a u steru pozostał jedynie N, człowiek, o którym powiedzieć, że z niejednego pieca jadł, to jak nie powiedzieć nic. Muzyk, producent, facet od wszystkiego. „Death” jest zatem jego solowym dziełem, i słowa „dziełem” w tym przypadku używam z pełną świadomością. Nie jest to bowiem zwyczajna muzyka. To portal do innego wymiaru. Znajdziemy tu dziesięć kompozycji będących mieszanką industrial / drone / ambient / noise. Zwał jak zwał, rzecz w tym, że dźwięki te to apokaliptyczna, mroczna, niebywale wciągająca i uzależniająca wizja. Trochę mogąca kojarzyć się z fragmentami „Radiance of a Thousand Suns”, co zresztą, z oczywistych względów, dziwić nie powinno. „Death” oplata nas bardzo powoli. W zasadzie wszystkie jej odsłony oparte są na zapętlonym motywie, odhumanizowanych dźwiękach, powtarzanych niczym na hali produkcyjnej tępych uderzeniach i mamroczącym w tle wokalu. Tworzy to wyjątkowo hipnotyzującą aurę, przy której poczuć się można jak byśmy lewitowali, tudzież bezwładnie oglądali z ogromnej wysokości eksterminację wszelkiego życia na planecie. Jedynym, nieco wymykającym się z całości pod względem tempa, jest nieco szybszy, mogący kojarzyć się z soundtrackiem do „Terminatora”, utwór tytułowy. Pozostałe kompozycje to dronowy walec, narkotyk, po którym doświadczamy czegoś przerażającego. I nie mam tu na myśli wyświechtanego sloganu, bo niejednokrotnie przy „Death” można dostać gęsiej skórki. Niech przykładem będzie „”, utwór teoretycznie zbudowany na powtarzającym się niespiesznie beacie, z minimalistycznym podkładem, usypiającym naszą czujność, by w drugiej części… Zresztą sprawdźcie sami (Tylko koniecznie słuchajcie tej płyty po ciemku, ze słuchawkami na uszach! W innym przypadku nie będzie takiego efektu.). Albo ostatni, „The Devouring Grief”. Ponownie zbudowany na dochodzących jakby z głębokiej jaskini uderzeniach, z anielskim śpiewem na drugim planie. Można dostać ataku paniki. Odczucia czysto muzyczne potęgują też teksty, do których warto w tym przypadku zajrzeć. No i okładka… jakże wymowna, dopełniająca obrazu całości. Ten album, jeśli zapewnić mu wcześniej wspomniane warunki, trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy. Jest jednocześnie jednym z najbardziej przerażających (tak, wiem, powtarzam się) materiałów jakie dane mi było słyszeć, i to od bardzo długiego czasu. Wyjątkowa rzecz, jedna z tych, dla których brakuje skali do oceny.

- jesusatan


https://lifelessgaze.bandcamp.com/album/death

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz