Final Self
“Liturgy of the Final Self”
Independent 2026
Znacie nazwę Final Self? Pewnie nie, bo to świeżutki
twór na rodzimej scenie. Ich debiutancki album właśnie się ukazał nakładem
własnym, a płytę CD dostarczył pospiesznie sympatyczny pan listonosz. Patrząc
na okładkę, wiele nie oczekiwałem. Nie dlatego, że jest nijaka, tylko podobnych
w życiu widziałem już co nie miara. Dlatego też spodziewałem się, że „Liturgy
of the Final Self” będzie kolejnym, może i solidnym, kawałkiem staroszkolnego
death metalu. Szczękę z podłogi zacząłem zbierać jeszcze zanim dobiegł końca
otwierający całość „The Inheritance of Flame”. Ludzie, co tu się dzieje! Final
Self to death metal, faktycznie. Konkretniej, jego bardziej techniczna,
połamana, i zdrowo pokombinowana (oczywiście w ramach przyzwoitości) odmiana,
za którą teoretycznie nie szaleję. Jednak w tym przypadku, pokazy techniczne
nijak się mają do, tak pospolitego w gatunku, muzycznego onanizmu, a wszelkie
zmiany tempa, czy płynne przejścia między akordami nie są jedynie na siłę
upchniętymi. Tutaj wszystko się perfekcyjnie zazębia. I kopie w dupę z taką
siłą, że się lemoniada komunijna odbija. W tym momencie nadmienić muszę, że za
Final Self odpowiada ten sam duet, co za ponadprzeciętnie poplątany (Ba!
Pokurwiony!), eksperymentalny Eutanor, i najwyraźniej nietrzymanie się linii
prostej leży już w ich naturze. Dzięki temu dostajemy trzydziestotrzyminutową
dawkę zagranego z niesamowitą intensywnością metalu śmierci z całym wachlarzem
riffów, brutalnych melodii i częstych, niejednokrotnie nieoczywistych rozwiązań
(Takie choćby interludium instrumentalne w połowie „Forlorn Forever Forgotten”
w klimacie starego horroru, to są dosłownie ciary na plecach). Wyobraźcie
sobie, co by wyszło, gdyby do jednego kotła wrzucić Hate Eternal, Devilyn,
Morbid Angel, Sadist i Howls of Ebb, czy nawet Diskord. A te wszystkie
pierwowzory tu doskonale słychać. Wiją się niczym larwy w gnijącym mięsie,
przeplatają i tworzą niesamowitą mieszankę. Oczywiście daleki jestem od
nazywania Final Self patchworkowcami, a przytoczone porównania mają jedynie
formę drogowskazu do tego, co się na tym krążku odjaniepawla. Jeśli do tego
dodamy wyśmienite, klasyczne, zachrypnięte growle, oraz doskonałe ścieżki
bębnów położone przez Krzyśka Klingbeina, wyprodukujemy tak, by jechało
kompostownikiem na kilometr, to dostajemy płytę praktycznie bez wad. Słucham
jej już po raz któryś, i nie mogę się oderwać. Na pewno w kategorii
„deathmetalowy debiut roku” mamy silnego kandydata do podium. Sprawdzajcie
koniecznie, bo tych nagrań nie można przegapić. Dojebana płyta!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz