środa, 17 czerwca 2026

Recenzja Final Self “Liturgy of the Final Self”

 

Final Self

“Liturgy of the Final Self”

Independent 2026

Znacie nazwę Final Self? Pewnie nie, bo to świeżutki twór na rodzimej scenie. Ich debiutancki album właśnie się ukazał nakładem własnym, a płytę CD dostarczył pospiesznie sympatyczny pan listonosz. Patrząc na okładkę, wiele nie oczekiwałem. Nie dlatego, że jest nijaka, tylko podobnych w życiu widziałem już co nie miara. Dlatego też spodziewałem się, że „Liturgy of the Final Self” będzie kolejnym, może i solidnym, kawałkiem staroszkolnego death metalu. Szczękę z podłogi zacząłem zbierać jeszcze zanim dobiegł końca otwierający całość „The Inheritance of Flame”. Ludzie, co tu się dzieje! Final Self to death metal, faktycznie. Konkretniej, jego bardziej techniczna, połamana, i zdrowo pokombinowana (oczywiście w ramach przyzwoitości) odmiana, za którą teoretycznie nie szaleję. Jednak w tym przypadku, pokazy techniczne nijak się mają do, tak pospolitego w gatunku, muzycznego onanizmu, a wszelkie zmiany tempa, czy płynne przejścia między akordami nie są jedynie na siłę upchniętymi. Tutaj wszystko się perfekcyjnie zazębia. I kopie w dupę z taką siłą, że się lemoniada komunijna odbija. W tym momencie nadmienić muszę, że za Final Self odpowiada ten sam duet, co za ponadprzeciętnie poplątany (Ba! Pokurwiony!), eksperymentalny Eutanor, i najwyraźniej nietrzymanie się linii prostej leży już w ich naturze. Dzięki temu dostajemy trzydziestotrzyminutową dawkę zagranego z niesamowitą intensywnością metalu śmierci z całym wachlarzem riffów, brutalnych melodii i częstych, niejednokrotnie nieoczywistych rozwiązań (Takie choćby interludium instrumentalne w połowie „Forlorn Forever Forgotten” w klimacie starego horroru, to są dosłownie ciary na plecach). Wyobraźcie sobie, co by wyszło, gdyby do jednego kotła wrzucić Hate Eternal, Devilyn, Morbid Angel, Sadist i Howls of Ebb, czy nawet Diskord. A te wszystkie pierwowzory tu doskonale słychać. Wiją się niczym larwy w gnijącym mięsie, przeplatają i tworzą niesamowitą mieszankę. Oczywiście daleki jestem od nazywania Final Self patchworkowcami, a przytoczone porównania mają jedynie formę drogowskazu do tego, co się na tym krążku odjaniepawla. Jeśli do tego dodamy wyśmienite, klasyczne, zachrypnięte growle, oraz doskonałe ścieżki bębnów położone przez Krzyśka Klingbeina, wyprodukujemy tak, by jechało kompostownikiem na kilometr, to dostajemy płytę praktycznie bez wad. Słucham jej już po raz któryś, i nie mogę się oderwać. Na pewno w kategorii „deathmetalowy debiut roku” mamy silnego kandydata do podium. Sprawdzajcie koniecznie, bo tych nagrań nie można przegapić. Dojebana płyta!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz