Malebeste
„Monestherou”
Antiq 2026
Malebeste
to kwintet, który został założony na ziemi francuskiej w 2024 roku. Tamtego też
lata, bo dwudziestego września nagrał jednoutworowy singiel, który ukazał się
tylko w wersji digital. Po dwóch latach milczenia, Francuzi kilka dni temu
wrócili ze swoim debiutanckim albumem „Monestherou”. Zawiera on dziewięć
numerów w gatunku black metal, który w pełni nawiązuje do jego klasycznej formy
z lat dziewięćdziesiątych. To nic nowego ani odkrywczego. Ot zbiór tradycyjnego
kostkowania i tremolo, które płyną w zmiennych tempach. Od wolnych i
nastrojowych bujanek, poprzez średniej gęstości zamiecie, po zaciekłe
blastbeaty, które połączone w każdym kawałku w jedną całość, tworzą zmienną
muzę. Do zaoferowania ma ona nieustanne zwroty akcji. Panowie dwoją się i troją,
blendując wszystkie formy, tworząc z nich dość różnorakie struktury, przy
których nudzić się nie można, bo oferują pomysłowe i płynne przejścia między
poszczególnymi akordami. Malebeste dodatkowo zadbali także o miłośników
melodyjnego ujęcia, ponieważ chwytliwości w ich kompozycjach znajduje się bez
liku. Nic to dziwnego, bo kapela ta w black metal ubiera legendy związane z
okolicznymi regionami, z których wywodzą się jej członkowie, a to doskonale
pasuje do „historycznego” podejścia, jeżeli chodzi o ten gatunek. Zwłaszcza
jeśli są to pozbawione cukierkowości harmonie, które zbytnio się nie
narzucając, kreują średniowieczny i przepełniony tajemniczością klimat.
Pierwszy krążek od Malebeste, to black metal, który stanowi fuzję manier
francuskich i szwedzkich, chociaż w bardziej posępnych i zadzierżystych
momentach, przypomina nieco i norweszczyznę. Nic oryginalnego, bo to kolejna
odsłona melodyjnej diabelszczyzny, ale jej złożona konstrukcja bez trudu
niejednego fana ucho nacieszy. Panowie skomponowali solidną rzecz i pomimo jej
wyraźnie mainstreamowego charakteru warto dać temu materiałowi szansę na kilka
odsłuchów.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz