Saasta
„Cesspool”
Inverse Records 2026
Saasta
muzykuje sobie od niedawna, bo od uformowania się składu minęło zaledwie sześć
lat. Niemniej jednak panowie mają już na koncie debiutancką płytę, która gdzieś
tam zniknęła w odmętach metalowego oceanu, ale Finowie są jak tsunami i wracają
z drugim, pełnym materiałem. Ukazał się on ósmego maja z małym poślizgiem trafiając
do mojej skrzynki, no i jest. Krążek zawiera dwanaście numerów muzyki, którą
określić można jako black-death metal, bo na „Cesspool” jest ciężko i zarazem
diabelsko. Początkowo dziwnie mi się tego słuchało, ponieważ kompozycje Saasta
częściowo przypominały mi Khold, a to za sprawą charakterystycznie
poprowadzonych riffów oraz wysuniętego do przodu, dźwięcznego basu. Do
złudzenia chwile te przypominają twórczość Norwegów, zwłaszcza z początkowego
okresu, tyle że jest ona w tym przypadku mocno zagęszczona. Do tych rytmicznych
akordów Finowie dokładają sporo ciężkiego kostkowania, które kreuje duszną i
posępną atmosferę. To połączenie śmierć metalowego mielenia w średnim tempie z
doomowym gnieceniem, które zsyła całe pokłady zgnilizny i mroku, a ich
nieprzyjazna melodyka oraz dość upiorne, gitarowe zawijasy, do cna podszyte są
okultyzmem. Saasta ubrała całość w surowe i zwarte brzmienie, które potrafi
zmęczyć, ale nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo, a podobno „metal to nie
rurki z kremem” więc nie ma co marudzić. Black-death metal w wykonaniu tego
kwartetu to szorstka i niekiedy uwierająca muza, która intensywnie oddziałuje
na zmysły, niepokojąc swym satanicznym usposobieniem. Uderza z siłą i rujnuje
spokój, który po przesłuchaniu tego albumu nie wraca zbyt szybko. Dynamiczna,
choć bardzo ciężka i chwilami mozolna płyta, która niewątpliwie odznacza się,
jak przystało na ten typ rzępolenia, odstręczającymi cechami. Tak. Ma być
chropowato, brzydko i boleśnie. Bardzo dobry, gęsty i lepki materiał.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz