środa, 24 czerwca 2026

Recenzja Starless Void “Mors Certa, Hora Incerta”

 

Starless Void

“Mors Certa, Hora Incerta”

Case-Studio 2026

Z twórczością Starless Void po raz pierwszy spotkałem się jakieś dwa lata temu, kiedy to zespół podesłał mi do odsłuchu debiutancką EP-kę. Potem panowie, i pani, wypuścili jeszcze drugą EP-kę i split, a dziś na mój stół trafiło pierwsze danie główne w postaci „Mors Certa, Hora Incerta” (tak fikuśnie do rymu). Album ten zawiera siedem kompozycji, i trwa niecałe trzydzieści pięć minut. Stylistycznej rewolty, w porównaniu z pierwszymi nagraniami, nie przynosi. Przynosi za to zauważalny postęp kompozytorski. Niby w gatunku sludge / doom prochu na nowo wymyśleć się nie da. Prawda to, jednak, podobnie jak, choćby przy kapelach grzebiących współcześnie w szwedzkim death metalu, sprawą kluczową jest tutaj zagranie muzyki z totalną szczerością i, mimo wszystko, polotem. A Starless Void, nawet jeśli mielą „ na jedno kopyto” (bo tempo się tutaj zbytnio nie zmienia), słucha się naprawdę z wielką przyjemnością. Jest w ich utworach to charakterystyczne bujanie, są ciężkie jak koparka akordy, hammondowe dodatki, i sporo narkotycznych oparów. Przy tej płytcie można chwilami poczuć się jak w zadymionym od dymu papierosowego obskurnym pubie, gdzie przy stolikach siedzą miejscowe lumpy i, spijając piwo, patrzą tylko komu przypierdolić, a na malutkiej scenie gra sobie kilkoro brodatych grubasów. Chłopakom ze Starless Void mięśnia piwnego co prawda jeszcze trochę brakuje, za to ich piosenkom na pewno nie brakuje, i uwaga, tutaj użyję zaskakującego słowa – przebojowości. Tak, niektóre refreny w zasadzie nucą się same, i za cholerę nie chcą wyjść z głowy. Pod tym względem chyba najbardziej wybijają się „Effigy of an Obliterated God” i, przede wszystkim, „Radioactivity Meter”. Co nie znaczy, że reszta płyty mocno od nich odstaje, bynajmniej. Materiał ten jest bardzo równy, spójny, i słucha się go od początku do końca bez najmniejszego ziewania. Bardzo dobre są na tym krążku wokale, zarówno te głębokie, growlujące, jak i żeńskie zaśpiewy w tle, idealnie uzupełniające męskie niedopowiedzenia. O brzmieniu napiszę tylko tyle, że jest klasycznie masywne, i niczego mu nie brakuje. Tak samo jak i zawartości czysto muzycznej „Mors Certa, Hora Incerta”, bo to naprawdę dobry materiał, który pokazuje zespół w formie dojrzałego, i w pełni już świadomego tworu. Mam tylko nadzieję, że nie wpadną im do głowy pomysłu na przesadne urozmaicanie swojej formuły, bo według mnie jest ona w chwili obecnej idealna. Podoba mi się ten album. Jutro z rana też go sobie puszczę.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz