Eutanor
„Automatokrata”
Piekłoniebo 2026
Bardzo ucieszyłem się, kiedy w paczuszce znalazłem
nowy krążek rodzimego Eutanor. Ich debiut niemiłosiernie bowiem przetrzepał mi
swoje mózgowe, i był jednym z najciekawszych, i najbardziej oryginalnych
materiałów jakie w tamtym czasie słyszałem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę,
że czeka mnie kolejne trudne wyzwanie. Twórczość Atamana i Eveq’a do łatwych bowiem nie należy.
Prędzej można o niej powiedzieć, że komponowana jest tak, by maksymalnie
utrudnić odbiór potencjalnemu słuchaczowi. Oczywiście się nie myliłem (geniusz,
no, kurwa, geniusz!). Te trzy kwadranse to jest poplątanie z pomieszaniem, i to
we wszystkich możliwych kierunkach. Już samo zdefiniowanie muzyki autorstwa
Eutanor jest praktycznie nierealne. Ale i bezzasadne, bo co to za różnica jak
ją nazwiemy. Rozbierając ją na części pierwsze znajdziemy w niej elementy metalowe
(w szerokim tego słowa rozumieniu), djentowe, sludgeowe, jazzowe, ambientowe,
filmowe, kurwa, chuj wie jakie jeszcze. Chyba ajłatwiej po prostu powiedzieć,
że Eutanor grają muzę na wskroś popierdoloną i mocno eksperymentalną. Nawet
ciężko wymieniać, co tu się dzieje. A to zapętli się w tle jakiś fragment i
wyje niczym system alarmowy, a to wjedzie najczystsza improwizacja rodem z
podziemnego jazzu, tu i tam śmigną sample z jakimś odliczaniem, przygniecie nas
motyw stonerowy, wszystkie instrumenty zaczną nagle grać każdy sobie, tylko po
to, by za kilka chwil dokładnie się zsynchronizować…. Tam jeszcze jakiś
drum’n’bass… Jeden kawałek trwa niecałe dwie minuty, inny, kurwa, ponad
dziesięć (i to praktycznie bez wokali)… Istny dom wariatów. Co prawda, w porównaniu
z „Assembling Tomorror”, „Automatokrata” i tak zdaje mi się tworem bardziej
„uczesanym”, poukładanym, ale do tradycyjnego schematu pisania utworów mu tyle,
co stąd do Chicago. I z powrotem. Ale wciąga to cholerstwo niesamowicie.
Podobnie jak w przypadku debiutu, zacząłem rozumieć te kompozycje dopiero
gdzieś na etapie piątego odsłuchu, ale potem poszło już z górki. Co mogę wam
powiedzieć, to to, iż do tego krążka należy podchodzić z wielką cierpliwością.
Tutaj się nie da na skróty. Dajemy żonie, czy tam kogo macie pod ręką, całusa
na dobranoc, gasimy światło, zakładamy słuchawki na uszy i teleportujemy się do
przytułku dla obłąkanych, w którym, niczym dobry pielęgniarz, poznajemy, pomału
i dogłębnie, historię choroby każdego z ośmiu podopiecznych. Lubicie wyzwania?
Lubicie, żeby było ciężko? Łapcie „Automatokratę” i sprawdźcie, jakie z was
cwaniaki. Jak zdacie test i się przegryziecie, muzyka wynagrodzi wasz trud z
nawiązką.
PS. Aha, a jak komuś brakuje tych cudownych kolorków
z debiutu na okładce, to niech se zajrzy do wnętrza digipacka.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz