sobota, 20 czerwca 2026

Recenzja Eutanor „Automatokrata”

 

Eutanor

„Automatokrata”

Piekłoniebo 2026

Bardzo ucieszyłem się, kiedy w paczuszce znalazłem nowy krążek rodzimego Eutanor. Ich debiut niemiłosiernie bowiem przetrzepał mi swoje mózgowe, i był jednym z najciekawszych, i najbardziej oryginalnych materiałów jakie w tamtym czasie słyszałem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie kolejne trudne wyzwanie. Twórczość Atamana  i Eveq’a do łatwych bowiem nie należy. Prędzej można o niej powiedzieć, że komponowana jest tak, by maksymalnie utrudnić odbiór potencjalnemu słuchaczowi. Oczywiście się nie myliłem (geniusz, no, kurwa, geniusz!). Te trzy kwadranse to jest poplątanie z pomieszaniem, i to we wszystkich możliwych kierunkach. Już samo zdefiniowanie muzyki autorstwa Eutanor jest praktycznie nierealne. Ale i bezzasadne, bo co to za różnica jak ją nazwiemy. Rozbierając ją na części pierwsze znajdziemy w niej elementy metalowe (w szerokim tego słowa rozumieniu), djentowe, sludgeowe, jazzowe, ambientowe, filmowe, kurwa, chuj wie jakie jeszcze. Chyba ajłatwiej po prostu powiedzieć, że Eutanor grają muzę na wskroś popierdoloną i mocno eksperymentalną. Nawet ciężko wymieniać, co tu się dzieje. A to zapętli się w tle jakiś fragment i wyje niczym system alarmowy, a to wjedzie najczystsza improwizacja rodem z podziemnego jazzu, tu i tam śmigną sample z jakimś odliczaniem, przygniecie nas motyw stonerowy, wszystkie instrumenty zaczną nagle grać każdy sobie, tylko po to, by za kilka chwil dokładnie się zsynchronizować…. Tam jeszcze jakiś drum’n’bass… Jeden kawałek trwa niecałe dwie minuty, inny, kurwa, ponad dziesięć (i to praktycznie bez wokali)… Istny dom wariatów. Co prawda, w porównaniu z „Assembling Tomorror”, „Automatokrata” i tak zdaje mi się tworem bardziej „uczesanym”, poukładanym, ale do tradycyjnego schematu pisania utworów mu tyle, co stąd do Chicago. I z powrotem. Ale wciąga to cholerstwo niesamowicie. Podobnie jak w przypadku debiutu, zacząłem rozumieć te kompozycje dopiero gdzieś na etapie piątego odsłuchu, ale potem poszło już z górki. Co mogę wam powiedzieć, to to, iż do tego krążka należy podchodzić z wielką cierpliwością. Tutaj się nie da na skróty. Dajemy żonie, czy tam kogo macie pod ręką, całusa na dobranoc, gasimy światło, zakładamy słuchawki na uszy i teleportujemy się do przytułku dla obłąkanych, w którym, niczym dobry pielęgniarz, poznajemy, pomału i dogłębnie, historię choroby każdego z ośmiu podopiecznych. Lubicie wyzwania? Lubicie, żeby było ciężko? Łapcie „Automatokratę” i sprawdźcie, jakie z was cwaniaki. Jak zdacie test i się przegryziecie, muzyka wynagrodzi wasz trud z nawiązką.

PS. Aha, a jak komuś brakuje tych cudownych kolorków z debiutu na okładce, to niech se zajrzy do wnętrza digipacka.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz