Hoc Est Bellum
„Filth Majesty”
Time To Kill 2026
Hoc Est Bellum (po naszemu “Tera je wojna”), to nowy
narybek włoskiej Time To Kill. Panowie pochodzą z Finlandii, i dotychczas
naznaczyli swój byt na scenie jedynie za sprawą wypuszczonej trzy lata temu demówki.
Nie było mi dane jej poznać, jednak chętnie sięgnąłem po nowy materiał choćby z
tego powodu, iż w składzie zespołu udziela się gitarnik bardzo lubianego przeze
mnie Qwälen. Twór ten reklamowany jest przez label jako bezkompromisowy black
metal. I takim poniekąd faktycznie jest, choć ja bym do tego opisu dorzucił
jeszcze kilka dodatkowych określeń. Przede wszystkim, to niecałe pół godziny
czystego napierdolu, to nie wyłącznie black metal, choć pod względem struktury
poszczególnych kompozycji można przytaknąć. Rządzą tutaj raczej bezprecedensowe
harmonie zbudowane na nieskomplikowanych riffach, chwilami zahaczających o
inspiracje punkowe, gnające przed siebie najczęściej z prędkością grożącą
zderzeniem z drzewem na zakręcie. Rzecz w tym, że… Po pierwsze – brzmienie tego
materiału jest ubrane w nieco bardziej deathmetalowe szaty. Czyli coś na
kształt dyskusji, czy Blasphemy (zespół kompletnie nie mający tutaj nic
wspólnego muzycznie) to bardziej death czy black metal. I po drugie, Finom
czasem zdarza się mocno zwolnić, jak choćby w „Serpent of the Black Pit”, a
wtedy to już black metalem to nawet nie śmierdzi. Generalnie jednak „Filth
Majesty” jest pewnego rodzaju szaleństwem, i trochę zajeżdżającym pijacką imprezą.
Dlaczego? Bo wszystko jest tu zagrane na pełnej kurwie, poniekąd spontanicznie,
ale z zachowaniem tego rock’n’rollowego feelingu. Stąd też podobieństwo do
wspomnianego Qwälen aż ciśnie mi się na usta, nawet jeśli to jednak nieco
odmienna twórczość. Nie dość, że sporo tu tasowania riffami, to i wokalnie nie
jest zbyt jednolicie. Są rzygi, growle, ale i bardziej gutturalne „zaśpiewy”,
albo wejścia wyżej. Jako całość, „Filth Majesty” jest dokładnie tym, czego
lubię posłuchać przy schłodzonym browarku wieczorową porą. Muzyką na wskroś
brutalną, prostą, i cholernie chwytliwą. Będącą prostolinijnym
odzwierciedleniem starych dobrych czasów, kiedy metal był metalem, a nie
kilkunastoma, bardziej lub mniej komercyjnymi, jego odłamami. Ten album nie
zawojuje podsumowań roku. Pewnie wielu z was uzna go za przeciętny. A ja będę
go słuchał jeszcze przez jakiś czas na zapętleniu. Bo według mnie jest naprawdę
niezły.
-
jesusatan

