piątek, 5 czerwca 2026

Recenzja Meltification „Meltification”

 

Meltification

„Meltification”

Extremely Rotten Prod. 2026

Meltification to świeży twór, powołany do życia przez weterana sceny kopenhaskiej, niejakiego Tue Sprogø, który dotychczas działał raczej w stylistyce hard core’owej. O tym jednak, że hard core i grind dobrze się przegryzają, i niejednokrotnie idą w parze, wiemy przecież nie od wczoraj. Pod nową nazwą ów pan pozwolił zatem sobie na romans z tym drugim gatunkiem, czego wynikiem jest właśnie ten samozatytułowany debiut. Jako iż z gatunku tego zazwyczaj wybieram sobie do recenzji jedynie co ciekawsze kąski (ostatnimi laty na przykład najbardziej zapadły mi w pamięć szwedzki Sickrecy i zamorski Kill Division), możecie od razu zgadywać, iż i ten materiał przypadł mi do gustu. I mylić się nie będziecie. Tak naprawdę muzyka Meltification oparta jest, podobnie jak w przypadku wymienionych przed chwila zespołów, na klasyce spod znaku Terrorizer czy Repulsion. Zresztą podobieństwa w sposobie riffowania do tych pierwszych są tutaj miejscami bliźniacze. Przez większą część albumu mamy tu czysty napierdol na wysokich obrotach. Panowie bardzo rzadko zrzucają bieg poniżej „piątki”, gnając zazwyczaj niczym niesławny Sebastian po A jedynce. Oczywiście nie brak w ich kompozycjach swoistej powtarzalności i schematów Napalmowych, czyli bardzo szybko, blast, szybko, i znów wciskamy pedał do dechy. Normalnie poza Emburego ze swoją czupryną, ostro szarpiącego bas sama rysuje się przed oczami. A tej stylistyce jednak mi to kompletnie nie przeszkadza, oczywiście o ile nie brak w muzyce riffów, ostrych jak kły szakala, i odrywających brutalnie mięso od kości. A takich tutaj całkiem sporo, zatem usiedzieć spokojnie na dupie się nie da. To jest dokładnie taki grind jaki lubię. Bo ma pierdolnięcie, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało. Ale! Żeby nie było, trzeba napomknąć o jednej bardzo ważnej rzeczy. Bo wspomniałem o schematyczności, a z drugiej strony Meltification nie jadą od początku do końca na tym samym patencie. Znajdziecie na „Meltification” także kilka numerów wolniejszych („Calculated Demise” czy „River of Torment”), a nawet moment akustyczny („Hellscape Pt.II”).  Pod względem wokali jest tutaj raczej klasycznie, bo śpiew Tue niczym szczególnym się pod tym względem nie wyróżnia. Podobnie jak brzmienie, które jest dokładnie takie, jakie być powinno, i nie ma się co nad nim rozpisywać. Ten krążek nie wnosi do kanonu absolutnie nic nowego, i chyba w tym jego największa zaleta. Bo ja lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem. Może „Meltification” nie jest aż takim ciosem jak „Salvation Through Tyrrany” czy „Peace Through Tyrrany”, ale jeśli pan Duńczyk jeszcze trochę popracuje nad formułą i zadziornością, a przede wszystkim nazwie swój drugi album „Cośtam Through Tyrrany”, to już żadnych pytań mieć nie będę. Niemniej jednak, bardzo polecam, bo to niezły łomot.

- jesusatan





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz