Meltification
„Meltification”
Extremely Rotten Prod. 2026
Meltification to świeży twór, powołany do życia
przez weterana sceny kopenhaskiej, niejakiego Tue Sprogø, który dotychczas
działał raczej w stylistyce hard core’owej. O tym jednak, że hard core i grind
dobrze się przegryzają, i niejednokrotnie idą w parze, wiemy przecież nie od
wczoraj. Pod nową nazwą ów pan pozwolił zatem sobie na romans z tym drugim
gatunkiem, czego wynikiem jest właśnie ten samozatytułowany debiut. Jako iż z
gatunku tego zazwyczaj wybieram sobie do recenzji jedynie co ciekawsze kąski
(ostatnimi laty na przykład najbardziej zapadły mi w pamięć szwedzki Sickrecy i
zamorski Kill Division), możecie od razu zgadywać, iż i ten materiał przypadł
mi do gustu. I mylić się nie będziecie. Tak naprawdę muzyka Meltification
oparta jest, podobnie jak w przypadku wymienionych przed chwila zespołów, na
klasyce spod znaku Terrorizer czy Repulsion. Zresztą podobieństwa w sposobie
riffowania do tych pierwszych są tutaj miejscami bliźniacze. Przez większą
część albumu mamy tu czysty napierdol na wysokich obrotach. Panowie bardzo
rzadko zrzucają bieg poniżej „piątki”, gnając zazwyczaj niczym niesławny
Sebastian po A jedynce. Oczywiście nie brak w ich kompozycjach swoistej
powtarzalności i schematów Napalmowych, czyli bardzo szybko, blast, szybko, i
znów wciskamy pedał do dechy. Normalnie poza Emburego ze swoją czupryną, ostro
szarpiącego bas sama rysuje się przed oczami. A tej stylistyce jednak mi to
kompletnie nie przeszkadza, oczywiście o ile nie brak w muzyce riffów, ostrych
jak kły szakala, i odrywających brutalnie mięso od kości. A takich tutaj
całkiem sporo, zatem usiedzieć spokojnie na dupie się nie da. To jest dokładnie
taki grind jaki lubię. Bo ma pierdolnięcie, jakkolwiek banalnie by to nie
zabrzmiało. Ale! Żeby nie było, trzeba napomknąć o jednej bardzo ważnej rzeczy.
Bo wspomniałem o schematyczności, a z drugiej strony Meltification nie jadą od
początku do końca na tym samym patencie. Znajdziecie na „Meltification” także
kilka numerów wolniejszych („Calculated Demise” czy „River of Torment”), a
nawet moment akustyczny („Hellscape Pt.II”).
Pod względem wokali jest tutaj raczej klasycznie, bo śpiew Tue niczym
szczególnym się pod tym względem nie wyróżnia. Podobnie jak brzmienie, które
jest dokładnie takie, jakie być powinno, i nie ma się co nad nim rozpisywać.
Ten krążek nie wnosi do kanonu absolutnie nic nowego, i chyba w tym jego
największa zaleta. Bo ja lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem. Może
„Meltification” nie jest aż takim ciosem jak „Salvation Through Tyrrany” czy
„Peace Through Tyrrany”, ale jeśli pan Duńczyk jeszcze trochę popracuje nad
formułą i zadziornością, a przede wszystkim nazwie swój drugi album „Cośtam
Through Tyrrany”, to już żadnych pytań mieć nie będę. Niemniej jednak, bardzo
polecam, bo to niezły łomot.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz