czwartek, 11 czerwca 2026

Recenzja Galvanist „The Silence Between Stars”

 

Galvanist

„The Silence Between Stars”

ATMF 2026

Galvanist pochodzi z Montany, ale z ranczem John’a Dutton’a nie ma nic wspólnego, choć momentami jest tutaj równie burzliwie jak w serialu „Yellowstone”. Debiutancki album wydali cztery lata temu, teraz wracają z kolejnym krążkiem. Zawiera on oprócz introsa, cztery, długie numery, co łącznie daje czterdzieści minut muzyki. Amerykanie grają death-doom metal potraktowany progresywnie więc jeśli ktoś oczekuje od „The Silence Between Stars” dusznego gniecenia czy lepkich, „lovecraftowskich” klimatów, będzie zawiedziony. Panowie grają ciężko, ale niedostatecznie. Można im to wybaczyć, bo to przecież eksperymentalne ujęcie, do którego wprowadzają zmodernizowane brzmienie, dysonansowe zagrywki, trochę quasi-shoegaz’owych pływów i takich też ścian dźwięków. Do tego dokładają sporo ciekawych solówek i sludge’owych bujanek, a wszystko doprawiają szorstkimi, nieco desperackimi wokalami oraz klawiszami. To atmosferyczna i emocjonalna muzyka, która zabiera słuchaczy albo w międzygwiezdne podróże, albo na introspektywne wycieczki, albo na medytacyjne sesje. Lubi od czasu do czasu także agresywnie podrapać lub zębami pokąsać, ale większej krzywdy nie zrobi. To współczesne, delikatnie zalatujące corem ujęcie, oparte na kontraście między ciężkimi i lżejszymi środkami wyrazu, które tworzą zwartą plecionkę dźwięków, o wielopoziomowym wymiarze. Z powodzeniem można je określić jako połączenie Neurosis z późnym Gorguts bądź Ulcerate, ale nie jest to nic kategorycznego, gdyż różne wpływy zawsze gdzieś tam istnieją. Death-doom metal z dużym ładunkiem progresji, intensywnej emocjonalności i nierzeczywistego klimatu. Dla jednych będzie to coś mocnego, zaś dla drugich słabego. Sprawdźcie i oceńcie sami.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz