Galvanist
„The
Silence Between Stars”
ATMF 2026
Galvanist
pochodzi z Montany, ale z ranczem John’a Dutton’a nie ma nic wspólnego, choć
momentami jest tutaj równie burzliwie jak w serialu „Yellowstone”. Debiutancki
album wydali cztery lata temu, teraz wracają z kolejnym krążkiem. Zawiera on
oprócz introsa, cztery, długie numery, co łącznie daje czterdzieści minut
muzyki. Amerykanie grają death-doom metal potraktowany progresywnie więc jeśli
ktoś oczekuje od „The Silence Between Stars” dusznego gniecenia czy lepkich,
„lovecraftowskich” klimatów, będzie zawiedziony. Panowie grają ciężko, ale
niedostatecznie. Można im to wybaczyć, bo to przecież eksperymentalne ujęcie,
do którego wprowadzają zmodernizowane brzmienie, dysonansowe zagrywki, trochę
quasi-shoegaz’owych pływów i takich też ścian dźwięków. Do tego dokładają sporo
ciekawych solówek i sludge’owych bujanek, a wszystko doprawiają szorstkimi,
nieco desperackimi wokalami oraz klawiszami. To atmosferyczna i emocjonalna
muzyka, która zabiera słuchaczy albo w międzygwiezdne podróże, albo na
introspektywne wycieczki, albo na medytacyjne sesje. Lubi od czasu do czasu
także agresywnie podrapać lub zębami pokąsać, ale większej krzywdy nie zrobi.
To współczesne, delikatnie zalatujące corem ujęcie, oparte na kontraście między
ciężkimi i lżejszymi środkami wyrazu, które tworzą zwartą plecionkę dźwięków, o
wielopoziomowym wymiarze. Z powodzeniem można je określić jako połączenie
Neurosis z późnym Gorguts bądź Ulcerate, ale nie jest to nic kategorycznego,
gdyż różne wpływy zawsze gdzieś tam istnieją. Death-doom metal z dużym
ładunkiem progresji, intensywnej emocjonalności i nierzeczywistego klimatu. Dla
jednych będzie to coś mocnego, zaś dla drugich słabego. Sprawdźcie i oceńcie
sami.
shub niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz