piątek, 31 lipca 2026

Recenzja Røkkr „Sindets Skygger Hvisker”

 

Røkkr

„Sindets Skygger Hvisker”

Nomad Snakepit Prod. 2026

Nomad Snakepit nie jest labelem wydającym sporo. Starczy powiedzieć, że w roku bieżącym pojawiają się z na mapie świata po raz pierwszy, trzema nowymi wydawnictwami, planowanymi na sierpień. Jednym z nich jest trzeci album duńskiego Røkkr. Zanim siadłem do tych piosenek, miałem dość powściągliwe oczekiwania. Bo powiedzcie mi szczerze, ile zespołów wydaje dwa krążki w przeciągu roku? Najczęściej są to projekty indywidualne muzyków z ADHD, i najczęściej są one gówno warte. A Røkkr dwa lata temu nagrał, i wydał, właśnie dwa pełniaki. Sięgając zatem po „Sindets Skygger Hvisker”, album numer trzy, przekonany byłem, że materiał ten zaraz poleci do kosza na śmieci. Z drugiej strony, zachętą był fakt, iż w projekcie tym figuruje grajek maczający paluchy w takich aktach jak Denial of God czy Múspellzheimr. Sprawdzić zatem można było. Tak też poczyniłem, i bardzo miło mnie panowie zaskoczyli. Zacznijmy od tego, że trzeci album Røkkr to surowy black metal, niczym z lat dziewięćdziesiątych. Surowy w znaczeniu „oszczędny", ale nie „minimalistyczny”. Bo pod względem brzmienia i wydźwięku samych kompozycji jesteśmy tutaj w najbardziej na północ wysuniętym miejscu Półwyspu Skandynawskiego, gdzie piździ tak, że nawet podwójna para skarpetek założonych na noc niewiele daje. Wszelkie standardy produkcji z okresu wybuchu drugiej fali zostały tutaj utrzymane, na tyle, że gdyby komuś niezaznajomionemu w temacie puścić te nagrania, bankowo obstawiał by, że to jakiś album sprzed niemal czterech dekad. Co do samych aranżacji, podobnie. Jak tutaj wali starą szkołą, to bardziej chyba nie może. Jednocześnie pochwalić należy umiejętność łączenia przez Dunów owej bezwzględnej surowości, mającej w sobie więcej jadu niż tajpan pustynny, z wpadającą w ucho melodią. To, w jaki sposób chłopaki dozują te dwa składniki, to jest najwyższa półka muzycznego wyczucia. Niepotrzebne im wyskoki w ulraszybkości, czy poszukiwanie skrajnych rozwiązań. Wręcz przeciwnie. Poza wspomnianą surowością, albo może raczej w niej, znajdziemy także fragmenty niemal akustyczne, bardziej klimatyczne, nastrojowe, budujące klimat lasu pokrytego śnieżnym puchem. Ba! Taki „Den Kvælende Frost” zaczyna się motywem dungeon sunth’owym, jak nic kojarzącym się z wczesnym Mortiis. Wszystko tutaj płynie niczym norweski górski potok, przyspieszając na prostych, zwalniając na zakrętach, ale ani przez chwilę nie tracąc ani celsjusza ze swojej temperatury. „Sindets Skygger Hvisker” to album nieodkrywczy, oparty na starych wzorcach, a zarazem wciągający i uzależniający jak hera. Warto sprawdzić, nawet jak się nie ćpie.

- jesusatan




Recenzja Nekrodawn „Covenant of Carnage”

 

Nekrodawn

„Covenant of Carnage”

War Anthem Records 2026

Nekrodawn jest kapelą złożoną z byłych członków takich grup jak Grave, Hypocrisy, The Crown, Centinex i Interment. Panowie wspólnie komponują od 2022 roku. Na ten czas, wydawniczy debiut mają już za sobą, bo popełnili go dwa lata temu, a teraz powracają z kolejnym krążkiem. Ci skandynawscy muzycy rzeźbią rzecz jasna w metalu śmierci, ale nie tym, do którego przyzwyczaiły nas takie kapele jak chociażby Entombed czy Dismember. To gęściejsza jego odmiana, która leci w zmiennych tempach i zaserwowana jest z pomocą cięższego brzmienia. To zbiór staroszkolnych, krwistych uderzeń, gnieceń w średniej agogice i ponurych, wolnych momentów. Do tego Szwedzi dokładają sporo upiornych melodii, trochę technicznych zagrywek i kosmicznie wybrzmiewających solówek. Mięsistym gitarom, zwartości dodaje oczywiście, o mocarnych bębnach i potężnym basie, sekcja rytmiczna. Całości towarzyszą rasowe growle i przeraźliwe, jadowite wrzaski Johan’a Jansson’a oraz Jonas’a Kjellgren’a. Materiał ten, to rzęsisty death metal, którego wagę gatunkową czuć w każdej, tutejszej nucie. To mocno uderzający, śmiercionośny łomot, w którym niemałą robotę robią klimatyczne chwytliwości i elementy, pochodzące z diabelskiego metalu, będące niczym innym jak odpowiednio dociążonymi tremolando. Wyłaniają się one okresowo z drugiego planu, przywołując pokłady iście grobowego i posępnego klimatu, co właściwie stanowi o sile „Covenant of Carnage”, bo specjalnie niczym nowym Nekrodawn nie zaskakuje, ale posiada odpowiedni warsztat, a to przekłada się na zdrowo napierdalające riffy, które wraz ze złowieszczymi harmoniami dewastują skutecznie. Dobrze skomponowana dawka śmierci.

shub niggurath




czwartek, 30 lipca 2026

Recenzja Äxe „Autogeddon”

 

Äxe

„Autogeddon”

Caligari Rec. 2026

Nie tylko Dying Victims starym thrash / speed metalem stoi, można powiedzieć. Czasem też pod inną banderą pojawiają się młode wilki, które idealnie by do niemieckiej stajni pasowały. Taki Äxe chociażby. Chłopaki wydali chwilę temu drugie demo dla Caligari Records, na dodatek w oldskulowym formacie, czyli na kasecie. Zresztą jak mogłoby być inaczej, skoro muzyka Brytoli jest właśnie na wskroś staroszkolna. No dobra, może z jedną różnicą. Młodzi grają szybciej i mają nieco agresywniejsze wokale. Chyba właśnie z ich powodu do określenia zawartości „Autogeddon” dokleja się łatkę „black metal”. Ja tu żadnych specjalnych konotacji nie stwierdzam, bo to, co na tym demo słyszę to zagrany na sterydach thrash / speed metal właśnie. Jedną z najważniejszych rzeczy o których należy wspomnieć już na początku to to, że panowie w swoim wehikule czasu pedału stopu nie posiadają. Tam jest tylko i wyłącznie gaz, co najwyżej sprzęgło, jak w motocyklu żużlowym. Nie ma także w ich słowniku pojęć, jak „ za szybko”, „za agresywnie”, „zbyt diabolicznie”, „zbyt wulgarnie”. Pod tym względem „Autogeddon” to osiem ścieżek metalu jak za dawnych czasów. Nie, no pewnie, że nie ma tu znanych z lat późniejszych blastów, bo to nie ta epoka i nie te inspiracje chłopakom przyświecały. Jest tu za to tona klasyki z lat osiemdziesiątych, z całą dobrodziejstwą inwentarza. Ostre jak piła tarczowa melodie, podkręcające napięcie solówki, szorstkie wokale, klasycznie nieskomplikowana sekcja rytmiczna, i ten oldskulowy feeling. To jest przepis prosty jak na kogel-mogel, ale wiadomo, że nie każdy potrafi odpowiednio utrzeć. A Londyńczycy umiom, i to bardzo zgrabnie. Bez silenia się na coś nowego, świeższego, po prostu walą ten swój thrash / speed prosto z sedrucha, jak ono im podpowiada, i zapewne mają przy tym w chuj radochy. Ja też mam, odbierając ową twórczość od drugiej strony. Wartości żadnych mi to nie przemeblowuje, w głowie nie namiesza na tyle, żebym nie mógł spać, ale kilka rundek przy zimnym browarku – tak, poproszę! Jak nie macie dość takiego grania, to łapcie śmiało, bo to w pytkę demóweczka.

- jesusatan




środa, 29 lipca 2026

A review of Deceptor “Reign of Terror”

 

Deceptor

“Reign of Terror”

Dying Victims Prod. 2026

 


Bloody hell, what a punch! Just imagine: a bunch of lads from Raleigh, North Carolina, decided to play some old-school thrash metal. They picked up their instruments and, as the old rule dictates, recorded a demo first, then an EP, and now, under the wings of Dying Victims, a label exceptionally adept at unearthing young talent from the underground, they’re presenting to the world their full-length debut. Under a not particularly original name. After all, there are, or have been, at least a few Deceptors. With a rather banal title, and… rather banal music. Anyway, who would expect the German label to take on experimental bands? Probably no one familiar with their catalogue. ‘Reign of Terror’ is just over half an hour of music in ten chapters. Ladies and gentlemen, what a marvellous blend of all the best elements of old-school thrash metal, with a light sprinkling of death metal influences it is! I’m on my knees in an instant. The opening riff alone is a vivid reminder of S.O.D.’s debut, a slap in the face to get your attention, as if the guys were saying, “Hey! Don’t asleep over there, we’re about to kick ass!” And they really do. With such energetic, high-octane thrash that your head just wants to mosh. And that goes for both the faster tracks and the slower ones, where the aggression is balanced out by the heaviness of the guitars. There isn’t a single chord here that doesn’t blow an old fart like me’s mind. Everything here is brilliant. The riffs themselves are classic in the vein of early Sepultura, Kreator, early Metallica, Coroner, and even Nocturnus (particularly in the solos and certain vocal and guitar lines). And that drumming, usually in the simplest, most uncomplicated way, is pure poetry. It’s heavily influenced by the ’80s and ’90s, and sounds exactly like it. If someone told me this material was recorded thirty-five years ago, I’d genuinely believe it! Vocally, we’re in more death than thrash metal territory, and the singing style itself is somewhat ‘barking’. On the subject of vocals, it’s worth noting that the band don’t cram them in wherever they can. A few tracks, usually shorter than the rest, are instrumentals. Or semi-instrumentals, like the final, absolutely mind-blowing ‘Corpse Corps’. A track where the only sung words are those in the title, after which Deceptor hits you right in the face with a solo that leaves you for dead. I’d give my right arm for albums like this, based on tried-and-tested formulas, yet so incredibly catchy. An absolute killer!

- jesusatan




Recenzja Cemetery Echo „Civitas Lacrimarum”

 

Cemetery Echo

„Civitas Lacrimarum”

Seeing Red Records 2026

 


Cemetery Echo pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie skład tej kapeli zawiązał się w 2019 roku. Po wydaniu dwóch epek, przyszedł czas na debiutancki album, który zawiera dziewięć kawałków, niosących ze sobą dźwięki o usposobieniu metalu gotyckiego. Jednakże gatunek ten w wykonaniu tego kwintetu, jest bliższy klasycznemu ujęciu rocka gotyckiego, tego z lat osiemdziesiątych w stylu chociażby The Sisters of Mercy czy też wczesnego The Mission i Love Like Blood. Oczywiście Amerykanie dokładają do gotyckiego trzonu sporo thrashującego kostkowania, elementów z post-punka, a i kilka zagrywek z pierwszej fali black metalu też się na „Civitas Lacrimarum” znajdzie. Połączenie kilku sposobów na uprawianie metalu i nie tylko metalu, owocuje czymś na wzór „Vision Thing” wspomnianej wyżej grupy z Leeds, choć nastrojowego bujania pod „First and Last and Always” również tutaj nie brakuje. To mroczna, tajemnicza i upiornie romantyczna produkcja, oparta na pulsującym basie, dźwięcznych i przerażająco zimnych gitarach, które oprócz charakterystycznych, wysokotonowych akcentów, wygrywają świdrujące riffy. To także i rzecz jasna czyste oraz dość nisko zawieszone wokale, i w tym przypadku żywa perkusja, która dzielnie towarzyszy dominującemu w sekcji rytmicznej basowi, bo to wokół niego oplatają się ornamentalne, gitarowe akordy, nieco shoegazowe pływy czy silniejsze, biczujące kostkowanie. Świetny materiał dla wielbicieli tradycyjnego rocka gotyckiego, który został przez Cemetery Echo wyraźnie zmetalizowany, co dodało mu większej siły wyrazu i odświeżyło jego formę sprzed lat. Polecam, ciekawy powiew z przeszłości, ale ubrany w teraźniejszość. Bardzo udany debiut.

shub niggurath


https://cemeteryecho.bandcamp.com/album/civitas-lacrimarum

wtorek, 28 lipca 2026

Recenzja Ripper „Towards Rebirth”

 

Ripper

„Towards Rebirth”

Dark Descent 2026

Tych gentlemanów przez dłuższą chwilę u nas nie było. Dokładnie siedem lat, bo wtedy to właśnie pisałem w tym miejscu o ich EP-ce „Sensory Stagnation”, która wbrew tytułowi wcale stagnacją nie była. W międzyczasie Chilijczycy dali jeszcze o sobie znać demówką i jakimś splitem, ale nie zmienia to faktu, że od ostatniej pełnej płyty upłynęła równo dekada. Czas na kolejną był zatem najwyższy. Pod względem oczekiwań byłem raczej umiarkowanie spokojny. Nie oczekiwałem bowiem, że panowie rozłupią mi łeb po raz kolejny, jak w przypadku „Raising the Corpse”. Oczekiwałem albumu z dobrym, energicznym death / thrash metalem. I taki dokładnie dostałem. Na szczęście, co gdzieś mnie tam z tyłu głowy uwierało, moje obawy o lekką zadyszkę Ripper zostały szybko rozwiane. Nie bez znaczenia w tym temacie jest chyba fakt całkowitego przemeblowania składu przez lidera zespołu. Nowi muzycy, świeża krew, zawrzało zatem ponownie. Na „dzień dobry” mamy intro, a potem to już jazda na całego. Panowie się nie oszczędzają, w wyniku czego tempo mamy na tym krążku niemal przez cały czas mocno podkręcone. Nie brak tu zadziornych riffów, bardzo dobrych solówek i buchającego siarczystym płomieniem ognia. Poza ścieżkami gitar, mocno nawiązujących do takich klasyków jak Kreator, Sodom, czy też z innych części globu, Sadus albo Dark Angel, świetną robotę robi tu pałker. Jego staroszkolny, klasyczny styl gry idealnie pasuje do całości i jest jednym z jaśniejszych punktów „Towards Rebirth”. Niby nic odkrywczego, ale mocno rzuciło mi się w uszy. Wspomnieć też można o basie, gdyż ten także chwilami mocno daje o sobie znać, i to w bardzo Sadusowym tonie. No i wokale. Intensywne, konkretne, jak za dawnych lat. Zaletą tego wydawnictwa jest fakt, że nie ma tutaj żadnych słabych punktów. Jest nad wyraz równo i solidnie, na tyle, iż można bez ściemniania potwierdzić, iż Ripper trzymają fason, a ich najnowsza płyta żadnego fana rozczarować nie powinna. Na koniec tylko dodam, że chętnie bym sobie tych Chiliczyków obejrzał w wersji live, bo dotychczas nie było okazji, a jestem przekonany, że byłby niezły rozpierdol.

- jesusatan




poniedziałek, 27 lipca 2026

Recenzja Saprovore „Numinous Abditory Deflagration”

 

Saprovore

„Numinous Abditory Deflagration”

I, Voidhanger Rec. 2026

Lubicie popierdoloną muzykę? To mam coś dla was. Saprovore to solowy projekt gościa, który dał się już poznać z dobrej strony przy okazji wydanego w zeszłym roku debiutu Strigiform. O ile tamten twór był awangardową wizją death/black metalowego amalgamatu, to pod nazwą własną Włoch poszedł jeszcze dalej. Zdecydowanie dalej. „Numinous Abditory Deflagration” to niemal pięćdziesiąt minut… muzycznego dysonansu. I nie mam tu na myśli linii gitarowych charakterystycznych dla sceny francuskiej, bo tego instrumentu tutaj (chyba) w ogóle nie ma. Bas, owszem, gdzieś tam w tle wybrzmiewa, choć też nie mam pewności, czy to aby nie elektroniczna imitacja. Mówiąc „dysonans” mam na myśli ogólne, że tak to nazwę, szaleństwo. Improwizacja, to pierwsze słowo które przychodzi mi na myśl. Na tej płycie przeważnie panuje totalny chaos. Weźmy choćby pod lupę perkusję. Bardzo często bije ona mechaniczny rytm w okolicach blastu, jakby zaciął się automat perkusyjny, i nikt nie był w stanie wyciągnąć bezpiecznika by odciąć dopływ prądu. Pędzi ona zatem na złamanie karku, zupełnie nieadekwatnie do tego, co się w koło dzieje. W innych miejscach pojawiają się z kolei rytmy o wiele bardziej złożone, niemal jazzowe, też nie zawsze pasujące do reszty. Ową resztę stanowią z kolei głównie klawisze. Raz płynące powoli, niczym w klimatycznym black metalu, budując tło sielskie i anielskie, lulając do snu i opowiadając starodawne historie. Gdzie indziej przechodzą one w rejony bardziej symfoniczne. Może nie tanecznie symfoniczne, bardziej Emperorowe, pełne napięcia i niepokoju. Do tego dochodzą jakieś niby-trąbki czy inne dźwiękowe ornamenty. I wokale. Dzikie szepty, jakieś charczenia, głównie przesterowane i odgrywające rolę kolejnego instrumentu, bowiem wychwycić z nich jakichkolwiek treści raczej się nie da. Trochę to przypomina holenderski Gnaw Their Tongues, zwłaszcza pod względem nieszablonowości i schizofrenicznego nastroju. Napięcie na tym krążku raz rośnie, raz opada, ale cały czas tworzy klimat oczekiwania na coś, co za chwilę ma nastąpić. Niebanalną rolę odgrywa tu także brzmienie. Wspomniana perkusja brzmi mocno industrialnie, powiedziałbym nawet, że noise’owo. Sama blachy brzęczą, zdają się wręcz falować jak na zdartej kasecie, podczas gdy elektronika występuje na plan pierwszy. Nie ma w tych kawałkach za grosz klasycznego układu. Tutaj wszystko jest nieprzewidywalne, sprawiające wrażenie bałaganu. Dopiero po jakimś czasie ów bałagan zaczyna układać się w coś bardziej logicznego, i wtedy okazuje się, że wszelkie kłody, które kompozytor rzuca słuchaczowi pod nogi, mają swój cel. Że tutaj jednak każdy instrument odgrywa ważną, wyznaczoną mu rolę, a w umyśle schizoidalnym można jednak odkryć jakiś większy sens. Debiut Saprovore nie jest wydawnictwem łatwym do ogarnięcia. Wymaga czasu i, przede wszystkim, skupienia. Jeśli jesteście gotowi na wyzwania, to serdecznie zapraszam do analizy „Numinous Abditory Deflagration”. Niezwykle intrygujący album.

- jesusatan


https://i-voidhangerrecords.bandcamp.com/album/numinous-abditory-deflagration

Recenzja Temple of Dread „Dreadspawn Dominion”

 

Temple of Dread

„Dreadspawn Dominion”

Testimony Records 2026

To już szósta płyta tej niemieckiej kapeli, która zdążyła zaznaczyć swoje miejsce na europejskiej, death-thrashowej scenie. Panowie od momentu powstania Temple of Dread nie próżnują i dość regularnie wydają płyty. Najnowszy krążek „Dreadspawn Dominion” zawiera obok intro dziewięć numerów, które częstują mieszanką wspomnianych wyżej gatunków. To siarczysty koktajl złożony z riffów w różnych tempach, które przeplatają się z ponurymi tremolo. Niemcy używają ostrego, uwierającego brzmienia, co podkreśla jadowitość muzykowania tej brygady, a mięsista sekcja rytmiczna zagęszcza wiosła, trzymając wszystko w jednej kupie. Kupa ta, tnie do kości, ale nie używa do tego bata, lecz tępego tarnika więc zabiegi stosowane przez Temple of Dread bolą dogłębniej. Te energiczne akordy, posępne melodie i gniotące kostkowanie w średniej agogice oraz wolny palm muting robią naprawdę dobrze. Zdaje się, że jest to zasługa swoistego połączenia szwedzizny, starej, teutońskiej szkoły i małej domieszki deta z USA, co kreuje maszynę, która zrywa tkankę mięśniową do kości. „Dreadspawn Dominion” to mięso oddzielone mechanicznie, zatem delikatniejszym uszom może zaszkodzić. Fani tradycyjnego grania, zakorzenionego w przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych znajdą tutaj wszystko, co lubią. Niszczące blasty, wbijające w glebę walce, mroczne solówki, a także wkręcające się boleśnie, wysokotonowe zagrywki, no i nie należy zapominać o surowych wokalach, bo wgryzają się swoimi zębami w czaszkę, jak w masło. Znajdą również duszny klimat, który zalatuje rzecz jasna śmiercią i odrobinę punkowym wkurwem. Olschoolowy death metal z mocnym, thrashowym pierwiastkiem, do którego dołożono trochę progresywnych zabiegów i momentami mocno, groove’owych rytmów. Różnorodny w budowie, lecz nie eklektyczny. Trzyma się dawno wypracowanego wzorca i dobrze mu z tym. Standardowo, ale z energią i jajem. Słychać, że ten kwintet lubi napierdalać w śmierć metal i wie, jak to robić.

shub niggurath




niedziela, 26 lipca 2026

Recenzja Horns of Abomination “Horns of Abomination”

 

Horns of Abomination

“Horns of Abomination”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Sentient Ruin Laboratories raczej rzadko wydają materiały demo. Rzadko nie znaczy jednak nigdy, bowiem „Horns of Abomination” demówką jest właśnie. Ten Amerykański, anonimowy twór swoją twórczość kieruje do bardzo specyficznego odbiorcy, a że wydawnictwo zawiera jedynie trzy kompozycje, zamykające się w dziesięciu minutach, to i poematów o nim pisać nie zamierzam. Sprawa jest totalnie prosta, zupełnie jak sama muzyka. Lubicie prymitywne blackmetalowe wysrywy pokroju Von czy wczesny Beherit? No to proszę się częstować. Powiedzieć o tych nagraniach, że są surowe, to jak nie powiedzieć nic. Garażowe brzmienie, z brzęczącą niemiłosiernie perkusją, przefuzowane gitary, schowane w tle, przesterowane wokale, i banalne w sumie linie gitarowe. Lo-fi na pełnej. Wspomniana perkusja to już naprawdę szczyt prostoty. W zasadzie można powiedzieć, że zmian rytmu nie ma tutaj w ogóle. Jak się zaczyna na jednostajnym łupaniu, tak się kończy. O melodii zapomnijcie. To mechaniczna ściana dźwięku z wybuchającymi niczym wulkan wspomnianymi wokalami, równie szablonowymi co i cała reszta. Jeśli ktoś chciałby zamanifestować swoją nienawiść do współczesnego black metalu, romansującego z gatunkami odległymi, pełnego wyszukanych harmonii i pełnego patosu, to wyraziłby ją dokładnie w ten sposób, co ludzie tworzący Horns of Abomination. Krótko i odsadnie. Ten materiał to kolejna pozycja do kolekcji dla antyfanów ewolucji, rozwoju, poszukiwań. „Horns of Abomination” to bezceremonialne „fuck off” do współczesnej sceny, zwłaszcza do tych, którzy nazwą je bezsensownym buczeniem. Tyle w temacie. Każdy z was już wie, czy po tą demówkę w ogóle sięgać, czy kompletnie ją zignorować.

- jesusatan




Recenzja Gorge „Deeds of Horror”

 

Gorge

„Deeds of Horror”

Time to Kill Records 2026

To świeża kapela z włoskiej ziemi, bo powstała w zeszłym roku. Po drodze do „dzisiaj” nagrali dwa demosy i singla, ale wszystko w formie digital. Pod koniec sierpnia ukaże się ich debiutancki krążek w postaci „Deeds of Horror” właśnie. Muzyka jaką tworzy ten duet, to brutalny metal śmierci, więc panowie szyją gęstym ściegiem. Wszystko co fan barbarzyńskiego grania z domieszką gore’a lubi, to znajdzie na tym albumie. Ciężkie jak piorun gitary i taka też sekcja rytmiczna, z której na pierwszy plan wybijają się „garnkowate” werble. Głębokie growle, knurze pomrukiwania i dzikie wrzaski. Ołowiane zwolnienia i o podobnej wadze średnio-tempowe riffy oraz palm mutingi. Szalone przyspieszenia, przechodzące w grindowe blasty. Nie martwcie się, bo są jeszcze schizoidalne solówki, jest i trochę uwierających wysokotonowych zagrywek, a i także kilka piskliwych zjazdów po gryfie. Całość to osiem utworów, które trwają niespełna dwadzieścia osiem minut, zatem dostajemy od Włochów temat treściwy. Jak na dzisiejsze standardy, kawałki są krótkie i chwała im za to. Napierdalają rzęsiście i siermiężnie przynoszą morowe powietrze, wypełnione zapachem rozkładu. Mieli to i ciąży na duszy, przygniatając do gleby. Depcze po plecach, brzuchu i głowie, obracając słuchaczem na wszystkie strony jak lalką. Krwisty i obrzydliwy death metal w klasycznym dla tego ujęcia wydaniu. Jaskiniowa muza, czasem chaotyczna, a innym razem idealnie ukierunkowana na konkretny wpierdol. Gwałtowna i intensywna jazda, która wypełzła z tradycyjnej brutalności. Taki unowocześniony Dying Fetus po prostu. Już wiecie, czy sięgniecie po „Deeds of Horror”?

shub niggurath




sobota, 25 lipca 2026

Recenzja / A review of Death.Void.Terror “To the Great Monolith 2.5”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Death.Void.Terror

“To the Great Monolith 2.5”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 


Trochę mnie zaskoczyli panowie z Death.Void.Terror. Wiem, że z założenia „To the Great Monolith” miał być trylogią. Czekałem zatem na trzecią, wieńczącą całość część. Czekałem, i trochę się zaczynałem niepokoić, czy aby projekt ten nie został porzucony, bowiem z obozu Szwajcarów nie było żadnych wieści przed sześć lat. Kiedy w końcu, zupełnie z zaskoczenia, w mojej skrzynce pojawiło się nowe wydawnictwo zespołu, okazało się, że to jeszcze nie ostatni rozdział, a coś pomiędzy. Przystanek 2.5., trzy kompozycje, będących kontynuacją obranej na początku ścieżki. Kompozycje chyba najbardziej rytualne i najmroczniejsze w dotychczasowym dorobku Death.Void.Terror. Nie od dziś twórczość tego duetu należy do mało przystępnych, dusznych i bagiennie gęstych. W przypadku nowego materiału, wkrada się w nią jeszcze dodatkowy element, a może raczej zostaje bardziej uwypuklony. Jest nim paranormalny klimat, będący czymś z rodzaju połączenia kosmicznej podróży międzywymiarowej ze snem paranoika. Czysto muzycznie panowie obracają się w klimacie doom / death / ambientowym, ze szczególnym naciskiem na wszechogarniający mrok (jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało). Trochę w tym podobieństw do naszego Whalesong z okresu „Radiance of a Thousand Suns”, szczególnie w ostatnim, piętnastominutowym „Third Monolithic Manifest”. Dużo w nim transu, wciągających, zapętlonych ambientowych motywów, przeplatających się nawzajem, budujących przerażający nastrój. I te przesterowane, nieco futurystyczne wokale, przemawiające niczym wyższy gatunek, zwiastujące zagładę całej ludzkości. Bardziej gitarowe są pozostałe dwie odsłony, choć poza powolnymi, przytłaczającymi melodiami, mogącymi kojarzyć się poniekąd z Dakhma czy Abyssal,  nie brak w nich szamańskich okrzyków i podniosłych zaśpiewów, orientalnych wstawek, czy fragmentów sprawiających wrażenie improwizacji. Mimo ściśle określonego profilu, album ten jest wyjątkowo bogaty w pomysły i wielokrotnie zaskakujący. Może i drobiazgami, ale wychwycenie ich wszystkich nie jest sprawą jednego czy dwóch odsłuchów. Death.Void.Terror po raz kolejny otworzyli swoisty portal do koszmarów, wrota do mrocznego wymiaru, w którym czuję się jak w domu. Polecam tym, którzy muzykę chłoną, a nie tylko jej okazyjnie słuchają.

- jesusatan

 

Death.Void.Terror

“To the Great Monolith 2.5”

Sentient Ruin Laboratories 2026

 

The lads from Death.Void.Terror tsurprised me a bit. I know that “To the Great Monolith” was originally intended to be a trilogy. So I was waiting for the third and final instalment to round off the whole thing. I waited, and was starting to get a bit worried that the project might have been abandoned, as there had been no news from the Swiss for six years. When, at last, completely out of the blue, the band’s new release turned up in my postbox, it turned out that this wasn’t the final chapter after all, but something in between. Stop 2.5, three tracks that continue along the path they set out on at the beginning. These are probably the most ritualistic and darkest tracks by Death.Void. Terror. It’s no secret that this duo’s work has long been among the least accessible, but suffocating and swamp-like in its density. In the case of this new material, an additional element creeps in – or perhaps it’s simply brought into sharper relief. It is a paranormal atmosphere, a sort of fusion of interdimensional cosmic travel with a paranoid’s dream. Musically speaking, the duo operate within a doom/death/ambient sphere, with a particular emphasis on all-encompassing darkness (however clichéd that may sound). There are some similarities here to our own Whalesong from the ‘Radiance of a Thousand Suns’ era, particularly in the final, fifteen-minute track, ‘Third Monolithic Manifest’. It’s full of trance-like elements, with captivating, looped ambient motifs intertwining to create a terrifying atmosphere. And those distorted, somewhat futuristic vocals, speaking as if from a higher species, heralding the doom of all humanity. The other two tracks are more guitar-driven, though apart from the slow, oppressive melodies, which might be somewhat reminiscent of Dakhma or Abyssal, they’re not lacking in shamanic cries and solemn chants, oriental interludes, or passages that give the impression of improvisation. Despite its clearly defined profile, this album is exceptionally rich in ideas and full of surprises. They may be subtle, but picking up on them all isn’t something you can do in just one or two listens. Death.Void.Terror have once again opened a portal to sorts of nightmares, a gateway to a dark dimension, where I feel like home. I recommend this to those who truly immerse themselves in music, rather than just listening to it occasionally.

- jesusatan




 

piątek, 24 lipca 2026

Recenzja Kyrios „Blood Constellation”

 

Kyrios

„Blood Constellation”

Caligari Records 2026

 


Kyrios jest w miarę świeżą kapelą z Nowego Jorku, bo wypełzli zapewne z zaszczurzonych piwnic tego miasta w 2019 roku. Zbyt płodni nie są, bo razem z „Blood Constellation” mają na koncie tylko dwie epki. Najnowsze wydawnictwo tego tercetu, to cztery kawałki. Pierwszy i ostatni to upiorne i lekko kosmiczne dungeon synth więc za bardzo nie ma w tym temacie o czym pisać. Dwa środkowe numery to małe pomieszanie z poplątaniem, bowiem to co grają ci Amerykanie, to tak jakby połączyć Ulcerate i Gorguts oraz wcisnąć do tego sporo black metalowej atmosfery i progresywnych popisów, które niejako wynikają z podobieństw do dwóch, wymienionych wyżej zespołów. Kompozycje „A Highborn Sacrifice” i „Astrophage” to zbiór, następujących po sobie sekwencji akordów, o połamanej budowie, które płyną w zmiennych tempach. To nieustannie kłębiąca się masa, która posiada charakter dysonansowych uderzeń i brutalnych ataków. Spomiędzy nich wyłaniają się wirtuozerskie i modernistyczne zagrywki w formie solówek oraz chorobliwie powykręcanych wtrętów. Ta zwarta i szarżująca w różnych kierunkach struktura, szturmuje uszy w towarzystwie subtelnie podłożonych klawiszy i opętańczych wokaliz. Materiał ten, to duszna i nieprzewidywalna muza, która nosi znamiona szatańskiej improwizacji. To pokaz diabelskiej, niemożliwej do okiełznania siły. Pełne ekspresji i szalonej kakofonii wydawnictwo, które przy pierwszym odsłuchu może być niezrozumiałe, ponieważ języka, w którym przemawia do nas Kyrios, trzeba się nauczyć. Czyste zło.

shub niggurath




Recenzja My Minds Mine “Between Soothing Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete Annihilation of This Planet”

 

My Minds Mine

“Between Soothing Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete Annihilation of This Planet”

Selfmadegod Rec. 2026 (re-issue)

 



Nazwa My Minds Mine jest mi doskonale znana, nawet jeśli nie jestem jakimś wielkim fanem grindcore’a. Z muzyką zresztą też kiedyś się spotkałem, pewnikiem na jakimś spotkaniu towarzyskim przy napojach wyskokowych. Wrażenia miałem pozytywne. Dziwnym nie jest. Bo raz, że procenty mieszające się z krwią pobudzają zmysły, a dwa, albumy tych holenderskich napierdalaczy do najdłuższych nie należą, więc takie krótkie wybuchy energii totalnej są niczym przypływ adrenaliny. Wczoraj w mojej skrzynce odbiorczej zameldowały się dwa materiały promocyjne ze stajni Pana Karola, oba dotyczące wznowień rzeczonego bandu. Postanowiłem zatem odpalić piwo, i przysiąść do tych wzruszających piosenek raz jeszcze. Jednocześnie, biorąc pod uwagę, że oba albumy zespołu trwają łącznie coś koło trzydziestu sześciu minut, i nie różnią się stylistycznie, nie rozbijałem moich odczuć na dwa osobne tematy, tylko zawarłem je we wspólnym nawiasie. Wynik moich doznań jest jednoznaczny. Wiadomo jaki profil ma Samozwańczy Bóg. My Minds Mine pasuje do niego idealnie, niczym kutas w pipkę. Chłopaki są bezpośrednimi spadkobiercami wczesnego Napalm Death i zespołów podobnych. Ich kompozycje to szybkie, albo raczej mega szybkie strzały na ryj. Zazwyczaj oparte na maksymalnym blaście, wspartym równie wartkim riffowaniem, mającym w sobie tyleż melodii co pierdnięcie pod kocem. Przy okazji tychże neandertalskich wybuchów wkurwu, doświadczamy darcia ryja na potęgę. Na wskroś klasycznego, czyli wrzaski obdzieranego ze skóry przeplatają się chwilami z głębszym, bardziej deathmetalowym growlem. Oczywiście większość numerów jest bliźniaczo do siebie podobnych, i pół królestwa oraz ręka księżniczki temu, kto rozpozna je po siedmiu nutkach, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż część z nich kończy się na pięciu. Na szczęście reguła ta jest czasem przełamywana, i pojawiają się bardziej zapamiętywalne riffy, cały czas na kształt Napalmów, ale tych o wiele późniejszych. Tak sobie tego słucham, i troszkę to śmieszne, troszkę fajne, bo takie sentymentalne. Ja się taką muzyką znudziłem dawno temu, ale od czasu do czasu powrócić do niej warto. Choćby po to, by przypomnieć sobie stare dzieje, tudzież sprawdzić, jak ów gatunek funkcjonował w latach późniejszych. A, jak widać, funkcjonował równie konsekwentnie jak inne, które za powtarzanie pierwowzorów szanuję w opór. Powiem zatem tak… Fani gatunku tymi wznowieniami powinni być wpiekłowzięci, bo to doskonała kontynuacja pierwotnej mikstury na najwyższym poziomie. No i domyślam się, że nakład poprzednich wydań się wyprzedał, więc kto tych płyt na półce nie ma, będzie mógł je zdobyć za relatywnie niewielkie pieniążki. Myślę, że warto nabyć, bo mimo wszystko mi się ta retrospekcja bardzo podobała.

- jesusatan




czwartek, 23 lipca 2026

Recenzja F.A.M. „Pleasure of Torture”

 

F.A.M.

„Pleasure of Torture”

Selfmadegod Records 2026

Pewnie znacie tą wrocławską kapelę, ponieważ rzępoli nie od dziś, bo od 2005 roku. Dużo w sumie przez te dwadzieścia jeden lat nie nagrali, gdyż „Pleasure of Torture” jest ich dopiero czwartym albumem, ale kto by tam liczył. Jest nowa płyta i to się zgadza. Wraz z coverem utworu „Ofiara” grupy Necrophil to jedenaście kawałków krwistego mięsa, flaków i ekskrementów, które rzucane są w naszą stronę przez jakieś trzydzieści minut. Ciężkie, plazmowate brzmienie gitar, zagęszczone przez sekcję rytmiczną o słusznej wadze i rzygające wokalizy Jakuba Kobylskiego, to kwintesencja death-gore’a Wrocławian. Prosto, bez wymyślnych rozwiązań konstrukcyjnych, zbudowana maszynka do mielenia mięsiwa, która robi to w jednostajnym tempie, czasami pozwalając sobie na przejścia między akordami, zmieniając rytm, prędkość czy sposób na kostkowanie. Wygrywa ona ponure melodie, rodem ze śmierdzących zepsutymi wnętrznościami kazamatów bądź zalewa wiadrem pomyj w postaci grindcore’owych blastów. Niekiedy da chwilę na wytarcie gęby z tej błotnistej i cuchnącej mazi, zwalniając na moment, po czym wraca do tortur i chuj. To gęsta i brutalna muza w klasycznym stylu, która może okresowo wydawać się monotonna, ale nie jest to jej wadą. Tradycyjnie skomponowany death-grind, od którego wymagać szczególnych wygibasów się nie da. Ma być przede wszystkim krwiście i barbarzyńsko. Te dwa podstawowe przymioty krążek ten zawiera. Zwyczajowe dla tego gatunku wydawnictwo, fanom surowego i pieczystego będą soki po brodzie lecieć.

shub niggurath

środa, 22 lipca 2026

Recenzja Nachtheem „ Waan van de Leegte”

 

Nachtheem

„ Waan van de Leegte”

Terretur Possessions 2026

Dziś na rozpisce mamy przedstawiciela black metalu z Holandii. Twór to dość świeży, bo działający zaledwie od lat dwóch, i mający na koncie demo i dwa splity.  Bardzo mi się to podoba, że chłopaki (choć w sumie nie wiadomo kto zespół tworzy, bo nie ma o tym żadnych informacji, więc może i dziewczyny) trzymają się staroszkolnej, prawilnej tradycji, i wydają kolejne nagrania podług pierwotnego wzorca. Debiutancki album zawiera pięć kompozycji z gatunku black metalu bardziej atmosferycznego. Nie mylić z symfonicznym, bo to nie ta ścieżka. Klawiszy tutaj niewiele, a owa atmosferyczność budowana jest głównie za pomocą podstawowego instrumentarium, w sposób zarówno tradycyjny, co i wyjątkowo udany. Podstawę muzyki Holendrów stanowią wzorce z okresu drugiej fali, acz nie tylko. Takimi dwoma nazwami, które najbardziej cisną mi się na usta, a do których mógłbym odnieść twórczość Nachtheem, są Enslaved (ten troszkę późniejszy) i Vemod. Czyli czuć w tych dźwiękach mróz, chwilami nawet siarczysty, ale są też chwile na przycupnięcie przy ognisku i wspólne opowiadanie legend oraz śpiewy. Na pewno nie brak na tym krążku płynących swobodnie, i równie łatwo wciągających melodii opartych na klasycznym tremolo. Chwilami szybszych, mknących niczym górski potok, w innych miejscach zwalniających, a nawet przechodzących w granie czysto akustyczne. W tych spokojniejszych pojawiają się też czyste wokale, przenoszące nas świat baśni. W „De Ontwalking” towarzyszą im nawet trąbki, przez co muzyka Nachtheem zaczyna bardzo intensywnie pachnieć lasem. Pod tym względem trzeba zespołowi oddać, że naprawdę potrafią zbudować odpowiedni nastrój, nie zahaczając przy okazji o tak pospolitą w tym gatunku kiczowatość. Niebagatelną sprawą jest tutaj także produkcja, totalnie nawiązująca do standardów lat dziewięćdziesiątych. Przy tej okazji podkreślić muszę dwa elementy, które wyjątkowo wpadły mi w ucho. Brzmienie gitar, w niektórych miejscach mocno przypominające Negative Plane (zwłaszcza na otwarciu), oraz perkusji, w najszybszych partiach brzmiącej głęboko, niemal jak na debiucie Mayhem. „Waan van de Leegte” to niemal czterdzieści minut naprawdę dobrego atmosferycznego grania. Weszła mi ta płyta już po jednym odsłuchu, i zagościła w moim playerze na dobrych kilka rundek. Myślę, że warto sobie sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Profane Burial „Desolate Echoes of Turmoil”

 

Profane Burial

„Desolate Echoes of Turmoil”

These Hands Melt 2026

Na swojej najnowszej płycie, Profane Burial kontynuuje pochód poprzez labirynt progresywnego black metalu, tworząc rozległe i dość skomplikowane aranżacje. Panowie nie osiedli na laurach i postanowili pójść jeszcze dalej w modernistyczne tony. Tym razem do symfonicznych i połamanych akordów, dołożyli jeszcze więcej wirtuozerskich popisów, improwizacji i eksperymentalnie brzmiących zagrywek. Zaowocowało to black metalem, którego odbiór nie przychodzi łatwo, bo to wysoce nieliniowe utwory, w których mieszają się zwyczajowe formy gatunku z tymi reformatorskimi wpływami, a to do końca dla purystów może nie być zrozumiałe. Swoboda muzycznej wypowiedzi Profane Burial nie jest jednak pozbawiona sensu. Wystarczy dać sobie czas, aby wtapiając się w tworzone przez Norwegów dźwięki, wydobyć z ich zmiennych struktur i nietypowych metrum, niezwykle ekspresyjną muzykę. Muzykę, która oprócz rozbudowanych kompozycji, kipiących od stale zmieniających się melodii, agresywnych uderzeń czy bardziej wysublimowanych środków wyrazu, posiada także w sobie pokaźną ilość mroku i diabolicznej złośliwości. To osobliwy i drapieżny black metal, który potrafi również zadziwić finezyjnymi rozwiązaniami, które wraz z satanicznym i orkiestralnym anturażem, kreują nieprzewidywalną diabelszczyznę. Nieustannie zmienną, zaskakującą i momentami wręcz uciążliwie pulsującą swymi nieoczekiwanymi zmianami tempa, sposobem na kostkowanie oraz wybuchającymi nagle, nieoczywistymi pomysłami. Album wypełniony efektowną i dramatyczną muzyką, która zawiera w sobie również spory pierwiastek grozy i zła. Black metal nowoczesny i wymagający. Nieprzewidywalny i o wielu twarzach, które potrafią przerazić. Krążek nie dla wszystkich, ale warto się z nim zapoznać, ponieważ jego osobliwość jest zadziwiająca i przyciąga jak magnes.

shub niggurath




wtorek, 21 lipca 2026

Recenzja Necromonger “Emanation of the Dying Perceptions”

 

Necromonger

“Emanation of the Dying Perceptions”

Xtreem Music 2026

Do Bułgarii to jeździło się na wywczasy w okresie PRL-u? Pamiętacie? Chuja tam, pewnie większość nie wie o czym rozmawiam. Ale żeby tam grali death metal? Od wielkiego dzwonu. Takim jednak dzwonem jest Necromonger, którego to debiutancki album ukazał się chwilę temu pod banderą Xtreem Music. Label ten, oczywiście w moim mniemaniu, do potentatów rynkowych nie należy, ale czasem ma przebłyski. Czy do takich należy rzeczony band? Niekoniecznie. „Emanation of the Dying Perceptions” to dość siermiężne granie. Będące połączeniem wspomnianego death metalu z gore’owym bratem. Jeśli w tym momencie przyjdą wam na myśl konotacje z Haemorrhage, Exhumed czy Regurgitate, to jesteście na jak najlepszej ścieżce. Wydawnictwo to zawiera dwanaście kawałków, z czego dwa ostatnie są utworami bonusowymi na wersję CD. Razem czyni to jakąś godzinę z kawałkiem. Biorąc pod uwagę dość mocną powtarzalność i schematyczność piosenek Necromonger, jest to chyba kapkę za wiele. Gdyby to był materiał o połowę krótszy, jeszcze jakoś by się bronił. Ale co za dużo, to i krowa nie zeżre, czy jakoś tak. No ale do rzeczy. Chłopaki gęszczą mocno, to fakt. Tłuszcz i posoka wyciekają z tych nagrań dość obficie. Odpowiedni ciężar też jest utrzymany, zwłaszcza przez mocno podbijający całość bas i wszechobecne głębokie wokale. Rytmika z kolei stoi tu na poziomie silnie ograniczonym. Takie typowe umpa-umpa, przy którym przypomina mi się tańczący ze sztuczną kończyną Fernando ze wspomnianego wcześniej hiszpańskiego wzorca, i nic więcej. Biorąc pod uwagę pojedyncze kompozycje, da się żyć. Bo gniotą one dość solidnie, nawet jeśli sama ich budowa kompletnie nie odbiega od znanych wszem i wobec wzorców. Bo generalnie dobry schemat nie jest zły. Przy tego rodzaju twórczości staje się on jednak z czasem dość nużący. Można odnieść wrażenie, jakby słuchało się w kółko tego samego utworu, ewentualnie wzbogaconego drobnym niuansem. Zespołów w tym odłamie gatunku jest sporo. Jedne lepsze, inne kompletnie beznadziejne. Umieszczając Necromonger w szeregu, powiedziałbym, że stoją gdzieś pośrodku. Bo tak naprawdę wszystko jest tutaj średnie do bólu. Żeby nie przynudzać, płyta na jeden odsłuch. Potem można się rozejść.

- jesusatan




poniedziałek, 20 lipca 2026

Recenzja Reekmind „Glints from the Crematorium”

 

Reekmind

„Glints from the Crematorium”

Night Terrors Rec. 2026

Piętnaście miesięcy po debiutanckim “Mired in the Reek of Grief” powraca australijski Reekmind. Tym razem panowie przypominają o sobie przy pomocy trzyotworowej EP-ki, zawierającej łącznie dwadzieścia pięć minut muzyki. Ujmując rzecz precyzyjnie, są to dwie studyjne kompozycje, plus, jako bonus, nagranie live, z tegoż jednak samego studio, zatem różnice w dźwięku są minimalne. Jeśli lubicie taplać się w szlamie, to ta przystawka idealnie wpasuje się w wasz gust. Panowie z Antypodów grają powoli, a chwilami bardzo powoli. Zdecydowany nacisk (i w zasadzie jest to także słowo-klucz) kładziony jest tutaj na masywność akordów i przytłaczający, grobowy klimat. To taka idealna mieszanka śmierć-doom’u z naleciałościami sludge’owymi. Akcja toczy się zatem niespiesznie, a same harmonie ulegają zapętleniu, przez co możemy poczuć się jakby przejeżdżał po nas czołg. Miejscami następują tu też chwilowe wyciszenia, przy których możemy złapać, no może nie cały, ale przynajmniej pół oddechu. Wspomnianą duchotę potęguje na tych nagraniach odpowiednio zamulone brzmienie oraz złowieszcze wokale. Melodii w tych kompozycjach niewiele, a na pewno nie takich do ponucenia. Panowie głównie mielą, systematycznie i sukcesywnie, poruszając się naprzód niczym stado wypełzłych spod nagrobka zombiaków, częściowo zresztą niekompletnych w wyniki kilkumiesięcznej pracy robali. W temacie oryginalności zbyt wiele powiedzieć tu się Ne da. Ten materiał nie jest ani specjalnie wybitny, ani nowatorski. Ma jednak coś, co mimo wszystko mi się podoba. Wspomniany gnilny nastrój, którym to panowie nadrabiają wszelkie inne niedociągnięcia. Tak po prawdzie, pełniak podobał mi się bardziej, bo „Glints from the Crematorium” brzmi jak odrzuty z tamtej sesji, ale i tak lipy nie ma. Komu zatem z rozkładem po drodze, temu Reekmind.

- jesusatan