Nachtheem
„ Waan van de Leegte”
Terretur Possessions 2026
Dziś na rozpisce mamy przedstawiciela black metalu z
Holandii. Twór to dość świeży, bo działający zaledwie od lat dwóch, i mający na
koncie demo i dwa splity. Bardzo mi się
to podoba, że chłopaki (choć w sumie nie wiadomo kto zespół tworzy, bo nie ma o
tym żadnych informacji, więc może i dziewczyny) trzymają się staroszkolnej, prawilnej
tradycji, i wydają kolejne nagrania podług pierwotnego wzorca. Debiutancki
album zawiera pięć kompozycji z gatunku black metalu bardziej atmosferycznego.
Nie mylić z symfonicznym, bo to nie ta ścieżka. Klawiszy tutaj niewiele, a owa
atmosferyczność budowana jest głównie za pomocą podstawowego instrumentarium, w
sposób zarówno tradycyjny, co i wyjątkowo udany. Podstawę muzyki Holendrów
stanowią wzorce z okresu drugiej fali, acz nie tylko. Takimi dwoma nazwami,
które najbardziej cisną mi się na usta, a do których mógłbym odnieść twórczość
Nachtheem, są Enslaved (ten troszkę późniejszy) i Vemod. Czyli czuć w tych
dźwiękach mróz, chwilami nawet siarczysty, ale są też chwile na przycupnięcie
przy ognisku i wspólne opowiadanie legend oraz śpiewy. Na pewno nie brak na tym
krążku płynących swobodnie, i równie łatwo wciągających melodii opartych na
klasycznym tremolo. Chwilami szybszych, mknących niczym górski potok, w innych
miejscach zwalniających, a nawet przechodzących w granie czysto akustyczne. W
tych spokojniejszych pojawiają się też czyste wokale, przenoszące nas świat
baśni. W „De Ontwalking” towarzyszą im nawet trąbki, przez co muzyka Nachtheem
zaczyna bardzo intensywnie pachnieć lasem. Pod tym względem trzeba zespołowi
oddać, że naprawdę potrafią zbudować odpowiedni nastrój, nie zahaczając przy
okazji o tak pospolitą w tym gatunku kiczowatość. Niebagatelną sprawą jest
tutaj także produkcja, totalnie nawiązująca do standardów lat
dziewięćdziesiątych. Przy tej okazji podkreślić muszę dwa elementy, które
wyjątkowo wpadły mi w ucho. Brzmienie gitar, w niektórych miejscach mocno przypominające
Negative Plane (zwłaszcza na otwarciu), oraz perkusji, w najszybszych partiach
brzmiącej głęboko, niemal jak na debiucie Mayhem. „Waan van de Leegte” to
niemal czterdzieści minut naprawdę dobrego atmosferycznego grania. Weszła mi ta
płyta już po jednym odsłuchu, i zagościła w moim playerze na dobrych kilka
rundek. Myślę, że warto sobie sprawdzić.
-
jesusatan


















