środa, 22 lipca 2026

Recenzja Nachtheem „ Waan van de Leegte”

 

Nachtheem

„ Waan van de Leegte”

Terretur Possessions 2026

Dziś na rozpisce mamy przedstawiciela black metalu z Holandii. Twór to dość świeży, bo działający zaledwie od lat dwóch, i mający na koncie demo i dwa splity.  Bardzo mi się to podoba, że chłopaki (choć w sumie nie wiadomo kto zespół tworzy, bo nie ma o tym żadnych informacji, więc może i dziewczyny) trzymają się staroszkolnej, prawilnej tradycji, i wydają kolejne nagrania podług pierwotnego wzorca. Debiutancki album zawiera pięć kompozycji z gatunku black metalu bardziej atmosferycznego. Nie mylić z symfonicznym, bo to nie ta ścieżka. Klawiszy tutaj niewiele, a owa atmosferyczność budowana jest głównie za pomocą podstawowego instrumentarium, w sposób zarówno tradycyjny, co i wyjątkowo udany. Podstawę muzyki Holendrów stanowią wzorce z okresu drugiej fali, acz nie tylko. Takimi dwoma nazwami, które najbardziej cisną mi się na usta, a do których mógłbym odnieść twórczość Nachtheem, są Enslaved (ten troszkę późniejszy) i Vemod. Czyli czuć w tych dźwiękach mróz, chwilami nawet siarczysty, ale są też chwile na przycupnięcie przy ognisku i wspólne opowiadanie legend oraz śpiewy. Na pewno nie brak na tym krążku płynących swobodnie, i równie łatwo wciągających melodii opartych na klasycznym tremolo. Chwilami szybszych, mknących niczym górski potok, w innych miejscach zwalniających, a nawet przechodzących w granie czysto akustyczne. W tych spokojniejszych pojawiają się też czyste wokale, przenoszące nas świat baśni. W „De Ontwalking” towarzyszą im nawet trąbki, przez co muzyka Nachtheem zaczyna bardzo intensywnie pachnieć lasem. Pod tym względem trzeba zespołowi oddać, że naprawdę potrafią zbudować odpowiedni nastrój, nie zahaczając przy okazji o tak pospolitą w tym gatunku kiczowatość. Niebagatelną sprawą jest tutaj także produkcja, totalnie nawiązująca do standardów lat dziewięćdziesiątych. Przy tej okazji podkreślić muszę dwa elementy, które wyjątkowo wpadły mi w ucho. Brzmienie gitar, w niektórych miejscach mocno przypominające Negative Plane (zwłaszcza na otwarciu), oraz perkusji, w najszybszych partiach brzmiącej głęboko, niemal jak na debiucie Mayhem. „Waan van de Leegte” to niemal czterdzieści minut naprawdę dobrego atmosferycznego grania. Weszła mi ta płyta już po jednym odsłuchu, i zagościła w moim playerze na dobrych kilka rundek. Myślę, że warto sobie sprawdzić.

- jesusatan




Recenzja Profane Burial „Desolate Echoes of Turmoil”

 

Profane Burial

„Desolate Echoes of Turmoil”

These Hands Melt 2026

Na swojej najnowszej płycie, Profane Burial kontynuuje pochód poprzez labirynt progresywnego black metalu, tworząc rozległe i dość skomplikowane aranżacje. Panowie nie osiedli na laurach i postanowili pójść jeszcze dalej w modernistyczne tony. Tym razem do symfonicznych i połamanych akordów, dołożyli jeszcze więcej wirtuozerskich popisów, improwizacji i eksperymentalnie brzmiących zagrywek. Zaowocowało to black metalem, którego odbiór nie przychodzi łatwo, bo to wysoce nieliniowe utwory, w których mieszają się zwyczajowe formy gatunku z tymi reformatorskimi wpływami, a to do końca dla purystów może nie być zrozumiałe. Swoboda muzycznej wypowiedzi Profane Burial nie jest jednak pozbawiona sensu. Wystarczy dać sobie czas, aby wtapiając się w tworzone przez Norwegów dźwięki, wydobyć z ich zmiennych struktur i nietypowych metrum, niezwykle ekspresyjną muzykę. Muzykę, która oprócz rozbudowanych kompozycji, kipiących od stale zmieniających się melodii, agresywnych uderzeń czy bardziej wysublimowanych środków wyrazu, posiada także w sobie pokaźną ilość mroku i diabolicznej złośliwości. To osobliwy i drapieżny black metal, który potrafi również zadziwić finezyjnymi rozwiązaniami, które wraz z satanicznym i orkiestralnym anturażem, kreują nieprzewidywalną diabelszczyznę. Nieustannie zmienną, zaskakującą i momentami wręcz uciążliwie pulsującą swymi nieoczekiwanymi zmianami tempa, sposobem na kostkowanie oraz wybuchającymi nagle, nieoczywistymi pomysłami. Album wypełniony efektowną i dramatyczną muzyką, która zawiera w sobie również spory pierwiastek grozy i zła. Black metal nowoczesny i wymagający. Nieprzewidywalny i o wielu twarzach, które potrafią przerazić. Krążek nie dla wszystkich, ale warto się z nim zapoznać, ponieważ jego osobliwość jest zadziwiająca i przyciąga jak magnes.

shub niggurath




wtorek, 21 lipca 2026

Recenzja Necromonger “Emanation of the Dying Perceptions”

 

Necromonger

“Emanation of the Dying Perceptions”

Xtreem Music 2026

Do Bułgarii to jeździło się na wywczasy w okresie PRL-u? Pamiętacie? Chuja tam, pewnie większość nie wie o czym rozmawiam. Ale żeby tam grali death metal? Od wielkiego dzwonu. Takim jednak dzwonem jest Necromonger, którego to debiutancki album ukazał się chwilę temu pod banderą Xtreem Music. Label ten, oczywiście w moim mniemaniu, do potentatów rynkowych nie należy, ale czasem ma przebłyski. Czy do takich należy rzeczony band? Niekoniecznie. „Emanation of the Dying Perceptions” to dość siermiężne granie. Będące połączeniem wspomnianego death metalu z gore’owym bratem. Jeśli w tym momencie przyjdą wam na myśl konotacje z Haemorrhage, Exhumed czy Regurgitate, to jesteście na jak najlepszej ścieżce. Wydawnictwo to zawiera dwanaście kawałków, z czego dwa ostatnie są utworami bonusowymi na wersję CD. Razem czyni to jakąś godzinę z kawałkiem. Biorąc pod uwagę dość mocną powtarzalność i schematyczność piosenek Necromonger, jest to chyba kapkę za wiele. Gdyby to był materiał o połowę krótszy, jeszcze jakoś by się bronił. Ale co za dużo, to i krowa nie zeżre, czy jakoś tak. No ale do rzeczy. Chłopaki gęszczą mocno, to fakt. Tłuszcz i posoka wyciekają z tych nagrań dość obficie. Odpowiedni ciężar też jest utrzymany, zwłaszcza przez mocno podbijający całość bas i wszechobecne głębokie wokale. Rytmika z kolei stoi tu na poziomie silnie ograniczonym. Takie typowe umpa-umpa, przy którym przypomina mi się tańczący ze sztuczną kończyną Fernando ze wspomnianego wcześniej hiszpańskiego wzorca, i nic więcej. Biorąc pod uwagę pojedyncze kompozycje, da się żyć. Bo gniotą one dość solidnie, nawet jeśli sama ich budowa kompletnie nie odbiega od znanych wszem i wobec wzorców. Bo generalnie dobry schemat nie jest zły. Przy tego rodzaju twórczości staje się on jednak z czasem dość nużący. Można odnieść wrażenie, jakby słuchało się w kółko tego samego utworu, ewentualnie wzbogaconego drobnym niuansem. Zespołów w tym odłamie gatunku jest sporo. Jedne lepsze, inne kompletnie beznadziejne. Umieszczając Necromonger w szeregu, powiedziałbym, że stoją gdzieś pośrodku. Bo tak naprawdę wszystko jest tutaj średnie do bólu. Żeby nie przynudzać, płyta na jeden odsłuch. Potem można się rozejść.

- jesusatan




poniedziałek, 20 lipca 2026

Recenzja Reekmind „Glints from the Crematorium”

 

Reekmind

„Glints from the Crematorium”

Night Terrors Rec. 2026

Piętnaście miesięcy po debiutanckim “Mired in the Reek of Grief” powraca australijski Reekmind. Tym razem panowie przypominają o sobie przy pomocy trzyotworowej EP-ki, zawierającej łącznie dwadzieścia pięć minut muzyki. Ujmując rzecz precyzyjnie, są to dwie studyjne kompozycje, plus, jako bonus, nagranie live, z tegoż jednak samego studio, zatem różnice w dźwięku są minimalne. Jeśli lubicie taplać się w szlamie, to ta przystawka idealnie wpasuje się w wasz gust. Panowie z Antypodów grają powoli, a chwilami bardzo powoli. Zdecydowany nacisk (i w zasadzie jest to także słowo-klucz) kładziony jest tutaj na masywność akordów i przytłaczający, grobowy klimat. To taka idealna mieszanka śmierć-doom’u z naleciałościami sludge’owymi. Akcja toczy się zatem niespiesznie, a same harmonie ulegają zapętleniu, przez co możemy poczuć się jakby przejeżdżał po nas czołg. Miejscami następują tu też chwilowe wyciszenia, przy których możemy złapać, no może nie cały, ale przynajmniej pół oddechu. Wspomnianą duchotę potęguje na tych nagraniach odpowiednio zamulone brzmienie oraz złowieszcze wokale. Melodii w tych kompozycjach niewiele, a na pewno nie takich do ponucenia. Panowie głównie mielą, systematycznie i sukcesywnie, poruszając się naprzód niczym stado wypełzłych spod nagrobka zombiaków, częściowo zresztą niekompletnych w wyniki kilkumiesięcznej pracy robali. W temacie oryginalności zbyt wiele powiedzieć tu się Ne da. Ten materiał nie jest ani specjalnie wybitny, ani nowatorski. Ma jednak coś, co mimo wszystko mi się podoba. Wspomniany gnilny nastrój, którym to panowie nadrabiają wszelkie inne niedociągnięcia. Tak po prawdzie, pełniak podobał mi się bardziej, bo „Glints from the Crematorium” brzmi jak odrzuty z tamtej sesji, ale i tak lipy nie ma. Komu zatem z rozkładem po drodze, temu Reekmind.

- jesusatan




Recenzja Bestia Arcana „Holókauston”

 

Bestia Arcana

„Holókauston” (re-issue)

Debemur Morti Productions 2026

Bestia Arcana jest kapelą z USA, a dokładnie ze stanu Kolorado. Grają już od 2008 roku, a swój debiut „To AnabainonektesAbyssu” wydali w 2011. „Holókauston” to reedycja, bo pierwotnie ukazał się on w 2017 roku, a teraz wzięła go na warsztat Debemur Morti. To cztery, okazałe utwory, ponieważ łącznie trwają ponad czterdzieści minut więc jest nad czym się skupić. Amerykanie tworzą szczególną odmianę black metalu, która odznacza się rozmachem i okultystyczną atmosferą. Trzy z tutejszych kawałków to gęsta i dość szybka kanonada zwalistych akordów oraz powykręcanych tremolo, które płyną w przestrzeń w towarzystwie klawiszowych pasaży i dronowych podkładów. To duszna muzyka, która jest niczym gorący podmuch, natchnionej satanizmem furii. To potężnie i przerażająco brzmiąca diabelszczyzna, która oprócz miażdżącego szumu, dostarcza także mnóstwo rytualnych doznań. Ten kakofoniczny chaos, będący wyrazem kultu dla sił nieczystych, przeplata się z ciężkimi zwolnieniami i ambientowymi wstawkami, które dodają mu wagi. Trzeci numer „Howling” odstaje od reszty, gdyż charakteryzuje się w pełni doomowym usposobieniem. To funeralny, apatyczny pochód wykreowany za pomocą rozwleczonych riffów i mrocznej, zaciskającej się na szyi elektroniki. „Howling” przygniata i tłamsi, ale jest równie parzący co jego trzej towarzysze. Materiał intensywny, bezkompromisowy i bestialsko atakujący zmysły. Poza niezaprzeczalnie diabelskim klimatem, posiada również przysadziste brzmienie, podbite przez nieprzejednanie dudniącą sekcję rytmiczną, a niesamowitej aury dostarczają mu, mające narracyjny charakter wokale i atmosferyczne syntezatory. Fanom gęstych, dusznych i nieco dysonansowych wykwitów wejdzie bez popitki.

shub niggurath




niedziela, 19 lipca 2026

Recenzja Necrofied „Ashes of Horror”

 

Necrofied

„Ashes of Horror”

Iron, Blood & Death Corporation” 2026

Ci Chilijczycy swoją drogę muzyczną rozpoczęli pod szyldem Ritual Occulto jakieś pięć lat temu, i zarejestrowali debiutancka EP-kę. Coś im się jednak odwidziało, i, od dwudziestego piątego, nazywają się Necrofied.  „Ashes of Horror” jest ich pierwszym wydawnictwem, tym razem pod postacią pełnej płyty. Zawiera ona osiem ścieżek, z czego pierwsza jest rytualnym oprowadzaczem. Po nim, dostajemy po ryju staroszkolnym death metalem, mocno osadzonym głównie w stylu południowoamerykańskim, acz nie tylko. Czuć w tej muzyce ducha wspomnianego kontynentu, to na pewno. Choćby przez czającą się w tych nagraniach dzicz, częściowo śpiewane po ichniemu wokale, czy też poniekąd przez brzmienie. Jest ono selektywne, masywne, odpowiednio dociążone, ale nie pozbawione organicznej ilości brudu. Necrofied  w swojej twórczości łączą najlepsze wzorce, zarówno europejskie (chwilami mocno tu zajeżdża wczesnym Sinister), jak i amerykańskie (Massacre, Incantation), kładąc jednak największy nacisk na siłę rażenia swoich akordów. W niektórych momentach są one mocno podbite  quasi sludge’owym smarem i rytmiką, jak choćby w „Barahunda”, gdzie indziej, choć rzadziej, bardziej rozpędzone (no niech będzie, że w „Twilight of Torture”). Nie brak tu też momentów na zasadzie typowej „patatajni”, o tyle oklepanej, co w przypadku Necrofied naprawdę chwytliwej i nie trącącej tandetą („A Grotesque from Unfolds”).  Najczęściej panowie trzymają jednak tempo dość stonowane, nie bawią się w eksperymenty czy jakiekolwiek innowacje. Myślę, że grają stary death metal, bo on im w duszach wybrzmiewa (to słuchać), dla podobnych sobie maniaków. „Ashes of Horror” jest typowym, bardzo solidnym, śmierćmetalowym przedstawicielem sceny z Chile. Dla jednych będzie to mega zachętą, dla innych może mniejszą, ale po co mam was oszukiwać, że jest to jakaś rewelacja. Nie jest. Jest to natomiast bardzo mocna pozycja, przy której spędzicie dobrych kilka odsłuchów bez ziewania, a niejeden z was stwierdzi, że warto tą płytę na półce posiadać. Iron, Blood & Death Corporation po raz kolejny nie zawiedli.

- jesusatan




Recenzja Altarage „Cogwheel”

 

Altarage

„Cogwheel”

Sentient Riun Laboratories 2026

Altarage po „Succumb” jakoś kompletnie zniknął mi z radaru. Z zaskoczeniem zatem przyjąłem fakt, iż Hiszpanie od tamtego czasu nagrali już dwie duże płyty, i właśnie wydają trzecią. Jako iż ich stylistyka onegdaj przypadała mi do gustu, z chęcią sprawdziłem, co się u nich dzieje. A dzieje się… w zasadzie to samo co zwykle. Gruz, smoła i kilotony betonu. Ale po kolei. „Cogwheel” już na początku mnie odstraszył. Licznik wskazał bowiem czas trwania płyty na niemal siedemdziesiąt pięć minut. Czy przy owej estetyce nie jest to aby zbyt wiele? Pocieszałem się, że przecież Mitochondrion nagrali album jeszcze dłuższy, a wszedł mi jak drzazga w tyłek. Jest jednak takie powiedzenie „Gdzie Rzym, a gdzie Krym”, które się w tym przypadku idealnie sprawdza. Mitochondrion należą do zespołów wybitnych. Altarage jedynie do dobrych (chwilami nawet bardzo dobrych) wyrobników. Nowy materiał niewiele wnosi do stylistyki, którą każdy fan zespołu doskonale zna. Większość kompozycji, tym razem zazwyczaj dziesięciominutowych, i dłuższych, opiera się na zapętlonym mieleniu o ciężarze tankowca, z charakterystycznymi dla zespołu Portalowymi przyspieszeniami. Linie gitar także na wskroś wskazują na inspiracje z Antypodów. Co prawda przerobione na styl własny, ale też, ponownie, niczym nie zaskakujące. Można powiedzieć, że Altarage są niezwykle konsekwentni w swoim działaniu, bo prą w obrany na horyzoncie punkt z uporem maniaka. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych, niestety w tym dla mnie, wada. Mam wrażenie, że zespół zaczął się powtarzać i trochę zjadać własny ogon. Gdyby taka „Cogwheel” była albumem debiutanckim, maksymalnie drugim, to pewnie strasznie bym się tymi nagraniami podniecał. W zaistniałej sytuacji, dwukrotne przesłuchanie tych piosenek w zupełności mi wystarcza. Żeby jednak być sprawiedliwym, nadmienić muszę, dwie rzeczy. Materiał ten faktycznie ma gęstą niczym lawa atmosferę. Jest mroczny, niebanalnie ciężki i przytłaczający. Rzecz druga, że Hiszpanie w pewnym momencie jednak skusili się na drobne urozmaicenie, a mam konkretnie na myśli „Ichor”, kawałek z czystymi wokalami, trochę bardziej rozbudowany, z ciekawszymi teksturami. To jednak zbyt mało by mnie do siebie przekonać. No chyba, że całość trwałaby, powiedzmy, czterdzieści minut. Po tym czasie bezceremonialnie bowiem wkrada się tu nuda, zwłaszcza przy ambientowych „zapchajdziurach”. Jeśli macie na półce wszystkie wydawnictwa Altarage, to pewnie i to sobie przytulicie. Mi pierwsze cztery w zupełności wystarczą, a i tak najczęściej wracam do debiutu. „Cogwheel” to płyta dobra, ale z wyraźnymi wadami.

- jesusatan




Recenzja Serpent Lord „The OnceForgotten Ways of Old”

 

Serpent Lord

„The OnceForgotten Ways of Old”

Eisenwald 2026

Serpent Lord jest projektem gościa z Uada, który zdaje się być tam muzykiem napędowym. Pod „wężowym” szyldem pogrywa już od 2003 roku, ale na początku zarejestrował trzy demosy i dał sobie siana. Teraz wraca po ponad dwudziestu latach z albumem debiutanckim, który zawiera sześć utworów, utrzymanych w black metalowym tonie.To chwytliwa diabelszczyzna, której atmosferyczność mocno pachnie klimatami fantasy. Zresztą sam twórca w cosplay potrafi doskonale, wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Cóż, rządzi tutaj mistyczna aura, która niesie ze sobą sporo melodyjek, jawiących mi się jako greckie lub są one mocno do nich zbliżone, ale Serpent Lord potrafi także trochę przysolić. Weźmy na przykład drugi utwór „Constrictor”, toż to czysta i nieprzychylna wszystkiemu co żyje norweszczyzna, która powraca w piątym wałku „A Pagan-s Spell”. W tych kompozycjach pachnie siarką, że aż strach. Reszta „The OnceForgotten Ways of Old” to już raczej klimatyczne granie, z którego wieje tajemniczością i rytualizmem w stylu trochę jak z Lovecraft’a. Odrobinę epicko, ociupinkę nastrojowo i chwilami wręcz bajkowo. Płynie to w średnich tempach, zapodając blasty i magiczne bujanki, lecz od monumentalnych podniosłości także nie stroni. Black metal typowy dla Stanów Zjednoczonych, wszystkiego w nim po trochu, ale nie mogąc się zdecydować na konkretny kierunek, wyszło jak to zwykle bywa za wielką wodą. Miło, melodyjnie i mało diabolicznie, a jest sztampowo i filmowo. Ja zostawiłbym wspomniane wcześniej dwa kawałki, a resztę wyrzucił, ale wtedy to musiałby być to singiel, a nie pełny metraż.

shub niggurath




sobota, 18 lipca 2026

Recenzja Chamber of Unlight „Avernus”v

 

Chamber of Unlight

„Avernus”

Werewolf Rec. 2026

Debiutancki album Chamber of Unlight przedstawiałem wam niespełna pięć lat temu. Pamiętam, że mimo swojej „wtórności” strasznie przypadł mi do gustu i przesłuchałem go wielokrotnie, a potem jeszcze nie raz do „Realm of the Night” wracałem. Coś czuję, że podobnie będzie z nowym materiałem Finów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja młotka. Bo to jest zajebisty, staroszkolny symfoniczny black metal zagrany z prawdziwą pasją i wyczuciem. W zasadzie mamy tutaj wszystko to, co czyniło ten gatunek wielkim w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Chwytające za serce melodie (bynajmniej nie przesłodzone, tylko pokryte północnym szronem), drapieżne riffy, klawiszowe tła w klimacie Emperor, solidne, klasyczne wokale i, przede wszystkim, ten niepowtarzalny, chłodny nastrój. W samej muzyce nie ma co doszukiwać się czegokolwiek nowego. Z drugiej strony nie jest to też bezmyślne kopiowanie. Panowie po prostu nasiąknęli klasyką na tyle, że pomysły rodzą im się same, dzięki czemu otrzymujemy materiał godnych spadkobierców nauk mistrzów wybitnych. Czuć w tych nagraniach klimat, który towarzyszył czasom największej eskalacji rzeczonego odłamu, i mam tu na myśli okres wcześniejszy, zanim prawdziwie czarny metal zaczął blaknąć niczym sprana koszulka. Na „Avernus” jest jad, są nastrojowe momenty, przy których w oczach stają pokryte śniegiem szczyty gór, są nawiązania do wspomnianych Norwegów (zdecydowanie najwięcej do „In the Nightside Eclipse”). Nie ma natomiast tandety, i nie ma nudy, bo materiał ten praktycznie sam się odpala ponownie gdy wybrzmi ostatnia nutka. I w zasadzie nie ma się co rozpisywać, bo to jedna z tych płyt, o której nie warto opowiadać, za to warto posłuchać. Co też czyńcie, zwłaszcza jeśli macie na półce wymieniony w tekście album z niebieską okładką przedstawiającą zamek wśród gór i lasów.

- jesusatan




czwartek, 16 lipca 2026

Recenzja Hexorcist „Crucificial Imprecations”

 

Hexorcist

„Crucificial Imprecations”

Invictus Rec. / Godz ov War 2026

Troszkę wody w rzece upłynęło od chwili wydania bardzo dobrego debiutu Amerykanów. Z drugiej strony, te pięć lat minęło jak z chuja strzelił, i oto mamy następcę „Evil Reaping Death”. W międzyczasie zespół przepoczwarzył się personalnie, a konkretnie na wokalach pojawił się Gienek Palubicki, choć zastanawiam się dlaczego pod nazwiskiem własnym, a nie jako Hexorcist V. Myślę, że poniekąd magia nazwiska miała na celu zwiększenie zainteresowania zespołem, zwłaszcza że ten zasłużonej atencji chyba nie osiągnął. No ale przejdźmy do meritum. Hexorcist to twór, który mocno czerpie ze spuścizny Morbid Angel, o czym zresztą wspomniałem przedstawiając wam ich wcześniejsze materiały. „Crucificial Imprecations” jest prostolinijną kontynuacją stylu opartego na wspomnianych stylu. Zaznaczam, że mówimy o rozwijaniu pewnego wzorca, a nie bezpośrednim kopiowaniu, tym bardziej, że na „dwójce” sposób interpretacji własnej znanych klasyków został odrobinę urozmaicony. Poza oczywistymi konotacjami melodycznymi z ekipą Treya i spółki, na nowych nagraniach pojawia się więcej solówek mocniej kojarzących się z Nocturnus. Acz z drugiej strony nie wiem, czy to wrażenie nie jest u mnie spowodowane faktem, iż kilka dni temu odszedł od nas pan Browning, a przy tej okazji jego dyskografię sobie odświeżałem. Drugą sprawą jest brzmienie. Jakby bardziej surowe w porównaniu do debiutu. Nie powiem, że demówkowe, ale noszące takie znamiona. W każdym razie stuprocentowo organiczne, z celowymi chyba drobnymi niedociągnięciami. Pod względem muzyki sprawa jest raczej wiadoma. Zastanawiam się tylko, czy dokooptowany na wokal Gene miał jakiś, choćby drobny wpływ na ostateczny wpływ kompozycji. Osobiście stawiałbym na „tak”, bo „Crucificial Imprecations” ma w sobie też drobne zalążki Angelcorpse, albo może bardziej Perdition temple, czyli stylu będącego wypadkową obu klasycznych ekip. Album ten nie należy do odkrywczych, bardziej odkrywkowych. Nie umniejsza to bynajmniej jego jakości. Moim zdaniem Hexorcist to jedni z najbardziej utalentowanych spadkobierców tego, co zrodziło się na Florydzie jakieś czterdzieści lat temu. Jeśli czerpać od najlepszych, do dokładnie w takim stylu jak oni. A konsekwencję obranego przez zespół stylu widać w tym przypadku nawet po okładce. I to chyba wystarczy za cały komentarz do tej płyty. Bo nad czym się tu niby rozwodzić?

- jesusatan




Recenzja Arkona „Age of Capricorn”

 

Arkona

„Age of Capricorn” (re-issue)

Mara Prod. 2026

To nie pierwsza reedycja Arkony popełniona przez tą wytwórnię. Teraz na tapetę Mara wzięła sobie siódmy album tej kapeli, czyli „Age of Capricorn”. Co by tu nie napisać o tej płycie, to i tak Ameryki się nie odkryje, bo większość ludzi przecież zna ten zespół, a muzykuje on już od 1993 roku. Dla tych co nie słyszeli tego materiału, a są bardzo ciekawi jak on leci, to trzeba powiedzieć, że jest to black metal, który dość dynamicznie prze do przodu, ale nie tylko dzięki intensywnym kanonadom zawdzięcza on swoją siłę. Płynie ona również z dobitnie ustawionego brzmienia, które podbija dobrze naoliwiona sekcja rytmiczna. Black metal na tym krążku to także świetne wokale, które wydobywa ze swojego gardła, ówcześnie nowy śpiewak w Arkonie Dariusz Rauer oraz klawisze. Syntezatory z kolei na „Age of Capricorn” stoją delikatnie w odwodzie w stosunku do poprzednich produkcji. Użyte są oszczędniej, ale nie straciły swojego znaczenia w muzyce grupy. Jednakże ich mniejsza ekspozycja oddaliła nieco black metal Arkony od symfonicznych rejonów w stylu Dimmu Borgir, do których wcześniej zaczynała się ta brygada niebezpiecznie zbliżać. To odrobinę melancholijny, ale też mroczny bleczur, który dostarcza wielu emocji, ponieważ melodie i riffy użyte przy jego komponowaniu są niebywale sugestywne. To bogata w zamaszyste dźwięki pozycja, która spodoba się przede wszystkim fanom okołosymfonicznej diabelszczyzny, częstującej zarówno agresywnymi blastami, nastrojowymi, średnimi tempami i przestrzennymi pasażami. Black metal skonstruowany w sposób profesjonalny, odrobinę ocierający się o mainstream, ale jego specyficzny, ciężki klimat skutecznie go od popularyzacji ratuje. Pierwotnie wydany w 2019 roku, podobnie jak ostatnie wznowienie Besatt, po siedmiu latach udowadnia, że nie stracił daty ważności.

shub niggurath




Recenzja Scordatura „Led Into Oblivion”

 

Scordatura

„Led Into Oblivion”

Everlasting Spew Rec. 2026

Z nazwą Scordatura spotykam się po raz pierwszy, a panowie rzeźbią swoje już niemal dwadzieścia lat. W międzyczasie dorobili się trzech dużych płyt i kilku demówek. Sześciu, żeby być dokładnym. Nowy, czwarty, krążek wypuściła chwile temu włoska Everlasting Spew Records, więc postanowiłem sprawdzić, czy dotychczas zespół nie miał najzwyczajniej szczęścia do wydawców, czy po prostu prezentuje lipę. Jako iż album trwa niecałe pół godzinki, po dwóch okrążeniach wszystko było jasne. Zacznijmy od tego, że Szkoci rzeźbią w mniej przeze mnie uczęszczanym odłamie death metalu. Bo ja najbardziej lubię albo prosto i klasycznie, albo po gruzowemu. Tutaj mamy brutalniejszy odcień śmierci z zacięciem technicznym. Spodziewać się zatem możecie raczej podkręconego tempa, z częstym wejściem w blasty, pokręconych harmonii i połamanych chwytów. Nierzadko linia melodyczna zmienia się tutaj kilka razy na przestrzeni jednego tylko utworu, i to najczęściej mnie w tym odłamie wkurwia. Bo jest robione na pałę, tak jakby ktoś miał dostać sraczki, jeśli za chwilę nie poprzebiera paluchami po gryfie i czegoś nie odwróci. Scordatura o dziwo bardzo zgrabnie radzą sobie z moim problemem. Ich pomysły nie są upchnięte z buta do podróżnej walizki, lecz całkiem logicznie poukładane tak, by jedno wynikało z drugiego, bez potrzebnych przeskoków czy odskoków w bok. Nawet zwolnienia, jakże typowe dla tych wszystkich techniczno – brutalnych onanistów są na tym krążku mniej przewidywalne i faktycznie mocno przyciskające do gleby. W gąszczu pomysłów można wyłowić tu chwilami inspiracje Morbid Angel, Dying Fetus, Cryptopsy czy Dyscarnate (choć ci ostatni tak na dobrą sprawę nagrali tylko jeden wyjątkowo udany krążek).  Rzecz w tym, że oprócz brutalizy i rzygania robalami, można tutaj usłyszeć małą garść niezłych, chwytliwych pomysłów. Żeby nie było wyłącznie różowo, to album ten ma też składowe, które mi się nie podobają, jak choćby wkurwiające sprzężeniowe riffy, które spokojnie można by sobie odpuścić. Jest też kilka melodii oklepanych w chuj, na zasadzie klasycznej patatajni, czy pędzenia donikąd. To jednak zdecydowana mniejszość, bo „Led into Oblivion” jako całość to konkretny, i dobry materiał. Mocarnie brzmi, nie tak sterylnie jak kapele nagrywające na sali operacyjnej, nie nudzi, i nie ma na nim powielanych w kółko schematów. Dla fanów gatunku będzie to prawdziwa uczta. A i ci (mówię sądząc po sobie), którzy za podobnym graniem na co dzień nie szaleją, znajdą tutaj coś dla siebie. Nie wiem, czy wrócę kiedyś do tych nagrań, ale na żywo bym sobie chłopaków zobaczył, bo mógłby być niezły rozpierdol.

- jesusatan




wtorek, 14 lipca 2026

Recenzja Ceremonial Worship „Between Sleep and Death”

 

Ceremonial Worship

„Between Sleep and Death”

Eternal Death 2026

 


Ceremonial Worship po czterech latach wracają ze swoim trzecim krążkiem. Zespół pochodzi z Grecji i gra black metal. Myli się jednak, kto z góry założy, że to kolejni uczniowie Rotting Christ czy Varathron. Wydźwięk kompozycji zawartych na „Between Sleep and Death” jest zdecydowanie bardziej skandynawski. Owszem, da się tutaj wyczuć elementy towarzyszące śródziemnomorskiemu odłamowi gatunku, lecz stanowią one zaledwie promil całości, tonący w morzu inspiracji płynących ze wspomnianego półwyspu. Swoją  twórczość zespół (choć właściwie jest to raczej twór indywidualny niejakiego Spirosa, aka High Priest C.W.’a) opiera na dość melodyjnych harmoniach, mogących kojarzyć się chwilami ze szkołą fińską, w innych momentach ze szwedzka, a nawet norweską. Nie jest to granie surowe, co nie znaczy, że brak tu ostrych akordów. One jak najbardziej występują, nawet stanowią jeden z głównych składników rzeczonego krążka. Rzecz w tym, że brzmienie jest tutaj klasycznie drugofalowe z połowy lat dziewięćdziesiątych. Czyli nie Darkthrone, a raczej Emperor, czy Satyricon. Zresztą myślę, że wiecie co mam na myśli. Co do samych numerów, to trzeba przyznać, że przez te cztery lata muzyk bynajmniej nie spał, tylko sukcesywnie swój styl przekazu rozwijał. Nie mówię, że szukał nowych ścieżek, czy eksperymentów, mam na myśli bardziej poziom kompozytorski. Te numery faktycznie wpadają w ucho, i to zdecydowanie głębiej niż dotychczas. Taki „Where the Shadow Awakes” (ale spokojnie, nie chodzi o „naszego” Shadowa) wbija się w głowę bardzo głęboko, a będąca kręgosłupem tego kawałka melodia wybrzmiewa pod czachą jeszcze długo potem, jak płyta się kończy. Z drugiej strony, żebyśmy się nie zrozumieli źle. Pan Grek nie przesadza ze słodkościami. Czuć w tej muzyce ziąb, nawet jeśli nie jest to zima stulecia. Oczywiście jest to, jak już zresztą wspomniałem, bardziej płyta-hołd niż jakiekolwiek nowatorstwo. Płyta jakich wiele, można powiedzieć. I sporo w tym racji, bo nie wróżę Ceremonial Worship zawojowania świata tym materiałem. Z drugiej strony, niczego mu nie brakuje. Wokale są zadziorne, utwory solidnie poskładane na stary styl, brzmi to dobrze, nie nudzi… Jeśli ktoś ma chwile czasu na nową płytę z jadowicie melodyjnym czarcim metalem, to niechaj to chwyta. Myślę, ze mimo wszystko warto sobie z „Between Sleep and Death” zrobić z dwie rundki, bo to najbardziej dojrzały i najlepszy krążek, jaki wyszedł pod tym szyldem. Jeśli jednak sobie odpuścicie, to życia nie przegracie.

- jesusatan




 

Recenzja Besatt „Hellstorm”

 

Besatt

„Hellstorm”

Mara Productions 2026

Polski Besatt każdy zna i jego dyskografie pewnie też. Jeśli nie, to będzie mógł się zapoznać z ich trzecią płytą, która pierwotnie wydana była w 2002 roku. Teraz przybliża i przypomina ją Mara Productions. To tak jak ówcześnie, osiem kawałków black metalu, który kąsa dotkliwie. Surowe brzmienie, bezkompromisowe podejście do tworzenia riffów i totalna wściekłość. Zrodziło to diabelszczyznę, która odznacza się agresją i skrajną nieprzychylnością dla form życiowych. Wściekłe blasty, delikatnie nastrojowe chwytliwości i satanistyczne kołysanki na „Hellstorm” robią naprawdę dobrze, bo połączenie norweskich manier i polskiego bon-tonu zawsze było w cenie. Besatt już wtedy wiedzieli o co chodzi i wprowadzali wszystkie właściwe elementy do swojej muzyki, która tnie do kości, gdy trzeba upiornie pobuja, a i mrocznego romantyzmu dostarczy. Materiał ubrany w toporne, uwierające brzmienie, kaleczy uszy podobnie jak cięte akordy oraz zajadłe wokale. Oprócz diabolicznych galopad oferuję także mnóstwo zmian tempa, a te w średniej agogice wprowadzają pokaźną ilość mistycznej atmosfery, która czyni ten krążek jeszcze bardziej wymownym. Besatt dobitnie udowadnia czym jest black metal i jakie uczucia powinien nieść ze sobą. Podziemny i wypełniony ciemnością album, będący wyrazem kultu Szatana jak i samego gatunku. Pozbawiony udziwnień, już na początku XXI wieku nie bardzo wpisywał się w narastające w tamtych latach modernistyczne trendy., co czyni także dziś. Zupełnie nie poddając się zębom czasu, nie stracił na sile i przetrwał te 24 lata bez uszczerbku. Z jego antagonistycznego wydźwięku zionie autentycznością i piekielnym ogniem. Tym, którzy nie znają, polecam, bo innym nie muszę.

shub niggurath




Recenzja Hanternoz “A hed an noz, a noz, a noz”

 

Hanternoz

“A hed an noz, a noz, a noz”

Antiq Rec. 2026

Ależ mnie zmylił ten francuski band. I to dwukrotnie. Najpierw, kiedy spojrzałem na tytuł. Skojarzył mi się z debiutem pewnych Finów, pewnie się szybko domyślicie o kogo chodzi. Następnie w chwili, gdy płyta się rozpoczęła. Otwierający ją akord jakoś tak bardzo mocno skojarzył mi się z Bolzer. I kiedy już, już miałem apetyt na coś dobrego i zacząłem ślinić się jak pies pewnego rosyjskiego fizjologa, nastąpiło ujście powietrza z, nawet nie do końca jeszcze nadmuchanego, balonika. Hanternoz grają… w sumie tak, jak wyglądają na Metal Archives. Jeden stoi wśród połamanego tataraku, drugi siedzi na krześle biurowym w jeziorze. Nieporozumienie jakieś. No dobra, ale może konkretniej, bo przecież nie ma czegoś takiego jak tatarak metal. Smucą panowie niemiłosiernie w klimatach folkowo blackmetalowych. Choć na dobrą sprawę tego czystego folku to tutaj aż tak dużo nie ma. Jest za to wspomniany black metal, głównie w tempie średnim, z okresowymi przyspieszeniami, jednak tak oklepany i nudny, że faktycznie można przy tym usnąć jak przy opowieściach wiejskiej bajarki. Już pierwszy utwór, a trwa on aż jedenaście minut, mocno mnie zmęczył, a przed sobą miałem jeszcze sześć, i dodatkowych minut pięćdziesiąt. Wierzcie mi, dotrwałem do końca, ale było to bardziej męczące niż wejście na dwudzieste piętro po schodach. Jeśli chodzi o folkowe melodie, to w takowe umieli choćby Enslaved na „Eld”. Francuzi próbują, ale wychodzi to raczej niespecjalnie. Przykładowo, „La Lessive des Trepasses”, oparty na tanecznej melodii, upiększony czystymi zaśpiewami, zawierający riffy, których może i nie potrafię przykleić do konkretnego wzorca, ale są mi znajome na wylot (albo po prostu takie banalne) jest dobrym przykładem, jak grać ten rodzaj muzyki w sposób kompletnie odstraszający. Ponadto, mimo iż zazwyczaj nie mam nic przeciwko, a wręcz przeciwnie, odpycha mnie na tym albumie śpiew po francusku. I nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, bo w takim Galibot język ten brzmi fenomenalnie. A to też black metal, i też trochę zbliżony stylistycznie, tylko zagrany z trzy poziomy lepiej Cóż, nie będę ględził, bo to trochę strata czasu, tak samo jak słuchanie tej płyty. Jest nudna, przewidywalna, ,bez pomysłu… po prostu jałowa. Do kibla!

- jesusatan




Recenzja Vafurlogi „GneistiafeldiGuðs”

 

Vafurlogi

„GneistiafeldiGuðs”

NoEvDia / Oration 2026

Najnowsza, druga płyta Vafurlogi, choć podobno kawałki na niej się znajdujące, są starsze od tych z debiutu, jest bardziej spójna niż jej poprzedniczka. To prawda, że zawiera również sporo dysonansowego riffowania i typowych dla islandzkiego ujęcia zawijasów oraz zwartych tekstur, ale tym razem panowie sprawnie wszystko połączyli, co wykreowało mniej eksperymentalny materiał. Już ich black metal nie jawi się jako zbiór, nieustannie kłębiących się środków wyrazu, które zespolone trochę na siłę, kierowały się w absurdalne rejony, jakiejś pokręconej diabelszczyzny. Na „GneistiafeldiGuðs” jest spokojniej. Wszystkie użyte formy stylistyczne, tym razem płynnie przeplatają się ze sobą i co za tym idzie, poszczególne kompozycje wydają się być w większym stopniu przemyślane. Po poprzednim „wybuchu supernowej”, obecnie i w naturalny sposób w procesie twórczym Vafurlogi, zapanował spokój. To teraz nieco nostalgiczny black metal, w którym słychać więcej nawiązań do drugiej fali gatunku. Pomimo znacznej ilości progresywnych nut i połamanych, islandzkich rytmów, pełno tutaj melodii, które swoim liryzmem zamykają słuchacza w nierzeczywistym świecie lub przeobrażają się w rozległe niczym mgławice, pejzaże dźwiękowe. Z jednej strony duszą one swą intensywnością, zaś z drugiej, zadziwiają przestrzennością, niemalże przyprawiając o agorafobię. Na tym krążku znikł gdzieś „groch z kapustą”, a pojawiła się symbioza między tym co klasyczne i tym co modernistyczne, tworząc ezoteryczny bleczur, w którym, jak w idealnie przygotowanej choreografii tańczą ze sobą zimne tremolando, gorące ataki, atonalne, pływające akordy i te uwierające, schizoidalne zagrywki. Islandczycy poczynają sobie dojrzalej i na nowym albumie już nie serwują przypadkowej zbitki nowoczesnych i ortodoksyjnych brzmień, ponieważ na „GneistiafeldiGuðs” te dwa światy całkowicie się przenikają. Warto sprawdzić, bo to wciągający swym logicznie, eklektycznym charakterem materiał.

shub niggurath




 

poniedziałek, 13 lipca 2026

Recenzja Taake „En Skog av Nidstang”

 

Taake

„En Skog av Nidstang”

Dark Essence Rec. 2026

Taake to dla niektórych zespół kultowy. Niemal na równi z Darkthrone czy Burzum. Mi jednak zawsze kojarzył się przede wszystkim z pewnym zdjęciem Hoesta. Tak, tym koncertowym, kiedy przez przetarte jeansy wyszła mu fujara. Nie znaczy to, że twórczość Norwega uważałem, czy uważam, za bezwartościową. Absolutnie. Zwłaszcza wczesne płyty kręciły się nie raz u mnie w odtwarzaczu. Ostatni raz na poletko zespołu zaglądałem jednak chyba przy okazji splitu z Whoredom Rife, jakieś sześć lat temu, i byłem dość mocno rozczarowany. Mimo to postanowiłem rzucić uchem na nowy pełniak Taake, bo co mi szkodzi. I tu pozytywne zaskoczenie. Album zawiera tylko cztery kawałki, z czego pierwszy aż dziesięciominutowy, klasycznego black metalu z lat dziewięćdziesiątych, i to na bardzo wysokim poziomie. A przynajmniej na poziomie spokojnie dorównującym wspomnianym początkom kapeli. Oczywiście innowacji tutaj nie znajdziemy, tylko głupcy mogliby się ich spodziewać. A nawet gdyby takowe się trafiły, to osobiście stwierdziłbym, że kompletnie nie pasują do tego, co Hoest dotychczas serwował. Mamy tu za to trzydzieści siedem minut staroszkolnego brzęczenia na tematy wczesno norweskie. Z całym, skromnym w tym przypadku, bo to przecież muza na wskroś surowa, wachlarzem wszystkiego, co podwaliny gatunku tworzyło. Szorstkie, nie pozbawione jednak odpowiedniej melodii riffowanie, zazwyczaj w szybszym tempie, dość kwadratowa, schematyczna perkusja, klasycznie chłodne wokale, chwilami pojawiające się w tle bardziej chwytliwe momenty. Wszystko ubrane w brzmienie klasycznie północne, wypracowane przez zespoły „Made in Norge” lata temu. Że piszę rzeczy oczywiste? No a co ja mam wyrzeźbić na temat zespołu z trzydziestoletnim stażem, który współtworzył wiadomy styl, i trzyma się go sztywno niczym małpa palmy? Tutaj nie ma kompromisów pokroju nieudany cover Sisters of Mercy (może właśnie od tego są EP-ki), tutaj jest jedynie wiejący chłodem i fiordami black metal. Na wysokim poziomie, z odpowiednim podejściem, zakotwiczony w latach dawnych, grany konsekwentnie z zachowaniem wczesnych ideałów. Żaden to diament, jednak bardzo solidna rzecz, godna polecenia, bo widać, że Taake trzymają poziom, a nieliczne wpadki są co najwyżej małymi wypadkami przy pracy. Ode mnie wyrazy szacunku.

- jesusatan




Recenzja Uada „Interwoven”

 

Uada

„Interwoven”

Eisenwald 2026

Nigdy nie było mi po drodze z tym zespołem, bo wystarczy mi jedna Mgła, choć zdaję sobie sprawę, że trochę temat upraszczam. Jednakże nigdy specjalnie do mnie nie trafiała ta kapela i ich płyty latały mi bardzo. No i masz! Pojawia się w mojej skrzynce. Co prawda z opóźnieniem, bo ten album wyszedł 29 maja, ale co tam, sprawdzam. I co? I gówno. Sześć numerów. Cztery z nich, to akustyczne wersje jednego kawałka z każdej poprzedniej płyty, a dwa ostatnie to covery grup Rome i Nirvana. Eksperyment? Chęć ukazania innego oblicza, czy też próba realizacji na innym polu? Wyszło tak sobie, lecz spodoba się fanom muzyki folkowej, bo to właśnie takie granie. Nastrojowe, wypełnione uczuciami i delikatnie szamańską oraz gotycką atmosferą. Kompozycyjnie jest nieźle, brzdąka to wspaniale, kołysząc i przy tym zanudzając na śmierć, będącw tej materii niczym nowym ani porywającym. Ot kolejne piosenki utrzymane w neofolkowym stylu, które podobno miały za zadanie ukazać wrażliwą stronę tych amerykańskich black metalowców i to jest właśnie odkrycie, ponieważ nie wiedziałem, że twórcy tego gatunku noszą w sobie taką emocjonalność. Dobra. Koniec z żartami. Uada nagrała krążek, który wypełniony jest po brzegi ckliwą ornamentyką, kierującą się okresowo w posępne i ezoteryczne rejony. Klasycznie, bez prądu i z folkowym ponuractwem. Jako jedna z płyt tego tercetu to w moim mniemaniu wrzód na dupie, ale gdyby została ona wydana pod innym szyldem… na dwoje babka wróżyła. Bo albo ktoś by się na „Interwoven” złapał, albo nikt by tego nie zauważył. Niemniej jednak wielbicieli Uada zaciekawią akustyczne reinterpretacje „Djinn”, „Devoid of Light”, „The Dark (Winter)” i „The Purging Fire”.

shub niggurath




niedziela, 12 lipca 2026

Recenzja Malaflame „Operation Werewolf”

 

Malaflame

„Operation Werewolf”

Mara Prod. 2026

Zastanawiam się, ilu z was zna Malaflame. Zespół narodził się ponad dekadę temu, ma w swoim dorobku jedną dużą płytę i jakieś tam drobiazgi, a w składzie jego figurują persony związane między innymi z konkurującym do ścisłej światowej czołówki pod względem wydanych splitów Via Dolorosa, oraz naszym (nie)sławnym Graveland. Ja dotychczas nie znałem, ale właśnie poznałem, dzięki uprzejmości rodzimej Mara Productions. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo „Operation Werewolf” to… zajebista płyta. Stwierdzenie może i lakoniczne, ale według mnie adekwatne do muzyki, która również zawiera czyste zło, w skondensowanej, nierozwleczonej formie. Panowie grają black metal konkretny. Co mam na myśli? Że nie ma tutaj bawienia się w jakieś popierdułkowe melodyjki (nie mylić z „nie ma tu melodii”). Album otwiera intro w stylu dark techno. O ile się nie mylę, dokładnie tych samych sampli użył jakiś czas temu na którejś ze swoich płyt DeathEpoch, ale to tak na marginesie. Zaraz potem atakowani jesteśmy szybkim, przypominającym przez chwilę Zyklon B, agresywnym blastem, z czasem przechodzącym w rytmy bardziej punkowe. Jak by nie patrzył, albo jak nie słuchał, kłania się czysty oldskul. Z tym punkiem, to poza wszechobecnymi na krążku d-beatami, a także częstymi rytmami mającymi swoje korzenie w tymże gatunku, sporo tutaj totalnie anarchistycznego podejścia. Albo, innymi słowy, braku kija w dupie. Bo panowie grają black metal, temu nikt nie zaprzeczy. Ale jednocześnie potrafią robić to w sposób autorski, bez oglądanie się, czy dany patent będzie burzył konwenanse, czy też nie. Stąd też mamy tu kilka wyluzowanych akcentów wokalnych, czy też kompletnie odskakujący od formuły „Division Krieg Satana”, kawałek bardziej industrialny, podszytu elektroniką mocno… taneczną. Jak już o wokalach, to poza wkurwionym wrzaskiem, nierzadko do głosu dochodzą zawodzące chórki, jakieś quazi pijackie zaśpiewy, czy frazy w wyższych rejestrach rodem ze speed metalu. A, no i wspomnieć należy, że lirycznie jest tu po angielsku, ale i po ichniemu. Nie znam włoskiego, ale jak wyłapuję słowa-klucze, to wiem, że panowie katolstwo ostro pierdolą a Sztana szanują. Legancko. Poza wspomnianym punkiem, bardzo dużo tutaj agresywnych, nasterydowanych harmonii rodem z drugiej fali. Momentami troszkę pod Darkthrone (ale to na zasadzie zajawki), gdzie indziej pod Impaled Nazarene (zresztą we wspomnianym utworze pojawia się sławne „Sadhu Satana” wrzeszczane z taką intensywnością, jakby chłopaki chcieli świat podpalić). Można sobie porównywać do woli, bo „Operation Werewolf” to w sumie nic nowego. Nic nowego, ale mino to zagrane nieco inaczej. Taki black metal to ja uwielbiam, takie zespoły szanuje. Nie wiem czy nie jest to jedno z najlepszych wydawnictw Mara Productions w ich, niechudym przecież, katalogu. Wszystko mi się tu idealnie zazębia. Okładka, wspomniane teksty, bezkompromisowa muzyka, wyjebongo na trendy. Kto nie sprawdzi tego krążka ten pizda w korach. Tyle w temacie.

- jesusatan