czwartek, 16 lipca 2026

Recenzja Scordatura „Led Into Oblivion”

 

Scordatura

„Led Into Oblivion”

Everlasting Spew Rec. 2026

Z nazwą Scordatura spotykam się po raz pierwszy, a panowie rzeźbią swoje już niemal dwadzieścia lat. W międzyczasie dorobili się trzech dużych płyt i kilku demówek. Sześciu, żeby być dokładnym. Nowy, czwarty, krążek wypuściła chwile temu włoska Everlasting Spew Records, więc postanowiłem sprawdzić, czy dotychczas zespół nie miał najzwyczajniej szczęścia do wydawców, czy po prostu prezentuje lipę. Jako iż album trwa niecałe pół godzinki, po dwóch okrążeniach wszystko było jasne. Zacznijmy od tego, że Szkoci rzeźbią w mniej przeze mnie uczęszczanym odłamie death metalu. Bo ja najbardziej lubię albo prosto i klasycznie, albo po gruzowemu. Tutaj mamy brutalniejszy odcień śmierci z zacięciem technicznym. Spodziewać się zatem możecie raczej podkręconego tempa, z częstym wejściem w blasty, pokręconych harmonii i połamanych chwytów. Nierzadko linia melodyczna zmienia się tutaj kilka razy na przestrzeni jednego tylko utworu, i to najczęściej mnie w tym odłamie wkurwia. Bo jest robione na pałę, tak jakby ktoś miał dostać sraczki, jeśli za chwilę nie poprzebiera paluchami po gryfie i czegoś nie odwróci. Scordatura o dziwo bardzo zgrabnie radzą sobie z moim problemem. Ich pomysły nie są upchnięte z buta do podróżnej walizki, lecz całkiem logicznie poukładane tak, by jedno wynikało z drugiego, bez potrzebnych przeskoków czy odskoków w bok. Nawet zwolnienia, jakże typowe dla tych wszystkich techniczno – brutalnych onanistów są na tym krążku mniej przewidywalne i faktycznie mocno przyciskające do gleby. W gąszczu pomysłów można wyłowić tu chwilami inspiracje Morbid Angel, Dying Fetus, Cryptopsy czy Dyscarnate (choć ci ostatni tak na dobrą sprawę nagrali tylko jeden wyjątkowo udany krążek).  Rzecz w tym, że oprócz brutalizy i rzygania robalami, można tutaj usłyszeć małą garść niezłych, chwytliwych pomysłów. Żeby nie było wyłącznie różowo, to album ten ma też składowe, które mi się nie podobają, jak choćby wkurwiające sprzężeniowe riffy, które spokojnie można by sobie odpuścić. Jest też kilka melodii oklepanych w chuj, na zasadzie klasycznej patatajni, czy pędzenia donikąd. To jednak zdecydowana mniejszość, bo „Led into Oblivion” jako całość to konkretny, i dobry materiał. Mocarnie brzmi, nie tak sterylnie jak kapele nagrywające na sali operacyjnej, nie nudzi, i nie ma na nim powielanych w kółko schematów. Dla fanów gatunku będzie to prawdziwa uczta. A i ci (mówię sądząc po sobie), którzy za podobnym graniem na co dzień nie szaleją, znajdą tutaj coś dla siebie. Nie wiem, czy wrócę kiedyś do tych nagrań, ale na żywo bym sobie chłopaków zobaczył, bo mógłby być niezły rozpierdol.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz