Røkkr
„Sindets Skygger Hvisker”
Nomad Snakepit Prod. 2026
Nomad Snakepit nie jest labelem wydającym sporo. Starczy
powiedzieć, że w roku bieżącym pojawiają się z na mapie świata po raz pierwszy,
trzema nowymi wydawnictwami, planowanymi na sierpień. Jednym z nich jest trzeci
album duńskiego Røkkr. Zanim siadłem do tych piosenek, miałem dość powściągliwe
oczekiwania. Bo powiedzcie mi szczerze, ile zespołów wydaje dwa krążki w
przeciągu roku? Najczęściej są to projekty indywidualne muzyków z ADHD, i
najczęściej są one gówno warte. A Røkkr dwa lata temu nagrał, i wydał, właśnie
dwa pełniaki. Sięgając zatem po „Sindets Skygger Hvisker”, album numer trzy,
przekonany byłem, że materiał ten zaraz poleci do kosza na śmieci. Z drugiej
strony, zachętą był fakt, iż w projekcie tym figuruje grajek maczający paluchy
w takich aktach jak Denial of God czy Múspellzheimr. Sprawdzić zatem można
było. Tak też poczyniłem, i bardzo miło mnie panowie zaskoczyli. Zacznijmy od
tego, że trzeci album Røkkr to surowy black metal, niczym z lat
dziewięćdziesiątych. Surowy w znaczeniu „oszczędny", ale nie „minimalistyczny”.
Bo pod względem brzmienia i wydźwięku samych kompozycji jesteśmy tutaj w
najbardziej na północ wysuniętym miejscu Półwyspu Skandynawskiego, gdzie piździ
tak, że nawet podwójna para skarpetek założonych na noc niewiele daje. Wszelkie
standardy produkcji z okresu wybuchu drugiej fali zostały tutaj utrzymane, na
tyle, że gdyby komuś niezaznajomionemu w temacie puścić te nagrania, bankowo
obstawiał by, że to jakiś album sprzed niemal czterech dekad. Co do samych
aranżacji, podobnie. Jak tutaj wali starą szkołą, to bardziej chyba nie może. Jednocześnie
pochwalić należy umiejętność łączenia przez Dunów owej bezwzględnej surowości,
mającej w sobie więcej jadu niż tajpan pustynny, z wpadającą w ucho melodią.
To, w jaki sposób chłopaki dozują te dwa składniki, to jest najwyższa półka
muzycznego wyczucia. Niepotrzebne im wyskoki w ulraszybkości, czy poszukiwanie
skrajnych rozwiązań. Wręcz przeciwnie. Poza wspomnianą surowością, albo może
raczej w niej, znajdziemy także fragmenty niemal akustyczne, bardziej
klimatyczne, nastrojowe, budujące klimat lasu pokrytego śnieżnym puchem. Ba!
Taki „Den Kvælende Frost” zaczyna się motywem dungeon sunth’owym, jak nic
kojarzącym się z wczesnym Mortiis. Wszystko tutaj płynie niczym norweski górski
potok, przyspieszając na prostych, zwalniając na zakrętach, ale ani przez
chwilę nie tracąc ani celsjusza ze swojej temperatury. „Sindets Skygger Hvisker”
to album nieodkrywczy, oparty na starych wzorcach, a zarazem wciągający i
uzależniający jak hera. Warto sprawdzić, nawet jak się nie ćpie.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz