niedziela, 26 lipca 2026

Recenzja Horns of Abomination “Horns of Abomination”

 

Horns of Abomination

“Horns of Abomination”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Sentient Ruin Laboratories raczej rzadko wydają materiały demo. Rzadko nie znaczy jednak nigdy, bowiem „Horns of Abomination” demówką jest właśnie. Ten Amerykański, anonimowy twór swoją twórczość kieruje do bardzo specyficznego odbiorcy, a że wydawnictwo zawiera jedynie trzy kompozycje, zamykające się w dziesięciu minutach, to i poematów o nim pisać nie zamierzam. Sprawa jest totalnie prosta, zupełnie jak sama muzyka. Lubicie prymitywne blackmetalowe wysrywy pokroju Von czy wczesny Beherit? No to proszę się częstować. Powiedzieć o tych nagraniach, że są surowe, to jak nie powiedzieć nic. Garażowe brzmienie, z brzęczącą niemiłosiernie perkusją, przefuzowane gitary, schowane w tle, przesterowane wokale, i banalne w sumie linie gitarowe. Lo-fi na pełnej. Wspomniana perkusja to już naprawdę szczyt prostoty. W zasadzie można powiedzieć, że zmian rytmu nie ma tutaj w ogóle. Jak się zaczyna na jednostajnym łupaniu, tak się kończy. O melodii zapomnijcie. To mechaniczna ściana dźwięku z wybuchającymi niczym wulkan wspomnianymi wokalami, równie szablonowymi co i cała reszta. Jeśli ktoś chciałby zamanifestować swoją nienawiść do współczesnego black metalu, romansującego z gatunkami odległymi, pełnego wyszukanych harmonii i pełnego patosu, to wyraziłby ją dokładnie w ten sposób, co ludzie tworzący Horns of Abomination. Krótko i odsadnie. Ten materiał to kolejna pozycja do kolekcji dla antyfanów ewolucji, rozwoju, poszukiwań. „Horns of Abomination” to bezceremonialne „fuck off” do współczesnej sceny, zwłaszcza do tych, którzy nazwą je bezsensownym buczeniem. Tyle w temacie. Każdy z was już wie, czy po tą demówkę w ogóle sięgać, czy kompletnie ją zignorować.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz