Tak sobie myślę, że dobrze, iż panowie postanowili
nazwać zespół w swoim narodowym języku, bo Blood’ów było już przynajmniej
kilka. A tak tamy „krew” po węgiersku. Zresztą nie tylko krew, bo i wszystko
inne. Z kraju naszych bratanków zbyt wielu klasyków się na przestrzeni dekad
nie doczekaliśmy. Owszem, wypada wymienić tutaj choćby kultowy Tormentor, ale na
podobny poziom jakoś nikt inny z kraju nad Dunajem się nie wspiął. Nie wespnie
się też pewnie Vér, ale akurat tym załogantom wypada oświęcić przynajmniej
kilka słów. Dlaczego? Bo mimo iż nowinek w ich twórczości nie uświadczymy, to
debiutancki album owego zespołu naprawdę niejednemu może sprawić mnóstwo
radości. Panowie obracają się w klimatach staroszkolnego death metalu, czerpiąc
inspiracje z klasyków lat dziewięćdziesiątych. Nie obierają jednak azymutu na
jeden konkretny cel, a rozglądają się w zasadzie na wszystkie strony świata.
Dzięki temu możemy na „A Féreg Pusztulása” usłyszeć echa kilku ekip ze Stanów
(od Incantation po Massacre), Europy (Morgoth), po zakątki północne (w bardziej
klimatycznych momentach Utumno, czy Gorement). To oczywiście takie szybkie
skojarzenia, i trochę rozbieranie twórczości Węgrów na czynniki pierwsze, bo te
pół godziny to, jako całość, solidna podróż w przeszłość, ale na własnych,
ustalonych przez zespół zasadach. To coś na kształt czytania młodemu adeptowi sztuki
metalurgistycznej definicji z pożółkłej księgi, przedstawiającej środków, za
pomocą których starzy nauczyciele, dziś najczęściej czeszący posiwiałą brodę,
tworzyli gatunek wiecznie żywy, nawet jeśli zwierający słowo „śmierć” w nazwie.
Nasze bratanki w sposób wzorowy kultywują tradycje lat minionych, stosując
naprawdę kolorowy wachlarz środków bezpośrednich, albo bardziej wyszukanych
(jak na tamte czasy) trików. Ciężko się na tej płycie doszukiwać jakichś
wybijających się ponad poziom fragmentów, bo całość jest cholernie spójna i
równa. Biorąc natomiast pod uwagę fakt, iż materiał ten został opatrzony
organicznym brzmieniem, niczym nie ustępującym najlepszym współczesnym naśladowcom
starego stylu (przecież nie napiszę, że to Floryda z roku dziewięćdziesiątego
pierwszego, bo mnie ktoś śmiechem zabije), to tym piosenkom nie da się
kompletnie nic zarzucić. Te nagrania to, po raz kolejny, odgrzanie kotleta na
mój ulubiony sposób. „A Féreg Pusztulása” wyjdzie na świat dopiero w pierwszych
dniach grudnia, i normalnie poczekałbym z tą recenzją jeszcze jakiś czas.
Biorąc jednak pod uwagę, że chłopaki niedługo zagrają u nas koncert,
postanowiłem opublikować te kilka słów nieco wcześniej. I, nie, wcale nie
dostanę za to darmowej wejściówki, czy nawet gratisowego piwa od organizatora. Szczerze
zachęcam do zapoznania się z muzyką Węgrów, bo chłopaki mają smykałkę do
starych piosenek. Jestem przekonany, że na żywo będzie to cios wagi ciężkiej.
Jest to kapela ze Zjednoczonego
Królestwa, która muzykuje już sobie od 1996 roku. Jakoś często się nie
udzielają, bo od momentu powstania do dzisiaj, uzbierali cztery demosy, dwa
albumy i razem z „Encyclopaedia Sociopathica”, dwie epki. Niniejsza, to sześć
kawałków muzyki, która powinna spodobać się wielbicielom ciężkiego core’a,
pomieszanego z industrialnymi rytmami i odrobiną brudnego, diabelskiego rocka.
W dużym skrócie, taki miks stworzony z dajmy na to Crowbar, Godflesh i Rob’a
Zombie. Zatem całkiem fajna i trochę inna napierdalanka, która niczym kafar
wbija w glębę, ale nie tylko, bo także nieźle buja. Ciężkie żużlowate
brzmienie, słoniowata sekcja rytmiczna i ordynarne, jakby od niechcenia,
wydobywające się z gardła gościa przy mikrofonie wokalizy. Gęsto tu i duszno
jak cholera, lecz i delikatnie skocznie, bo oprócz zawiesistych i śmierdzących
bagiennym rozkładem riffów, sporo na tym materiale jest groove’u. Dlatego
pomimo swojej słusznej wagi, zwartej struktury i braku powietrza, gdyż trujące
miazmaty to tutaj przewaga, „Encyclopaedia Sociopathica” wchodzi gładko,
wciągając do swego świata. Krainy pełnej brudu, rozkładu i wszelkich
obrzydliwości, pochodzących z chorej wyobraźni człowieka. Hipnotyzując i
miażdżąc zarazem, zasypuje niszczącymi riffami, które wraz bębnami i zdartym
wokalem, przypominają pokrytą smarem, skrzypiącą machinę rodem z „Mad Max’a”.
Maszyneria, która nie zatrzyma się przed nikim, ani niczym. Sypiąc mułem,
piachem z rdzy i ciągnąc za sobą smród spalonego leju, prze do przodu. Mozolnie,
ale skutecznie osiągając swój cel, którym jest destrukcja, której dokonuje
nienagannie, kołysząc biodrami. Wydawnictwo bardzo dobre. Mroczne i
jednocześnie syfiaste. Pycha mówię wam.
Tak się zastanawiałem, jaki będzie następny album
Temple Nightside po oczyszczeniu składu z człowieka, którego niestety znałem
osobiście, a który okazał się przywołującym mdłości zboczeńcem z gatunku tych,
którymi brzydzę się najbardziej. Jeszcze przed wyjściem szydła z worka ów
członek (że tak to delikatnie ujmę) zapewniał mnie, iż spora część muzyki
Temple Nightside jest jego autorstwa. Słuchając „Cenotaph Severance” muszę
stwierdzić, że albo, opcja pierwsza, tym razem nie kłamał, albo Bjornowi, o ile
to jednak on jest głównym riffotwórcą, przetasowały się standardy. Piąty krążek
Australijczyków jest bowiem mocno inny od poprzednich. Nie dość że inny, to też
nierówny. Zmieniło się sporo. Przede wszystkim niemal całkowicie wywieziono
gruz, którego na tym krążku są zaledwie ostatki. Przy okazji wyczyszczono
brzmienie i skierowano azymut bardziej na tradycyjny, północny black metal.
Może nie do końca, ale wyraźnie. Ponadto wpuszczono w nowe kompozycje
zdecydowanie więcej melodii, która już totalnie kłóci mi się z tym, za co
Temple Nightside kochałem. Owe melodie mają czasami wyraz nawet nieco thashowy,
gdzie indziej typowo nordycki, a chwilami nawet amerykański (są tu momenty
kapkę zajeżdżające Immolation). Jakby jednak na to nie patrzeć, są to
kompozycje bardziej przystępne i uczesane. Tak naprawdę, to słuchając tej płyty
cały czas drapię się w głowę i zastanawiam, co tutaj się podziało. Bo przyznać
trzeba, że momenty są, jak choćby w „The Slow Embalming of the Will”, gdzie
gnieceni jesteśmy niezłym walcem (choć, znów, w mocno wysterylizowanej z brudu
formie), ale już taki „Within Sepulchral Walls” to kawałek oparty na
trzecioligowym, nudnawym riffie osiedlowego zespołu dopiero rozpoczynającego
swoją przygodę z death / black metalem, który takim wyjadaczom jak Temple
Nightside splendoru bynajmniej nie przynosi. A biorąc pod uwagę iż rzeczony
kawałek w drugiej części przechodzi w typową skandynawską tremolandę, tylko
potęguje mój niesmak. Wokale… Także one są na tym wydawnictwie pozbawione mocy.
Są poprawne, ale łagodniejsze, przeplatane szeptami, bynajmniej nie kryptowymi,
kompletnie nie pasujące mi do obrazu Kangórów. Kurwa, no rozczarowany jestem, i
to mocno. Oczekiwałem lawy, przynajmniej smoły, kapiącej z trzęsącego się w
posadach sufitu. Dostałem poprawny, średniej jakości black / death z momentami.
Dla mnie za mało.
Minęły cztery lata, no i jest…
czwarta płyta od włoskiego Assumption. Sześć numerów, które są kontynuacją
mozolnego grania sycylijczyków, czyli kolejne kilkanaście minut spędzone na
słuchaniu death-doom metalu. Nie będzie to zmarnowany czas, bo kwartet ten
doskonale sobie radzi z tematem i zapodaje swoją ciężką muzę z gracją. Jeśli
oczywiście można tak określić wylewanie ołowiu przez blisko trzy kwadranse.
Niemniej jednak Włosi potrafią przyciągnąć do swoich ciężkich rytmów.Jak i
poprzednio, tak i na „Paradox of the Arrow” robią to bez trudu, zalewając nas
gęstymi riffami o mocno doomowym charakterze, ponieważ to powolne mielenie
niesie ze sobą niepokojącą atmosferę. Okresowo zwalnia do granic absurdu,
zamieniając się w funeralne tony. Dźwięki wiszą wtedy w przestrzeni bądź wiją
się jak węże, roztaczając dysonansowe lub rozwleczone nuty, niemalże
zatrzymując czas i wpędzając słuchacza w stupor. Gdy mają już dość tego
swoistego stanu nieważkości, przyspieszają do ociężałego kłusu, rozpędzając się
momentami w szalone blasty, rodem z rasowego death metalu na podobę chociażby
takich kapel jak Incantation. Na stylistyczną nudę nie ma u Assumption miejsca,
bo panowie lubią się pobawić także nowoczesnymi zabawkami i rozwiązaniami,
uzupełniając swoje kompozycje o ambientowe wstawki. Na tym nie poprzestają,
dokładając do swojego osowiałego i tego nieco brutalniejszego kostkowania,
psychodelicznych i nieoczywistych akordów, które objawiają się w formie
wysokotonowych zagrywek bądź wibrujących, ornamentalnych wtrętów,
funkcjonujących pośród głównych, sękatych tekstur. Świetnie się tego słucha,
unosząc się na powierzchni muzyki Włochów, ponieważ wyporność ma dość dużą.
Bardzo dobry death-doom metal, monumentalny i zaskakujący, którego polecić
trzeba.
Zapraszam dziś na kolejny odcinek dywagacji pod
tytułem „czy Amerykanie potrafią w black metal” tudzież „Czy debiuty wydawana
własnym sumptem są cokolwiek warte”. Zresztą co tam, dywagacji… Pomińmy tę
część zasadniczą, i od razu odpowiedzmy na oba, jakże mocno frapujące nas
pytania. W dziewięćdziesięciu
procentach: nie! W przypadku Wyrm Chasm mamy combo, bo „Wyrm Chasm”,
ośmioodcinkowy album, który panowie właśnie puszczają w świat, jest faktycznie
debiutem, a muzycy mieszkają za Wielką Kałużą. Cóż można napisać o tych
czterdziestu, z haczykiem, minutach muzyki. Ano to, że jest boleśnie wręcz
wtórna, nijaka, schematyczna, i kompletnie bezduszna. Ale ja wiedziałem, że
taka będzie jeszcze zanim włączyłem pierwszą piosenkę. Bo jeśli na zdjęciu
promocyjnym widzę czterech brodaczy, o sympatycznych mordkach, nawet lekko
uśmiechniętych, to można domniemywać, że będzie to albo jakaś solidna
awangarda, albo rzadka kupa. Awangardy nie ma tu za jotę, a black metalu tym bardziej.
Chociaż nie, przepraszam. Technicznie to on jest, bo kompozycje Wyrm Chasm to
poprawnie zagrane popłuczyny po Emperor (acz klawiszy zdecydowanie brak),
Satyricon, czy innych norweskich klasykach.
Rzecz w tym, że brzmi to bardzo marnie, a w połowie płyty nawet zaczyna
lekko wkurwiać. Naśladowców Półwyspu Skandynawskiego na amerykańskiej ziemi
było już wielu. Jedni bardziej (w zdecydowanej mniejszości), inni mniej (w
srogiej przewadze) godni uwagi. Wyrm Chasm zdecydowanie, i bez wahania wrzucam
do worka numer dwa. Jeśli mam się na siłę doszukiwać w tej muzyce jakichś
plusów, to napiszę, że jest poprawnie wyprodukowana, że nie ma na tym krążku
żadnych wywołujących salwy śmiechu kiksów, że chwilami trafiają się nawet riffy
i melodie trzeciej kategorii, że wokal jest, w dolnej bo dolej, ale granicy
przyzwoitości. Ale to troszkę za mało, by zmusić mnie do odsłuchu numer dwa.
Tym bardziej, że nawet ten komputerowo wygenerowany smok z okładki odstrasza, i
dobitnie świadczy o guście artystycznym panów z Teksasu. Dajcie sobie z tym
spokój i nawet nie sprawdzajcie, bo każda sekunda z „Wyrm Chasm” mogłaby być
lepiej przez was spożytkowana. Na przykład na dłubanie w nosie.
Jakiś czas temu, ponieważ pod
koniec września pojawił się drugi krążek, niemieckiego kwintetu Nail by Nail. Poza
intro i interludium, to sześć kawałków black metalu takiego akuratnego, bo skierowanego
do szerszego grona odbiorców, którego charakter można powiązać z takimi grupami
jak chociażby Watain. To typowo teutońskie podejście do diabelszczyzny, w
której epicką klimatyczność łączy się z agresją. Zwyczajowa mieszanka tremolo i
klasycznego kostkowania, która mknie w eter dość szybko, co nie oznacza, że
wolniejsze momenty są tej kapeli obce, gdyż w drugim wałku „Katharsis”, szóstym
„Above the Black Tower” i zamykającym ten album „The Valley of Sorrow”,
dominują średnie i wolne tempa. Kreują one wraz z akordami, chmurne i
jednocześnie refleksyjne melodie. Reszta kompozycji poczyna sobie wyraźnie
żwawiej, serwując zamiecie i zawieje, a i gołoledzią też potrafią poczęstować. Black
metal stworzony zgodnie z prawidłami sztuki, bo i zimne gitary tu są, wycofana
sekcja rytmiczna oraz siarczyste wokalizy, które rozmawiają sobie czasami z
tymi bardziej niskimi, formując atrakcyjnie brzmiący dialog. Nail by Nail nic
nowego nie wnoszą do tego gatunku i grają po prostu swoje, blendując
atmosferyczność z mrozami północy oraz dokładając do wszystkiego sporo
melancholii, która w połączeniu z dobrze poprowadzonymi tremolo, może czasami i
Mgłę przypominać, a w chwilach, gdzie słychać klawisze, to i wczesnym Emperor
zapachnie. Materiał poprawny, dla raczej grzecznego odbiorcy.
Kurcze, był już jakiś Asphyx z Grecji? Nie? No to
już jest. Nie, no może trochę sprawę upraszczam i od razu wykładam wszystko na
talerzu, ale tak mi się jakoś wymsknęło. Casket Dweller to helleńska świeżynka,
i kolejna doskonała pozycja w katalogu rosnącej u mnie do miana jednej z
ulubionych wytwórni Nuclear Winter Records. „River of Slumber” to trzydzieści
trzy minuty starego, klasycznego śmierć metalu, głównie o europejskim
rodowodzie. Można powiedzieć, że podstawą całości jest w tym przypadku
szwedzizna. Co prawda samo brzmienie to niekoniecznie piach pod tytułem HM-2,
bo zdecydowanie więcej tutaj choćby brytyjskiej stali, jednak same harmonie,
czy przewijające się bardzo często d-beaty wskazują ewidentnie na północną
szkołę metalizacji. Drugim najbardziej słyszalnym składnikiem jest tu z kolei
Holandia. Trochę wczesnopestilence’owa, ale przede wszystkim Asphyxowata.
Choćby pod względem wspomnianych, wojennych riffów, jak i, chyba w głównej
mierze, w sferze wokalnej. Głos Vangelisa (nie, nie tego od „Conquest of
Paradise”), który w zespole także bębni, jak żywo przypomina mieszankę Marca
Grewe i Martina van Drunena. Kompozycje na tym krążku nie są specjalnie
zróżnicowane pod względem tempa, przynajmniej w tym znaczeniu, że raczej nie
doświadczymy tutaj sinusoidy i tasowania zwolnieniami / wejściami w blasty.
Owszem, całość toczy się w tempie słusznym, ale zdecydowanie większy nacisk
muzycy kładą na agresywne, choć poniekąd chwytliwe melodie. Niektóre z nich są
tak klasyczne, że naprawdę można zwątpić, który mamy rok. Z drugiej strony o
żadnym zrzynaniu nie ma tutaj mowy. To najlepszy przykład zastoju w ewolucji,
bowiem panowie najwyraźniej stanęli okoniem w połowie lat dziewięćdziesiątych,
i niczym osioł, nie mają zamiaru postawić ani kroku wprzód. Co najwyżej do
tyłu, czego świadectwem wyborna heavymetalowa solówka w „Burnt at the Stake”. Zresztą
o tym, że najbardziej inspirują ich starocie najdobitniej świadczy już samo
intro, gdzie przy dźwięku projektora kinematograficznego niski głos zaprasza
nas do wysłuchania najbardziej przerażającego filmu jaki kiedykolwiek powstał.
I mam tylko nadzieję (na chwile obecną niestety nie jestem w stanie tego
stwierdzić), że faktycznie wkładka płyty bogata jest w czarno-białe lub sepiowe
obrazki. „River of Slumber” to wyśmienita płyta, której słucha się od początku
do końca z podwyższonym pulsem. Gdyby te nagrania ukazały się trzydzieści lat
temu, byłyby dziś klasykiem równie istotnym, jak te, do których /grecy na
swojej płycie nawiązują. Pełna
rekomendacja!
- jesusatan
Casket
Dweller
“River of
Slumber”
Nuclear
Winter Rec. 2026
Geez, has
there been an Asphyx from Greece before? No? Well, there is now. No, maybe I’m
oversimplifying things a bit and laying everything out on a silver platter
right away, but it just kind of slipped out. Casket Dweller is a fresh Hellenic
act, and another excellent addition to the catalog of Nuclear Winter Records,a
label that’s quickly becoming one of my favorites. “River of Slumber” is
thirty-three minutes of old-school, classic death metal, primarily of European
origin. You could say that the foundation of the whole thing in this case is
Swedish influence. Admittedly, the sound itself isn’t necessarily pure HM-2,there’s
definitely more of a British steel here, but the harmonies and the frequently
recurring d-beats clearly point to the Nordic school of metal. The second most
audible influence here is the Netherlands. It’s a bit reminiscent of early
Pestilence, but above all, it’s very much in the vein of Asphyx. This is
evident not only in the aforementioned war-like riffs but also, perhaps most
notably, in the vocals. Vangelis’s voice (no, not the one from “Conquest of
Paradise”), who also plays drums in the band, vividly resembles a mix of Marc
Grewe and Martin van Drunen. The compositions on this album aren’t particularly
varied in terms of tempo, at least in the sense that you’re unlikely to find a
sinusoidal pattern here or a mix of slowdowns and blast beats. Yes, the whole
thing moves at a good pace, but the musicians definitely place greater emphasis
on aggressive, yet somewhat catchy melodies. Some of them are so classic that
you really start to wonder what year it is. On the other hand, there’s no
question of copying anyone here. This is the best example of stagnation in
evolution, as these guys clearly got stuck in the mid-nineties and, like a
stubborn donkey, have no intention of taking a single step forward. If
anything, they’re moving backward, as evidenced by the exquisite heavy metal
solo in “Burnt at the Stake.” In any case, the fact that they’re most inspired
by old-school stuff is most clearly demonstrated by the intro itself, where, to
the sound of a movie projector, a deep voice invites us to listen to the most
terrifying movie ever made. And I can only hope (though, unfortunately, I’m not
in a position to say for sure at the moment) that the album’s insert is indeed
filled with black-and-white or sepia-toned images. “River of Slumber” is an
excellent album that keeps your heart racing from start to finish. If these
recordings had been released thirty years ago, they would be just as
significant a classic today as the ones the band references on their album.
Highly recommended!
Oto wrócił Aldrahn ze swoim
projektem Urarv, a dokładniej z nową, trzecią już płytą tego szyldu. Tym razem
jest to pięć utworów, które łącznie dają ponad pół godziny muzy. To niezmiennie
awangardowo potraktowany black metal, ale w przypadku tego artysty jak i tej
kapeli, to nic nowego więc nikt zdziwiony zawartością „Nychta Psychis” być nie
powinien. Nic w sumie strasznego, czy też specjalnie dziwacznego na tym krążku
się nie znajduje. Jest to mieszanka klasycznej diabelszczyzny z lat
dziewięćdziesiątych, thrash metalu i psychodelicznych gatunków, co układa się w
mocno pokręconą muzę, której jednak porządek znaleźć jest łatwo. Nie stanowi to
większego problemu, bo to dość sprawne i pomysłowe połączenie różnych typów
rzępolenia, które oprócz mizantropijnego i wychwalającego Szatana bleka z
okolic „Kronet Till Konge” i „Monumental Possessions”, gwarantuje również
narkotyczne odjazdy w późniejszym stylu DHG, trochę eksperymentów na podobę Ved
Buens Ende, wielokierunkowego biczowania jak u Aura Noire, a także sporo
połamanych i dysonansowych akordów, przypominających twórczość Furze. To muzyka
o wielu obliczach, ale łatwo ją przełknąć, ponieważ spec od blendowania stanął
na wysokości zadania, co spowodowało, że „Nychta Psychis” posiada gładkość
piętnastoletniej whisky. Poza tym złożony charakter aranżacji Urarv, wynika
głównie z wykorzystania przy ich pisaniu, wielu, przeciwstawnych sobie
elementów, które łączy w tym przypadku niewidzialny ścieg. Jest tak nie tylko w
warstwie dźwiękowej, ale również w wokalnej, bo Aldrahn popisuje się tutaj dość
szerokim wachlarzem głosów, z których każdy w punkt wpisuje się w dany moment
każdego z utworów. Polecam. Chore, groteskowe i totalnie diabelskie granie.
Czy ja jestem fanem projektów jednoosobowych? Nie.
Czy scena bułgarska jest sceną o znaczących metalowych tradycjach? Nie. Czy ja
lubię kobiety w metalu? No, kurwa, poza nielicznymi wyjątkami, z oczywistych, i
wielokrotnie przedstawianych tutaj powodów, nie. Czy jestem maniakiem funeral
doom metalu? Patrz: odpowiedź na pytanie poprzednie. I teraz taka sytuacja…
Dostaję promo Destruction of Orion, projektu ze wspomnianego kraju, tworzącego
właśnie w gatunku pogrzebowym, gdzie sterem i okrętem jest sobie Tehina
Spasova, czyli przedstawicielka płci pięknej. W życiu bym tego nie tknął, nawet
kijem przez papier, a jednak się skusiłem. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po
pierwsze, piorunujące wrażenie zrobiła na mnie okładka, która jakoś tak
idealnie spasowała mi się z tytułem płyty (trzeciej już zresztą w dorobku artystki).
A po drugie, album wydaje Aesthetic Death, których to darzę niemal
bezgranicznym zaufaniem. „Dimensions of Chaos” to niemal godzina muzyki,
praktycznie nie wychylającej się poza funeral doomowe standardy. A jednak
okazuje się, że nawet w tych sztywnych ramach można stworzyć prawdziwe
arcydzieło. Już samo intro wprowadza słuchacza w niesamowicie melancholijny
nastrój, a to co potem się dzieje jedynie to uczucie pogłębia. Każdy z sześciu
(jeśli nie liczyć intro / outro) numerów na tej płycie to lawina smutku,
rozpaczy i przytłaczającej beznadziei. I nie myślicie sobie, że owe negatywne
uczucia są tutaj koloryzowane klawiszowymi ozdobnikami, jak to nierzadko ma
miejsce u innych przedstawicieli gatunku. Owszem, instrumenty klawiszowe i
smyczkowe pełnią w obrazie „Dimensions of Chaos” istotną rolę. Bez nich muzyka
ta byłaby… niczym wspomniana okładka w negatywie. One podkreślają tutaj istotę
docierających do naszych uszu dźwięków. Partie skrzypiec są na tych nagraniach
tak autentyczne i depresyjne jak na płytach My Dying Bride z najlepszych
czasów. Zresztą do tych ostatnich można Destruction of Orion porównać także pod
względem ciężaru gitar. Ich tonaż to wypadkowa pomiędzy ekipą z Bradford a
Esoteric, prawdziwy soniczny kolos na kształt góry lodowej. Czuć w tych
kompozycjach prawdziwą udrękę i cierpienie, i słowo „prawdziwą„ chciałbym tutaj
zdecydowanie podkreślić. Bo nawet jeśli Bułgarka, jak wspomniałem, nie stosuje
środków muzycznych wykraczających poza standardy funeral doom, to swoje uczucia
przelewa na pięciolinię w sposób wyjątkowo szczery i emocjonalny. Przejawia się
to także w sferze wokalnej. Poza głębokim growlem (którym Tehina wbija się do
czołówki mojego osobistego rankingu ryczących jak zarzynany wół pań), podniosłą, niemal religijną atmosferę
budują czyste śpiewy o żałobnym wydźwięku, potęgując, i tak obecny tutaj na
każdym kroku, smutek. „Dimensions of Chaos” to płyta przesiąknięta uczuciami,
będąca swoistą kartką z pamiętnika osoby doświadczającej w życiu prawdziwego
piekła, będącej na skraju wyczerpania, jednak marzącej, by przed odejściem
przeżyć jeszcze choć jeden szczęśliwy dzień. Na koniec dodam jeszcze, że album
wyprodukowany został w Priority Recordings Studio przez Grega Chandlera, i
nikomu chyba dodatkowo tłumaczyć nie muszę, że ten facet zna się na swojej
robocie jak rzadko kto. Trzeci Destruction of Orion to obok debiutu Umus
najlepsza płyta z gatunku funeral doom jaką słyszałem w tym roku, a może i
nadprzestrzeni kilku ostatnich. Przepiękna rzecz.
-
jesusatan
Destruction Of
Orion
“Dimensions of
Chaos”
Aesthetic Death
2026
Am I a fan of
one-man projects? No. Does the Bulgarian scene have a significant metal
tradition? No. Do I like women in metal? Well, fuck, aside from a few
exceptions, for obvious reasons that have been discussed here many times, no.
Am I a funeral doom metal fanatic? See my answer to the previous question. And
now here’s the situation… I received a promo for Destruction of Orion, a
project from the aforementioned country, creating music in the funeral metal
genre, where Tehina Spasova, a representative of the fairer sex, is at the helm
alone. I would never have touched this with a ten-foot pole, yet I was tempted.
Why? For two reasons. First, the cover made a stunning impression on me. It
somehow matched the album title (the artist’s third release, by the way)
perfectly. And second, the album is released by Aesthetic Death, a label I
trust almost unconditionally. “Dimensions of Chaos” is nearly an hour of music
that hardly strays from funeral doom standards. And yet it turns out that even
within these rigid boundaries, a true masterpiece can be created. The intro
alone plunges the listener into an incredibly melancholic mood, and what
follows only deepens that feeling. Each of the six tracks (not counting the
intro and outro) on this album is an avalanche of sadness, despair, and
overwhelming hopelessness. And don’t think for a moment that these negative
emotions are merely embellished here with keyboard flourishes, as is often the
case with other artists in the genre. True, keyboards and string instruments
play a significant role in the soundscape of “Dimensions of Chaos”. Without
them, this music would be… like that album cover in negative. Here, they
emphasize the essence of the sounds reaching our ears. The violin parts on
these recordings are as authentic and depressing as those on My Dying Bride’s
albums from their heyday. In fact, Destruction of Orion can also be compared to
the latter in terms of guitar heaviness. Their sound is a blend of the Bradford-based
band and Esoteric, a true sonic colossus, like an iceberg. You can feel genuine
anguish and suffering in these compositions, and I’d like to strongly emphasize
the word “genuine” here. Because even if the Bulgarian, as I mentioned, doesn’t
employ musical techniques that go beyond the standards of funeral doom, she
pours her feelings onto the staff in an exceptionally sincere and emotional
way. This is also evident in her vocals. In addition to the deep growl (which
propels Tehina to the top of my personal ranking of women who roar like a
slaughtered ox), the solemn, almost religious atmosphere is built by clean
voices with a mournful tone, intensifying the grief that is already present
here at every turn. “Dimensions of Chaos” is an album steeped in emotion, a
sort of diary entry from a person experiencing true hell in their life, on the
brink of exhaustion, yet dreaming of experiencing at least one more happy day
before passing away. Finally, I must add that the album was produced at
Priority Recordings Studio by Greg Chandler, and I probably don’t need to
explain to anyone that this guy knows his craft like few others do. Destruction
of Orion’s third album is, alongside Umus’s debut, the best funeral doom record
I’ve heard this year, or perhaps even in the past few years. A truly beautiful
piece of work.
Jeśli macie ochotę na coś innego
niż metal, coś co bliższe jest rockowym brzmieniom, ale jest równie szatańskie,
to sięgnijcie po Marca Diaboli. To dość enigmatyczny, chilijsko-austriacki
projekt, który w zeszłym roku wydał swoją debiutancką epkę na kasecie za sprawą
niemieckiej wytwórni Sect Entropy. Tej jesieni na warsztat wziął ją ten amerykański
label i jedenastego września wypuścił „Labyrintomb” na winylu. Cóż zawiera ten
krążek? Jest to muzyka, będąca fuzją post-punka, psychodelicznego i gotyckiego
rocka z elementami black metalu. Wybrzmiewa to mniej więcej tak, jakby
wymieszać w jednym kotle i odpowiednio doprawić, The Devil’s Blood, Bauhaus,
Siekierę i początki twórczości Necromantia. Jeśli dorzucicie do tego jeszcze
coś na kształt Negative Plane i Amebix, to nie przesadzicie, ale osiągniecie
doskonale diaboliczne smoothie. Marca Diaboli gra muzykę na wskroś
przesiąkniętą okultyzmem. Melodie i akordy tego materiału niosą ze sobą
autentyczne napięcie i tajemnicę. To wciągające do swego mistycznego tańca,
stanowcze riffy, którym nie można się oprzeć, gdyż posiadają niebywałą siłę
przyciągania. Są zapewne „pobłogosławione” bluźnierstwem przez samego Rogatego,
który natchnął twórców, aby nieśli jego słowo w świat. Tak też się dzieje za
sprawą tych pięciu numerów, zagranych na zgrzytliwych gitarach, których
złowieszczy i przeklęty charakter podkreśla dźwięczny bas i surowa perkusja.
Towarzyszą im rzecz jasna czyste i aroganckie wokalizy, które miejscowo
prowadzą dialog z black metalowym warkotem. Muzyka trudna do sklasyfikowania,
ale żeby pławić się w jej magicznych nutach, uszeregowanie jej, nie jest
konieczne. Rejestrując „Labyrintomb” zadbano o odpowiednie brzmienie, które
ocierając się o lo-fi,uczyniło je brudnym i zgiełkliwym, co uwypukliło jej
sataniczne usposobienie. Dawno nie słyszałem tak przepełnionego złem krążka,
który nie zawiera muzyki metalowej. Pięć zaklęć, które usatysfakcjonują każdego
wielbiciela mroku i wszelkich jego przejawów. Zatem z nieczystym sumieniem
polecam. Świetna epka.
Nie jestem w stanie zliczyć, ileż to już było zespołów
z “void” w nazwie. Czy to pisanym razem, czy oddzielnie, w każdym razie od
chuja i jeszcze trochę. Powiem, że owa „pustka” nieco mnie zmyliła, bo
spodziewałem się, iż ten świeży szwedzki wykwit będzie obracał się gdzieś w
okolicach awangardy, black, czy ewentualnie doom metalu. A tutaj niespodzianka.
Panowie napierdalają soczysty punk / crust z zauważalnymi thrashowymi naleciałościami.
Skoczny i radosny, można powiedzieć. I cholernie nośny, bo mimo to, iż
praktycznie każdy numer oparty jest na d-beacie, a panowie wcale nie bronią się
przed oczywistym schematem rękoma i nogami, to przy „Into the Void” naprawdę
piwo samo się otwiera. Można tutaj mieć drobne skojarzenia z pobratymcami
chłopaków z Wolfbrigade, acz przyznać trzeba otwarcie, że mniej tu jednak tego
maksymalnego wkurwa, a więcej melodii i rock’n’rolla. Reprezentatywnym
przykładem na to o czym piszę niech będzie „An Everlasting Flame”, numer bardzo
mocno w klimacie Venom, albo Midnight (zależy kto w jakim wieku, i jakie ma
odnośniki). Rzeczonych Brytoli jest na płycie więcej, a ich spuścizna idealnie
splata się w punkowym rdzeniem. Podobnie jak odniesienia do Motörhead, których
też panowie kapkę dorzucili. Ciężko o takiej muzyce napisać coś odkrywczego,
więc może powiem tak… Na początku myślałem, że po ostatnich wieczorach z
Wolfbrigade czy Wolfbastard, Razorvoid spłynie po mnie jak woda po kaczce. Ale
już na etapie drugiego kawałka nóżka zaczęła mi przytupywać, a na twarzy
pojawił się grymas nazywany przez niektórych uśmiechem. Bo to niby po raz
kolejny „to samo”, no, może nie do końca, bo jednak drobne różnice są (choćby
ten klasyczny, thrashowy riff w „The Howling Wind”), ale jako iż album ten trwa
trzydzieści pięć minut, czyli znudzić nie zdąży, to stanowi idealny podkład pod
zimne bursztynowe. Coś jak rosół na weselu. Brzmienie jest tutaj staoszkolnie
prawidłowe, mocno agresywne i intensywne są wokale (acz w tym odłamie inaczej
to wyglądać nie powinno), kawałki mają swój wajb, to co tu się doszukiwać
dziury w całym? Żadne tam odkrycie, żaden kandydat nawet do płyty miesiąca, ot,
solidne punkowo thrashowe granie, które niejednemu wieczór, albo i kilka,
umili. Mi weszło wyśmienicie, smakowało, i głośno się odbiło.
Somn to czterech, młodo
wyglądających mężczyzn z Petersburga. Rosjanie na scenie pojawili się w 2018
roku i od tamtej pory wystąpili się na jednym splicie, a razem z „Consecration”
posiadają na swoim koncie dwie płyty. Co prawda „Consecration” na sklepowych
półkach pojawi się dopiero dwudziestego listopada, ale fani black metalu w
nowocześniejszym wydaniu, powinni już teraz wiedzieć, że warto po nią sięgnąć.
Somn gra podobno post-black metal, ale poza paroma, ambientowymi przerywnikami
i zaobserwowanymi, kilkoma odjazdami w blackgaze, to pozostałe części składowe
tutejszych utworów są czystym i dość agresywnym bleczurem, któremu momentami
jest całkiem blisko do norweszczyzny lat dziewięćdziesiątych poprzedniego
wieku. Panowie doskonale sobie radzą w tej stylistyce i bezpardonowo atakują
agresywnymi riffami oraz tremolo, które zasypują śniegiem i posępnymi
harmoniami. Wraz z zajadłymi wokalami i dobrze naoliwioną sekcją rytmiczną,
gitary kreują obraz soniczny, który przesiąknięty jest ponurą i mizantropijną
klimatycznością. Rosjanie także bardzo dobrze sobie radzą, generując formy
przynależne do wspomnianego „post”, a zwłaszcza blackgaze’owe ściany dźwięków,
które podbijają upiorność black metalu od Somn, gdyż w ich wypadku nie są to w
żadnym razie marzycielskie chwytliwości, lecz grobowe i minorowe melodie. Somn
idealnie i płynnie połączył ze sobą tradycyjne ujęcie z dzisiejszym podejściem,
uzyskując tym samym album, który odznacza się niezwykłą intensywnością i
namacalną sugestywnością. Współczesny black metal, ale jakże silny i prawdziwy.
Z dużą mocą oddziałuje na psychikę i bez trudu do siebie przekonuje. Coś nowego
i autentycznego. Polecam.
W przeprowadzonej przeze mnie rozmowie z Federico z
Bloodsoaked Necrovoid, którą chętni będą mogli przeczytać w najbliższym numerze
R’lyeh zine, facet powiedział mi, że zakochał się jakiś czas temu w
siedmiocalówkach. Znajduje to potwierdzenie w rzeczywistości, bowiem poza
wydanym właśnie przez Caligari Records splitem z Nekus, zespół wypuszcza także
splicik z Defunto, nakładem holenderskiej Seed of Doom. Celowo użyłem
zdrobnienia, bowiem materiał ten opiewa jedynie na dwie kompozycje, trwające
łącznie coś koło dwunastu minut. Po jednym strzale z każdej strony. Ten kapkę
dłuższy to wspomniany facet z nową brygadą. Ich kompozycja to nieco ponad
siedem minut prawdziwego, gniotącego trzewia walca. Coś mi się tak wydaje, że
po przeprowadzce do Hiszpanii muzykowi spadło ciśnienie, bo tworzone przez
niego piosenki zdecydowanie zwolniły, przybierając jednocześnie na ciężarze. I
klimacie, bo „Undying Aberrations of the Deepest Depravities” śmierdzi zgniłą,
cmentarną glebą i przeżerającym ją trupim jadem. Ten numer nie jest jakoś
specjalnie odkrywczy. Jest za to potwierdzeniem, że Bloodsoaked Necrovoid śmierć
noszą w sercu, i stale krąży ona w ich krwioobiegu. Gdybym nie widział facetów
na żywo, mógłbym pomyśleć, że to jakieś zombiaki, a tempo granej przez nich
muzyki wynika z pośmiertnego niedowładu kończyn. Grób, stęchlizna, i gnicie w
wysokim stadium rozwoju. Oczywiście wszystko w równie gnilnym brzmieniu, tyko
oblizywać paluszki. Defunto nie znałem. I już znam, przynajmniej pobieżnie. Ich
utwór pod względem tempa nie odstaje od poprzednika, acz ma nieco inny wyraz.
Bardziej bezpośredni, prosty, powiedziałbym, że nie tak dojrzały. Biorąc pod
uwagę, iż faktycznie jest to świeżynka na metalowej scenie, trzeba przyznać, że
ich twórczość wróży całkiem nieźle. Panowie umiejętnie wplatają w swój walec „kaznodziejskie”
sample, czym na pewno pogłębiają klimat przewijającej się przez te cztery
minuty grozy i duchoty. Chętnie posłucham co nagrają w przyszłości. To wydawnictwo
to istota splitów, znana od dekad. Znając jeden band, poznajesz podobny, a
potem owe odgałęzienia się rozrastają. Dlatego lubię tego rodzaju kooperacje.
Zatem i tą siódemeczkę bardzo chętnie zakupię do kolekcji.
Historia istnienia tej kapeli sięga
parę lat wstecz, ponieważ wszystko zaczęło się około 2010 roku. Ostatecznie
Überchriist, po wielu perturbacjach, swój pierwszy materiał w postaci epki
wydał dopiero pięć lat temu. Po kolejnej przerwie wraca z debiutanckim
krążkiem, który zawiera dziesięć numerów w black metalowym tonie. Amerykanie
całkiem nieźle w tym gatunku sobie radzą, co nieczęsto się za wielką wodą
zdarza, ale reprezentują powszechny odłam rogacizny, którą (znów) można
przyrównać do Watain czy późnego Satyricon. Na „Dæmonic Apotheosis” funkcjonuje
mniej więcej ta sama estetyka, czyli diabelska agresja i klasyczna epickość.
Całość dobrze wyważona, układa się w bez problemu przyswajalną muzę, która
złożona jest z zimnych tremolo, tradycyjnego, heavy metalowego kostkowania i
nastrojowych momentów na czystych strunach. Do tego dołożono sporo melodii i
gdzieniegdzie syntezatorowych podkładów, co wraz ze zbajerowanymi wokalami,
generuje pełen dramatyzmu i wzniosłości black metal. Oprócz estetycznych
wspaniałości potrafi on również zaskoczyć mrokiem i wściekłymi blast beatami, a
i zimnej mizantropii w nim także znajdziecie pełno. Überchriist gra ostrą
muzykę, wypełnioną triumfalnymi i chwilami dość apodyktycznymi riffami, które
okresowo zmieniają się w bardziej przystępne, harmonijne akordy, co stanowi o
fuzji istniejącej w ich kompozycjach. Fuzji nieokiełznanej, lodowatej łupanki z
finezyjniejszym podejściem do szarpania strun. Wykreowało to album, który
indywidualizmem pochwalić się nie może, ale w niektórych fragmentach oferuje
diabelszczyznę o dużej wielowarstwowości, budującej wraz z licznymi zmianami
tempa, różnymi sposobami na kostkowanie i ściskającymi serce chwytliwościami,
atrakcyjny black metal. Jeśli lubicie główny, ogólnodostępny nurt tego gatunku
to bierzcie, satysfakcja gwarantowana.
Chcecie sobie posłuchać szwedzkiego death metalu ze
Stanów? Proszę bardzo. Co prawda nieco rozśmieszyła mnie informacja od wydawcy,
że oto zespół jest „Inspired by such legendary acts as Dismember, Grave,
Entombed, Unleashed, Pestilence, and Crematory”, bo skąd się tam wziął band
holenderskiego narcyza, za Diabła nie jestem w stanie pojąć haha! Poza tym
wszystko się zgadza. Demonic Manifestation faktycznie najbardziej ze wszystkich
odłamów kochają na potęgę ten skandynawski, i dobitnie dają temu dowód na swoim
trzecim już krążku. Wspomnianej szwedzizny mamy tu, jakoś na oko, z
osiemdziesiąt procent, bowiem w kompozycje Demonic Nanifestation wkradło się
też nieco amerykanizmów. Zatem, jest głównie melodyjnie na swój
charakterystyczny sposób, a niektóre zapożyczenia noszą w sobie niemal znamiona
plagiatu. Kilka razy bowiem spotkacie się na tym albumie z fragmentami
praktycznie żywcem wyciętymi z Dismember (głównie) czy Entombed (nieco
rzadziej). I nie chodzi mi jedynie o zapiaszczone na północną modłę gitary, czy
brzmienie z wiadomym efektem, ale wprost – o riffy! No nie chce mi się teraz
szukać, żeby palcem pokazywać, ale, wierzcie mi, tak jest. Nie wiem, mi to
generalnie nie przeszkadza, bo gdyby miało, to nie słuchałbym kilkudziesięciu
innych płyt silnie inspirowanych klasykami gatunku. Tym bardziej, że ma to swój
vibe, ładnie żre, i sprawia kupę radochy. Z tych amerykanizmów, to wspomniałbym
chyba późniejszy Morbid Angel (acz bez Azagthoth’owych solówek), albo
Incantation. Głównie pod względem masywnych, równoważących szwedzką melodię
akordów. Jest to zatem metal of death starej daty, brzmiący zdecydowanie staroszkolnie,
bez wybitnej finezji technicznej, ale nie pozbawiony kilku fikuśnych solówek,
grany od serca, przez maniaków dla maniaków. O, może wspomnę jeszcze o
fragmentach, krótkich bo krótkich, bardziej klimatycznych. Bo są tu chwile,
kiedy wchodzą jedynie gitary na zasadzie akustycznych, albo płynące mocno
melancholijnie (patrz: „Host”), a wtedy można sobie w głowie włączyć lampkę pod
tytułem Utumno albo Gorement. No ale to nadal Szwecja, jak by nie patrzeć. Nie
jest złe to granie, jednocześnie murów taranem nie przebija. Kto lubi muzykę z
kraju na północ od Helu, niechaj sobie wrzuca na ruszt. Niestrawności nie
przewiduję, aczkolwiek Magda Gessler pewnie by kręciła nosem, że odmrażane. Ja
zjadłem, smakowało.
Znacie Smoulder? Ja do teraz ich
nie słyszałem. Dla tych co nie wiedzą, to kanadyjsko-amerykańska kapela, która
działa od 2013 roku. Kilka dni temu wydali swój najnowszy, trzeci w karierze krążek.
Na poprzednich produkcjach podobno brzmieli na klasyczny doom, ale na „Witch
Wife in an Alien World” odeszli trochę od poprzedniego konceptu, dokładając do
swoich aranżacji sporo epickiego heavy metalu, ale kilka inspiracji grecką
sceną black metalową da się tutaj również wychwycić. Zaowocowało to muzą
złożoną z masywnych riffów, złowieszczych melodii i chwytliwych refrenów.
Świeżutki Smoulder to także szybkie rytmy, power metalowe galopady, strzeliste
solówki i epicki rozmach. Całość wygenerowana na dość ciężkich i gęstych
gitarach, którym towarzyszą zwaliste bębny i solidnie nastrojony bas. Nie
sposób, nie wspomnieć o wokalach, które wydobywa ze swoich strun głosowych
Sarah Ann, przypominając to czym niegdyś szczycił się Messiah Marcolin, tyle że
w tym przypadku, to kobieca wersja popisów solowych. Śpiew Sarah Ann idealnie
pasuje do podniosłości i teatralności metalu kreowanego przez ten kwintet.
Podbija w punkt dramatyzm i napięcie budowane przez sekcję rytmiczną i zmienne,
wypełnione licznymi smaczkami technicznymi kostkowanie. To metalowe granie,
które klasyczne jest do bólu i może wydawać się nieco już zgrane. Jednakże po
postacią „Witch Wife in an Alien World” udowadnia, że nie do końca, ponieważ z
tej płyty nie da się ukryć, trąci myszką, lecz i także świeżymi oraz
nietuzinkowymi jak na ten gatunek pomysłami. Polecam, tradycjonalizm w bardzo
dobrym wydaniu.
Rito Profanatorio. Fajna nazwa, a po hiszpańsku
brzmi jeszcze lepiej niż jej tłumaczenie. No i zwiastuje, że będzie dobrze, tym
bardziej, że zespół pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie z Peru. To już
ich trzeci album. Poprzednich nie znam, ale, kurwa jego mać, muszę koniecznie
nadrobić. Będzie krótko, i na temat. Ci kolesie czują starego ducha black /
death metalu! Po krótkim introsie walą w ryj schematycznym (acz w pozytywnym
tego słowa znaczeniu), dość prymitywnym, za to na wskroś agresywnym napierdolem,
który od pierwszych chwil może kojarzyć się z takimi legendami lat
osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych jak Sarcofago, Masacre, czy rodzimy
autorom Mortem. Przede wszystkim, z tej muzyki bucha, niczym płomień w kotle
starej węglowej lokomotywie, maksymalny wkurw. Wkurw bardzo mocno
charakteryzujący wspomniany zakątek globu, wkurw, za który tamtejsze granie
cenię najbardziej. I o ile często trafiają mi się zespoły z Chile, Peru,
Kolumbii czy Ekwadoru, które kultywują tamtejsze tradycje na bardzo wysokim
poziomie, tak Rito Profanatorio jest chyba najdobitniejszym, najdokładniejszym
przedstawicielem wszystkiego, co w tamtejszej scenie najlepsze. Ja pierdolę,
jaki to jest rozjeb. Jak to wszystko płynie prosto z serducha, jak mnie
rozkłada na cząstki pierwsze! Ten teoretyczny chaos gitarowy, te wściekłe riffy
tasujące się na przemian, mające swoją genezę zarówno w pierwowzorach thrash,
death jak i black metalu. To brzmienie, które jest klasycznym przykładem
surowizny sprzed circa czterdziestu lat, te wokale… Nie tylko wyrzygujące całą,
zalegającą żółć, plujące w twarz Nazareńczykowi i bluźniące na religię
chrześcijańską, ale też chwilami totalnie spontanicznie przechodzące w te
typowe dla lat osiemdziesiątych wysokie rejestry, nazywane przez niektórych
pisakami. Perka… No kwadrat, kwadrat na sterydach, nakurwianie z taką siłą, że
pewnie paluchy podczas sesji nagraniowej ostro krwawiły. Wspomniałem o
prostocie, ale nie mylcie jej z brakiem umiejętności. Ci kolesie
niejednokrotnie na ”Rameras del Doablo” udowadniają, że w instrumenty potrafią,
a stosowane przez nich oszczędne środki są tutaj aplikowane z pełną
świadomością i zamiarem bezpośrednim. Odpowiedni klimat robią też wplatane
miejscowo mroczne interludia w postaci rytualnych szeptów, kazań szamańskich
czy kozich odgłosów. Ha! Standard,
powiecie. Może i tak, ale jeszcze raz powtórzę. I podkreślę. Ten album to
kwintesencja południowoamerykańskiej sceny zamknięta w trzydziestu trzech
minutach. Jak komuś taka rekomendacja nie robi, to niech spierdala. Dla mnie
absolutny cios!