piątek, 23 października 2026

Recenzja Vér „A Féreg Pusztulása”

 

Vér

„A Féreg Pusztulása”

Me Saco un Ojo Rec. 2026

Tak sobie myślę, że dobrze, iż panowie postanowili nazwać zespół w swoim narodowym języku, bo Blood’ów było już przynajmniej kilka. A tak tamy „krew” po węgiersku. Zresztą nie tylko krew, bo i wszystko inne. Z kraju naszych bratanków zbyt wielu klasyków się na przestrzeni dekad nie doczekaliśmy. Owszem, wypada wymienić tutaj choćby kultowy Tormentor, ale na podobny poziom jakoś nikt inny z kraju nad Dunajem się nie wspiął. Nie wespnie się też pewnie Vér, ale akurat tym załogantom wypada oświęcić przynajmniej kilka słów. Dlaczego? Bo mimo iż nowinek w ich twórczości nie uświadczymy, to debiutancki album owego zespołu naprawdę niejednemu może sprawić mnóstwo radości. Panowie obracają się w klimatach staroszkolnego death metalu, czerpiąc inspiracje z klasyków lat dziewięćdziesiątych. Nie obierają jednak azymutu na jeden konkretny cel, a rozglądają się w zasadzie na wszystkie strony świata. Dzięki temu możemy na „A Féreg Pusztulása” usłyszeć echa kilku ekip ze Stanów (od Incantation po Massacre), Europy (Morgoth), po zakątki północne (w bardziej klimatycznych momentach Utumno, czy Gorement). To oczywiście takie szybkie skojarzenia, i trochę rozbieranie twórczości Węgrów na czynniki pierwsze, bo te pół godziny to, jako całość, solidna podróż w przeszłość, ale na własnych, ustalonych przez zespół zasadach. To coś na kształt czytania młodemu adeptowi sztuki metalurgistycznej definicji z pożółkłej księgi, przedstawiającej środków, za pomocą których starzy nauczyciele, dziś najczęściej czeszący posiwiałą brodę, tworzyli gatunek wiecznie żywy, nawet jeśli zwierający słowo „śmierć” w nazwie. Nasze bratanki w sposób wzorowy kultywują tradycje lat minionych, stosując naprawdę kolorowy wachlarz środków bezpośrednich, albo bardziej wyszukanych (jak na tamte czasy) trików. Ciężko się na tej płycie doszukiwać jakichś wybijających się ponad poziom fragmentów, bo całość jest cholernie spójna i równa. Biorąc natomiast pod uwagę fakt, iż materiał ten został opatrzony organicznym brzmieniem, niczym nie ustępującym najlepszym współczesnym naśladowcom starego stylu (przecież nie napiszę, że to Floryda z roku dziewięćdziesiątego pierwszego, bo mnie ktoś śmiechem zabije), to tym piosenkom nie da się kompletnie nic zarzucić. Te nagrania to, po raz kolejny, odgrzanie kotleta na mój ulubiony sposób. „A Féreg Pusztulása” wyjdzie na świat dopiero w pierwszych dniach grudnia, i normalnie poczekałbym z tą recenzją jeszcze jakiś czas. Biorąc jednak pod uwagę, że chłopaki niedługo zagrają u nas koncert, postanowiłem opublikować te kilka słów nieco wcześniej. I, nie, wcale nie dostanę za to darmowej wejściówki, czy nawet gratisowego piwa od organizatora. Szczerze zachęcam do zapoznania się z muzyką Węgrów, bo chłopaki mają smykałkę do starych piosenek. Jestem przekonany, że na żywo będzie to cios wagi ciężkiej.

- jesusatan




 

Recenzja Phlefonyaar „Encyclopaedia Sociopathica”

 

Phlefonyaar

„Encyclopaedia Sociopathica”

Independent Release 2026

Jest to kapela ze Zjednoczonego Królestwa, która muzykuje już sobie od 1996 roku. Jakoś często się nie udzielają, bo od momentu powstania do dzisiaj, uzbierali cztery demosy, dwa albumy i razem z „Encyclopaedia Sociopathica”, dwie epki. Niniejsza, to sześć kawałków muzyki, która powinna spodobać się wielbicielom ciężkiego core’a, pomieszanego z industrialnymi rytmami i odrobiną brudnego, diabelskiego rocka. W dużym skrócie, taki miks stworzony z dajmy na to Crowbar, Godflesh i Rob’a Zombie. Zatem całkiem fajna i trochę inna napierdalanka, która niczym kafar wbija w glębę, ale nie tylko, bo także nieźle buja. Ciężkie żużlowate brzmienie, słoniowata sekcja rytmiczna i ordynarne, jakby od niechcenia, wydobywające się z gardła gościa przy mikrofonie wokalizy. Gęsto tu i duszno jak cholera, lecz i delikatnie skocznie, bo oprócz zawiesistych i śmierdzących bagiennym rozkładem riffów, sporo na tym materiale jest groove’u. Dlatego pomimo swojej słusznej wagi, zwartej struktury i braku powietrza, gdyż trujące miazmaty to tutaj przewaga, „Encyclopaedia Sociopathica” wchodzi gładko, wciągając do swego świata. Krainy pełnej brudu, rozkładu i wszelkich obrzydliwości, pochodzących z chorej wyobraźni człowieka. Hipnotyzując i miażdżąc zarazem, zasypuje niszczącymi riffami, które wraz bębnami i zdartym wokalem, przypominają pokrytą smarem, skrzypiącą machinę rodem z „Mad Max’a”. Maszyneria, która nie zatrzyma się przed nikim, ani niczym. Sypiąc mułem, piachem z rdzy i ciągnąc za sobą smród spalonego leju, prze do przodu. Mozolnie, ale skutecznie osiągając swój cel, którym jest destrukcja, której dokonuje nienagannie, kołysząc biodrami. Wydawnictwo bardzo dobre. Mroczne i jednocześnie syfiaste. Pycha mówię wam.

shub niggurath




 

czwartek, 22 października 2026

Recenzja Temple Nightside „Cenotaph Severance”

 

Temple Nightside

„Cenotaph Severance”

Iron Bonehead Prod. 2026

Tak się zastanawiałem, jaki będzie następny album Temple Nightside po oczyszczeniu składu z człowieka, którego niestety znałem osobiście, a który okazał się przywołującym mdłości zboczeńcem z gatunku tych, którymi brzydzę się najbardziej. Jeszcze przed wyjściem szydła z worka ów członek (że tak to delikatnie ujmę) zapewniał mnie, iż spora część muzyki Temple Nightside jest jego autorstwa. Słuchając „Cenotaph Severance” muszę stwierdzić, że albo, opcja pierwsza, tym razem nie kłamał, albo Bjornowi, o ile to jednak on jest głównym riffotwórcą, przetasowały się standardy. Piąty krążek Australijczyków jest bowiem mocno inny od poprzednich. Nie dość że inny, to też nierówny. Zmieniło się sporo. Przede wszystkim niemal całkowicie wywieziono gruz, którego na tym krążku są zaledwie ostatki. Przy okazji wyczyszczono brzmienie i skierowano azymut bardziej na tradycyjny, północny black metal. Może nie do końca, ale wyraźnie. Ponadto wpuszczono w nowe kompozycje zdecydowanie więcej melodii, która już totalnie kłóci mi się z tym, za co Temple Nightside kochałem. Owe melodie mają czasami wyraz nawet nieco thashowy, gdzie indziej typowo nordycki, a chwilami nawet amerykański (są tu momenty kapkę zajeżdżające Immolation). Jakby jednak na to nie patrzeć, są to kompozycje bardziej przystępne i uczesane. Tak naprawdę, to słuchając tej płyty cały czas drapię się w głowę i zastanawiam, co tutaj się podziało. Bo przyznać trzeba, że momenty są, jak choćby w „The Slow Embalming of the Will”, gdzie gnieceni jesteśmy niezłym walcem (choć, znów, w mocno wysterylizowanej z brudu formie), ale już taki „Within Sepulchral Walls” to kawałek oparty na trzecioligowym, nudnawym riffie osiedlowego zespołu dopiero rozpoczynającego swoją przygodę z death / black metalem, który takim wyjadaczom jak Temple Nightside splendoru bynajmniej nie przynosi. A biorąc pod uwagę iż rzeczony kawałek w drugiej części przechodzi w typową skandynawską tremolandę, tylko potęguje mój niesmak. Wokale… Także one są na tym wydawnictwie pozbawione mocy. Są poprawne, ale łagodniejsze, przeplatane szeptami, bynajmniej nie kryptowymi, kompletnie nie pasujące mi do obrazu Kangórów. Kurwa, no rozczarowany jestem, i to mocno. Oczekiwałem lawy, przynajmniej smoły, kapiącej z trzęsącego się w posadach sufitu. Dostałem poprawny, średniej jakości black / death z momentami. Dla mnie za mało.

- jesusatan




Recenzja Assumption „Paradox of the Arrow”

 

Assumption

„Paradox of the Arrow”

20 Buck Spin 2026

Minęły cztery lata, no i jest… czwarta płyta od włoskiego Assumption. Sześć numerów, które są kontynuacją mozolnego grania sycylijczyków, czyli kolejne kilkanaście minut spędzone na słuchaniu death-doom metalu. Nie będzie to zmarnowany czas, bo kwartet ten doskonale sobie radzi z tematem i zapodaje swoją ciężką muzę z gracją. Jeśli oczywiście można tak określić wylewanie ołowiu przez blisko trzy kwadranse. Niemniej jednak Włosi potrafią przyciągnąć do swoich ciężkich rytmów.Jak i poprzednio, tak i na „Paradox of the Arrow” robią to bez trudu, zalewając nas gęstymi riffami o mocno doomowym charakterze, ponieważ to powolne mielenie niesie ze sobą niepokojącą atmosferę. Okresowo zwalnia do granic absurdu, zamieniając się w funeralne tony. Dźwięki wiszą wtedy w przestrzeni bądź wiją się jak węże, roztaczając dysonansowe lub rozwleczone nuty, niemalże zatrzymując czas i wpędzając słuchacza w stupor. Gdy mają już dość tego swoistego stanu nieważkości, przyspieszają do ociężałego kłusu, rozpędzając się momentami w szalone blasty, rodem z rasowego death metalu na podobę chociażby takich kapel jak Incantation. Na stylistyczną nudę nie ma u Assumption miejsca, bo panowie lubią się pobawić także nowoczesnymi zabawkami i rozwiązaniami, uzupełniając swoje kompozycje o ambientowe wstawki. Na tym nie poprzestają, dokładając do swojego osowiałego i tego nieco brutalniejszego kostkowania, psychodelicznych i nieoczywistych akordów, które objawiają się w formie wysokotonowych zagrywek bądź wibrujących, ornamentalnych wtrętów, funkcjonujących pośród głównych, sękatych tekstur. Świetnie się tego słucha, unosząc się na powierzchni muzyki Włochów, ponieważ wyporność ma dość dużą. Bardzo dobry death-doom metal, monumentalny i zaskakujący, którego polecić trzeba.

shub niggurath




Recenzja Wyrm Chasm „Wyrm Chasm”

 

Wyrm Chasm

„Wyrm Chasm”

Independent 2026

Zapraszam dziś na kolejny odcinek dywagacji pod tytułem „czy Amerykanie potrafią w black metal” tudzież „Czy debiuty wydawana własnym sumptem są cokolwiek warte”. Zresztą co tam, dywagacji… Pomińmy tę część zasadniczą, i od razu odpowiedzmy na oba, jakże mocno frapujące nas pytania.  W dziewięćdziesięciu procentach: nie! W przypadku Wyrm Chasm mamy combo, bo „Wyrm Chasm”, ośmioodcinkowy album, który panowie właśnie puszczają w świat, jest faktycznie debiutem, a muzycy mieszkają za Wielką Kałużą. Cóż można napisać o tych czterdziestu, z haczykiem, minutach muzyki. Ano to, że jest boleśnie wręcz wtórna, nijaka, schematyczna, i kompletnie bezduszna. Ale ja wiedziałem, że taka będzie jeszcze zanim włączyłem pierwszą piosenkę. Bo jeśli na zdjęciu promocyjnym widzę czterech brodaczy, o sympatycznych mordkach, nawet lekko uśmiechniętych, to można domniemywać, że będzie to albo jakaś solidna awangarda, albo rzadka kupa. Awangardy nie ma tu za jotę, a black metalu tym bardziej. Chociaż nie, przepraszam. Technicznie to on jest, bo kompozycje Wyrm Chasm to poprawnie zagrane popłuczyny po Emperor (acz klawiszy zdecydowanie brak), Satyricon, czy innych norweskich klasykach.  Rzecz w tym, że brzmi to bardzo marnie, a w połowie płyty nawet zaczyna lekko wkurwiać. Naśladowców Półwyspu Skandynawskiego na amerykańskiej ziemi było już wielu. Jedni bardziej (w zdecydowanej mniejszości), inni mniej (w srogiej przewadze) godni uwagi. Wyrm Chasm zdecydowanie, i bez wahania wrzucam do worka numer dwa. Jeśli mam się na siłę doszukiwać w tej muzyce jakichś plusów, to napiszę, że jest poprawnie wyprodukowana, że nie ma na tym krążku żadnych wywołujących salwy śmiechu kiksów, że chwilami trafiają się nawet riffy i melodie trzeciej kategorii, że wokal jest, w dolnej bo dolej, ale granicy przyzwoitości. Ale to troszkę za mało, by zmusić mnie do odsłuchu numer dwa. Tym bardziej, że nawet ten komputerowo wygenerowany smok z okładki odstrasza, i dobitnie świadczy o guście artystycznym panów z Teksasu. Dajcie sobie z tym spokój i nawet nie sprawdzajcie, bo każda sekunda z „Wyrm Chasm” mogłaby być lepiej przez was spożytkowana. Na przykład na dłubanie w nosie.

- jesusatan




Recenzja Nail by Nail „Internal Inferno”

 

Nail by Nail

„Internal Inferno”

War Anthem Records 2026

Jakiś czas temu, ponieważ pod koniec września pojawił się drugi krążek, niemieckiego kwintetu Nail by Nail. Poza intro i interludium, to sześć kawałków black metalu takiego akuratnego, bo skierowanego do szerszego grona odbiorców, którego charakter można powiązać z takimi grupami jak chociażby Watain. To typowo teutońskie podejście do diabelszczyzny, w której epicką klimatyczność łączy się z agresją. Zwyczajowa mieszanka tremolo i klasycznego kostkowania, która mknie w eter dość szybko, co nie oznacza, że wolniejsze momenty są tej kapeli obce, gdyż w drugim wałku „Katharsis”, szóstym „Above the Black Tower” i zamykającym ten album „The Valley of Sorrow”, dominują średnie i wolne tempa. Kreują one wraz z akordami, chmurne i jednocześnie refleksyjne melodie. Reszta kompozycji poczyna sobie wyraźnie żwawiej, serwując zamiecie i zawieje, a i gołoledzią też potrafią poczęstować. Black metal stworzony zgodnie z prawidłami sztuki, bo i zimne gitary tu są, wycofana sekcja rytmiczna oraz siarczyste wokalizy, które rozmawiają sobie czasami z tymi bardziej niskimi, formując atrakcyjnie brzmiący dialog. Nail by Nail nic nowego nie wnoszą do tego gatunku i grają po prostu swoje, blendując atmosferyczność z mrozami północy oraz dokładając do wszystkiego sporo melancholii, która w połączeniu z dobrze poprowadzonymi tremolo, może czasami i Mgłę przypominać, a w chwilach, gdzie słychać klawisze, to i wczesnym Emperor zapachnie. Materiał poprawny, dla raczej grzecznego odbiorcy.

shub niggurath




wtorek, 20 października 2026

Recenzja / A review of Casket Dweller „River of Slumber”

 

 - FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Casket Dweller

„River of Slumber”

Nuclear Winter Rec. 2026

Kurcze, był już jakiś Asphyx z Grecji? Nie? No to już jest. Nie, no może trochę sprawę upraszczam i od razu wykładam wszystko na talerzu, ale tak mi się jakoś wymsknęło. Casket Dweller to helleńska świeżynka, i kolejna doskonała pozycja w katalogu rosnącej u mnie do miana jednej z ulubionych wytwórni Nuclear Winter Records. „River of Slumber” to trzydzieści trzy minuty starego, klasycznego śmierć metalu, głównie o europejskim rodowodzie. Można powiedzieć, że podstawą całości jest w tym przypadku szwedzizna. Co prawda samo brzmienie to niekoniecznie piach pod tytułem HM-2, bo zdecydowanie więcej tutaj choćby brytyjskiej stali, jednak same harmonie, czy przewijające się bardzo często d-beaty wskazują ewidentnie na północną szkołę metalizacji. Drugim najbardziej słyszalnym składnikiem jest tu z kolei Holandia. Trochę wczesnopestilence’owa, ale przede wszystkim Asphyxowata. Choćby pod względem wspomnianych, wojennych riffów, jak i, chyba w głównej mierze, w sferze wokalnej. Głos Vangelisa (nie, nie tego od „Conquest of Paradise”), który w zespole także bębni, jak żywo przypomina mieszankę Marca Grewe i Martina van Drunena. Kompozycje na tym krążku nie są specjalnie zróżnicowane pod względem tempa, przynajmniej w tym znaczeniu, że raczej nie doświadczymy tutaj sinusoidy i tasowania zwolnieniami / wejściami w blasty. Owszem, całość toczy się w tempie słusznym, ale zdecydowanie większy nacisk muzycy kładą na agresywne, choć poniekąd chwytliwe melodie. Niektóre z nich są tak klasyczne, że naprawdę można zwątpić, który mamy rok. Z drugiej strony o żadnym zrzynaniu nie ma tutaj mowy. To najlepszy przykład zastoju w ewolucji, bowiem panowie najwyraźniej stanęli okoniem w połowie lat dziewięćdziesiątych, i niczym osioł, nie mają zamiaru postawić ani kroku wprzód. Co najwyżej do tyłu, czego świadectwem wyborna heavymetalowa solówka w „Burnt at the Stake”. Zresztą o tym, że najbardziej inspirują ich starocie najdobitniej świadczy już samo intro, gdzie przy dźwięku projektora kinematograficznego niski głos zaprasza nas do wysłuchania najbardziej przerażającego filmu jaki kiedykolwiek powstał. I mam tylko nadzieję (na chwile obecną niestety nie jestem w stanie tego stwierdzić), że faktycznie wkładka płyty bogata jest w czarno-białe lub sepiowe obrazki. „River of Slumber” to wyśmienita płyta, której słucha się od początku do końca z podwyższonym pulsem. Gdyby te nagrania ukazały się trzydzieści lat temu, byłyby dziś klasykiem równie istotnym, jak te, do których /grecy na swojej płycie nawiązują. Pełna rekomendacja!

- jesusatan

 

Casket Dweller

“River of Slumber”

Nuclear Winter Rec. 2026

 

Geez, has there been an Asphyx from Greece before? No? Well, there is now. No, maybe I’m oversimplifying things a bit and laying everything out on a silver platter right away, but it just kind of slipped out. Casket Dweller is a fresh Hellenic act, and another excellent addition to the catalog of Nuclear Winter Records,a label that’s quickly becoming one of my favorites. “River of Slumber” is thirty-three minutes of old-school, classic death metal, primarily of European origin. You could say that the foundation of the whole thing in this case is Swedish influence. Admittedly, the sound itself isn’t necessarily pure HM-2,there’s definitely more of a British steel here, but the harmonies and the frequently recurring d-beats clearly point to the Nordic school of metal. The second most audible influence here is the Netherlands. It’s a bit reminiscent of early Pestilence, but above all, it’s very much in the vein of Asphyx. This is evident not only in the aforementioned war-like riffs but also, perhaps most notably, in the vocals. Vangelis’s voice (no, not the one from “Conquest of Paradise”), who also plays drums in the band, vividly resembles a mix of Marc Grewe and Martin van Drunen. The compositions on this album aren’t particularly varied in terms of tempo, at least in the sense that you’re unlikely to find a sinusoidal pattern here or a mix of slowdowns and blast beats. Yes, the whole thing moves at a good pace, but the musicians definitely place greater emphasis on aggressive, yet somewhat catchy melodies. Some of them are so classic that you really start to wonder what year it is. On the other hand, there’s no question of copying anyone here. This is the best example of stagnation in evolution, as these guys clearly got stuck in the mid-nineties and, like a stubborn donkey, have no intention of taking a single step forward. If anything, they’re moving backward, as evidenced by the exquisite heavy metal solo in “Burnt at the Stake.” In any case, the fact that they’re most inspired by old-school stuff is most clearly demonstrated by the intro itself, where, to the sound of a movie projector, a deep voice invites us to listen to the most terrifying movie ever made. And I can only hope (though, unfortunately, I’m not in a position to say for sure at the moment) that the album’s insert is indeed filled with black-and-white or sepia-toned images. “River of Slumber” is an excellent album that keeps your heart racing from start to finish. If these recordings had been released thirty years ago, they would be just as significant a classic today as the ones the band references on their album. Highly recommended!

- jesusatan




Recenzja Urarv „Nychta Psychis”

 

Urarv

„Nychta Psychis”

Darkness Shall Rise Productions 2026


Oto wrócił Aldrahn ze swoim projektem Urarv, a dokładniej z nową, trzecią już płytą tego szyldu. Tym razem jest to pięć utworów, które łącznie dają ponad pół godziny muzy. To niezmiennie awangardowo potraktowany black metal, ale w przypadku tego artysty jak i tej kapeli, to nic nowego więc nikt zdziwiony zawartością „Nychta Psychis” być nie powinien. Nic w sumie strasznego, czy też specjalnie dziwacznego na tym krążku się nie znajduje. Jest to mieszanka klasycznej diabelszczyzny z lat dziewięćdziesiątych, thrash metalu i psychodelicznych gatunków, co układa się w mocno pokręconą muzę, której jednak porządek znaleźć jest łatwo. Nie stanowi to większego problemu, bo to dość sprawne i pomysłowe połączenie różnych typów rzępolenia, które oprócz mizantropijnego i wychwalającego Szatana bleka z okolic „Kronet Till Konge” i „Monumental Possessions”, gwarantuje również narkotyczne odjazdy w późniejszym stylu DHG, trochę eksperymentów na podobę Ved Buens Ende, wielokierunkowego biczowania jak u Aura Noire, a także sporo połamanych i dysonansowych akordów, przypominających twórczość Furze. To muzyka o wielu obliczach, ale łatwo ją przełknąć, ponieważ spec od blendowania stanął na wysokości zadania, co spowodowało, że „Nychta Psychis” posiada gładkość piętnastoletniej whisky. Poza tym złożony charakter aranżacji Urarv, wynika głównie z wykorzystania przy ich pisaniu, wielu, przeciwstawnych sobie elementów, które łączy w tym przypadku niewidzialny ścieg. Jest tak nie tylko w warstwie dźwiękowej, ale również w wokalnej, bo Aldrahn popisuje się tutaj dość szerokim wachlarzem głosów, z których każdy w punkt wpisuje się w dany moment każdego z utworów. Polecam. Chore, groteskowe i totalnie diabelskie granie.

shub niggurath




Recenzja / A review of Destruction Of Orion “Dimensions of Chaos”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Destruction Of Orion

“Dimensions of Chaos”

Aesthetic Death 2026

Czy ja jestem fanem projektów jednoosobowych? Nie. Czy scena bułgarska jest sceną o znaczących metalowych tradycjach? Nie. Czy ja lubię kobiety w metalu? No, kurwa, poza nielicznymi wyjątkami, z oczywistych, i wielokrotnie przedstawianych tutaj powodów, nie. Czy jestem maniakiem funeral doom metalu? Patrz: odpowiedź na pytanie poprzednie. I teraz taka sytuacja… Dostaję promo Destruction of Orion, projektu ze wspomnianego kraju, tworzącego właśnie w gatunku pogrzebowym, gdzie sterem i okrętem jest sobie Tehina Spasova, czyli przedstawicielka płci pięknej. W życiu bym tego nie tknął, nawet kijem przez papier, a jednak się skusiłem. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, piorunujące wrażenie zrobiła na mnie okładka, która jakoś tak idealnie spasowała mi się z tytułem płyty (trzeciej już zresztą w dorobku artystki). A po drugie, album wydaje Aesthetic Death, których to darzę niemal bezgranicznym zaufaniem. „Dimensions of Chaos” to niemal godzina muzyki, praktycznie nie wychylającej się poza funeral doomowe standardy. A jednak okazuje się, że nawet w tych sztywnych ramach można stworzyć prawdziwe arcydzieło. Już samo intro wprowadza słuchacza w niesamowicie melancholijny nastrój, a to co potem się dzieje jedynie to uczucie pogłębia. Każdy z sześciu (jeśli nie liczyć intro / outro) numerów na tej płycie to lawina smutku, rozpaczy i przytłaczającej beznadziei. I nie myślicie sobie, że owe negatywne uczucia są tutaj koloryzowane klawiszowymi ozdobnikami, jak to nierzadko ma miejsce u innych przedstawicieli gatunku. Owszem, instrumenty klawiszowe i smyczkowe pełnią w obrazie „Dimensions of Chaos” istotną rolę. Bez nich muzyka ta byłaby… niczym wspomniana okładka w negatywie. One podkreślają tutaj istotę docierających do naszych uszu dźwięków. Partie skrzypiec są na tych nagraniach tak autentyczne i depresyjne jak na płytach My Dying Bride z najlepszych czasów. Zresztą do tych ostatnich można Destruction of Orion porównać także pod względem ciężaru gitar. Ich tonaż to wypadkowa pomiędzy ekipą z Bradford a Esoteric, prawdziwy soniczny kolos na kształt góry lodowej. Czuć w tych kompozycjach prawdziwą udrękę i cierpienie, i słowo „prawdziwą„ chciałbym tutaj zdecydowanie podkreślić. Bo nawet jeśli Bułgarka, jak wspomniałem, nie stosuje środków muzycznych wykraczających poza standardy funeral doom, to swoje uczucia przelewa na pięciolinię w sposób wyjątkowo szczery i emocjonalny. Przejawia się to także w sferze wokalnej. Poza głębokim growlem (którym Tehina wbija się do czołówki mojego osobistego rankingu ryczących jak zarzynany wół  pań), podniosłą, niemal religijną atmosferę budują czyste śpiewy o żałobnym wydźwięku, potęgując, i tak obecny tutaj na każdym kroku, smutek. „Dimensions of Chaos” to płyta przesiąknięta uczuciami, będąca swoistą kartką z pamiętnika osoby doświadczającej w życiu prawdziwego piekła, będącej na skraju wyczerpania, jednak marzącej, by przed odejściem przeżyć jeszcze choć jeden szczęśliwy dzień. Na koniec dodam jeszcze, że album wyprodukowany został w Priority Recordings Studio przez Grega Chandlera, i nikomu chyba dodatkowo tłumaczyć nie muszę, że ten facet zna się na swojej robocie jak rzadko kto. Trzeci Destruction of Orion to obok debiutu Umus najlepsza płyta z gatunku funeral doom jaką słyszałem w tym roku, a może i nadprzestrzeni kilku ostatnich. Przepiękna rzecz.

- jesusatan

 

Destruction Of Orion

“Dimensions of Chaos”

Aesthetic Death 2026

 

Am I a fan of one-man projects? No. Does the Bulgarian scene have a significant metal tradition? No. Do I like women in metal? Well, fuck, aside from a few exceptions, for obvious reasons that have been discussed here many times, no. Am I a funeral doom metal fanatic? See my answer to the previous question. And now here’s the situation… I received a promo for Destruction of Orion, a project from the aforementioned country, creating music in the funeral metal genre, where Tehina Spasova, a representative of the fairer sex, is at the helm alone. I would never have touched this with a ten-foot pole, yet I was tempted. Why? For two reasons. First, the cover made a stunning impression on me. It somehow matched the album title (the artist’s third release, by the way) perfectly. And second, the album is released by Aesthetic Death, a label I trust almost unconditionally. “Dimensions of Chaos” is nearly an hour of music that hardly strays from funeral doom standards. And yet it turns out that even within these rigid boundaries, a true masterpiece can be created. The intro alone plunges the listener into an incredibly melancholic mood, and what follows only deepens that feeling. Each of the six tracks (not counting the intro and outro) on this album is an avalanche of sadness, despair, and overwhelming hopelessness. And don’t think for a moment that these negative emotions are merely embellished here with keyboard flourishes, as is often the case with other artists in the genre. True, keyboards and string instruments play a significant role in the soundscape of “Dimensions of Chaos”. Without them, this music would be… like that album cover in negative. Here, they emphasize the essence of the sounds reaching our ears. The violin parts on these recordings are as authentic and depressing as those on My Dying Bride’s albums from their heyday. In fact, Destruction of Orion can also be compared to the latter in terms of guitar heaviness. Their sound is a blend of the Bradford-based band and Esoteric, a true sonic colossus, like an iceberg. You can feel genuine anguish and suffering in these compositions, and I’d like to strongly emphasize the word “genuine” here. Because even if the Bulgarian, as I mentioned, doesn’t employ musical techniques that go beyond the standards of funeral doom, she pours her feelings onto the staff in an exceptionally sincere and emotional way. This is also evident in her vocals. In addition to the deep growl (which propels Tehina to the top of my personal ranking of women who roar like a slaughtered ox), the solemn, almost religious atmosphere is built by clean voices with a mournful tone, intensifying the grief that is already present here at every turn. “Dimensions of Chaos” is an album steeped in emotion, a sort of diary entry from a person experiencing true hell in their life, on the brink of exhaustion, yet dreaming of experiencing at least one more happy day before passing away. Finally, I must add that the album was produced at Priority Recordings Studio by Greg Chandler, and I probably don’t need to explain to anyone that this guy knows his craft like few others do. Destruction of Orion’s third album is, alongside Umus’s debut, the best funeral doom record I’ve heard this year, or perhaps even in the past few years. A truly beautiful piece of work.

- jesusatan




 

Recenzja Marca Diaboli „Labyrintomb”

 

Marca Diaboli

„Labyrintomb”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Jeśli macie ochotę na coś innego niż metal, coś co bliższe jest rockowym brzmieniom, ale jest równie szatańskie, to sięgnijcie po Marca Diaboli. To dość enigmatyczny, chilijsko-austriacki projekt, który w zeszłym roku wydał swoją debiutancką epkę na kasecie za sprawą niemieckiej wytwórni Sect Entropy. Tej jesieni na warsztat wziął ją ten amerykański label i jedenastego września wypuścił „Labyrintomb” na winylu. Cóż zawiera ten krążek? Jest to muzyka, będąca fuzją post-punka, psychodelicznego i gotyckiego rocka z elementami black metalu. Wybrzmiewa to mniej więcej tak, jakby wymieszać w jednym kotle i odpowiednio doprawić, The Devil’s Blood, Bauhaus, Siekierę i początki twórczości Necromantia. Jeśli dorzucicie do tego jeszcze coś na kształt Negative Plane i Amebix, to nie przesadzicie, ale osiągniecie doskonale diaboliczne smoothie. Marca Diaboli gra muzykę na wskroś przesiąkniętą okultyzmem. Melodie i akordy tego materiału niosą ze sobą autentyczne napięcie i tajemnicę. To wciągające do swego mistycznego tańca, stanowcze riffy, którym nie można się oprzeć, gdyż posiadają niebywałą siłę przyciągania. Są zapewne „pobłogosławione” bluźnierstwem przez samego Rogatego, który natchnął twórców, aby nieśli jego słowo w świat. Tak też się dzieje za sprawą tych pięciu numerów, zagranych na zgrzytliwych gitarach, których złowieszczy i przeklęty charakter podkreśla dźwięczny bas i surowa perkusja. Towarzyszą im rzecz jasna czyste i aroganckie wokalizy, które miejscowo prowadzą dialog z black metalowym warkotem. Muzyka trudna do sklasyfikowania, ale żeby pławić się w jej magicznych nutach, uszeregowanie jej, nie jest konieczne. Rejestrując „Labyrintomb” zadbano o odpowiednie brzmienie, które ocierając się o lo-fi,uczyniło je brudnym i zgiełkliwym, co uwypukliło jej sataniczne usposobienie. Dawno nie słyszałem tak przepełnionego złem krążka, który nie zawiera muzyki metalowej. Pięć zaklęć, które usatysfakcjonują każdego wielbiciela mroku i wszelkich jego przejawów. Zatem z nieczystym sumieniem polecam. Świetna epka.

shub niggurath




niedziela, 18 października 2026

Recenzja Razorvoid „Into the Void”

 

Razorvoid

„Into the Void”

Jawbreaker Rec. 2026

Nie jestem w stanie zliczyć, ileż to już było zespołów z “void” w nazwie. Czy to pisanym razem, czy oddzielnie, w każdym razie od chuja i jeszcze trochę. Powiem, że owa „pustka” nieco mnie zmyliła, bo spodziewałem się, iż ten świeży szwedzki wykwit będzie obracał się gdzieś w okolicach awangardy, black, czy ewentualnie doom metalu. A tutaj niespodzianka. Panowie napierdalają soczysty punk / crust z zauważalnymi thrashowymi naleciałościami. Skoczny i radosny, można powiedzieć. I cholernie nośny, bo mimo to, iż praktycznie każdy numer oparty jest na d-beacie, a panowie wcale nie bronią się przed oczywistym schematem rękoma i nogami, to przy „Into the Void” naprawdę piwo samo się otwiera. Można tutaj mieć drobne skojarzenia z pobratymcami chłopaków z Wolfbrigade, acz przyznać trzeba otwarcie, że mniej tu jednak tego maksymalnego wkurwa, a więcej melodii i rock’n’rolla. Reprezentatywnym przykładem na to o czym piszę niech będzie „An Everlasting Flame”, numer bardzo mocno w klimacie Venom, albo Midnight (zależy kto w jakim wieku, i jakie ma odnośniki). Rzeczonych Brytoli jest na płycie więcej, a ich spuścizna idealnie splata się w punkowym rdzeniem. Podobnie jak odniesienia do Motörhead, których też panowie kapkę dorzucili. Ciężko o takiej muzyce napisać coś odkrywczego, więc może powiem tak… Na początku myślałem, że po ostatnich wieczorach z Wolfbrigade czy Wolfbastard, Razorvoid spłynie po mnie jak woda po kaczce. Ale już na etapie drugiego kawałka nóżka zaczęła mi przytupywać, a na twarzy pojawił się grymas nazywany przez niektórych uśmiechem. Bo to niby po raz kolejny „to samo”, no, może nie do końca, bo jednak drobne różnice są (choćby ten klasyczny, thrashowy riff w „The Howling Wind”), ale jako iż album ten trwa trzydzieści pięć minut, czyli znudzić nie zdąży, to stanowi idealny podkład pod zimne bursztynowe. Coś jak rosół na weselu. Brzmienie jest tutaj staoszkolnie prawidłowe, mocno agresywne i intensywne są wokale (acz w tym odłamie inaczej to wyglądać nie powinno), kawałki mają swój wajb, to co tu się doszukiwać dziury w całym? Żadne tam odkrycie, żaden kandydat nawet do płyty miesiąca, ot, solidne punkowo thrashowe granie, które niejednemu wieczór, albo i kilka, umili. Mi weszło wyśmienicie, smakowało, i głośno się odbiło.

- jesusatan




Recenzja Somn „Consecration”

 

Somn

„Consecration”

AOP Records 2026

Somn to czterech, młodo wyglądających mężczyzn z Petersburga. Rosjanie na scenie pojawili się w 2018 roku i od tamtej pory wystąpili się na jednym splicie, a razem z „Consecration” posiadają na swoim koncie dwie płyty. Co prawda „Consecration” na sklepowych półkach pojawi się dopiero dwudziestego listopada, ale fani black metalu w nowocześniejszym wydaniu, powinni już teraz wiedzieć, że warto po nią sięgnąć. Somn gra podobno post-black metal, ale poza paroma, ambientowymi przerywnikami i zaobserwowanymi, kilkoma odjazdami w blackgaze, to pozostałe części składowe tutejszych utworów są czystym i dość agresywnym bleczurem, któremu momentami jest całkiem blisko do norweszczyzny lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Panowie doskonale sobie radzą w tej stylistyce i bezpardonowo atakują agresywnymi riffami oraz tremolo, które zasypują śniegiem i posępnymi harmoniami. Wraz z zajadłymi wokalami i dobrze naoliwioną sekcją rytmiczną, gitary kreują obraz soniczny, który przesiąknięty jest ponurą i mizantropijną klimatycznością. Rosjanie także bardzo dobrze sobie radzą, generując formy przynależne do wspomnianego „post”, a zwłaszcza blackgaze’owe ściany dźwięków, które podbijają upiorność black metalu od Somn, gdyż w ich wypadku nie są to w żadnym razie marzycielskie chwytliwości, lecz grobowe i minorowe melodie. Somn idealnie i płynnie połączył ze sobą tradycyjne ujęcie z dzisiejszym podejściem, uzyskując tym samym album, który odznacza się niezwykłą intensywnością i namacalną sugestywnością. Współczesny black metal, ale jakże silny i prawdziwy. Z dużą mocą oddziałuje na psychikę i bez trudu do siebie przekonuje. Coś nowego i autentycznego. Polecam.

shub niggurath




Recenzja Bloodsoaked Necrovoid / Defunto split

 

Bloodsoaked Necrovoid  / Defunto

split

Seed of Doom Rec. 2026

 


W przeprowadzonej przeze mnie rozmowie z Federico z Bloodsoaked Necrovoid, którą chętni będą mogli przeczytać w najbliższym numerze R’lyeh zine, facet powiedział mi, że zakochał się jakiś czas temu w siedmiocalówkach. Znajduje to potwierdzenie w rzeczywistości, bowiem poza wydanym właśnie przez Caligari Records splitem z Nekus, zespół wypuszcza także splicik z Defunto, nakładem holenderskiej Seed of Doom. Celowo użyłem zdrobnienia, bowiem materiał ten opiewa jedynie na dwie kompozycje, trwające łącznie coś koło dwunastu minut. Po jednym strzale z każdej strony. Ten kapkę dłuższy to wspomniany facet z nową brygadą. Ich kompozycja to nieco ponad siedem minut prawdziwego, gniotącego trzewia walca. Coś mi się tak wydaje, że po przeprowadzce do Hiszpanii muzykowi spadło ciśnienie, bo tworzone przez niego piosenki zdecydowanie zwolniły, przybierając jednocześnie na ciężarze. I klimacie, bo „Undying Aberrations of the Deepest Depravities” śmierdzi zgniłą, cmentarną glebą i przeżerającym ją trupim jadem. Ten numer nie jest jakoś specjalnie odkrywczy. Jest za to potwierdzeniem, że Bloodsoaked Necrovoid śmierć noszą w sercu, i stale krąży ona w ich krwioobiegu. Gdybym nie widział facetów na żywo, mógłbym pomyśleć, że to jakieś zombiaki, a tempo granej przez nich muzyki wynika z pośmiertnego niedowładu kończyn. Grób, stęchlizna, i gnicie w wysokim stadium rozwoju. Oczywiście wszystko w równie gnilnym brzmieniu, tyko oblizywać paluszki. Defunto nie znałem. I już znam, przynajmniej pobieżnie. Ich utwór pod względem tempa nie odstaje od poprzednika, acz ma nieco inny wyraz. Bardziej bezpośredni, prosty, powiedziałbym, że nie tak dojrzały. Biorąc pod uwagę, iż faktycznie jest to świeżynka na metalowej scenie, trzeba przyznać, że ich twórczość wróży całkiem nieźle. Panowie umiejętnie wplatają w swój walec „kaznodziejskie” sample, czym na pewno pogłębiają klimat przewijającej się przez te cztery minuty grozy i duchoty. Chętnie posłucham co nagrają w przyszłości. To wydawnictwo to istota splitów, znana od dekad. Znając jeden band, poznajesz podobny, a potem owe odgałęzienia się rozrastają. Dlatego lubię tego rodzaju kooperacje. Zatem i tą siódemeczkę bardzo chętnie zakupię do kolekcji.

- jesusatan


https://seedofdoom.bandcamp.com/album/bloodsoaked-necrovoid-defunto-split-2

 

Recenzja Überchriist „Dæmonic Apotheosis”

 

Überchriist

„Dæmonic Apotheosis”

Deanwell Global Music 2026

Historia istnienia tej kapeli sięga parę lat wstecz, ponieważ wszystko zaczęło się około 2010 roku. Ostatecznie Überchriist, po wielu perturbacjach, swój pierwszy materiał w postaci epki wydał dopiero pięć lat temu. Po kolejnej przerwie wraca z debiutanckim krążkiem, który zawiera dziesięć numerów w black metalowym tonie. Amerykanie całkiem nieźle w tym gatunku sobie radzą, co nieczęsto się za wielką wodą zdarza, ale reprezentują powszechny odłam rogacizny, którą (znów) można przyrównać do Watain czy późnego Satyricon. Na „Dæmonic Apotheosis” funkcjonuje mniej więcej ta sama estetyka, czyli diabelska agresja i klasyczna epickość. Całość dobrze wyważona, układa się w bez problemu przyswajalną muzę, która złożona jest z zimnych tremolo, tradycyjnego, heavy metalowego kostkowania i nastrojowych momentów na czystych strunach. Do tego dołożono sporo melodii i gdzieniegdzie syntezatorowych podkładów, co wraz ze zbajerowanymi wokalami, generuje pełen dramatyzmu i wzniosłości black metal. Oprócz estetycznych wspaniałości potrafi on również zaskoczyć mrokiem i wściekłymi blast beatami, a i zimnej mizantropii w nim także znajdziecie pełno. Überchriist gra ostrą muzykę, wypełnioną triumfalnymi i chwilami dość apodyktycznymi riffami, które okresowo zmieniają się w bardziej przystępne, harmonijne akordy, co stanowi o fuzji istniejącej w ich kompozycjach. Fuzji nieokiełznanej, lodowatej łupanki z finezyjniejszym podejściem do szarpania strun. Wykreowało to album, który indywidualizmem pochwalić się nie może, ale w niektórych fragmentach oferuje diabelszczyznę o dużej wielowarstwowości, budującej wraz z licznymi zmianami tempa, różnymi sposobami na kostkowanie i ściskającymi serce chwytliwościami, atrakcyjny black metal. Jeśli lubicie główny, ogólnodostępny nurt tego gatunku to bierzcie, satysfakcja gwarantowana.

shub niggurath




sobota, 17 października 2026

Recenzja Demonic Manifestation „Grimshrine”

 

Demonic Manifestation

„Grimshrine”

Personal Rec. 2026

Chcecie sobie posłuchać szwedzkiego death metalu ze Stanów? Proszę bardzo. Co prawda nieco rozśmieszyła mnie informacja od wydawcy, że oto zespół jest „Inspired by such legendary acts as Dismember, Grave, Entombed, Unleashed, Pestilence, and Crematory”, bo skąd się tam wziął band holenderskiego narcyza, za Diabła nie jestem w stanie pojąć haha! Poza tym wszystko się zgadza. Demonic Manifestation faktycznie najbardziej ze wszystkich odłamów kochają na potęgę ten skandynawski, i dobitnie dają temu dowód na swoim trzecim już krążku. Wspomnianej szwedzizny mamy tu, jakoś na oko, z osiemdziesiąt procent, bowiem w kompozycje Demonic Nanifestation wkradło się też nieco amerykanizmów. Zatem, jest głównie melodyjnie na swój charakterystyczny sposób, a niektóre zapożyczenia noszą w sobie niemal znamiona plagiatu. Kilka razy bowiem spotkacie się na tym albumie z fragmentami praktycznie żywcem wyciętymi z Dismember (głównie) czy Entombed (nieco rzadziej). I nie chodzi mi jedynie o zapiaszczone na północną modłę gitary, czy brzmienie z wiadomym efektem, ale wprost – o riffy! No nie chce mi się teraz szukać, żeby palcem pokazywać, ale, wierzcie mi, tak jest. Nie wiem, mi to generalnie nie przeszkadza, bo gdyby miało, to nie słuchałbym kilkudziesięciu innych płyt silnie inspirowanych klasykami gatunku. Tym bardziej, że ma to swój vibe, ładnie żre, i sprawia kupę radochy. Z tych amerykanizmów, to wspomniałbym chyba późniejszy Morbid Angel (acz bez Azagthoth’owych solówek), albo Incantation. Głównie pod względem masywnych, równoważących szwedzką melodię akordów. Jest to zatem metal of death starej daty, brzmiący zdecydowanie staroszkolnie, bez wybitnej finezji technicznej, ale nie pozbawiony kilku fikuśnych solówek, grany od serca, przez maniaków dla maniaków. O, może wspomnę jeszcze o fragmentach, krótkich bo krótkich, bardziej klimatycznych. Bo są tu chwile, kiedy wchodzą jedynie gitary na zasadzie akustycznych, albo płynące mocno melancholijnie (patrz: „Host”), a wtedy można sobie w głowie włączyć lampkę pod tytułem Utumno albo Gorement. No ale to nadal Szwecja, jak by nie patrzeć. Nie jest złe to granie, jednocześnie murów taranem nie przebija. Kto lubi muzykę z kraju na północ od Helu, niechaj sobie wrzuca na ruszt. Niestrawności nie przewiduję, aczkolwiek Magda Gessler pewnie by kręciła nosem, że odmrażane. Ja zjadłem, smakowało.

- jesusatan




Recenzja Smoulder „Witch Wife in an Alien World”

 

Smoulder

„Witch Wife in an Alien World”

Cruz Del Sur Music 2026

Znacie Smoulder? Ja do teraz ich nie słyszałem. Dla tych co nie wiedzą, to kanadyjsko-amerykańska kapela, która działa od 2013 roku. Kilka dni temu wydali swój najnowszy, trzeci w karierze krążek. Na poprzednich produkcjach podobno brzmieli na klasyczny doom, ale na „Witch Wife in an Alien World” odeszli trochę od poprzedniego konceptu, dokładając do swoich aranżacji sporo epickiego heavy metalu, ale kilka inspiracji grecką sceną black metalową da się tutaj również wychwycić. Zaowocowało to muzą złożoną z masywnych riffów, złowieszczych melodii i chwytliwych refrenów. Świeżutki Smoulder to także szybkie rytmy, power metalowe galopady, strzeliste solówki i epicki rozmach. Całość wygenerowana na dość ciężkich i gęstych gitarach, którym towarzyszą zwaliste bębny i solidnie nastrojony bas. Nie sposób, nie wspomnieć o wokalach, które wydobywa ze swoich strun głosowych Sarah Ann, przypominając to czym niegdyś szczycił się Messiah Marcolin, tyle że w tym przypadku, to kobieca wersja popisów solowych. Śpiew Sarah Ann idealnie pasuje do podniosłości i teatralności metalu kreowanego przez ten kwintet. Podbija w punkt dramatyzm i napięcie budowane przez sekcję rytmiczną i zmienne, wypełnione licznymi smaczkami technicznymi kostkowanie. To metalowe granie, które klasyczne jest do bólu i może wydawać się nieco już zgrane. Jednakże po postacią „Witch Wife in an Alien World” udowadnia, że nie do końca, ponieważ z tej płyty nie da się ukryć, trąci myszką, lecz i także świeżymi oraz nietuzinkowymi jak na ten gatunek pomysłami. Polecam, tradycjonalizm w bardzo dobrym wydaniu.

shub niggurath




 

środa, 14 października 2026

Recenzja Rito Profanatorio „Rameras del Diablo”

 

Rito Profanatorio

„Rameras del Diablo”

Iron, Blood and Death Corporation 2026

Rito Profanatorio. Fajna nazwa, a po hiszpańsku brzmi jeszcze lepiej niż jej tłumaczenie. No i zwiastuje, że będzie dobrze, tym bardziej, że zespół pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie z Peru. To już ich trzeci album. Poprzednich nie znam, ale, kurwa jego mać, muszę koniecznie nadrobić. Będzie krótko, i na temat. Ci kolesie czują starego ducha black / death metalu! Po krótkim introsie walą w ryj schematycznym (acz w pozytywnym tego słowa znaczeniu), dość prymitywnym, za to na wskroś agresywnym napierdolem, który od pierwszych chwil może kojarzyć się z takimi legendami lat osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych jak Sarcofago, Masacre, czy rodzimy autorom Mortem. Przede wszystkim, z tej muzyki bucha, niczym płomień w kotle starej węglowej lokomotywie, maksymalny wkurw. Wkurw bardzo mocno charakteryzujący wspomniany zakątek globu, wkurw, za który tamtejsze granie cenię najbardziej. I o ile często trafiają mi się zespoły z Chile, Peru, Kolumbii czy Ekwadoru, które kultywują tamtejsze tradycje na bardzo wysokim poziomie, tak Rito Profanatorio jest chyba najdobitniejszym, najdokładniejszym przedstawicielem wszystkiego, co w tamtejszej scenie najlepsze. Ja pierdolę, jaki to jest rozjeb. Jak to wszystko płynie prosto z serducha, jak mnie rozkłada na cząstki pierwsze! Ten teoretyczny chaos gitarowy, te wściekłe riffy tasujące się na przemian, mające swoją genezę zarówno w pierwowzorach thrash, death jak i black metalu. To brzmienie, które jest klasycznym przykładem surowizny sprzed circa czterdziestu lat, te wokale… Nie tylko wyrzygujące całą, zalegającą żółć, plujące w twarz Nazareńczykowi i bluźniące na religię chrześcijańską, ale też chwilami totalnie spontanicznie przechodzące w te typowe dla lat osiemdziesiątych wysokie rejestry, nazywane przez niektórych pisakami. Perka… No kwadrat, kwadrat na sterydach, nakurwianie z taką siłą, że pewnie paluchy podczas sesji nagraniowej ostro krwawiły. Wspomniałem o prostocie, ale nie mylcie jej z brakiem umiejętności. Ci kolesie niejednokrotnie na ”Rameras del Doablo” udowadniają, że w instrumenty potrafią, a stosowane przez nich oszczędne środki są tutaj aplikowane z pełną świadomością i zamiarem bezpośrednim. Odpowiedni klimat robią też wplatane miejscowo mroczne interludia w postaci rytualnych szeptów, kazań szamańskich czy  kozich odgłosów. Ha! Standard, powiecie. Może i tak, ale jeszcze raz powtórzę. I podkreślę. Ten album to kwintesencja południowoamerykańskiej sceny zamknięta w trzydziestu trzech minutach. Jak komuś taka rekomendacja nie robi, to niech spierdala. Dla mnie absolutny cios!

- jesusatan