piątek, 2 października 2026

Recenzja / A review of Worm Altar “Pillars of Eternal Dusk”

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Worm Altar

“Pillars of Eternal Dusk”

Dawnbreed Rec. / Gurgling Gore 2026

Komu gruzu, komu, bo idę do domu! Mi koniecznie, bo takiego grania nigdy nie mam dość. Worm Altar to nowinka ze Stanów. Chłopaki zawiązali się jakieś cztery lata wstecz, i, jak przykazania oldskulowego metalu nakazują, zarejestrowali dotychczas dwie demówki oraz EP-kę. Za tak obraną ścieżkę już mają u mnie ogromnego plusa. Nadszedł jednak czas na debiut w pełnym wymiarze, za którego zyskują plusa jeszcze większego. Bo to naprawdę konkretna pozycja. Na „Pillars of Eternal Dusk” składa się sześć kompozycji. Utrzymanych w przeważającej większości w tempie średnim, z tendencją do gwałtownych przyspieszeń, oraz następujących po nich silnych wyhamowań. Nie, nie znaczy to bynajmniej, że schemat ten się regularnie powtarza, tylko że muzycy nie trzymają się usilnie jednego tematu, ale umiejętnie nimi tasują. Jeśli natomiast wyznaczyć tej płycie jakiś temat przewodni, to byłby nim wszechogarniający, zalewający uszy szlam. Śmierdzący, gęsty, na potęgę organiczny. Panowie nie bawią się w wynalazki. Ich nagrania oparte są na klasyce deathmetalowej sztuki, zarówno tej najstarszej, jak i nieco bardziej współczesnej. Można sobie zatem łączyć w myślach nazwy takie jak Funebrarum, Temple Nightside, Winter czy nawet Bolt Thrower (ot tak, żeby każda nazwa była z innego kontynentu). Co wyraźnie zespala te wszystkie inspiracje, to niesamowity ciężar, doprawiony odpowiednio, niemal z aptekarską dokładnością, ołowianą, acz gnilną melodią. Tutaj nie ma miejsca dla jakiejkolwiek formy życia. W muzyce  Amerykanów zamieszkała śmierć. Nie taka w kapturze, z kosą, jaką znamy z obrazka, ale taka prawdziwie przerażająca, sama w sobie majestatyczna, gaszącą światło. „Pillars of Eternal Dusk” to nieco ponad pół godziny mozolnego wykopywania się z grobu, walki o oddech, w momencie kiedy Worm Altar zasypują nas każdym riffem, czy też każdą łopatą wilgotnej ziemi, z maniakalną skutecznością, nie dając żadnej szansy na przetrwanie. Miażdży ten album swoją konsekwencją, bo nie ma na nim słabych punktów, miażdży tonażem, miażdży brzmieniem… Nie potrafię wyjść z tej konfrontacji cało. Czuję się rozłożony na łopatki. Fenomenalny debiut, który polecam każdemu maniakowi gęstego rzeźbienia.

- jesusatan

 

Worm Altar

“Pillars of Eternal Dusk”

Dawnbreed Rec. / Gurgling Gore 2026

 

Rubble death metal anybody? I definitely want some, because I can never get enough of this kind of music. Worm Altar is a new band from the States. The guys got together about four years ago, and, as the commandments of old-school metal dictate, they’ve recorded two demos and an EP so far. They already get a huge thumbs-up from me for choosing this path. But now it’s time for their full-length debut, for which they earn an even bigger thumbs-up. Because this is a truly strong release. “Pillars of Eternal Dusk” consists of six tracks. Most of them are mid-tempo, with a tendency toward sudden accelerations followed by sharp decelerations. No, this doesn’t mean by any means that this pattern repeats regularly. Rather, the musicians don’t rigidly stick to a single theme but skillfully shuffle them around. If, however, one were to assign a central theme to this album, it would be the all-encompassing, ear-flooding sludge. Stinking, thick, and intensely organic. These guys aren’t into getting inventive. Their recordings are rooted in the classics of death metal, both the oldest and the slightly more contemporary. So you can mentally link names like Funebrarum, Temple Nightside, Winter, or even Bolt Thrower (just so each name is from a different continent). What clearly unites all these influences is an incredible heaviness, seasoned just right, with almost pharmaceutical precision, with a leaden yet putrid melody. There’s no room here for any form of life. Death has taken up residence in the Americans’ music. Not the hooded, scythe-wielding death we know from pictures, but a truly terrifying one, majestic in its own right, extinguishing the light. “Pillars of Eternal Dusk” is just over half an hour of laboriously digging out of a grave, struggling for breath, as Worm Altar bury us with every riff, or every shovelful of damp earth, with maniacal efficiency, leaving no chance of survival. This album crushes you with its consistency. There are no weak points, it crushes you with its sheer weight, it crushes you with its sound… I can’t emerge from this confrontation unscathed. I feel completely knocked out. A fantastic debut that I recommend to every fan of dense, swampy metal.

- jesusatan




 


Recenzja In Obscurity Revealed „Caustic Maelstrom”

 

In Obscurity Revealed

„Caustic Maelstrom”

Personal Records (2026)

 


Dobrego metalu śmierci nigdy za wiele. Pochodzący z Meksyku In Obscurity Revealed niewątpliwie do tej grupy się zalicza, ale nie sądzę, żeby grono osób pamiętających ich debiut sprzed ośmiu lat było zbyt duże. Ja o istnieniu tej grupy dowiedziałem się dopiero przy okazji anonsowania „Caustic Maelstrom”, ale jako, że lubię meksykańską scenę deathmetalową, to i przesłuchać to wydawnictwo wypadało. I od razu powiem, że nie jest to typowy meksykański death – nie ma tu nić onirycznego, nie czuć tu ducha przedwiecznych, nie ma znamion jakiejkolwiek awangardy. Jest za to wpisujący się we współczesną modę death metal, który bardziej niż mniej czerpie z klasyki gatunku. Fundamentem wydają się tutaj być dokonania Morbid Angel, Deicide czy Sinister - „Caustic Maelstorm” jest naszpikowany plejadą cholernie dobrych riffów, zwolnień, thrashującego szycia i cholernie przyzwoitego songwriterstwa. Cisną mi się tutaj porównania z takimi zespołami jak Ignivomous czy – z bardziej współczesnych – Putrescent, gdzie ten death metal jest gęsty, ale utrzymany w thrashmetalowym tempie, bardziej próbujący poszatkować słuchacza niż wdeptać w ziemię. Oryginalności tutaj za grosz, ale chłoszcze ten materiał bardzo porządnie. I wszystko byłoby bardzo fajnie gdyby nie jeden element, który psuje mi odbiór całości. Ktoś postarał się, żeby najebać tyle pogłosu na wokal i dać go z przodu w mixie, że im dalej w nas tym „Caustic Maelstrom” bardziej męczy, a ja jako słuchacz bardziej skupiam uwagę na tym irytującym pogłosie niż na naprawdę porządnej warstwie instrumentalnej. Na ten moment jest bardziej skłonny powiedzieć, że nie będę chciał wracać do tego albumu, nawet jeśli realnie jest to kapela z potencjałem na przyszłość. Niemniej zachęcam do przesłuchania, bo lipy tutaj nie ma.

Harlequin




czwartek, 1 października 2026

Recenzja Wolfbrigade „Howl from Underground”

 

Wolfbrigade

„Howl from Underground”

Metal Blade Rec. 2026

Mają chłopaki zdrowie. Dwa lata temu ukazał się „Life Knife Death”, dziewiąty, jak dobrze liczę, album Wolfbrigade, w zeszłym roku poszła koncertówka, a teraz szwedzcy crust punkowcy serwują kolejny pełnowymiarowy materiał. Trzydzieści dwie minuty intensywnego szaleństwa z którego słyną. I zanim jeszcze ktoś zapyta, czy na tej płycie jest coś nowego, powiem: nie ma! Uprzedzając natomiast pytanie o to, ileż można w kółko wałkować ten sam temat, odpowiem krótko – zapytajcie Lemmy’ego. W tym cała sztuka, żeby grać dosłownie kilka riffów na krzyż, w konfiguracjach przeróżnych, niby powielając oklepana schematy, obracając się praktycznie niezmiennie w podobnym tempie, a nadal z każdego, dosłownie każdego numeru na płycie zrobić absolutny hicior. „Howl from Underground” to petarda z dopalającym się lontem trzymana w zębach. Co ja gadam, przecież tych petard jest trzynaście. Podobnych do siebie, bo wyjętych z tego samego pudełka, ale tak samo niebezpiecznych dla zdrowia, zarówno tego fizycznego (w chwili odpalenia) jak i psychicznego (zaraz potem). Muzyka crust punk w zasadzie jest w swojej strukturze banalna. D-beatowe ścieżki perkusji można na dobrą sprawę zarejestrować raz, i potem tylko podkładać je do kolejnych kompozycji. Z gitarami jest już inaczej, bo nawet jeśli serwowane przez zespół melodie są do siebie podobne, to jednak nie identyczne. Na tyle odmienne, że zbieram szczękę z podłogi po każdym kolejnym wyprowadzonym przez Wolfbrigade ciosie. Do tego te wściekłe wokale… Jakąż ten album ma nośność, ile w nim nieujarzmionej energii, ile wkurwu, a zarazem autentycznej radochy z grania. Krążki tego klasycznego bandu są jak butelki wódki. Każda smakuje tak samo, a jednak tylko wyczekujesz okazji, by otworzyć następną i po raz kolejny się sponiewierać. Uwielbiam tych gości, są dla mnie na dzień dzisiejszy niekwestionowanymi mistrzami gatunku, i doskonale wiem, że teraz, kiedy już wrzuciłem „Howl from Underground” na tapetę, nie zmienię płyty przez kilka kolejnych dni. Dobrze, że chociaż recenzji mam napisanych „na górkę”, więc nikt nie będzie mnie popędzał. Maniakom Wolfbrigade polecać tych nagrań nie muszę. Wszystkim innym, którzy jeszcze do tej nazwy jakimś cudem nie dotarli, zalecam nadrobienie zaległości w trybie pilnym. Zajebista płyta, co tu dużo gadać…

- jesusatan




Recenzja Deathcult „Cult of the Dog”

 

Deathcult

„Cult of the Dog”

Soulseller Records 2026

Po niemalże dziesięcioletniej przerwie, na horyzoncie pojawili się Norwedzy z Deathcult. Targają ze sobą najnowszy, trzeci krążek, który fanatyków black metalu jaki gra się w tym kraju od lat dziewięćdziesiątych, zawieść nie powinien. Panowie cały czas komponują w tradycyjnym duchu i nie zamierzają zbaczać z obranej ścieżki. To bezkompromisowa diabelszczyzna, skonstruowana z prostych riffów i tremolo, które częstują nie tylko jednostajnym tempem i złowrogimi melodiami, ale odznaczają się także zróżnicowaną dynamiką, nie skazując jej odbiorców na nudę.  Deathcult nie bawi się w żadne umizgi i siecze mizantropijnymi akordami, surowym brzmieniem i nienawistnymi wokalami. Jakby patrzeć na ich twórczość przez pryzmat prekursorów gatunku, to można by stwierdzić, że granie tego tercetu mocno zbliżone jest do Darkthrone z okresu między „Ravishing Grimness” i „Sardonic Wrath” z małymi odjazdami w kierunku jedynki Mayhem i wtrętami w stylu Taake czy Carpathian Forest. Jest tak, bo od „Cult of the Dog” wieje tym samym mrokiem, zalatuje identyczną niechęcią do świata, a wręcz przerażającą obojętnością wieje na kilometr. Norwedzy nie stosują żadnych sztuczek i napierdalają szorstko, a lodowate, lecz mocne brzmienie gitar, podkreślone prze silną sekcję rytmiczną, potęguje wpierdol. Najnowszy krążek tej grupy, to kwintesencja norweskiego black metalu. Black metalu, który pomimo pewnych podobieństw do wcześniej wymienionych brygad, posiada swój niepowtarzalny charakter, ale jest tak samo jak one, nastawiony na określony efekt bez oglądania się na trendy. Autentyczny i gniewny album, na którym podczas odsłuchu żadnych odstępstw od sztuki nie stwierdzono. Polecam, zwłaszcza purystom.

shub niggurath