Morgue
„Herald the Dawn”
Godz ov War 2026
Morgue po raz szósty. A piąty po reaktywacji w dwa
tysiące dwunastym. Nie jest to może intensywność wydawnicza powalająca na
podłogę, ale przyznać trzeba, że przynajmniej trzy ostatnie krążki wychodzą
wyjątkowo regularnie. To pewnie było zapisane drobnym druczkiem w kontrakcie z
Godz ov War, bo Grzesiek to podstępny, stary lis. Jak by jednak nie było,
trzeba bez krzyżowania palców za plecami przyznać, że wydawnictwa pod szyldem
naszego labelu należą do bardzo udanych. I natychmiast dodać, że trzymają
poziom, choć są w zasadzie każde się od siebie różni. Nie wiem czy Francuzi znaleźli
jakiś złoty środek, czy taki właśnie ukształtowali sobie, nieco kameleonowy
styl, ale mieszanie gatunków wychodzi im od sześciu lat wyjątkowo udanie. Nowy
album nie da się sklasyfikować ściśle gatunkowo. Można natomiast powiedzieć o
nim jedno. Jest brutalny. Tylko że owa brutalność niejedno ma tu oblicze. Bo,
owszem, usłyszymy na tym krążku zaległe, sięgające początków istnienia Morgue
elementy grindowe, przejedziemy się deathmetalowym rollercoasterem (a bo to raz
bardziej technicznie, gdzie indziej prosto w mordę), ale przemierzymy też pokryte
śniegiem górskie szczyty skandynawskie. Podczas owej podróży będziemy mieli
okazję pomachać sobie rytmicznie owłosieniem głowowym, potupać nóżką niczym
stary dziad na koncercie, co to chciałby ruszyć w tan, ale już reumatyzm nie
pozwala, albo pomachać w powietrzu zaciśniętą piąstką, że tam niby się komuś
odgrażamy. „Herald the Dawn” zawiera tyleż brutalizy co i chwytliwej melodii.
Nie sposób bowiem zarzucić tym kompozycjom, że są po prostu wpadające w ucho.
Oczywiście, żeby sprawa była jasna, nie mówimy tutaj o In Flames czy jakichś
groove metalach, tylko o melodii mającej swój odpowiedni ciężar wagowy. Zresztą
mamy jej w tych ośmiu kompozycjach kilka odłamów, od amerykańskiej po francuską
czy nawet islandzką. Niby przez trzydzieści pięć minut nie znajdziecie na tym
wydawnictwie nowych środków, a mimo to „Herald the Dawn” brzmi świeżo,
intensywnie, na swój sposób oryginalnie. Dzięki temu słucha się go bardzo
dobrze, lepiej, jeszcze lepiej, przy kolejnych odsłuchach. Pod względem
brzmienia nie będę się produkował, bo w przypadku tego bandu jest to sprawa
wiadoma. Wszystko cyka tu prawilnie, jak cykać powinno. Zresztą panowie
zaznaczyli, iż żadne poprawki na pierwotną wersję nagrań nie zostały nanoszone,
zatem możecie sobie wyobrazić jak organicznie to chodzi. Dobry album. Jak komuś
podeszły przynajmniej poprzednie dwa, to ten może kupować w ciemno.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz