wtorek, 6 października 2026

Recenzja Morgue „Herald the Dawn”

 

Morgue

„Herald the Dawn”

Godz ov War 2026

Morgue po raz szósty. A piąty po reaktywacji w dwa tysiące dwunastym. Nie jest to może intensywność wydawnicza powalająca na podłogę, ale przyznać trzeba, że przynajmniej trzy ostatnie krążki wychodzą wyjątkowo regularnie. To pewnie było zapisane drobnym druczkiem w kontrakcie z Godz ov War, bo Grzesiek to podstępny, stary lis. Jak by jednak nie było, trzeba bez krzyżowania palców za plecami przyznać, że wydawnictwa pod szyldem naszego labelu należą do bardzo udanych. I natychmiast dodać, że trzymają poziom, choć są w zasadzie każde się od siebie różni. Nie wiem czy Francuzi znaleźli jakiś złoty środek, czy taki właśnie ukształtowali sobie, nieco kameleonowy styl, ale mieszanie gatunków wychodzi im od sześciu lat wyjątkowo udanie. Nowy album nie da się sklasyfikować ściśle gatunkowo. Można natomiast powiedzieć o nim jedno. Jest brutalny. Tylko że owa brutalność niejedno ma tu oblicze. Bo, owszem, usłyszymy na tym krążku zaległe, sięgające początków istnienia Morgue elementy grindowe, przejedziemy się deathmetalowym rollercoasterem (a bo to raz bardziej technicznie, gdzie indziej prosto w mordę), ale przemierzymy też pokryte śniegiem górskie szczyty skandynawskie. Podczas owej podróży będziemy mieli okazję pomachać sobie rytmicznie owłosieniem głowowym, potupać nóżką niczym stary dziad na koncercie, co to chciałby ruszyć w tan, ale już reumatyzm nie pozwala, albo pomachać w powietrzu zaciśniętą piąstką, że tam niby się komuś odgrażamy. „Herald the Dawn” zawiera tyleż brutalizy co i chwytliwej melodii. Nie sposób bowiem zarzucić tym kompozycjom, że są po prostu wpadające w ucho. Oczywiście, żeby sprawa była jasna, nie mówimy tutaj o In Flames czy jakichś groove metalach, tylko o melodii mającej swój odpowiedni ciężar wagowy. Zresztą mamy jej w tych ośmiu kompozycjach kilka odłamów, od amerykańskiej po francuską czy nawet islandzką. Niby przez trzydzieści pięć minut nie znajdziecie na tym wydawnictwie nowych środków, a mimo to „Herald the Dawn” brzmi świeżo, intensywnie, na swój sposób oryginalnie. Dzięki temu słucha się go bardzo dobrze, lepiej, jeszcze lepiej, przy kolejnych odsłuchach. Pod względem brzmienia nie będę się produkował, bo w przypadku tego bandu jest to sprawa wiadoma. Wszystko cyka tu prawilnie, jak cykać powinno. Zresztą panowie zaznaczyli, iż żadne poprawki na pierwotną wersję nagrań nie zostały nanoszone, zatem możecie sobie wyobrazić jak organicznie to chodzi. Dobry album. Jak komuś podeszły przynajmniej poprzednie dwa, to ten może kupować w ciemno.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz