czwartek, 29 października 2026

Recenzja Master “Among the Seeds of Death”

 

Master

“Among the Seeds of Death”

Hammerheart Rec. 2026

Odliczania ciąg dalszy, czyli Master po raz… szesnasty! Mało który zespół dorobił się na przestrzeni lat tylu albumów. Chuj tam, że się dorobił, ale żeby cały czas utrzymywał wysoki poziom, to już jest prawdziwy ewenement. Coś circa dwa lata temu pisałem wam, że „”Saints Dispelled” to dojebana płyta, i Speckman nadal umie w death / thrash. Kilka tygodni temu, kiedy zrobiłem sobie z „Among the Seeds of Death” z dwie rundki, pomyślałem, że nieco mu ciśnienie spadło. I w sumie nawet chciałem sobie odpuścić recenzję tego albumu, ale któregoś dnia wypiłem sobie trzy bursztynowe, i poczułem ponowną ochotę na Master. I tak mnie ten krążek ruszył, że z kolegą słuchaliśmy go cały wieczór. Tak, wiem, i przyznam to od razu bez bicia, muzyka brodacza mieszkającego obecnie za naszą południową granicą faktycznie jest wtórna, powtarzalna, nieskomplikowana, a na nowym albumie nawet chyba jeszcze bardziej punkowa niż dotychczas. No i? I chuj! Niech sobie będzie, skoro to i tak jest wysoki (no nie napiszę że najwyższy, bo będzie że się spiłem) poziom grzańska. Co jak co, ale proste granie to ja akurat lubię. A Master gra prosto. Dla zwykłego chłopa spod budki z piwem. Co prawda gdzieś tam pomacha mu przed zamglonymi oczami bardziej klasyczną, nie należącą do prymitywnych solówką, w innym momencie pobuja chwytliwą melodią, ale nawet wtedy ów Mistrz będzie ubrany w brudne, obrzygane i kilka miesięcy nie prace łachmany, znalezione pewnie pod kontenerem PCK. Muzyka Master to klasyka prostoty gatunku. Jednocześnie muzyka, która dla określonego grona odbiorców jest nadal tym, czego im najbardziej do szczęścia potrzeba. Ja, jak idę po piwo, to nie muszę za każdym razem kupować Komesa. Częściej walnę za podobną cenę z trzy dyskontowe mocne, i jestem po nich równie szczęśliwy. Z muzyką mam podobnie. Wykwintną nie pogardzę, ale i tak gdzieś tam w serduchu najsilniej bije mi ta prosta, wulgarna. Powiem wam zatem najprościej jak się da. Nowy Master to naprawdę fajna płyta, o ile nie oczekuje się od staruszka, że zatańczy jak młody kozak. Może i rzeczywiście w ostatecznym rozliczeniu słabsza od poprzedniej, ale tylko odrobinkę. Speckman, mimo iż już siwy, i pewnie mu kręgosłup siada, nadal daje radę. Jak mało kto w jego wieku (nie wypominając). Oby tak dalej.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz