Master
“Among the Seeds of Death”
Hammerheart Rec. 2026
Odliczania ciąg dalszy, czyli Master po raz…
szesnasty! Mało który zespół dorobił się na przestrzeni lat tylu albumów. Chuj
tam, że się dorobił, ale żeby cały czas utrzymywał wysoki poziom, to już jest
prawdziwy ewenement. Coś circa dwa lata temu pisałem wam, że „”Saints
Dispelled” to dojebana płyta, i Speckman nadal umie w death / thrash. Kilka
tygodni temu, kiedy zrobiłem sobie z „Among the Seeds of Death” z dwie rundki,
pomyślałem, że nieco mu ciśnienie spadło. I w sumie nawet chciałem sobie
odpuścić recenzję tego albumu, ale któregoś dnia wypiłem sobie trzy
bursztynowe, i poczułem ponowną ochotę na Master. I tak mnie ten krążek ruszył,
że z kolegą słuchaliśmy go cały wieczór. Tak, wiem, i przyznam to od razu bez
bicia, muzyka brodacza mieszkającego obecnie za naszą południową granicą
faktycznie jest wtórna, powtarzalna, nieskomplikowana, a na nowym albumie nawet
chyba jeszcze bardziej punkowa niż dotychczas. No i? I chuj! Niech sobie
będzie, skoro to i tak jest wysoki (no nie napiszę że najwyższy, bo będzie że
się spiłem) poziom grzańska. Co jak co, ale proste granie to ja akurat lubię. A
Master gra prosto. Dla zwykłego chłopa spod budki z piwem. Co prawda gdzieś tam
pomacha mu przed zamglonymi oczami bardziej klasyczną, nie należącą do
prymitywnych solówką, w innym momencie pobuja chwytliwą melodią, ale nawet
wtedy ów Mistrz będzie ubrany w brudne, obrzygane i kilka miesięcy nie prace
łachmany, znalezione pewnie pod kontenerem PCK. Muzyka Master to klasyka
prostoty gatunku. Jednocześnie muzyka, która dla określonego grona odbiorców
jest nadal tym, czego im najbardziej do szczęścia potrzeba. Ja, jak idę po
piwo, to nie muszę za każdym razem kupować Komesa. Częściej walnę za podobną
cenę z trzy dyskontowe mocne, i jestem po nich równie szczęśliwy. Z muzyką mam
podobnie. Wykwintną nie pogardzę, ale i tak gdzieś tam w serduchu najsilniej
bije mi ta prosta, wulgarna. Powiem wam zatem najprościej jak się da. Nowy
Master to naprawdę fajna płyta, o ile nie oczekuje się od staruszka, że
zatańczy jak młody kozak. Może i rzeczywiście w ostatecznym rozliczeniu słabsza
od poprzedniej, ale tylko odrobinkę. Speckman, mimo iż już siwy, i pewnie mu
kręgosłup siada, nadal daje radę. Jak mało kto w jego wieku (nie wypominając).
Oby tak dalej.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz