czwartek, 1 października 2026

Recenzja Wolfbrigade „Howl from Underground”

 

Wolfbrigade

„Howl from Underground”

Metal Blade Rec. 2026

Mają chłopaki zdrowie. Dwa lata temu ukazał się „Life Knife Death”, dziewiąty, jak dobrze liczę, album Wolfbrigade, w zeszłym roku poszła koncertówka, a teraz szwedzcy crust punkowcy serwują kolejny pełnowymiarowy materiał. Trzydzieści dwie minuty intensywnego szaleństwa z którego słyną. I zanim jeszcze ktoś zapyta, czy na tej płycie jest coś nowego, powiem: nie ma! Uprzedzając natomiast pytanie o to, ileż można w kółko wałkować ten sam temat, odpowiem krótko – zapytajcie Lemmy’ego. W tym cała sztuka, żeby grać dosłownie kilka riffów na krzyż, w konfiguracjach przeróżnych, niby powielając oklepana schematy, obracając się praktycznie niezmiennie w podobnym tempie, a nadal z każdego, dosłownie każdego numeru na płycie zrobić absolutny hicior. „Howl from Underground” to petarda z dopalającym się lontem trzymana w zębach. Co ja gadam, przecież tych petard jest trzynaście. Podobnych do siebie, bo wyjętych z tego samego pudełka, ale tak samo niebezpiecznych dla zdrowia, zarówno tego fizycznego (w chwili odpalenia) jak i psychicznego (zaraz potem). Muzyka crust punk w zasadzie jest w swojej strukturze banalna. D-beatowe ścieżki perkusji można na dobrą sprawę zarejestrować raz, i potem tylko podkładać je do kolejnych kompozycji. Z gitarami jest już inaczej, bo nawet jeśli serwowane przez zespół melodie są do siebie podobne, to jednak nie identyczne. Na tyle odmienne, że zbieram szczękę z podłogi po każdym kolejnym wyprowadzonym przez Wolfbrigade ciosie. Do tego te wściekłe wokale… Jakąż ten album ma nośność, ile w nim nieujarzmionej energii, ile wkurwu, a zarazem autentycznej radochy z grania. Krążki tego klasycznego bandu są jak butelki wódki. Każda smakuje tak samo, a jednak tylko wyczekujesz okazji, by otworzyć następną i po raz kolejny się sponiewierać. Uwielbiam tych gości, są dla mnie na dzień dzisiejszy niekwestionowanymi mistrzami gatunku, i doskonale wiem, że teraz, kiedy już wrzuciłem „Howl from Underground” na tapetę, nie zmienię płyty przez kilka kolejnych dni. Dobrze, że chociaż recenzji mam napisanych „na górkę”, więc nikt nie będzie mnie popędzał. Maniakom Wolfbrigade polecać tych nagrań nie muszę. Wszystkim innym, którzy jeszcze do tej nazwy jakimś cudem nie dotarli, zalecam nadrobienie zaległości w trybie pilnym. Zajebista płyta, co tu dużo gadać…

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz