Wolfbrigade
„Howl from Underground”
Metal Blade Rec. 2026
Mają chłopaki zdrowie. Dwa lata temu ukazał się „Life
Knife Death”, dziewiąty, jak dobrze liczę, album Wolfbrigade, w zeszłym roku
poszła koncertówka, a teraz szwedzcy crust punkowcy serwują kolejny
pełnowymiarowy materiał. Trzydzieści dwie minuty intensywnego szaleństwa z
którego słyną. I zanim jeszcze ktoś zapyta, czy na tej płycie jest coś nowego,
powiem: nie ma! Uprzedzając natomiast pytanie o to, ileż można w kółko wałkować
ten sam temat, odpowiem krótko – zapytajcie Lemmy’ego. W tym cała sztuka, żeby
grać dosłownie kilka riffów na krzyż, w konfiguracjach przeróżnych, niby
powielając oklepana schematy, obracając się praktycznie niezmiennie w podobnym
tempie, a nadal z każdego, dosłownie każdego numeru na płycie zrobić absolutny
hicior. „Howl from Underground” to petarda z dopalającym się lontem trzymana w
zębach. Co ja gadam, przecież tych petard jest trzynaście. Podobnych do siebie,
bo wyjętych z tego samego pudełka, ale tak samo niebezpiecznych dla zdrowia,
zarówno tego fizycznego (w chwili odpalenia) jak i psychicznego (zaraz potem).
Muzyka crust punk w zasadzie jest w swojej strukturze banalna. D-beatowe
ścieżki perkusji można na dobrą sprawę zarejestrować raz, i potem tylko
podkładać je do kolejnych kompozycji. Z gitarami jest już inaczej, bo nawet
jeśli serwowane przez zespół melodie są do siebie podobne, to jednak nie
identyczne. Na tyle odmienne, że zbieram szczękę z podłogi po każdym kolejnym
wyprowadzonym przez Wolfbrigade ciosie. Do tego te wściekłe wokale… Jakąż ten
album ma nośność, ile w nim nieujarzmionej energii, ile wkurwu, a zarazem
autentycznej radochy z grania. Krążki tego klasycznego bandu są jak butelki
wódki. Każda smakuje tak samo, a jednak tylko wyczekujesz okazji, by otworzyć
następną i po raz kolejny się sponiewierać. Uwielbiam tych gości, są dla mnie
na dzień dzisiejszy niekwestionowanymi mistrzami gatunku, i doskonale wiem, że
teraz, kiedy już wrzuciłem „Howl from Underground” na tapetę, nie zmienię płyty
przez kilka kolejnych dni. Dobrze, że chociaż recenzji mam napisanych „na
górkę”, więc nikt nie będzie mnie popędzał. Maniakom Wolfbrigade polecać tych
nagrań nie muszę. Wszystkim innym, którzy jeszcze do tej nazwy jakimś cudem nie
dotarli, zalecam nadrobienie zaległości w trybie pilnym. Zajebista płyta, co tu
dużo gadać…
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz